Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nie potrafię cię nienawidzić - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 sierpnia 2026
3899 pkt
punktów Virtualo

Nie potrafię cię nienawidzić - ebook

Peyton

Ona chce zapewnić bezpieczeństwo młodszemu bratu. Chroni go przed destrukcyjnym wpływem ich matki, jednocześnie dbając o to, żeby nie znaleźli się na celowniku opieki społecznej. Wierzy, że kiedy skończy osiemnaście lat, wreszcie znajdzie dla niej i Morgana spokojny dom. Musi tylko wytrzymać do tej chwili i wszystko zacznie się układać.

Carter

On popełnił błąd. Wszedł do świata, z którego nie ma wyjścia, i teraz płaci za to najwyższą cenę. To sprawia, że jest zgorzkniały, wściekły na wszystko i wszystkich. Wydaje się jednak, że do nikogo innego nie pała tak wielką nienawiścią, jak do Peyton. Przysięga zrobić, co w jego mocy, żeby pozbyć się jej ze swojego życia.

To była nienawiść od pierwszego wejrzenia

Za kilka miesięcy ich rodzice się pobiorą, więc są zmuszeni do zamieszkania pod jednym dachem. On jej nienawidzi, ona się go boi, a do eskalacji tych emocji potrzebowali tylko przelotnego spotkania.

Czy może być gorzej?

Szybko się okazuje, że owszem. Wystarcza to, że Peyton poznaje w szkole pewnego uroczego, uśmiechniętego chłopaka, który zaczyna czuć do niej coś więcej…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68916-39-3
Rozmiar pliku: 781 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Po­stu­ka­ła tip­sem w okien­ko te­stu. Raz, dru­gi. Po­ta­rła je, jak­by to mo­gło co­kol­wiek zmie­nić.

Nie zmie­ni­ło. Dru­ga kre­ska była zbyt wy­ra­źna, żeby po­zo­sta­wić miej­sce na ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści. Po pro­stu tam wid­nia­ła, nie ro­bi­ąc so­bie nic z tego, że dla La­cey zna­czy­ła mniej wi­ęcej to samo, co na­de­jście bi­blij­nej apo­ka­lip­sy.

Od­blo­ko­wa­ła iPho­ne’a i za­częła wy­szu­ki­wać naj­bli­ższą ap­te­kę. Mu­sia­ła wzi­ąć ta­blet­kę. _Jak naj­szyb­ciej._ Nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na trze­cie dziec­ko. Prze­cież wy­cho­wy­wa­ła już dwo­je bez­u­ży­tecz­nych dar­mo­zja­dów po­że­ra­jących wszyst­kie oszczęd­no­ści, a je­śli mia­ła­by być szcze­ra – nie chcia­ła żad­ne­go z nich.

Za­jście w ci­ążę w na­sto­let­nim wie­ku uwa­ża­ła za swo­ją naj­wi­ęk­szą ży­cio­wą po­ra­żkę. Ow­szem, jej były mąż nie po­sia­dał się z ra­do­ści i ko­chał có­recz­kę, ale La­cey mia­ła wra­że­nie, że ich zwi­ązek stra­cił przez to cały blask. Bran­don po­świ­ęcał ma­łej Pey­ton wi­ęk­szo­ść wol­ne­go cza­su, a prze­cież mó­głby spędzać go o wie­le przy­jem­niej z żoną.

Nie mó­wi­ąc już o tym, że gdy­by nie płacz­li­we: „Ta­tu­siu, wróć szyb­ko do domu”, to jej fa­cet na­dal by żył. A tak zo­sta­ła wdo­wą jesz­cze przed trzy­dziest­ką. O ile wcze­śniej cór­ka ją iry­to­wa­ła, to po tym nie mo­gła na nią pa­trzeć.

Cza­sa­mi mówi się, że ktoś ko­cha swo­je dziec­ko, ale go nie lubi. Ona nie czu­ła żad­nej z tych rze­czy – Pey­ton zwy­czaj­nie ją de­ner­wo­wa­ła. Za ka­żdym ra­zem, kie­dy jej mąż lub jego brat roz­pły­wa­li się nad małą, La­cey gry­zła za­zdro­ść.

Pó­źniej Bran­don uma­rł, a ona wpa­dła na któ­re­jś z im­prez i na świat przy­sze­dł jej syn. Chcia­ła zo­sta­wić go w szpi­ta­lu, ale sko­ńczy­ła w cia­snym miesz­ka­niu z dwój­ką ba­cho­rów i to wy­da­wa­ło się gor­sze od wszyst­kie­go, cze­go do tej pory do­świad­czy­ła.

Tyle do­bre­go, że Pey­ton była już na tyle ogar­ni­ęta, że da­wa­ła radę za­jąć się młod­szym bra­tem. La­cey nie ob­cho­dzi­ły szcze­gó­ły tego ukła­du. Do­pó­ki bez­pro­ble­mo­wo kon­ty­nu­owa­ła ży­cie, do któ­re­go przy­wy­kła, cór­ka mo­gła ba­wić się w tę całą ro­dzi­nę z ma­łym za­smar­ka­ńcem, pro­szę bar­dzo. Byle tyl­ko jej w to nie mie­sza­li.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, ko­cha­nie?

Na dźwi­ęk gło­su Hud­so­na, fa­ce­ta, któ­ry zmaj­stro­wał jej naj­now­szy pro­blem, o mało nie upu­ści­ła te­stu do to­a­le­ty. Zu­pe­łnie za­po­mnia­ła, że mężczy­zna cze­ka na nią za drzwia­mi.

– Za­raz wyj­dę, skar­be­ńku, nie przej­muj się!

Mia­ła szczęście, że na nie­go tra­fi­ła. Nie chcia­ła za­prze­pa­ścić tych wszyst­kich ty­go­dni ura­bia­nia go. Po­przed­nie wpad­ki usu­wa­ła i gdy­by nie to, że tym ra­zem nie po­my­śla­ła za­wcza­su o kup­nie no­wych ta­ble­tek, nie mia­ła­by pro­ble­mu.

Wes­tchnęła cier­pi­ęt­ni­czo. Dla­cze­go ta­kie rze­czy mu­sia­ły się przy­da­rzać wła­śnie jej?!

I wte­dy La­cey olśni­ło. Zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że Hud­son jest w niej za­ko­cha­ny. Tak, wie­dzia­ła o tym aż za do­brze, ale z dru­giej stro­ny wie­dzia­ła rów­nież, że to w ka­żdej chwi­li może się sko­ńczyć. Te­le­fon, któ­ry trzy­ma­ła w dło­ni, za­pach dro­gich per­fum, zło­ty pie­rścio­nek z bry­lan­tem na jej pal­cu. Ko­la­cje w naj­lep­szych re­stau­ra­cjach i mężczy­zna trak­tu­jący ją tak, jak­by świat poza nią nie ist­niał. To było wszyst­ko, cze­go od lat pra­gnęła.

I to mo­gło się sko­ńczyć, gdy tyl­ko znu­dzi się Hud­so­no­wi. _Ale…_ Ten mężczy­zna ubó­stwiał swo­ją cór­kę. Był do bólu sku­pio­ny na ro­dzi­nie, cie­pło wy­ra­żał się na­wet o synu, któ­ry zda­wał się go żywo nie­na­wi­dzić.

Po­now­nie spoj­rza­ła na dwie kre­ski w okien­ku te­sto­wym. Prze­chy­li­ła gło­wę. _W su­mie…_

Po­pra­wi­ła w lu­ster­ku ma­ki­jaż, przy­wo­ła­ła na twarz uśmiech i ści­snęła w dło­ni test. Jesz­cze nie wie­dzia­ła, jak chce to uczy­nić, ale wszyst­ko po­wo­li kla­ro­wa­ło się w jej gło­wie. Mu­sia­ła po­świ­ęcić parę „przy­wi­le­jów”, ale je­śli dzi­ęki temu mia­ła sce­men­to­wać zwi­ązek… Była go­to­wa to zro­bić.

A dzie­cia­ki za­wsze mo­gła wy­słać do ja­ki­chś szkół. Naj­le­piej z in­ter­na­tem. Hud­son dys­po­no­wał na to środ­ka­mi.

Jed­nak mu­sia­ła po­go­dzić się z ich to­wa­rzy­stwem przy­naj­mniej w naj­bli­ższej per­spek­ty­wie. Ni­g­dy nie sądzi­ła, żeby by­cie po­strze­ga­ną jako ide­al­na part­ner­ka dla bo­ga­te­go praw­ni­ka wy­ma­ga po­ka­za­nia się w roli per­fek­cyj­nej mat­ki, ale da radę to ogar­nąć.

Hud­son cze­kał tuż za drzwia­mi. Krążył nie­spo­koj­nie po sy­pial­ni, kręcąc młyn­ka kciu­ka­mi. Nie było w tym nic dziw­ne­go, w ko­ńcu po­wie­dzia­ła mu, że go­rzej się po­czu­ła. Fa­cet wy­da­wał się aż prze­sad­nie opie­ku­ńczy względem niej, a ona… Cóż, ona ocze­ki­wa­ła do­kład­nie ta­kie­go trak­to­wa­nia.

I może jesz­cze po­zio­mu ży­cia, któ­ry mógł jej bez pro­ble­mu za­pew­nić.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał, do­pa­da­jąc do niej, gdy tyl­ko za­mknęła za sobą drzwi. – Wszyst­ko w po­rząd­ku? Po­trze­bu­jesz cze­goś? Może przy­nie­ść ci wody albo…

Uci­szy­ła go po­ca­łun­kiem. To wy­da­wa­ło się wła­ści­we, ale nie po­tra­fi­ła przy­wyk­nąć do tego, jak czu­je się w jego ra­mio­nach. Był mi­ęk­ki i ostro­żny. Nie mo­gła za­prze­czyć – to jej od­po­wia­da­ło. Lu­bi­ła być trak­to­wa­na jak ksi­ężnicz­ka, lu­bi­ła być cen­trum czy­je­goś świa­ta, ale cza­sem mia­ła wra­że­nie, że cze­goś w tym bra­ku­je. Wie­dzia­ła jed­nak, że dru­giej ta­kiej oka­zji może nie do­stać, a je­śli już mia­ła się sta­rzeć, to ra­czej w oto­cze­niu nudy i nie­sko­ńczo­ne­go źró­de­łka pie­ni­ędzy niż eks­cy­ta­cji i rów­no­cze­sne­go kle­pa­nia bie­dy.

– Mam coś dla cie­bie – szep­nęła mu do ucha.

– Masz coś dla mnie? – Spoj­rzał na nią z góry. – Nie ro­zu­miem, prze­cież wła­śnie…

Po­now­nie za­mknęła jego usta w po­ca­łun­ku. Je­śli przed chwi­lą mia­ła ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, to wła­śnie znik­nęły. Mo­gła zre­zy­gno­wać z odro­bi­ny wol­no­ści, kie­dy na sza­li le­ża­ło sy­pia­nie w je­dwab­nej po­ście­li i za­ku­py w tych uro­czych, dia­bel­nie dro­gich bu­ti­kach.

Po­ci­ągnęła Hud­so­na na łó­żko i usia­dła obok nie­go. Od razu ob­jął ją ra­mie­niem, jak­by sta­no­wi­ła coś cen­ne­go, na co na­le­ży szcze­gól­nie uwa­żać. Na jej usta wy­pły­nął mi­mo­wol­ny uśmiech.

– Wiem, że tego nie pla­no­wa­li­śmy – za­częła, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. – Nie zna­my się prze­sad­nie dłu­go, ale ko­cham cię. Ty też mnie ko­chasz, praw­da?

Zmarsz­czył brwi, ale nie wa­hał się na­wet przez se­kun­dę.

– Oczy­wi­ście, że cię ko­cham. Dla­cze­go o to py­tasz?

– Bo by­ło­by do­syć nie­zręcz­nie, gdy­byś w tej chwi­li za­prze­czył.

I wte­dy po­ka­za­ła mu test. Czy się stre­so­wa­ła? Nie. Zdąży­ła po­znać Hud­so­na i wie­dzia­ła, że ro­dzi­na jest dla nie­go prio­ry­te­tem. Spo­sób, w jaki mó­wił o Mag­gie i Car­te­rze, to, jak słu­chał, gdy opo­wia­da­ła mu o swo­ich dzie­ciach. Poj­mo­wa­ła, że nie ist­nie­je lep­szy spo­sób, żeby za­pew­nić so­bie jego uczu­cia.

Po­chy­lił się nad te­stem, nie od­ry­wa­jąc oczu od dwóch kre­sek. Przez chwi­lę trwał za­mro­żo­ny, po czym roz­ja­śnił się w uśmie­chu. Po­wo­li pod­nió­sł na nią spoj­rze­nie.

– Je­steś w ci­ąży?

Przy­tak­nęła, na­umy­śl­nie mil­cząc. Ła­twiej było mar­ko­wać eks­cy­ta­cję, gdy głos nie drżał z obrzy­dze­nia na myśl o tym, co sta­nie się w ci­ągu ko­lej­nych mie­si­ęcy z jej cia­łem. Aż za do­brze pa­mi­ęta­ła to, jak dłu­go do­cho­dzi­ła do sie­bie po na­ro­dzi­nach syna.

Hud­son wci­ągnął ją w ob­jęcia i gwa­łtow­nie po­ca­ło­wał. Z za­do­wo­le­niem za­uwa­ży­ła, że jesz­cze ni­g­dy nie zro­bił tego w ten spo­sób.

– Będzie­my mie­li wspól­ne dziec­ko? – za­py­tał, gdy w ko­ńcu się od niej ode­rwał. – Chy­ba je­stem w szo­ku, mu­szę się upew­nić. Nie żar­tu­jesz, praw­da? Będę oj­cem?

– Prze­cież już nim je­steś. – Za­śmia­ła się. – Mag­gie to świet­na dziew­czy­na, do­brze ją wy­cho­wa­łeś.

Coś mi­ęk­kie­go po­ja­wi­ło się w spoj­rze­niu Hud­so­na. Wie­dzia­ła, jak bar­dzo za­le­ży mu na tym, żeby mia­ła do­bry kon­takt z jego cór­ką. Kosz­to­wa­ło ją to spo­ro wy­si­łku, bo Mag­gie to jed­na z tych grzecz­nych, uło­żo­nych na­sto­la­tek, któ­re boją się prze­by­wa­nia w złym to­wa­rzy­stwie. La­cey jed­nak dała z sie­bie sto pro­cent, żeby zdo­być jej względy.

Du­żym uła­twie­niem było to, że dziew­czy­na na co dzień miesz­ka­ła ze swo­ją mat­ką i łączy­ła przy­szło­ść z gra­ni­ca­mi Wa­lii. Co praw­da gdzieś z boku kręcił się rów­nież do­ro­sły już Car­ter, zbun­to­wa­ny sy­na­lek, ale po­dob­no za chwi­lę miał się wy­pro­wa­dzić, a wte­dy ona i Hud­son zo­sta­li­by sami w tej ba­jecz­nie dro­giej wil­li z ba­se­nem. Przez kil­ka mie­si­ęcy mu­sia­ła­by prze­męczyć się z dwój­ką swo­ich mało­let­nich pi­ja­wek, jed­nak… La­cey wie­dzia­ła, że coś wy­my­śli. W ko­ńcu po­tra­fi­ła usta­wić się w ży­ciu, praw­da?

A sko­ro już o usta­wia­niu się w ży­ciu mowa… Od­su­nęła się od Hud­so­na i spoj­rza­ła na nie­go py­ta­jąco.

– Je­steś szczęśli­wy, praw­da?

– Je­stem wi­ęcej niż szczęśli­wy – od­pa­rł z po­wa­gą, po czym uśmiech­nął się i po­now­nie ją po­ca­ło­wał. – Ni­g­dy nie sądzi­łem, że po tylu la­tach będę miał ko­lej­ne dziec­ko, ale je­stem praw­do­po­dob­nie naj­szczęśliw­szym czło­wie­kiem cho­dzącym po zie­mi. Będzie­my ro­dzi­ca­mi, wy­obra­żasz to so­bie? Będę miał dziec­ko z ko­bie­tą, któ­rą ko­cham i któ­ra ko­cha mnie.

– Ja też je­stem szczęśli­wa – od­po­wie­dzia­ła, jed­nak na­gle po­pa­trzy­ła na nie­go prze­pra­sza­jąco. Zu­pe­łnie tak, jak to so­bie wy­kal­ku­lo­wa­ła. – Je­stem bar­dzo szczęśli­wa, ale mu­szę wra­cać do domu. Wiesz, że Pey­ton i Mor­gan zo­sta­li z moją ku­zyn­ką, ale ona za parę dni wra­ca do pra­cy i nie chcę, żeby dzie­cia­ki tyle prze­sia­dy­wa­ły w pu­stym miesz­ka­niu. Już i tak zbyt dłu­go mnie nie było, na pew­no tęsk­nią, zwłasz­cza mło­dy. Ży­cie na dwa domy jest trud­ne, ale ja­koś so­bie po­ra­dzi­my, praw­da? Mu­si­my, nie zo­sta­wię ich sa­mych.

Hud­son po­trząsnął gło­wą, jak­by sam po­my­sł „ży­cia na dwa domy” wy­dał mu się po­zba­wio­ny sen­su. Za­mknął jej dło­nie we wła­snych.

– Nie mu­sisz zo­sta­wiać ich sa­mych. Prze­cież już o tym roz­ma­wia­li­śmy, ko­cha­nie. Po pro­stu przy­spie­szy­my na­sze pla­ny.

– Je­steś pe­wien? – za­py­ta­ła, choć je­dy­ną my­ślą krążącą po jej gło­wie było: _Punkt dla mnie_.

– Oczy­wi­ście że je­stem. Ni­g­dy nie by­łem ni­cze­go bar­dziej pew­ny. Wiem, że to odro­bi­nę za szyb­ko, ale nie chcę, że­byś w ci­ąży mu­sia­ła po­ko­ny­wać te wszyst­kie ki­lo­me­try. Już od daw­na pra­gnąłem po­znać Pey­ton i Mor­ga­na i to chy­ba naj­lep­sza oka­zja ku temu.

Wci­ąż ści­ska­jąc jej dło­nie, po­ci­ągnął La­cey na ko­ry­tarz. Pchnął naj­bli­ższe drzwi, za któ­ry­mi znaj­do­wał się jego pry­wat­ny sa­lo­nik. A przy­naj­mniej po­wi­nien się znaj­do­wać, bo te­raz w po­miesz­cze­niu nie było żad­nych me­bli.

Spoj­rza­ła py­ta­jąco na Hud­so­na, a on uśmiech­nął się lek­ko.

– To będzie po­kój Mor­ga­na. Po­my­śla­łem, że chcia­ła­byś mieć syna bli­sko sie­bie, w ko­ńcu jest jesz­cze mały. Mia­łem za­mó­wić eki­pę od re­mon­tów, żeby tro­chę tu odświe­ży­li, ale…

– Je­steś ko­cha­ny, skar­bie – prze­rwa­ła mu, za­sko­czo­na tym, jak bar­dzo trosz­czył się o jej pa­so­ży… dzie­ci.

_O dzie­ci._

W tam­tym mo­men­cie do La­cey z całą mocą do­ta­rło, że ta ci­ąża jed­nak może być bło­go­sła­wie­ństwem. Je­śli uro­dzi Hud­so­no­wi uro­cze, ró­żo­we nie­mow­lę, fa­cet zro­bi dla niej wszyst­ko. Do­słow­nie wszyst­ko.

– Masz ra­cję – szep­nęła mu do ucha. – Nie ma na co cze­kać. Dzie­cia­ki będą za­chwy­co­ne. Wci­ąż o to­bie mó­wią i nie mogą się do­cze­kać, aż cię po­zna­ją.ROZDZIAŁ 1

Gdy­by ktoś kie­dyś po­wie­dział tej ma­łej dziew­czyn­ce w pi­łkar­skiej ko­szul­ce, że za kil­ka lat będzie ostro­żnie wy­su­wać się z ob­jęć młod­sze­go bra­ta, żeby zro­bić mu śnia­da­nie, wy­śmia­ła­by go.

By­łam eks­tra­wer­tycz­na do bólu, dzie­ci­ęco ego­istycz­na i roz­piesz­czo­na przez ta­tu­sia. A jed­nak w tym mo­men­cie krząta­łam się na pal­cach po kuch­ni, go­to­wa­łam mło­de­mu owsian­kę i ta­rłam ostat­nie ja­błko, żeby przy­pad­kiem się nim nie za­dła­wił.

Mia­łam sie­dem­na­ście lat, ar­cha­icz­ny te­le­fon z kla­wia­tu­rą i – przez ci­ągłe prze­pro­wadz­ki – ca­łko­wi­ty brak zna­jo­mych.

Mia­łam też bra­ta, nie­od­po­wie­dzial­ną mat­kę, a bio­rąc pod uwa­gę to ostat­nie ja­błko, rów­nież za­ku­py do zro­bie­nia.

Ży­cie bywa prze­wrot­ne i do­syć iro­nicz­ne, jak by na to nie pa­trzeć. Cóż, przy­naj­mniej mama nie kręci­ła się po domu od do­brych trzech ty­go­dni i ży­wi­łam ci­chą na­dzie­ję, że jesz­cze tro­chę będzie nas uni­kać.

Dzień za­po­wia­dał się na desz­czo­wy i ra­czej chłod­ny, więc chwy­ci­łam wi­szącą na krze­śle blu­zę i wsu­nęłam dło­nie w ręka­wy. Wy­szo­ro­wa­łam zęby nad ku­chen­nym zle­wem i wła­śnie ko­ńczy­łam zwi­ązy­wać wło­sy w nie­chluj­ny ku­cyk, gdy usły­sza­łam skrzy­pie­nie wer­sal­ki. Spo­mi­ędzy ko­ców wy­ło­ni­ła się gło­wa mo­je­go bra­ta. Jego pło­wa czu­pry­na ster­cza­ła pod nie­na­tu­ral­nym kątem, a na pra­wym po­licz­ku miał od­bi­ty ślad wła­snej dło­ni. Kie­dyś by mnie to nie roz­czu­li­ło, ale cza­sy się zmie­ni­ły.

Ja się zmie­ni­łam.

– Hej, kra­ker­sie – przy­wi­ta­łam się. – Głod­ny?

Za­wsze bu­dził się głod­ny, a je­śli mu­siał cze­kać na śnia­da­nie, ro­bił się ma­rud­ny i płacz­li­wy. Od po­cząt­ku tak było, już jako kil­ku­mie­si­ęcz­ny ma­luch do­no­śnym ry­kiem do­ma­gał się bu­tel­ki z mle­kiem, na­wet po pi­ęcio­mi­nu­to­wej drzem­ce. Szyb­ko na­uczył mnie, że jesz­cze za­nim na do­bre się obu­dzi, je­dze­nie po­win­no stać na sto­le.

Mor­gan po­ta­rł oczy i przy­czła­pał do kuch­ni, ści­ska­jąc pod pa­chą swo­je­go plu­szo­we­go mi­sia. Bez sło­wa wtu­lił się w mój brzuch, po­ci­ąga­jąc no­sem.

– Mama już wró­ci­ła? – za­py­tał, na­dal przy­tłu­mio­ny snem.

– Jesz­cze nie.

Od­su­nął się, wy­ra­źnie bar­dziej uszczęśli­wio­ny niż przed chwi­lą. Tak przy­pusz­cza­łam, że ta wia­do­mo­ść po­pra­wi mu hu­mor. Bez mamy w domu mo­gło być gło­śno, ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ło bie­ga­nie czy ska­ka­nie po wer­sal­ce.

Mor­gan po­słał mi ten swój słod­ko­pier­dzący uśmiech czte­ro­lat­ka. Wdra­pał się na krze­sło i przy­ci­ągnął do sie­bie pla­sti­ko­wą mi­secz­kę, w któ­rej po­wo­li sty­gła jego owsian­ka, a ja wresz­cie mo­głam na spo­koj­nie ogar­nąć za­war­to­ść lo­dów­ki. Przy­da­ły­by się ja­kieś owo­ce i mle­ko dla Mor­ga­na, więc z bó­lem ser­ca zaj­rza­łam do port­fe­la.

Je­śli mama nie wró­ci w ci­ągu ty­go­dnia, będę mu­sia­ła wci­snąć mło­de­go ma­łże­ństwu z na­prze­ciw­ka i pó­jść pod­re­pe­ro­wać bu­dżet wy­pro­wa­dza­niem psów albo ja­ki­miś in­ny­mi sąsiedz­ki­mi przy­słu­ga­mi.

Za­nim na do­bre za­częłam się tym przej­mo­wać, mój te­le­fon za­wi­bro­wał, o mało nie spa­da­jąc przy tym z bla­tu. Zła­pa­łam go w ostat­niej chwi­li i moim oczom uka­za­ła się wia­do­mo­ść:

OBCY NU­MER: Już wró­ci­ła? P.

Pod­pi­sał się, bo do­sko­na­le wie­dział, że nie mam jego nu­me­ru na li­ście kon­tak­tów. Co, swo­ją dro­gą, było bez­sen­sow­ne, nikt inny nie mó­głby do mnie na­pi­sać, prócz nie­go mia­łam tyl­ko Mor­ga­na. Żad­nych zna­jo­mych, ale chy­ba już o tym wspo­mi­na­łam.

Mama pew­nie do­sta­ła­by sza­łu, gdy­by się do­wie­dzia­ła, że utrzy­mu­ję z nim kon­takt.

JA: Wci­ąż sami.

Nie mu­sia­łam się pod­pi­sy­wać. Po­dej­rze­wa­łam, że ma mnie na szyb­kim wy­bie­ra­niu. I pew­nie tak było, bo te­le­fon roz­dzwo­nił się, jesz­cze za­nim do­sta­łam po­twier­dze­nie do­star­cze­nia wia­do­mo­ści. Z mi­mo­wol­nym uśmie­chem wci­snęłam zie­lo­ną słu­chaw­kę i zła­pa­łam pod­eks­cy­to­wa­ne spoj­rze­nie Mor­ga­na znad mi­ski.

– Hej, dzie­cia­ki! – Głos Peya prze­bił się przez char­cze­nie prze­sta­rza­łe­go gło­śni­ka.

– Cze­ść, wu­jek! – za­wo­łał mło­dy, roz­pry­sku­jąc wo­kół owsian­kę. – Tony wczo­raj za­bra­ła mnie na spa­cer i wiesz, co zna­le­źli­śmy?

Po­ło­ży­łam te­le­fon obok Mor­ga­na, zgar­nęłam z ko­mo­dy na­ręcze czy­stych ubrań i za­mknęłam się w ła­zien­ce. Mia­łam pod opie­ką czte­ro­lat­ka, więc rzad­ko uda­wa­ło mi się zna­le­źć chwi­lę na sa­mot­ny prysz­nic. Ja­sne, mo­gła­bym to ro­bić, kie­dy mały spał, ale sku­ba­niec ja­ki­mś cu­dem bu­dził się za ka­żdym ra­zem, gdy tyl­ko od­kręca­łam wodę.

Choć naj­chęt­niej sta­ła­bym pod go­rącym prysz­ni­cem mi­ni­mum pół go­dzi­ny, ogar­nęłam się w za­le­d­wie parę mi­nut. Woda jest dro­ga, a mama krzy­wo pa­trzy na zbyt wy­so­kie ra­chun­ki. Poza tym… Mia­łam nie­przy­jem­ne uczu­cie w żo­łąd­ku na myśl o tym, że je­śli nie wró­ci do ko­ńca mie­si­ąca, to będę mu­sia­ła się gło­wić, skąd wzi­ąć pie­ni­ądze. Gdy­by Pey się o tym do­wie­dział, praw­do­po­dob­nie nie da­łby mi żyć. Urządzi­łby ma­mie pie­kło, a ona naj­pew­niej uzna­ła­by wła­sną cór­kę za zdraj­czy­nię i znik­nęła, za­bie­ra­jąc ze sobą Mor­ga­na. Zmro­zi­ło mnie na samą myśl. Pa­mi­ęta­łam, jak wy­gląda­ło moje dzie­ci­ństwo po śmier­ci taty i nie chcia­łam, żeby mój brat miał ta­kie wspo­mnie­nia.

Kie­dy wci­ąga­łam na sto­py skar­pet­ki, drzwi ła­zien­ki uchy­li­ły się i w szpa­rze po­ja­wi­ła się ro­ze­śmia­na twarz Mor­ga­na.

– Wu­jek chce z tobą roz­ma­wiać.

No i o wil­ku mowa, choć Pey na­wet nie jest praw­dzi­wym wuj­kiem mo­je­go bra­ta. Tata uma­rł, kie­dy mia­łam osiem lat, a Mor­gan uro­dził się, kie­dy mia­łam ich trzy­na­ście. Mama ni­g­dy nie po­wie­dzia­ła mi, kto jest jego oj­cem. My­ślę, że sama tego nie wie­dzia­ła.

Prze­jęłam te­le­fon i z obrzy­dze­niem wy­ta­rłam reszt­ki owsian­ki z ekra­nu. Na szczęście ten mo­del oka­zał się pan­cer­ny, bo prze­żył już upa­dek z czwar­te­go pi­ętra, uto­pie­nie w to­a­le­cie i noc w lo­dów­ce.

Mały wci­ąż stał w drzwiach, przy­gląda­jąc mi się z za­cie­ka­wie­niem, więc po­sła­łam mu zna­czące spoj­rze­nie.

– Sko­ńczy­łeś już jeść?

– Nie mia­łem cza­su.

– Te­raz masz, więc idź i zjedz.

Na­dal nie ru­szał się z miej­sca, nie­chęt­ny do prze­by­wa­nia sa­mot­nie w in­nym po­miesz­cze­niu, na­wet je­śli to tyl­ko dwa jar­dy od­le­gło­ści i cien­ka ścia­na mi­ędzy nami.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi i wy­pchnęłam go za drzwi.

– Dra­żet­ko, śnia­da­nie, już.

Kie­dy usły­sza­łam szu­ra­nie krze­sła po li­no­leum, ci­cho przy­mknęłam drzwi ła­zien­ki, zo­sta­wia­jąc je­dy­nie mi­kro­sko­pij­ną szpa­rę. Przy­ci­snęłam ra­mie­niem te­le­fon do ucha i wzi­ęłam się za roz­cze­sy­wa­nie mo­krych wło­sów.

– Już je­stem – mruk­nęłam do słu­chaw­ki.

– Hej, Tony, jak tam u was?

Uśmiech­nęłam się na dźwi­ęk gło­su wuj­ka. Okrop­nie mi go bra­ko­wa­ło. Często wy­cho­dzi­łam z Mor­ga­nem do bi­blio­te­ki i tam roz­ma­wia­li­śmy z Pey­em przez ka­mer­kę in­ter­ne­to­wą, ale praw­da była taka, że od śmier­ci taty oso­bi­ście wi­dy­wa­łam się z nim za­le­d­wie dwa razy do roku. W ta­jem­ni­cy przed mamą. Ni­g­dy nie bra­łam na te spo­tka­nia młod­sze­go bra­ta, bo ba­łam się, że mó­głby się jej nie­chcący wy­ga­dać.

– Nie jest źle – od­pa­rłam krót­ko, mo­dląc się, żeby nie drążył. – W domu spo­kój, ni­cze­go nam nie bra­ku­je. A jak u cie­bie?

– Zmie­niasz te­mat? – Do­bie­gł mnie jego szcze­kli­wy śmiech. – Nie będę do­py­ty­wał, je­śli tego nie chcesz. Wiesz, jak u mnie jest, wszyst­ko po sta­re­mu. Sta­ram się nie wy­chy­lać, ale lu­dzie co ja­kiś czas so­bie o mnie przy­po­mi­na­ją. Nie­daw­no zno­wu na ze­wnątrz za­ro­iło się od tych hien z apa­ra­ta­mi.

– Wi­dzia­łam rocz­ni­co­we fil­mi­ki na Tik­To­ku.

Co roku by­łam świad­kiem tego sa­me­go cyr­ku – wy­grze­by­wa­nie fil­mów i zdjęć sprzed pra­wie de­ka­dy i li­cze­nie na to, że sta­ną się vi­ra­lem. To na­gra­nie z ostat­niej wal­ki wuj­ka, zbli­że­nie na mo­ment, w któ­rym West ude­rzył go w tył gło­wy.

Za­go­to­wa­łam się na samą myśl o De­re­ku We­ście. To nie tak, że nie pró­bo­wa­łam mu wy­ba­czyć. Pró­bo­wa­łam, ale rana w moim ser­cu nie po­tra­fi­ła się za­go­ić. Jątrzy­ła się, choć Pey wci­ąż mi po­wta­rzał, że to nie była ni­czy­ja wina.

Do­bry na­strój mo­men­tal­nie się ulot­nił. Obo­je za­mil­kli­śmy na dłu­ższą chwi­lę. To na­sza wspól­na rocz­ni­ca, choć do­sko­na­le wie­dzia­łam, że on stra­cił wte­dy wi­ęcej ode mnie. Gdy­by tyl­ko te sępy mo­gły to po­jąć…

Pey nie miał już do nich cier­pli­wo­ści. Ro­bił się na to za sta­ry. Lu­dzie na­dal wi­dzie­li go jako mło­dzie­niasz­ka – ta­kie­go go za­pa­mi­ęta­li. W rze­czy­wi­sto­ści nie był już mło­dy, a przy­naj­mniej nie tak, jak ja­wił się w ich oczach. Był sła­by i po­ra­nio­ny w zbyt oczy­wi­sty spo­sób.

– Nie po­wi­nie­nem był ru­szać tego te­ma­tu – prze­pro­sił. – Twój tata…

– Daj spo­kój – prze­rwa­łam mu, pró­bu­jąc roz­lu­źnić at­mos­fe­rę. Ze­bra­łam roz­cze­sa­ne wło­sy na czub­ku gło­wy i spi­ęłam je klam­rą. – Te fil­mi­ki były bez­na­dziej­ne, tak swo­ją dro­gą. Cho­ciaż po­do­ba­ła mi się kom­pi­la­cja zdjęć, na któ­rych cho­wa­łeś się przed pa­pa­raz­zi w ka­wiar­ni, z taką tle­nio­ną blon­dyn­ką.

– Mu­sisz mi to zno­wu wy­po­mi­nać? – wy­mam­ro­tał zre­zy­gno­wa­nym gło­sem. – To była jed­no­ra­zo­wa po­my­łka, któ­ra ni­g­dy wi­ęcej nie mia­ła miej­sca. Zresz­tą, skąd mia­łem wie­dzieć, że będzie pró­bo­wa­ła mnie ca­ło­wać przed tymi wszyst­ki­mi apa­ra­ta­mi, żeby tyl­ko zy­skać pięć mi­nut sła­wy?

– Two­ja mina…

– A nie by­ła­byś prze­ra­żo­na na moim miej­scu? Zna­łem dziew­czy­nę od ja­ki­chś dwu­dzie­stu mi­nut i na­wet nie zdąży­łem jej za­py­tać, ile ma lat. A wy­gląda­ła na cho­ler­nie mło­dą i ba­łem się, że do wie­czo­ra zo­sta­nę okrzyk­ni­ęty pe­do­fi­lem!

W ko­ńcu nie uda­ło mi się utrzy­mać po­wa­żne­go tonu i za­częłam du­sić się ze śmie­chu.

– Ja nie wiem, po kim masz tę wro­dzo­ną zło­śli­wo­ść – fuk­nął Pey, ale w jego gło­sie usły­sza­łam nutę roz­ba­wie­nia.

– Jak to po kim? Moim wuj­kiem jest Pey­ton Ru­sty, mówi ci to coś?

– Za­raz się roz­łączę – za­gro­ził, choć obo­je wie­dzie­li­śmy, że ni­g­dy nie za­ko­ńczy­łby roz­mo­wy w ten spo­sób. – Je­steś okrop­na.

– Wci­ąż two­je geny – od­ci­ęłam się.

Drzwi ła­zien­ki po­now­nie się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich Mor­gan. Skrzy­wi­łam się na wi­dok resz­tek owsian­ki na jego twa­rzy i przo­dzie pi­ża­my. Uśmiech­nął się roz­bra­ja­jąco i wy­ci­ągnął w moją stro­nę ubra­nia, któ­re wy­brał so­bie na ten dzień. Bez sło­wa po­ci­ągnęłam go na pla­sti­ko­wy sto­pień przed umy­wal­ką.

– Mu­szę ko­ńczyć, Mor­gan w ko­ńcu zja­dł śnia­da­nie i po­win­nam go po­rząd­nie wy­szo­ro­wać – oznaj­mi­łam Pey­owi. – Se­rio, ma owsian­kę na­wet w no­sie.

Mło­dy wy­glądał na wy­jąt­ko­wo dum­ne­go z sie­bie, kie­dy za­częłam ci­ągnąć za ręka­wy, żeby mógł wy­jąć z nich ręce bez roz­prze­strze­nie­nia ba­ła­ga­nu na całą ła­zien­kę. Cóż, przy­naj­mniej wspó­łpra­co­wał i po chwi­li jego pi­ża­ma wy­lądo­wa­ła w wan­nie.

– Ja­sne, dzie­cia­ki, nie będę wam prze­szka­dzał. Trzy­maj­cie się cie­pło. I gdy­by­ście cze­goś po­trze­bo­wa­li, Tony, daj mi znać.

– Nie ma pro­ble­mu – mruk­nęłam, choć pro­sze­nie Peya o po­moc było czy­mś, na co nie mo­głam so­bie po­zwo­lić. Pod­su­nęłam te­le­fon do ucha Mor­ga­na. – Drop­sie, po­że­gnaj się.

– Pa, pa, wuj­ku, ko­cham cię! – za­wo­łał z ca­łym swo­im dzie­ci­ęcym en­tu­zja­zmem.

– Trzy­maj­cie się!

Za­ko­ńczy­łam po­łącze­nie i odło­ży­łam te­le­fon na kra­wędź wan­ny.

– Go­to­wy na na­ukę nur­ko­wa­nia? – za­py­ta­łam Mor­ga­na.

– Aha!

Chwy­ci­łam go za kark i na­chy­li­łam jego gło­wę nad umy­wal­ką. Szo­ro­wa­łam mu twarz tak dłu­go, aż była ide­al­nie czy­sta i za­ró­żo­wio­na. Pó­źniej przy­tknęłam bra­tu chu­s­tecz­kę do nosa i ka­za­łam dmu­chać. To było obrzy­dli­we, ale zdąży­łam przy­wyk­nąć do ró­żnych okrop­no­ści zwi­ąza­nych z dzie­ćmi. Nic nie mo­gło po­bić zmia­ny pie­luch, kie­dy mło­dy miał gry­pę żo­łąd­ko­wą. Ze­mdli­ło mnie na samą myśl.

Po­mo­głam bra­tu wy­szo­ro­wać zęby, wło­żyć bie­li­znę i skar­pet­ki, a na­stęp­nie wy­pchnęłam go z ła­zien­ki. Skon­tro­lo­wa­łam ubra­nia, któ­re dla sie­bie wy­brał i ru­szy­łam za nim. Odło­ży­łam T-shirt na wer­sal­kę i si­ęgnęłam po nie­co już spra­ną blu­zę z kap­tu­rem.

– Chcia­łem ko­szul­kę z wo­zem stra­żac­kim, to moja ulu­bio­na – za­pro­te­sto­wał Mor­gan.

– Jest za zim­no na krót­ki rękaw.

Skrzy­żo­wał ręce na klat­ce pier­sio­wej i już wie­dzia­łam, że w grę wcho­dzi je­dy­nie wóz stra­żac­ki. Ktoś tu był w wy­jąt­ko­wo bo­jo­wym na­stro­ju tego dnia.

– Wca­le nie jest zim­no! Jest cie­pło!

– Jak za­cho­ru­jesz, to tra­fisz do szpi­ta­la. – Si­ęgnęłam po grub­szy ka­li­ber. – Dzie­ci leżą w szpi­ta­lu albo same, albo pod opie­ką oso­by do­ro­słej.

Mor­gan mo­men­tal­nie stra­cił za­pał do wal­ki, pa­trząc na mnie z nie­do­wie­rza­niem. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i rzu­ci­łam w nie­go blu­zą. Obo­je wie­dzie­li­śmy, że mama ni­g­dy w ży­ciu nie usie­dzia­ła­by w szpi­ta­lu. Jęk­nął prze­sad­nie gło­śno i za­czął szu­kać otwo­ru na gło­wę.

– To nie­spra­wie­dli­we – burk­nął gło­sem przy­tłu­mio­nym przez ma­te­riał.

– Ży­cie nie jest spra­wie­dli­we, kró­licz­ku – mruk­nęłam, ale mo­men­tal­nie ude­rzy­ły we mnie wy­rzu­ty su­mie­nia. Mor­gan był za mały, żeby wy­słu­chi­wać ta­kich mądro­ści. – Do­bra, mniej­sza z tym. Sko­ńcz się wresz­cie ubie­rać, to pój­dzie­my na za­ku­py.

– A ku­pisz mi coś słod­kie­go?

To py­ta­nie za­bo­la­ło moją kie­szeń. Mor­gan jak na ra­zie ły­kał wy­mów­kę, że śnia­da­nia ja­da­łam, za­nim on się bu­dził. Zwy­czaj­nie było mi szko­da wy­da­wać pie­ni­ądze na sie­bie, kie­dy mu­sia­łam za­dbać o to, żeby on co rano miał coś bar­dziej war­to­ścio­we­go na ta­le­rzu. Li­czy­łam, że się nie zo­rien­tu­je.

W ze­szłym mie­si­ącu wy­pa­trzył w skle­pie ana­na­sa. Trud­no było mi go prze­ko­nać, że po­win­ni­śmy wło­żyć do ko­szy­ka coś bar­dziej przy­ziem­ne­go. Do tej pory tego nie prze­bo­lał, choć – prócz tęsk­nych spoj­rzeń – już nie po­ru­szał te­ma­tu.

Wes­tchnęłam ci­ężko.

– Je­śli nie będziesz się tak guz­drał, to może ku­pi­my cze­ko­la­dę – obie­ca­łam, re­zy­gnu­jąc w my­ślach z no­wych bu­tów, na któ­re bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łam odło­żyć od dłu­ższe­go cza­su.

Twarz mło­de­go po­ja­śnia­ła. Od razu uda­ło mu się wsu­nąć ręce w ręka­wy blu­zy. Po­de­rwał się, żeby zna­le­źć buty. Wte­dy jed­nak do mo­ich uszu do­bie­gł dźwi­ęk klu­cza wsu­wa­ne­go do zam­ka. Znie­ru­cho­mie­li­śmy. Uśmiech spły­nął z ust Mor­ga­na.

Po chwi­li drzwi się otwo­rzy­ły i mama we­szła do miesz­ka­nia. Wraz z nią wpa­dł do środ­ka za­pach po­dej­rza­nie dro­gich per­fum.

Mło­dy bez sło­wa za­czął sprzątać za­baw­ki z dy­wa­nu. Nie miał ich zbyt wie­le, ale do­sko­na­le wie­dział, że mama nie lubi, gdy leżą po­roz­rzu­ca­ne na podło­dze.

Spoj­rza­łam na nią zmie­sza­na, nie­pew­na tego, co tak wła­ści­wie się dzie­je. Mat­ka po­win­na wy­glądać na cho­ciaż fa­łszy­wie skru­szo­ną po trzech ty­go­dniach nie­obec­no­ści, któ­re, jak za ka­żdym ra­zem, mia­ły trwać je­dy­nie parę go­dzin. Tym ra­zem jed­nak sta­ła przede mną uśmiech­ni­ęta i w mar­ko­wych ubra­niach, na któ­re ni­g­dy nie by­ło­by nas stać.

– Hej, mamo – ode­zwa­łam się ostro­żnie. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Zi­gno­ro­wa­ła moje py­ta­nie. Uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej. Na­wet nie zdej­mu­jąc ubło­co­nych bu­tów, si­ęgnęła do sza­fy po na­sze sfa­ty­go­wa­ne wa­liz­ki.

– Mam dla was nie­spo­dzian­kę – oznaj­mi­ła pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem. – Prze­pro­wa­dza­my się, tym ra­zem już na sta­łe.ROZDZIAŁ 2

Za­ma­rłam. Mia­łam sie­dem­na­ście lat, czy­li zo­stał nie­ca­ły rok do mo­ich uro­dzin i do­pe­łnie­nia umo­wy, któ­rą za­wa­rłam z mamą. Li­czy­łam, że do tego cza­su uda mi się po­wstrzy­mać ją od ja­kich­kol­wiek prze­pro­wa­dzek.

To miesz­ka­nie wca­le nie było ta­kie złe. Ow­szem, wy­ma­ga­ło re­mon­tu i bra­ko­wa­ło w nim miej­sca na trzy oso­by, ale znaj­do­wa­ło się w spo­koj­nej, bez­piecz­nej oko­li­cy. No i sąsie­dzi z na­prze­ciw­ka nie mie­li pro­ble­mów z tym, żeby nie­od­płat­nie za­opie­ko­wać się Mor­ga­nem raz na ja­kiś czas, kie­dy po­trze­bo­wa­łam do­ro­bić.

Poza tym po­jęcie „na sta­łe” ozna­cza­ło w słow­ni­ku mo­jej mat­ki zu­pe­łnie co in­ne­go niż w moim. Tu­taj też mie­li­śmy zo­stać „na sta­łe”, a nie mi­nęło na­wet pół roku, od­kąd się wpro­wa­dzi­li­śmy. Bo­la­ło mnie to. Tym bar­dziej, że Mor­gan do­pie­ro nie­daw­no zdążył się za­akli­ma­ty­zo­wać.

Pa­trzy­łam, jak mama opró­żnia ko­lej­ne szu­fla­dy z ubrań, i tym ra­zem, o dzi­wo, na­wet za­da­wa­ła so­bie trud, żeby sta­ran­nie ukła­dać je w wa­liz­ce – przy po­przed­nich prze­pro­wadz­kach po pro­stu wrzu­ca­ła wszyst­ko do środ­ka jak leci.

– Dla­cze­go mu­si­my się prze­pro­wa­dzić? – za­py­ta­łam, na­dal oszo­ło­mio­na. Po­czu­łam, jak Mor­gan przy­kle­ja się do mo­jej nogi. In­stynk­tow­nie po­ło­ży­łam rękę na jego gło­wie. – Pil­no­wa­łam ra­chun­ków, miesz­ka­nie jest opła­co­ne. Nie ro­zu­miem, mamy ja­kieś kło­po­ty?

– Dla­cze­go mie­li­by­śmy mieć kło­po­ty? – To mu­sia­ło być py­ta­nie re­to­rycz­ne, mama często mie­wa­ła kło­po­ty z ró­żny­mi lu­dźmi. – Pey­ton, nie stercz w miej­scu, tyl­ko pa­kuj swo­je rze­czy. Na dole cze­ka na nas kie­row­ca. Nie mamy cza­su na bzdu­ry, we­źcie się wresz­cie za te tor­by.

_Kie­row­ca?_ Wyj­rza­łam przez okno. Kil­ka pi­ęter ni­żej, na za­ka­zie par­ko­wa­nia, sta­ło czar­ne Vo­lvo z chro­mo­wa­ny­mi zdo­bie­nia­mi. Sa­mo­chód wy­glądał na ab­sur­dal­nie dro­gi. Zresz­tą, je­śli ktoś nie przej­mu­je się tym, że może do­stać man­dat, musi mieć na to pie­ni­ądze.

W tam­tym mo­men­cie mnie oświe­ci­ło. Dłu­ga nie­obec­no­ść mamy, a te­raz po­wrót w świet­nym hu­mo­rze i in­for­ma­cja, że się prze­pro­wa­dza­my. Już parę razy tak było, choć ni­g­dy tak na­gle. I ni­g­dy wcze­śniej nie uda­ło jej się zna­le­źć prze­sad­nie bo­ga­te­go fa­ce­ta, a już na pew­no nie ta­kie­go, któ­ry pi­sa­łby się na miesz­ka­nie z dwój­ką ob­cych dzie­cia­ków.

Wzi­ęłam Mor­ga­na na ręce, choć już ugi­na­łam się pod jego ci­ęża­rem. Wy­czy­ta­łam z twa­rzy bra­ta, że on też wie, co się dzie­je. Już ze dwa razy mama oznaj­mia­ła mu, że od tej pory ma no­we­go ta­tu­sia, choć ni­g­dy nie trwa­ło to dłu­żej niż parę mie­si­ęcy. By­łam na nią okrop­nie zła o to, że robi dzie­cia­ko­wi wodę z mó­zgu. Cóż, pierw­szy z nich nas ole­wał, a dru­gi wręcz prze­ciw­nie. Upi­jał się i za­nim mat­ka od nie­go ucie­kła, je­dy­ne, co mo­głam ro­bić, to chro­nić młod­sze­go bra­ta na­wet za cenę wła­sne­go bez­pie­cze­ństwa.

– Mamo, chy­ba mu­si­my po­roz­ma­wiać – za­częłam, sta­ra­jąc się nie wy­buch­nąć. – Mo­żesz mi do­kład­nie po­wie­dzieć, co się dzie­je?

– Mó­wisz, jak­byś tego nie wie­dzia­ła. – Do­pi­ęła wa­liz­kę ze swo­imi ubra­nia­mi i po­sta­wi­ła ją pod drzwia­mi.

– Wiem, co się dzie­je, ale nie ro­zu­miem dla­cze­go. Prze­cież pró­bo­wa­łaś już tyle razy i…

– Te­raz jest ina­czej – ob­ru­szy­ła się. – Hud­son jest inny, po­wa­żny i od­po­wie­dzial­ny. Wie o was i nie może się do­cze­kać, aż się po­zna­cie.

– Nie wiem, czy ja i Mor­gan chce­my go po­znać – stwier­dzi­łam ostro­żnie, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. – Nie zna­my go, ty praw­do­po­dob­nie też nie­zbyt. Nie da się po­znać dru­gie­go czło­wie­ka w trzy ty­go­dnie.

Cza­sa­mi czu­łam się okrop­nie zmęczo­na fak­tem, że w na­szej ro­dzi­nie to ja by­łam tym od­po­wie­dzial­nym czło­wie­kiem, któ­ry ogar­niał ży­cie. Mu­sia­łam nim być, bo mama chy­ba utknęła z roz­wo­jem emo­cjo­nal­nym na po­zio­mie li­ce­alist­ki. Jak wy­tłu­ma­czyć trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­niej na­sto­lat­ce, że prze­pro­wa­dza­nie się z dwój­ką dzie­ci do fa­ce­ta, któ­re­go zna tak krót­ko, to ra­czej kiep­ski po­my­sł?

– Hud­son to do­bry czło­wiek – za­zna­czy­ła, pew­na swe­go. – Ma dwo­je dzie­ci, tak jak ja. Mag­gie jest pra­wie w two­im wie­ku, to bar­dzo miła i mądra dziew­czy­na. Będzie­cie mia­ły oka­zję się po­znać, bo wła­śnie prze­by­wa w Sta­nach. Na co dzień miesz­ka z mat­ką w Wa­lii, ale wszyst­kie dłu­ższe prze­rwy od szko­ły spędza u Hud­so­na. To świet­ny oj­ciec, Mag­gie za nim prze­pa­da.

– A to dru­gie dziec­ko?

– Jest star­szy, rzad­ko bywa w domu. Poza tym nie­dłu­go się wy­pro­wa­dza, a Mag­gie wkrót­ce za­cznie stu­dia na pry­wat­nej uczel­ni w Wa­lii, więc będzie­cie mieć cały dom dla sie­bie.

Mama po­de­szła do mnie i wy­jęła Mor­ga­na z mo­ich ra­mion. Mło­dy pod­dał się temu, choć wy­glądał na bar­dzo nie­szczęśli­we­go. Po­sta­wi­ła go na zie­mi i wci­snęła mu do rąk spor­to­wą tor­bę.

– Za­cznij się pa­ko­wać, już – za­żąda­ła.

Po­słu­chał, choć jego ru­chy były ner­wo­we i po pro­stu wsy­py­wał swo­je rze­czy bez­ład­nie do środ­ka. Spoj­rzał na mnie bła­gal­nie, a ja po­czu­łam, że za­czy­nam się po­cić. Zła­pa­łam mat­kę za ra­mię, pró­bu­jąc na chwi­lę prze­rwać ten szał pa­ko­wa­nia i prze­mó­wić jej do roz­sąd­ku.

– Nie znasz tego ca­łe­go Hud­so­na! – stwier­dzi­łam do­bit­nie. – Może i jest do­brym oj­cem, ale skąd mo­żesz wie­dzieć, co robi za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi? To były tyl­ko trzy ty­go­dnie! My­ślisz, że po­zna­ny w ba­rze fa­cet to do­bry ma­te­riał na chło­pa­ka?!

– Nie rób ze mnie idiot­ki! – wrza­snęła. Mor­gan sku­lił się i za­czął jesz­cze szyb­ciej wrzu­cać ubra­nia do tor­by. – Je­śli ci mó­wię, że tym ra­zem to coś in­ne­go, to tak jest! Wca­le nie znam go od trzech ty­go­dni. Cho­dzi­my ze sobą już trze­ci mie­si­ąc i my­ślę, że to aż nad­to. Poza tym wca­le nie po­zna­łam go w ba­rze, tyl­ko w ko­lej­ce u le­ka­rza. Od­wió­zł mnie do ho­te­lu po tym, jak ostat­nio skręci­łam kost­kę. Trosz­czył się o mnie, co­dzien­nie dzwo­nił i upew­niał się, czy nie po­trze­bu­ję po­mo­cy. Mar­twił się, ro­zu­miesz?!

Wes­tchnęłam z re­zy­gna­cją. Mama ko­cha­ła być trak­to­wa­na jak ksi­ężnicz­ka i od śmier­ci taty cały czas szu­ka­ła no­we­go ksi­ęcia z baj­ki, któ­re­mu wy­star­czy do szczęścia sam fakt jej ist­nie­nia. Cza­sa­mi my­śla­łam o tym, że oj­ciec po­zwa­lał na to wszyst­ko tyl­ko dla­te­go, że by­łam wpad­ką z ich mło­dzie­ńczych lat i czuł się w obo­wi­ąz­ku o nas dbać.

Po­ta­rłam oczy i uklękłam obok Mor­ga­na. Wy­jęłam z roz­trzęsio­nych dło­ni mło­de­go ko­szul­kę, sta­ran­nie ją zło­ży­łam i wci­snęłam na dno tor­by. Po­mo­głam mu spa­ko­wać się do ko­ńca i gdy za­czął zbie­rać nie­licz­ne za­baw­ki, ja wzi­ęłam się za swo­je rze­czy. Nie było tego dużo: tro­chę ubrań, te­le­fon z ła­do­war­ką, al­bum ze zdjęcia­mi i plu­szo­wy sło­nik, któ­re­go do­sta­łam kie­dyś od taty.

– Nie bądź ego­istycz­na, Pey­ton – wy­mam­ro­ta­ła mama, któ­ra wła­śnie wy­szła ze swo­jej sy­pial­ni z ko­lej­ną tor­bą. – Ja też mam pra­wo być szczęśli­wa.

– Oczy­wi­ście, że masz do tego pra­wo – burk­nęłam. – Nie mo­głaś po­cze­kać z tym do mo­ich uro­dzin? Wte­dy by­ło­by ci ła­twiej ko­goś zna­le­źć.

Mama sta­nęła nade mną z za­ło­żo­ny­mi ręka­mi.

– Nie ro­zu­miesz. Hud­son chce mieć mnie przy so­bie. Je­stem z nim w ci­ąży. To do­pie­ro dru­gi mie­si­ąc, ale…

Da­lej już nie słu­cha­łam. Skła­da­na wła­śnie blu­za wy­su­nęła mi się z rąk. Czy­ste prze­ra­że­nie zmro­zi­ło mnie na dłu­ższą chwi­lę. _Ci­ąża?_ Te­raz, kie­dy do mo­ich osiem­na­stych uro­dzin po­zo­sta­ło tak nie­wie­le cza­su i wresz­cie mo­głam się uwol­nić od ży­cia pod jed­nym da­chem z mamą? Od ci­ągłej od­po­wie­dzial­no­ści za nią?

Ko­cha­łam Mor­ga­na. Ko­cha­łam go bar­dziej niż ona kie­dy­kol­wiek, ale nowe dziec­ko w na­szej ro­dzi­nie mo­gło wszyst­ko znisz­czyć. W tam­tym mo­men­cie po­zo­sta­ło mi tyl­ko mo­dlić się o to, żeby ten cały Hud­son fak­tycz­nie oka­zał się tak cu­dow­nym oj­cem i wzi­ął od­po­wie­dzial­no­ść za ba­cho­ra, któ­re­go zmaj­stro­wał mo­jej mat­ce.

Kie­dy ze­szli­śmy na dół ze wszyst­ki­mi tor­ba­mi, z cze­go wi­ęk­szo­ść na­le­ża­ła do mamy, kie­row­ca cze­kał na nas z otwar­tym ba­ga­żni­kiem. Był to ele­ganc­ko ostrzy­żo­ny mężczy­zna w mod­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych i ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze. Na pierw­szy rzut oka wi­dać, że pra­cu­je dla ko­goś bar­dzo ma­jęt­ne­go. Zresz­tą, sa­mo­chód z bli­ska rów­nież nie po­zo­sta­wiał ku temu żad­nych wąt­pli­wo­ści – prak­tycz­nie ba­łam się usi­ąść na nie­ska­zi­tel­nie bia­łej ta­pi­cer­ce, któ­rą obi­to fo­te­le.

– No już, wsia­daj­cie – rzu­ci­ła mama w na­szą stro­nę.

W środ­ku cze­kał fo­te­lik, je­den z tych wy­pa­sio­nych, dro­gich mo­de­li, któ­re wi­dy­wa­łam cza­sa­mi na re­la­cjach u ce­le­bry­tów. Mu­siał być pro­sto ze skle­pu, bo nie miał na­wet rysy. Po­sa­dzi­łam w nim Mor­ga­na i przez chwi­lę gło­wi­łam się, jak po­win­nam za­pi­ąć klam­rę przy pa­sach. Gdy wresz­cie do tego do­szłam, bez sło­wa wgra­mo­li­łam się na miej­sce obok bra­ta.

Mor­gan wy­glądał na prze­stra­szo­ne­go i rów­nie zre­zy­gno­wa­ne­go co ja. Nie ode­zwał się jed­nak na­wet sło­wem. W to­wa­rzy­stwie ob­cych lu­dzi był nie­śmia­ły i wy­jąt­ko­wo ci­chy. Chwy­ci­łam jego rękę w swo­je dło­nie.

– Będzie do­brze, pra­lin­ko. – Spró­bo­wa­łam go po­cie­szyć. – To tyl­ko kil­ka mie­si­ęcy, do­pó­ki nie sko­ńczę osiem­na­stu lat, praw­da?

Po­ki­wał nie­znacz­nie gło­wą, ale nie wy­glądał na prze­ko­na­ne­go.

– Nie chcę się prze­pro­wa­dzać do tego Hud­so­na – szep­nął. – Nie znam go.

– Ja też nie chcę, ale to tyl­ko na ja­kiś czas. Damy radę, praw­da?

– Tak, chy­ba tak…

Mia­łam na­dzie­ję, że te mie­si­ące upły­ną nam we względ­nym spo­ko­ju. Obo­je wie­dzie­li­śmy, że przy ma­mie to wca­le nie było ta­kie pew­ne. Do­da­jąc do tego rów­na­nia jej no­we­go chło­pa­ka, wszyst­ko mo­gło się tyl­ko nie­po­trzeb­nie skom­pli­ko­wać.

Wie­dzia­łam jed­no – co­kol­wiek by się dzia­ło, przede wszyst­kim mu­szę za­dbać o Mor­ga­na.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij