Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nie do obrony - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
4299 pkt
punktów Virtualo

Nie do obrony - ebook

Czy można bronić człowieka, nie wiedząc, czy mówi prawdę?

Reżyserka Ewa Kwiatkowska dostaje szansę życia – ma stworzyć film prawniczy z prawdziwego zdarzenia. Żeby zrozumieć świat adwokatów i sędziów, zaprasza do współpracy mecenasa Jacka Dubois i sędziego Igora Tuleyę.

Zaczyna się od kilku maili.

Kończy podróżą, po której nic nie pozostaje takie samo.

Nie do obrony to wyjątkowa książka balansująca między powieścią, reportażem i zapisem autentycznych rozmów. To historia o sprawiedliwości, która nie zawsze wygląda tak, jak chcielibyśmy wierzyć. O prawie, które jest znacznie bardziej ludzkie, niż pokazują filmy. I o kobiecie, która szukając bohatera swojego scenariusza, odnajduje przede wszystkim samą siebie.

Powieść inspirowana prawdziwą korespondencją z mecenasem jackiem dubois i sędzią Igorem Tuleyą.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-999-2
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

– Tylko pamię­taj! To musi być rasowy film praw­ni­czy, chcę peł­no­krwi­stych postaci, twar­dych gości, praw­ni­ków rodem z _W gar­ni­tu­rach_. Rozu­miesz?

Pro­du­cent nakrę­cał się w swo­ich ocze­ki­wa­niach, a ja czu­łam, że wła­ści­wie już jestem na pla­nie. Stwo­rzę mu takie postaci, że i on, i widzo­wie osza­leją. Muszę się jedy­nie pod­szko­lić w kwe­stiach praw­nych, ale od tego są prze­cież kon­sul­tanci. Tylko kogo popro­sić o taką mery­to­ryczną kon­sul­ta­cję fil­mową? Muszę to prze­my­śleć.

Czu­łam, że to wyzwa­nie zawo­dowe wdziera się do mojej głowy mili­metr po mili­metrze. Zna­łam sie­bie, swój sys­tem pracy. Wie­dzia­łam, że za chwilę pochło­nie mnie bez reszty. I jak przy oka­zji każ­dej fil­mo­wej pro­duk­cji, którą stwo­rzy­łam, zabie­rze mi wszyst­kie myśli, zagar­nie mnie rodzi­nie, nawet o posił­kach nie będę pamię­tać. Uwiel­bia­łam ten stan! Moja rodzina mniej, ale już się z tym pogo­dzili. Za to kocham swoją robotę. Jestem reży­serką i sce­na­rzystką. Roz­wa­ża­li­śmy przy oka­zji tej pro­duk­cji roz­dzie­le­nie ról i zle­ce­nie napi­sa­nia sce­na­riu­sza komuś innemu, żebym ja mogła się sku­pić tylko na reży­se­rii, ale prze­ko­na­łam całą pro­duk­cję, że dam sobie radę z połą­cze­niem tych funk­cji. Kurde! Nie ma bata! Nie oddam tego dziecka nikomu. Musi być w cało­ści moje, bo od dawna marzy­łam o fil­mie lub serialu praw­ni­czym z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Takim, który pokaże prawdę – bez lukru, bez ściemy, bez owi­ja­nia w złoty papie­rek. Cokol­wiek ta prawda zna­czy. I teraz mam na to szansę. Moi boha­te­ro­wie będą adwo­ka­tami, pro­ku­ra­to­rami i sędziami. Pokażę ich przez pry­zmat adwo­kata z krwi i kości. Praw­dzi­wego do bólu. Takiego, od któ­rego zależy los wielu osób. Takiego, który stoi na straży prawa i ma odwagę toczyć walkę dobra ze złem każ­dego dnia. Jestem ide­alistką! To prawda. I dobrze mi z tym. Świat bez ide­ałów byłby świa­tem stra­co­nym. Mówiono mi kie­dyś, że przej­dzie mi z wie­kiem, ale jakoś nie mija, mimo że czter­dziestka na karku. I już nie minie. Wiem to.

* * *

– Cześć, kochana, co u cie­bie? – szcze­bio­cze moja przy­ja­ciółka rado­snym gło­sem do tele­fonu, a ja już wiem, że chce się ze mną podzie­lić jakąś dobrą wia­do­mo­ścią, ale z uprzej­mo­ści, bo jest dobrze wycho­wana, naj­pierw pyta, co u mnie.

– Pod­pi­sa­łam kon­trakt na nowy film! – wypa­lam, uzna­jąc, że moja nowina zasłu­guje na to, by przy­ćmić wszyst­kie inne.

– No co ty! Dawaj! O czym tym razem? Bo po ostat­nim fil­mie zapo­mnia­łam, jak wyglą­dasz, opo­wia­daj więc szybko, kiedy zaczy­nasz. Muszę się tobą nacie­szyć, póki jesz­cze jesteś dostępna dla świata.

– Praw­ni­czy. Mocny. Odważny. Z praw­dzi­wego zda­rze­nia!

– Uuu! Czyli w celach doku­men­ta­cyj­nych będziesz musiała poznać jakichś przy­stoj­nych praw­ni­ków i pobu­jać się z nimi po sądach. Mogę zostać twoją asy­stentką? – pisz­czy, sku­pia­jąc się oczy­wi­ście na dam­sko-męskim wymia­rze mojej pracy.

– Karola, ty mi lepiej doradź, do kogo się zgło­sić z prośbą o kon­sul­ta­cje mery­to­ryczne. Bo roz­my­ślam inten­syw­nie od wczo­raj i nie mam pomy­słu.

– Hmm… Ewa! Wiem! Igor Tuleya i Jacek Dubois. To są twar­dzi goście.

– Jesteś genialna! Wow. Że też ja o nich nie pomy­śla­łam. Odważni, bez­kom­pro­mi­sowi… Może nawet posłużą za pier­wo­wzory boha­te­rów. Matko, myślisz, że się zgo­dzą?

– Jak nie spró­bu­jesz, to się nie dowiesz. Ude­rzaj. Są dosyć medialni. Może zain­try­guje ich takie fil­mowe wyzwa­nie.

– Jesteś naj­lep­sza… A co u cie­bie? – zaga­jam, bo też jestem dobrze wycho­wana.

– Kochana, wiem, że masz już w gło­wie tylko jedną myśl: napi­sać do nich maile. Opo­wiem ci, co u mnie, innym razem, a teraz pędź do kom­pu­tera. – Przy­ja­ciółka zna mnie lepiej, niż ja samą sie­bie.

Uśmie­cham się z wdzięcz­no­ścią do słu­chawki. Choć Karola nie może zoba­czyć mojego uśmie­chu, myślę, że sły­szy wdzięcz­ność w moim gło­sie:

– Kocham cię, wiesz?

– Wiem, wiem.

* * *

ewa­kwiat­kow­[email protected]

do: Jacek Dubois ▼

War­szawa, 12.12.2025

Sza­nowny Panie Mece­na­sie,

nazy­wam się Ewa Kwiat­kow­ska. Jestem reży­serką i sce­na­rzystką. Przy­go­to­wuję się wła­śnie do pracy nad fil­mem praw­ni­czym. Poszu­kuję praw­ni­ków z doświad­cze­niem, pasją i medial­nym wyczu­ciem. Zależy mi na tym, by film odda­wał prawdę o zawo­dzie adwo­kata. Dla­tego pomy­śla­łam o Panu i sędzi Igo­rze Tuleyi. Czy roz­wa­żyłby Pan moż­li­wość wzię­cia udziału w pro­duk­cji w cha­rak­te­rze kon­sul­tanta mery­to­rycz­nego? Chcę stwo­rzyć postać adwo­kata, który kocha swoją pracę, żyje nią, wyko­nuje ją z pasją nie­zmien­nie od lat, nie boi się wal­czyć w imię dobra, miewa oczy­wi­ście swoje roz­terki, kło­poty – jak każdy czło­wiek, ale w kwe­stiach praw­nych jest auto­ry­te­tem. Mam poczu­cie, że na bazie wła­snego doświad­cze­nia mógłby Pan stać się nie tylko kon­sul­tan­tem, lecz także pier­wo­wzo­rem mojego boha­tera. Pro­szę nie trak­to­wać tego jak taniego kom­ple­mentu i próby schle­bia­nia, by uzy­skać Pań­ską zgodę na pomoc przy kon­stru­owa­niu sce­na­riu­sza. Pozwa­lam sobie być z Panem szczera. I liczę na infor­ma­cję zwrotną.

Z powa­ża­niem

Ewa Kwiat­kow­ska

Chry­ste, zanim odpi­sze (o ile w ogóle), obgryzę wszyst­kie paznok­cie. Dla­czego się tak stre­suję? Bo instynk­tow­nie czuję, że to szy­kuje się duża pro­duk­cja. Ten film może się stać moją tram­po­liną do świata wiel­kiego kina. Dosta­łam szansę. Pro­du­cent główny pra­co­wał ze mną przy fil­mie krót­ko­me­tra­żo­wym i doce­nił moje zaan­ga­żo­wa­nie. Ale umówmy się: na rynku nie bra­kuje bar­dziej doświad­czo­nych reży­se­rów, tak zwa­nych pew­nia­ków. Mógł wybrać jed­nego z nich. A wybrał mnie. Nie mogę go zawieść. Nie mogę zawieść samej sie­bie!

Dwa dni póź­niej

Wstaję dziw­nie nie­spo­kojna.

– Mamo, kupisz mi kara­bin do paint­balla? – pyta mój ośmio­letni synek, który jak co dzień ma nowy pomysł na pre­zent marzeń.

– Tak, kocha­nie. Tak – odpo­wia­dam bez głęb­szej reflek­sji.

– Ewka, sły­szysz, na co się zgo­dzi­łaś? – Mój mąż patrzy na mnie z powąt­pie­wa­niem. Wie już, że jego żona wła­śnie wkro­czyła w fazę twór­czą i przez naj­bliż­sze mie­siące próżno będzie szu­kać połą­cze­nia ducha z cia­łem. – Czyli ty już piszesz w gło­wie ten sce­na­riusz? Cudow­nie! Synek, mamu­sia nam odpływa. Umówmy się, że w kwe­stii zaku­pów i nowych pomy­słów będziesz od teraz głów­nie mnie pytał o zda­nie.

– Ale mama już się zgo­dziła! – Mały pró­buje wyko­rzy­stać fakt, że myślę jedy­nie o kawie i spraw­dza­niu poczty. Może mece­nas odpi­sał…

Z paru­jącą kofe­iną w kubku sia­dam przy kom­pu­te­rze i aż pisz­czę z rado­ści.

Jest! Mail od Jacka Dubois. W pierw­szych sło­wach mece­nas wyja­śnia, że lubi wyzwa­nia, widzi więc prze­strzeń do współ­pracy, w kolej­nych uprze­dza, że być może moje wyobra­że­nie na temat jego zawodu ma się nijak do prawdy o nim. Z wypie­kami na twa­rzy czy­tam dal­szą część jego wia­do­mo­ści.

jacek­du­[email protected]

do: Ewa Kwiat­kow­ska ▼

Przy wybo­rze zawodu warto się zasta­no­wić, czy lubimy wszyst­kie wią­żące się z nim ele­menty. Wszak praca zaj­muje nam więk­szą część życia, dobrze zatem robić to, co naprawdę lubimy. Ktoś, kto poważ­nie myśli o karie­rze obrońcy w spra­wach kar­nych, powi­nien roz­wa­żyć, czy uwiel­bia być budzony o świ­cie, jak sza­lony prze­mie­rzać wzdłuż i wszerz swoją ojczy­znę i miesz­kać w naj­dziw­niej­szych hote­lach, w któ­rych i tak rzadko kiedy uda mu się zasnąć, w nocy będzie bowiem musiał prze­czy­tać kil­ka­set stron akt.

Wszyst­kich, któ­rzy postrze­gają zawód obrońcy przez pry­zmat przy­gód Richarda Gere’a wcie­la­ją­cego się w rolę mece­nasa Billy’ego Flynna, miło­śnika noc­nych barów i pięk­nych kobiet w musi­calu „Chi­cago”, muszę roz­cza­ro­wać: nie jest to repor­ter­ski zapis codzien­nej adwo­kac­kiej roboty.

Poli­cja uwiel­bia zatrzy­my­wać podej­rza­nych bla­dym świ­tem, a ci z kolei, korzy­sta­jąc z prawa do jed­nego tele­fonu, natych­miast dzwo­nią do obrońcy. Codzien­no­ścią jest zatem, że z głę­bo­kiego snu budzi Cię klient. Domaga się, byś wyrwała go z rąk poli­cji, co oczy­wi­ście jest poza zasię­giem Two­ich moż­li­wo­ści. Tego jed­nak wła­śnie kate­go­rycz­nie żąda klient.

Oświad­czasz, że uczy­nisz wszystko, co w Two­jej mocy, choć wiesz, że w rze­czy­wi­sto­ści nic nie możesz zro­bić. Marzysz jedy­nie, by jesz­cze zasnąć, ponie­waż prze­słu­cha­nie zatrzy­ma­nego odbę­dzie się nie wcze­śniej niż o dzie­wią­tej. Nagle elek­try­zuje Cię infor­ma­cja, że pro­ku­ra­tura, do któ­rej masz dotrzeć, poło­żona jest pięć­set kilo­me­trów od Two­jego cie­płego łóżka. Tam wła­śnie poli­cjanci wyru­szają z zatrzy­ma­nym, a Ty musisz się zna­leźć na miej­scu przed nimi.

Klnąc na czym świat stoi, odwo­łu­jesz wszyst­kie umó­wione spo­tka­nia i wyru­szasz w drogę. Oka­zuje się, że przy­by­wasz kilka godzin za wcze­śnie – radio­wóz utknął w kor­kach, a pro­ku­ra­tor ma w pla­nach jesz­cze inne czyn­no­ści. Cze­kasz zatem, myśląc o pięk­nych chwi­lach, które mogła­byś spę­dzić w łóżku.

Z prze­słu­cha­nia wycho­dzisz już po pół­nocy, przy­pi­su­jąc pro­ku­ra­to­rowi wro­dzone zami­ło­wa­nie do sady­zmu i zasta­na­wia­jąc się, dla­czego zde­cy­do­wał się wystą­pić o areszt w spra­wie, w któ­rej nie ma do tego żad­nych pod­staw.

Już w hotelu uświa­da­miasz sobie, że nie wzię­łaś ani szczo­teczki do zębów, ani pidżamy, ani zapa­so­wej koszuli, cho­ciaż nauczona doświad­cze­niem powin­naś wie­dzieć, że aresz­to­wa­nie jest ulu­bioną pro­ku­ra­tor­ską roz­rywką.

Gdy leżysz już w łóżku, marząc o śnie, uświa­da­miasz sobie, że posie­dze­nie sądu może zostać wyzna­czone rano. Aby móc sku­tecz­nie bro­nić klienta, powin­naś prze­czy­tać akta. W końcu zasy­piasz z nadzieją, że zdo­łasz pospać dłu­żej. O świ­cie jed­nak budzi Cię dzien­ni­karz prośbą o komen­tarz do sprawy.

W łazience patrzysz w lustro i uświa­da­miasz sobie, że bar­dziej przy­po­mi­nasz zom­bie niż fil­mo­wego mece­nasa Billy’ego Flynna, ale nie masz czasu się nad sobą uża­lać, bo dzwoni sekre­ta­riat sądu z infor­ma­cją, że posie­dze­nie zostało wyzna­czone na dwu­na­stą.

Krę­cąc się po oko­licy w poszu­ki­wa­niu sklepu, w któ­rym kupisz świeżą koszulę, zasta­na­wiasz się, jakim cudem sąd zdoła się zapo­znać z kil­ku­dzie­się­cioma tomami akt, które dopiero co do niego tra­fiły, skoro posie­dze­nie wyzna­czono na dwu­na­stą.

Wtem zda­jesz sobie sprawę, że sama jesz­cze nie doczy­ta­łaś wszyst­kiego. Stu­dio­wa­nie akt uzna­jesz za waż­niej­sze od śnia­da­nia w hote­lo­wej restau­ra­cji, czy­tasz więc, skrę­ca­jąc się z głodu.

Na pół godziny przed posie­dze­niem wpa­dasz na genialne roz­wią­za­nie, dzięki któ­remu, jesteś tego pewna, prze­ko­nasz sędziego o nie­win­no­ści swo­jego klienta. Wkła­dasz świeżą koszulę i jak na skrzy­dłach lecisz do sądu. Pół godziny póź­niej jest już po wszyst­kim: sędzia Cię wysłu­chał, a następ­nie, nawet nie wycho­dząc z sali na naradę, od razu odczy­tał z kartki posta­no­wie­nie o zasto­so­wa­niu aresztu wobec Two­jego klienta. Ani sło­wem nie odniósł się do przed­sta­wio­nych przez Cie­bie argu­men­tów. W dro­dze powrot­nej – trze­cia godzina w korku na auto­stra­dzie – zasta­na­wiasz się, po jaką cho­lerę w ogóle tam jecha­łaś, skoro Twoje słowa nie zostały nawet wzięte pod uwagę. Gdy jesteś już bli­ska depre­sji, docho­dzisz do wnio­sku, że powo­dem może być nadzieja. Każdy czło­wiek potrze­buje nadziei, a Ty dałaś ją swo­jemu klien­towi.

Kiedy docie­rasz do domu, na nie­bie świecą już gwiazdy. Obie­cu­jesz sobie, że gdy tylko się wyśpisz, napi­szesz zaża­le­nie, w któ­rym zmiaż­dżysz argu­menty sądu. Nasta­wiasz budzik na dzie­wiątą i zasy­piasz w ubra­niu.

Nie udaje Ci się jed­nak docze­kać dzwonka budzika, bo uprze­dza go dźwięk tele­fonu. Jest szó­sta rano, a nowy klient infor­muje Cię, że został zatrzy­many przez poli­cję. Prze­cie­rasz ręką zmę­czone oczy, by zapi­sać, do jakiej pro­ku­ra­tury go prze­wiozą, i w tym momen­cie dociera do cie­bie mądrość filmu „Dzień świ­staka”.

Przed wybo­rem adwo­kac­kiego fachu warto zadać sobie rów­nież inne pyta­nia: Czy lubisz być oszu­ki­wana? Czy nie prze­ra­zisz się, gdy pro­ku­ra­tor z roz­pędu będzie chciał zamknąć też Cie­bie? Czy nie prze­szka­dza Ci, że w pew­nym momen­cie możesz się stać nie­wi­dzialna?

Po kolej­nej wie­lo­go­dzin­nej podróży klient opo­wiada Ci w pro­ku­ra­tu­rze swoją wer­sję wyda­rzeń, z któ­rej wynika, że nie mógł doko­nać zarzu­ca­nego mu napadu, bo ma nie­pod­wa­żalne alibi, co może potwier­dzić kilka osób.

Jesteś szczę­śliwa – sprawa wydaje się wygrana. Wcho­dzi­cie do pokoju prze­słu­chań. Klient przed­sta­wia swoją wer­sję pro­ku­ra­to­rowi. Ten kiwa głową z zain­te­re­so­wa­niem. Zdaje Ci się, że jest prze­ko­nany o nie­win­no­ści podej­rza­nego – robisz wszystko, by nie dostrzegł Two­jego trium­fal­nego uśmie­chu.

Po tym, jak klient koń­czy wyja­śnie­nia, pro­ku­ra­tor odpala sto­jący na biurku lap­top. Na ekra­nie widać nagra­nie z kamery umiesz­czo­nej przy wyj­ściu z banku, na który doko­nano napadu, w momen­cie, gdy rabu­sie, sądząc, że są już bez­pieczni, zdej­mują maski.

Obraz nie pozo­sta­wia wąt­pli­wo­ści: jeden z napast­ni­ków to Twój klient. Nagra­nie jest tak wyraźne, że nie spo­sób się pomy­lić. Czyli wszystko, co opo­wie­dział Ci o swoim alibi, było zwy­kłym kłam­stwem. Sprawa z bar­dzo dobrej w ułamku sekundy staje się bez­na­dziejna. Pot ciek­nie Ci po skro­niach. Masz lep­kie ręce i musisz iść do łazienki.

Gdy wra­casz, sły­szysz docho­dzącą zza drzwi roz­mowę.

– Mogę zapo­mnieć o fał­szy­wym alibi – prze­ko­nuje klienta pro­ku­ra­tor – pod warun­kiem, że dowiem się, kto panu dora­dził kłam­stwo.

Klient mil­czy. Ponow­nie sły­szysz głos pro­ku­ra­tora:

– My i tak wiemy, że to był pań­ski obrońca. Oni zawsze nakła­niają do fał­szy­wych zeznań. To przez niego będzie miał pan kło­poty. Gdyby jed­nak zde­cy­do­wał się pan zeznać, że to on namó­wił pana do przed­sta­wie­nia fał­szy­wego alibi, mogli­by­śmy poroz­ma­wiać o nad­zwy­czaj­nym zła­go­dze­niu kary.

„Co się tu, kurwa, dzieje?”, zasta­na­wiasz się, czu­jąc, że tętno pod­ska­kuje Ci do gra­nicy, przy któ­rej zaczy­nają wyć wszyst­kie sys­temy ostrze­gaw­cze. Uzmy­sła­wiasz sobie, że sta­łaś się uczest­niczką ulu­bio­nej gry pro­ku­ra­to­rów: „Jak wro­bić papuga”. Nic tak nie dodaje splen­doru nie­któ­rym oskar­ży­cie­lom, jak zamiana obrońcy w oskar­żo­nego. Zda­jesz sobie sprawę, że jeśli nie wró­cisz tam natych­miast i nie przej­dziesz do kontr­ataku, robiąc pie­kielną awan­turę, to zaraz będziesz ugo­to­wana jak rak we wrzątku. Na szczę­ście sły­szysz słowa klienta. Tętno zaczyna Ci powoli spa­dać.

– Alibi mia­łem przy­go­to­wane już wcze­śniej, tak na wszelki wypa­dek. To nie ona. Ale jak pan pro­ku­ra­tor chce pone­go­cjo­wać, to wiem o jed­nym mini­strze, który przy­jął łapówkę.

Wie­dząc, że w tej grze dosta­łaś nie­ocze­ki­wa­nie nowe życie, wra­casz do pokoju prze­słu­chań. Po wielu godzi­nach nego­cja­cji układ z pro­ku­ra­turą zostaje domknięty. Rodzina klienta wpłaca porę­cze­nie mająt­kowe i wresz­cie opusz­cza­cie gmach pro­ku­ra­tury.

W wyniku zawar­tej umowy facet, któ­remu jesz­cze nie­dawno gro­ziło, że naj­bliż­sze dzie­sięć lat prze­żyje w wię­zie­niu, jest wolny i nie spę­dzi za kra­tami ani jed­nego dnia. Spo­dzie­wasz się, że za chwilę rzuci Ci się z rado­ści na szyję, i zasta­na­wiasz się, co zro­bić, by ta eks­plo­zja wdzięcz­no­ści nie była zbyt wylewna.

Tak się jed­nak nie dzieje. Pod drzwiami budynku pro­ku­ra­tury zatrzy­muje się wielki Mer­ce­des. Klient wsiada, zosta­wia­jąc Cię samą na ulicy. W chwili, gdy pojazd rusza z piskiem opon, męż­czy­zna woła do Cie­bie przez uchy­lone okno:

– Nie wiem wła­ści­wie, po co panią zatrud­ni­łem, pani mece­nas. Sam wyne­go­cjo­wał­bym to szyb­ciej i lepiej.

Jeśli te opo­wie­ści jesz­cze Cię nie znie­chę­ciły, kan­dy­datko na adwo­kata, to pro­po­nuję, byś zadała sobie kolejne pyta­nia. Czy nad życie uwiel­biasz nie­koń­czące się wojny? Czy lubisz spory, w któ­rych adre­na­lina ska­cze Ci poza skalę? Czy kochasz wygry­wać?

Jeżeli odpo­wie­dzia­łaś na te pyta­nia twier­dząco, to natych­miast zapo­mnij o czar­nych stro­nach tego fachu. Wszystko wska­zuje, że jesteś mate­ria­łem na raso­wego adwo­kata. Drobne nie­do­god­no­ści to nie­wy­gó­ro­wana cena za nie­źle płatne zaję­cie, które sta­nie się Twoją pasją.

Bycie obrońcą kar­nym to bowiem walka dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Jeśli więc nie lubisz być non stop w ringu, to lepiej poszu­kaj innego zaję­cia. Jeżeli raj­cuje Cię adre­na­lina na sekundę przed zwar­ciem, to jest to miej­sce dla Cie­bie.

Ten zawód to nie­usta­jący spór. Nie jałowy jed­nak, z któ­rego nic nie wynika, a mery­to­ryczny, w kon­kret­nej spra­wie, na argu­menty. Na końcu zosta­nie wydany wer­dykt. Stawką jest czyjś los.

Nie przy­go­to­wa­łaś się, jesteś w złej for­mie – to nie uspra­wie­dli­wie­nie. Nie możesz się odwró­cić na pię­cie i odejść, mru­cząc pod nosem, że szkoda czasu na dys­ku­sje z tak bez­na­dziej­nym prze­ciw­ni­kiem.

Musisz wal­czyć. Jeśli prze­grasz z powodu wła­snego błędu, będziesz się budziła w nocy przez wiele lat, prze­kli­na­jąc swoją głu­potę i leni­stwo. Gdy idziesz na wojnę, musisz się do niej jak naj­le­piej przy­go­to­wać. W adwo­kac­kich woj­nach bro­nią są zna­jo­mość akt, stra­te­gia i argu­menty, któ­rych uży­jesz, by prze­ko­nać sąd do swo­ich racji.

Jeśli się­gniesz po nie­wła­ściwe argu­menty, prze­grasz. Jeżeli jed­nak będą one trafne, poczu­jesz smak triumfu. Nie­ustan­nie będziesz więc myśleć o dosko­na­le­niu swo­jego warsz­tatu. Przed zaśnię­ciem będziesz wygła­szać w myślach ostat­nią wer­sję prze­mó­wie­nia. O świ­cie obu­dzisz się z nowymi pomy­słami, które w pół­śnie będziesz zapi­sy­wać w note­sie leżą­cym przy łóżku. W naj­dziw­niej­szych momen­tach Two­jego wypo­czynku będą Ci przy­cho­dziły do głowy argu­menty, któ­rych może użyć Twój prze­ciw­nik. Zamiast odpo­czy­wać, będziesz się zasta­na­wiać, jak je zbić.

Wcho­dząc na salę sądową, poczu­jesz roz­pie­ra­jącą Cię adre­na­linę. Gdy roz­pocz­nie się poje­dy­nek z pro­ku­ra­to­rem, przed oczami będziesz miała jeden cel: zoba­czyć, jak pod wpły­wem Two­jego nokau­tu­ją­cego ciosu pada on bez­radny na deski sali sądo­wej.

Taka wizja roz­pali wyobraź­nię każ­dego wojow­nika, ale rozum powi­nien zain­ter­we­nio­wać i w Twoim imie­niu zapy­tać: Czy w takim razie nie lepiej zostać pro­ku­ra­to­rem? Skoro adwo­kat wal­czy po jed­nej stro­nie ringu, a pro­ku­ra­tor po dru­giej, to ma on taką samą frajdę z walki, sta­ty­styki zaś mówią, że wyroki ska­zu­jące zapa­dają w ponad dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach spraw. Praw­do­po­do­bień­stwo, że to pro­ku­ra­tor będzie się cie­szyć suk­ce­sem, jest więc znacz­nie więk­sze.

Tyle że tak nie pomy­śli żaden rasowy adwo­kat. Po pierw­sze, sta­ty­styki nie doty­czą wszyst­kich. Fakt, że inni prze­gry­wają ponad dzie­więć­dzie­siąt pro­cent spraw, nie ozna­cza, że będzie tak rów­nież w Twoim przy­padku. Jeśli się przy­ło­żysz, Twój rezul­tat będzie zupeł­nie inny. Po dru­gie, pro­ku­ra­tor ma szefa, który może kazać mu zro­bić rze­czy, z któ­rymi trudno mu się zgo­dzić. Ty, jako adwo­kat, decy­zje podej­mu­jesz sama, a prze­cież wol­ność jest bez­cenna.

I jesz­cze jeden argu­ment. Czy czy­ta­łaś „Zabić drozda” Har­per Lee? Przy­po­mnij sobie nastę­pu­jące zda­nie: „Odważny jest ten, kto wie, że prze­gra, zanim jesz­cze roz­pocz­nie walkę – a mimo to wal­czy”¹. Co bowiem zna­czy wygrać albo prze­grać? W spo­rcie jest to jasne: gdy kilku zawod­ni­ków ściga się w biegu na sto metrów, wygrywa ten, kto pierw­szy dobie­gnie do mety. Wszy­scy mieli równe szanse, a on był naj­szyb­szy.

W spra­wie sądo­wej nie jest to tak oczy­wi­ste. Jeśli wszyst­kie dowody wska­zują na winę klienta, a oskar­ży­ciel nie popeł­nił błę­dów pro­ce­du­ral­nych, nie masz szans wygrać, jak­kol­wiek była­byś dobra, a Twój prze­ciw­nik słaby. Rów­nież kiedy sąd jest stron­ni­czy, ma z góry wyro­biony pogląd albo prze­ko­na­nie o koniecz­no­ści takiego, a nie innego roz­strzy­gnię­cia sprawy, w tej instan­cji jesteś bez szans. To jed­nak wcale nie zna­czy, że prze­grasz sprawę.

Pew­nie się zasta­na­wiasz, jak można wygrać w sytu­acji, gdy nie­ważne, co powiesz i w jaki spo­sób prze­pro­wa­dzisz obronę, nie usły­szysz słowa „nie­winny”. Wygrać to nie zawsze zna­czy uzy­skać wyrok unie­win­nia­jący. Cza­sem może to ozna­czać poło­że­nie pod­wa­lin pod jakąś ideę, nagło­śnie­nie danego pro­blemu, prze­ko­na­nie do cze­goś kolejną osobę. Zwy­cię­stwo może mieć różny wymiar. Nie­kiedy jest nim po pro­stu wyko­na­nie swo­jej pracy dobrze, nawet jeśli od początku wiemy, że nie mamy szans usły­szeć takiego wer­dyktu, jakiego byśmy chcieli. Dla­tego zwy­cię­stwem są per­fek­cyj­nie przy­go­to­wana obrona i świa­do­mość, że zro­biło się wszystko naj­le­piej, jak było można. W tym sen­sie możemy wygrać każdą sprawę, jeśli popro­wa­dzimy ją lepiej niż nasz prze­ciw­nik.

Dla­tego praw­nik, który pozor­nie poniósł porażkę, w rze­czy­wi­sto­ści mógł odnieść zawo­dowe zwy­cię­stwo. Do histo­rii prze­szło wiele mów, które wpraw­dzie nie dopro­wa­dziły do ocze­ki­wa­nego roz­strzy­gnię­cia, ale poru­szyły umy­sły. Możesz odnieść zwy­cię­stwo kom­pe­ten­cji, które sta­nie się zawo­do­wym afro­dy­zja­kiem i pozwoli Ci znieść wszyst­kie drobne nie­do­god­no­ści, na jakie nikt roz­sądny w nor­mal­nych warun­kach by się nie zde­cy­do­wał.

Zapewne spy­tasz, czy sama potrzeba uczest­ni­cze­nia w spo­rze i pra­gnie­nie wygra­nej są wystar­cza­jącą moty­wa­cją, by zostać obrońcą kar­nym. A co z ide­ałami? Prze­cież jesz­cze w liceum, kiedy decy­do­wa­łaś się zostać praw­ni­kiem, mia­łaś głowę pełną wznio­słych pla­nów: zamie­rza­łaś wal­czyć o pra­wo­rząd­ność, o prawa czło­wieka, o zasady. Tym­cza­sem w tym, co opo­wia­dam, nie ma mowy o żad­nych ide­ałach. Jest tylko radość walki dla samej walki.

No cóż, jeśli chcesz wal­czyć o ide­ały, ist­nieje wiele innych, bar­dziej jed­no­znacz­nych miejsc, w któ­rych możesz to robić, na przy­kład fun­da­cje czy sto­wa­rzy­sze­nia sto­jące na straży swo­ich sta­tu­to­wych war­to­ści. Jako praw­nik pro­ce­sowy pro­wa­dzący ogólną prak­tykę, a nie pra­cu­jący wyłącz­nie dla takich orga­ni­za­cji, będziesz się sty­kać z ludźmi, któ­rzy w więk­szo­ści będą winni zarzu­ca­nych im czy­nów.

Sytu­acje, w któ­rych oskar­że­nia są nie­słuszne, sta­no­wią raczej wyją­tek niż regułę. Będziesz bro­nić osób oskar­żo­nych o odra­ża­jące czyny, opi­nia publiczna będzie prze­ciwko Tobie, a gdy wygrasz, możesz się stać wro­giem publicz­nym numer jeden. Mało kto będzie Ci życzył zwy­cię­stwa i doszu­ki­wał się w nim war­to­ści zwią­za­nych z ochroną pra­wo­rząd­no­ści.

Znacz­nie czę­ściej zosta­niesz okrzyk­nięta bez­dusz­nym hochsz­ta­ple­rem albo pazer­nym adwo­ka­ciną, któ­rej sztuczki pomo­gły zatrium­fo­wać zbrodni. Dla­tego jeśli chcesz być ceniona za szla­chet­ność i ide­owość, nie wybie­raj drogi adwo­kata. Jeżeli zaś zakła­dasz, że będziesz się podej­mo­wać wyłącz­nie obrony praw­dzi­wych ofiar wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, to sprze­nie­wie­rzysz się zasa­dom etyki zawo­do­wej, zgod­nie z któ­rymi nie odma­wia się pomocy czło­wie­kowi, który o nią prosi.

Adwo­kat jest po to, aby zwy­cię­żać, czyli wyko­ny­wać swoją pracę na naj­wyż­szym moż­li­wym pozio­mie. Jego zwy­cię­stwo polega też na tym, że osoba nie­winna nie zosta­nie ska­zana, a oskar­żony nie zosta­nie pozba­wiony żad­nego ze swo­ich praw, w szcze­gól­no­ści prawa do obrony i uczci­wego pro­cesu.

Zwy­cię­stwo ozna­cza, że prawo jako zbiór reguł będzie rze­czy­wi­ście sto­so­wane. Jesteś obrońcą pra­wo­rząd­no­ści i praw czło­wieka, ponie­waż to prze­strze­ga­nie tych war­to­ści ma zagwa­ran­to­wać, że pro­ces odbywa się zgod­nie z regu­łami. W kon­kret­nej spra­wie nikt tego zapewne nie doceni. Jed­nak z per­spek­tywy wielu pro­cesów dostrze­żesz, że zwy­cię­stwo, rozu­miane jako per­fek­cyjne prze­pro­wa­dze­nie obrony, łączy się z byciem sku­tecz­nym straż­ni­kiem waż­nych war­to­ści. Jeśli zatem będziesz robić to, co kochasz naj­bar­dziej, czyli wygry­wać, gra­jąc zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi zasa­dami, w isto­cie będziesz speł­niać marze­nia, dla któ­rych jesz­cze w liceum wybra­łaś ten zawód.

Nie ma rów­nież więk­szego zna­cze­nia, że klient rzadko kiedy Ci podzię­kuje, a czę­sto tuż po ogło­sze­niu wyroku znik­nie, by nie zapła­cić ostat­niej raty, jeśli nie wzią­łeś całego wyna­gro­dze­nia z góry. Zawo­do­wego speł­nie­nia doznasz wtedy, gdy nie będziesz ocze­ki­wać wdzięcz­no­ści. Rekom­pen­satą za jej brak są zwy­cię­stwa, które sama odno­sisz i któ­rych nikt nie może Ci ode­brać.

Trzeba się także nauczyć, by ni­gdy nie mieć wyrzu­tów sumie­nia z powodu wygra­nej, nawet jeśli opi­nia publiczna będzie Cię prze­kli­nać i utoż­sa­miać Twoją rze­komą nie­go­dzi­wość z czy­nami Two­jego klienta.

Adwo­kat nie roz­strzyga, czy klient jest winny. To zada­nie sędziego. Twoją rolą jest przed­sta­wie­nie wszyst­kich moż­li­wych argu­men­tów prze­ma­wia­ją­cych na korzyść oskar­żo­nego i dopil­no­wa­nie, by przy­słu­gu­jące mu gwa­ran­cje pro­ce­sowe rze­czy­wi­ście zostały zre­ali­zo­wane. Od osą­dza­nia jest sąd.

Z powa­ża­niem

Jacek Dubois

Cho­lera. No dobra. Być może ciut ina­czej to sobie wyobra­ża­łam, ale chyba mogę uznać, że doku­men­ta­cja do filmu ruszyła! Prze­czy­ta­łam ten mail pięć razy i ośmie­li­łam się napi­sać do dru­giego z panów. W mojej gło­wie od czasu walki o pra­wo­rząd­ność nazwi­ska Tuleya/Dubois wystę­po­wały obok sie­bie, poszłam więc za cio­sem i napi­sa­łam do sędziego Tuleyi. Przed­sta­wi­łam się, wyja­śni­łam powody swo­jej kore­spon­den­cji, pozwo­li­łam sobie powo­łać się na odpo­wiedź mece­nasa i cze­ka­łam, pod­świa­do­mie licząc, że pan sędzia ura­czy mnie swoim wywo­dem na temat swo­jej pracy. Powoli, bar­dzo nie­śmiałą kre­ską ryso­wa­łam postać adwo­kata rodem z wia­do­mo­ści od mece­nasa. Takiego, któ­rego życie wcale nie jest czarno-białe i usta­bi­li­zo­wane, wcale nie wiąże się z wol­nym cza­sem na reali­zo­wa­nie poza­za­wo­do­wych pasji według ści­śle okre­ślo­nego har­mo­no­gramu. Takiego, który nie zawsze ma szansę powal­czyć o wygraną, bo cza­sem sąd wie lepiej, zanim jesz­cze pozna akta sprawy. Co na to Antoni, pro­du­cent? Czy pozwoli mi pójść dalej? Czy pozwoli mi poka­zać prawdę? Ludzie kochają filmy praw­ni­cze o cha­rak­te­ry­stycz­nej struk­tu­rze. Sprawa, zły prze­stępca, dobry adwo­kat, fatalne roko­wa­nia, prze­łom, kwie­ci­sta mowa koń­cowa adwo­kata, zwy­cię­stwo dobra nad złem. Już po pierw­szej odpo­wie­dzi mece­nasa poja­wiła mi się myśl, że może nie zawsze i nie­ko­niecz­nie… Ale ludzie oglą­dają seriale i filmy, ponie­waż dziecko w nich chce bajki – tylko takiej w doro­słym wyda­niu.

Pod­ję­łam decy­zję: muszę się spo­tkać z Anto­nim. Ale jesz­cze pocze­kam. Może sędzia odpi­sze.

War­szawa, noc

Sie­dzę przy stole zawa­lo­nym ener­gią twór­czą. Kartki, notatki, wydruki, zakre­śla­cze, kubki po kawie. Wszystko się ze sobą mie­sza.

Na środku lap­top. Miga­jący kur­sor. Patrzę na niego chwilę za długo. Jakby zaraz miał sam zacząć pisać.

No dobra. Zaczy­nam, bo chyba jed­nak sam nie zacznie.

Mój główny boha­ter. Naj­pierw widzę go bar­dzo ogól­nie. Facet. Praw­nik. Gar­ni­tur. Ale to mi nie wystar­cza. Cofam się.

Jesz­cze raz.

Ma tro­chę ponad czter­dzie­ści lat. Czter­dzie­ści dwa? Czter­dzie­ści trzy? Coś w tym prze­dziale, wtedy czło­wiek już wie, jak działa świat, ale jesz­cze ma siłę się z nim szar­pać.

Nie jest sza­le­nie efek­towny. Gdyby minął mnie na ulicy, pew­nie bym go nawet nie zapa­mię­tała. Dosyć wysoki. Raczej szczu­pły, ale nie dla­tego, że o sie­bie dba, a dla­tego, że nie ma czasu zjeść. Włosy krót­kie, tro­chę za bar­dzo odra­sta­jące, jakby ostatni raz był u fry­zjera „przy oka­zji”. Lekki zarost, taki, który rano miał sens, a wie­czo­rem wygląda już jak zmę­cze­nie. Koszula – dobra jako­ściowo, ale pognie­ciona. Rękawy pod­wi­nięte od kilku godzin. Kra­wat polu­zo­wany, jakby był obo­wiąz­kiem, z któ­rym nie ma już siły wal­czyć. Oczy…

Zatrzy­muję się na chwilę.

Oczy ma uważne. Bar­dzo. Takie, które prze­wier­cają czło­wieka na wylot. A jed­no­cze­śnie zmę­czone. To nie jest zmę­cze­nie typu „nie spa­łem jedną noc”, lecz takie, które się odkłada latami.

Dobra. Mam go.

Nazywa się Maciej Wroń­ski.

SCENA

INT. HOTEL – NOC

Mały pokój. Taki, który mógłby być wszę­dzie.

On sie­dzi na łóżku. Koszula pognie­ciona, rękawy pod­wi­nięte. Na kola­nach akta.

Czyta szybko. Za szybko. Jakby pró­bo­wał nadą­żyć za czymś, co już dawno mu ucie­kło.

Zatrzy­muje się. Wraca do poprzed­niej strony. Pal­cem zazna­cza frag­ment. Nie notuje. Zapa­mię­tuje. Zamyka oczy. Na sekundę.

Tele­fon zaczyna wibro­wać.

Nie reaguje od razu. Patrzy na ekran. Wresz­cie odbiera.

– Tak? – Słu­cha. Nie zmie­nia wyrazu twa­rzy. – Gdzie? – To jedno słowo mówi o nim wię­cej niż wszystko inne.

Już wstaje. Już jest w ruchu. Nie pyta: „Co się stało?”. Nie pyta: „Czy to prawda?”. Nie pyta: „Czy jest pan winny?”. Jakby te pyta­nia nie były mu do niczego potrzebne.

Zamyka akta, nie­dbale – kartki pozo­stają lekko wysu­nięte. Sięga po mary­narkę. Na moment zatrzy­muje się przy lustrze. Patrzy na sie­bie dłu­żej, niż powi­nien. Jakby spraw­dzał, czy jest jesz­cze tym samym czło­wie­kiem, który rano wycho­dził z domu. Albo czy w ogóle ma jesz­cze zna­cze­nie, kim jest.

Odwraca wzrok.

Wycho­dzi.

Odry­wam ręce od kla­wia­tury. Mam wra­że­nie, że przez chwilę byłam z nim tam, w tym pokoju. W jego gło­wie.

– Dobra… – mówię do sie­bie pół­gło­sem. – To jest ktoś. Nie „boha­ter”. Czło­wiek.

Wstaję, prze­cho­dzę się po kuchni, wra­cam. Sia­dam.

Nagle wszystko się zatrzy­muje.

Wiem, co jest dalej fabu­lar­nie. On jedzie na komi­sa­riat. Siada naprze­ciwko klienta. Tyle że nie mam poję­cia, co się wtedy naprawdę dzieje.

Patrzę w ekran.

– No i co? – mówię. – Od czego zaczy­nasz? Pytasz go, czy to zro­bił? – To pyta­nie brzmi gło­śniej, niż powinno. – Czy ty w ogóle chcesz to wie­dzieć?

Opie­ram się o blat.

Ja, jako widzka, chcę znać całą prawdę. Chcę wie­dzieć, czy klient jest winny, czy nie­winny.

Ale on… On wygląda jak ktoś, kto nauczył się z tym pyta­niem żyć. Albo je w sobie wyci­szyć.

Wra­cam do lap­topa, ale nie do sceny. Już mam zamiar otwo­rzyć nową wia­do­mość, kiedy dostrze­gam mail od sędziego Igora Tuleyi. Szcze­rze mówiąc, porzu­ci­łam już nadzieję, że jesz­cze odpi­sze, więc zamie­ram z wra­że­nia.

igor­tu­[email protected]

do: Ewa Kwiat­kow­ska ▼

Sza­nowna Pani,

wiem, że mece­nas Dubois nawią­zał z Panią kore­spon­den­cję. Pro­szę, dołą­czaj­cie mnie do niej – posta­ram się komen­to­wać na bie­żąco i rów­nież wspo­móc pro­ces twór­czy. Cie­kawi mnie, co z tego wyj­dzie.

Jak się ma rze­czy­wi­stość do wyobra­że­nia o pracy sędziego? Moja odpo­wiedź nie będzie tak obszerna i spek­ta­ku­larna jak wypo­wiedź mece­nasa Dubois, który jest też pisa­rzem. Zależy mi jed­nak na tym, by wie­działa Pani, że sala sądowa to tak naprawdę tylko nie­wielka część pracy sędziego. Więk­szość czasu spę­dzamy nie na sali roz­praw, a przy­go­to­wu­jąc się do pro­ce­sów. To przede wszyst­kim czy­ta­nie akt, ana­liza sprawy, wyda­wa­nie róż­nych zarzą­dzeń i wyko­ny­wa­nie mnó­stwa innych czyn­no­ści, które nie zawsze się wiążą bez­po­śred­nio z samą roz­prawą, są jed­nak konieczne.

Sędzia pro­wa­dzi rów­no­cze­śnie kil­ka­na­ście, a cza­sem kil­ka­dzie­siąt pro­ce­sów. Zanim sprawa trafi na wokandę, trzeba się dobrze zapo­znać z aktami. Jeśli skład jest wie­lo­oso­bowy – są ław­nicy albo drugi sędzia – oni rów­nież muszą prze­czy­tać akta. Dopiero póź­niej wyzna­cza się ter­min i pro­ces może się roz­po­cząć.

W prak­tyce jed­nak nie wszystko prze­biega płyn­nie. Cza­sem świa­dek nie stawi się na roz­prawę, kiedy indziej ktoś zacho­ruje – zda­rzają się różne sytu­acje losowe. Wiele zależy też od pracy urzęd­ni­ków. To wszystko wpływa na tempo i prze­bieg pro­cesu.

Na codzien­ność pracy sądu ogromny wpływ mają rów­nież kwe­stie orga­ni­za­cyjne, o któ­rych zwy­kle się nie myśli. W war­szaw­skich sądach jest dziś bar­dzo dużo waka­tów, zarówno sędziow­skich, jak i urzęd­ni­czych. Kadry rotują, bo urzęd­nicy są źle opła­cani i nie­rzadko źle trak­to­wani. Bywa, że zarzą­dze­nia nie są wyko­ny­wane na czas, w sekre­ta­ria­tach pra­cują osoby młode, nie­do­świad­czone, a do tego docho­dzi ogrom biu­ro­kra­cji. To wszystko wpływa na funk­cjo­no­wa­nie sądu.

Mimo to jest w tym zawo­dzie coś pięk­nego.

Po prze­czy­ta­niu akt czło­wiek zaczyna sobie wyobra­żać osoby, które za chwilę poja­wią się w pro­ce­sie: oskar­żo­nych, świad­ków, peł­no­moc­ni­ków. Two­rzy się pewien obraz tych ludzi. Potem przy­cho­dzi pierw­szy ter­min roz­prawy i nastę­puje kon­fron­ta­cja wyobra­że­nia z rze­czy­wi­sto­ścią – widzi się ich po raz pierw­szy na żywo, sły­szy spo­sób mówie­nia, obser­wuje emo­cje, reak­cje, rela­cje mię­dzy nimi.

Pro­ces jest zresztą czymś dyna­micz­nym. To, co zapi­sane w papie­rach, nie zawsze znaj­duje potwier­dze­nie na sali roz­praw. Ludzie coś dopo­wia­dają, zmie­niają wer­sję wyda­rzeń, poja­wiają się nowe oko­licz­no­ści. Cza­sem się oka­zuje, że już na eta­pie postę­po­wa­nia przy­go­to­waw­czego docho­dziło do mani­pu­la­cji albo wymu­sza­nia okre­ślo­nych zeznań. Pamię­tam to choćby ze sprawy dok­tora G. W aktach znaj­do­wał się pro­to­kół oglę­dzin nagra­nia z ukry­tej kamery zamon­to­wa­nej w jego gabi­ne­cie. Funk­cjo­na­riusz opi­sał w nim, że męż­czy­zna wyciąga z kie­szeni białą sub­stan­cję i wciąga ją nosem. Kiedy jed­nak odtwo­rzy­li­śmy nagra­nie w sądzie, oka­zało się, że to nie była żadna sub­stan­cja – dok­tor po pro­stu wycią­gnął papie­rową chu­s­teczkę i wydmu­chał nos.

W pro­ce­sach bar­dzo czę­sto poja­wiają się rze­czy, które odcią­gają uwagę od tego, co powinno być naj­waż­niej­sze: od docho­dze­nia do prawdy i spra­wie­dli­wo­ści. Zda­rza się, że świad­ko­wie albo oskar­żeni wprost mówią, że sto­so­wano wobec nich nie­do­zwo­lone metody, nie­kiedy nawet przy­mus fizyczny. I wtedy trzeba to wyja­śnić: spraw­dzić, czy rze­czywiście mogło dojść do wymu­sze­nia zeznań lub wywie­ra­nia naci­sku. To są dodat­kowe wątki, które kom­pli­kują pro­ces i wyma­gają osob­nego bada­nia.

Swoją stra­te­gię mają rów­nież strony postę­po­wa­nia – nie tylko obrońcy, lecz także oskar­ży­ciele. Jeśli ktoś ma świa­do­mość, że mate­riał dowo­dowy jest słaby albo opiera się na wąt­pli­wych prze­słan­kach, może pró­bo­wać zaciem­nić obraz sprawy, roz­myć naj­waż­niej­sze kwe­stie, skie­ro­wać uwagę gdzie indziej.

Warto też pamię­tać o czymś jesz­cze: sędzia cza­sem może czuć coś zupeł­nie innego, niż osta­tecz­nie wynika z wyroku. Wyrok bowiem nie opiera się na prze­czu­ciach, lecz na dowo­dach. Bywają sytu­acje, w któ­rych czło­wiek nie ma więk­szych wąt­pli­wo­ści co do tego, kto jest sprawcą, ale po pro­stu bra­kuje wystar­cza­ją­cych dowo­dów. A sąd nie może ska­zać dla­tego, że „wydaje się” albo „wszy­scy wie­dzą”.

Pamię­tam sprawę kuriera, opo­wia­da­łem o niej w książce „Mogłem mil­czeć”. Kurie­rowi księ­gowa przez pomyłkę prze­lała nie kilka tysięcy zło­tych pen­sji, a kilka milio­nów. Męż­czy­zna obie­cał oddać, tłu­ma­czył, że chciał się przez dzień czy dwa nacie­szyć świa­do­mo­ścią, że ma takie pie­nią­dze na kon­cie. Póź­niej podał wer­sję, że wypła­cił gotówkę, ale po dro­dze do firmy został pobity i okra­dziony. Sytu­acja zro­biła się absur­dalna, bo rów­no­le­gle toczyły się dwa postę­po­wa­nia. W jed­nym kurier miał sta­tus pokrzyw­dzo­nego – jako osoba upro­wa­dzona i prze­trzy­my­wana przez ludzi wyna­ję­tych przez szefa firmy. W tam­tym postę­po­wa­niu męż­czy­zna szcze­gó­łowo opo­wia­dał, jak zabrał pie­nią­dze i je ukrył. Nie mogli­śmy jed­nak wyko­rzy­stać tych zeznań w dru­gim pro­ce­sie, w któ­rym kurier był oskar­żony o przy­własz­cze­nie, ponie­waż nie pozwa­lała na to pro­ce­dura. For­mal­nie były to dwa różne postę­po­wa­nia. W rezul­ta­cie wszy­scy mniej wię­cej wie­dzieli, co się wyda­rzyło, ale w spra­wie, w któ­rej kurier wystę­po­wał jako oskar­żony, obo­wią­zy­wała inna, absur­dalna wer­sja wyda­rzeń. Co wtedy czuje sędzia? Na pewno swo­istą bez­sil­ność. Nie­kiedy także ma poczu­cie uczest­ni­cze­nia w grze pozo­rów. Bywa i tak.

Pozdra­wiam

Igor Tuleya

Pra­wie pod­ska­kuję na krze­śle z rado­ści i idąc za suge­stią sędziego, piszę do mece­nasa, dołą­cza­jąc Igora Tuleyę do kore­spon­den­cji.

ewa­kwiat­kow­[email protected]

do: Jacek Dubois, Igor Tuleya ▼

Sza­nowny Panie Mece­na­sie, Sza­nowny Panie Sędzio,

jestem ogrom­nie wdzięczna za Panów odpo­wie­dzi. No to ruszamy z tym wyzwa­niem na serio! Bar­dzo Panów pro­szę, pisz­cie do mnie po imie­niu. Ja, jeśli pozwo­li­cie, pozo­stanę przy for­mie „Panie Mece­na­sie, Panie Sędzio”.

Zaczę­łam już pisać pierw­szą scenę. Widzę tego boha­tera coraz wyraź­niej: jego tempo, spo­sób dzia­ła­nia, to, że nie zadaje zbęd­nych pytań. I wła­śnie na tym się zatrzy­ma­łam. Dopro­wa­dzi­łam go do momentu, w któ­rym jedzie na komi­sa­riat do zatrzy­ma­nego klienta. Siada naprze­ciwko niego i…

Nie wiem, co dalej. Nie wiem, czy powi­nien chcieć znać prawdę. Czy pierw­sze pyta­nie obrońcy brzmi: „Czy pan to zro­bił?”. Czy może jest to pyta­nie, któ­rego lepiej nie zada­wać?

Z mojej per­spek­tywy to oczy­wi­ste – jako widzka chcę wie­dzieć. Zaczy­nam jed­nak mieć wra­że­nie, że w tym świe­cie to wcale nie działa w ten spo­sób.

Będę bar­dzo wdzięczna za Panów odpo­wiedź.

Z wyra­zami sza­cunku

Ewa Kwiat­kow­ska

* * *

Cze­ka­jąc na odpo­wie­dzi, poczu­łam, że muszę się z kimś tym wszyst­kim podzie­lić.

Nie z pro­du­cen­tem. Jesz­cze nie. Antoni natych­miast zacząłby myśleć kate­go­riami filmu: struk­tura, widz, oglą­dal­ność, tempo, boha­ter, kon­flikt. A ja sama jesz­cze nie wiem, co z tym zro­bić.

Nie z mężem. On już od kilku dni patrzy na mnie tym swoim czu­łym, lekko roz­ba­wio­nym wzro­kiem czło­wieka, który dobrze wie, że żona wła­śnie men­tal­nie wypro­wa­dziła się z domu i zamiesz­kała w pro­jek­cie.

Potrze­buję kogoś, kto po pro­stu mnie zro­zu­mie. Kogoś, kto wysłu­cha mojego cha­osu i nie będzie pró­bo­wał go porząd­ko­wać.

Karo­liny.

Po pierw­sze, jestem jej to winna. W końcu to ona rzu­ciła nazwi­skami: Tuleya i Dubois. Jed­nym tele­fo­nem uru­cho­miła coś, co zaczyna wyglą­dać jak zawo­dowe tor­nado. Po dru­gie, zna mnie od lat. Wie, kiedy jestem pod­eks­cy­to­wana, kiedy spa­ni­ko­wana, a kiedy jedno i dru­gie jed­no­cze­śnie.

Piszę krót­kiego SMS-a:

Masz dziś 30 minut? Potrze­buję kawy i tera­pii.

Odpi­suje po minu­cie:

Z tobą zawsze. 17:00. Nasza kawiar­nia.
I bła­gam, powiedz, że się zako­cha­łaś
w jakimś przy­stoj­nym mece­na­sie,
bo potrze­buję emo­cji.

Par­skam śmie­chem.

Gorzej. Zaczy­nam rozu­mieć praw­ni­ków.

Po chwili trzy kropki. Potem odpo­wiedź:

O Jezu. Jadę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij