Nie jestem Twoją własnością - ebook
Nie jestem Twoją własnością - ebook
Najnowsza powieść Królowej Suspensu.
Laurie Moran, producentka popularnego telewizyjnego show, w swoim programie stara się odnaleźć sprawców niewyjaśnionych zbrodni sprzed lat. Pewnego dnia zgłaszają się do niej Robert i Cynthia Bellowie, rodzice zdolnego i lubianego lekarza-celebryty, który pięć lat temu został zastrzelony koło swojego domu w Greenwich Village. Bellowie są pewni, że za tym zabójstwem stoi żona Martina, Kendra. Wszelkimi sposobami starają się udowodnić jej winę i przejąć opiekę nad wnukami. Proszą Laurie, by zajęła się sprawą śmierci ich syna.
Podczas śledztwa prowadzonego przez dziennikarkę wychodzi na jaw ciemniejsza strona Martina oraz skrywane przez niego sekrety. Czy Kendrze wystarczy sił, by walczyć o swe dobre imię? I co wspólnego ze śmiercią doktora Bella ma nieznajomy mężczyzna, który obserwuje Laurie zza kierownicy białego SUV-a?
Mary Higgins Clark (1931–2020) - była jedną z najbardziej poczytnych autorek na świecie, nazywaną Królową Suspensu. W samych Stanach Zjednoczonych jej książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 100 milionów egzemplarzy. Powieści Clark są międzynarodowymi bestsellerami i doczekały się wielu ekranizacji.
Urodziła się w Nowym Jorku, ale z pochodzenia była Irlandką. W wieku zaledwie 17 lat została stewardesą w liniach lotniczych Pan American, co pozwoliło jej spełnić marzenia o podróżach. W 1949 roku poślubiła starszego od siebie Warrena Clarka. Po śmierci męża samotnie wychowywała pięcioro dzieci, a gdy podrosły, czyli w wieku 43 lat, rozpoczęła studia filozoficzne. Mary Higgins Clark zaczęła pisać zaraz po ślubie, ale swoje pierwsze opowiadanie udało jej się sprzedać dopiero w 1956 roku. Jej pierwsza książka była powieścią biograficzną o Jerzym Waszyngtonie. Kolejna powieść – thriller "Gdzie są dzieci?" – okazała się bestsellerem i punktem zwrotnym w życiu i karierze autorki. Mary Higgins Clark przez większą część życia mieszkała w Saddle River w New Jersey.
Alafair S. Burke (ur. 1969) - amerykańska pisarka, autorka powieści kryminalnych. Ukończyła Reed College, a następnie Stanford Law School w Stanford University. Pracowała jako prokurator, specjalizowała się w sprawach dotyczących przemocy domowej. Obecnie mieszka w Nowym Jorku.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8097-728-0 |
| Rozmiar pliku: | 578 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Caroline Radcliffe omal nie wypuściła z rąk jednego z talerzyków, które ostrożnie wkładała do przepełnionego kredensu, kiedy z gabinetu rozległ się głośny wrzask. Natychmiast poczuła się winna, że na moment spuściła dzieci z oka – wyjrzała przez okno, ucieszona, że marzec dobiega końca i wkrótce będzie mogła spędzać z nimi więcej czasu na zewnątrz.
Gdy zmierzała w stronę źródła hałasu, czteroletni Bobby minął ją w podskokach, roześmiany od ucha do ucha. W gabinecie znalazła dwuletnią Mindy, która zawodziła żałośnie, wpatrzona niebieskimi oczyma w rumowisko klocków przed sobą.
Caroline bez trudu domyśliła się, co zaszło. Bobby, skądinąd uroczy chłopiec, lubował się w wynajdowaniu wciąż nowych sposobów dręczenia swojej młodszej siostry. Nieraz miała ochotę go ostrzec, że dziewczynki zwykle wyrównują rachunki, zakładała jednak, że jako typowe rodzeństwo dzieciaki w końcu dojdą do porozumienia.
– Już dobrze, Mindy, kochanie – odezwała się łagodnym tonem. – Pomogę ci ułożyć wszystko z powrotem tak, jak było.
Mała wykrzywiła się jeszcze bardziej i odepchnęła od siebie stertę klocków.
– Nie chcę już! – krzyknęła, po czym zażądała powrotu mamy.
Caroline pochyliła się z westchnieniem, podniosła Mindy i usadziła sobie na biodrze. Obejmując ją mocno, czekała, aż przyśpieszony oddech dziecka się uspokoi i wróci do normalnego rytmu.
– Już lepiej – stwierdziła po chwili. – Grzeczna dziewczynka.
Ojciec Mindy, doktor Martin Bell, jasno dał do zrozumienia, że Caroline ma nie rozpieszczać dzieci. W jego pojęciu nawet branie na ręce płaczącej Mindy było rozpieszczaniem.
– To najzwyklejsze kwestie nagrody i kary – tłumaczył. – Nie chcę porównywać dzieci do psów, ale… wszystkie zwierzęta uczą się w ten sposób. Ona chce, żebyś ją przytulała. Jeśli zaczniesz to robić za każdym razem, gdy zapłacze, będziemy tu mieli potok łez płynący dniami i nocami.
Cóż, po pierwsze, Caroline nie lubiła porównywania dzieci do psów. Wiedziała też co nieco o wychowaniu maluchów. Miała dwójkę własnego potomstwa, już dorosłego, a pracując latami jako niania, pomogła wychować kolejną szóstkę. Bellowie byli czwartą rodziną, która ją zatrudniła, a zdaniem Caroline Bobby i Mindy potrzebowali nieco więcej miłości i troski, niż otrzymywali od rodziców. Ich ojciec bez przerwy pracował, a do tego ustalał zasady dla wszystkich domowników, nie wyłączając dzieci. Natomiast matka… najwyraźniej przechodziła trudny okres w życiu. Właśnie dlatego Caroline otrzymała tę posadę, choć pani domu nie pracowała zawodowo.
– Bobby – zawołała niania, słysząc kroki chłopca na schodach. – Bobby! – powtórzyła głośniej. Wiedziała już, że zarówno ona, jak i dzieci mogą hałasować do woli, kiedy doktora Bella nie ma w domu. – Muszę zamienić z tobą słówko. Dobrze wiesz na jaki temat!
Wprawdzie miała słabość do obojga maluchów, ale bynajmniej nie zamierzała im we wszystkim pobłażać.
Postawiła na ziemi Mindy i u stóp schodów czekała na brata dziewczynki. Chłopiec zbliżał się coraz wolniej, jakby chciał opóźnić to, co nieuniknione. Mała z wahaniem popatrywała to na Bobby’ego, to na nianię, próbując zgadnąć, co zaraz nastąpi.
– Przestań tak się zachowywać – zwróciła się Caroline do chłopca. A wskazując na jego siostrę, dodała stanowczo: – Przecież wiesz, że nie powinieneś tego robić.
– Przepraszam, Mindy – wymamrotał Bobby.
– Chyba nie dosłyszała – powiedziała Caroline.
– Przepraszam, że rozwaliłem ci klocki.
Caroline czekała, aż Bobby w końcu, choć z ociąganiem, uściskał siostrę. Nadal rozgniewana Mindy odrzuciła przeprosiny.
– Jesteś niedobry, Bobby! – zawołała płaczliwie.
Scenę przerwał odgłos mechanicznie otwieranych drzwi garażu pod nimi. Ze wszystkich domów, w których pracowała Caroline, ten był bez wątpienia najwspanialszy. Dawna powozownia z końca dziewiętnastego wieku, mieszcząca kiedyś stajnie dla koni, została wyremontowana i wyposażona we wszelkie nowoczesne udogodnienia, łącznie z własnym garażem na poziomie parteru stanowiącym absolutny luksus na Manhattanie.
Tatuś wrócił do domu.
– Może teraz oboje posprzątacie bałagan w gabinecie, zanim wasz ojciec go zobaczy.
Bum! Bum! Bum!
Przestraszone dzieci jednocześnie wybuchnęły płaczem.
– To petardy – wyjaśniła im spokojnie Caroline, lecz dudniące głośno serce kazało jej wierzyć w to, co mówił instynkt. Bez wątpienia przed chwilą słyszeli odgłos strzałów z broni palnej. – Idźcie na górę, a ja sprawdzę, kto tak hałasuje.
Gdy dzieci znalazły się w połowie schodów, szybko ruszyła do drzwi i wybiegła na podjazd. W bmw jej pracodawcy świeciła się górna lampka, drzwi od strony kierowcy były uchylone. Doktor Bell bezwładnie leżał na kierownicy.
Caroline podeszła do samochodu. Zobaczyła krew. Tyle, by zrozumieć, że ojciec Mindy i Bobby’ego nie ma szans przeżyć.
Przerażona, pędem wróciła do domu i zadzwoniła pod numer alarmowy. Jakimś cudem zdołała podać dyspozytorowi dokładny adres. Dopiero po zakończeniu połączenia pomyślała o Kendrze, która, jak zwykle półprzytomna, chowała się na górze.
Dobry Boże, kto powie dzieciom?1
Pięć lat później Caroline nadal pracowała w tym samym miejscu, ale bardzo wiele się zmieniło. Mindy i Bobby nie byli już maluchami. Jedno kończyło pierwszą, drugie trzecią klasę. Rzadko płakali, nawet kiedy była mowa o ich ojcu.
A pani Bell – Kendra, jak obecnie Caroline ją nazywała – stała się zupełnie inną kobietą. Już nie przesypiała całych dni. Dobrze wypełniała matczyne obowiązki. Pracowała też zawodowo, dlatego to Caroline dwa razy w tygodniu odbierała dzieci po odwiedzinach u dziadków w apartamencie na Upper East Side. Żadne z nich nie lubiło tych wizyt. W porównaniu ze swymi rodzicami doktor Bell mógł uchodzić za uosobienie luzu.
Caroline wyszła do holu i była już w połowie drogi do windy, kiedy usłyszała, jak babcia dzieci za nią woła. Odwróciwszy się, zobaczyła, że oboje państwo Bell stoją przed drzwiami apartamentu. Doktor Bell był bardzo szczupły, niemal chudy. Rzadkie włosy miał zaczesane na boki wokół łysiny. Jako szef chirurgii naczyniowej w prestiżowym centrum medycznym Mount Sinai przywykł do stawiania na swoim. Mimo że upłynęło już dziewięć lat, odkąd przeszedł na emeryturę, posępna mina, którą kiedyś codziennie prezentował w szpitalu, ani trochę nie złagodniała.
Jego żona, obecnie po osiemdziesiątce, zachowała niewiele śladów niegdysiejszej urody. Długie godziny spędzane na słońcu sprawiły, że jej skóra stała się sucha i pomarszczona, a kąciki ust opadły ku dołowi, jakby Cynthia wiecznie była nadąsana.
– Tak? – odezwała się Caroline.
– Czy Kendra chociaż próbowała zainteresować tę producentkę telewizyjną sprawą Martina? – spytał doktor Bell.
Caroline uśmiechnęła się uprzejmie.
– Przepraszam, ale nie czuję się upoważniona, by mówić, z kim porozumiewa się pani Bell…
– Chciałaś powiedzieć: Kendra – przerwał jej ostro doktor Bell. – Jedyna pani Bell to moja małżonka. Tamta kobieta nie jest już żoną mojego syna, ponieważ mój syn został zastrzelony przed swoim domem.
Caroline z trudem zachowała uprzejmy wyraz twarzy. Doskonale pamiętała dramat, jaki się rozegrał pół roku wcześniej, kiedy pojawił się temat udziału w programie Laurie Moran. Robert i Cynthia poprosili, żeby do nich wstąpić po szkolnym występie tanecznym Mindy. Opowiedzieli Kendrze o telewizyjnym show W cieniu podejrzenia, w którym na nowo badano kryminalne zagadki sprzed lat. Bellowie, nie uzgadniając niczego z synową, wysłali do studia list z prośbą o zajęcie się sprawą niewyjaśnionego morderstwa ich syna.
Do rozmowy włączyła się oficjalna pani Bell, czyli Cynthia.
– Kendra twierdzi, że ta producentka, Laurie Moran, przekazała sprawę dalej.
Caroline potwierdziła skinieniem głowy.
– Rzeczywiście tak się stało. Kendra zmartwiła się tym nie mniej niż państwo. A teraz muszę zawieźć dzieci do domu, nim skończą się moje godziny pracy – dodała, choć opiekując się Mindy i Bobbym, nigdy nie patrzyła na zegarek.
Kiedy winda zjeżdżała z penthouse’u Bellów na parter, Caroline miała wrażenie, że starsi państwo ani myślą się poddać i wkrótce znów usłyszy nazwisko Laurie Moran.2
Laurie Moran wykonywała kolejną serię: „W górę… i w dół… i w górę… i w dół”, do rytmu raniącej uszy muzyki techno w sali oświetlonej jak dyskoteka z lat siedemdziesiątych. Mężczyzna przed nią wydawał z siebie entuzjastyczne okrzyki, które zdaniem Laurie z pewnością nie zapewniały dodatkowych walorów zdrowotnych.
Na prawo jej przyjaciółka Charlotte – która zaproponowała tę poranną sesję jazdy na rowerach stacjonarnych – uśmiechała się łobuzersko, ocierając czoło małym ręczniczkiem. Jej głos nie mógł się przedrzeć przez muzykę, ale Laurie odczytała z ruchu warg: „Kochasz to!”. Po lewej stronie Linda Webster-Cennerazzo sprawiała wrażenie tak samo wykończonej jak Laurie.
Laurie z całą pewnością nie uwielbiała tych zajęć. Poczuła moment ulgi, kiedy rozległa się znana jej piosenka, ale instruktor o perfekcyjnej opaleniźnie i muskulaturze wszystko zepsuł, krzycząc:
– Podkręcamy tempo! Czas na kolejne wzgórze!
Laurie posłusznie sięgnęła do ramy swojego roweru, ale ukradkiem przekręciła gałką dwa razy w lewo zamiast w prawo. Bynajmniej nie potrzebowała zwiększać oporu, w zupełności wystarczał jej własny, psychiczny.
Gdy tortury wreszcie dobiegły końca, wyszła z sali z resztą zdyszanych uczestników i udała się wraz z Charlotte i Lindą do szatni. Siłownia nie przypominała żadnego z ośrodków, w których dotąd bywała – były tu nasączane eukaliptusem ręczniki, puszyste szlafroki i wodospad przy saunach.
Zabiegi upiększające zajęły Laurie niecałe dziesięć minut. Jej falujące włosy do ramion nie wymagały układania po myciu; wklepywała jedynie cielisty krem nawilżający i malowała rzęsy jedną warstwą tuszu. Przysiadła na cedrowym fotelu i odpoczywała, czekając, aż Charlotte skończy robić makijaż.
– Nie mogę uwierzyć, że dobrowolnie poddajesz się tym męczarniom cztery razy w tygodniu – zwróciła się do przyjaciółki.
– Ja też nie – zawtórowała Linda.
– Nie zapominajcie, że w pozostałe trzy dni mam trening ogólny – powiedziała Charlotte.
– Tylko się przechwalasz – stwierdziła z nutą irytacji w głosie Linda.
– Zrozumcie, doszłam do wniosku, że muszę tyle ćwiczyć, bo przez większość czasu albo siedzę na krześle w pracy, albo chodzę na kolacje z klientami. Wy dwie wystarczająco dużo się nabiegacie każdego dnia.
– No tak – przyznała Linda, kierując się pod prysznic.
Laurie wiedziała, że utrzymanie nienagannej kondycji należy wręcz do służbowych obowiązków Charlotte, nowojorskiej szefowej rodzinnej firmy Ladyform, produkującej stroje gimnastyczne dla kobiet, jedne z najbardziej popularnych w kraju.
– Jeśli tu jeszcze kiedyś zawitam, zamierzam siedzieć w ciepłej kąpieli przy wodospadzie, a wy możecie sobie dziarsko pokrzykiwać do woli.
– Jak sobie życzysz, Laurie. Uważam, że i tak masz idealną figurę. Ale to ty mówiłaś, że chcesz być w lepszej formie przed swoim wielkim ślubem.
– Wcale nie ma być wielki – zaprotestowała Laurie. – Nie wiem, co mi przyszło do głowy. Te ślubne czasopisma robią kobietom wodę z mózgu: suknie od znanych projektantów, tysiące kwiatów i mnóstwo tiulu! Za dużo tego dobrego. Odzyskałam zdrowy rozsądek. – Na myśl o małżeństwie z Alexem radość wypełniła jej serce aż po brzegi. Starała się zachować rzeczowy ton, skupiona na tym, co mówi do Charlotte. – Kiedy Timmy zakończy rok szkolny, zorganizujemy małą uroczystość i wybierzemy się na rodzinną wycieczkę.
Przyjaciółka pokręciła głową, wyraźnie rozczarowana, i upchnęła tubę żelu do włosów w czarnym skórzanym plecaku od Prady.
– Laurie, zaufaj mi, możesz zapomnieć o rodzinnej wycieczce. Pojedziecie z Alexem w podróż poślubną. Tylko we dwoje, jak należy. Będziecie wznosić toasty szampanem. Leo bardzo chętnie zaopiekuje się Timmym pod waszą nieobecność.
Laurie zauważyła, że kobieta stojąca obok szafki w następnym rzędzie podsłuchuje ich rozmowę, więc ściszyła głos.
– Charlotte, miałam już wielki ślub, kiedy wychodziłam za Grega. Tym razem wolę skromną, cichą ceremonię. Liczy się tylko to, że Alex i ja w końcu jesteśmy razem. Na zawsze.
Laurie poznała adwokata Alexa Buckleya, gdy ten pełnił funkcję gospodarza telewizyjnego show W cieniu podejrzenia. Stał się jej najbardziej zaufanym współpracownikiem, a później kimś znacznie więcej. Jednak gdy się wycofał z udziału w programie, żeby wrócić do praktyki adwokackiej, nabrała wątpliwości, czy aby na pewno są sobie pisani. Przeżyła już wielką miłość do męża, a po jego śmierci skupiła się na godzeniu kariery z trudną rolą samotnej matki. Wydawało się, że wszystko układa się doskonale, dopóki Alex nie dał jasno do zrozumienia, że chce czegoś więcej niż to, co Laurie w swym przekonaniu była gotowa mu dać.
Po trzech miesiącach rozłąki uświadomiła jednak sobie, że bez niego jest po prostu nieszczęśliwa. Wtedy zadzwoniła pierwsza i zaprosiła go na obiad. Natychmiast po tym telefonie nabrała przekonania, że podjęła słuszną decyzję. Od ich zaręczyn mijały dwa miesiące. Zdążyła się już przyzwyczaić do noszenia platynowego pierścionka z pojedynczym brylantem, wybranego przez Alexa.
Nie mogła sobie przypomnieć, czy choć raz spytała narzeczonego, jaka uroczystość ślubna by jemu odpowiadała.
Próbowała sobie wyobrazić, że idzie przez kościół w strojnej białej sukni, ale za każdym razem widziała Grega czekającego na nią przy ołtarzu. Wolałaby składać małżeńską przysięgę Alexowi raczej w jakimś miejscu pod gołym niebem, pośród kwiatów, może nawet na plaży, na której staliby boso… Chciała, żeby ów moment był wyjątkowy. Inny niż ten, który przeżyła wcześniej. Tylko że to było jej pragnienie, nie Alexa.
Stała już niemal w drzwiach swojego gabinetu, gdy się zorientowała, że jej asystentka, Grace Garcia, próbuje zwrócić na siebie uwagę.
– Ziemia do Laurie. Jesteś tam?
Zamrugała, wracając do rzeczywistości.
– Wybacz, ale chyba kręci mi się w głowie po tej sesji rowerowej, na którą Charlotte mnie zaciągnęła.
Grace wpatrywała się w nią dużymi ciemnymi oczyma, perfekcyjnie wymalowanymi w kocim stylu. Długie czarne włosy miała ściągnięte w koński ogon na czubku głowy, ubrana była w dopasowaną sukienkę, korzystnie podkreślającą figurę, i kozaczki do kolan, na obcasie zaledwie ośmiocentymetrowym, czyli niemal płaskim jak na standardy Grace.
– Ci maniacy od rowerów stacjonarnych są jak sekta – stwierdziła kpiącym tonem. – Te ich pohukiwania i okrzyki… Do tego ubierają się, jakby startowali w Tour de France. Dziewczyno, jesteś w siłowni na Piątej Alei.
– Zdecydowanie nie moja bajka – przyznała Laurie. – Mówiłaś coś do mnie, kiedy bujałam w obłokach?
– Owszem. Gdy przyszłam tu dziś rano, w lobby zastałam twoich gości. Ochrona powiedziała mi, że zjawili się przed ósmą, zdecydowani czekać na ciebie do skutku.
Laurie cieszyła się z sukcesu swojego programu, ale bez niektórych aspektów popularności świetnie by się obyła – na przykład nie lubiła fanów, którzy „wpadali” do studia po selfies i autografy.
– Jesteś pewna, że nie przyszli do Ryana?
Alex cieszył się dużą sympatią widzów, jednak młodsze pokolenie wprost uwielbiało obecnego prowadzącego show Ryana Nicholsa.
– Z całą pewnością chodzi im o ciebie. Pamiętasz śmierć Martina Bella?
– Oczywiście.
Kilka miesięcy wcześniej Laurie uważała, że ta sprawa wręcz idealnie nadaje się do programu W cieniu podejrzenia – znany lekarz zastrzelony na własnym podjeździe, kiedy jego żona i dzieci znajdowali się tuż obok, w domu.
– Jego rodzice czekają w sali konferencyjnej B. Twierdzą, że zabójczynią jest żona, i chcą to udowodnić.