Nie jestem Alicją - ebook
Alicja od lat jedynie istnieje. Jej świat skurczył się do ciasnej kuchni w podrzędnej restauracji, cichego mieszkania po babci i walki z własnym lękiem, który codziennie jej przypomina, że na więcej nie zasługuje. Wszystkie marzenia pogrzebała razem z przeszłością, o której wolałaby zapomnieć. Wielkie plany zastąpił jeden, prosty cel: przetrwać. Jej życie toczy się w stałym, monotonnym rytmie. Kiedy wydaje się, że tak już zostanie na zawsze, los niespodziewanie stawia na jej drodze ludzi, którzy stopniowo ogrzewają jej zlodowaciałe serce.
Czy Alicja znajdzie w sobie odwagę, by je otworzyć i sięgnąć po utracone szczęście? Żeby to zrobić, musi cofnąć się do miejsca, w którym straciła wszystko…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8310-914-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zacznę od tego, że nie wiem, od czego zacząć. Wszystko w moim dwudziestosiedmioletnim życiu potoczyło się za szybko, ale czy mnie decydować o tempie zdarzeń? Los właśnie dołożył do mojej kolekcji kolejną kartę rozczarowania i goryczy. Moja babcia, gdyby żyła, powiedziałaby: „lekcja pokory”… A ja przysięgłabym, że z „pokory” mam już zdane wszystkie egzaminy i powtarzanie tego samego materiału jest zwyczajnie niesprawiedliwe.
Ale od początku…PIERWSZY CZERWCA
Obudziłam się i spojrzałam przez okno. Stare drzewa, stare bloki, starzy ludzie w oknach. Liczę ptaki siedzące na drzewie. Cztery. Cztery czarne, posępne ptaszyska. Parzyście – to dobry znak.
Teraz wstać, wypić kawę, umyć się, zjeść kanapkę z serem i iść do pracy. Tak jak każdego dnia. Powtarzalność, która daje iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad losem. Rytuał, który pozwala zachować spokój. Wyginam plecy w przód i w tył, boleśnie odczuwam każdy mięsień. Napięta szyja nie pozwala na obrót głowy, która już zaczyna boleć. Czoło, skroń i potylica pulsują, sprawiając wrażenie ciężkości. Moja głowa waży więcej niż ja cała. Z trudem ją unoszę. Mrowienie w łydkach przypomina o wielogodzinnym wysiłku. Tak samo jak napięte stopy. Wczorajszy dzień mnie wykończył. Tak jak przedwczorajszy i jeszcze wcześniejszy. To też swego rodzaju powtarzalność.
Leżę bezsilnie na łóżku i znów, przez chwilę, powraca myśl o tym, jak wydostać się z tego piekielnego kręgu, po którego obrębie wciąż się poruszam. Odpowiedź przychodzi szybko:
Nie da się. To twoje życie.
Zaraz po niej druga:
A gdybyś się wydostała, umiałabyś się poruszać po innym kręgu? Chyba już nie.
_Teraz to jest twoje życie._
Moje życie… No tak, już sobie przypomniałam. Życie, jakim nigdy nie chciałam żyć, jakiego nigdy nawet nie brałam pod uwagę. Gdyby ktoś mi, jako nastolatce, pokazał kadr z tej dorosłej codzienności, roześmiałabym mu się w twarz. Od najmłodszych lat wiedziałam, jak ma wyglądać moje życie. Nie tak. Zdecydowanie nie tak. Jeszcze do niedawna próbowałam je zmienić, nadać mu jakiś sens, choć odrobinę przybliżyć je do tego, jakie miało być… Ale przestałam, bo gdy tylko starałam się wybić z marazmu, ono usadzało mnie boleśnie na miejsce, a ja, nim znowu zaczęłam funkcjonować po dobrze znanym kręgu, musiałam na nowo wskrzesić w sobie jakąkolwiek chęć „bycia”. Przestałam. Poddałam się i od kilku lat dryfuję bez celu.
Pracuję w kuchni w podrzędnej knajpie na jednej z niewielu już brzydkich ulic Śródmieścia. Nie wiem, jak to możliwe, że wciąż istniejemy i ludzie chcą się tu stołować. Chyba tylko dlatego, że stoi za nami wieloletnia warszawska historia… Jedzenie jest przeciętne, w cenach wyższych niż sugerowałaby elewacja budynku, stare obrusy na stolikach czy przyprawniki oblepione wielomiesięcznym kurzem. Pracuje się tu zmianowo. Jedna zmiana to zazwyczaj dwanaście–czternaście godzin, a dla starych pracowników, takich jak ja, często osiem czy jedynie sześć godzin. Mimo tego przywileju przeważnie i tak biorę tak zwane całki, żeby wymęczone ciało szybciej zasnęło.
Na koniec dnia jestem przesiąknięta wszystkim, co w kuchni: przypalonym sosem, olejem z patelni, wędzoną rybą. Jestem wolna przeważnie o północy i jeśli nie zostaję na piwo po pracy, przed pierwszą wracam do domu. Po zamknięciu drzwi dosłownie padam na łóżko i zasypiam. Myję się dopiero rano, po policzeniu ptaków na drzewie i wypiciu dużej czarnej kawy. Dni wolnych staram się unikać, a jeśli już je mam… to do piętnastej śpię, a potem spotykam się z moim przyjacielem Izaakiem. To wszystko.
Tak wygląda moje życie, a miało być zupełnie inne. Takie, o jakim zawsze marzyłam i do jakiego konsekwentnie dążyłam, krok po kroku wypełniając ścieżkę przeznaczenia…
Miałam być archeologiem. Prawdziwie fascynowała mnie historia starożytnego świata, a do tego w dzieciństwie naoglądałam się z tatą _Indiany Jonesa_. Przyznam, przez chwilę myślałam o byciu aktorką, ale po pierwszym wystąpieniu publicznym zrozumiałam, że odgrywanie scenek najlepiej wychodzi mi przed rodzicami. Poza tym tata wspierał mnie w archeologicznej drodze, bo sam ją wcześniej przeszedł. Gdy skończyłam drugą klasę liceum, załatwił mi pierwsze ćwiczenia wykopaliskowe z grupą studentów z jego wydziału. Był profesorem i choć niewiele mu zostało do emerytury, wciąż niesamowicie liczył się w murach uczelni. Te „wykopki”, jak żartobliwie na to mówiliśmy, zapamiętałam bardzo wyraźnie. Zakochałam się wtedy w jednym ze studentów i cierpiałam resztę lata z powodu nieodwzajemnionego uczucia.
Dziś na myśl o tym, jak – zwinięta na łóżku – śpiewam razem z zespołem Shout: „Przepraszam cię za miłość mą… wybacz mi, że ciebie wybrałem…”, czuję żal, że to minęło, że nie jestem już prostą dziewczyną z naiwnie złamanym sercem, która zapętlając smutne piosenki, może przeżywać swoją tragedię. Byłam wtedy szczęśliwa i beztroska, przekonana, że to jest właśnie cierpienie. Tak bardzo chciałabym znów być w tym momencie życia. Tata cierpliwie głaskałby mnie po głowie, a mama dopytywałaby, co takiego może ugotować, żebym wreszcie zechciała jeść.
Na koniec liceum, po zdaniu matury z historii na dziewięćdziesiąt siedem procent i z historii sztuki na dziewięćdziesiąt pięć procent, szczęśliwi rodzice zabrali mnie, swoją ukochaną jedynaczkę, do Rzymu. Po powrocie miałam zdecydować, na którym uniwersytecie zostanę archeologiem. Nie lubiłam się uczyć, ale historia to było coś, co chłonęłam. O studencie dawno zapomniałam. Leciałam do Włoch z nadzieją, że oprócz namacalnej historii, pysznej kuchni i gwaru małych uliczek spotka mnie miłość z ciemnookim, urzekającym chłopakiem. Spotkało mnie coś zupełnie innego…
W tym Wiecznym Mieście wszystko się zmieniło. Na wieczność.
Byliśmy po trzech dniach zwiedzania. Koloseum, Forum Romanum, Ogród Pomarańczowy, Zamek Świętego Anioła, Plac Świętego Piotra, Muzea Watykańskie. Czwartego dnia wybraliśmy się wypożyczonym autem na wycieczkę. To miała być niespodzianka. Tata powiedział tylko, że nie domyślę się, dokąd zmierzamy, i że to będzie prawdziwa archeologiczna uczta, a nie oklepane turystyczne szlaki. Jechaliśmy autem bez dachu, krętą drogą w górę… Czułam się jak w filmie. Słońce na odkrytych ramionach, Morze Tyrreńskie w zasięgu wzroku i ja w błękitnej sukience, którą kupiłam specjalnie na nasz wyjazd. Właśnie teraz mógłby mnie zobaczyć ten ciemnooki chłopak. W radiu leciała ulubiona piosenka mamy. Ustawiła na maksymalną głośność i _Pour que tu m’aimes encore_ rozbrzmiało niesamowicie głośno. Mama śpiewała razem z Céline Dion. Siedziałam z tyłu i czułam się szczęśliwa. Mama wyglądała pięknie… Wiatr rozwiewał jej blond włosy, wygłupiała się. Tata zerkał na nią z uśmiechem, a ja myślałam o tym, jakie mam szczęście. Wspaniali rodzice, wspaniały Rzym, wspaniała przyszłość na uniwersytecie, a za chwilę, na pewno, wspaniała miłość. Czułam to i nie mogłam się doczekać.
A potem…
Pisk opon, klaksony, krzyki, trochę dymu z maski auta i koniec.
To, co wydawało się wieczne, przestało nagle istnieć. Ot, tak.
Chciałabym napisać, że zapamiętałam rodziców właśnie takich – szczęśliwych, pięknych, śpiewających do słów Céline… Ale to nieprawda. Ich ostatni obraz w mojej głowie to rozszerzone oczy mamy, które patrzą, lecz nie widzą, i strużka krwi na skroni taty spływająca tuż przy uchu.
Nie wiem, kto wsadził mnie w samolot do Polski. Nie wiem, kto za to zapłacił ani kto mnie spakował… ale po dwóch najgorszych nocach w moim życiu wylądowałam na lotnisku w Warszawie, skąd odebrała mnie babcia, mama mojego taty, która przejęła nade mną opiekę. Pamiętam, że gdy tylko ją zobaczyłam, podbiegłam do niej i się rozpłakałam. Zdziwiona moją bliskością, trzymała mnie chwilę w słabym uścisku, po czym lekko od siebie odsuwając, powiedziała: „To, co się stało, to lekcja pokory”. Nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, wzięła moją walizkę i ruszyła w stronę peronów. W ciszy wsiadłyśmy do pociągu. W ciszy weszłyśmy do jej mieszkania i w ciszy zjadłyśmy ogórkową z chlebem.
Nie miałam jak utrzymać mieszkania po rodzicach – było na hipotece, a ubezpieczenie pokryło jedynie część kosztów. Nie potrafiłam nic zorganizować… Wyprawić pogrzeb, ogarnąć sprawy mieszkania, kredyt – to wydawało mi się tak niewykonalne, że nawet nie próbowałam. Zresztą było mi wtedy wszystko jedno. Całe dnie spałam i nie bardzo mnie obchodziło, czy bank mi coś zabierze, czy nie zabierze. Babcia, za co jestem jej wdzięczna, ściągnęła wtedy ze Stanów swojego starszego syna i choć widziałam go na oczy pierwszy raz, od razu zauważyłam ogromne podobieństwo do taty. To on zajął się sprowadzeniem ciał, pogrzebem i sprzedażą mieszkania. Po opłaceniu hipoteki wręczył mi pozostałe dwieście tysięcy – o nic nie pytałam, a oszczędności zachomikowałam w tej samej walizce, z którą wróciłam z Rzymu.
Wujek nie szczędził złośliwych komentarzy nawet tuż przed pogrzebem: że tata, zamiast dawno kupić dom, wolał całe życie jeździć „po Afrykach”, a ważne sprawy zostawić na koniec marnego życia i taki jest efekt; że co się dziwić, bo zawsze taki był; że odpowiedzialność to coś, czego nigdy się nie nauczył, bo babcia go rozpieszczała; że jak to możliwe, że on w ogóle miał żonę i dziecko; że jak nierówno pod sufitem, to pewnie żona i to dziecko też nienormalne. Od razu po pogrzebie wyjechał.
Zamieszkałam z babcią w jej maleńkim mieszkaniu na szóstym piętrze na Woli. Mała kuchnia, mała łazienka i jeden pokój, który babcia przedzieliła meblościanką, tak że każda z nas miała swoją część. W „mojej części” mieściło się małe łóżko, biurko i wąska szafka na ubrania. Za tą meblościanką spędziłam cały pierwszy miesiąc po pogrzebie. W ciężkim, dusznym śnie przesypiałam większość doby. Telefon miałam wyłączony. Wstawałam tylko do łazienki i czasem coś zjeść. Gdy zaczął się drugi miesiąc od pogrzebu, a ja dalej leżałam za meblościanką, babcia podjęła decyzję. Wysłała mnie do pracy. Wnuczka jej koleżanki dorabiała wtedy w knajpie na Śródmieściu i tam mnie wkręciła. Nie było mowy o protestach. Kazała mi iść i już. Skoro się nie uczę, mam pracować, a nie leżeć całe dnie i spać. Właśnie tak mi powiedziała. Dziś myślę, że te twarde, raniące słowa były słowami miłości. Wtedy jednak zdawały się jadem sączącym się w resztki mnie. Nie umiała mi inaczej pomóc. Była chłodna, surowa i zasadnicza. Nie widziałam, żeby kiedykolwiek po śmierci rodziców płakała. Nawet na pogrzebie. Dużo się modliła, ale w ciszy, przy kuchennym stole, nigdy ze mną. Mimo to po jej śmierci załamałam się bardziej niż po odejściu rodziców. Może dlatego, że gdy umarła, miałam wciąż tylko dwadzieścia trzy lata, a może dlatego, że zostałam już naprawdę zupełnie sama na świecie. Tym razem to ja musiałam załatwić pogrzebowe formalności, bo wujek zerwał z babcią kontakt jakieś dwa lata wcześniej, gdy się dowiedział, że to na mnie przepisała swoje małe mieszkanie. Nie przyleciał pożegnać swojej matki.
O studiach i miłości pięknego chłopaka przestałam myśleć tamtego dnia na rzymskiej drodze, o tym, że jeszcze się ułoży – gdy odeszła babcia.
Dziś Dzień Dziecka. Najgorszy dzień z całego roku, w którym najbardziej odczuwam swoją wszechogarniającą samotność.
To ten dzień, kiedy dopada mnie moje utracone życie. W innych sytuacjach raczej o tym nie myślę. Po maturze zostałam sierotą. Miałam te osiemnaście lat, a są tacy, chociażby Izaak, mój przyjaciel z grupy terapeutycznej, którzy byli sami od zawsze. Izaak to imię, które przybrał. Wielu zdaje się pretensjonalne i zbyt wymyślne, ale ja go nie oceniam. Chciał raz na zawsze skończyć ze swoim starym życiem. Nie wiem, dlaczego wybrał właśnie to imię, ale nie pytałam, tak samo jak nie pytałam o pierwsze, nadane mu imię. Takich tematów po prostu się nie porusza… ale wiem to ja, on i reszta osób z naszej grupy. Terapia zakończyła się dawno, mija już chyba z siedem lat, ale nadal mam znikomy kontakt z niektórymi ludźmi, a Izaak, czego nie mogłam się spodziewać, stał się moim przyjacielem. Mimo że poharatany, radzi sobie lepiej niż ja, o wiele lepiej. Skończył studia, a do tego jest bardzo pracowity i umie dążyć do celu, a jego celem zawsze było BEZPIECZEŃSTWO. Osiągnął je dzięki pieniądzom. One dały mu to, o czym marzą wszystkie sieroty i pewnie wszyscy ci, którzy za wcześnie odczuli stratę. Jest programistą, i choć wybrał swój zawód tylko ze względów finansowych, odnalazł się w tym świecie i pracuje dla jednej z największych firm informatycznych w Europie. Rok temu kupił mieszkanie na Woli, w nowym bloku, dwie ulice ode mnie. Twierdzi, że lubi Wolę, ale mnie się zdaje, jakkolwiek dziwnie to brzmi, że sprowadził się tu po części dla mnie. My, sieroty, mamy problem z przywiązaniem i często je odrzucamy, by uniknąć w przyszłości bólu rozstania czy straty, ale… ja i on przywiązaliśmy się do siebie. Oczywiście żadne z nas się do tego nie przyzna.
To twoje życie
– głos w mojej głowie podsumowuje wszystko tym jednym zdaniem.
Na szczęście zbliża się dziewiąta, zaraz otworzymy restaurację, zacznę kroić warzywa, gotować bulion i zapomnę. Wstaję, idę do kuchni zaparzyć kawę.DRUGI CZERWCA
Dziś znów nie miałam siły umyć włosów, związałam je w kucyk – i tak będą schowane. W kuchni musimy nosić czapki i granatowe fartuchy przed kolana. Paznokcie powinny być krótko przycięte i bez lakieru, dozwolona biżuteria to kolczyki wkręty i ślubna obrączka. To oczywiście teoria, bo pani Wandzia ze zmywaka nosi wielkie złote koła i nikt ani myśli zwrócić jej uwagę, kelnerki malują paznokcie na krwistoczerwony kolor, a Tomek, mój kolega z kuchni, co drugi dzień przychodzi wstawiony, czego przecież też nie można robić. Kuba, który pracuje w kuchni na jedną czwartą etatu, nosi pokaźną brodę, ale odmawia wkładania na nią siatki ochronnej, bo jest mu za gorąco i wygląda jak idiota. Pola – trochę busser, trochę kelnerka, trochę zmywak – nosi tipsy i mimo że jeden z nich, różowy z diamencikiem, zgubiła dwa miesiące temu w sałatce Cezar, za co zostaliśmy obsmarowani w sieci, nie zmieniła swoich zwyczajów. Fatiha – dziewczyna od polerki, którą czasem angażujemy w kuchenne czynności – poza notorycznym spóźnianiem się raczej stosuje się do zasad. Głuchoniemy Tadek przeważnie zastępuje panią Wandzię na zmywaku. Od niego nie oczekujemy niczego – może używać telefonu podczas całej zmiany, bo chociaż z kimś sobie pomiga na kamerce i nie czuje się tak zupełnie odizolowany, a szefowa za pracownika z niepełnosprawnością odprowadza niższy ZUS… czy coś takiego. Marlena i Kaśka to dwie wyróżniające się kelnerki, drą się, gdy ich zamówienie się spóźnia. Pracują tu już trzeci rok. Reszta kelnerów to płynna, zmieniająca się masa. Jest jeszcze Ewa – starsza kucharka, która uważa, że młodzi mają robić, a ona to jak już naprawdę trzeba, a gdy tylko dobije do złotego wieku, odchodzi na emeryturę. No i Deepak, który wszystko doprawia swoimi indyjskimi przyprawami, czego oczywiście też mu nie wolno. Kierowniczki są dwie – Aśka i Iza. Właścicielkę widziałam może dwa razy. To około sześćdziesięcioletnia pani z rudymi włosami, niezbyt przyjemna. Może wcale nie jest przyjemna, a nie tylko „niezbyt”, bo mówią o niej „stara”. Ja, jako jedna z niewielu, stosuję się do większości panujących tu zasad. Lubię mieć ramy działania, to pewnie dlatego. Gdybyśmy mieli być tacy rzetelni… to przysługują nam też dwie dwudziestominutowe przerwy, ale nie ma to na czasu, więc każdy, nawet ja, je w przelocie. To znaczy nad garnkiem z zupą, na beczce po piwie na zapleczu albo wyjmując z pieca gotowe dania – łatwo się wtedy poparzyć. Prawdziwa przerwa to wyjście na papierosa. Jedna z niewielu okazji do rzeczywistego odsapnięcia, więc pali prawie każdy.
Dziś był sajgon większy niż przez ostatnie dwa dni. Trudno teraz przewidzieć ruch. Na pewno uspokoi się na koniec roku szkolnego, wtedy ludzie wyjeżdżają z miasta i intensywniejsze będą tylko weekendy i popołudnia. Normalny, przewidywalny rytm wróci dopiero we wrześniu.
Tomek znów przyszedł skacowany, więc pierwsze dwie godziny stałam sama, a on leżał na zapleczu na workach z mąką i dochodził do siebie. Dobrze, że Fatiha miała dziś od rana polerkę. Wzięłam ją do pomocy, póki Tomek nie doszedł do siebie. Dziewczyna używa dosłownie kilku słów po polsku, a ja nie rozumiem nic z jej pantomimy, ale usmażyć frytki albo pokroić warzywa umie, to już coś.
O trzynastej zaczęła jak zwykle przychodzić najgorsza klientela – lunchowcy. Rozwydrzone korpodzieciaki z identyfikatorami na szyjach. Chcą zjeść szybko, tanio, każdy płaci oddzielnie i nawet nie pomyślą o pięciu złotych napiwku. I każdy ma na coś alergię. Ten nie może chili, ta nie trawi pieczarek, tamten nie zniesie czosnku, a gruby prosił o carbonarę na makaronie pełnoziarnistym, nie zje pszennego – jest na zbilansowanej diecie! Czego nie rozumiesz, dziewczyno?! Izaak też należy do tej grupy, ale on w przeciwieństwie do większości przeczołgał się do tego miejsca (i nie marudzi przy jedzeniu). Reszta nie zaznała prawdziwej pracy i prosto po zdanej maturze poszła na studia, a potem do wygodnej roboty z benefitami. Nienawidzę ich. Może dlatego, że zazdrość skręca mnie od środka, że mnie też było pisane łatwe i przyjemne życie, a nie babranie się w gastronomicznym gównie? Może. A może są po prostu wkurwiający i moja zazdrość nie ma z tym związku? Może. Na szczęście razem z lunchowcami zjawił się Tomek. Podszedł do mnie od tyłu, objął mnie ramionami i pocałował w spocony kark, spowijając mnie zapachem alkoholu.
– Tomek, kurwa. Weź się do roboty. Znowu to zrobiłeś. Czy możesz nie chlać, jak masz ze mną otwarcie? Albo przesuń chlanie na lipiec, jak będzie mniejszy ruch.
– Anastazja… – zaczął, ale już nie słuchałam. Nienawidziłam, gdy ktoś mówił do mnie imieniem. Kojarzyło mi się źle, choć wiem, że dostałam je z miłości. Rodzice byli zanurzeni w rosyjskiej kulturze. Samo imię jest pochodzenia grecko-chrześcijańskiego, ale kojarzy się bardzo rosyjsko. Mama zawsze mówiła, że Rosjanie dzielą się na chamów (tata nawet mówił, że „skurwysynów”) i artystów i choć tych pierwszych jest zdecydowanie więcej, trzeba czerpać z tych drugich. Tata napisał profesurę na temat Romanowów. Powtarzali, że jestem podobna do tej historycznej Anastazji, bo jak ona ciągle błaznuję i daję im radość w życiu. Rzeczywiście lubiłam się wygłupiać, robić tacie żarty, wkręcać go i patrzeć, jak za każdym razem łapie się na te same numery. I lubiłam to imię, zwłaszcza po obejrzeniu bajki _Anastazja_, mimo że mało spójnej z faktami. Niestety, teraz jest dla mnie jak klątwa, jakbym od początku była naznaczona, że tylko ja z mojej rodziny przeżyję, że zostanę sama, jedyna ocalała jak ona… Romantyczna, zakłamana wizja z bajki pozostała ze mną, choć Anastazja, podobnie jak reszta rodziny, została zamordowana. Podobno.
– Ala? – Wolałam moje drugie imię i nim się posługiwałam. Jak Izaak, chciałam, by nazywano mnie nie moim imieniem. Zainspirował mnie i wtedy zaczęłam być Alicją. Babcia się nie przestawiła, ale nie wymagałam od niej tego. Starych znajomych prawie nie miałam, a nowi znali mnie już tylko jako Alicję. – Chcesz iść na przerwę? – Tomek głupkowato się uśmiechnął.
– A zrobisz zamówienia na piątkę i siódemkę?
– Zrobię! Idź na fajka i jak wrócisz, nie gniewaj się już na Tomaszka.
– Tomaszek…
Poszłam na zaplecze, z szafki przy drzwiach wyjęłam papierosy Tomka i wyszłam na dwór. Usiadłam na krawężniku, w cieniu przy śmietnikach. Zapaliłam papierosa i przymknęłam powieki. Stłumione odgłosy miasta zbijały się w jednolity szum. Dym powoli wypełniał moje płuca i uspokajał mnie. Gdy poczułam ulgę, otworzyłam oczy. Przede mną dwa gołębie w kałuży walczyły o kawałek chleba. Spojrzałam na swoje dłonie. Zaniedbane, spracowane, przesuszone kostki, kwadratowe, krótkie paznokcie z niewyciętymi skórkami. Jeden z gołębi wyrwał łup i wzbił się w powietrze, drugi ruszył za nim. Zerknęłam na swoje odbicie w kałuży. Nie było w nim widać mojej naciągniętej na kości bladej skóry z pieprzykami. Widziałam za to duże niebieskie oczy, zapadnięte policzki, lekko wydatny nos, blond kosmyki wystające spod czapki i szyję ze złotym łańcuszkiem.
– Ala, chcesz grzybowej? – Pani Wandzia, dobry duch tej restauracji, wyszła do mnie z miską zupy. Gdybyśmy serwowali to, co ona robi w międzyczasie, bylibyśmy świetną knajpą. – Pieczarki mają bliski termin, a nie schodzą, to mówię: zrobię. Dzieciaki zjedzą. – Dzieciaki, czyli ja i Tomek. – A i te ziemniaki już takie nie tego, a ludzie teraz mało ziemniaków biorą, to mówię: a co ma się wyrzucić? Ludzie to w ogóle teraz gardzą ziemniakami, a to najlepsze, co może być, Alusia.
– Najlepsze, pani Wandziu? – Uśmiechnęłam się. Uwielbiałam ją i jej zamiłowanie do polskiej kuchni.
– A najlepsze! Po pierwsze, ziemniaki są sycące…
– I tuczące…
– To nie one tuczą, tylko tłuste sosy i masło, które się na nie leje! – oburzyła się. – Same w sobie mają mało kalorii. I mają mnóstwo witaminy C. Wiesz, jakie to dobre dla serducha, Alusia? Polska dieta stoi na ziemniakach! Dlatego Polacy są tacy mocni, Alusia. Znasz drugi taki kraj, co się tyle razy dźwigał z popiołów?! No właśnie!
– I to wszystko przez ziemniaki?
– Tak, Alusia, przez ziemniaki!
– Dziękuję. – Wzięłam od niej zupę, zgasiłam papierosa i zaczęłam jeść. – Może ja też się jakoś dźwignę w takim razie… z tych moich popiołów.
– A jakie ty masz, Alusia, popioły? Co? Malutka moja… – Usiadła obok i zapaliła swojego cienkiego, ruskiego fajka. Farbowane czarne włosy wystawały spod brudnego czepka, złote koła połyskiwały i kontrastowały z jej ciemnymi oczami; spoglądała na mnie czule. Fartuch opięty na jej dużym biuście zakołysał się, gdy wyciągnęła rękę, by dotknąć mojej dłoni. – Znowu masz zimne ręce. Masz słabe krążenie, musisz więcej pić.
– Jak Tomek? – Zaśmiałam się.
– No niekoniecznie jak Tomek! – Zarechotała śmiechem wieloletniej palaczki. – Ale zostań dziś na piwo po zmianie. Piwo też dobre na serce, a twoje serce wymaga opieki, prawda, Alusia? Żebyś już nie była taka blada.
– Piwo na serce?
– Oczywiście. A znasz drugi kraj z tak walecznym sercem jak nasz?
– I to przez piwo?
– Tak, Alusia, przez piwo!
– No dobrze, może zostanę, zobaczymy, pani Wandziu.
Nie zostałam. Tomek wkurzał mnie cały dzień, bo było z nim gorzej niż zazwyczaj i nawet ta grzybowa nie postawiła go na nogi. Mylił zamówienia, dwa razy zamiast „bez jalapeño” dał podwójne jalapeño, co wywołało skargi – klienci byli podobno uczuleni. Pokłócił się z Kaśką, która wytknęła mu, że śmierdzi wódką. Śmierdział, oczywiście, ale tak go wkurzyła swoim komentarzem, że przestał robić zamówienia, które ona wbijała, przez co zrobiło się takie zamieszanie, że musiała interweniować kierowniczka. Apogeum osiągnął, gdy na złość wszystkim postanowił zapalić w kuchni. Zrobił to ostentacyjnie i usiadł na blacie. Gdy to zobaczyłam, szybko wyrwałam mu papierosa z ust, rzuciłam na podłogę i przygniotłam butem. Zawołałam panią Wandzię i obie doprowadziłyśmy go do względnej normalności. Przeprosił, ale odgrażał się jeszcze pod nosem, że on to zrobi w końcu z tym wszystkim porządek. Nie miałam pojęcia, co kryje się pod wyrażeniem „tym wszystkim”, ale chyba sam Tomek tego nie wiedział. Marzyłam tylko, żeby znaleźć się w mieszkaniu. Złapałam ostatni tramwaj na Wolę i wróciłam. Od przystanku do bloku mam blisko, ale droga jest oświetlana tylko przez dwie latarnie, więc zawsze, gdy tędy przechodzę, czuję niepokój. Trzymam wtedy klucze w mocno zaciśniętej pięści, gotowa do uderzenia nimi w tchawicę potencjalnego napastnika. Już byłam tuż, tuż, stanęłam pod drzwiami do klatki i wystukałam kod na starym domofonie.
– Jak w pracy? – usłyszałam nagle głos w ciemności. Dochodził z ławki stojącej za krzakiem dzikiej róży.
– O matko! Izaak! Wystraszyłeś mnie. – Od razu rozpoznałam jego głos, ale i tak krzyknęłam.
– Powinnaś się przyzwyczaić. Wiesz, że to moja ławka.
– Tak, każdy żul ma swoją.
Podszedł i objął mnie ramieniem na powitanie. Pachniał subtelnymi perfumami, w przeciwieństwie do mnie, przesiąkniętej zapachem kuchni.
– Jestem żulem, ale nie byle jakim. – Z eleganckiego plecaka (tak, on nawet plecak ma elegancki) wyjął czerwone wino.
– Jakiś wyszukany smak, rocznik zaczynający się od tysiąc…?
– Tak. Zachwycisz się. To jak w pracy?
– Jak zwykle. Tomek znów przyszedł skacowany, musiałam robić za dwoje. A nawet gorzej, bo to nie tak, że on nic nie robił. On jeszcze przeszkadzał, więc ogarniaj go, rób swoje, rób za niego, świeć oczami przed kierowniczką i kelnerkami. Wiesz, że był dziś w tak dziwnym stanie, że zapalił papierosa na kuchni?
– Kiedy go w końcu wywalą? – Izaak wykrzywił twarz w grymasie dezaprobaty. – Ja wiem, zawsze mówisz, że to nie działa tak jak w „normalnej pracy”, ale do cholery, on jest niebezpieczny. Zagraża tobie, zagraża sobie, zagraża ludziom, dla których gotuje. Zagraża całej restauracji!
– Pracuje tam tyle co ja i od początku przychodził albo skacowany, albo jeszcze pijany. Nie chcę mówić, że dlatego ma do tego prawo, ale no… trochę tak. Poza tym to dobry kucharz. Wchodzimy? – Otworzyłam drzwi i wpuściłam go do środka. – A jak twój dzień? Coś ciekawego?
– Nie. Jak zwykle. Zarobiłem na nic nierobieniu. Odbębniłem parę spotkań. Grałem trochę na xboksie, później w piłkarzyki z teamem z drugiego piętra, a gdy i tego miałem dość, pomyślałem: Ala na pewno napije się dobrego wina.
– Mimo że jest zmęczona i marzy tylko o tym, żeby paść na łóżko.
– Dokładnie. Mimo to.
Windą wjechaliśmy na szóste piętro i weszliśmy do mieszkania. Izaak otworzył drzwi balkonowe, by pozbyć się zaduchu. Potem poszedł po kieliszki do kuchni. Czuł się tu swobodnie. Patrzyłam, jak bez namysłu otwiera szafkę, bierze dwa pękate kieliszki, później wysuwa szufladę i wyjmuje korkociąg, nalewa wina, ze swojego plecaka wyciąga jakieś włoskie sery, sięga po deskę, wie też, gdzie szukać noży, kroi sery i nuci pod nosem coś po angielsku. Gdybyśmy spotkali się w innym momencie życia, mogłabym się w nim zakochać. Trzy lata starszy, wysoki, naturalnie umięśniony, śniada cera, ciemne włosy, pieprzyk nad ustami, piękny uśmiech. A odkąd świetnie zarabia, jest również świetnie ubrany. Nie pasuje do mojej kuchni, do mojego życia i do mnie. Zazdroszczę mu. Chciałabym być nim. Siedziałam przy stole i patrzyłam na niego.
– Nie gap się na mnie – rzucił, nie odwracając się, bo czuł moje spojrzenie.
– Chciałabym być tobą.
– Mówiłem ci nieraz, Ala, nie chciałabyś. – Westchnął z lekką irytacją.
– Chciałabym. Jesteś przystojny, bogaty, a do tego znasz się na winach i serach. Pięknie pachniesz, a nie jak ja, żarciem. No i masz styl, niezaprzeczalny, niepodrabialny styl. Jesteś człowiekiem sukcesu.
– Jestem też sierotą – odpowiedział, podając mi kieliszek.
– Ja też. A nie znam się na winach i nie jestem bogata!
Położył przede mną deskę z serami i bagietką. Wyglądała pięknie. Wzięłam pierwszy z brzegu ser pleśniowy. Był świetny, jak wszystko, co przynosił i przygotowywał Izaak.
– Po co przyszedłeś? Nie możesz spać?
– Nie mogę. – Usiadł naprzeciwko. Wyciągnął w moją stronę kieliszek, by usłyszeć ten charakterystyczny brzdęk. Nikomu niepotrzebny, ale z jakiegoś powodu chcemy go usłyszeć, zanim zaczniemy pić.
– Chcesz przenocować – stwierdziłam.
– Chcę – przyznał.
– Nie musisz wkupywać się winem, choć to miłe.
– Wiem, chciałem, by było ci miło.
Poszliśmy na balkon i w milczeniu popijając wino i jedząc sery, patrzyliśmy na Warszawę nocą. Lubię tu mieszkać, bo nigdy nie jest cicho, nigdy nie jest się zupełnie samemu w ciszy i ciemności. Są światła, tramwaje, nocne autobusy, pijani ludzie pod blokiem, studenckie imprezy. Nie widać gwiazd, ale na co komu gwiazdy? By szukać w nich odpowiedzi na zbyt wzniosłe pytania na temat życia? No właśnie. Na co komu gwiazdy. Wolę wrzaski dzikich nastolatków i kłótnie zza ścian.
– O której jutro wstajesz?
– O siódmej, na ósmą muszę być w biurze. Przyjeżdżają Duńczycy. Trzeba ich godnie przyjąć. Mają poczuć się ciepło powitani, mają być zadowoleni z naszej pracy. W tym celu najpierw muszę wziąć ich szefa i wyjąć mu kij z dupska. Potem muszę jego i całą ekipę lekko upić, dobrze nakarmić i jeszcze lepiej opowiedzieć o naszej wizji na nowy kwartał, by na koniec byli zupełnie pewni, że chcą włożyć kolejne pieniądze w nasz oddział.
– Okej, dostajesz lepszą stronę łóżka. Fragment o kiju mnie przekonał.
– Dzięki. Postaram się, żebyś się nie obudziła. Jak się wyrobię, to przygotuję jakieś śniadanie, żebyś miała, jak wstaniesz.
– No… ale wiesz, że w lodówce mam tylko żółty ser, a to, co przyniosłeś, już zjedliśmy.
– Mam jeszcze parę rzeczy w plecaku.
– Co? Jakich rzeczy? Specjalnie nie wyjąłeś, żebym nie zjadła?
– Tak! Żebyś miała śniadanie inne niż chleb z serem.
– Ale to wredne.
– Ale też troskliwe.
– Dobrze, wredne i troskliwe.
Kolejne czterdzieści minut przesiedzieliśmy w ciszy, z winem, wsłuchując się w Warszawę. Nasze spotkania często tak wyglądały, że nie robiliśmy nic szczególnego. Po prostu byliśmy obok siebie.TRZECI CZERWCA
Kubek czarnej kawy, szybki prysznic, kanapka z żółtym serem, ale i francuskie rogaliki z dżemem zostawione przez Izaaka. Tramwaj do pracy i notes na kolanach, by zrobić podsumowanie. Tak, co jakiś czas to robię. Niewiele z niego wychodzi, bo mało się u mnie zmienia, więc nie ma za bardzo czego zliczać, nadal jednak trwam w tym postanowieniu. Gdy jeszcze chodziliśmy z Izaakiem na tę grupę, jedna z prowadzących dała nam takie zadanie i zaleciła, żebyśmy robili sobie swego rodzaju podsumowania, plany, żebyśmy zapisywali to, co nas męczy, cieszy, co nas jakkolwiek porusza. Powtarzała, że ważne, aby pisać i wyrzucać to z siebie. Najpierw sobie uświadamiać, później wyrzucać, mielić i przeżywać, a nie mrozić, jak to wielu z naszej grupy miało w zwyczaju. I chociaż nie widzę, aby mi to jakoś szczególnie pomagało, robię to. Może dla zabicia czasu, a może żeby uwierzyć, że mimo wszystko… coś się u mnie dzieje.MOJE SUKCESY – OSTATNIE 12 MIESIĘCY
------------------------------------------------ ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zaczęłam brać zmiany inne niż całki. Oczywiście nadal najwięcej biorę całek, ale był czas, że chciałam tylko je, żeby zmęczyć się do odcięcia i nie myśleć. Odkąd znam Izaaka, a najbardziej właśnie od ostatniego roku, zaczęłam brać dużo innych, krótszych zmian. Teraz po pracy mam wolne i nawet się zdarza, że nie spędzam go z Izaakiem, tylko sama. Nie lubię tego, ale staram się przyzwyczajać i rozszerzać moje życie na inne sfery niż tylko restauracja.
Pojechałam z Izaakiem na dwa miniwyjazdy. Z wiadomych względów wyjazdy były dla mnie czymś traumatycznym (nie chcę nadużywać tego słowa, ale tak właśnie czuję). Bałam się na samą myśl o opuszczeniu mieszkania, Warszawy. Naprawdę wykonałam sporą pracę, by jeździć gdzieś chociażby po Polsce.
Nie zabiłam się. Taka myśl chodziła mi po głowie średnio raz w miesiącu. Czasem tylko przelotnie, czasem utrzymywała się długo i narastała. Raz nie znaczyła nic, była tylko zdaniem, a innym razem wybierałam metodę i czas, jak i kiedy najlepiej byłoby to zrobić. Napisałam też list pożegnalny.
Wysłałam swoje CV w trzy miejsca. To było chwilowe, ale miałam poważną myśl, żeby się wyrwać z gastro. Któregoś wieczora zaczęłam to sobie wyobrażać i prawie uwierzyłam, że to możliwe. W przypływie dziwnego entuzjazmu wysłałam CV do jakiegoś domu kultury, aplikując na recepcję, do biblioteki, na młodszego bibliotekarza, oraz na uczelnię, na każde dostępne stanowisko w wydziale archeologii (typu sprzątanie, przygotowywanie sal itp.). W pierwszym odpadłam przez brak biurowego doświadczenia, w drugim przez brak wykształcenia wyższego, na trzecie nie odpisali.
Prowadzę te podsumowania! Nie sądziłam, że wytrwam w tym dłużej niż na czas spotkań grupowych. A jednak już dawno po grupie, a ja co jakiś czas spisuję swoje życie.
…………….........
…………….........
------------------------------------------------ ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Narysowałam za długą tabelę, jakoś zdawało mi się, że miałam jeszcze jakieś dwa sukcesy. Może sukcesem jest to, że posądzałam się o sukces w większej ilości.
Dlaczego tak bardzo zależy nam na odnoszeniu sukcesów? Bo przecież zależy. Każdy człowiek, tak mi się zdaje, potrzebuje poczuć, że ma na swoim koncie jakiś sukces. Ja również. No bo dlaczego już od najmłodszych lat cieszymy się z dobrej oceny, ukończonego projektu czy wygranej w zawodach na WF-ie? No właśnie. Czy chodzi o to, że sukces daje nam pewność siebie? Kiedy coś nam się uda, czujemy, że jesteśmy w stanie poradzić sobie z wyzwaniami. To jak zdobywanie kolejnych poziomów w grze – każdy sukces to dowód, że posiadamy umiejętności, by iść dalej. Iść, nie zastanawiając się często, po co i dokąd. No właśnie. Potrzebujemy sukcesów, żeby iść, choć nie wiadomo gdzie. Może chodzi też o to, że sukces pokazuje, że się rozwijamy. Ludzie z natury chcą się uczyć i stawać lepszymi. Podobno. Gdzieś w głębi duszy mamy potrzebę, by wykorzystywać swój talent i potencjał. Bo oczywiście każdy wierzy, że ma jakiś talent. Ciekawe… Że każdy niby jest taki oryginalny. Osiągnięcie, małe lub duże, jest jak znacznik na tej drodze. Potwierdza, że nie stoimy w miejscu, że nasz wysiłek ma sens i przybliża nas do czegoś bliżej nieokreślonego. Ale sukces to również sposób na zdobycie uznania. Jesteśmy istotami społecznymi i potrzebujemy akceptacji oraz szacunku innych. Ja pewnie też tego potrzebuję. Osiągnięcia są często właśnie tym, dzięki czemu zyskuje się szacunek. Gdy coś nam wychodzi, czujemy, że jesteśmy postrzegani jako wartościowi i kompetentni.
Zmęczyłam się tą głęboką analizą, z której wynika właśnie to, że jestem jak inni ludzie – podświadomie przekonana o tym, że sukces jest mi potrzebny, że bez sukcesu jestem niewiele warta. Mogłabym zaprzeczać i udawać lub nawet próbować wierzyć w to, że sukces nie jest miarą mojej wartości i samooceny. Ale to nieprawda. Jestem prostą, ludzką konstrukcją i potrzebuję sukcesu, nawet jeśli nie wiem, dokąd ma mnie zaprowadzić.CZWARTY CZERWCA
Ta noc była nieprzyjazna i pełna cieni. Wierciłam się, wciąż zmieniając strony łóżka. Nie pomagały wietrzenie pokoju, zdjęcie piżamy, napicie się gorącej wody, zimny prysznic. Sen, zamiast przynieść ukojenie, wywołał koszmary. Budziłam się co chwilę zlana zimnym potem, serce waliło mi jak cholerny młot, a w uszach dźwięczało. Odpływałam i zrywałam się nagle. Byłam wykończona, ale nie mogłam zasnąć na dłużej. Kiedy wreszcie na dobre otworzyłam oczy, roztrzęsiona i zdezorientowana, na zegarku widniała dziewiąta rano. Ostatni koszmar rozproszył się, ale pozostawił po sobie gęsty, duszący niepokój, który opadł na mnie jak ciężka, wilgotna mgła. Czułam ją w suchości gardła, w napiętych mięśniach i w tym wszechogarniającym wrażeniu, że coś złego wisi w powietrzu. Na domiar złego za oknem na moim drzewie naliczyłam tylko siedem ptaków. Ten ostatni zły sen był tak… poniekąd realny, że po przebudzeniu nie byłam pewna, czy nie był jawą. Byłam w nim ja, taka, jaka jestem – miałam na sobie robocze ciuchy – fartuch, czapkę, buty z rozwalającymi się podeszwami. Właśnie wyszłam z pracy i udałam się swoją stałą trasą na przystanek. Było duszno, słońce grzało tak bardzo, że czułam, jak pali mi kark. Myślałam: jeszcze tylko parę metrów i będę mogła zdjąć z siebie to ubranie. Jak to często bywa w snach, wszystko odwodziło mnie od dojścia do celu i rozebrania się – a celem był mały drewniany dom. Stał na miejscu przystanku autobusowego. To tam zmierzałam. Zdawało się, że dzieli mnie od niego ze sto metrów… Ale albo ktoś mnie zagadywał, pytając o drogę, albo musiałam podnieść coś, co upuściłam, albo pomóc jakiejś babci przejść na druga stronę ulicy. Nie mogłam dotrzeć do tego domu. Gdy pokonałam wszystkie przeszkody i byłam już bardzo blisko… nagle coś zobaczyłam. Firanka w oknie tego domu drgnęła. Wystraszyłam się. Ktoś tam był. Ciemna postać przemknęła za cienką tkaniną. Zastygłam. Już miałam otwierać drzwi, ale strach mnie powstrzymał. Patrzyłam w okno i miałam wrażenie, że ktoś z drugiej strony podchodzi, by wyjrzeć. Ktoś wysoki, ciemny, przerażający w swej bezkształtności. Był bliżej, coraz bliżej… Oczekiwałam jump scare’a, wiedziałam, że to się zaraz wydarzy… i wtedy się obudziłam. Ze snu wyrwał mnie hałas za oknem. Na szczęście. Palące słońce wdzierało się przez okno, już wiedziałam, że to je czułam we śnie. Odetchnęłam głęboko. Ważne, że już jest dzień.
Mimo upływu czasu niepokój, niestety, mnie nie opuszczał. Postanowiłam… zajeść go. To stara, sprawdzona metoda. Ciało domagało się cukru, tłuszczu, czegoś, co zagłuszy wewnętrzny lęk. Podeszłam do lodówki z nadzieją, ale jej chłodne wnętrze okazało się bezlitosne. Stało tam to, co zawsze. Samotne jajko, pusty słoik po ogórkach i żółty ser. Potrzebowałam słodyczy. Ubrałam się i postanowiłam, nie jedząc nawet mojej codziennej kanapki z serem, nie pijąc kawy i nie myjąc się, iść po pączki. To było pierwsze, co przyszło mi na myśl. Stuletnia pączkarnia, ledwie pięć minut drogi ode mnie. Naprawdę nie wiem, jak to robią, ale ich pączki są wyjątkowe w swej prostocie. Mają ich dwa rodzaje: z lukrem lub suche, opcjonalnie posypywane pudrem. Nie ma żadnych białych czekolad, polew, pistacjowych kremów. To miejsce znam od dziecka, ale gdy zamieszkałam z babcią, jadłam stamtąd pączki średnio raz w tygodniu, bo babcia miała zwyczaj kupować je na weekendy jako deser po obiedzie. Dawno tu nie byłam, zajrzałam może ze trzy razy od jej śmierci…
Ulice były dziś ciche i puste. Przemierzałam je szybkim krokiem, kierowana desperacką potrzebą. W końcu ujrzałam to: mały, przycupnięty budynek z czerwonej cegły. Za oknem przyciemnionym parą i słabym, ciepłym światłem bijącym z wnętrza można było dostrzec krzątających się ludzi. Zapach świeżego drożdżowego ciasta, cukru i smażonego oleju dotarł do mnie, zanim jeszcze znalazłam się pod drzwiami, przed którymi uformowała się już spora kolejka. Musiałam odstać z dziesięć minut.
W środku było ciepło i przytulnie. Za ladą stała starsza pani, wciąż ta sama, jakby czas dla niej się zatrzymał, a może bardziej jakby ona się już taka urodziła. Nie mogłam wyobrazić jej sobie młodej czy małej, jakby zawsze była starszą panią za ladą z pączkami. Są tacy ludzie, którzy zdają nam się dojrzali czy starzy „od zawsze”. Jej okrągła twarz poorana zmarszczkami, które układały się w życzliwy uśmiech, od razu poprawiła moje samopoczucie. Kupiłam trzy pączki. Dwa z lukrem, jeden z pudrem. Pierwszy zjadłam na ławce pod cukiernią. Drugi zaraz po pierwszym i tylko ten z pudrem zostawiłam sobie na później. Były idealne: puszyste, ciepłe, słodkie. Ten smak powoli, ale skutecznie wypierał gorycz strachu. Niepokój nie zniknął całkowicie, ale został uciszony.
Byłam zmęczona po nieprzespanej nocy, lecz uspokojona. Każdy dźwięk drażnił mnie bardziej niż zwykle, a światło poranka wydawało się zbyt ostre, ale to nic. Ważne, że przestałam się bać. Już wcześniej zdarzały mi się takie noce, po których reszta dnia była nie do zniesienia. Ciągle czułam podenerwowanie i oczekiwałam najgorszego. Teraz to na szczęście minęło.
Kanapkę z serem zjadłam dopiero godzinę później. Przeszłam przez ten dzień mechanicznie. Pączki mnie uratowały, ale spowodowały, że zaczęłam myśleć o babci. Myśleć i tęsknić. Dawała mi namiastkę rodziny, namiastkę stabilności, pewności. Nawet te pączki raz w tygodniu były jakimś punktem odniesienia, czymś stałym, a to zapewniało poczucie bezpieczeństwa.PIĄTY CZERWCA
Osiem ptaków. Dobrze. Kawa, kanapka, tramwaj do pracy.
Stary pojazd bez klimatyzacji trząsł się na żeliwnych torach. Są żeliwne, prawda? To pewnie stop metali, więc czy mogę je nazwać żeliwnymi? Chyba tak. Podskakiwał na zakrętach, wychylał mnie do przodu przy gwałtownym hamowaniu. Starałam się czytać książkę, ale trudno mi było się skupić. Zamykałam i otwierałam ją co chwilę. Już nie wiedziałam, o czym czytam. Jakiś romans, strasznie tani, z tandetną nazwą _Herbaciane wspomnienia_. Wstyd się przyznać, to jeden z niewielu gatunków książek, jaki mogę czytać, odkąd moje życie wywróciło się na zawsze. Książki archeologiczne, historyczne, o kulturze – odpadają, kryminały – odpadają, thrillery – odpadają. Tanie romanse mają w sobie najmniejszy procent ryzyka, że trafię w nich na coś, co mnie ruszy. Do tego nieźle odmóżdżają, a stan odmóżdżenia jest jednym z moich ulubionych. Dziś jednak losy infantylnych, egzaltowanych bohaterów nie mogły mnie wciągnąć na tyle, by czytać. Wreszcie zamknęłam książkę na dobre i wlepiłam wzrok w to, co za oknem. Para kłócąca się w czerwonej Toyocie, ona ewidentnie krzyczy, mocno gestykuluje, on kiwa głową. Po chodniku przemykają hulajnogi między pieszymi a rowerami. Duży pies podnosi nogę przy drzewie. Mały pies szczeka na dużego psa. Po chwili też podnosi nogę. Torebka po czipsach unosi się na wietrze. Bezwolnie, bez oporu, poddając się wszystkiemu, łącznie z wronami, które za chwilę zaczynają ją sobie wyrywać. Mówiąc, że czuję się właśnie jak ta pusta paczka po chipsach, nie przesadzę, choć zabrzmię jak postać z _Herbacianych wspomnień_ – egzaltowanie i przesadnie dramatycznie, a tego bym nie chciała. Nikt chyba nie chce być tak postrzegany, choć w głębi siebie czy nie tacy właśnie jesteśmy? Przesadni i skupieni na sobie i swoich uczuciach w sposób śmieszny i karykaturalny?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki