-
nowość
-
promocja
Nie ma głupich - ebook
Nie ma głupich - ebook
Najnowszy thriller amerykańskiego mistrza gatunku, Harlana Cobena.
Rok po wydarzeniach, które miały miejsce w powieści Już mnie nie oszukasz, tajemnica ze studenckich czasów detektywa Samiego Kierce’a powraca, by go prześladować. Jakby teraźniejszość nie była dla niego wystarczająco trudna, wygląda na to, że przeszłość jeszcze z nim nie skończyła...
Sami Kierce, młody absolwent college’u podróżujący z przyjaciółmi po Hiszpanii, budzi się pewnego ranka pokryty krwią. W dłoni trzyma nóż. Obok niego leży ciało jego dziewczyny. Anna jest martwa. Sami zaczyna krzyczeć – a potem ucieka.
Dwadzieścia dwa lata później Kierce, prywatny detektyw i świeżo upieczony ojciec, łata domowy budżet, ucząc przyszłych śledczych w nowojorskiej szkole wieczorowej. Na zajęciach z zaskoczeniem rozpoznaje znajomą twarz. To bez wątpienia Anna. Ale gdy tylko nawiązuje z nią kontakt wzrokowy, kobieta ucieka.
Kierce nie ma wyboru. Wie, że musi ją odnaleźć, skonfrontować się z własną przeszłością i rozwiązać zagadkę, która prześladuje go od tamtego strasznego dnia. Jego wspomnienia są wyraźne, ale po tylu latach fakty nie pasują do siebie... czego nie może zignorować.
Im głębiej drąży, tym bardziej jest przekonany, że być może niektóre sekrety powinny jednak pozostać w ukryciu…
Gęsty od akcji i suspensu thriller, który sprawi, że nie zdołasz zmrużyć oka, niecierpliwie przewracając stronę za stroną.
„The Independent”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-227-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Po skończeniu college’u Sami Kierce miał przed sobą świetlaną przyszłość. Ale pewnego dnia podczas studenckiej włóczęgi po Hiszpanii obudził się cały we krwi, z nożem w ręce. Obok leżało ciało jego dziewczyny, Anny. Przerażony, nie pamiętając niczego z poprzedniego wieczoru, uciekł z miejsca zbrodni.
Dwadzieścia dwa lata później Kierce jest skompromitowanym byłym policjantem. Żyje z dnia na dzień, prowadząc kursy dla detektywów amatorów i usiłując zapomnieć o przeszłości. Aż do wieczora, gdy na swoich zajęciach dostrzega znajomą twarz Anny. Ta jednak ucieka bez słowa wyjaśnienia.
Kierce wie, że tym razem nie może odpuścić. Musi rozwiązać zagadkę, która na wiele lat zniszczyła mu życie. Im głębiej jednak drąży, tym wyraźniej widzi, że przeszłość skrywa znacznie więcej tajemnic, niż mu się wydawało... a wszystkie tropy prowadzą go wprost do świata nietykalnych elit.
ŚWIATA, W KTÓRYM NIKT NIE JEST GŁUPI. I NIKOGO NIE DA SIĘ ŁATWO OSZUKAĆ.HARLAN COBEN
Współczesny amerykański pisarz, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył swoją trzecią książką, _Bez skrupułów_, opublikowaną w 1995 roku. Otrzymał wiele prestiżowych nagród literackich w kategorii powieści kryminalnej, m.in. Edgar Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 roku od thrillera _Nie mów nikomu_. Kolejne powieści, m.in. _Wszyscy mamy tajemnice_, _Tęsknię za tobą_, _Nieznajomy_ i _Już mnie nie oszukasz_, uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. Jego książki zostały wydane w 46 językach. Ich łączny nakład przekroczył 90 milionów egzemplarzy.
Adaptacje fabuł Cobena od kilku lat królują w serwisach Netflix i Prime. Z tym pierwszym autor w 2018 roku podpisał umowę na produkcję kilkunastu ekranizacji, co zaowocowało m.in. popularnymi polskimi serialami _W głębi lasu_ oraz _Zachowaj spokój_.
harlancoben.com_Tego autora_
NIE MÓW NIKOMU
BEZ POŻEGNANIA
JEDYNA SZANSA
TYLKO JEDNO SPOJRZENIE
NIEWINNY
W GŁĘBI LASU
ZACHOWAJ SPOKÓJ
MISTYFIKACJA
NA GORĄCYM UCZYNKU
KLINIKA ŚMIERCI
ZOSTAŃ PRZY MNIE
SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ
TĘSKNIĘ ZA TOBĄ
NIEZNAJOMY
JUŻ MNIE NIE OSZUKASZ
NIE ODPUSZCZAJ
O KROK ZA DALEKO
CHŁOPIEC Z LASU
BRAKUJĄCY ELEMENT
ZA WSZELKĄ CENĘ
NIE MA GŁUPICH
Myron Bolitar i Win
BEZ SKRUPUŁÓW
KRÓTKA PIŁKA
BEZ ŚLADU
BŁĘKITNA KREW
JEDEN FAŁSZYWY RUCH
OSTATNI SZCZEGÓŁ
NAJCZARNIEJSZY STRACH
OBIECAJ MI
ZAGINIONA
WSZYSCY MAMY TAJEMNICE
W DOMU
MÓW MI WIN
POMYŚL DWA RAZY
Mickey Bolitar
SCHRONIENIE
KILKA SEKUND OD ŚMIERCI
ODNALEZIONY
_HARLAN COBEN, REESE WITHERSPOON_
ZANIM POWIESZ ŻEGNAJPROLOG
Czy wszystko poszło źle w momencie, kiedy cię zobaczyłem?
Miałem zaledwie dwadzieścia jeden lat, jeszcze dzieciak, ze świeżym dyplomem ukończenia Bowdoin College, dzielnie rozpoczynający rytualną, popularną wówczas w moich kręgach podróż z plecakiem przez Europę. Dochodziła północ. Muzyka pulsowała i dudniła. Siedziałem w nocnym klubie na Costa del Sol w Hiszpanii i sączyłem pierwszą butelkę Victoria Málaga, najtańszego piwa, jakie tam serwowali (cóż, miałem ograniczone środki). Zanim zobaczyłem cię na parkiecie, byłem pewien, że to będzie taki sam jak zawsze wieczór w nocnym klubie – sporo oczekiwań, obawa, że zmarnuję kolejną okazję, i na koniec ciche rozczarowanie (czytaj: fiasko).
Didżej puszczał na pełen regulator _Can’t Get You out of My Head_ Kylie Minogue i ta piosenka miała stać się najtrafniejszym komentarzem do całej tej sytuacji. Jest nią nadal. Do dzisiaj. Ćwierć wieku później. Spojrzałaś w moim kierunku i zatrzymałaś na mnie dłużej wzrok, a ja nie mogłem uwierzyć, że naprawdę patrzysz na mnie. Nie tylko dlatego, że byłaś poza moim zasięgiem. To oczywiste. Całkowicie poza moim zasięgiem. Nie, sądziłem, że nie patrzysz na mnie, bo byli ze mną moi znajomi, hokeiści na trawie z Bowdoin – Mikey, Holden, Skye, Shack i oczywiście sam kapitan, Quinn – wszyscy muskularni, przystojni i wprost tryskajacy zdrowiem, tak jak tryskają nim na zdjęciach młodzi bracia Kennedy, grający w futbol w Hyannis Port. Uznałem, że patrzysz na jednego z nich, może na Quinna, kapitana drużyny o włosach „falujących” do dziesiątej potęgi oraz warunkach fizycznych, które można osiągnąć jedynie przez idealne połączenie podnoszenia ciężarów, wosku oraz sterydów.
Żeby dać wyraz tym wątpliwościom, zerknąłem w przesadny, niemal slapstickowy sposób w prawo i w lewo. Gdy odważyłem się ponownie spojrzeć w twoją stronę, nie przewróciłaś ze zniecierpliwieniem oczami; nie, litując się nade mną, nieznacznie, lecz znacząco pokiwałaś głową. Ponownie popatrzyłaś mi prosto w oczy. A może byłaś jak jedna z tych postaci ze starych obrazów, które oglądałem dwa dni wcześniej w Prado, postaci, które wydawały się wodzić za tobą wzrokiem bez względu na to, skąd na nie spojrzałeś. Chciałbym powiedzieć, że w tym momencie – niczym w kiczowatym filmie, w którym muzyka nagle cichnie i kamera skupia się tylko na niej i na nim – wszyscy inni w Discoteca Palmeras odpłynęli gdzieś w bok, lecz tak się nie stało.
Na parkiecie roiło się od młodych imprezowiczów. Ktoś cię potrącił. Potem ktoś inny. Zasłoniły cię kołyszące się ciała.
Zniknęłaś mi z oczu – tak jakby połknął cię tłum.
Wstałem z krzesła. Hokeiści przy moim stoliku nawet tego nie zauważyli. Byłem bardziej ich maskotką niż kolegą, komicznym urozmaiceniem, dziwnym małym człowieczkiem, który na pierwszym roku trafił się jako sublokator superpopularnemu kapitanowi Quinnowi. Większość brała mnie za Indusa i w rozmowie ze mną udawała wymowę z południowo-wschodniej Azji, co było denerwujące, bo urodziłem się i wychowałem w Fair Lawn, w stanie New Jersey, i stamtąd pochodził mój akcent. Gdy zastanawiałem się, z kim pojechać do Europy, hokeiści nie byli moim pierwszym wyborem. Niestety, moi najlepsi kumple, Charles i Omar, rozpoczęli już pracę – jeden w Bank of America na Manhattanie, drugi w dziale badań genetycznych w Mass General. Mnie przyjęto na studia medyczne na Columbii i miałem je rozpocząć jesienią – prawdę mówiąc jednak, imponowało mi, a nawet pochlebiało, że podróżuję z drużyną hokejową, nawet jeśli zawdzięczałem to głównie Quinnowi.
Bardziej wpłynąłem, niż wszedłem na parkiet, odwracając się bokiem do spoconych ciał, jakby były nacierającymi falami. Didżej puścił piosenkę _Murder on the Dancefloor_ Sophie Ellis-Bextor, co ponownie, gdy spoglądam wstecz, może się wydać bardzo à propos, a może było czymś w rodzaju ironii losu; choć odkąd usłyszałem _Ironic_ Alanis Morissette, chyba przestałem się znać na ironii i nawet teraz, ćwierć wieku później, nie chcę czegoś pokręcić.
Przeciskałem się przez parkiet chyba z minutę, nim znalazłem cię na samym środku. Miałaś zamknięte oczy i podniesione ręce i poruszałaś się powoli, niespiesznie, miękko. Nadal nie wiem, jak się nazywają te taneczne ruchy, ale mnie zahipnotyzowały. Gdy trzymałaś ramiona nad głową, poniżej bluzki widać było twój opalony brzuch. Przez dłuższą chwilę po prostu tam stałem i się gapiłem. Wydawałaś się taka oderwana od rzeczywistości, że nie chciałem ci przeszkadzać.
Po chwili jednak poczułem nietypowy dla siebie przypływ odwagi. Jedno niedopite piwo ośmieliło mnie do tego stopnia, że dałem krok do przodu i poklepałem cię po ramieniu.
Wzdrygnęłaś się i otworzyłaś oczy.
– Chcesz zatańczyć? – zapytałem.
Spójrzcie, jaki ze mnie chojrak. Nie sądzę, żebym w całym swoim życiu był kiedykolwiek taki bezpośredni. Piękna kobieta tańczy sama na parkiecie, a ja mam czelność do niej zagadać.
– Że co?! – zawołałaś, robiąc zdziwioną minę.
Oczywiście na parkiecie było głośno. Przysunąłem się do ciebie.
– Chcesz zatańczyć?! – wrzasnąłem, zbliżając usta do twojego ucha, ale też odwracając się lekko w bok, żeby nie pękły ci bębenki.
– Przecież tańczę! – krzyknęłaś i zrobiłaś kolejną minę.
To był moment, w którym powinienem spasować – szczerze mówiąc, postąpiłaby tak większość facetów. Dlaczego tego nie zrobiłem? Dlaczego spostrzegłem w twoich oczach coś, co kazało mi spróbować jeszcze raz?
– To znaczy ze mną! – wrzasnąłem.
Prawy kącik twoich ust uniósł się w uśmiechu i na jego wspomnienie nadal szybciej bije mi serce.
– No tak, rozumiem. To był żart.
– Całkiem niezły – odparłem. Nie wiem, czy wyczułaś kryjący się w moich słowach sarkazm, ale gwoli ścisłości, to miał być sarkazm.
Zaczęliśmy tańczyć. Byłaś totalnie naturalna. Zrelaksowana, zmysłowa, magnetyczna. Miałaś w sobie tę zdolność do całkowitego pójścia na całość – twój taniec wydawał się jednocześnie spontaniczny i doskonale przemyślany. Ja starałem się poruszać najlepiej, jak umiem, co sprowadzało się do rytmicznego kołysania na boki; nie udawałem, że jestem świetnym tancerzem, tylko raczej wtapiałem się w tłum i nie zwracałem na siebie większej uwagi. W moich ruchach na parkiecie chodzi przede wszystkim o to, by nie narobić sobie wstydu, przez co oczywiście wydaję się bardzo skrępowany – a może po prostu jestem bardzo skrępowany.
Chyba ci to nie przeszkadzało.
– Jak masz na imię?! – zawołałem.
– Anna. A ty?
– Kierce – odparłem, a potem z jakiegoś powodu dodałem: – Sami Kierce. – Boże, jak głupio to zabrzmiało. Jakbym wyobrażał sobie, że jestem Jamesem Bondem.
Wskazałaś podbródkiem moich hokeistów.
– Nie wyglądasz na jednego z nich – powiedziałaś.
– Dlatego, że nie jestem wysoki i przystojny?
Znów ten ledwie dostrzegalny uśmiech.
– Podoba mi się twoja twarz, Sami Kierce.
– Dzięki, Anno.
– Jest w niej coś interesującego.
– Chcesz powiedzieć, że odznaczam się „nienachalną” urodą?
– Tańczę z tobą, nie z nimi.
– Szczerze mówiąc, żaden z nich nie poprosił cię do tańca.
– To prawda – przyznałaś i ponownie się uśmiechnęłaś. – Ale to nie z którymś z nich dzisiaj stąd wyjdę.
Oczy musiały mi wyjść z orbit, bo wybuchnęłaś cudownym śmiechem i wzięłaś mnie za rękę. Tańczyliśmy dalej, a ja zacząłem się odprężać i dałem się ponieść, i owszem, dwie godziny później wyszłaś z klubu ze mną, podczas gdy moi hokeiści wymachiwali pięściami, pohukiwali i skandowali w pijackim stuporze: „Kierce! Kierce! Kierce!”.
Trzymając się za ręce, szliśmy plażą Fuengiroli. Pocałowałaś mnie w świetle księżyca i nadal czuję na języku słony smak Morza Śródziemnego. Zaprowadziłaś mnie do swojego mieszkanka w skromnym bloku; zapytałem, czy masz współlokatorkę. Nie odpowiedziałaś. Zapytałem, od jak dawna mieszkasz w Fuengiroli. Nie odpowiedziałaś.
Nigdy wcześniej nie zaliczyłem numerku na jedną noc. Ani nie poderwałem dziewczyny w nocnym klubie. A ściślej mówiąc, nie dałem się poderwać dziewczynie. Nie byłem prawiczkiem. Na trzecim roku w Bowdoin chodziłem z Sharyn Rosenberg i wiele razy się ze sobą kochaliśmy, mimo to byłem teraz spięty. Próbowałem brać przykład z kapitana Quinna. Nigdy nie brakowało mu pewności siebie. Na pierwszym roku zaliczał każdą panienkę i wracał do siebie w środku nocy lub wczesnym rankiem. Kiedy zapytałem, dlaczego nie przyprowadza żadnej do naszego pokoju, odparł: „Nie chcę, żeby zostawała ze mną dłużej, niż to konieczne, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi”, po czym przez pół godziny brał prysznic.
Kapitan Quinn miał – i prawdopodobnie nadal ma – poważny problem z relacjami intymnymi.
Tamtej pierwszej nocy przez jakiś czas tuliliśmy się i pieściliśmy na sofie, a potem zasnęłaś, a może urwał ci się film – nadal tego nie wiem. Nie rozebraliśmy się. Zastanawiałem się, czy nie wyjść, ale wydawało mi się to niewłaściwe, a nawet niegrzeczne, więc zamknąłem oczy, próbowałem się jak najwygodniej ułożyć i udawałem, że też śpię.
Rano obudziłaś się i uśmiechnęłaś do mnie.
– Cieszę się, że wciąż tu jesteś – rzuciłaś.
– Ja też się cieszę – odparłem.
Wtedy wzięłaś mnie za rękę, zaprowadziłaś pod prysznic i więcej szczegółów nie zdradzę.
Dwa dni później moi hokeiści wyjeżdżali do Sewilli. Spotkałem się z nimi na dworcu w Maladze. Kapitan Quinn położył wielkie łapska na moich ramionach i spojrzał na mnie z góry.
– Jeśli po trzech dniach będziesz miał dość ruchania, spotkamy się w Sewilli. Czwarty i piąty dzień spędzamy w Barcelonie. A w kolejnym przekraczamy granicę z Francją.
Nawijał w ten sposób jeszcze przez chwilę, aż w końcu przypomniałem mu, że to ja opracowałem trasę wycieczki i wiem dobrze, gdzie i kiedy będą. Uściskał mnie wtedy krótko i gwałtownie. Pozostali hokeiści przybili mi piątkę. Zaczekałem, aż wsiądą do wagonu.
Tu mała dygresja, Anno: już nigdy w życiu nie spotkałem się z żadnym z nich.
Raz zadzwonił do mnie Holden, bo byłem wtedy gliniarzem – już nie jestem – a jego syna aresztowano po bójce w barze. Ale się z nim nie spotkałem. Podobnie jak z Mikeyem, Sky’em, Shackiem czy nawet kapitanem Quinnem.
Nie widziałem się z żadnym z nich.
Zastanawiam się czasem, jak wyglądałoby moje życie, gdybym trzymał się naszego planu i pojechał z nimi do Sewilli.
Zastanawiam się też, jak wyglądałoby wtedy twoje życie.
Może i dla ciebie wszystko by się wtedy zmieniło, Anno. Nie wiem.
Gram na zwłokę.
Chyba nie byliśmy w sobie zakochani. To był wakacyjny romans. Nie chodzi o to, że złamałaś mi serce. Może bym tego chciał. Jakoś bym to przeżył. Miewałem złamane serce i przedtem, i potem. Kilka lat później miałem doświadczyć bardziej druzgoczącej straty, lecz w przypadku Nicole sprawa została przynajmniej zamknięta.
Sprawa z tobą nie została zamknięta, Anno.
A ty tego potrzebujesz.
Nadal gram na zwłokę.
To był nasz piąty dzień razem. Uzgodniliśmy, że wyprowadzę się z hostelu i zamieszkam u ciebie. Byłem w siódmym niebie. Wieczory spędzaliśmy w różnych nocnych klubach. Sporo piliśmy. Braliśmy chyba dużo narkotyków. Nie wiem jakich. Nie byłem raczej typem imprezowicza, ale skoro chciałaś imprezować, nie miałem nic przeciwko. Czemu nie? Trzeba korzystać z życia, prawda? To ty zawsze zajmowałaś się kupnem. Tak chciałaś. Miałaś dostawcę – trochę starszego od nas Holendra o ksywce Buzz, z czerwonymi nastroszonymi włosami, kółkiem w nosie i mnóstwem bransoletek ze sznurków. Spotykaliście się na tyłach hotelu El Puerto. Pamiętam, jak do siebie szeptaliście. Czasami dochodziło między wami do ożywionej wymiany zdań. Wyobrażałem sobie, że targujesz się z Buzzem, a potem wsuwasz mu do ręki gotówkę i w zamian bierzesz nie wiadomo co.
Co ja mogłem wiedzieć? Byłem młody i naiwny.
Potem imprezowaliśmy. Do twojego mieszkanka wracaliśmy zwykle koło trzeciej nad ranem. Kochaliśmy się. A potem bardziej odpływaliśmy, niż zasypialiśmy. Budziliśmy się najwcześniej w południe. Zwlekaliśmy się z łóżka i szliśmy na plażę.
Potem braliśmy prysznic i znów do klubu.
Nie pamiętam dobrze tego ostatniego wieczoru.
Czy to nie dziwne? Wiem, że poszliśmy do klubu, w którym się poznaliśmy, Discoteca Palmeras, ale zupełnie nie pamiętam, jak stamtąd wyszliśmy i jak dotarliśmy do ciebie – swoją drogą dlaczego miałaś w Fuengiroli mieszkanie? Dlaczego nie zatrzymałaś się w hotelu albo hostelu, jak wszyscy twoi rówieśnicy? Dlaczego nie miałaś współlokatorki ani żadnych znajomych poza tym całym Buzzem? Dlaczego nie starałem się dowiedzieć o tobie czegoś więcej?
Pamiętam, że nazajutrz obudziło mnie gorące hiszpańskie słońce.
Leżałem w twoim łóżku. Pamiętam, że czując na twarzy promienie, zdałem sobie sprawę, że jest już po dwunastej i że znów zapomnieliśmy zasunąć żaluzje.
Jęknąłem, skrzywiłem się i zasłoniłem oczy dłonią.
Tyle że moja dłoń była mokra. Pokryta czymś lepkim.
I coś w niej trzymałem.
Powoli ją uniosłem.
To był nóż.
Trzymałem w ręce nóż.
Jego ostrze było zakrwawione.
Obróciłem się w twoją stronę.
I głośno wrzasnąłem.
Niektórzy naukowcy uważają, że żaden dźwięk do końca nie zamiera; staje się po prostu coraz cichszy i cichszy, gaśnie do punktu, w którym nie rejestrują go nasze uszy, ale nadal trwa i jeśli wstrzymamy oddech i zastygniemy w bezruchu, będziemy go słyszeli przez całą wieczność.
Mój krzyk był właśnie takim dźwiękiem.
I czasami, nawet teraz, słyszę w nocnej ciszy jego echo.ROZDZIAŁ 1
Dwadzieścia dwa lata później
Stojąc za drzewem, pstrykam teleobiektywem zdjęcia tablic rejestracyjnych samochodów. Parking jest pełny, więc zaczynam od najdroższego – trudno mi uwierzyć, że przy toalecie stoi zaparkowany Bentley – a potem przechodzę do tańszych.
Nie wiem, ile mam czasu, zanim mój obiekt – dziany facet, niejaki Peyton Booth – wyjdzie z klubu. Może pięć minut, może dziesięć. Dlatego właśnie robię zdjęcia, które prześlę później do mojej nieoficjalnej wspólniczki w wydziale komunikacji. Ona sprawdzi blachy i znajdzie adresy mailowe właścicieli, wyśle do nich fotki i zagrozi, że zostaną ujawnione, jeśli oni nie przeleją forsy na niemożliwe do wyśledzenia konto na Cash Appie. Tylko pięćset dolców. Przesadna chciwość nie popłaca. Jeśli nie odpowiedzą – a tak reaguje dziewięćdziesiąt procent osób – nic z tym nie robimy. Przelewy od dziesięciu procent wystarczają jednak, żeby gra była warta świeczki.
Zgadza się, nadeszły ciężkie czasy.
Stoję pośrodku parku, ubrany jak ktoś, kogo nazywaliśmy kiedyś kloszardem, lumpem albo bezdomnym. Zapomniałem, jak brzmi teraz właściwy eufemizm, więc pytam o to Debbie.
– „Osoba w kryzysie bezdomności” – informuje mnie.
– Serio?
– Albo „osoba w kryzysie miejsca zamieszkania”. Oba określenia są do dupy.
– Które wolisz?
– „Bogini”.
Bogini Debbie twierdzi, że ma dwadzieścia trzy lata, choć moim zdaniem wygląda na mniej. Często czatuje ze łzami w oczach przed różnymi „klubami dla dżentelmenów” – to dopiero eufemizm, nie? – i krzyczy: „Dlaczego, tato?!” do każdego wchodzącego i wychodzącego faceta. Zaczęła to robić dla jaj – uwielbia, jak niektórzy nagle bledną i zamierają w bezruchu – ale teraz kilku regularnych klientów wita się z nią i czasami rzuca nawet dwudziestaka.
– Traktuję to jako ćwiczenie z kapitalizmu i etyki – mówi mi.
– To znaczy?
– Co do kapitalizmu, to chyba jasne.
Ma umyte włosy i zęby w świetnym stanie, co nie jest tutaj częste. Dzięki bluzce bez rękawów widać pozbawione nakłuć ramiona.
– Zarabiasz pieniądze – zgadzam się. – Ale co to ma wspólnego z etyką?
Zaczyna jej drżeć dolna warga.
– Czasami jakiś facet słyszy mnie i daje nogę. Jakbym przywołała go do porządku. Jakbym przypomniała mu, jak powinien się zachowywać. I być może, powtarzam: być może, gdyby jakaś dziewczyna zawołała tak do mojego taty, gdyby podobna do mnie dziewczyna zrobiła coś, cokolwiek, by powstrzymać go przed chodzeniem w takie miejsca…
Debbie milknie, wbija wzrok w ziemię i mruga. Nadal drży jej dolna warga.
Przyglądam się przez sekundę jej twarzy.
– Tylko się nie porycz – mówię.
Powieki i warga przestają drżeć, jakby jej twarz była rodzajem znikopisu.
– Co jest? – pyta.
– Myślisz, że kupuję twoją gadkę o problemie z tatusiem? – Kręcę głową. – Myślałem, że stać cię na więcej.
Debbie śmieje się i trąca mnie w ramię.
– Do diabła, Kierce, musiał być z ciebie zajebisty gliniarz.
Wzruszam ramionami. Pewnie, że byłem zajebisty. Nie wiem, jak Debbie wylądowała na ulicy. Nie pytam jej o to, a ona nie kwapi się z wyjaśnieniami, co obojgu nam pasuje.
Zerkam na zegarek.
– Kurtyna w górę? – pyta.
– Tak jest.
– Pamiętasz szyfr?
Oczywiście. Jeśli zawoła: „Dlaczego, tato?!”, to nie ten facet. Jeżeli natomiast krzyknie: „Tato, ale ja noszę twoje dziecko!”, to znaczy, że z klubu wyszedł mój człowiek, Peyton Booth. Debbie sama wymyśliła ten szyfr. Daję jej za tę robotę pięćdziesiąt dolców, ale jeśli dostarczę kancelarii prawnej White Shoe to, na czym im zależy, podwyższę stawkę do stówy.
Debbie podchodzi ścieżką do miejsca, skąd widać drzwi do klubu. Ja ich nie widzę. Pokazałem jej zdjęcie Peytona w moim telefonie, więc wie, jak facet wygląda. Pewnie już na to wpadliście, ale Peyton jest w trakcie sprawy rozwodowej.
Moje zadanie jest proste. Mam go złapać na małżeńskiej zdradzie.
Tak nisko upadłem po tym, jak wywalili mnie z policji za koncertowe zawalenie śledztwa. Co gorsza, mimo że pracuję dla manhattańskiej kancelarii prawnej z najwyższej półki, nic mi za to nie płacą. To wymiana barterowa. Zostałem pozwany przez rodzinę licealisty, niejakiego PJ-a Dawsona, za to, że podczas pościgu zagoniłem go na dach trzypiętrowego budynku. W wyniku mojego zaniedbania PJ poślizgnął się, spadł z dachu i doznał poważnych obrażeń. Kancelaria prawna White Shoe (właściwie nazywają się Whit Shaw, ale przez jej elitarny charakter wszyscy mówią na nich White Shoe) zgodziła się mnie reprezentować, w zamian za co świadczę dla nich tego rodzaju nieoficjalne usługi.
Ameryka jest wielka.
Peyton jest szefem dużej korporacji o konserwatywnych powiązaniach, a ponieważ wszyscy bywamy obłudni, podobno lubi zabawiać się z panienkami. Według informacji, które jego żona przekazała swojemu adwokatowi, jej przyszły eks ma słabość do „tlenionych blondynek z gigantycznymi sztucznymi cyckami”. Była przekonana, że Peyton bzyka sąsiadkę, ja jednak starannie to sprawdziłem i owszem, sąsiadka odpowiada powyższemu opisowi, ale nie, Peyton wcale jej nie bzyka.
Pamiętał, żeby zaparkować swojego Lexusa w odległym narożniku parkingu, z dala od wścibskich oczu. Dlatego właśnie zająłem pozycję na tym pagórku, w jedynym miejscu, gdzie mogę ustawić kamerę na trójnogu i zarejestrować akcję, do której może dojść. Gdybym stanął bliżej, zostałbym zauważony. Gdybym stanął dalej, niczego bym nie nagrał. Żeby wykonać zlecenie, muszę być właśnie tutaj i muszę wiedzieć, że Peyton akurat wychodzi z klubu.
Parking jest sprytnie zlokalizowany, bo korzystają z niego również klienci oldskulowego sklepiku z mydłem i powidłem Kup Cokolwiek oraz kwiaciarni o nazwie – uważajcie – Róża na Każdą Okazję, co daje odwiedzającym klub dżentelmenom odpowiednią przykrywkę. Z tego wynika, że jeśli sfotografuję Peytona, kiedy tam wjeżdża albo stamtąd wyjeżdża, nie będzie to dla sądu żaden dowód. Co innego, gdybym zdołał mu pstryknąć fotkę z tancerką (kolejny eufemizm – czyż nie tęsknimy wszyscy za czasami, kiedy można było nazwać rzeczy po imieniu?). To byłby strzał w dziesiątkę.
– Dlaczego, tato?! – słyszę z oddali.
Sprawdzam ustawienie kamery. Tak, jest wycelowana prosto w przednią szybę Lexusa.
Nadal spoglądając przez wizjer, słyszę z tyłu głos:
– Gdzie jest Debbie?
Zerkam za siebie i widzę, że mam do czynienia z facetem w kryzysie bezdomności (albo miejsca zamieszkania).
– Pracuje – odpowiadam.
– Mam na imię Raymond.
– Cześć, Raymond.
– Debbie przynosi mi zwykle kanapkę.
– Daj jej kilka minut, dobrze, Raymond?
– Wie, że nie znoszę majonezu.
– Jasne.
– Mówiła ci, jak samoloty unoszą się w powietrzu?
– Nie.
– Powiedzieć ci?
– Mam jakiś wybór, Raymond?
– Dzięki wiedźmom.
– Wiedźmom – powtarzam.
– Ściślej rzecz biorąc, latającym wiedźmom. Trzy na każdy samolot. Jedna trzyma prawe skrzydło, druga lewe, a trzecia leci z tyłu i podtrzymuje ogon.
– Latałem samolotami – odpowiadam. – Siedziałem nawet kilka razy przy skrzydle. Nigdy nie widziałem wiedźmy.
Nie wiem, dlaczego to mówię, ale czasami wypowiadam się i działam, nie przewidując, jakie to wywoła konsekwencje. To może tłumaczyć, dlaczego zamiast ścigać morderców i zatwardziałych kryminalistów, bawię się w podglądacza przy kwiaciarni Róża na Każdą Okazję.
Raymond krzywi się.
– Są niewidzialne, kretynie.
– Niewidzialne latające wiedźmy?
– Oczywiście – odpowiada, dziwiąc się mojej głupocie. – Uważasz, że wielkie metalowe cylindry są w stanie same utrzymywać się w powietrzu? Ogarnij się, człowieku. Wierzysz we wszystko, co mówią władze?
– Trudno ci odmówić racji, Raymond.
– Przeciętny Airbus waży co najmniej siedemdziesiąt ton. Wiedziałeś o tym?
– Nie.
– I mamy wierzyć, że coś tak ciężkiego będzie unosiło się w powietrzu w trakcie całego lotu nad oceanem?
– Hm…
– Zdejmij klapki z oczu, stary. Niewidzialny człowiek cię ogłupił. Słyszałeś kiedyś o grawitacji? Praw fizyki nie da się oszukać.
– Dlatego są potrzebne wiedźmy – mówię.
– Zgadza się. Wiedźmy, człowieku. I to się zemści na ludzkości.
– Co masz na myśli, Raymond?
– Czy to nie oczywiste? – odpowiada, marszcząc nos.
– Dla mnie nie.
– Któregoś dnia – mówi, zacierając ręce i oblizując wargi – kiedy my, ciołki, najmniej się tego będziemy spodziewać, wszystkie wiedźmy, wszystkie jednocześnie, puszczą samoloty.
– Te, które trzymały?
Raymond kiwa z satysfakcją głową.
– Zgadza się. Wszystkie wiedźmy puszczą w tym samym momencie samoloty. Głośno rechocząc. Tak jak, no wiesz, mają w zwyczaju. Rechocząc i patrząc, jak wszystkie samoloty spadają na ziemię – dodaje i uważnie mi się przygląda.
– Ponura perspektywa – mówię.
– Zapamiętaj moje słowa. I pogódź się z Panem, zanim nadejdzie dzień Sądu.
– Tatusiu, ale ja noszę twoje dziecko! – słyszę z dołu krzyk Debbie.
Bingo.
– Możemy pogadać o tym później, Raymond?
– Powiedz Debbie, że czekam na kanapkę. Bez majonezu.
– Przekażę jej.
Zerkam przez obiektyw kamery i widzę Peytona Bootha w biznesowym garniturze. Niestety, jest sam. Siada za kierownicą. Czekam, mając nadzieję, że ktoś wsiądzie do jego Lexusa. Nikt nie wsiada. Peyton uruchamia samochód.
Ale nie rusza.
Uśmiecham się, obserwując go przez obiektyw. Mój człowiek na kogoś czeka. To oczywiste.
– Dlaczego, tato?! – słyszę krzyk Debbie.
Nadal wpatruję się w obiektyw. Z klubu wychodzi wąsaty facet w biznesowym garniturze. Dzwoni moja komórka. To Arthur, młody adwokat z kancelarii White Shoe.
– Masz go na celowniku? – pyta.
– Tak.
– To świetnie. Podpisujemy papiery jutro z samego rana.
– Wiem.
– Jeśli nie zdobędziemy dowodów, że ją zdradza, nie będzie mogła unieważnić intercyzy.
– Wiem.
– Będziesz coś miał czy nie?
Ktoś otwiera drzwi od strony pasażera Lexusa i wsiada do środka. Peyton odwraca się do tej osoby i zaczyna ją obściskiwać.
Nie obściskuje jednak bynajmniej cycastej tlenionej blondyny.
Obściskuje się z wąsatym facetem w biznesowym garniturze.