Facebook - konwersja
Nie czyń drugiemu - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Nie czyń drugiemu - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-65904-70-6
Język:
Polski
Data wydania:
29 lipca 2020
Rozmiar pliku:
1,7 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
24,00
36,90
Cena w punktach Virtualo:
2400 pkt.

Nie czyń drugiemu - opis ebooka

Młody, przystojny, bogaty – czego chcieć więcej? I jeszcze lato, morze, kobiety, imprezy. Żyć nie umierać. No właśnie…

Jedna noc całkowicie zmienia życie Rafała Adamskiego. Tyle że prawie nic z niej nie pamięta. Kiedy wszystko zaczyna świadczyć przeciw niemu, a kolejne szanse okazują się raczej pułapkami, musi stawić czoła nieuchwytnemu przeciwnikowi, który wie o nim o wiele za dużo.

Natomiast początkujący prokurator zaczyna zdawać sobie sprawę, że sam wie o wiele za mało – nie tylko o koszmarnym morderstwie, które chce wyjaśnić, o mrocznych tajemnicach strategicznego obiektu, który widuje prawie codziennie, czy o gigantycznej fortunie, która może należeć do niego, ale także o terrorystach i polskim kontrwywiadzie. Nie wspominając o własnej rodzinie. Nie wie nawet, czy zabije go wiedza, czy niewiedza.

Nowy kryminał Vladimira Wolffa – przewrotna opowieść o służbach, dywersantach, pieniądzach i ideałach.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział pierwszy

Ży­cie nie jest spra­wie­dli­we – po­my­ślał Ra­fał Adam­ski, ga­piąc się w su­fit po­ma­lo­wa­ny w fan­ta­zyj­ne nie­bie­sko-gra­na­to­we smu­gi. Jaki to ma sens? Jego zda­niem ża­den. Nikt oprócz nie­go nie przy­cho­dził tu oglą­dać wy­stro­ju, tyl­ko użyć ży­cia.

Mi­raż – naj­więk­sza i naj­po­pu­lar­niej­sza dys­ko­te­ka w Mię­dzyz­dro­jach – tęt­nił mu­zy­ką. DJ da­wał z sie­bie wszyst­ko. Ha­łas roz­sa­dzał uszy, świa­tła pul­so­wa­ły, tłum tań­czył, bar­ma­ni roz­le­wa­li drin­ki, week­en­do­wy ge­ne­ra­tor szczę­ścia pra­co­wał peł­ną parą.

Naj­wy­raź­niej on je­den nie miał hu­mo­ru. Zo­stał wy­sta­wio­ny. Tyl­ko tak po­tra­fił to okre­ślić. A prze­cież sta­rał się. Na­praw­dę. Za­le­ża­ło mu: wy­sy­łał kwia­ty, za­pra­szał na kawę i ta­kie tam. Kie­dy już uznał, że ser­ce Pa­try­cji zmię­kło, po­sta­no­wił przejść do ko­lej­ne­go eta­pu zna­jo­mo­ści. Wspól­ny wy­pad do lo­ka­lu uznał za zna­ko­mi­ty po­mysł, a wy­da­wa­ło mu się, że dziew­czy­na też chęt­nie się zgo­dzi­ła.

I co? I nic. Jak przy­szło co do cze­go, jej ser­ce oka­za­ło się zim­ne jak lód. Ola­ła go. Nic dla niej nie zna­czył.

Trud­no. Wa­ka­cje do­pie­ro się za­czy­na­ły. Przy­glą­da­jąc się mie­sza­ne­mu to­wa­rzy­stwu na par­kie­cie, był pe­wien, że dla wie­lu na pew­no nie bę­dzie to okres stra­co­ny.

Się­gnął po cie­płe już piwo, któ­re swo­im zwy­cza­jem po­pi­jał z bu­tel­ki, po czym dla świę­te­go spo­ko­ju ostat­ni raz spraw­dził wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie. Za­klął i scho­wał smart­fon do kie­sze­ni. Je­śli te­raz wyj­dzie i wró­ci do domu, ju­tro obu­dzi się bez kaca. Per­spek­ty­wa nę­cą­ca, mimo to spo­nie­wie­ra­na du­sza pra­gnę­ła cze­goś wię­cej.

– Sta­ry… gębę masz jak na po­grze­bie.

– Bo i tak się czu­ję. – Adam­ski od­wró­cił gło­wę cie­kaw, kto za­szedł go z boku.

– Moż­na?

– Pew­nie, ła­duj się.

Ra­fał tro­chę się prze­su­nął, żeby zro­bić wię­cej miej­sca, choć loża, któ­rą za­po­bie­gli­wie za­re­zer­wo­wał, za­pew­nia­ła do­syć prze­strze­ni dla kil­ku osób, a nie jak te­raz tyl­ko dwóch.

– Co pi­jesz?

– To samo. – Do­pił piwo i od­sta­wił bu­tel­kę.

– A te­raz mów.

Z Mar­ci­nem Po­go­rzel­skim zna­li się jak łyse ko­nie. Pod­sta­wów­ka, li­ceum, sta­le ra­zem. Ostat­nio ich dro­gi ja­koś się ro­ze­szły, ale nie na tyle, by cał­kiem stra­ci­li kon­takt. Wpa­da­li na sie­bie co ja­kiś czas, tak jak dziś.

Po­go­rzel­skie­go, sza­ty­na o buj­nej fry­zu­rze, sze­ro­kich bar­kach i wy­raź­nie za­ry­so­wa­nym brzusz­ku, uwa­ża­no nie bez po­wo­du za du­szę to­wa­rzy­stwa, choć nie za­wsze tak było. Kie­dyś był zbun­to­wa­nym roz­ra­bia­ką. Może dla­te­go tak do­brze się do­ga­dy­wa­li. Ich ro­dzi­ny były nie­źle sy­tu­owa­ne. Nie bra­ko­wa­ło im ni­cze­go. Sta­rzy ocze­ki­wa­li tyl­ko jed­ne­go: będą się do­brze uczyć, zda­dzą ma­tu­rę ce­lu­ją­co, a stu­dia to już czy­sta for­mal­ność. Drob­no­miesz­czań­ski stan­dard.

Jak oni obaj nie lu­bi­li umo­ral­nia­ją­cych ga­dek, któ­re i tak do ni­cze­go nie pro­wa­dzi­ły. Le­piej wy­pić wino na pla­ży i po­uga­niać się za dziew­czy­na­mi. Taki był cel ży­cia, a nie ja­kieś tam pod­ręcz­ni­ki, eg­za­mi­ny…

Wspo­mnie­nie sta­rych do­brych cza­sów spra­wi­ło, że na ustach Adam­skie­go za­go­ścił uśmiech.

– Je­steś sam? – za­py­tał, gdy kel­ner­ka, któ­rej nie wi­dział tu wcze­śniej, po­sta­wi­ła przed nimi za­mó­wio­ne trun­ki i zni­kła po­mię­dzy tań­czą­cy­mi.

– Tak się zło­ży­ło.

– Cze­kaj, cze­kaj… – W gło­wie Ra­fa­ła po­ja­wi­ła się pew­na myśl. – Anka w któ­rym jest mie­sią­cu?

– Pią­tym.

– I pu­ści­ła cię sa­mo­pas?

– Wiesz, jak jest.

– Nie wiem, to ty je­steś żo­na­ty.

Stuk­nę­li się szkłem i wy­pi­li po łyku.

O tym, że kum­pel zmie­nił stan cy­wil­ny, Ra­fał do­wie­dział się cał­kiem nie­daw­no. Nie było to ja­kieś wiel­kie za­sko­cze­nie. Mar­cin po­znał Ankę na stu­diach i od tam­tej pory byli po­dob­no nie­roz­łącz­ni.

Nie do­słow­nie, jak wi­dać. Nie za­wsze opo­wie­ści zna­jo­mych mają po­kry­cie w fak­tach.

– Gar­ba­ta ma dziś bab­ski wie­czór – po­wie­dział Mar­cin to­nem uspra­wie­dli­wie­nia, wo­dząc jed­no­cze­śnie wzro­kiem wy­traw­ne­go my­śli­we­go po par­kie­cie.

– Tra­fi­ło ci się jak śle­pej ku­rze.

– Układ jest pro­sty. Ja za­ra­biam, a ona wy­da­je to, co ja przy­nio­sę do domu. Gar­ba­ta…

– Dla­cze­go tak na nią mó­wisz? – prze­rwał mu Ra­fał.

– Gar­ba­ta? Bo jej sta­rzy to Gra­biń­scy. To chy­ba oczy­wi­ste.

– Ra­czej głu­pie.

Nie wy­pusz­czał bu­tel­ki z dło­ni. Piwo jak na jego gust było sta­now­czo za zim­ne i nie mia­ło sma­ku. Co z tego, że pa­no­wał upał i na­wet pod wie­czór tem­pe­ra­tu­ra się­ga­ła dwu­dzie­stu sied­miu kre­sek po­wy­żej zera? Jak nie bę­dzie się pil­no­wać ta­kich szcze­gó­łów, lo­kal zej­dzie na psy. Me­ne­dżer mu­siał być pa­ten­to­wa­nym idio­tą. Naj­pierw su­fit, te­raz to. Do­brze, że dzia­ła­ła kli­ma­ty­za­cja, ina­czej po­du­si­li­by się z bra­ku tle­nu. Ba­wi­ło się tu ze dwie­ście osób, a we­szło­by jesz­cze pięć­dzie­siąt, choć wte­dy zro­bi się tłocz­no, a on nie lu­bił, jak ocie­ra­ją się o nie­go obcy lu­dzie. Ce­nił swo­ją stre­fę oso­bi­ste­go kom­for­tu.

– Wi­dzisz tam­te dwie? Pa­trzą na nas – szturch­nął go Mar­cin.

Adam­ski po­słusz­nie ob­ró­cił gło­wę we wska­za­nym kie­run­ku. To­war fak­tycz­nie jak się pa­trzy. Jed­na w ob­ci­słej mi­ni­spód­nicz­ce i to­pie z od­kry­ty­mi ra­mio­na­mi, dru­ga w szor­tach tak krót­kich, że gdy się ob­ró­ci­ła, wi­dać było ty­łek. Blon­dyn­ka i bru­net­ka. Ma­rze­nie każ­de­go sam­ca.

– Za mło­de. – Ra­fał ob­li­zał war­gi.

– Po­gię­ło cię? W do­wód im bę­dziesz za­glą­dał? Wy­raź­nie chcą się za­ba­wić, a tam przy ba­rze miej­sca za dużo nie ma.

– Do­bra, sta­ry, ja wra­cam.

– Po­cze­kaj. Gdzie się spie­szysz? Dzie­ci ci pła­czą? – W gło­sie Po­go­rzel­skie­go po­ja­wi­ły się nuty szy­der­stwa. – Sie­dzisz i się za­mar­twiasz, a ży­cie może być pięk­ne.

– Dziś aku­rat nie mam na­stro­ju. – Adam­ski dźwi­gnął czte­ry li­te­ry, lecz nim zdą­żył wstać, Mar­cin ścią­gnął go z po­wro­tem na ka­na­pę.

– Za­wsze by­łeś w go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ny.

– Ale…

– Żad­ne ale. Nie roz­cza­ro­wuj mnie. Siedź so­bie wy­god­nie, ja za­raz wra­cam.

Ra­fał nie lu­bił ta­kich sy­tu­acji. Nor­mal­nie nie uni­kał za­ba­wy, ale emo­cje, któ­re tar­ga­ły nim cały dzień, gdzieś się ulot­ni­ły. Ju­tro cze­ka­ła go cała dniów­ka prze­wa­la­nia pa­pie­rów w ro­bo­cie. Nie­dzie­la to sła­by dzień na im­pre­zę, zwłasz­cza że urlop za­pla­no­wał na prze­łom sierp­nia i wrze­śnia.

Od obo­wiąz­ków nie uciek­nie. W koń­cu pen­sję za coś brał. Może nie był szcze­gól­nie prze­ła­do­wa­ny pra­cą, ale w biu­rze po­ja­wić się mu­siał. Mar­ci­no­wi było ła­twiej. Jako ar­chi­tekt pra­co­wał na umo­wę zle­ce­nie. Je­śli za­cznie kre­ślić pla­ny go­dzi­nę bądź dwie póź­niej, nikt mu łba nie urwie.

Cwa­nia­czek. Za­wsze wie­dział, jak się usta­wić w ży­ciu.

Ra­fał do­pił to, co zo­sta­ło na dnie bu­tel­ki, za­sta­na­wia­jąc się, jak tu zmyć się po an­giel­sku. Do wyj­ścia nie było da­le­ko. Za­nim zde­cy­do­wał się zno­wu wstać, usły­szał głos ko­le­gi:

– To jest Mo­ni­ka.

Lek­ko za­mro­czo­ny wstał i uści­snął wiot­ką dłoń blon­dy­necz­ki w szor­tach, pach­ną­cej… to chy­ba były per­fu­my Aria­na Gran­de, ale pew­no­ści nie miał.

– A to Ka­mi­la. – Po­go­rzel­ski mru­gnął do nie­go. – Cze­go się pa­nie na­pi­ją? Ja sta­wiam. Ra­fał pła­ci.

Dziew­czy­ny za­chi­cho­ta­ły, a Mar­cin ski­nął na kel­ner­kę.

Adam­ski ni­g­dy nie był roz­mow­ny. Za­nim się do ko­goś prze­ko­nał, upły­wa­ły mie­sią­ce. Może dla­te­go nie uda­ło mu się zo­stać mi­strzem pod­ry­wu.

Nie­ja­sną myśl, że gdzieś z boku ob­ser­wu­je go Pa­try­cja, od­su­nął na bok, zwłasz­cza po tym, gdy na ich sto­li­ku wy­lą­do­wa­ły drin­ki. Dwa ko­lo­ro­we, fi­ku­śne, z pa­ra­sol­ka­mi i spię­trzo­ny­mi kost­ka­mi lodu, i dwa wy­peł­nio­ne jak­by per­fu­mo­wa­ną colą. Mia­łaś, dziew­czy­no, swo­ją szan­sę, nie chcia­łaś jej wy­ko­rzy­stać – to już two­ja spra­wa.

– Na­pij­my się. – Po­go­rzel­ski wzniósł to­ast.

Ra­fał spró­bo­wał za­war­to­ści szkla­necz­ki, któ­ra go przy­jem­nie za­sko­czy­ła. Bar­man nie po­ża­ło­wał al­ko­ho­lu. W za­sa­dzie była to chy­ba sama whi­sky, lek­ko tyl­ko za­bar­wio­na ga­zo­wa­nym na­po­jem.

Wła­ści­wie jesz­cze chwi­lę mógł zo­stać, bo niby gdzie miał­by iść? Zresz­tą i tak nie miał jak się te­raz ru­szyć. Z jed­nej stro­ny miał Ka­mi­lę, z dru­giej Mo­ni­kę, któ­rej ko­la­no za­czę­ło ocie­rać się o nogę Adam­skie­go.

Może i coś z tego bę­dzie?

Mar­cin chy­ba ma ra­cję. Za bar­dzo się za­mar­twiał. Da­le­ko tak nie zaj­dzie.

Wes­tchnął i wy­pił dusz­kiem drin­ka. A co tam. Jemu też się coś od ży­cia na­le­ży.

– No, w koń­cu. – Po­go­rzel­ski przy­jął tę zmia­nę z za­do­wo­le­niem. – Już się mar­twi­łem, że tak ci zo­sta­nie.

Ra­fał roz­siadł się wy­god­nie. Nogi wy­cią­gnął przed sie­bie, a ra­mio­na roz­po­starł na opar­ciu ka­na­py. Za­pa­chy per­fum i wszel­kiej ma­ści dez­odo­ran­tów były obez­wład­nia­ją­ce do tego stop­nia, że do­znał za­wro­tu gło­wy. A może to od al­ko­ho­lu? Z każ­dym ły­kiem na­bie­rał śmia­ło­ści, tym bar­dziej że opór dziew­czyn był sym­bo­licz­ny.

Do­syć szyb­ko Mar­cin i Ka­mi­la po­szli tań­czyć. Mo­ni­ka żuła gumę, co rusz dmu­cha­jąc ró­żo­we ba­lo­ni­ki.

– Ile ty wła­ści­wie masz lat? – spy­tał na wszel­ki wy­pa­dek.

– Osiem­na­ście. A bo co?

– Nic, tak tyl­ko py­tam.

Może nie była kla­sycz­ną pięk­no­ścią, lecz mia­ła w so­bie to coś. Fi­gu­ra per­fek­cyj­na, nogi jak u bo­gi­ni, pier­si tro­chę małe jak na jego gust, ale ujdą.

Po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją w miej­sce za uchem, chło­nąc za­pach jej skó­ry.

– Ład­ny wi­sio­rek. – Jego wzrok za­nur­ko­wał w głąb de­kol­tu i za­wie­szo­ne­go na szyi łań­cusz­ka.

– Skor­pion. Uwa­żaj, bo wbi­ję ci ko­lec.

– Zro­bisz to? – za­py­tał za­czep­nie.

– Pew­nie. Jak nie bę­dziesz grzecz­ny…

Za­nim skoń­czy­ła, wy­su­nął ko­niu­szek ję­zy­ka i za­czął li­zać jej ucho.

– Tak ci spiesz­no?

– Mia­łem par­szy­wy dzień – wy­ja­śnił. – I ty­dzień – do­dał po chwi­li.

Oparł gło­wę o ra­mię dziew­czy­ny i przy­mknął oczy.

– Tyl­ko mi tu nie za­śnij.

– Bez obaw – za­pew­nił, wo­dząc opusz­ka­mi pal­ców po udzie gład­kim ni­czym szkło.

Ta chwi­la mo­gła trwać wiecz­nie. Spra­wy szły w do­brym kie­run­ku. Co praw­da nie cał­kiem tak wy­obra­żał so­bie ten wie­czór, ale prze­cież po­dob­nie. Part­ner­ka mia­ła być inna, a po­stę­py w do­tar­ciu do celu dużo wol­niej­sze. Do dia­bła z tą głu­pią pin­dą. Prze­cież nie była ja­kimś cu­dem. Inna na jej miej­scu, jak wi­dać…

– Prze­cież pro­si­łam, że­byś nie spał.

– Prze­pra­szam, za­my­śli­łem się.

Zo­stał wy­na­gro­dzo­ny na­mięt­nym po­ca­łun­kiem, od któ­re­go zgęst­nia­ła at­mos­fe­ra. O, tak… Do­brze… Ję­zyk Mo­ni­ki wsu­nął się po­mię­dzy jego war­gi. Sma­ko­wa­ła cierp­ko i słod­ko rów­no­cześ­nie, zu­peł­nie jak­by nie­daw­no zja­dła ko­szyk tru­ska­wek.

– Ej, chło­pie, lu­dzie się na was pa­trzą.

Szturch­nię­cie Po­go­rzel­skie­go przy­szło w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie.

– Ja z Ka­mi­lą zmy­wa­my się na pla­żę. Mo­że­cie iść z nami.

De­cy­zję pod­jął bły­ska­wicz­nie. Ure­gu­lo­wał ra­chu­nek i wy­szli na świe­że po­wie­trze, po­zo­sta­wia­jąc za sobą gwar i dusz­ny kli­mat dys­ko­te­ki.

Tro­chę ochło­nął, ale nie trwa­ło to dłu­go. Mar­cin wci­snął mu w dłoń flasz­kę whi­sky, a ra­czej whi­skey, bo gdy uniósł ją na wy­so­kość oczu, oka­za­ło się, że to ir­landz­ki na­pi­tek: Ja­me­son.

Po­cią­gnął dłu­gi łyk. Chęć za­im­po­no­wa­nia Mo­ni­ce twar­dym łbem wzię­ła górę nad roz­sąd­kiem.

Mar­cin pił nie­wie­le, wła­ści­wie tyl­ko sma­ko­wał, mimo to wy­glą­dał na moc­no wsta­wio­ne­go.

Kie­dy zdą­żył się tak na­wa­lić? Prze­cież nie wy­pił dużo. Może wcze­śniej za­czął, a może nie miał dnia? Róż­nie bywa.

Po­wle­kli się w stro­nę dep­ta­ka i nie­od­le­głej pla­ży, mi­ja­jąc po dro­dze za­ko­cha­ne par­ki, ro­dzi­ny i sin­gli pa­trzą­cych na nich z za­zdro­ścią. Mo­ni­ka przy­war­ła do Ra­fa­ła, nie od­stę­pu­jąc go na krok. Po­czuł się jak król ży­cia. Ni­cze­go wię­cej nie po­trze­bo­wał.

Omi­ja­no ich sze­ro­kim łu­kiem. Fakt, za­cho­wy­wa­li się gło­śno, ale nie ro­bi­li nic złe­go. Po pro­stu do­brze się ba­wi­li. Mie­li do tego pra­wo.

Trud­no po­wie­dzieć, kie­dy pę­kła ko­lej­na flasz­ka.

– Wie­cie co… – za­czął w pew­nym mo­men­cie Po­go­rzel­ski.

– Nie, Mar­cin­ku, po­wiedz mi to na uszko – za­chę­ci­ła go Ka­mi­la.

– Na pla­ży… wie­cie, jak jest…

– Pia­sek wcho­dzi tam, gdzie nie trze­ba.

– Ha! Wła­śnie. – Po­go­rzel­ski uniósł wska­zu­ją­cy pa­lec pra­wej ręki do góry. – Mam lep­szy po­mysł.

– Nie trzy­maj nas zbyt dłu­go w nie­pew­no­ści.

– Tu nie­da­le­ko… – Mar­cin wska­zał kie­ru­nek – …mam fu­chę dla jed­ne­go dzia­ne­go go­ścia. Fa­cet chce mieć za­cisz­ne miej­sce na week­en­do­we wy­pa­dy. A mu­szę po­wie­dzieć, że for­sy ma jak lodu. W środ­ku pra­wie wszyst­ko go­to­we. Tyl­ko się wpro­wa­dzać. I tak się skła­da, że mam przy so­bie klu­cze.

– To co my tu jesz­cze ro­bi­my? – spy­tał Adam­ski.

– Wi­dzisz, Ra­fał­ku, jak się po­sta­rasz, to cał­kiem roz­sąd­ny z cie­bie kum­pel.

Wy­da­wa­ło się, że Po­go­rzel­ski chce po­kle­pać Ra­fa­ła po po­licz­ku, ale po na­my­śle zre­zy­gno­wał z tego, wzdy­cha­jąc cięż­ko. Le­d­wo po­włó­czył no­ga­mi, dziel­nie pod­trzy­my­wa­ny przez Ka­mi­lę.

To się chłop za­pra­wił. Le­piej, jak pój­dzie spać. Pę­ta­nie się po pla­ży w tym sta­nie mo­gło się źle skoń­czyć. Miej­sców­ka, któ­rą za­pro­po­no­wał Mar­cin, spa­dła im jak z nie­ba.

Od­bi­li na pra­wo, w jed­ną z uli­czek, przy któ­rej wy­bu­do­wa­no parę no­wych do­mów. Świe­ci­ła się tyl­ko jed­na la­tar­nia, lecz im to nie prze­szka­dza­ło. As­falt też wy­la­no cał­kiem nie­daw­no, więc piach jesz­cze chrzę­ścił pod sto­pa­mi. Było ci­cho i spo­koj­nie.

Ten re­jon Mię­dzyz­dro­jów był sła­bo za­sie­dlo­ny. Na więk­szo­ści po­se­sji pra­ce do­pie­ro trwa­ły. Jak eki­py bu­dow­la­ne się po­sta­ra­ją, może za parę mie­się­cy do nie­któ­rych wil­li wpro­wa­dzą się pierw­si lo­ka­to­rzy.

Bu­dy­nek za­pro­jek­to­wa­ny przez Po­go­rzel­skie­go nie na­le­żał do im­po­nu­ją­cych. Ot, zwy­kły par­te­ro­wy do­mek otyn­ko­wa­ny na pia­sko­wy ko­lor. Zresz­tą od fron­tu nie­wie­le było wi­dać, bo ca­łość kry­ła się za pło­tem wy­ko­na­nym z mod­nych ostat­nio pa­ne­li.

Ar­chi­tekt po­grze­bał w kie­sze­niach, aż w koń­cu zna­lazł klu­cze. Szczęk­nę­ła za­pad­ka w zam­ku, a oni mo­gli wejść do środ­ka.

Ra­fał po­tknął się i o mało nie wy­rżnął gło­wą w ścia­nę. Miał do­syć. Mdli­ło go od kil­ku­na­stu mi­nut. Pa­wia nie pu­ścił tyl­ko dla­te­go, że nie chciał wyjść na cie­nia­sa, ale czuł, że dłu­go już nie wy­trzy­ma.

– Idź na pra­wo – usły­szał życz­li­wą radę Po­go­rzel­skie­go.

Do ki­bla do­tarł w ostat­niej chwi­li. Chla­nie na pu­sty żo­łą­dek, po­dob­nie jak mie­sza­nie al­ko­ho­li, to zły po­mysł. Za­pra­wił się jak świ­nia.

Skur­cze znę­ka­ne­go or­ga­ni­zmu trwa­ły ja­kiś czas. W koń­cu uznał, że to ko­niec. Spłu­kał wy­mio­ci­ny, od­krę­cił wodę w umy­wal­ce i prze­mył spo­co­ną twarz. Le­d­wie stał na no­gach.

Wy­chry­piał pod no­sem se­rię prze­kleństw. Gdy­by go te­raz zo­ba­czył ktoś z ro­bo­ty, miał­by prze­chla­pa­ne.

Od­cze­kał parę mi­nut, żeby dojść do sie­bie, i ro­zej­rzał się wo­kół. Wła­ści­ciel nie po­wi­nien się kap­nąć, że ktoś na­rzy­gał w to­a­le­cie. Ra­fał po­sprzą­tał po so­bie, za­cie­ra­jąc śla­dy. Uznał, że kawa bę­dzie lep­sza od ko­lej­nej daw­ki go­rza­ły. Chy­ba mają tu eks­pres? Cha­ta jak się pa­trzy. Te­raz musi uwa­żać, by nie urwał mu się film.

Tym­cza­sem Mar­cin, Ka­mi­la i Mo­ni­ka roz­sie­dli się w sa­lo­nie. Po­go­rzel­ski pró­bo­wał śpie­wać, jed­nak dziew­czy­ny szyb­ko go za­głu­szy­ły pi­skiem i śmie­chem.

Nim Adam­ski zdą­żył po­wie­dzieć choć sło­wo, wci­śnię­to mu w dłoń pusz­kę z pi­wem. Nie od­sta­wił jej tyl­ko dla­te­go, że nie chciał ni­ko­go ura­zić.

Upił ły­czek, byle prze­płu­kać usta.

– Mam…

– Nie ma­rudź – rzu­cił Po­go­rzel­ski i za­czął ob­ma­cy­wać Ka­mi­lę po tył­ku.

– Chcę tań­czyć – oświad­czy­ła Mo­ni­ka, wy­ko­nu­jąc parę ru­chów su­ge­ru­ją­cych zna­jo­mość sam­by czy też rum­by. Nie­waż­ne. Mu­zy­ka ryk­nę­ła z gło­śni­ków, może nie z ta­kim na­tę­że­niem jak w Mi­ra­żu, ale i prze­strzeń była tu o wie­le mniej­sza.

Adam­ski wciąż stał w tym sa­mym miej­scu, uśmie­cha­jąc się głu­pio. Ta­niec zde­cy­do­wa­nie nie był jego ży­wio­łem, czuł wro­dzo­ny opór przed pu­blicz­ny­mi plą­sa­mi. Po­go­rzel­ski zo­rien­to­wał się, w czym rzecz, i pu­ścił coś znacz­nie wol­niej­sze­go, taki ta­niec-przy­tu­la­niec, co to nie trze­ba znać kro­ków, wy­star­czy ob­jąć part­ner­kę i po­ru­szać się zgod­nie z jej cia­łem i ryt­mem mu­zy­ki.

Zde­cy­do­wa­nie le­piej. Przy­mknął oczy, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę. Wło­sy Mo­ni­ki pach­nia­ły wia­trem i mo­rzem.

Trwa­ło to chwi­lę. Nie zo­rien­to­wał się na­wet, kie­dy Mar­cin i Ka­mi­la zmy­li się do dru­gie­go po­ko­ju.

Mo­ni­ka po­cią­gnę­ła go w stro­nę sofy.

– Mar­cin przy­go­to­wał dla nas pre­zent.

Do­pie­ro po chwi­li wzrok Ra­fa­ła zo­gni­sko­wał się na dwóch rów­no­le­głych ścież­kach bia­łe­go prosz­ku.

– Da­waj. – Za­chę­ta ze stro­ny dziew­czy­ny nie była zbyt sub­tel­na. – Bo­isz się?

Kur­wa. Ni­g­dy nie brał nar­ko­ty­ków. No, może parę razy za­pa­lił traw­kę, ale twar­de dra­gi to nie w jego sty­lu.

Mo­ni­ka zwi­nę­ła dwu­stu­zło­to­wy bank­not, cał­ko­wi­cie sku­pio­na na bia­łym prosz­ku. Wkrót­ce jed­na dział­ka zo­sta­ła przez nią wcią­gnię­ta z wpra­wą, o jaką by jej nie po­dej­rze­wał.

Jego ko­lej.

Zdra­dza­ło go drże­nie rąk. Zwy­kła z nie­go łaj­za. No już… Raz-dwa. Nie ma co się ocią­gać. Po­dejdź do tego jak do le­kar­stwa.

Wy­star­czy tego cac­ka­nia. Wcią­gnął pro­szek do nosa, krę­cąc gło­wą na boki. O mało nie kich­nął, lecz zdo­łał się po­wstrzy­mać.

Efekt z po­cząt­ku był nie­szcze­gól­ny. Wła­ści­wie nic się nie dzia­ło. Kopa do­stał po ja­kiejś mi­nu­cie. Świat za­wi­ro­wał, a on od­le­ciał.

W koń­cu sam się o to pro­sił. ■Rozdział drugi

Obu­dził go te­le­fon. Słoń­ce sta­ło wy­so­ko na nie­bie.

Był sam. Co praw­da ubra­nie miał w nie­ła­dzie i moc­no wy­mię­te, ale ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. Smart­fon zna­lazł w kie­sze­ni spodni. Wy­cią­gnął apa­rat i przyj­rzał się wy­świe­tlo­ne­mu nu­me­ro­wi.

Oj, dzień za­po­wia­dał się nie­szcze­gól­nie.

– Pro­ku­ra­tor Ra­fał Adam­ski – wy­chry­piał, sta­ra­jąc się mó­wić jak naj­skład­niej.

– Aspi­rant Be­ata Ma­cie­jew­ska, Ko­men­da Miej­ska Po­li­cji w Świ­no­uj­ściu.

– Cześć. – Opadł na sofę, po­cią­ga­jąc no­sem.

– Pa­nie pro­ku­ra­to­rze, musi się pan zgło­sić na czyn­no­ści.

– Tak. Do­brze. Od­dzwo­nię za parę mi­nut.

Nie po­wi­nien zbyć we­zwa­nia, ale nie miał in­ne­go wyj­ścia. Za­ba­lo­wał, ale te­raz mu­siał na­tych­miast wró­cić do ja­kiej ta­kiej for­my.

Mo­ni­ki nie do­strzegł w po­bli­żu. W domu w ogó­le pa­no­wa­ła gro­bo­wa ci­sza. Nikt nie od­po­wie­dział na jego wo­ła­nie. Czyż­by resz­ta już po­szła? Na ra­zie nie chcia­ło mu się ro­bić ob­cho­du i spraw­dzać. Prze­szedł do ła­zien­ki, od­krę­cił ku­rek z zim­ną wodą i opłu­kał twarz. Do­pie­ro po tym spoj­rzał w lu­stro. Wy­glą­dał nie­szcze­gól­nie – oczy za­czer­wie­nio­ne, pod nimi wory, na twa­rzy szorst­ka szcze­ci­na, w ustach Sa­ha­ra.

Z bra­ku lep­szych na­po­jów na­pił się wody z kra­nu, wy­smar­kał się i prze­cze­sał wło­sy pal­ca­mi. Nie­wie­le to po­mo­gło. Z lu­stra na­dal pa­trzył na nie­go ist­ny ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy, acz­kol­wiek sa­mo­po­czu­cie nie było aż tak złe, jak by wska­zy­wa­ła fi­zys. Mie­wał cięż­sze kace.

Rzy­gać mu się nie chcia­ło i ja­sno my­ślał, a to naj­waż­niej­sze. Gdy­by jesz­cze mógł wziąć prysz­nic…

Ka­bi­na była, ręcz­ni­ki też, ale choć wie­dział, że stru­mień lo­do­wa­tej wody do­brze by mu zro­bił, czuł skrę­po­wa­nie. Nie był u sie­bie, nie był też go­ściem.

Je­den z du­żych ręcz­ni­ków był na­wet wil­got­ny, a na drzwiach ka­bi­ny do­strzegł kro­pel­ki wody, któ­ra nie zdą­ży­ła wy­pa­ro­wać. A za­tem ktoś tu przed nim urzę­do­wał. Mo­ni­ka albo Ka­mi­la. Właś­nie. Gdzie po­dzia­ła się resz­ta ba­lo­wi­czów?

Prze­szedł się po po­ko­jach. Sa­lon pu­sty, kuch­nia pu­sta, sy­pial­nie rów­nież. Żad­nej zbęd­nej gar­de­ro­by wa­la­ją­cej się po ką­tach. Czy­li był ostat­nim z im­pre­zo­wi­czów, a dziew­czy­ny i Mar­cin wy­szli wcze­śniej. Szko­da, że się nie po­że­gna­li.

Drzwi wej­ścio­we za­trza­snę­ły się za nim z głu­chym od­gło­sem, furt­ka po­dob­nie. Na uli­cy do­strzegł eki­pę trzech bu­dow­lań­ców, któ­rzy wła­śnie przy­szli do pra­cy. Do­cho­dzi­ła siód­ma rano. Ge­ne­ral­nie ro­bo­tę za­czy­nał o ósmej, ale w jego fa­chu czas to rzecz względ­na.

Ru­szył w kie­run­ku cen­trum, sta­ra­jąc się wy­glą­dać na go­ścia, któ­ry rześ­ki i wy­po­czę­ty z we­rwą ma­sze­ru­je do pra­cy. Ten ka­mu­flaż bły­ska­wicz­nie wy­czer­py­wał jego siły.

Po paru mi­nu­tach Ra­fał uzmy­sło­wił so­bie, że z Mię­dzyz­dro­jów do Świ­no­uj­ścia nie do­trze w pięć mi­nut, tym bar­dziej że nie dys­po­no­wał wła­snym trans­por­tem.

Pora wy­ko­nać pierw­szy tego dnia te­le­fon, ina­czej się nie da. Wy­brał ostat­ni nu­mer, wci­ska­jąc zie­lo­ną słu­chaw­kę na wy­świe­tla­czu.

– Adam­ski.

– Już się mar­twi­łam, pa­nie pro­ku­ra­to­rze.

– Nie­po­trzeb­nie. Kto za­de­cy­do­wał, że to moja ko­lej?

– Pro­ku­ra­tor Ga­jew­ska.

Mógł się do­my­ślić. Ta suka go nie cier­pia­ła. Sta­re, wred­ne bab­sko. Cie­ka­we, co mu przy­go­to­wa­ła. Pew­nie ja­kie­goś bez­dom­ne­go le­żą­ce­go od ty­go­dnia w ro­wie.

– Ro­zu­miem. Spra­wa jest taka: je­stem w Mię­dzyz­dro­jach i po­trze­bu­ję pod­wóz­ki.

– Gdzie do­kład­nie?

– W Alei Róż.

– Pro­szę po­cze­kać, za­raz ko­goś znaj­dę.

Roz­mo­wa zo­sta­ła za­koń­czo­na, scho­wał smart­fon do kie­sze­ni. Z tego, co pa­mię­tał, nie­da­le­ko znaj­do­wa­ła się żab­ka. Na pew­no nie za­szko­dzi, jak coś zje i łyk­nie ener­ge­ty­ka. Dzień za­po­wia­dał się dłu­gi. Rano czyn­no­ści, po­tem pa­pier­ki w biu­rze. Mało praw­do­po­dob­ne, żeby tra­fił do domu przed sie­dem­na­stą.

Skle­pik na szczę­ście był otwar­ty. Po­krę­cił się chwi­lę, wy­bie­ra­jąc za­ku­py. Naj­waż­niej­sze to ta­blet­ki od bólu gło­wy, bez nich ani rusz. Nie­po­trzeb­nie tak się spo­nie­wie­rał. Ża­ło­wał, że dał się na­mó­wić Po­go­rzel­skie­mu na tę nie­szczę­sną im­pre­zę, z któ­rej zresz­tą nie­wie­le pa­mię­tał. Za­li­czył Mo­ni­kę czy nie? Chęt­nie by się z nią spo­tkał po­now­nie, już w mniej roz­ryw­ko­wych oko­licz­no­ściach.

Wy­szedł przed sklep, roz­pa­ko­wał bli­ster pa­ra­ce­ta­mo­lu i od razu łyk­nął dwie ta­blet­ki, po­pi­ja­jąc na­po­jem ener­ge­ty­zu­ją­cym. Ode­tchnął. W dżin­sach i bia­łym pod­ko­szul­ku wy­glą­dał na tu­ry­stę i przez chwi­lę na­wet tak się czuł.

Do cza­su.

Ra­dio­wóz pod­je­chał nie­spo­dzie­wa­nie, a jemu nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak za­pa­ko­wać się do środ­ka.

– Coś pan, pa­nie Ra­fa­le, sła­bo dzi­siaj wy­glą­da. – Kie­row­ca, tę­ga­wy trzy­dzie­sto­la­tek z dys­tynk­cja­mi star­sze­go sier­żan­ta, zerk­nął na Adam­skie­go z uko­sa. – Za­ba­lo­wa­ło się?

– Nie­ste­ty – burk­nął, od­wra­ca­jąc gło­wę. Nor­mal­nie ochrza­nił­by na­trę­ta za wpie­prze­nie się w nie swo­je spra­wy, ale z Ci­skiem współ­pra­co­wa­li od ja­kichś dwóch lat.

„Współ­pra­co­wa­li” to za dużo po­wie­dzia­ne. On nad­zo­ro­wał, gli­nia­rze wy­ko­ny­wa­li. Taki, kur­na, fach. Jak spie­przy spra­wę, nie ma cze­go po­słać do sądu. Opi­nia pu­blicz­na po paru ostat­nich wpad­kach była na nich moc­no cię­ta i pa­trzy­ła na ręce. Wszyst­ko przez te war­szaw­skie prze­py­chan­ki. Co jego to mo­gło ob­cho­dzić? Do sto­li­cy da­lej niż ze Świ­no­uj­ścia być nie może. Jak chcą, to niech się w tej war­szaw­ce ob­rzu­ca­ją bło­tem, a ich do tego nie mie­sza­ją.

Ale i pod tym wzglę­dem spra­wa nie była pro­sta. Taka Ga­jew­ska na pew­no li­czy­ła na prze­ta­so­wa­nia i szan­sę, że wró­ci do pra­cy w Szcze­ci­nie. Co mia­ła do stra­ce­nia? Nic. Do nich przy­je­cha­ła pięć lat temu, a że mia­ła ple­cy, od razu pchnię­to ją na eks­po­no­wa­ne sta­no­wi­sko. Zresz­tą, co tu ukry­wać, więk­szość zna­jo­mych Ra­fa­ła mia­ła po­dob­ne par­cie. Suk­ces mógł ich wy­win­do­wać na samą górę, a po­raż­ka… Taa…

Wy­je­cha­li z te­re­nu za­bu­do­wa­ne­go, kie­ru­jąc się w stro­nę tra­sy eu­ro­pej­skiej E65. Tyl­ko ta dro­ga łą­czy­ła dwie wy­po­czyn­ko­we miej­sco­wo­ści.

Ci­sek włą­czył sy­re­nę i po­mknę­li ni­czym rą­cze ko­nie, wy­mi­ja­jąc tiry, do­staw­cza­ki i oso­bów­ki. Cho­ciaż dźwięk roz­ry­wał uszy, to Ra­fał był wdzięcz­ny: przy­naj­mniej nie mu­siał roz­ma­wiać.

Do­syć szyb­ko po pra­wej stro­nie po­ja­wi­ły się bocz­ni­ce ko­le­jo­we, a póź­niej pierw­sze za­bu­do­wa­nia. Na nie­któ­rych pło­tach wi­sia­ły bia­łe prze­ście­ra­dła gło­szą­ce wszem i wo­bec, że miesz­kań­cy tej dziel­ni­cy nie ży­czą so­bie ter­mi­na­la kon­te­ne­ro­we­go, ce­niąc nade wszyst­ko ci­szę i spo­kój.

Pro­test był oby­wa­tel­ski i jak na ra­zie nic nie za­po­wia­da­ło jego koń­ca. Adam­ski nie in­te­re­so­wał się tym zbyt­nio. Wie­dział tyl­ko, że obie stro­ny spo­ru oko­pa­ły się na swo­ich po­zy­cjach, bo obie, jak się zda­wa­ło, mia­ły swo­je ra­cje. War­szów, wschod­nią część Świ­no­uj­ścia, przez lata za­nie­dby­wa­no. Do­pie­ro w cią­gu ostat­nich dzie­się­ciu–pięt­na­stu lat za­czę­ło się to zmie­niać i pie­nią­dze po­pły­nę­ły szer­szą stru­gą. Po­ja­wi­ły się pen­sjo­na­ty i domy wy­po­czyn­ko­we, na­pra­wio­no chod­ni­ki i uli­ce. Lu­dziom żyło się le­piej.

Po­mysł wy­kar­czo­wa­nia trzy­stu hek­ta­rów lasu i po­sta­wie­nia ter­mi­na­la kon­te­ne­ro­we­go wy­szedł ze stro­ny za­rzą­du por­tu. In­we­sty­cja osza­co­wa­na na parę mi­liar­dów zło­tych mia­ła speł­niać wszel­kie stan­dar­dy i nie być uciąż­li­wa dla miesz­kań­ców, dla mia­sta zaś sta­no­wi­ła szan­sę na roz­wój.

„Świ­no­uj­ście – Sin­ga­pur Pół­no­cy” – tak ma­wia­no. Po­ja­wią się in­we­sto­rzy, nowe miej­sca pra­cy.

Co nam po nich, sko­ro ży­je­my z tu­ry­sty­ki, a kon­te­ne­ry po ho­ry­zont, rów­ni­ny bocz­nic i ko­lej­ne ty­sią­ce ti­rów znie­chę­cą na­szych klien­tów i in­we­sto­rów – ar­gu­men­to­wa­li prze­ciw­ni­cy.

Pro­ku­ra­tor pod­parł gło­wę, za­sta­na­wia­jąc się, jaki dziś jest ruch na prze­pra­wie.

Tak, prze­pra­wa de­ter­mi­no­wa­ła ży­cie w mie­ście, przez któ­re prze­cho­dził bo­daj naj­waż­niej­szy tor wod­ny w kra­ju. Obie­ca­ne­go tu­ne­lu wciąż nie wy­bu­do­wa­no, cho­ciaż pla­ny były, i to od dwu­dzie­stu lat. Ko­lej­na in­we­sty­cja, któ­ra nie mo­gła na­brać roz­pę­du.

Ci­sek z wpra­wą i bez ce­re­gie­li po­wy­mi­jał wozy zdą­ża­ją­ce na prze­pra­wę i jako ostat­ni we­pchnął się na po­kład pro­mu.

Adam­ski omiótł wzro­kiem oko­li­cę. Po le­wej sta­cja ko­le­jo­wa, da­lej cią­gnął się ter­mi­nal pro­mów mor­skich. Na wprost gier­kow­skie wie­żow­ce i wie­ża daw­ne­go ko­ścio­ła p.w. Mar­ci­na Lu­tra, a jak­by tro­chę od­wró­cił gło­wę, do­strzegł­by Ka­pi­ta­nat Por­tu.

Zda­niem Adam­skie­go Świ­no­uj­ście było naj­bar­dziej po­pier­do­lo­nym mia­stem w Pol­sce, po­ło­żo­nym na trzech za­miesz­ka­łych wy­spach (Uznam, Wo­lin i Kar­si­bór) oraz czter­dzie­stu czte­rech nie­za­miesz­ka­łych. Cza­sa­mi cho­le­ry moż­na było do­stać, zwłasz­cza w se­zo­nie, kie­dy zjeż­dża­ły się tu set­ki ty­się­cy tu­ry­stów.

Ci­sek wy­łą­czył sy­gnał i za­pa­dła bło­ga ci­sza. Z ra­dia po­pły­nę­ły in­for­ma­cje o awan­tu­rze do­mo­wej. Ich to nie do­ty­czy­ło.

Prom w koń­cu od­bił od na­brze­ża, roz­po­czy­na­jąc krót­ką po­dróż na dru­gą stro­nę Świ­ny.

– Dużo to pan dzi­siaj nie spał – ni to stwier­dził, ni za­py­tał star­szy sier­żant.

– Dam radę.

– Szy­mań­ski też tak mó­wił.

– Co z nim? – udał za­in­te­re­so­wa­ne­go.

– W pią­tek do­stał za­wa­łu. Nie sły­szał pan? Wra­cał po służ­bie do domu i wzię­ło go. Nor­mal­nie za­słabł na uli­cy. Do­brze, że ktoś szyb­ko za­dzwo­nił po ka­ret­kę, ina­czej szy­ko­wa­li­by­śmy się na po­grzeb.

– Nie wie­dzia­łem.

– Świe­ża spra­wa.

– Ile miał… ma – szyb­ko się po­pra­wił – lat?

– Pięć­dzie­siąt czte­ry. I na in­ter­wen­cje jeź­dzi, a po­wi­nien sie­dzieć na ko­men­dzie i te­le­fo­ny od­bie­rać.

– Dzie­ci ma?

– Dwój­kę. Już na stu­diach. Star­sza w Ber­li­nie, młod­szy we Wro­cła­wiu. Ze sta­rą roz­szedł się pięć lat temu. Ostro go prze­czoł­ga­ła, ale to zdzi­ra była. Pusz­cza­ła się na pra­wo i lewo, a on ją ko­chał.

Do­brze, że Ra­fał za­cho­wał na czar­ną go­dzi­nę pusz­kę na­po­ju da­ją­ce­go kopa. Ta go­dzi­na wła­śnie na­de­szła. Po­cią­gnął za za­wlecz­kę i wlał w gar­dło płyn o sma­ku lan­dry­nek.

Świń­stwo sta­wia­ło go na nogi, choć do­pie­ro po wy­pi­ciu co naj­mniej trzech opa­ko­wań. Dzi­siaj szyb­ciej się po­rzy­ga lub pomp­ka mu nie wy­trzy­ma i skoń­czy jak ten nie­szczę­sny Szy­mań­ski, co to ko­chał tak bar­dzo swo­ją nie­wier­ną żonę, że za żad­ne skar­by nie chciał się z nią roz­stać.

– A ty co wła­ści­wie ro­bi­łeś w Mię­dzyz­dro­jach? – za­py­tał, gdy już osu­szył pusz­kę.

– Pa­pie­ry by­łem za­wieźć.

– Tak wcze­śnie?

– Służ­ba nie druż­ba – od­parł Ci­sek fi­lo­zo­ficz­nie.

Przed­nia ram­pa opa­dła i wozy za­czę­ły wy­jeż­dżać je­den po dru­gim. Tro­chę trwa­ło, za­nim przy­szła pora na nich.

– Gdzie je­dzie­my?

– Nie­da­le­ko, za przy­stań jach­to­wą.

Ra­dio­wóz skrę­cił w pra­wo i po­je­chał wzdłuż Świ­ny naj­pierw na za­chód, a póź­niej na pół­noc obok przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go li­nii 2 i 6, gdzie cze­ka­ło już parę osób. Wa­ka­cje nie wa­ka­cje, nie­któ­rzy ty­ra­li, i to cięż­ko.

Ma­ri­na, na któ­rą Ra­fał zdą­żył rzu­cić okiem, jak zwy­kle wy­da­ła mu się oazą spo­ko­ju. Jak się do­ro­bi, za­ko­twi­czy tu swo­ją łaj­bę. Może Świ­no­uj­ście to nie Mia­mi, ale o wła­snym jach­ci­ku ma­rzył od daw­na.

Fort Anio­ła – ko­lej­na wi­zy­tów­ka mia­sta. Daw­na for­ty­fi­ka­cja po­wsta­ła na wzór gro­bow­ca Ha­dria­na za­mie­nio­ne­go przez pa­pie­ży w for­te­cę. Hi­sto­rię o Sac­co di Roma, czy­li złu­pie­niu Rzy­mu w ty­siąc pięć­set dwu­dzie­stym siód­mym roku przez land­sk­nech­tów Ka­ro­la V, znał na pa­mięć. Pa­pież Kle­mens VII zo­stał wów­czas wy­pro­wa­dzo­ny taj­nym przej­ściem przez wier­nych Szwaj­ca­rów do zam­ku nad Ty­brem, dzię­ki cze­mu oca­lał.

Ba­stion, któ­ry mi­nę­li, nie po­sia­dał aż tak dra­ma­tycz­nej hi­sto­rii. Wy­bu­do­wa­ny przez Pru­sa­ków w XIX wie­ku, sta­no­wił zra­zu część więk­sze­go kom­plek­su woj­sko­we­go. Ostat­ni żoł­nie­rze, już nie pru­scy, a so­wiec­cy, wy­co­fa­li się stąd pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku. Dziś wnę­trza zaj­mo­wa­ły ga­le­ria i ka­wiar­nia.

Trzy ra­dio­wo­zy do­strze­gli tuż za na­stęp­nym za­krę­tem.

Ci­sek pod­je­chał naj­bli­żej jak się dało do bia­ło-czer­wo­nej ta­śmy ogra­ni­cza­ją­cej do­stęp do miej­sca zda­rze­nia. Ostat­nie me­try pro­ku­ra­tor Adam­ski po­ko­nał pie­cho­tą. Cze­ka­no tyl­ko na nie­go.

Po­ste­run­ko­wych zi­gno­ro­wał i od razu pod­szedł do oso­by, któ­ra gra­ła tu pierw­sze skrzyp­ce.

Pod­in­spek­tor Ka­rol Ra­tyń­ski był ły­sym, brzu­cha­tym pięć­dzie­się­cio­lat­kiem o twa­rzy zmę­czo­ne­go bul­do­ga i w san­da­łach na bo­sych sto­pach. Die­tę i zdro­we na­wy­ki miał gdzieś, cze­mu osten­ta­cyj­nie da­wał wy­raz, co rusz wy­pusz­cza­jąc w po­wie­trze kłę­by gry­zą­ce­go dymu z pa­pie­ro­sa przy­kle­jo­ne­go do ust.

– To prze­ciw ko­ma­rom – wy­ja­śnił, wi­dząc tak­su­ją­ce spoj­rze­nie mło­de­go pro­ku­ra­to­ra.

– No ja­sne.

Przy­wi­ta­li się.

– Bę­dziesz się wpier­da­lał w spra­wę czy za­ła­twi­my to po dżen­tel­meń­sku? – za­py­tał gli­na bez ogró­dek.

I jak go nie ko­chać? Prze­waż­nie to po­li­cja wy­ko­ny­wa­ła wszel­kie czyn­no­ści, a mą­dry pro­ku­ra­tor, for­mal­nie je nad­zo­ru­ją­cy, nie in­ge­ro­wał w dzia­ła­nia or­ga­nów ści­ga­nia. Szczy­lo­wa­ty praw­nik i do­świad­czo­ny pies goń­czy. Ja­kie tu mo­gło być part­ner­stwo?

– Rób tak, by­śmy nie mu­sie­li świe­cić ocza­mi – mruk­nął Ra­fał pod no­sem, ma­jąc na­dzie­ję, że zo­sta­nie do­brze zro­zu­mia­ny.

Na bar­kach miał pięć in­nych spraw. Po­bi­cie, wy­mu­sze­nie, gwałt, pa­ser­stwo i wy­łu­dze­nie VAT-u. Do­mknię­cie ich i po­sła­nie win­nych do pu­dła bądź uka­ra­nie grzyw­ną zaj­mie ty­go­dnie. Jak nie mie­sią­ce. Z ro­bo­tą nie wy­ro­bi się do eme­ry­tu­ry, dla­te­go był zwo­len­ni­kiem uprasz­cza­nia nie­któ­rych spraw, a nie cze­pia­nia się o de­ta­le.

– Co tu mamy? – spy­tał. Pora przejść do me­ri­tum.

– Ko­bie­ta.

– Aha.

Ru­szy­li w stro­nę ro­sną­cej nad sa­mym brze­giem kępy drzew. Je­den z pni zo­stał pod­my­ty przez fale i ru­nął do wody. To właś­nie w ko­na­ry prze­wró­co­nej aka­cji wplą­ta­ło się cia­ło to­pie­li­cy.

– Wiek i na­zwi­sko nie­zna­ne – re­fe­ro­wał pod­in­spek­tor.

– Kto ją zna­lazł?

– Mi­ło­śnicz­ka jog­gin­gu. Wła­śnie skła­da ze­zna­nia. Nasi po­ja­wi­li się kwa­drans póź­niej. Do­bra, daj­cie ją bli­żej.

Dwaj funk­cjo­na­riu­sze wy­cią­gnę­li zwło­ki na brzeg, wcze­śniej wszyst­ko sta­ran­nie ob­fo­to­gra­fo­wu­jąc. Cia­ło uło­żo­no na ple­cach, a po­li­cjan­ci z Adam­skim oto­czy­li je, przy­glą­da­jąc się pa­to­lo­go­wi, któ­ry przy­stą­pił do wstęp­nych oglę­dzin.

Trud­no po­wie­dzieć, kie­dy na­stą­pił zgon, ale była to kwe­stia go­dzin, a nie dni. Rysy twa­rzy wciąż były wy­raź­ne. Mo­gła mieć naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pięć – dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Po­wie­dzieć, że była pięk­na, to nic nie po­wie­dzieć.

– Ko­lej­na ofia­ra upa­łów – oświad­czył Ra­tyń­ski ma­to­wym gło­sem.

– Tak my­ślisz?

– Ja­sne. Po­szła w nocy po­pły­wać i uto­nę­ła. Prze­cież wi­dzisz, że ma dół od ko­stiu­mu. Nie zdzi­wię się, jak we krwi znaj­dzie­my al­ko­hol bądź do­pa­la­cze.

– W ta­kim ra­zie gdzie po­dzia­ła się góra?

– Może ką­pa­ła się to­pless. Te­raz taka moda. Czy­ta­łem w „Co­smo­po­li­ta­nie”.

Uwa­gi pod­in­spek­to­ra nikt nie sko­men­to­wał. W dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć Ra­tyń­ski miał ra­cję. Ra­fał choć­by chciał, to i tak nie po­tra­fił prze­stać przy­glą­dać się dziew­czy­nie, a już zwłasz­cza jej od­kry­te­mu biu­sto­wi, pła­skie­mu brzu­cho­wi i dłu­gim no­gom. Maj­tecz­ki też ra­czej na­le­ża­ły do skrom­nych.

– A to cię­cie? – wska­zał smu­gę bie­gną­cą od pra­we­go boku do pęp­ka.

Spoj­rze­nie Ra­tyń­skie­go wy­ra­ża­ło cał­ko­wi­tą obo­jęt­ność. Po­dob­nych zwłok na­oglą­dał się przez trzy­dzie­ści lat całą masę. Za­strze­le­ni, za­dźga­ni, uto­pie­ni, po­wie­sze­ni, ofia­ry wy­pad­ków ko­mu­ni­ka­cyj­nych, awan­tur do­mo­wych i nie­szczę­śli­wych zbie­gów oko­licz­no­ści. Bia­li, czar­ni i śnia­dzi. Do wy­bo­ru do ko­lo­ru. Po­la­cy i ob­co­kra­jow­cy. Je­że­li po­wie­dział, że się uto­pi­ła, to się uto­pi­ła.

– Mó­wię wam, że fale ją znio­sły albo za­plą­ta­ła się w sie­ci – po­wtó­rzył po­li­cjant, roz­glą­da­jąc się przy tym do­oko­ła.

– Sie­ci tu­taj? Mia­ła­by otar­cia – po­wąt­pie­wał Adam­ski. – Co pan na to? – spy­tał le­ka­rza, któ­ry wła­śnie ski­nął na po­moc­ni­ków, żeby prze­nie­śli zwło­ki na roz­po­star­tą już czar­ną fo­lię.

– Zo­ba­czy­my, co po­wie­dzą ba­da­nia.

Z miej­sca, gdzie sta­li, do­sko­na­le wi­dać było cu­mu­ją­cą przy ter­mi­na­lu ga­zo­wym jed­nost­kę – na jej bur­cie wy­ma­lo­wa­no wiel­kie bia­łe li­te­ry LNG.

LNG to skrót od li­qu­efied na­tu­ral gas – czy­li skro­plo­ny gaz ziem­ny. Zwło­ki tak bli­sko obiek­tu o cha­rak­te­rze stra­te­gicz­nym na pew­no wzbu­dzą cie­ka­wość pew­nych lu­dzi. Te­raz Adam­ski już nie był taki pew­ny, czy do­brze zro­bił, za­wie­ra­jąc z Ra­tyń­skim umo­wę. Oby nie wy­bu­chła z tego afe­ra na pół Pol­ski.

– Do­brze, pa­no­wie. Wie­cie, co ro­bić. Sek­cję pro­szę wy­ko­nać jak naj­szyb­ciej.

– Oczy­wi­ście.

– Do ju­tra chcę wie­dzieć, jak ta dziew­czy­na się na­zy­wa­ła, gdzie miesz­ka­ła i z kim. Przy oka­zji przej­rzyj­cie re­je­stry za­gi­nio­nych.

– Se­zon do­pie­ro się za­czy­na.

– Wiem o tym do­sko­na­le, dla­te­go po­win­ni­śmy zro­bić wszyst­ko, aby po­dob­na tra­ge­dia się nie po­wtó­rzy­ła.

– Wszyst­kich nie upil­nu­je­my – za­uwa­żył Ra­tyń­ski, wsu­wa­jąc dło­nie w kie­sze­nie.

– Przy­naj­mniej się po­sta­raj­my.

– Za­ła­twio­ne – wy­ce­dził pod­in­spek­tor przez za­ci­śnię­te zęby.

Nie­dłu­go za­roi się tu od spa­ce­ro­wi­czów. Pierw­szy kon­takt na TVN24 pew­nie już po­szedł. Nie­wy­klu­czo­ne, że jesz­cze dzi­siaj bę­dzie mu­siał pod­rzu­cić coś rzecz­ni­ko­wi pro­ku­ra­tu­ry.

Oby me­dia szyb­ko stra­ci­ły za­in­te­re­so­wa­nie spra­wą, bo jak nie, to za­czną się na­ci­ski z ra­tu­sza.

Nie raz tak było. Tu, gdzie biz­nes opie­rał się na bez­tro­skim wy­po­czyn­ku, musi pa­no­wać spo­kój.

A lu­dzie niech uwa­ża­ją, Ra­tyń­ski ma ra­cję. Po­li­cja nie może pil­no­wać wszyst­kie­go. To prze­cież oczy­wi­ste. ■Rozdział szósty

Śro­da ani czwar­tek nie przy­nio­sły w śledz­twie ni­cze­go no­we­go. Na do­da­tek na bar­ki Ra­tyń­skie­go spadł ko­lej­ny tru­posz­czak. Lecz tym ra­zem wszyst­ko było ja­sne. Fa­cet wy­padł za bur­tę pro­mu tuż przed wej­ściem stat­ku do por­tu. Ze­zna­nia świad­ków były zgod­ne. Gość sam sko­czył za bur­tę. Ewi­dent­ne sa­mo­bój­stwo. Nie zo­sta­wił li­stu po­że­gnal­ne­go, ale jak się szyb­ko oka­za­ło, czło­wiek ten po uszy sie­dział w dłu­gach.

Bywa i tak. Tu po­życz­ka, tam kre­dyt, pra­co­daw­ca spóź­nia się z wy­pła­tą i le­żysz bez szans na po­wrót do nor­mal­no­ści.

Ra­fał w tym cza­sie suk­ce­syw­nie…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY