Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nie do Pary - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Nie do Pary - ebook

Kira Locke zawodowo łączy ludzi w pary. Jako współwłaścicielka Locke&Key Matchmaking zna czerwone flagi, randkowe katastrofy i wszystkie piękne kłamstwa, które ludzie opowiadają sobie w imię miłości. Potem, tydzień przed własnym ślubem, odkrywa zdradę narzeczonego. Nick Coles jest ostatnim mężczyzną, którego powinna wpuszczać do swojego życia. Muzyk, trudny klient, człowiek z reputacją i spojrzeniem, które działa Kiri na nerwy zdecydowanie bardziej, niż powinno. Ona ma pomóc mu wizerunkowo. On ma współpracować. Prosty układ szybko zmienia się w serię spięć, prowokacji i rozmów, które brzmią zbyt osobiście jak na zawodowe spotkania. Kira wie, jak znaleźć idealne dopasowanie. Problem w tym, że Nick nie pasuje do żadnego bezpiecznego profilu. Nie do Pary to współczesny romans pełen ciętych dialogów, chemii, muzycznego chaosu i bohaterów, którzy zdecydowanie nie powinni do siebie pasować.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398238137
Rozmiar pliku: 4,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 2

Nick Coles wybrał restaurację, w której dyskrecja była droższa od deserów.

Boczna ulica, żadnego neonu, żadnej ściany zaprojektowanej pod zdjęcia. W środku ciepłe światło, niski jazz i zapach masła z rozmarynem. Lokal bez wysiłku wyglądał na miejsce, w którym nikt nie pytał o nazwiska.

Właśnie dlatego Nick tu przychodził.

Gospodarz skinął mu głową i poprowadził do stolika w rogu. Nick usiadł, odłożył telefon ekranem do dołu. Skóra obicia była chłodna pod przedramieniem, jeszcze nie nagrzana. Zdążył wypić łyk wody, zanim drzwi otworzyły się ponownie.

Sam weszła pierwsza.

Długie rude włosy, lekka czarna marynarka narzucona na satynowy top, zmęczenie ukryte pod makijażem lepiej niż połowa sekretów jej klientek.

Eric szedł za nią, wysoki, blond, w granatowej koszuli i z miną człowieka, który spóźnił się siedem minut i już dawno sobie wybaczył.

Nick uniósł rękę.

Eric uśmiechnął się od razu.

— Stary. Żyjesz.

— Też jestem zaskoczony.

Uścisnęli się krótko, mocno — Eric klepnął go w łopatkę za mocno, jak zawsze. Sam pochyliła się, żeby pocałować Nicka w policzek, cofnęła się o krok i przyjrzała mu się.

— Wyglądasz dobrze.

— Cierpienie twórcze mi służy.

— Nie zaczynaj — powiedziała spokojnie i usiadła.

Nick zamknął usta.

Eric opadł na krzesło naprzeciwko.

— Hayley robiła dziś projekt do szkoły. Układ słoneczny. Mamy brokat na suficie i Urana przyklejonego do psa.

Nick zatrzymał szklankę przy ustach.

— Macie psa?

— Sąsiedzi mają.

Sam zamknęła oczy na sekundę.

Nick pokręcił głową.

— Tęskniłem za wami.

— Wiem — powiedział Eric. — Widać po tym, jak odpisujesz na wiadomości.

Nick przyłożył dłoń do piersi.

— Artyści tak mają.

— Nie — powiedziała Sam.

Krótko. Bez złośliwości. Nick posłusznie się zamknął.

Kelner przyniósł wino, menu i pieczywo z masłem czosnkowym. Eric sięgnął po koszyk, zanim kelner zdążył odejść.

Przez chwilę rozmowa była zwyczajna — Hayley, szkoła, nowa klientka Sam, która chciała wyglądać naturalnie, ale drogo, czyli dokładnie jak ktoś, kto nigdy w życiu nie był naturalny przypadkiem. Nick słuchał, śmiał się, dopytywał. Lekko. Swobodnie. Tu nie musiał pilnować twarzy, więc nie pilnował.

— Jak album? — zapytał Eric, gdy zamówili jedzenie.

Nick odchylił się na krześle.

— Istnieje.

Eric spojrzał na niego.

— Czyli nie masz nic.

Sam oparła łokieć o stół i czekała bez komentarza.

Nick przesunął palcem po nóżce kieliszka, w górę i w dół.

— Mam kilka rzeczy.

— Dobrych?

Pół sekundy.

Eric ją zobaczył.

Nick westchnął.

— Jedna jest niezła.

— Czyli smęt — powiedział Eric.

— _Nie_ każdy mój utwór to smęt.

Sam uniosła wzrok.

Nick spojrzał na nią.

— Dobra. Może jest _trochę_ smętny.

— Ostatnie demo sprawiło, że przez dziesięć minut myślałem o przemijaniu — powiedział Eric. — Wynosiłem wtedy śmieci.

— Czyli działa.

Eric parsknął.

Sam nie.

Patrzyła na Nicka przez chwilę, już bez rozbawienia, i ta cisza podeszła bliżej, niż mu było wygodnie. Odstawił kieliszek, żeby zająć czymś rękę.

— A serio? — zapytała.

Kelner postawił przed nim talerz.

Krewetki, czosnek, cytryna, gorąca oliwa skwierczała jeszcze przy brzegu. Dobry zapach. Nick nabił jedną na widelec.

— Wytwórnia chce album na jesień. Manager chce singiel wcześniej. Producent chce, żebym przestał pisać rzeczy, które brzmią, jakbym siedział sam przy fortepianie w pustym domu.

Sam oparła się wygodniej.

— A siedzisz?

Nick spojrzał na nią.

Jej twarz była spokojna. Bez nacisku, bez żartu. Znała go za długo, żeby potrzebować żadnego z tych narzędzi.

— Czasami.

Eric odchrząknął.

Nick wskazał na niego widelcem.

— Nie.

— Jeszcze nic nie powiedziałem.

— Twoja twarz mówi za dużo.

Eric uniósł ręce i odpuścił.

Sam odłożyła kieliszek.

— Właśnie dlatego chciałam się spotkać.

Nick spojrzał na nią uważniej.

— Myślałem, że przyszliśmy na kolację.

— Przyszliśmy. — Zerknęła na Erica. — I na rozmowę, której unikasz od miesięcy.

Eric zajął się pieczywem z nagłym, przesadnym skupieniem.

Nick oparł się o krzesło.

— Nie unikam niczego.

Sam westchnęła. Krótko.

— Nick.

Jedno słowo.

I tyle wystarczyło, żeby uśmiech trochę mu zszedł.

Kelner przyniósł steki. Eric wyprostował się odruchowo.

— Dobra — powiedział, patrząc na talerz. — Poproszę piosenkę “za chwilę wszamam tego zajebistego steka.”

Sam szturchnęła go łokciem.

— _Eric._

— Co? Uprzedzam, że za moment tracę zdolność skupienia.

Nick spojrzał na stek. Gruby, idealnie przypieczony, masło ziołowe topniało na wierzchu.

— Nie będę rywalizował z mięsem.

— Rozsądnie — powiedział Eric.

Restauracja szumiała wokół nich ciepło i dyskretnie. Szkło, głosy, jazz gdzieś pod spodem.

Sam poprawiła Ericowi kołnierzyk, nie przerywając rozmowy. Eric przesunął w jej stronę sól, zanim poprosiła. Nick widział oba gesty — ten drobny, nieświadomy rytm dwóch ludzi, którzy wiedzą, czego ta druga osoba potrzebuje, zanim zdąży się zorientować. Coś go w środku ścisnęło, krótko, i puściło.

Wziął ostatnie krewetki z talerza.

— Co robisz jutro? — zapytała Sam.

Nick podniósł wzrok.

— Hm?

— Jutro. Rano.

— Luźniejszy dzień, chyba. Zależy o której.

Eric zamarł nad stekiem.

Nick zauważył to sekundę za późno.

Sam skinęła głową.

— Dziewiąta. Pod agencją.

Cisza.

Nick odłożył widelec.

— Tą agencją?

— Tak.

— Matrymonialną?

— Tak.

— Nie.

Sam nie próbowała go przekonać. Napiła się wina i czekała.

— Kira jest naprawdę dobra — powiedziała po chwili.

Eric odłożył sztućce.

Nick przeniósł na niego wzrok.

Eric milczał przez moment. Potem wzruszył ramieniem — powoli, jakby ważył to, co chce powiedzieć.

— Spróbować nie zaszkodzi.

Nick patrzył na niego dłużej, niż powinien.

Eric nie miał miny człowieka, który go w coś wrobił. Miał minę kogoś, kto po prostu zna go za długo i przestał udawać, że wszystko jest okej tylko dlatego, że Nick dobrze wygląda na zdjęciach.

— Serio? — zapytał cicho.

— Serio.

Nick przesunął językiem po zębach i odwrócił wzrok.

Sam powiedziała ciszej:

— Nikt cię nie zmusza. Chcę tylko, żebyś z nią _porozmawiał._

— O czym?

— O tym, czego właściwie chcesz.

Nick przez chwilę nic nie mówił.

— Brzmi jak drogie pięćdziesiąt minut.

— Może — zgodziła się Sam.

Spojrzał na nią.

Rude włosy spływały na ramię, kolczyk błysnął w ciepłym świetle. Nie przyszła tu wygrać. Siedziała naprzeciwko z tym swoim spokojem, który kosztował ją więcej, niż dawała po sobie poznać.

Sięgnął po kieliszek.

— Przemyślę.

Telefon zawibrował na blacie.

Spojrzał.

_Adres. Godzina. Nazwa agencji._

— Mówiłem, że przemyślę, a nie—

— Wiem. Przemyśl po drodze.

Nick patrzył na ekran przez chwilę.

Potem na Erica.

Eric ukroił kawałek steka i włożył do ust z miną człowieka, który nagle nie ma żadnego związku z tą sytuacją.

Nick odłożył telefon ekranem do dołu.

— Nie obiecuję, że wejdę do środka.

— Dziewiąta, Nick — powiedziała Sam.

Eric zakrył uśmiech serwetką.

Nick napił się wina.ROZDZIAŁ 3

O ósmej pięćdziesiąt pięć Kira miała już otwarty kalendarz, trzy wiadomości oznaczone jako pilne i jedną decyzję, że dzisiejszy dzień nie będzie jej irytował.

Decyzja była świeża, optymistyczna i prawdopodobnie skazana na śmierć przed lunchem.

Siedziała w swoim gabinecie, w jasnej marynarce, z włosami upiętymi luźno — ciemna baza u nasady przechodziła w przygaszony śliwkowo-lawendowy odcień, jedyny element jej wizerunku, który nie udawał, że jest wyłącznie profesjonalny. Tablet leżał równo przy prawej krawędzi biurka. Za oknem Los Angeles rozciągało się w porannym słońcu z tą bezczelną lekkością miasta, które nigdy nie musiało skrobać szyb w samochodzie.

Nick Coles miał przyjść o dziewiątej.

_Teoretycznie._

Drzwi otworzyły się bez pukania.

Sam wsunęła się do gabinetu z kubkiem w dłoni.

— Mam dla ciebie kawkę.

Na kubku widniało logo kawiarni dwie ulice dalej — tej, która robiła brown sugar latte na owsianym mleku tak dobrze, że Kira raz prawie wybaczyła im literówkę w swoim imieniu.

_Prawie._

Wyciągnęła rękę. Uśmiech pojawił się, zanim zdążyła go powstrzymać.

— Jesteś dziś wyjątkowo przydatna.

— Jestem przydatna _codziennie._

Kira zdjęła pokrywkę i upiła łyk.

Ciepłe, karmelowe, z kawą dobrze wyważoną pod mlekiem owsianym. Przez sekundę zamknęła oczy.

Kiedy je otworzyła, Sam nadal stała przy biurku i uśmiechała się za niewinnie.

Kira opuściła kubek.

— Nie przekupisz mnie, Sam.

— Nie próbowałam. Poprawiałam nastrój.

— Czyli przekupstwo.

— Raczej motywacja.

Kira zerknęła na zegarek. Ósma pięćdziesiąt osiem.

— Powinien już być w budynku.

Sam upiła łyk własnej kawy i spojrzała na drzwi. Żadnych komentarzy. Żadnych przewróceń oczami. To było gorsze.

O dziewiątej zero siedem Robin poinformowała przez interkom, że pan Coles właśnie dotarł.

Kira zamknęła oczy na jedną sekundę.

_Siedem minut._

Nie katastrofa. Informacja.

Sam wyprostowała się na fotelu.

— Bądź miła.

— Jestem _profesjonalna._

Drzwi otworzyły się chwilę później.

Nick Coles wszedł tak, jakby nie musiał sprawdzać, czy jest mile widziany.

Czarne dżinsy, biały T-shirt, lekka rozpięta koszula w kolorze spranej oliwki. Nic krzykliwego. Był wyższy, niż sugerowały zdjęcia, i szerszy w ramionach — biały T-shirt leżał na nim tak, jak leży na kimś, kto nie musi się streszczać na siłowni, tylko po prostu tam bywa. Ciemne włosy w kontrolowanym nieładzie, krótki zarost wzdłuż linii szczęki.

Zdjęcia spłaszczały go do ładnej twarzy z okładki; na żywo zajmował przestrzeń inaczej, ciężej, jakby pokój musiał się trochę przesunąć, żeby go pomieścić. Oczy miał brązowe i uważne, z tym spokojem, który mógł być urokiem albo zasłoną dymną.

Kira nie zamierzała rozstrzygać które.

Zarejestrowała tylko, że ciepło, które przeszło jej pod żebrami, było całkowicie nie na miejscu, i odstawiła je tam, gdzie trzymała wszystkie rzeczy nieprzydatne w pracy.

Sam zmierzyła go wzrokiem.

— Spóźniłeś się.

Nick zatrzymał się przy fotelu i rozłożył ręce.

— Miałem _przemyśleć_, a nie przyjść punktualnie.

Sam westchnęła.

Kira odstawiła kubek.

— Panie Coles.

Jego wzrok przesunął się z Sam na nią — i zatrzymał o ułamek dłużej, niż wymagała grzeczność. Na włosach, potem na twarzy.

Krótko.

Wystarczająco krótko, żeby mógł udawać, że to się nie zdarzyło, i wystarczająco długo, żeby Kira wiedziała, że _się zdarzyło._

— Pani Locke.

— Proszę usiąść.

Nick usiadł.

Swobodnie, bez pełnego rozparcia — jedno ramię oparte o podłokietnik, rękaw naprężył się na bicepsie, kiedy przeniósł na nim ciężar. Druga dłoń na kolanie. Gotowy zostać. Równie gotowy wyjść.

— A więc to ty jesteś tą doktor od swatania — powiedział.

Kira uniosła brwi i spojrzała na Sam, która posłała jej uśmieszek znaczący: sama tego chciałaś.

— Sam wspomniała, że chciałby pan skorzystać z naszych usług.

Kącik jego ust drgnął.

— Śmiałe założenie, że chcę tu być.

— Nie musi pan.

Gestem głowy wskazała na drzwi. Nie dodała nic.

Nick patrzył na nią przez sekundę.

Sam wstała.

— Dobrze. Zostawiam was.

— Tak po prostu? — powiedział Nick.

— Tak po prostu. — Podniosła torebkę, zatrzymała się przy drzwiach. — Spróbuj. Porozmawiaj.

Uśmiech na jego twarzy pozostał, ale zrobił się odrobinę cieńszy.

— Dobra — powiedział.

Sam skinęła głową. Potem spojrzała na Kirę, krócej, łagodniej.

— Powodzenia.

Drzwi zamknęły się cicho.

Gabinet zrobił się nagle bardzo cichy i wyraźnie mniejszy. Kira słyszała własny oddech i to było o jeden dźwięk za dużo.

Sięgnęła po tablet.

— Na początek poproszę o wypełnienie krótkiej ankiety i testu osobowościowego. Standardowy etap kwalifikacji.

Podała mu urządzenie przez biurko.

Spojrzał na nią, potem na tablet, wziął go. Ich palce się nie dotknęły — pilnował tego, albo ona, trudno powiedzieć. Jego dłonie były długie, z krótkimi paznokciami i delikatnym odciskiem przy opuszku kciuka. Ślad po strunie albo klawiszu. Kira wróciła wzrokiem do notesu, zanim dłonie zdążyły jej powiedzieć coś więcej.

Nick zaczął odpowiadać.

_Za szybko._

— Panie Coles.

— Nick — rzucił, nie podnosząc wzroku.

— Nick. Zależy mi na _szczerych_ odpowiedziach, nie na czasie przejścia.

Dopiero wtedy spojrzał na nią znad tabletu.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

— W teorii nie.

— W praktyce?

— W praktyce przy pytaniu o długoterminowe cele zaznaczył pan „zobaczymy".

— To szczere.

Kira wyciągnęła rękę.

Nick oddał tablet bez oporu, ale z uśmiechem, który mówił, że doskonale wie, ile cierpliwości właśnie kosztował.

Zerknęła na ekran.

Kilka odpowiedzi pustych. Dwie zaznaczone sprzecznie. I jedna, przy której zatrzymała się dłużej — przy pytaniu o główny język miłości zaznaczył: _steki i cisza._

Uniosła wzrok.

— Naprawdę wierzy pani, że taki teścik coś zmieni? — zapytał.

— Nie zmieni. Uporządkuje dane.

— Romantycznie.

Kira nie podniosła wzroku znad ekranu.

— Dla części klientów uporządkowanie danych bywa _pierwszym_ krokiem do szczerości. — Przewinęła do kolejnej odpowiedzi. — Dla reszty do zrozumienia, że wcale jej nie chcą.

Przez chwilę patrzył na nią bez słowa. Potem uśmiechnął się lekko.

— I co jeszcze? Dobór na podstawie znaku zodiaku?

Kira odłożyła tablet.

Nie odpowiedziała.

— Czyli ten krok pomijamy — powiedziała po chwili.

Nick znieruchomiał. Potem jego uśmiech stał się wyraźniejszy.

— Czyli wierzysz w to.

Kira wróciła wzrokiem do notesu.

— To nie było „nie". — Oparł się wygodniej.

Kira spojrzała na niego.

_— Nick._

Tym razem jego imię wyszło ostrzej, niż planowała.

Nie niegrzecznie. Po prostu _konkretnie._ Nick to zauważył — coś w ułożeniu twarzy, minimalny ruch, który nie był jeszcze uśmiechem, ale już szedł w tę stronę.

Kira wygładziła palcem krawędź notesu.

— Moja agencja jest znana ze _skuteczności._ Nie z astrologii.

— Oczywiście. — Oparł się wygodniej. — Mam się spodziewać _Notatnika Śmierci?_

— Słucham?

— Kira. — Wskazał na nią lekko dłonią, jakby prezentował ją komuś niewidzialnemu.

Patrzyła na niego przez sekundę. Wypuściła powietrze przez nos.

— Jeśli będzie się pan dobrze zachowywał, przemyślę nie wpisywanie pana do notesu.

Jego uśmiech tylko się poszerzył.

Kira przesunęła tablet na bok.

— Mój system jest prosty. Najpierw określamy potrzeby, wzorce i granice. Potem zawężamy profil. Kiedy znajdziemy odpowiednie kandydatki, umawiamy spotkania.

— Spotkania są obowiązkowe?

Przeczesał dłonią włosy — szybki, niestaranny ruch, pierwszy niekontrolowany gest od momentu, gdy wszedł. Kira odnotowała go i zaraz pożałowała, że odnotowała.

— Zazwyczaj tak działają spotkania. Trzeba się zjawić. _Punktualnie._

Nick opuścił wzrok na swoje dłonie. Kciuk przesunął po krawędzi podłokietnika, raz, krótko.

— A jeśli kandydatka będzie świetna na papierze i kompletnie nie do zniesienia po pięciu minutach?

— Wtedy nie umawiam drugiej randki.

— Nawet jeśli system mówi inaczej?

— System się myli rzadziej niż ludzie.

Nick spojrzał na nią.

— Uważasz, że jest nieomylny?

Kira oparła dłonie na blacie. Spokojnie. Palce przy krawędzi notesu.

— Uważam, że jest skuteczny.

Przez chwilę milczał. Uśmiech trochę mu zszedł — nie zniknął, tylko cofnął się o krok.

— W każdym systemie są luki.

— Tak — zgodziła się. — Zazwyczaj są nimi ludzie.

Sięgnęła po kubek.

Kawa była już letnia, ale nadal słodka. Łyk dał jej dwie sekundy, w których nie musiała na niego patrzeć.

Nick obserwował ją z wyrazem twarzy, którego jeszcze nie umiała skatalogować.

— Czego pan szuka? — zapytała.

Pytanie wyszło bez ozdobników.

Nick spojrzał na nią i przez sekundę wyglądał, jakby miał gotową odpowiedź — tę samą, której pewnie używał od miesięcy w wywiadach i przy kolacjach z managerem.

— Nie wiem — powiedział.

Kira zapisała te dwa słowa.

Gdy podniosła wzrok, Nick już znowu się uśmiechał. Lżej. Bezpieczniej. Ale odpowiedź zdążyła zostać w gabinecie, i oboje to wiedzieli.

— To dobry początek — powiedziała.

— Brzmi jak coś, co mówi się klientom, którzy płacą z góry.

— Czasami.

Zaskoczyła go tym. Trochę. Wystarczyło.

Kira odłożyła długopis.

— Skoro nie wie pan, czego szuka, zaczniemy od tego, czego pan na pewno _nie chce._

Nick spojrzał na tablet, potem na nią.

— To może potrwać.

— Mam czas do dziesiątej piętnaście.

— Tylko?

— Na początek.

Za drzwiami recepcja działała swoim spokojnym rytmem. Telefon, czyjeś kroki, niski głos Robin. W gabinecie pachniało kawą i czymś czystym, cytrusowym z dyfuzora na półce.

Nick przesunął palcem po krawędzi fotela.

— Osoba, która mówi o związku jak o marce — powiedział.

Kira zapisała.

— Dobrze.

Długopis zatrzymał się na ułamek sekundy, potem ruszył dalej.

Nick patrzył na nią uważnie.

— I jak pierwsze wrażenie, pani doktor?

— Bez tragedii.

Tym razem uśmiech nie wrócił od razu.

Kira zanotowała kolejną rzecz, już bez patrzenia na niego. Nick przechylił głowę.

_Jest pan nieznośny, panie Coles._

— Uznam to za komplement.

— Oczywiście.

Zamknęła notes.

— Podeślę wieczorem pierwsze dopasowania. Jutro możemy umówić dalszą rozmowę.

Nick oparł się o fotel. Cisza była krótka — bardzo przyzwoita jak na pierwsze spotkanie.

— Dobrze, pani Locke.

Uśmiechnął się powoli. Nie tym scenicznym uśmiechem, który sprzedawał refreny i bilety na koncerty. Mniejszym. Bardziej niebezpiecznym, bo mniej oczywistym.

Kira wróciła do ekranu.

— Kira.

Powiedziała to, zanim przemyślała, czy powinna.

Nick zauważył.

_Oczywiście, że zauważył._

— Dobrze, Kira.

Jej imię w jego ustach nie zrobiło nic szczególnego.

_Absolutnie nic._

Kira poprawiła długopis na biurku, chociaż leżał idealnie prosto.

🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸❤️❤️🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸

Kira wróciła do domu trochę po siódmej.

Dom przywitał ją ciszą, chłodnym powietrzem z klimatyzacji i dwoma maine coonami, które wybiegły z salonu z godnością stworzeń przekonanych, że to one opłacają kredyt hipoteczny.

Pierwszy był Mr. Fluffy — biało-rudy, ogromny, puszysty i absolutnie pewien, że jego uroda powinna zwalniać go z odpowiedzialności za wszystkie rzeczy strącone z półek.

Drugi, Mr. Grumpy, miał ciemne futro, spojrzenie starego sędziego i temperament księcia, któremu ktoś podał niewłaściwą temperaturę wody.

Obaj zatrzymali się przed nią. Ocenili. Łaskawie uznali jej powrót za akceptowalny.

Kira zamknęła drzwi biodrem, odstawiła torebkę na konsolę i kucnęła.

— Och, moje aniołki. — Wyciągnęła do nich obie dłonie. — Tęskniliście?

Mr. Fluffy od razu wcisnął głowę pod jej palce, ciężki i ciepły, mrucząc, zanim go w ogóle dotknęła. Mr. Grumpy pozwolił się dotknąć dopiero po trzech sekundach, żeby nikt nie pomyślał, że mu zależy.

— Wiem, wiem. Pańcia pracowała dziś ciężko na wasze smaczki.

Na słowo smaczki obaj nagle stracili dystans do świata. Kira wyjęła z torebki małą paczkę i potrząsnęła nią lekko. Pazurki zastukały po podłodze. Mr. Fluffy zamiauczał tak dramatycznie, jakby przez całe popołudnie karmiono go wyłącznie rozczarowaniem.

— Nie udawaj ofiary. Widziałam rano miskę.

Dała im po kilka kawałków. Mr. Grumpy jadł wolno, z namysłem, jak krytyk kulinarny przy degustacji. Mr. Fluffy połknął wszystko w czasie, który powinien wzbudzić zainteresowanie naukowców.

— Doskonale. Wszyscy przeżyliśmy kolejny dzień.

Kira zdjęła szpilki w korytarzu.

Bose stopy na chłodnym parkiecie — straciła centymetr autorytetu, ale zyskała wolę życia.

Przeszła do kuchni, wyjęła z papierowej torby sushi na wynos i butelkę wody gazowanej. Japońska knajpka trzy ulice dalej robiła łososia tak dobrego, że przez moment można było uwierzyć w sens istnienia.

Przez moment.

Włączyła telewizor bardziej dla dźwięku niż treści. Salon wypełnił się cudzymi głosami, trochę zbyt dramatycznymi skrzypcami i szumem reklamy przerwanej w połowie.

Idealny wieczór.

Sushi, koty, kanapa, zero klientów, zero spóźnionych muzyków, zero mężczyzn, którzy uważali, że zobaczymy jest długoterminowym celem relacyjnym.

Kira usiadła na kanapie, podwinęła nogi i otworzyła pudełko. Wasabi, imbir, sos sojowy — wszystko poukładane spokojnie w małych przegródkach.

_Piękny koncept._

Mr. Grumpy wskoczył obok niej i położył się tak, żeby wyglądało to na przypadek. Kira wsunęła palce w jego ciemne futro. Gęste, miękkie, ciepłe. Kot zamruczał cicho, z pretensją, jakby to mruczenie zostało z niego wyciągnięte bez zgody prawnika.

— Tak, wiem. Też cię kocham.

Na ekranie leciał jakiś film romantyczny. Ciepłe światło, mokry chodnik, bohater, który właśnie zorientował się, że jego wielkie ego nie zastąpi osobowości.

Kira wzięła kawałek nigiri.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij