Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Nie ma jak przyszłość - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
18 maja 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
19,99

Nie ma jak przyszłość - ebook

Michael J. Fox znany jest całemu światu jako Marty McFly, nastoletni pomocnik doktora Browna z „Powrotu do przyszłości”. W książce „Nie ma jak przyszłość” ten bardzo lubiany i słynny ze swojego niesłabnącego optymizmu aktor dzieli się z czytelnikami osobistymi historiami i spostrzeżeniami na temat zdrowia i choroby, starzenia się i siły, jaką dają rodzina i przyjaciele.

Pokazuje też, jak podejście do własnej śmiertelności zmienia się z czasem. Ta płynąca z serca, poruszająca książka jest naznaczona typowym dla Michaela J. Foxa poczuciem humoru i stanowi rodzaj wehikułu, który pomoże czytelnikom przyjrzeć się z inspirującej perspektywy swojemu życiu: temu, co kochamy i co utraciliśmy.

Ważnym wątkiem opowieści Foxa są jego dramatyczne kryzysy zdrowotne. Aktor opisuje, jak radzi sobie z chorobą Parkinsona, na którą cierpi od 1991 roku, oraz z nowotworem rdzenia kręgowego. Wyzwanie, jakim dla Foxa była ponowna nauka chodzenia – przerwana przez fatalny w skutkach upadek – niemal zgasiło jego optymizm i wiarę w dewizę, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Czy i tym razem uda mu się pokonać trudności i odzyskać nadzieję? Przekonajcie się – przeczytajcie tę niesamowitą, wzruszającą i okraszoną humorem książkę.

Wspaniała książka: wzrusza, ale też bawi – Hadley Freeman, „The Guardian”

Szczera książka o tym, że nigdy nie należy się poddawać – „Kirkus Reviews”

To wspomnienia z niezwykłym wyczuciem celu. Bezpośrednie, zwięzłe, znakomicie się je czyta – „The Times”

Osobiste historie, które czasem brzmią wręcz alegorycznie – „The Wall Street Journal”

W tej poruszającej, ale często też zabawnej książce Michael J. Fox zdradza, jak odzyskał swój optymizm – „The Guardian”

Sposób pisania Michaela J. Foxa odzwierciedla jego żartobliwe i pozytywne podejście do życia – „GQ”

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67323-07-9
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Odkąd Michael J. Fox upublicznił swoją diagnozę w 1998 roku, jego życie – przynajmniej z daleka – wydaje się jak zaczarowane. Założona przez niego fundacja uzbierała gigantyczną kwotę ośmiuset milionów dolarów na walkę z chorobą Parkinsona. On sam napisał trzy bestselerowe książki wspomnieniowe, a nawet kontynuował karierę aktorską, grając znaczące role. Jego życie rodzinne, u boku Tracy Pollan, z którą jest żonaty od trzydziestu lat, pod każdym względem zachwyca. Krótko mówiąc: zrobił najlepszy możliwy użytek ze swojej drugiej szansy.

David Marchese
„The New York Times Magazine”
1 marca 2019

Świat posyła w końcu jakiegoś podłego chłopca radarowca, żebyście zwolnili i przekonali się, kto tu jest szefem.

Stephen King
_Mroczna wieża: Roland_Wstęp

Mężczyzna upadły

13 sierpnia 2018, 6.30

Przewracam się. Upadek jest błyskawiczny. Z pozycji pionowej do poziomej w mgnieniu oka. W ostatniej chwili wykręcam szyję, żeby uchronić twarz przed zderzeniem z kuchennymi kafelkami. Co, u diabła? Podpieram się prawym łokciem, tak żeby przenieść ciężar ciała na lewy i wstać na nogi. A tu niespodzianka: nie czuję lewej ręki. W miarę jak mija pierwszy szok, zaczynam sobie zdawać sprawę, że potrzebuję pomocy. Czołgam się na brzuchu do zamocowanego na ścianie telefonu, niczym komandos pokonując po drodze przeszkody w postaci gąszczu nóg od krzeseł i wlekąc za sobą ciążące jak worek z piaskiem lewe ramię, które odmawia współpracy i pozostaje bezwładne.

___

W moich stosunkach z parkinsonem po trzydziestu latach zapanowało swego rodzaju odprężenie. Trzy dekady to szmat czasu. Już dawno się pogodziłem z brakiem jakiejkolwiek kontroli; musi mi wystarczyć zrozumienie, z którego wynika zdolność przystosowania się i odporność. Choroba Parkinsona przypomina uporczywe i bolesne ciosy proste na ringu bokserskim, które daję radę wytrzymać, pod warunkiem że jestem gotów robić zwody i uniki. Ale nagle pojawił się cios sierpowy – uderzenie, które powaliło mnie na pewien czas na kolana. Bez żadnego związku z parkinsonem na moim rdzeniu kręgowym pojawił się guz. Zmiana okazała się łagodna, lecz uciskała na okoliczne struktury, grożąc, że zostanę sparaliżowany. Jakby ta perspektywa nie była dość przerażająca, musiałem się poddać operacji o wysokim stopniu ryzyka – doszło do niej cztery miesiące przed moją przygodą w kuchni. W krzyżowym ogniu rekonwalescencji i rehabilitacji przeszedłem od wózka inwalidzkiego przez balkonik, laskę, by wreszcie znów zacząć chodzić samodzielnie.

I wtedy to się stało.

Dzień przed wypadkiem przyleciałem na Manhattan z wyspy Martha’s Vineyard u wybrzeży Massachusetts w połowie naszych letnich wakacji. Tracy miała obiekcje co do mojego samodzielnego pobytu w Nowym Jorku. Oboje byliśmy zdania, że wciąż niezbyt pewnie się czuję na nogach, ale poproszono mnie o jednodniowy gościnny występ w filmie reżyserowanym przez Spike’a Lee, tu na miejscu, w Bronksie. Uznałem, że to dobra okazja do odrobiny niezależności.

– Wrócę pojutrze – obiecałem. – Zostaw dla mnie homara.

Schuyler, jedna z naszych dwudziestopięcioletnich córek bliźniaczek, także musiała wrócić do Nowego Jorku, do pracy, dlatego wyruszyliśmy w tę podróż razem. Została ze mną na kolacji – przy kuchennym stole zjedliśmy zamówiony makaron. Pochłonąwszy ostatni kęs, Schuyler zadała mi pytanie:

– Co sądzisz o swoim powrocie do pracy?

– Sam nie wiem. To mi chyba pozwoli znów poczuć się normalnie.

– Ale czy się denerwujesz, Dood? – Wszystkie moje dzieci tak mnie nazywają: nie Dude, tylko Dood.

Obdarzyłem ją pewnym siebie uśmiechem.

– Ej, przecież to mój zawód. Tym się zajmuję, nie?

Sky zaoferowała, że spędzi noc w swoim dawnym pokoju, na wypadek gdybym potrzebował, żeby rano zrobiła śniadanie albo pomogła mi się przygotować do wyjścia na plan.

– Skeeter, jesteś kochana. Ale robiłem to milion razy albo więcej. Jedź do siebie, odpocznij. Poradzę sobie.

– No dobrze – odparła. – Obiecaj tylko, że nie…

– Nie będę chodził z komórką – dokończyłem za nią.

Uśmiechnęła się. Reprymenda, choć łagodna, była jak najbardziej na miejscu. Świetnie mi wychodzi chodzenie i równoczesne żucie gumy, ale wszyscy zgadzają się co do tego, że nie powinienem tego robić z komórką w dłoni. Sypie się wtedy cała moja koordynacja ruchów.

– Obiecuję – dodałem.

Uściskawszy córkę na pożegnanie, przyglądałem się, jak drzwi windy zamykają się za nią. Po raz pierwszy od miesięcy zostałem sam.

___

Cokolwiek było przyczyną mojego upadku, miałem błyskawiczne i twarde lądowanie. Wywaliłem się i – niczym godna pożałowania staruszka leżąca na podeście schodów jak rozgwiazda obok wywróconego do góry dnem kosza z praniem – nie umiem wstać. Mam swoją teorię na temat bólu: jeśli zaczyna boleć od razu, to nic wielkiego, ale gdy ból pojawia się dopiero po paru chwilach, obrażenia są poważne.

Oho, nadchodzi.

Próba przerzucenia ciężaru ciała na lewą stronę przynosi dwa objawienia. Po pierwsze, bezużyteczne ramię przenika ból; po drugie, uświadamiam sobie, że mam przy sobie komórkę. Wsunąłem ją do tylnej kieszeni spodni dresowych, zanim wszedłem do kuchni. (Uwaga na marginesie dla Schuyler: nie trzymałem komórki w dłoni). W pierwszym odruchu chcę zadzwonić do Tracy, lecz przecież znajduje się pięć godzin jazdy ode mnie, na wyspie; poza tym nie chcę jej napędzić strachu. Zamiast do żony dzwonię więc do swojej asystentki Niny, która łapie taksówkę i już jest w drodze.

Co dziwne, na myśl przychodzi mi Jimmy Cagney. Raz przysłał mi liścik w pierwszy dzień na planie nowego filmu. „Bądź punktualny, miej wykute na blachę kwestie i nie obijaj się o meble”. Tego ranka byłem gotów na czas, nauczyłem się na pamięć dwu stron dialogu, ale jeśli chodzi o trzeci punkt, dałem plamę, i to na całego.

Czekając na Ninę, opadam na podłogę wkurzony, czując, że mój żal nad samym sobą rośnie wykładniczo. Usiłuję nadać temu wydarzeniu jakiś sens, ale żadna z mantr ani afirmacji nie pasuje do tego, co się tutaj stało. Nie potrafię się dopatrzyć niczego pozytywnego w tej sytuacji. Jestem obolały i rozgoryczony. Nie ma mowy, żebym patrzył z humorem na życie i czekał, co jeszcze mi przyniesie. To nie tylko frustracja, nie tylko gniew, ale coś bardzo podobnego do wstydu: zażenowanie. Od operacji rdzenia kręgowego w kwietniu każdego dnia wszyscy – lekarze, członkowie rodziny i przyjaciele – powtarzali mi w kółko jedno: „Masz nie upaść. To twoje najważniejsze zadanie”. Tymczasem, proszę.

Wypadek w kuchni dołuje mnie na wiele różnych sposobów. Nie chodzi o ból; mnóstwo razy cierpiałem. Przeszedłem swoje, mierzyłem się z przeciwnościami. Ale to… To z jakiegoś powodu dotknęło mnie osobiście.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? A udławcie się! Mam już po dziurki w nosie złych rzeczy, które mi się przytrafiają.1

Głowa rodziny

Jedynym dzieckiem, które nam się urodziło, zanim zdiagnozowano u mnie chorobę Parkinsona, jest Sam, który pewnie nie ma żadnych wspomnień skażonych moją przypadłością. Robiłem to co każdy ojciec: łapałem dla niego żaby w stawie, prowadzałem go na zajęcia muzyczne według metody Carla Orffa, na które inne dzieci przychodziły z supernianią, i usiłowałem rozbudzić w nim zamiłowanie do sportów zespołowych, co było zadaniem z góry skazanym na niepowodzenie (i kończyło się zawsze kłótnią). Pokazałem mu, jak się wiąże sznurówki: widzisz, to jedno ucho króliczka, a to drugie ucho króliczka, krzyżujemy je ze sobą, przekładamy dolne uszko przez górne i robimy węzeł, a potem ciągniemy oba uszka i gotowe! Nauczyłem go jeździć na rowerze, trzymając za siodełko i lekko popychając, gdy dopiero nabywał odwagi, by zacząć mocniej pedałować. Obecnie Sam czasem popycha mnie – na wózku inwalidzkim. W moim przypadku pedałowanie nie jest potrzebne. A gdy podnoszę się ostrożnie na nogi, mój syn często sprawdza, czy mam zawiązane sznurówki, zanim zrobię pierwszy krok; jeśli nie, schyla się prędko i to naprawia.

Data narodzin miała znaczenie dla mojego pierworodnego pod zupełnie innym względem. O ile choroba Parkinsona dopiero się u mnie rozwijała, o tyle alkoholikiem byłem od dawna – Sam przyszedł na świat trzy lata przed tym, jak rzuciłem picie i postawiłem na trzeźwość, którą kultywuję po dziś dzień. Zbyt wiele czasu, który spędzałem z synem, zanim poszedł do przedszkola, upłynęło mi pod znakiem Millera. W swoich najwcześniejszych wspomnieniach Sam idzie do lodówki po piwo dla mnie. Osobiście nie pamiętam, aby moje picie kiedykolwiek stanowiło zagrożenie dla Sama albo Tracy, ale faktem jest, że mój problem alkoholowy przybierał na sile.

Uparłem się, żeby mieć dziecko jak najwcześniej po ślubie, byłem wręcz zafiksowany na punkcie archetypu męża i ojca. Chciałem być nimi równocześnie; bycie mężem, lecz nie ojcem, zwyczajnie nie mieściło mi się w głowie. Przypuszczam, że Tracy wysyłała sygnały świadczące o jej oporach, ale ja byłem ślepy i głuchy i kompletnie ignorowałem druzgoczący wpływ macierzyństwa na jej dopiero startującą karierę.

Nie obeszło się bez reperkusji po tych kilku pierwszych błędnych krokach; znaleźliśmy się na niepewnym gruncie. Byłem zaangażowanym ojcem i kochałem swojego syna, ale pod niektórymi względami tylko grałem rolę taty. Aż trudno uwierzyć, że Sam wyrósł na takiego optymistę po dzieciństwie naszpikowanym wyzwaniami. Miał skłonność do kolki i sprawiał wrażenie dziwnie smutnego jak na tak małe dziecko. Ja zaś okazałem się mało pomocny. No i piłem. A gdy zdiagnozowano u mnie chorobę Parkinsona, do wewnętrznego rozedrgania dołączyło drżenie jak najbardziej zauważalne. Coś musiało się zmienić.

Zgodnie ze swoją logiką zaproponowałem Tracy, abyśmy się zdecydowali na drugie dziecko. Pokręciła tylko głową w odpowiedzi, pełna niedowierzania. Podejrzewała wręcz, że stroję sobie żarty. Jej opory nie miały nic wspólnego z wówczas jeszcze niedowiedzionym ryzykiem dziedziczności parkinsona ani z obawami, czy z ewentualną niepełnosprawnością poradzę sobie w roli rodzica. Chodziło wyłącznie o mój alkoholizm i stan mojego umysłu, który w tamtym czasie wpadł w tryb przetrwania. Często podróżowałem w związku z pracą, ale moja samotność w trasie nie była większa niż samotność w domu. Czułem się zepchnięty na margines; nie rozumiałem, że sam jestem winny tego rozluźnienia więzi. Miewałem humory, nie byłem pewien, jak stoimy jako małżeństwo, nie wiedziałem, w jakim kierunku zmierza moja kariera ani czy – w obliczu niedawnej diagnozy – w ogóle mogę wiązać swoją przyszłość z aktorstwem.

Wreszcie, po pewnej szczególnie paskudnej nocy spędzonej na pijaństwie, obudziłem się na kanapie w salonie, z ręką zwieszoną nad przesiąkniętym piwem dywanem. Stojąca nade mną Tracy obrzuciła mnie spojrzeniem i zapytała po prostu:

– Tego właśnie chcesz?

W jej głosie nie było gniewu, tylko znudzenie. I to ono spowodowało, że zapragnąłem zmienić swoje życie natychmiast, raz na zawsze. Tracy napędziła mi potężnego strachu, pokazując, jak bardzo ma dosyć moich wyczynów.

Zobowiązałem się regularnie uczestniczyć w Programie Dwunastu Kroków i skorzystałem z pomocy Joyce, świetnej psychoanalityczki jungowskiej, dzięki której na przestrzeni lat ugasiłem niejeden pożar. Stopniowo zacząłem akceptować i rozumieć swoją chorobę. Picie mogłem rzucić, ale parkinson miał ze mną pozostać do końca życia. Wiedza, narzędzia i rady, które zapewnił program, pomogły mi i w tym zakresie, wytyczając ścieżkę pozwalającą pójść naprzód z moją chorobą. Zamierzałem bowiem ciężko pracować nie tyle po to, by stać się dawnym sobą, ale by stać się swoją nową, lepszą wersją.

Sześć lat po ślubie, cztery lata po diagnozie, trzy lata po odstawieniu alkoholu uświadomiłem sobie, że z moją niebywale cierpliwą i kochającą żoną łączy mnie jeszcze mocniejsza więź. Tego samego – 1994 – roku Tracy zaszła w bliźniaczą ciążę; dodatkowe dziecko miało nam zadośćuczynić za stracony czas (a może to Pan Bóg puszczał do nas oko). Ludzie z zadziwiającą łatwością pytali nas, czy nie boimy się powołać na świat większej liczby dzieci, stojąc w obliczu rozwijającej się u mnie poważnej choroby neurologicznej, która może się okazać dziedziczna. Czy to nie powód do zmartwienia? To nietaktowne pytanie spotykało się zawsze z taką samą odpowiedzią: „Nie, bynajmniej, szczególnie dla nich”.

Podwojenie stawki

Bliźniaczki nie były grzeczne w macicy. Lekarz musiał wywołać poród miesiąc przed wyznaczonym terminem ze względu na komplikacje. Zespół przetoczenia krwi między płodami to powikłanie ciąży, wskutek którego jedno z dzieci – zawłaszczywszy łożysko – otrzymuje wraz z krwią większość składników odżywczych i przybiera na wadze, podczas gdy drugie z dzieci stopniowo słabnie. Zatem wybraliśmy datę (podając w wątpliwość astrologię) i nasze córki przyszły na świat wskutek porodu prowokowanego. Córka Nr 1 pojawiła się blada i mizerna, o wadze niespełna dwóch tysięcy gramów, a osiem minut później jej śladem podążyła Córka Nr 2, ważąca prawie trzy tysiące gramów, tłuściutka i czerwona jak pomidor. Daję słowo, że się uśmiechała. Po dziś dzień (w wieku dwudziestu pięciu lat) Córka Nr 1 – Aquinnah – śliczna, wesoła i bystra, nie ma w sobie krztyny łapczywości ani egoizmu, choć jest świadoma swoich potrzeb i asertywna. Z nich dwu to ona wykazuje większą niezależność i rezolutność. Córka Nr 2 – Schuyler – również śliczna, no bo są przecież bliźniaczkami, jest z kolei energiczna, wspaniałomyślna i gotowa się zawsze dzielić z innymi. Bywa, że troszczy się bardziej o innych niż o siebie. Przypuszczam, że czuje się ździebko winna z powodu tego, jak parszywie potraktowała siostrę bliźniaczkę w łonie matki. Aquinnah wybaczyła Schuyler, że ta próbowała ją zabić. My umywamy ręce. To sprawa między siostrami.

Mimo że choroba Parkinsona dopadła mnie w początkowym okresie życia Sama, Aquinnah i Schuyler, cała trójka przyjęła to jak coś normalnego. I musiało dobrze się dziać w naszej rodzinie, ponieważ decyzję o kolejnym – czwartym – dziecku podjęliśmy bez wahania.

Doskonale pamiętam tamtą rozmowę z Tracy. Właśnie dobiegło końca przyjęcie z okazji piątych urodzin bliźniaczek i goście zdążyli się rozejść do domów. Oboje z żoną, wykończeni, dojadaliśmy i dopijaliśmy resztki z imprezy. Sącząc wino z kieliszka, podczas gdy ja zadowalałem się dietetyczną colą, Tracy spojrzała na mnie zmrużonymi oczami i zapytała:

– Wiesz, co sobie myślę?

– Gdybym wiedział, co myślisz, moje życie byłoby znacznie łatwiejsze – odparłem zgodnie z prawdą.

Zaśmiała się.

– Po prostu towarzyszy mi uczucie, że kogoś brakuje.

Rozejrzałem się po salonie.

– Cóż… przyjęcie się skończyło. Rozdaliśmy wszystkie torebki z prezentami.

– Nasze mieszkanie nie jest tak głośne, jak by chciało być – doprecyzowała Tracy w swoim stylu.

Zrobiliśmy rachunek sumienia i wyszła nam Esmé.

Zastała ona parkinsona zadomowionego u nas na dobre, była za to świadkiem, jak powstaje i rozwija się fundacja mojego imienia (The Michael J. Fox Foundation), stanowiąca odrębną siłę na polu badań medycznych. Esmé widzi we mnie osobę publiczną i aktywistę, ale też rodzica, który jest na wyciągnięcie ręki ze względu na coś w rodzaju połowicznej emerytury.

Nie moglibyśmy sobie wymarzyć lepszego dziecka, które jako ostatnie pozostanie w domu, gdy reszta rozjedzie się na studia pierwszego stopnia. Rekompensatą za jej żywiołowość była świadomość, że najwyraźniej świetnie się czuje w tej rzeczywistości, zupełnie jakby przerabiała to już wcześniej. Jej sposób pisania, jej lektury świadczą o umyśle wyjątkowym jak na jej młody wiek. Mimo to nadal korzysta z naszych rad. Nie zdradzam się z tym przed nią, ale żywię dla niej wielki podziw. Nie ma dla Esmé rzeczy trudnych ani dziwnych, wszystko jest łatwe i możliwe; nic nie potrafi zbić jej z pantałyku. Gdy sobie coś założy, dąży do tego bez względu na przeciwności; nieważne, kto, co, jak. Zakładaliśmy, że Esmé pójdzie w ślady starszego rodzeństwa i będzie spędzać wakacje w tym samym miejscu, ona jednak miała na ten temat inne zdanie. Nasza najmłodsza córka w wieku ośmiu lat oznajmiła, że nie pojedzie na obóz, którego uczestnikami byli jej brat i siostry, ponieważ ma alergię na orzeszki ziemne, a przeprowadzone przez nią śledztwo wykazało, że na obozie tym nikt nie zawraca sobie głowy fistaszkami. Przeczesując internet, sama nawiązała kontakt z organizatorami kilku obozów dla alergików i drogą eliminacji wyłoniła jeden z nich: Camp Walt Whitman w stanie New Hampshire. Tam też pojechała. Założę się, że zna się również na poezji Walta Whitmana, który jak ona był optymistą. Cała Esmé.

Podróżnicy w czasie

Mamy z Tracy pewną teorię na temat naszych dzieci, taką mianowicie, że są one wehikułami czasu. Z okrutną prędkością ich energia życiowa posyła nas naprzód – narodziny, podstawówka, pierwsze przyjaźnie, imprezy, problemy prawdziwe i urojone, media społecznościowe, liceum, studia… aż w końcu zostajemy sami w pustym domu z pokojami pełnymi pluszowych zabawek, plakatów zespołów rockandrollowych, przestarzałych gier, ubrań, których nie można wyrzucić, ale które nie będą już nigdy noszone, dziewczęcych butów, niegdyś zazdrośnie strzeżonych, a teraz nadających się tylko na śmietnik. Ponaglam dni, czekając na odwiedziny dzieci, i tylko moja żona ma dość rozumu, aby wiedzieć, że teraz nastał nasz czas, że powinniśmy zwolnić, odnaleźć własny rytm.

O dziwo, umiem to osadzić w kontekście parkinsona; choroba ta na tyle sposobów okazała się darem (choć darem, który także sporo odbiera). Rozwaga, z jaką podchodzę do każdego dnia, każdej chwili, każdego ruchu, każdego zamiaru, spowalnia mnie dosłownie do ślimaczego tempa. Namyślam się nad tymi sekundami i minutami, prowadzę sam ze sobą minirozmowy dotyczące każdego działania.

Daję sobie czas. Nie daję się chorobie.

Puste gniazdo

Mój syn jest już po trzydziestce. Nie mam pojęcia, kiedy ani jak to się stało, ale Sam stał się pełnoprawnym dorosłym.

Moja praca nad nim zasadniczo dobiegła końca. Dzięki temu, że kobieta, w której się zakochałem – jego matka – ma doskonałe geny, udało mi się osiągnąć ewolucyjny cel każdego ojca: współtworzyłem wyższą, inteligentniejszą, zabawniejszą i przystojniejszą wersję siebie.

Nie zdałem matury wraz z rówieśnikami w 1979 roku (ale za to zdobyłem GED, odpowiednik świadectwa ukończenia liceum, w 1993 roku), nie wiedziałem więc, jak się zachować w relacji z najstarszym dzieckiem szykującym się do wyjazdu na studia. Nie miałem na podorędziu własnych wspomnień ani anegdot na temat dziewczyn, tylko parę przestróg z czasów, gdy jako przymierający głodem aktor w Los Angeles wbijałem się na krzywy ryj na uczelniane imprezy na Uniwersytecie Kalifornijskim (UCLA). Zasada numer jeden z tamtych czasów: nigdy nie spuszczaj z oka swojej szklanki z piwem. Miałem silne poczucie nierzeczywistości. Nieważne, ile kampusów odwiedziłem z Samem ani ile broszur informacyjnych przeczytałem, kiedy przyszło co do czego i mój syn wyjechał, byłem w głębokim szoku. Byłem też nieźle wkurzony.

Łączy mnie z synem wyjątkowa więź. Nie chodzi o stereotypową relację ojca i syna ani o zwykłą zażyłość między rodzicem i najstarszym dzieckiem. Nas połączyły wspólne zainteresowania i idee. Razem złaziliśmy lasy stanów Vermont i Connecticut, obaj pokochaliśmy muzykę rockową, od Franka Zappy przez Led Zeppelin do Jay-Z, i we dwóch wiedliśmy polityczne dysputy, z których, o dziwo, wynikło, że Sam jest nawet większym lewakiem niż ja.

Przede wszystkim jednak obaj mamy upodobanie do absurdu (_vide_ polityka i Frank Zappa).

Sam był moim kumplem, moim ziomem, moim najlepszym przyjacielem, który nigdy mnie nie zawiódł. Aż nagle wyjechał. Oczywiście wiedziałem, że tylko na studia, ale fakt pozostawał faktem: nie było go ze mną. Przygotowujemy dzieci do wyfrunięcia z domu, a one później mają czelność nas zostawić! Wracają do domu na kilka dni, piorą swoje rzeczy i więcej czasu niż z nami spędzają ze znajomymi z ogólniaka. Istna tortura. Rozpiera nas duma, dręczą obawy, zamartwiamy się, że przestaniemy się dogadywać, a potem załamujemy ręce, że jest inaczej. Spada na nas zrozumienie, że gdy nasze dzieci zaczynają wykuwać swoją przyszłość, my stajemy oko w oko z własną śmiertelnością.

___

Kocham swoje córki i żonę nad życie, ale nie da się ukryć, że po wyjeździe Sama na Zachodnie Wybrzeże tonąłem w morzu estrogenów. Tamtego lata potrzebowałem kumpla i traf chciał, że przeczytałem ogłoszenie na tablicy wiszącej w sklepie wielobranżowym w Chilmark na wyspie Martha’s Vineyard.2

Lata pod psem

Są dwa podobne określenia: „pies ratowniczy” i „pies uratowany ze schroniska” (po angielsku oba brzmią jednakowo, _rescue dog_). Każde z nich przywodzi na myśl inny obraz. Pierwsze – rysunkową wersję bernardyna z beczułką brandy u szyi, który w Alpach odszukuje turystów przysypanych przez lawiny. W drugim obrazie role są odwrócone – to niesamowici ludzie, tacy jak Sarah McLachlan i Eric McCormack występujący w reklamach Amerykańskiego Towarzystwa Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt (The American Society for the Prevention of Cruelty to Animals, ASPCA), ratują psy od cierpienia i zaniedbania. Podziwiam ich za niewyobrażalnie trudną pracę i tak sobie myślę, że mówienie o „ratowaniu” w razie zwykłego przyzwoitego uczynku, jak adopcja psa ze schroniska czy przejęcie opieki nad psem sąsiadów, którzy się dokądś wyprowadzają, zakrawa na próżność. Bo trudno tu mówić o heroizmie, prawda? Chyba nie muszę przypominać, że i my jesteśmy stroną wygraną. Otrzymujemy coś w zamian: psa, przyjaciela, powiernika, a w moim przypadku także kolejny obiekt, o który mogę się potknąć.

Jako syn wojskowego nigdy nie miałem w dzieciństwie psa. Nie chodziło o to, że przynależność do armii wiązała się z zakazem posiadania zwierzęcia, tylko o to, że bez przerwy się przeprowadzaliśmy. Parafrazując stare powiedzenie – gdyby dowództwo chciało, byś miał psa, toby ci go przydzieliło razem z sortem mundurowym i bronią. Jako człowiek dorosły, prowadzący życie na własną rękę, pozostałem wagabundą i bez końca podróżowałem w związku z pracą dla telewizji i filmu. Nie znaczy to jednak, że nie miałem psów. Szczególnie utkwiły mi w pamięci dwa z nich; jeden, którego spotkałem niedawno blisko domu, i drugi, którego ścieżka przecięła się z moją lata temu w Azji Południowo-Wschodniej, w połowie podróży dookoła świata.

Większą część pierwszej połowy 1988 roku spędziłem w Tajlandii, gdzie kręcono _Ofiary wojny_. Było to wyczerpujące doświadczenie, w dużej mierze naznaczone samotnością, bardziej nawet, niż ma to miejsce normalnie podczas produkcji filmu. Zdążyłem się już oświadczyć Tracy i planowaliśmy ślub zaraz po moim powrocie do Stanów, co w moim przypadku wiązało się z tęsknotą na poziomie wręcz komórkowym. Pewnego kwietniowego dnia w wiosce Phangnga na wyspie Phuket obserwowałem na plaży miejscową rodzinę. Wokół jej członków dokazywał czarno-biały psiak trudnej do określenia rasy, z krótką smyczą zwieszającą się z jego skudłaconej szyi. Plażowicze co rusz go przepędzali. Mam słabość do szczeniaków – dosłownie i w przenośni – zwłaszcza gdy widzę, że przegrywają. Przykucnąłem więc i zawołałem go, a on przybiegł do mnie w podskokach, jakby znał mnie przez większość życia, co, zważywszy na jego młody wiek, było niemal prawdą. Mój szofer, Wanchai, próbował mnie przekonać, że szczeniak ten to żaden pupil, tylko źródło białka i powinien skończyć w garnku. Przypuszczam, że Wanchai robił sobie ze mnie jaja, ale faktem było, że nikt z obserwowanej przeze mnie rodziny nie wydawał się psiaka lubić – przynajmniej w jego obecnej, niekulinarnej formie. Szczeniak dreptał za mną przez cały dzień, a ja postanowiłem, że go tak nie zostawię. Zaoferowałem rodzinie Tajów dziesięć dolarów w lokalnej walucie i dobiliśmy targu.

Bardzo szybko się okazało, że mój nowy przyjaciel jest chodzącą bombą biologiczną. W najbliższy dzień wolny od zdjęć zabrałem go do weterynarza. Po odrobaczeniu, pozbyciu się świerzbu i wstrzyknięciu w małe ciałko masy leków i szczepionek weterynarz zasugerował, abym nazwał psa Sanuk, co w języku tajskim oznacza „pokój” czy też „szalom”, w każdym razie wyraz dobrej woli zarówno duchowej, jak i emocjonalnej. Spodobało mi się to imię. Sanuk pozostał ze mną przez całą wiosnę i lato, do momentu, w którym wreszcie zakończyliśmy nasz maraton filmowy i szykowaliśmy się do opuszczenia Tajlandii.

Niestety nie wyobrażałem sobie, aby poddać Sanuka obowiązkowej kwarantannie, jaka była wymagana przy przewozie zwierzęcia z Azji do Stanów Zjednoczonych. Pozostałe dwa psy mieszkały w ośrodku hotelowym Amanpuri, stanowiącym moją bazę podczas kręcenia filmu. Oba należały do kierownika hotelu i tolerowały Sanuka, jakby był ich rozkapryszonym młodszym bratem. Szczeniak miał tam jak w raju: basen, cień palm i resztki z kuchni. Zwróciłem się do kierownika z prośbą o przygarnięcie Sanuka, a on wspaniałomyślnie się zgodził. Po powrocie do USA ożeniłem się z Tracy i od czasu do czasu wspominałem małego czarno-białego psiaka. Z pewnością by go pokochała.

Kilka lat później jeden z moich przyjaciół wrócił z urlopu spędzonego właśnie w ośrodku Amanpuri w Tajlandii.

– Spotkałem twojego psa – powiedział.

– Spotkałeś mojego psa? Tego czarno-białego szczeniaka o imieniu Sanuk? Jak on się miewa, dobrze?

– Tak – odparł mój przyjaciel. – Wygląda na szczęśliwego. Tylko że nie nazywa się już Sanuk. Zdaje się, że dostał nowe imię.

– Jakie?

– Michael J. Fox.

Łagodny olbrzym

Gus urodził się w schronisku gdzieś na Południu. Cały miot przewieziono do innego schroniska w Nowej Anglii, gdzie bardzo miła kobieta z Kolorado adoptowała jednego z samców, po czym zabrała go do domku letniskowego na wyspie Martha’s Vineyard. Wkrótce przekonała się, że ma alergię na psią sierść. Wskutek wydarzeń zakrawających na szczęśliwy zbieg okoliczności poznałem Gusa i zabrałem go ze sobą do domu. Ktoś mógłby powiedzieć, że uratowałem Gusa, ale to nie tak. On nie potrzebował ratunku. Ktoś inny mógłby stwierdzić, że to Gus uratował mnie, ale jemu wrodzona skromność nie pozwoliłaby tego przyznać. Uznajmy więc, że Gus i ja się odnaleźliśmy. Obaj mieliśmy wielkie szczęście.

Sklep wielobranżowy w Chilmark to miejsce, gdzie można sobie kupić kawałek pizzy albo kawę i posiedzieć na werandzie. Przez cały sezon przewija się tam tabun letników, którzy przystają, by zrobić zakupy, przekąsić coś i pogadać, a czasem zobaczyć też jedną ze sławnych osób wypoczywających akurat na wyspie. Bywa, że osoba stojąca obok ciebie przy kontuarze to Jake Gyllenhaal, James Taylor albo Larry David i to któremuś z nich machasz przed nosem, sięgając po słomkę (nie zdziw się, jeśli dostaniesz przy okazji po łapach). To zdecydowanie miejsce spotkań fajnych ludzi. Staram się go, jak mogę, unikać – znaczy nie tyle sklepu, ile wybiegu, jakim się stał.

Mój przyjaciel Clark Gregg wraz z żoną Jennifer Grey i ich córką Stellą spędzali wakacje razem z nami. Gdy raz wracaliśmy z gry w golfa, Clark zaproponował, żebyśmy się zatrzymali tam na mrożoną kawę. Jęknąłem. Nie miałem ochoty na spotkanie z Alanem Dershowitzem i jego świtą, lecz faktycznie było gorąco i mrożona kawa kusiła. Zaopatrzywszy się w nią, wyszliśmy na werandę. Tam, na podniszczonej, wyłożonej gontem ścianie sklepu wisi tablica ogłoszeń, na której swoje usługi oferują opiekunki do dzieci, nauczyciele gry na gitarze oraz pracownicy ogrodowi, a także zapowiadane są koncerty i lokalne imprezy. Wśród karteluszków przykuło moją uwagę zdjęcie: szczeniak do adopcji. Z opisu ogłoszeniodawcy wynikało, że chodzi o trzymiesięcznego czarno-białego mieszańca doga niemieckiego i labradora, imieniem Astro – po psie z kreskówki _Jetsonowie_. Nic nie powiedziałem ani nie spisałem numeru telefonu, ale Astro tkwił w mojej głowie.

Tego samego wieczoru przy kolacji Tracy zwróciła się do mnie:

– Podczas dzisiejszej przejażdżki rowerowej rzuciło mi się w oczy coś ciekawego. Zatrzymałam się przy sklepie w Chilmark i tam, na tablicy, zobaczyłam ogłoszenie…

– W sprawie psa? Astro? – przerwałem żonie.

Tracy odłożyła widelec.

– Tak. Astro. Skąd o nim wiesz?

– Zatem też widziałaś to ogłoszenie? – upewniłem się. – Musimy poznać tego psa. – Po chwili namysłu dodałem jeszcze: – Mam tylko nadzieję, że nie zdążył się przyzwyczaić do tego imienia…

Czworonożny przyjaciel

Życie z Gusem (z domu Astro) było objawieniem.

Jest późne lato 2008 roku. Dopiero po wyjeździe Sama na studia i pojawieniu się Gusa uświadamiam sobie, że fizyczna strona egzystencji nastręcza mi coraz więcej trudności. Nie jestem już w stanie bezpiecznie biegać, moje podskoki i susy wydają się podejrzane, a na polu golfowym sieję tylko zamęt. Wciąż mogę jednak całymi dniami spacerować. Z czasem Sam i ja zaczęliśmy się ograniczać wyłącznie do pieszych wędrówek, jazdy na rowerze i skakania do basenu. Co ciekawe, z tych trzech rzeczy Gus odrzuca wyłącznie skakanie do basenu. Mimo że z wyglądu przypomina trochę retrievera, jego awersja do wody przemawia za gończym rodowodem: jest gotów na wszystko, byle się nie zamoczyć.

Nienawidzi plaży. Ilekroć Tracy albo ja, albo któreś z dzieci znikamy w falach, Gusa ogarnia niepokój, a jego niezdrowe podniecenie przypomina epizod psychotyczny. Zrozpaczony czeka, aż się wyłonimy, drepcząc w tę i we w tę po piasku i skamląc cicho. Rozbieganymi oczami szuka kogoś, kto mógłby mu pomóc („Ktokolwiek? Ktokolwiek?”). Troska o nas nigdy jednak nie jest aż tak silna, by skłonić go do zanurzenia się w wodzie. Wreszcie dołączamy do niego na plaży, wycieramy się ręcznikiem i próbujemy go uspokoić. (Czy już wspominałem, że Gus nie jest psem ratowniczym?)

Po powrocie do Nowego Jorku dzień zaczynamy wcześnie, o wpół do siódmej, od spaceru w Central Parku. W cieniu, ze słońcem wstającym zza horyzontu na wschodzie, robimy rundkę ścieżką konną wokół Zbiornika Wodnego (Reservoir). Za zakrętem przy transformatorze szlak biegnie już prosto jak strzała, obiecując rychłe pokonanie połowy trasy. Słońce nas dościga, przyśpieszamy więc kroku. W te dni, kiedy nie mogę zabrać Gusa do parku, obowiązek ten – choć nie nazwałbym naszych spacerów obowiązkiem – spada na zawodowego wyprowadzacza psów. Jest ich w naszej okolicy mnóstwo, a wszyscy zatrudnieni są w jednej firmie. Praktycznie za każdym razem natykam się na któregoś, gdy wyprowadza psa zaprzyjaźnionego z Gusem, co kończy się na dobrych dziesięciu minutach obwąchiwania tyłków, machania ogonem i żartobliwych zapasów, podczas których muszę wysłuchać opowieści wyprowadzacza na temat jego perypetii na studiach drugiego stopnia.

Żaden miłośnik psów, a właściwie żaden myślący i czujący człowiek nie jest w stanie się oprzeć energii szczenięcia. Ma ona tę cechę, że równocześnie ładuje i wyczerpuje twoje akumulatory. Ale nawet Gus czasami się męczy i musi zażyć odpoczynku po zachodniej stronie parku. Okrążamy więc Wielki Trawnik, po czym rozsiadamy się na ławce, gdzie Gus przyjmuje hołdy. Wszyscy za nim przepadają.

Tracy jest innego zdania.

– Chyba wiesz, że ci ludzie nie zatrzymują się po to, by pogłaskać psa, tylko żeby przywitać się z tobą?

– Nie, nic nie rozumiesz. Przy Gusie jestem niewidzialny. Wszyscy widzą tylko dwadzieścia kilo czteromiesięcznego czarno-białego szczeniaka, który się składa wyłącznie z uszu, łap i ogona, i z miejsca się w nim zakochują.

Kiedy już Gus wchłonie wystarczającą liczbę pochlebstw, wędrujemy przez Central Park West, ku Osiemdziesiątej Pierwszej Ulicy, by skorzystać z Bull Moose Dog Run na północnym krańcu Muzeum Historii Naturalnej. Ten wybieg to istne wariatkowo. Mnóstwo psów, mnóstwo ras, mnóstwo nadopiekuńczych właścicieli, którzy nie przewidzieli, że przyprowadzenie ulubieńca do parku dla psów zaowocuje jego spotkaniem z innymi przedstawicielami gatunku. Gus, nie przez złośliwość, lecz z natury, dokłada swoje do ogólnego szaleństwa. Za sprawą wrodzonej żywiołowości wchodzi w kontakt z każdą istotą w okolicy – czy to dwu-, czy czworonożną. Muszę tam bardzo oszczędnie gospodarować wątróbkowymi przysmakami, które są mi potrzebne, aby go stamtąd wywabić. Zwykle pojawia się zwabiony zapachem sznaucer albo dwa, ale przeganiam je, wkładam obrożę na grubą, mięsistą szyję Gusa i kierujemy się na wschód.

Spacery z Gusem odbywamy o regularnych porach i wzdłuż tych samych tras zarówno w centrum, jak i w naszym bezpośrednim sąsiedztwie na Long Island. Nie trzeba było nawet roku, by Gus urósł z dwudziestu kilogramów do ponad pięćdziesięciu pięciu. Nie muszę już ani odrobinę się schylać, chcąc potargać mu uszy albo podrapać w to miejsce między oczami, do którego sam nie może sięgnąć. Ilekroć przestaję, trąca moją dłoń łbem, żebym drapał go dalej. Jest teraz tak wielki, że nasi sąsiedzi – zarówno w mieście, jak i na wsi – komentują nasz widok:

– Człowieczek z koniem na spacerze.

Gus byłby wniebowzięty, gdyby dostawał wątróbkowy przysmak za każdym razem, gdy ktoś mnie pyta:

– Kiedy sobie wreszcie sprawisz siodło?

Miłośnicy psów doskonale rozumieją relację, którą opisuję. To coś znacznie więcej niż związek między psim ulubieńcem i właścicielem; to międzygatunkowa komunia. Przeczytałem gdzieś i dowiodłem tego w praktyce, że prawdziwa emocjonalna więź istnieje, jeśli jesteś w stanie utrzymać kontakt wzrokowy ze zwierzęciem dłużej niż trzydzieści sekund. Nie chcę, by to zabrzmiało dziwnie, ale my z Gusem patrzymy sobie w oczy całymi minutami. Zupełnie jakby tylko czekał na polecenia. Potrafi także reagować na przeróżne komendy.

– Gus – proszę go – przynieś koc.

Gus przywleka mi brązowy pled, na co mówię:

– Nie, nie ten. Czerwony.

I wiecie co? Po chwili mam na kolanach koc we właściwym kolorze.

_Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej._
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: