Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nie jestem Alicją - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
3391 pkt
punktów Virtualo

Nie jestem Alicją - ebook

Alicja od lat jedynie istnieje. Jej świat skurczył się do ciasnej kuchni w podrzędnej restauracji, cichego mieszkania po babci i walki z własnym lękiem, który codziennie jej przypomina, że na więcej nie zasługuje. Wszystkie marzenia pogrzebała razem z przeszłością, o której wolałaby zapomnieć. Wielkie plany zastąpił jeden, prosty cel: przetrwać. Jej życie toczy się w stałym, monotonnym rytmie. Kiedy wydaje się, że tak już zostanie na zawsze, los niespodziewanie stawia na jej drodze ludzi, którzy stopniowo ogrzewają jej zlodowaciałe serce.

Czy Alicja znajdzie w sobie odwagę, by je otworzyć i sięgnąć po utracone szczęście? Żeby to zrobić, musi cofnąć się do miejsca, w którym straciła wszystko…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-914-5
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JEDENASTY LIPCA

Zacznę od tego, że nie wiem, od czego zacząć. Wszystko w moim dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nim życiu poto­czyło się za szybko, ale czy mnie decy­do­wać o tem­pie zda­rzeń? Los wła­śnie doło­żył do mojej kolek­cji kolejną kartę roz­cza­ro­wa­nia i gory­czy. Moja bab­cia, gdyby żyła, powie­dzia­łaby: „lek­cja pokory”… A ja przy­się­gła­bym, że z „pokory” mam już zdane wszyst­kie egza­miny i powta­rza­nie tego samego mate­riału jest zwy­czaj­nie nie­spra­wie­dliwe.

Ale od początku…PIERWSZY CZERWCA

Obu­dzi­łam się i spoj­rza­łam przez okno. Stare drzewa, stare bloki, sta­rzy ludzie w oknach. Liczę ptaki sie­dzące na drze­wie. Cztery. Cztery czarne, posępne pta­szy­ska. Parzy­ście – to dobry znak.

Teraz wstać, wypić kawę, umyć się, zjeść kanapkę z serem i iść do pracy. Tak jak każ­dego dnia. Powta­rzal­ność, która daje ilu­zo­ryczne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i kon­troli nad losem. Rytuał, który pozwala zacho­wać spo­kój. Wygi­nam plecy w przód i w tył, bole­śnie odczu­wam każdy mię­sień. Napięta szyja nie pozwala na obrót głowy, która już zaczyna boleć. Czoło, skroń i poty­lica pul­sują, spra­wia­jąc wra­że­nie cięż­ko­ści. Moja głowa waży wię­cej niż ja cała. Z tru­dem ją uno­szę. Mro­wie­nie w łyd­kach przy­po­mina o wie­lo­go­dzin­nym wysiłku. Tak samo jak napięte stopy. Wczo­raj­szy dzień mnie wykoń­czył. Tak jak przed­wczo­raj­szy i jesz­cze wcze­śniej­szy. To też swego rodzaju powta­rzal­ność.

Leżę bez­sil­nie na łóżku i znów, przez chwilę, powraca myśl o tym, jak wydo­stać się z tego pie­kiel­nego kręgu, po któ­rego obrę­bie wciąż się poru­szam. Odpo­wiedź przy­cho­dzi szybko:

Nie da się. To twoje życie.

Zaraz po niej druga:

A gdy­byś się wydo­stała, umia­ła­byś się poru­szać po innym kręgu? Chyba już nie.
_Teraz to jest twoje życie._

Moje życie… No tak, już sobie przy­po­mnia­łam. Życie, jakim ni­gdy nie chcia­łam żyć, jakiego ni­gdy nawet nie bra­łam pod uwagę. Gdyby ktoś mi, jako nasto­latce, poka­zał kadr z tej doro­słej codzien­no­ści, roze­śmia­ła­bym mu się w twarz. Od naj­młod­szych lat wie­dzia­łam, jak ma wyglą­dać moje życie. Nie tak. Zde­cy­do­wa­nie nie tak. Jesz­cze do nie­dawna pró­bo­wa­łam je zmie­nić, nadać mu jakiś sens, choć odro­binę przy­bli­żyć je do tego, jakie miało być… Ale prze­sta­łam, bo gdy tylko sta­ra­łam się wybić z mara­zmu, ono usa­dzało mnie bole­śnie na miej­sce, a ja, nim znowu zaczę­łam funk­cjo­no­wać po dobrze zna­nym kręgu, musia­łam na nowo wskrze­sić w sobie jaką­kol­wiek chęć „bycia”. Prze­sta­łam. Pod­da­łam się i od kilku lat dry­fuję bez celu.

Pra­cuję w kuchni w pod­rzęd­nej knaj­pie na jed­nej z nie­wielu już brzyd­kich ulic Śród­mie­ścia. Nie wiem, jak to moż­liwe, że wciąż ist­nie­jemy i ludzie chcą się tu sto­ło­wać. Chyba tylko dla­tego, że stoi za nami wie­lo­let­nia war­szaw­ska histo­ria… Jedze­nie jest prze­ciętne, w cenach wyż­szych niż suge­ro­wa­łaby ele­wa­cja budynku, stare obrusy na sto­li­kach czy przy­praw­niki oble­pione wie­lo­mie­sięcz­nym kurzem. Pra­cuje się tu zmia­nowo. Jedna zmiana to zazwy­czaj dwa­na­ście–czter­na­ście godzin, a dla sta­rych pra­cow­ni­ków, takich jak ja, czę­sto osiem czy jedy­nie sześć godzin. Mimo tego przy­wi­leju prze­waż­nie i tak biorę tak zwane całki, żeby wymę­czone ciało szyb­ciej zasnęło.

Na koniec dnia jestem prze­siąk­nięta wszyst­kim, co w kuchni: przy­pa­lo­nym sosem, ole­jem z patelni, wędzoną rybą. Jestem wolna prze­waż­nie o pół­nocy i jeśli nie zostaję na piwo po pracy, przed pierw­szą wra­cam do domu. Po zamknię­ciu drzwi dosłow­nie padam na łóżko i zasy­piam. Myję się dopiero rano, po poli­cze­niu pta­ków na drze­wie i wypi­ciu dużej czar­nej kawy. Dni wol­nych sta­ram się uni­kać, a jeśli już je mam… to do pięt­na­stej śpię, a potem spo­ty­kam się z moim przy­ja­cie­lem Iza­akiem. To wszystko.

Tak wygląda moje życie, a miało być zupeł­nie inne. Takie, o jakim zawsze marzy­łam i do jakiego kon­se­kwent­nie dąży­łam, krok po kroku wypeł­nia­jąc ścieżkę prze­zna­cze­nia…

Mia­łam być arche­olo­giem. Praw­dzi­wie fascy­no­wała mnie histo­ria sta­ro­żyt­nego świata, a do tego w dzie­ciń­stwie naoglą­da­łam się z tatą _Indiany Jonesa_. Przy­znam, przez chwilę myśla­łam o byciu aktorką, ale po pierw­szym wystą­pie­niu publicz­nym zro­zu­mia­łam, że odgry­wa­nie sce­nek naj­le­piej wycho­dzi mi przed rodzi­cami. Poza tym tata wspie­rał mnie w arche­olo­gicz­nej dro­dze, bo sam ją wcze­śniej prze­szedł. Gdy skoń­czy­łam drugą klasę liceum, zała­twił mi pierw­sze ćwi­cze­nia wyko­pa­li­skowe z grupą stu­den­tów z jego wydziału. Był pro­fe­so­rem i choć nie­wiele mu zostało do eme­ry­tury, wciąż nie­sa­mo­wi­cie liczył się w murach uczelni. Te „wykopki”, jak żar­to­bli­wie na to mówi­li­śmy, zapa­mię­ta­łam bar­dzo wyraź­nie. Zako­cha­łam się wtedy w jed­nym ze stu­den­tów i cier­pia­łam resztę lata z powodu nie­odwza­jem­nio­nego uczu­cia.

Dziś na myśl o tym, jak – zwi­nięta na łóżku – śpie­wam razem z zespo­łem Shout: „Prze­pra­szam cię za miłość mą… wybacz mi, że cie­bie wybra­łem…”, czuję żal, że to minęło, że nie jestem już pro­stą dziew­czyną z naiw­nie zła­ma­nym ser­cem, która zapę­tla­jąc smutne pio­senki, może prze­ży­wać swoją tra­ge­dię. Byłam wtedy szczę­śliwa i bez­tro­ska, prze­ko­nana, że to jest wła­śnie cier­pie­nie. Tak bar­dzo chcia­ła­bym znów być w tym momen­cie życia. Tata cier­pli­wie gła­skałby mnie po gło­wie, a mama dopy­ty­wa­łaby, co takiego może ugo­to­wać, żebym wresz­cie zechciała jeść.

Na koniec liceum, po zda­niu matury z histo­rii na dzie­więć­dzie­siąt sie­dem pro­cent i z histo­rii sztuki na dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent, szczę­śliwi rodzice zabrali mnie, swoją uko­chaną jedy­naczkę, do Rzymu. Po powro­cie mia­łam zde­cy­do­wać, na któ­rym uni­wer­sy­te­cie zostanę arche­olo­giem. Nie lubi­łam się uczyć, ale histo­ria to było coś, co chło­nę­łam. O stu­den­cie dawno zapo­mnia­łam. Lecia­łam do Włoch z nadzieją, że oprócz nama­cal­nej histo­rii, pysz­nej kuchni i gwaru małych uli­czek spo­tka mnie miłość z ciem­no­okim, urze­ka­ją­cym chło­pa­kiem. Spo­tkało mnie coś zupeł­nie innego…

W tym Wiecz­nym Mie­ście wszystko się zmie­niło. Na wiecz­ność.

Byli­śmy po trzech dniach zwie­dza­nia. Kolo­seum, Forum Roma­num, Ogród Poma­rań­czowy, Zamek Świę­tego Anioła, Plac Świę­tego Pio­tra, Muzea Waty­kań­skie. Czwar­tego dnia wybra­li­śmy się wypo­ży­czo­nym autem na wycieczkę. To miała być nie­spo­dzianka. Tata powie­dział tylko, że nie domy­ślę się, dokąd zmie­rzamy, i że to będzie praw­dziwa arche­olo­giczna uczta, a nie okle­pane tury­styczne szlaki. Jecha­li­śmy autem bez dachu, krętą drogą w górę… Czu­łam się jak w fil­mie. Słońce na odkry­tych ramio­nach, Morze Tyr­reń­skie w zasięgu wzroku i ja w błę­kit­nej sukience, którą kupi­łam spe­cjal­nie na nasz wyjazd. Wła­śnie teraz mógłby mnie zoba­czyć ten ciem­no­oki chło­pak. W radiu leciała ulu­biona pio­senka mamy. Usta­wiła na mak­sy­malną gło­śność i _Pour que tu m’aimes encore_ roz­brzmiało nie­sa­mo­wi­cie gło­śno. Mama śpie­wała razem z Céline Dion. Sie­dzia­łam z tyłu i czu­łam się szczę­śliwa. Mama wyglą­dała pięk­nie… Wiatr roz­wie­wał jej blond włosy, wygłu­piała się. Tata zer­kał na nią z uśmie­chem, a ja myśla­łam o tym, jakie mam szczę­ście. Wspa­niali rodzice, wspa­niały Rzym, wspa­niała przy­szłość na uni­wer­sy­te­cie, a za chwilę, na pewno, wspa­niała miłość. Czu­łam to i nie mogłam się docze­kać.

A potem…

Pisk opon, klak­sony, krzyki, tro­chę dymu z maski auta i koniec.

To, co wyda­wało się wieczne, prze­stało nagle ist­nieć. Ot, tak.

Chcia­ła­bym napi­sać, że zapa­mię­ta­łam rodzi­ców wła­śnie takich – szczę­śli­wych, pięk­nych, śpie­wa­ją­cych do słów Céline… Ale to nie­prawda. Ich ostatni obraz w mojej gło­wie to roz­sze­rzone oczy mamy, które patrzą, lecz nie widzą, i strużka krwi na skroni taty spły­wa­jąca tuż przy uchu.

Nie wiem, kto wsa­dził mnie w samo­lot do Pol­ski. Nie wiem, kto za to zapła­cił ani kto mnie spa­ko­wał… ale po dwóch naj­gor­szych nocach w moim życiu wylą­do­wa­łam na lot­ni­sku w War­sza­wie, skąd ode­brała mnie bab­cia, mama mojego taty, która prze­jęła nade mną opiekę. Pamię­tam, że gdy tylko ją zoba­czy­łam, pod­bie­głam do niej i się roz­pła­ka­łam. Zdzi­wiona moją bli­sko­ścią, trzy­mała mnie chwilę w sła­bym uści­sku, po czym lekko od sie­bie odsu­wa­jąc, powie­działa: „To, co się stało, to lek­cja pokory”. Nim zdą­ży­łam cokol­wiek odpo­wie­dzieć, wzięła moją walizkę i ruszyła w stronę pero­nów. W ciszy wsia­dły­śmy do pociągu. W ciszy weszły­śmy do jej miesz­ka­nia i w ciszy zja­dły­śmy ogór­kową z chle­bem.

Nie mia­łam jak utrzy­mać miesz­ka­nia po rodzi­cach – było na hipo­tece, a ubez­pie­cze­nie pokryło jedy­nie część kosz­tów. Nie potra­fi­łam nic zor­ga­ni­zo­wać… Wypra­wić pogrzeb, ogar­nąć sprawy miesz­ka­nia, kre­dyt – to wyda­wało mi się tak nie­wy­ko­nalne, że nawet nie pró­bo­wa­łam. Zresztą było mi wtedy wszystko jedno. Całe dnie spa­łam i nie bar­dzo mnie obcho­dziło, czy bank mi coś zabie­rze, czy nie zabie­rze. Bab­cia, za co jestem jej wdzięczna, ścią­gnęła wtedy ze Sta­nów swo­jego star­szego syna i choć widzia­łam go na oczy pierw­szy raz, od razu zauwa­ży­łam ogromne podo­bień­stwo do taty. To on zajął się spro­wa­dze­niem ciał, pogrze­bem i sprze­dażą miesz­ka­nia. Po opła­ce­niu hipo­teki wrę­czył mi pozo­stałe dwie­ście tysięcy – o nic nie pyta­łam, a oszczęd­no­ści zacho­mi­ko­wa­łam w tej samej walizce, z którą wró­ci­łam z Rzymu.

Wujek nie szczę­dził zło­śli­wych komen­ta­rzy nawet tuż przed pogrze­bem: że tata, zamiast dawno kupić dom, wolał całe życie jeź­dzić „po Afry­kach”, a ważne sprawy zosta­wić na koniec mar­nego życia i taki jest efekt; że co się dzi­wić, bo zawsze taki był; że odpo­wie­dzial­ność to coś, czego ni­gdy się nie nauczył, bo bab­cia go roz­piesz­czała; że jak to moż­liwe, że on w ogóle miał żonę i dziecko; że jak nie­równo pod sufi­tem, to pew­nie żona i to dziecko też nie­nor­malne. Od razu po pogrze­bie wyje­chał.

Zamiesz­ka­łam z bab­cią w jej maleń­kim miesz­ka­niu na szó­stym pię­trze na Woli. Mała kuch­nia, mała łazienka i jeden pokój, który bab­cia prze­dzie­liła meblo­ścianką, tak że każda z nas miała swoją część. W „mojej czę­ści” mie­ściło się małe łóżko, biurko i wąska szafka na ubra­nia. Za tą meblo­ścianką spę­dzi­łam cały pierw­szy mie­siąc po pogrze­bie. W cięż­kim, dusz­nym śnie prze­sy­pia­łam więk­szość doby. Tele­fon mia­łam wyłą­czony. Wsta­wa­łam tylko do łazienki i cza­sem coś zjeść. Gdy zaczął się drugi mie­siąc od pogrzebu, a ja dalej leża­łam za meblo­ścianką, bab­cia pod­jęła decy­zję. Wysłała mnie do pracy. Wnuczka jej kole­żanki dora­biała wtedy w knaj­pie na Śród­mie­ściu i tam mnie wkrę­ciła. Nie było mowy o pro­te­stach. Kazała mi iść i już. Skoro się nie uczę, mam pra­co­wać, a nie leżeć całe dnie i spać. Wła­śnie tak mi powie­działa. Dziś myślę, że te twarde, raniące słowa były sło­wami miło­ści. Wtedy jed­nak zda­wały się jadem sączą­cym się w resztki mnie. Nie umiała mi ina­czej pomóc. Była chłodna, surowa i zasad­ni­cza. Nie widzia­łam, żeby kie­dy­kol­wiek po śmierci rodzi­ców pła­kała. Nawet na pogrze­bie. Dużo się modliła, ale w ciszy, przy kuchen­nym stole, ni­gdy ze mną. Mimo to po jej śmierci zała­ma­łam się bar­dziej niż po odej­ściu rodzi­ców. Może dla­tego, że gdy umarła, mia­łam wciąż tylko dwa­dzie­ścia trzy lata, a może dla­tego, że zosta­łam już naprawdę zupeł­nie sama na świe­cie. Tym razem to ja musia­łam zała­twić pogrze­bowe for­mal­no­ści, bo wujek zerwał z bab­cią kon­takt jakieś dwa lata wcze­śniej, gdy się dowie­dział, że to na mnie prze­pi­sała swoje małe miesz­ka­nie. Nie przy­le­ciał poże­gnać swo­jej matki.

O stu­diach i miło­ści pięk­nego chło­paka prze­sta­łam myśleć tam­tego dnia na rzym­skiej dro­dze, o tym, że jesz­cze się ułoży – gdy ode­szła bab­cia.

Dziś Dzień Dziecka. Naj­gor­szy dzień z całego roku, w któ­rym naj­bar­dziej odczu­wam swoją wszech­ogar­nia­jącą samot­ność.

To ten dzień, kiedy dopada mnie moje utra­cone życie. W innych sytu­acjach raczej o tym nie myślę. Po matu­rze zosta­łam sie­rotą. Mia­łam te osiem­na­ście lat, a są tacy, cho­ciażby Izaak, mój przy­ja­ciel z grupy tera­peu­tycz­nej, któ­rzy byli sami od zawsze. Izaak to imię, które przy­brał. Wielu zdaje się pre­ten­sjo­nalne i zbyt wymyślne, ale ja go nie oce­niam. Chciał raz na zawsze skoń­czyć ze swoim sta­rym życiem. Nie wiem, dla­czego wybrał wła­śnie to imię, ale nie pyta­łam, tak samo jak nie pyta­łam o pierw­sze, nadane mu imię. Takich tema­tów po pro­stu się nie poru­sza… ale wiem to ja, on i reszta osób z naszej grupy. Tera­pia zakoń­czyła się dawno, mija już chyba z sie­dem lat, ale na­dal mam zni­komy kon­takt z nie­któ­rymi ludźmi, a Izaak, czego nie mogłam się spo­dzie­wać, stał się moim przy­ja­cielem. Mimo że poha­ra­tany, radzi sobie lepiej niż ja, o wiele lepiej. Skoń­czył stu­dia, a do tego jest bar­dzo pra­co­wity i umie dążyć do celu, a jego celem zawsze było BEZ­PIE­CZEŃ­STWO. Osią­gnął je dzięki pie­nią­dzom. One dały mu to, o czym marzą wszyst­kie sie­roty i pew­nie wszy­scy ci, któ­rzy za wcze­śnie odczuli stratę. Jest pro­gra­mi­stą, i choć wybrał swój zawód tylko ze wzglę­dów finan­so­wych, odna­lazł się w tym świe­cie i pra­cuje dla jed­nej z naj­więk­szych firm infor­ma­tycz­nych w Euro­pie. Rok temu kupił miesz­ka­nie na Woli, w nowym bloku, dwie ulice ode mnie. Twier­dzi, że lubi Wolę, ale mnie się zdaje, jak­kol­wiek dziw­nie to brzmi, że spro­wa­dził się tu po czę­ści dla mnie. My, sie­roty, mamy pro­blem z przy­wią­za­niem i czę­sto je odrzu­camy, by unik­nąć w przy­szło­ści bólu roz­sta­nia czy straty, ale… ja i on przy­wią­za­li­śmy się do sie­bie. Oczy­wi­ście żadne z nas się do tego nie przy­zna.

To twoje życie

– głos w mojej gło­wie pod­su­mo­wuje wszystko tym jed­nym zda­niem.

Na szczę­ście zbliża się dzie­wiąta, zaraz otwo­rzymy restau­ra­cję, zacznę kroić warzywa, goto­wać bulion i zapo­mnę. Wstaję, idę do kuchni zapa­rzyć kawę.DRUGI CZERWCA

Dziś znów nie mia­łam siły umyć wło­sów, zwią­za­łam je w kucyk – i tak będą scho­wane. W kuchni musimy nosić czapki i gra­na­towe far­tu­chy przed kolana. Paznok­cie powinny być krótko przy­cięte i bez lakieru, dozwo­lona biżu­te­ria to kol­czyki wkręty i ślubna obrączka. To oczy­wi­ście teo­ria, bo pani Wan­dzia ze zmy­waka nosi wiel­kie złote koła i nikt ani myśli zwró­cić jej uwagę, kel­nerki malują paznok­cie na krwi­sto­czer­wony kolor, a Tomek, mój kolega z kuchni, co drugi dzień przy­cho­dzi wsta­wiony, czego prze­cież też nie można robić. Kuba, który pra­cuje w kuchni na jedną czwartą etatu, nosi pokaźną brodę, ale odma­wia wkła­da­nia na nią siatki ochron­nej, bo jest mu za gorąco i wygląda jak idiota. Pola – tro­chę bus­ser, tro­chę kel­nerka, tro­chę zmy­wak – nosi tipsy i mimo że jeden z nich, różowy z dia­men­ci­kiem, zgu­biła dwa mie­siące temu w sałatce Cezar, za co zosta­li­śmy obsma­ro­wani w sieci, nie zmie­niła swo­ich zwy­cza­jów. Fatiha – dziew­czyna od polerki, którą cza­sem anga­żu­jemy w kuchenne czyn­no­ści – poza noto­rycz­nym spóź­nia­niem się raczej sto­suje się do zasad. Głu­cho­niemy Tadek prze­waż­nie zastę­puje panią Wan­dzię na zmy­waku. Od niego nie ocze­ku­jemy niczego – może uży­wać tele­fonu pod­czas całej zmiany, bo cho­ciaż z kimś sobie pomiga na kamerce i nie czuje się tak zupeł­nie odizo­lo­wany, a sze­fowa za pra­cow­nika z nie­peł­no­spraw­no­ścią odpro­wa­dza niż­szy ZUS… czy coś takiego. Mar­lena i Kaśka to dwie wyróż­nia­jące się kel­nerki, drą się, gdy ich zamó­wie­nie się spóź­nia. Pra­cują tu już trzeci rok. Reszta kel­ne­rów to płynna, zmie­nia­jąca się masa. Jest jesz­cze Ewa – star­sza kucharka, która uważa, że mło­dzi mają robić, a ona to jak już naprawdę trzeba, a gdy tylko dobije do zło­tego wieku, odcho­dzi na eme­ry­turę. No i Deepak, który wszystko dopra­wia swo­imi indyj­skimi przy­pra­wami, czego oczy­wi­ście też mu nie wolno. Kie­row­niczki są dwie – Aśka i Iza. Wła­ści­cielkę widzia­łam może dwa razy. To około sześć­dzie­się­cio­let­nia pani z rudymi wło­sami, nie­zbyt przy­jemna. Może wcale nie jest przy­jemna, a nie tylko „nie­zbyt”, bo mówią o niej „stara”. Ja, jako jedna z nie­wielu, sto­suję się do więk­szo­ści panu­ją­cych tu zasad. Lubię mieć ramy dzia­ła­nia, to pew­nie dla­tego. Gdy­by­śmy mieli być tacy rze­telni… to przy­słu­gują nam też dwie dwu­dzie­sto­mi­nu­towe prze­rwy, ale nie ma to na czasu, więc każdy, nawet ja, je w prze­lo­cie. To zna­czy nad garn­kiem z zupą, na beczce po piwie na zaple­czu albo wyj­mu­jąc z pieca gotowe dania – łatwo się wtedy popa­rzyć. Praw­dziwa prze­rwa to wyj­ście na papie­rosa. Jedna z nie­wielu oka­zji do rze­czy­wi­stego odsap­nię­cia, więc pali pra­wie każdy.

Dziś był saj­gon więk­szy niż przez ostat­nie dwa dni. Trudno teraz prze­wi­dzieć ruch. Na pewno uspo­koi się na koniec roku szkol­nego, wtedy ludzie wyjeż­dżają z mia­sta i inten­syw­niej­sze będą tylko week­endy i popo­łu­dnia. Nor­malny, prze­wi­dy­walny rytm wróci dopiero we wrze­śniu.

Tomek znów przy­szedł ska­co­wany, więc pierw­sze dwie godziny sta­łam sama, a on leżał na zaple­czu na wor­kach z mąką i docho­dził do sie­bie. Dobrze, że Fatiha miała dziś od rana polerkę. Wzię­łam ją do pomocy, póki Tomek nie doszedł do sie­bie. Dziew­czyna używa dosłow­nie kilku słów po pol­sku, a ja nie rozu­miem nic z jej pan­to­mimy, ale usma­żyć frytki albo pokroić warzywa umie, to już coś.

O trzy­na­stej zaczęła jak zwy­kle przy­cho­dzić naj­gor­sza klien­tela – lun­chowcy. Roz­wy­drzone kor­po­dzie­ciaki z iden­ty­fi­ka­to­rami na szy­jach. Chcą zjeść szybko, tanio, każdy płaci oddziel­nie i nawet nie pomy­ślą o pię­ciu zło­tych napiwku. I każdy ma na coś aler­gię. Ten nie może chili, ta nie trawi pie­cza­rek, tam­ten nie znie­sie czosnku, a gruby pro­sił o car­bo­narę na maka­ro­nie peł­no­ziar­ni­stym, nie zje pszen­nego – jest na zbi­lan­so­wa­nej die­cie! Czego nie rozu­miesz, dziew­czyno?! Izaak też należy do tej grupy, ale on w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści prze­czoł­gał się do tego miej­sca (i nie maru­dzi przy jedze­niu). Reszta nie zaznała praw­dzi­wej pracy i pro­sto po zda­nej matu­rze poszła na stu­dia, a potem do wygod­nej roboty z bene­fi­tami. Nie­na­wi­dzę ich. Może dla­tego, że zazdrość skręca mnie od środka, że mnie też było pisane łatwe i przy­jemne życie, a nie babra­nie się w gastro­no­micz­nym gów­nie? Może. A może są po pro­stu wkur­wia­jący i moja zazdrość nie ma z tym związku? Może. Na szczę­ście razem z lun­chow­cami zja­wił się Tomek. Pod­szedł do mnie od tyłu, objął mnie ramio­nami i poca­ło­wał w spo­cony kark, spo­wi­ja­jąc mnie zapa­chem alko­holu.

– Tomek, kurwa. Weź się do roboty. Znowu to zro­bi­łeś. Czy możesz nie chlać, jak masz ze mną otwar­cie? Albo prze­suń chla­nie na lipiec, jak będzie mniej­szy ruch.

– Ana­sta­zja… – zaczął, ale już nie słu­cha­łam. Nie­na­wi­dzi­łam, gdy ktoś mówił do mnie imie­niem. Koja­rzyło mi się źle, choć wiem, że dosta­łam je z miło­ści. Rodzice byli zanu­rzeni w rosyj­skiej kul­tu­rze. Samo imię jest pocho­dze­nia grecko-chrze­ści­jań­skiego, ale koja­rzy się bar­dzo rosyj­sko. Mama zawsze mówiła, że Rosja­nie dzielą się na cha­mów (tata nawet mówił, że „skur­wy­sy­nów”) i arty­stów i choć tych pierw­szych jest zde­cy­do­wa­nie wię­cej, trzeba czer­pać z tych dru­gich. Tata napi­sał pro­fe­surę na temat Roma­no­wów. Powta­rzali, że jestem podobna do tej histo­rycz­nej Ana­sta­zji, bo jak ona cią­gle bła­znuję i daję im radość w życiu. Rze­czy­wi­ście lubi­łam się wygłu­piać, robić tacie żarty, wkrę­cać go i patrzeć, jak za każ­dym razem łapie się na te same numery. I lubi­łam to imię, zwłasz­cza po obej­rze­niu bajki _Ana­sta­zja_, mimo że mało spój­nej z fak­tami. Nie­stety, teraz jest dla mnie jak klą­twa, jak­bym od początku była nazna­czona, że tylko ja z mojej rodziny prze­żyję, że zostanę sama, jedyna oca­lała jak ona… Roman­tyczna, zakła­mana wizja z bajki pozo­stała ze mną, choć Ana­sta­zja, podob­nie jak reszta rodziny, została zamor­do­wana. Podobno.

– Ala? – Wola­łam moje dru­gie imię i nim się posłu­gi­wa­łam. Jak Izaak, chcia­łam, by nazy­wano mnie nie moim imie­niem. Zain­spi­ro­wał mnie i wtedy zaczę­łam być Ali­cją. Bab­cia się nie prze­sta­wiła, ale nie wyma­ga­łam od niej tego. Sta­rych zna­jo­mych pra­wie nie mia­łam, a nowi znali mnie już tylko jako Ali­cję. – Chcesz iść na prze­rwę? – Tomek głup­ko­wato się uśmiech­nął.

– A zro­bisz zamó­wie­nia na piątkę i sió­demkę?

– Zro­bię! Idź na fajka i jak wró­cisz, nie gnie­waj się już na Tomaszka.

– Toma­szek…

Poszłam na zaple­cze, z szafki przy drzwiach wyję­łam papie­rosy Tomka i wyszłam na dwór. Usia­dłam na kra­węż­niku, w cie­niu przy śmiet­ni­kach. Zapa­li­łam papie­rosa i przy­mknę­łam powieki. Stłu­mione odgłosy mia­sta zbi­jały się w jed­no­lity szum. Dym powoli wypeł­niał moje płuca i uspo­ka­jał mnie. Gdy poczu­łam ulgę, otwo­rzy­łam oczy. Przede mną dwa gołę­bie w kałuży wal­czyły o kawa­łek chleba. Spoj­rza­łam na swoje dło­nie. Zanie­dbane, spra­co­wane, prze­su­szone kostki, kwa­dra­towe, krót­kie paznok­cie z nie­wy­cię­tymi skór­kami. Jeden z gołębi wyrwał łup i wzbił się w powie­trze, drugi ruszył za nim. Zer­k­nę­łam na swoje odbi­cie w kałuży. Nie było w nim widać mojej nacią­gnię­tej na kości bla­dej skóry z pie­przy­kami. Widzia­łam za to duże nie­bie­skie oczy, zapad­nięte policzki, lekko wydatny nos, blond kosmyki wysta­jące spod czapki i szyję ze zło­tym łań­cusz­kiem.

– Ala, chcesz grzy­bo­wej? – Pani Wan­dzia, dobry duch tej restau­ra­cji, wyszła do mnie z miską zupy. Gdy­by­śmy ser­wo­wali to, co ona robi w mię­dzy­cza­sie, byli­by­śmy świetną knajpą. – Pie­czarki mają bli­ski ter­min, a nie scho­dzą, to mówię: zro­bię. Dzie­ciaki zje­dzą. – Dzie­ciaki, czyli ja i Tomek. – A i te ziem­niaki już takie nie tego, a ludzie teraz mało ziem­nia­ków biorą, to mówię: a co ma się wyrzu­cić? Ludzie to w ogóle teraz gar­dzą ziem­nia­kami, a to naj­lep­sze, co może być, Alu­sia.

– Naj­lep­sze, pani Wan­dziu? – Uśmiech­nę­łam się. Uwiel­bia­łam ją i jej zami­ło­wa­nie do pol­skiej kuchni.

– A naj­lep­sze! Po pierw­sze, ziem­niaki są sycące…

– I tuczące…

– To nie one tuczą, tylko tłu­ste sosy i masło, które się na nie leje! – obu­rzyła się. – Same w sobie mają mało kalo­rii. I mają mnó­stwo wita­miny C. Wiesz, jakie to dobre dla ser­du­cha, Alu­sia? Pol­ska dieta stoi na ziem­nia­kach! Dla­tego Polacy są tacy mocni, Alu­sia. Znasz drugi taki kraj, co się tyle razy dźwi­gał z popio­łów?! No wła­śnie!

– I to wszystko przez ziem­niaki?

– Tak, Alu­sia, przez ziem­niaki!

– Dzię­kuję. – Wzię­łam od niej zupę, zga­si­łam papie­rosa i zaczę­łam jeść. – Może ja też się jakoś dźwi­gnę w takim razie… z tych moich popio­łów.

– A jakie ty masz, Alu­sia, popioły? Co? Malutka moja… – Usia­dła obok i zapa­liła swo­jego cien­kiego, ruskiego fajka. Far­bo­wane czarne włosy wysta­wały spod brud­nego czepka, złote koła poły­ski­wały i kon­tra­sto­wały z jej ciem­nymi oczami; spo­glą­dała na mnie czule. Far­tuch opięty na jej dużym biu­ście zako­ły­sał się, gdy wycią­gnęła rękę, by dotknąć mojej dłoni. – Znowu masz zimne ręce. Masz słabe krą­że­nie, musisz wię­cej pić.

– Jak Tomek? – Zaśmia­łam się.

– No nie­ko­niecz­nie jak Tomek! – Zare­cho­tała śmie­chem wie­lo­let­niej palaczki. – Ale zostań dziś na piwo po zmia­nie. Piwo też dobre na serce, a twoje serce wymaga opieki, prawda, Alu­sia? Żebyś już nie była taka blada.

– Piwo na serce?

– Oczy­wi­ście. A znasz drugi kraj z tak walecz­nym ser­cem jak nasz?

– I to przez piwo?

– Tak, Alu­sia, przez piwo!

– No dobrze, może zostanę, zoba­czymy, pani Wan­dziu.

Nie zosta­łam. Tomek wku­rzał mnie cały dzień, bo było z nim gorzej niż zazwy­czaj i nawet ta grzy­bowa nie posta­wiła go na nogi. Mylił zamó­wie­nia, dwa razy zamiast „bez jalapeño” dał podwójne jalapeño, co wywo­łało skargi – klienci byli podobno uczu­leni. Pokłó­cił się z Kaśką, która wytknęła mu, że śmier­dzi wódką. Śmier­dział, oczy­wi­ście, ale tak go wku­rzyła swoim komen­ta­rzem, że prze­stał robić zamó­wie­nia, które ona wbi­jała, przez co zro­biło się takie zamie­sza­nie, że musiała inter­we­nio­wać kie­row­niczka. Apo­geum osią­gnął, gdy na złość wszyst­kim posta­no­wił zapa­lić w kuchni. Zro­bił to osten­ta­cyj­nie i usiadł na bla­cie. Gdy to zoba­czy­łam, szybko wyrwa­łam mu papie­rosa z ust, rzu­ci­łam na pod­łogę i przy­gnio­tłam butem. Zawo­ła­łam panią Wan­dzię i obie dopro­wa­dzi­ły­śmy go do względ­nej nor­mal­no­ści. Prze­pro­sił, ale odgra­żał się jesz­cze pod nosem, że on to zrobi w końcu z tym wszyst­kim porzą­dek. Nie mia­łam poję­cia, co kryje się pod wyra­że­niem „tym wszyst­kim”, ale chyba sam Tomek tego nie wie­dział. Marzy­łam tylko, żeby zna­leźć się w miesz­ka­niu. Zła­pa­łam ostatni tram­waj na Wolę i wró­ci­łam. Od przy­stanku do bloku mam bli­sko, ale droga jest oświe­tlana tylko przez dwie latar­nie, więc zawsze, gdy tędy prze­cho­dzę, czuję nie­po­kój. Trzy­mam wtedy klu­cze w mocno zaci­śnię­tej pię­ści, gotowa do ude­rze­nia nimi w tcha­wicę poten­cjal­nego napast­nika. Już byłam tuż, tuż, sta­nę­łam pod drzwiami do klatki i wystu­ka­łam kod na sta­rym domo­fo­nie.

– Jak w pracy? – usły­sza­łam nagle głos w ciem­no­ści. Docho­dził z ławki sto­ją­cej za krza­kiem dzi­kiej róży.

– O matko! Izaak! Wystra­szy­łeś mnie. – Od razu roz­po­zna­łam jego głos, ale i tak krzyk­nę­łam.

– Powin­naś się przy­zwy­czaić. Wiesz, że to moja ławka.

– Tak, każdy żul ma swoją.

Pod­szedł i objął mnie ramie­niem na powi­ta­nie. Pach­niał sub­tel­nymi per­fu­mami, w prze­ci­wień­stwie do mnie, prze­siąk­nię­tej zapa­chem kuchni.

– Jestem żulem, ale nie byle jakim. – Z ele­ganc­kiego ple­caka (tak, on nawet ple­cak ma ele­gancki) wyjął czer­wone wino.

– Jakiś wyszu­kany smak, rocz­nik zaczy­na­jący się od tysiąc…?

– Tak. Zachwy­cisz się. To jak w pracy?

– Jak zwy­kle. Tomek znów przy­szedł ska­co­wany, musia­łam robić za dwoje. A nawet gorzej, bo to nie tak, że on nic nie robił. On jesz­cze prze­szka­dzał, więc ogar­niaj go, rób swoje, rób za niego, świeć oczami przed kie­row­niczką i kel­ner­kami. Wiesz, że był dziś w tak dziw­nym sta­nie, że zapa­lił papie­rosa na kuchni?

– Kiedy go w końcu wywalą? – Izaak wykrzy­wił twarz w gry­ma­sie dez­apro­baty. – Ja wiem, zawsze mówisz, że to nie działa tak jak w „nor­mal­nej pracy”, ale do cho­lery, on jest nie­bez­pieczny. Zagraża tobie, zagraża sobie, zagraża ludziom, dla któ­rych gotuje. Zagraża całej restau­ra­cji!

– Pra­cuje tam tyle co ja i od początku przy­cho­dził albo ska­co­wany, albo jesz­cze pijany. Nie chcę mówić, że dla­tego ma do tego prawo, ale no… tro­chę tak. Poza tym to dobry kucharz. Wcho­dzimy? – Otwo­rzy­łam drzwi i wpu­ści­łam go do środka. – A jak twój dzień? Coś cie­ka­wego?

– Nie. Jak zwy­kle. Zaro­bi­łem na nic nie­ro­bie­niu. Odbęb­ni­łem parę spo­tkań. Gra­łem tro­chę na xbok­sie, póź­niej w pił­ka­rzyki z teamem z dru­giego pię­tra, a gdy i tego mia­łem dość, pomy­śla­łem: Ala na pewno napije się dobrego wina.

– Mimo że jest zmę­czona i marzy tylko o tym, żeby paść na łóżko.

– Dokład­nie. Mimo to.

Windą wje­cha­li­śmy na szó­ste pię­tro i weszli­śmy do miesz­ka­nia. Izaak otwo­rzył drzwi bal­ko­nowe, by pozbyć się zadu­chu. Potem poszedł po kie­liszki do kuchni. Czuł się tu swo­bod­nie. Patrzy­łam, jak bez namy­słu otwiera szafkę, bie­rze dwa pękate kie­liszki, póź­niej wysuwa szu­fladę i wyj­muje kor­ko­ciąg, nalewa wina, ze swo­jego ple­caka wyciąga jakieś wło­skie sery, sięga po deskę, wie też, gdzie szu­kać noży, kroi sery i nuci pod nosem coś po angiel­sku. Gdy­by­śmy spo­tkali się w innym momen­cie życia, mogła­bym się w nim zako­chać. Trzy lata star­szy, wysoki, natu­ral­nie umię­śniony, śniada cera, ciemne włosy, pie­przyk nad ustami, piękny uśmiech. A odkąd świet­nie zara­bia, jest rów­nież świet­nie ubrany. Nie pasuje do mojej kuchni, do mojego życia i do mnie. Zazdrosz­czę mu. Chcia­ła­bym być nim. Sie­dzia­łam przy stole i patrzy­łam na niego.

– Nie gap się na mnie – rzu­cił, nie odwra­ca­jąc się, bo czuł moje spoj­rze­nie.

– Chcia­ła­bym być tobą.

– Mówi­łem ci nie­raz, Ala, nie chcia­ła­byś. – Wes­tchnął z lekką iry­ta­cją.

– Chcia­ła­bym. Jesteś przy­stojny, bogaty, a do tego znasz się na winach i serach. Pięk­nie pach­niesz, a nie jak ja, żar­ciem. No i masz styl, nie­za­prze­czalny, nie­pod­ra­bialny styl. Jesteś czło­wie­kiem suk­cesu.

– Jestem też sie­rotą – odpo­wie­dział, poda­jąc mi kie­li­szek.

– Ja też. A nie znam się na winach i nie jestem bogata!

Poło­żył przede mną deskę z serami i bagietką. Wyglą­dała pięk­nie. Wzię­łam pierw­szy z brzegu ser ple­śniowy. Był świetny, jak wszystko, co przy­no­sił i przy­go­to­wy­wał Izaak.

– Po co przy­sze­dłeś? Nie możesz spać?

– Nie mogę. – Usiadł naprze­ciwko. Wycią­gnął w moją stronę kie­li­szek, by usły­szeć ten cha­rak­te­ry­styczny brzdęk. Nikomu nie­po­trzebny, ale z jakie­goś powodu chcemy go usły­szeć, zanim zaczniemy pić.

– Chcesz prze­no­co­wać – stwier­dzi­łam.

– Chcę – przy­znał.

– Nie musisz wku­py­wać się winem, choć to miłe.

– Wiem, chcia­łem, by było ci miło.

Poszli­śmy na bal­kon i w mil­cze­niu popi­ja­jąc wino i jedząc sery, patrzy­li­śmy na War­szawę nocą. Lubię tu miesz­kać, bo ni­gdy nie jest cicho, ni­gdy nie jest się zupeł­nie samemu w ciszy i ciem­no­ści. Są świa­tła, tram­waje, nocne auto­busy, pijani ludzie pod blo­kiem, stu­denc­kie imprezy. Nie widać gwiazd, ale na co komu gwiazdy? By szu­kać w nich odpo­wie­dzi na zbyt wznio­słe pyta­nia na temat życia? No wła­śnie. Na co komu gwiazdy. Wolę wrza­ski dzi­kich nasto­lat­ków i kłót­nie zza ścian.

– O któ­rej jutro wsta­jesz?

– O siód­mej, na ósmą muszę być w biu­rze. Przy­jeż­dżają Duń­czycy. Trzeba ich god­nie przy­jąć. Mają poczuć się cie­pło powi­tani, mają być zado­wo­leni z naszej pracy. W tym celu naj­pierw muszę wziąć ich szefa i wyjąć mu kij z dup­ska. Potem muszę jego i całą ekipę lekko upić, dobrze nakar­mić i jesz­cze lepiej opo­wie­dzieć o naszej wizji na nowy kwar­tał, by na koniec byli zupeł­nie pewni, że chcą wło­żyć kolejne pie­nią­dze w nasz oddział.

– Okej, dosta­jesz lep­szą stronę łóżka. Frag­ment o kiju mnie prze­ko­nał.

– Dzięki. Posta­ram się, żebyś się nie obu­dziła. Jak się wyro­bię, to przy­go­tuję jakieś śnia­da­nie, żebyś miała, jak wsta­niesz.

– No… ale wiesz, że w lodówce mam tylko żółty ser, a to, co przy­nio­słeś, już zje­dli­śmy.

– Mam jesz­cze parę rze­czy w ple­caku.

– Co? Jakich rze­czy? Spe­cjal­nie nie wyją­łeś, żebym nie zja­dła?

– Tak! Żebyś miała śnia­da­nie inne niż chleb z serem.

– Ale to wredne.

– Ale też tro­skliwe.

– Dobrze, wredne i tro­skliwe.

Kolejne czter­dzie­ści minut prze­sie­dzie­li­śmy w ciszy, z winem, wsłu­chu­jąc się w War­szawę. Nasze spo­tka­nia czę­sto tak wyglą­dały, że nie robi­li­śmy nic szcze­gól­nego. Po pro­stu byli­śmy obok sie­bie.TRZECI CZERWCA

Kubek czar­nej kawy, szybki prysz­nic, kanapka z żół­tym serem, ale i fran­cu­skie roga­liki z dże­mem zosta­wione przez Iza­aka. Tram­waj do pracy i notes na kola­nach, by zro­bić pod­su­mo­wa­nie. Tak, co jakiś czas to robię. Nie­wiele z niego wycho­dzi, bo mało się u mnie zmie­nia, więc nie ma za bar­dzo czego zli­czać, na­dal jed­nak trwam w tym posta­no­wie­niu. Gdy jesz­cze cho­dzi­li­śmy z Iza­akiem na tę grupę, jedna z pro­wa­dzą­cych dała nam takie zada­nie i zale­ciła, żeby­śmy robili sobie swego rodzaju pod­su­mo­wa­nia, plany, żeby­śmy zapi­sy­wali to, co nas męczy, cie­szy, co nas jak­kol­wiek poru­sza. Powta­rzała, że ważne, aby pisać i wyrzu­cać to z sie­bie. Naj­pierw sobie uświa­da­miać, póź­niej wyrzu­cać, mie­lić i prze­ży­wać, a nie mro­zić, jak to wielu z naszej grupy miało w zwy­czaju. I cho­ciaż nie widzę, aby mi to jakoś szcze­gól­nie poma­gało, robię to. Może dla zabi­cia czasu, a może żeby uwie­rzyć, że mimo wszystko… coś się u mnie dzieje.MOJE SUKCESY – OSTATNIE 12 MIESIĘCY

------------------------------------------------ ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zaczę­łam brać zmiany inne niż całki. Oczy­wi­ście na­dal naj­wię­cej biorę całek, ale był czas, że chcia­łam tylko je, żeby zmę­czyć się do odcię­cia i nie myśleć. Odkąd znam Iza­aka, a naj­bar­dziej wła­śnie od ostat­niego roku, zaczę­łam brać dużo innych, krót­szych zmian. Teraz po pracy mam wolne i nawet się zda­rza, że nie spę­dzam go z Iza­akiem, tylko sama. Nie lubię tego, ale sta­ram się przy­zwy­cza­jać i roz­sze­rzać moje życie na inne sfery niż tylko restau­ra­cja.
Poje­cha­łam z Iza­akiem na dwa mini­wy­jazdy. Z wia­do­mych wzglę­dów wyjazdy były dla mnie czymś trau­ma­tycz­nym (nie chcę nad­uży­wać tego słowa, ale tak wła­śnie czuję). Bałam się na samą myśl o opusz­cze­niu miesz­ka­nia, War­szawy. Naprawdę wyko­na­łam sporą pracę, by jeź­dzić gdzieś cho­ciażby po Pol­sce.
Nie zabi­łam się. Taka myśl cho­dziła mi po gło­wie śred­nio raz w mie­siącu. Cza­sem tylko prze­lot­nie, cza­sem utrzy­my­wała się długo i nara­stała. Raz nie zna­czyła nic, była tylko zda­niem, a innym razem wybie­ra­łam metodę i czas, jak i kiedy naj­le­piej byłoby to zro­bić. Napi­sa­łam też list poże­gnalny.
Wysła­łam swoje CV w trzy miej­sca. To było chwi­lowe, ale mia­łam poważną myśl, żeby się wyrwać z gastro. Któ­re­goś wie­czora zaczę­łam to sobie wyobra­żać i pra­wie uwie­rzy­łam, że to moż­liwe. W przy­pły­wie dziw­nego entu­zja­zmu wysła­łam CV do jakie­goś domu kul­tury, apli­ku­jąc na recep­cję, do biblio­teki, na młod­szego biblio­te­ka­rza, oraz na uczel­nię, na każde dostępne sta­no­wi­sko w wydziale arche­olo­gii (typu sprzą­ta­nie, przy­go­to­wy­wa­nie sal itp.). W pierw­szym odpa­dłam przez brak biu­ro­wego doświad­cze­nia, w dru­gim przez brak wykształ­ce­nia wyż­szego, na trze­cie nie odpi­sali.
Pro­wa­dzę te pod­su­mo­wa­nia! Nie sądzi­łam, że wytrwam w tym dłu­żej niż na czas spo­tkań gru­po­wych. A jed­nak już dawno po gru­pie, a ja co jakiś czas spi­suję swoje życie.
…………….........
…………….........
------------------------------------------------ ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nary­so­wa­łam za długą tabelę, jakoś zda­wało mi się, że mia­łam jesz­cze jakieś dwa suk­cesy. Może suk­ce­sem jest to, że posą­dza­łam się o suk­ces w więk­szej ilo­ści.

Dla­czego tak bar­dzo zależy nam na odno­sze­niu suk­ce­sów? Bo prze­cież zależy. Każdy czło­wiek, tak mi się zdaje, potrze­buje poczuć, że ma na swoim kon­cie jakiś suk­ces. Ja rów­nież. No bo dla­czego już od naj­młod­szych lat cie­szymy się z dobrej oceny, ukoń­czo­nego pro­jektu czy wygra­nej w zawo­dach na WF-ie? No wła­śnie. Czy cho­dzi o to, że suk­ces daje nam pew­ność sie­bie? Kiedy coś nam się uda, czu­jemy, że jeste­śmy w sta­nie pora­dzić sobie z wyzwa­niami. To jak zdo­by­wa­nie kolej­nych pozio­mów w grze – każdy suk­ces to dowód, że posia­damy umie­jęt­no­ści, by iść dalej. Iść, nie zasta­na­wia­jąc się czę­sto, po co i dokąd. No wła­śnie. Potrze­bu­jemy suk­ce­sów, żeby iść, choć nie wia­domo gdzie. Może cho­dzi też o to, że suk­ces poka­zuje, że się roz­wi­jamy. Ludzie z natury chcą się uczyć i sta­wać lep­szymi. Podobno. Gdzieś w głębi duszy mamy potrzebę, by wyko­rzy­sty­wać swój talent i poten­cjał. Bo oczy­wi­ście każdy wie­rzy, że ma jakiś talent. Cie­kawe… Że każdy niby jest taki ory­gi­nalny. Osią­gnię­cie, małe lub duże, jest jak znacz­nik na tej dro­dze. Potwier­dza, że nie sto­imy w miej­scu, że nasz wysi­łek ma sens i przy­bliża nas do cze­goś bli­żej nie­okre­ślo­nego. Ale suk­ces to rów­nież spo­sób na zdo­by­cie uzna­nia. Jeste­śmy isto­tami spo­łecz­nymi i potrze­bujemy akcep­ta­cji oraz sza­cunku innych. Ja pew­nie też tego potrze­buję. Osią­gnię­cia są czę­sto wła­śnie tym, dzięki czemu zyskuje się sza­cu­nek. Gdy coś nam wycho­dzi, czu­jemy, że jeste­śmy postrze­gani jako war­to­ściowi i kom­pe­tentni.

Zmę­czy­łam się tą głę­boką ana­lizą, z któ­rej wynika wła­śnie to, że jestem jak inni ludzie – pod­świa­do­mie prze­ko­nana o tym, że suk­ces jest mi potrzebny, że bez suk­cesu jestem nie­wiele warta. Mogła­bym zaprze­czać i uda­wać lub nawet pró­bo­wać wie­rzyć w to, że suk­ces nie jest miarą mojej war­to­ści i samo­oceny. Ale to nie­prawda. Jestem pro­stą, ludzką kon­struk­cją i potrze­buję suk­cesu, nawet jeśli nie wiem, dokąd ma mnie zapro­wa­dzić.CZWARTY CZERWCA

Ta noc była nie­przy­ja­zna i pełna cieni. Wier­ci­łam się, wciąż zmie­nia­jąc strony łóżka. Nie poma­gały wie­trze­nie pokoju, zdję­cie piżamy, napi­cie się gorą­cej wody, zimny prysz­nic. Sen, zamiast przy­nieść uko­je­nie, wywo­łał kosz­mary. Budzi­łam się co chwilę zlana zim­nym potem, serce waliło mi jak cho­lerny młot, a w uszach dźwię­czało. Odpły­wa­łam i zry­wa­łam się nagle. Byłam wykoń­czona, ale nie mogłam zasnąć na dłu­żej. Kiedy wresz­cie na dobre otwo­rzy­łam oczy, roz­trzę­siona i zdez­o­rien­to­wana, na zegarku wid­niała dzie­wiąta rano. Ostatni kosz­mar roz­pro­szył się, ale pozo­sta­wił po sobie gęsty, duszący nie­po­kój, który opadł na mnie jak ciężka, wil­gotna mgła. Czu­łam ją w sucho­ści gar­dła, w napię­tych mię­śniach i w tym wszech­ogar­nia­ją­cym wra­że­niu, że coś złego wisi w powie­trzu. Na domiar złego za oknem na moim drze­wie nali­czy­łam tylko sie­dem pta­ków. Ten ostatni zły sen był tak… ponie­kąd realny, że po prze­bu­dze­niu nie byłam pewna, czy nie był jawą. Byłam w nim ja, taka, jaka jestem – mia­łam na sobie robo­cze ciu­chy – far­tuch, czapkę, buty z roz­wa­la­ją­cymi się pode­szwami. Wła­śnie wyszłam z pracy i uda­łam się swoją stałą trasą na przy­sta­nek. Było duszno, słońce grzało tak bar­dzo, że czu­łam, jak pali mi kark. Myśla­łam: jesz­cze tylko parę metrów i będę mogła zdjąć z sie­bie to ubra­nie. Jak to czę­sto bywa w snach, wszystko odwo­dziło mnie od doj­ścia do celu i roze­bra­nia się – a celem był mały drew­niany dom. Stał na miej­scu przy­stanku auto­bu­so­wego. To tam zmie­rza­łam. Zda­wało się, że dzieli mnie od niego ze sto metrów… Ale albo ktoś mnie zaga­dy­wał, pyta­jąc o drogę, albo musia­łam pod­nieść coś, co upu­ści­łam, albo pomóc jakiejś babci przejść na druga stronę ulicy. Nie mogłam dotrzeć do tego domu. Gdy poko­na­łam wszyst­kie prze­szkody i byłam już bar­dzo bli­sko… nagle coś zoba­czy­łam. Firanka w oknie tego domu drgnęła. Wystra­szy­łam się. Ktoś tam był. Ciemna postać prze­mknęła za cienką tka­niną. Zasty­głam. Już mia­łam otwie­rać drzwi, ale strach mnie powstrzy­mał. Patrzy­łam w okno i mia­łam wra­że­nie, że ktoś z dru­giej strony pod­cho­dzi, by wyj­rzeć. Ktoś wysoki, ciemny, prze­ra­ża­jący w swej bez­kształt­no­ści. Był bli­żej, coraz bli­żej… Ocze­ki­wa­łam jump scare’a, wie­dzia­łam, że to się zaraz wyda­rzy… i wtedy się obu­dzi­łam. Ze snu wyrwał mnie hałas za oknem. Na szczę­ście. Palące słońce wdzie­rało się przez okno, już wie­dzia­łam, że to je czu­łam we śnie. Ode­tchnę­łam głę­boko. Ważne, że już jest dzień.

Mimo upływu czasu nie­po­kój, nie­stety, mnie nie opusz­czał. Posta­no­wi­łam… zajeść go. To stara, spraw­dzona metoda. Ciało doma­gało się cukru, tłusz­czu, cze­goś, co zagłu­szy wewnętrzny lęk. Pode­szłam do lodówki z nadzieją, ale jej chłodne wnę­trze oka­zało się bez­li­to­sne. Stało tam to, co zawsze. Samotne jajko, pusty słoik po ogór­kach i żółty ser. Potrze­bo­wa­łam sło­dy­czy. Ubra­łam się i posta­no­wi­łam, nie jedząc nawet mojej codzien­nej kanapki z serem, nie pijąc kawy i nie myjąc się, iść po pączki. To było pierw­sze, co przy­szło mi na myśl. Stu­let­nia pącz­kar­nia, led­wie pięć minut drogi ode mnie. Naprawdę nie wiem, jak to robią, ale ich pączki są wyjąt­kowe w swej pro­sto­cie. Mają ich dwa rodzaje: z lukrem lub suche, opcjo­nal­nie posy­py­wane pudrem. Nie ma żad­nych bia­łych cze­ko­lad, polew, pista­cjo­wych kre­mów. To miej­sce znam od dziecka, ale gdy zamiesz­ka­łam z bab­cią, jadłam stam­tąd pączki śred­nio raz w tygo­dniu, bo bab­cia miała zwy­czaj kupo­wać je na week­endy jako deser po obie­dzie. Dawno tu nie byłam, zaj­rza­łam może ze trzy razy od jej śmierci…

Ulice były dziś ciche i puste. Prze­mie­rza­łam je szyb­kim kro­kiem, kie­ro­wana despe­racką potrzebą. W końcu ujrza­łam to: mały, przy­cup­nięty budy­nek z czer­wo­nej cegły. Za oknem przy­ciem­nio­nym parą i sła­bym, cie­płym świa­tłem biją­cym z wnę­trza można było dostrzec krzą­ta­ją­cych się ludzi. Zapach świe­żego droż­dżo­wego cia­sta, cukru i sma­żo­nego oleju dotarł do mnie, zanim jesz­cze zna­la­złam się pod drzwiami, przed któ­rymi ufor­mo­wała się już spora kolejka. Musia­łam odstać z dzie­sięć minut.

W środku było cie­pło i przy­tul­nie. Za ladą stała star­sza pani, wciąż ta sama, jakby czas dla niej się zatrzy­mał, a może bar­dziej jakby ona się już taka uro­dziła. Nie mogłam wyobra­zić jej sobie mło­dej czy małej, jakby zawsze była star­szą panią za ladą z pącz­kami. Są tacy ludzie, któ­rzy zdają nam się doj­rzali czy sta­rzy „od zawsze”. Jej okrą­gła twarz poorana zmarszcz­kami, które ukła­dały się w życz­liwy uśmiech, od razu popra­wiła moje samo­po­czu­cie. Kupi­łam trzy pączki. Dwa z lukrem, jeden z pudrem. Pierw­szy zja­dłam na ławce pod cukier­nią. Drugi zaraz po pierw­szym i tylko ten z pudrem zosta­wi­łam sobie na póź­niej. Były ide­alne: puszy­ste, cie­płe, słod­kie. Ten smak powoli, ale sku­tecz­nie wypie­rał gorycz stra­chu. Nie­po­kój nie znik­nął cał­ko­wi­cie, ale został uci­szony.

Byłam zmę­czona po nie­prze­spa­nej nocy, lecz uspo­ko­jona. Każdy dźwięk draż­nił mnie bar­dziej niż zwy­kle, a świa­tło poranka wyda­wało się zbyt ostre, ale to nic. Ważne, że prze­sta­łam się bać. Już wcze­śniej zda­rzały mi się takie noce, po któ­rych reszta dnia była nie do znie­sie­nia. Cią­gle czu­łam pode­ner­wo­wa­nie i ocze­ki­wa­łam naj­gor­szego. Teraz to na szczę­ście minęło.

Kanapkę z serem zja­dłam dopiero godzinę póź­niej. Prze­szłam przez ten dzień mecha­nicz­nie. Pączki mnie ura­to­wały, ale spo­wo­do­wały, że zaczę­łam myśleć o babci. Myśleć i tęsk­nić. Dawała mi namiastkę rodziny, namiastkę sta­bil­no­ści, pew­no­ści. Nawet te pączki raz w tygo­dniu były jakimś punk­tem odnie­sie­nia, czymś sta­łym, a to zapew­niało poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.PIĄTY CZERWCA

Osiem pta­ków. Dobrze. Kawa, kanapka, tram­waj do pracy.

Stary pojazd bez kli­ma­ty­za­cji trząsł się na żeliw­nych torach. Są żeliwne, prawda? To pew­nie stop metali, więc czy mogę je nazwać żeliw­nymi? Chyba tak. Pod­ska­ki­wał na zakrę­tach, wychy­lał mnie do przodu przy gwał­tow­nym hamo­wa­niu. Sta­ra­łam się czy­tać książkę, ale trudno mi było się sku­pić. Zamy­ka­łam i otwie­ra­łam ją co chwilę. Już nie wie­dzia­łam, o czym czy­tam. Jakiś romans, strasz­nie tani, z tan­detną nazwą _Her­ba­ciane wspo­mnie­nia_. Wstyd się przy­znać, to jeden z nie­wielu gatun­ków ksią­żek, jaki mogę czy­tać, odkąd moje życie wywró­ciło się na zawsze. Książki arche­olo­giczne, histo­ryczne, o kul­tu­rze – odpa­dają, kry­mi­nały – odpa­dają, thril­lery – odpa­dają. Tanie romanse mają w sobie naj­mniej­szy pro­cent ryzyka, że tra­fię w nich na coś, co mnie ruszy. Do tego nie­źle odmóż­dżają, a stan odmóż­dże­nia jest jed­nym z moich ulu­bio­nych. Dziś jed­nak losy infan­tyl­nych, egzal­to­wa­nych boha­te­rów nie mogły mnie wcią­gnąć na tyle, by czy­tać. Wresz­cie zamknę­łam książkę na dobre i wle­pi­łam wzrok w to, co za oknem. Para kłó­cąca się w czer­wo­nej Toy­ocie, ona ewi­dent­nie krzy­czy, mocno gesty­ku­luje, on kiwa głową. Po chod­niku prze­my­kają hulaj­nogi mię­dzy pie­szymi a rowe­rami. Duży pies pod­nosi nogę przy drze­wie. Mały pies szczeka na dużego psa. Po chwili też pod­nosi nogę. Torebka po czip­sach unosi się na wie­trze. Bez­wol­nie, bez oporu, pod­da­jąc się wszyst­kiemu, łącz­nie z wro­nami, które za chwilę zaczy­nają ją sobie wyry­wać. Mówiąc, że czuję się wła­śnie jak ta pusta paczka po chip­sach, nie prze­sa­dzę, choć zabrzmię jak postać z _Her­ba­cia­nych wspo­mnień_ – egzal­to­wa­nie i prze­sad­nie dra­ma­tycz­nie, a tego bym nie chciała. Nikt chyba nie chce być tak postrze­gany, choć w głębi sie­bie czy nie tacy wła­śnie jeste­śmy? Prze­sadni i sku­pieni na sobie i swo­ich uczu­ciach w spo­sób śmieszny i kary­ka­tu­ralny?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij