-
nowość
-
promocja
Nie potrafię cię nienawidzić - ebook
Nie potrafię cię nienawidzić - ebook
Peyton
Ona chce zapewnić bezpieczeństwo młodszemu bratu. Chroni go przed destrukcyjnym wpływem ich matki, jednocześnie dbając o to, żeby nie znaleźli się na celowniku opieki społecznej. Wierzy, że kiedy skończy osiemnaście lat, wreszcie znajdzie dla niej i Morgana spokojny dom. Musi tylko wytrzymać do tej chwili i wszystko zacznie się układać.
Carter
On popełnił błąd. Wszedł do świata, z którego nie ma wyjścia, i teraz płaci za to najwyższą cenę. To sprawia, że jest zgorzkniały, wściekły na wszystko i wszystkich. Wydaje się jednak, że do nikogo innego nie pała tak wielką nienawiścią, jak do Peyton. Przysięga zrobić, co w jego mocy, żeby pozbyć się jej ze swojego życia.
To była nienawiść od pierwszego wejrzenia
Za kilka miesięcy ich rodzice się pobiorą, więc są zmuszeni do zamieszkania pod jednym dachem. On jej nienawidzi, ona się go boi, a do eskalacji tych emocji potrzebowali tylko przelotnego spotkania.
Czy może być gorzej?
Szybko się okazuje, że owszem. Wystarcza to, że Peyton poznaje w szkole pewnego uroczego, uśmiechniętego chłopaka, który zaczyna czuć do niej coś więcej…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68916-39-3 |
| Rozmiar pliku: | 781 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Postukała tipsem w okienko testu. Raz, drugi. Potarła je, jakby to mogło cokolwiek zmienić.
Nie zmieniło. Druga kreska była zbyt wyraźna, żeby pozostawić miejsce na jakiekolwiek wątpliwości. Po prostu tam widniała, nie robiąc sobie nic z tego, że dla Lacey znaczyła mniej więcej to samo, co nadejście biblijnej apokalipsy.
Odblokowała iPhone’a i zaczęła wyszukiwać najbliższą aptekę. Musiała wziąć tabletkę. _Jak najszybciej._ Nie mogła sobie pozwolić na trzecie dziecko. Przecież wychowywała już dwoje bezużytecznych darmozjadów pożerających wszystkie oszczędności, a jeśli miałaby być szczera – nie chciała żadnego z nich.
Zajście w ciążę w nastoletnim wieku uważała za swoją największą życiową porażkę. Owszem, jej były mąż nie posiadał się z radości i kochał córeczkę, ale Lacey miała wrażenie, że ich związek stracił przez to cały blask. Brandon poświęcał małej Peyton większość wolnego czasu, a przecież mógłby spędzać go o wiele przyjemniej z żoną.
Nie mówiąc już o tym, że gdyby nie płaczliwe: „Tatusiu, wróć szybko do domu”, to jej facet nadal by żył. A tak została wdową jeszcze przed trzydziestką. O ile wcześniej córka ją irytowała, to po tym nie mogła na nią patrzeć.
Czasami mówi się, że ktoś kocha swoje dziecko, ale go nie lubi. Ona nie czuła żadnej z tych rzeczy – Peyton zwyczajnie ją denerwowała. Za każdym razem, kiedy jej mąż lub jego brat rozpływali się nad małą, Lacey gryzła zazdrość.
Później Brandon umarł, a ona wpadła na którejś z imprez i na świat przyszedł jej syn. Chciała zostawić go w szpitalu, ale skończyła w ciasnym mieszkaniu z dwójką bachorów i to wydawało się gorsze od wszystkiego, czego do tej pory doświadczyła.
Tyle dobrego, że Peyton była już na tyle ogarnięta, że dawała radę zająć się młodszym bratem. Lacey nie obchodziły szczegóły tego układu. Dopóki bezproblemowo kontynuowała życie, do którego przywykła, córka mogła bawić się w tę całą rodzinę z małym zasmarkańcem, proszę bardzo. Byle tylko jej w to nie mieszali.
– Wszystko w porządku, kochanie?
Na dźwięk głosu Hudsona, faceta, który zmajstrował jej najnowszy problem, o mało nie upuściła testu do toalety. Zupełnie zapomniała, że mężczyzna czeka na nią za drzwiami.
– Zaraz wyjdę, skarbeńku, nie przejmuj się!
Miała szczęście, że na niego trafiła. Nie chciała zaprzepaścić tych wszystkich tygodni urabiania go. Poprzednie wpadki usuwała i gdyby nie to, że tym razem nie pomyślała zawczasu o kupnie nowych tabletek, nie miałaby problemu.
Westchnęła cierpiętniczo. Dlaczego takie rzeczy musiały się przydarzać właśnie jej?!
I wtedy Lacey olśniło. Zdawała sobie sprawę z tego, że Hudson jest w niej zakochany. Tak, wiedziała o tym aż za dobrze, ale z drugiej strony wiedziała również, że to w każdej chwili może się skończyć. Telefon, który trzymała w dłoni, zapach drogich perfum, złoty pierścionek z brylantem na jej palcu. Kolacje w najlepszych restauracjach i mężczyzna traktujący ją tak, jakby świat poza nią nie istniał. To było wszystko, czego od lat pragnęła.
I to mogło się skończyć, gdy tylko znudzi się Hudsonowi. _Ale…_ Ten mężczyzna ubóstwiał swoją córkę. Był do bólu skupiony na rodzinie, ciepło wyrażał się nawet o synu, który zdawał się go żywo nienawidzić.
Ponownie spojrzała na dwie kreski w okienku testowym. Przechyliła głowę. _W sumie…_
Poprawiła w lusterku makijaż, przywołała na twarz uśmiech i ścisnęła w dłoni test. Jeszcze nie wiedziała, jak chce to uczynić, ale wszystko powoli klarowało się w jej głowie. Musiała poświęcić parę „przywilejów”, ale jeśli dzięki temu miała scementować związek… Była gotowa to zrobić.
A dzieciaki zawsze mogła wysłać do jakichś szkół. Najlepiej z internatem. Hudson dysponował na to środkami.
Jednak musiała pogodzić się z ich towarzystwem przynajmniej w najbliższej perspektywie. Nigdy nie sądziła, żeby bycie postrzeganą jako idealna partnerka dla bogatego prawnika wymaga pokazania się w roli perfekcyjnej matki, ale da radę to ogarnąć.
Hudson czekał tuż za drzwiami. Krążył niespokojnie po sypialni, kręcąc młynka kciukami. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu powiedziała mu, że gorzej się poczuła. Facet wydawał się aż przesadnie opiekuńczy względem niej, a ona… Cóż, ona oczekiwała dokładnie takiego traktowania.
I może jeszcze poziomu życia, który mógł jej bez problemu zapewnić.
– Jak się czujesz? – zapytał, dopadając do niej, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi. – Wszystko w porządku? Potrzebujesz czegoś? Może przynieść ci wody albo…
Uciszyła go pocałunkiem. To wydawało się właściwe, ale nie potrafiła przywyknąć do tego, jak czuje się w jego ramionach. Był miękki i ostrożny. Nie mogła zaprzeczyć – to jej odpowiadało. Lubiła być traktowana jak księżniczka, lubiła być centrum czyjegoś świata, ale czasem miała wrażenie, że czegoś w tym brakuje. Wiedziała jednak, że drugiej takiej okazji może nie dostać, a jeśli już miała się starzeć, to raczej w otoczeniu nudy i nieskończonego źródełka pieniędzy niż ekscytacji i równoczesnego klepania biedy.
– Mam coś dla ciebie – szepnęła mu do ucha.
– Masz coś dla mnie? – Spojrzał na nią z góry. – Nie rozumiem, przecież właśnie…
Ponownie zamknęła jego usta w pocałunku. Jeśli przed chwilą miała jakiekolwiek wątpliwości, to właśnie zniknęły. Mogła zrezygnować z odrobiny wolności, kiedy na szali leżało sypianie w jedwabnej pościeli i zakupy w tych uroczych, diabelnie drogich butikach.
Pociągnęła Hudsona na łóżko i usiadła obok niego. Od razu objął ją ramieniem, jakby stanowiła coś cennego, na co należy szczególnie uważać. Na jej usta wypłynął mimowolny uśmiech.
– Wiem, że tego nie planowaliśmy – zaczęła, starannie dobierając słowa. – Nie znamy się przesadnie długo, ale kocham cię. Ty też mnie kochasz, prawda?
Zmarszczył brwi, ale nie wahał się nawet przez sekundę.
– Oczywiście, że cię kocham. Dlaczego o to pytasz?
– Bo byłoby dosyć niezręcznie, gdybyś w tej chwili zaprzeczył.
I wtedy pokazała mu test. Czy się stresowała? Nie. Zdążyła poznać Hudsona i wiedziała, że rodzina jest dla niego priorytetem. Sposób, w jaki mówił o Maggie i Carterze, to, jak słuchał, gdy opowiadała mu o swoich dzieciach. Pojmowała, że nie istnieje lepszy sposób, żeby zapewnić sobie jego uczucia.
Pochylił się nad testem, nie odrywając oczu od dwóch kresek. Przez chwilę trwał zamrożony, po czym rozjaśnił się w uśmiechu. Powoli podniósł na nią spojrzenie.
– Jesteś w ciąży?
Przytaknęła, naumyślnie milcząc. Łatwiej było markować ekscytację, gdy głos nie drżał z obrzydzenia na myśl o tym, co stanie się w ciągu kolejnych miesięcy z jej ciałem. Aż za dobrze pamiętała to, jak długo dochodziła do siebie po narodzinach syna.
Hudson wciągnął ją w objęcia i gwałtownie pocałował. Z zadowoleniem zauważyła, że jeszcze nigdy nie zrobił tego w ten sposób.
– Będziemy mieli wspólne dziecko? – zapytał, gdy w końcu się od niej oderwał. – Chyba jestem w szoku, muszę się upewnić. Nie żartujesz, prawda? Będę ojcem?
– Przecież już nim jesteś. – Zaśmiała się. – Maggie to świetna dziewczyna, dobrze ją wychowałeś.
Coś miękkiego pojawiło się w spojrzeniu Hudsona. Wiedziała, jak bardzo zależy mu na tym, żeby miała dobry kontakt z jego córką. Kosztowało ją to sporo wysiłku, bo Maggie to jedna z tych grzecznych, ułożonych nastolatek, które boją się przebywania w złym towarzystwie. Lacey jednak dała z siebie sto procent, żeby zdobyć jej względy.
Dużym ułatwieniem było to, że dziewczyna na co dzień mieszkała ze swoją matką i łączyła przyszłość z granicami Walii. Co prawda gdzieś z boku kręcił się również dorosły już Carter, zbuntowany synalek, ale podobno za chwilę miał się wyprowadzić, a wtedy ona i Hudson zostaliby sami w tej bajecznie drogiej willi z basenem. Przez kilka miesięcy musiałaby przemęczyć się z dwójką swoich małoletnich pijawek, jednak… Lacey wiedziała, że coś wymyśli. W końcu potrafiła ustawić się w życiu, prawda?
A skoro już o ustawianiu się w życiu mowa… Odsunęła się od Hudsona i spojrzała na niego pytająco.
– Jesteś szczęśliwy, prawda?
– Jestem więcej niż szczęśliwy – odparł z powagą, po czym uśmiechnął się i ponownie ją pocałował. – Nigdy nie sądziłem, że po tylu latach będę miał kolejne dziecko, ale jestem prawdopodobnie najszczęśliwszym człowiekiem chodzącym po ziemi. Będziemy rodzicami, wyobrażasz to sobie? Będę miał dziecko z kobietą, którą kocham i która kocha mnie.
– Ja też jestem szczęśliwa – odpowiedziała, jednak nagle popatrzyła na niego przepraszająco. Zupełnie tak, jak to sobie wykalkulowała. – Jestem bardzo szczęśliwa, ale muszę wracać do domu. Wiesz, że Peyton i Morgan zostali z moją kuzynką, ale ona za parę dni wraca do pracy i nie chcę, żeby dzieciaki tyle przesiadywały w pustym mieszkaniu. Już i tak zbyt długo mnie nie było, na pewno tęsknią, zwłaszcza młody. Życie na dwa domy jest trudne, ale jakoś sobie poradzimy, prawda? Musimy, nie zostawię ich samych.
Hudson potrząsnął głową, jakby sam pomysł „życia na dwa domy” wydał mu się pozbawiony sensu. Zamknął jej dłonie we własnych.
– Nie musisz zostawiać ich samych. Przecież już o tym rozmawialiśmy, kochanie. Po prostu przyspieszymy nasze plany.
– Jesteś pewien? – zapytała, choć jedyną myślą krążącą po jej głowie było: _Punkt dla mnie_.
– Oczywiście że jestem. Nigdy nie byłem niczego bardziej pewny. Wiem, że to odrobinę za szybko, ale nie chcę, żebyś w ciąży musiała pokonywać te wszystkie kilometry. Już od dawna pragnąłem poznać Peyton i Morgana i to chyba najlepsza okazja ku temu.
Wciąż ściskając jej dłonie, pociągnął Lacey na korytarz. Pchnął najbliższe drzwi, za którymi znajdował się jego prywatny salonik. A przynajmniej powinien się znajdować, bo teraz w pomieszczeniu nie było żadnych mebli.
Spojrzała pytająco na Hudsona, a on uśmiechnął się lekko.
– To będzie pokój Morgana. Pomyślałem, że chciałabyś mieć syna blisko siebie, w końcu jest jeszcze mały. Miałem zamówić ekipę od remontów, żeby trochę tu odświeżyli, ale…
– Jesteś kochany, skarbie – przerwała mu, zaskoczona tym, jak bardzo troszczył się o jej pasoży… dzieci.
_O dzieci._
W tamtym momencie do Lacey z całą mocą dotarło, że ta ciąża jednak może być błogosławieństwem. Jeśli urodzi Hudsonowi urocze, różowe niemowlę, facet zrobi dla niej wszystko. Dosłownie wszystko.
– Masz rację – szepnęła mu do ucha. – Nie ma na co czekać. Dzieciaki będą zachwycone. Wciąż o tobie mówią i nie mogą się doczekać, aż cię poznają.ROZDZIAŁ 1
Gdyby ktoś kiedyś powiedział tej małej dziewczynce w piłkarskiej koszulce, że za kilka lat będzie ostrożnie wysuwać się z objęć młodszego brata, żeby zrobić mu śniadanie, wyśmiałaby go.
Byłam ekstrawertyczna do bólu, dziecięco egoistyczna i rozpieszczona przez tatusia. A jednak w tym momencie krzątałam się na palcach po kuchni, gotowałam młodemu owsiankę i tarłam ostatnie jabłko, żeby przypadkiem się nim nie zadławił.
Miałam siedemnaście lat, archaiczny telefon z klawiaturą i – przez ciągłe przeprowadzki – całkowity brak znajomych.
Miałam też brata, nieodpowiedzialną matkę, a biorąc pod uwagę to ostatnie jabłko, również zakupy do zrobienia.
Życie bywa przewrotne i dosyć ironiczne, jak by na to nie patrzeć. Cóż, przynajmniej mama nie kręciła się po domu od dobrych trzech tygodni i żywiłam cichą nadzieję, że jeszcze trochę będzie nas unikać.
Dzień zapowiadał się na deszczowy i raczej chłodny, więc chwyciłam wiszącą na krześle bluzę i wsunęłam dłonie w rękawy. Wyszorowałam zęby nad kuchennym zlewem i właśnie kończyłam związywać włosy w niechlujny kucyk, gdy usłyszałam skrzypienie wersalki. Spomiędzy koców wyłoniła się głowa mojego brata. Jego płowa czupryna sterczała pod nienaturalnym kątem, a na prawym policzku miał odbity ślad własnej dłoni. Kiedyś by mnie to nie rozczuliło, ale czasy się zmieniły.
Ja się zmieniłam.
– Hej, krakersie – przywitałam się. – Głodny?
Zawsze budził się głodny, a jeśli musiał czekać na śniadanie, robił się marudny i płaczliwy. Od początku tak było, już jako kilkumiesięczny maluch donośnym rykiem domagał się butelki z mlekiem, nawet po pięciominutowej drzemce. Szybko nauczył mnie, że jeszcze zanim na dobre się obudzi, jedzenie powinno stać na stole.
Morgan potarł oczy i przyczłapał do kuchni, ściskając pod pachą swojego pluszowego misia. Bez słowa wtulił się w mój brzuch, pociągając nosem.
– Mama już wróciła? – zapytał, nadal przytłumiony snem.
– Jeszcze nie.
Odsunął się, wyraźnie bardziej uszczęśliwiony niż przed chwilą. Tak przypuszczałam, że ta wiadomość poprawi mu humor. Bez mamy w domu mogło być głośno, nikomu nie przeszkadzało bieganie czy skakanie po wersalce.
Morgan posłał mi ten swój słodkopierdzący uśmiech czterolatka. Wdrapał się na krzesło i przyciągnął do siebie plastikową miseczkę, w której powoli stygła jego owsianka, a ja wreszcie mogłam na spokojnie ogarnąć zawartość lodówki. Przydałyby się jakieś owoce i mleko dla Morgana, więc z bólem serca zajrzałam do portfela.
Jeśli mama nie wróci w ciągu tygodnia, będę musiała wcisnąć młodego małżeństwu z naprzeciwka i pójść podreperować budżet wyprowadzaniem psów albo jakimiś innymi sąsiedzkimi przysługami.
Zanim na dobre zaczęłam się tym przejmować, mój telefon zawibrował, o mało nie spadając przy tym z blatu. Złapałam go w ostatniej chwili i moim oczom ukazała się wiadomość:
OBCY NUMER: Już wróciła? P.
Podpisał się, bo doskonale wiedział, że nie mam jego numeru na liście kontaktów. Co, swoją drogą, było bezsensowne, nikt inny nie mógłby do mnie napisać, prócz niego miałam tylko Morgana. Żadnych znajomych, ale chyba już o tym wspominałam.
Mama pewnie dostałaby szału, gdyby się dowiedziała, że utrzymuję z nim kontakt.
JA: Wciąż sami.
Nie musiałam się podpisywać. Podejrzewałam, że ma mnie na szybkim wybieraniu. I pewnie tak było, bo telefon rozdzwonił się, jeszcze zanim dostałam potwierdzenie dostarczenia wiadomości. Z mimowolnym uśmiechem wcisnęłam zieloną słuchawkę i złapałam podekscytowane spojrzenie Morgana znad miski.
– Hej, dzieciaki! – Głos Peya przebił się przez charczenie przestarzałego głośnika.
– Cześć, wujek! – zawołał młody, rozpryskując wokół owsiankę. – Tony wczoraj zabrała mnie na spacer i wiesz, co znaleźliśmy?
Położyłam telefon obok Morgana, zgarnęłam z komody naręcze czystych ubrań i zamknęłam się w łazience. Miałam pod opieką czterolatka, więc rzadko udawało mi się znaleźć chwilę na samotny prysznic. Jasne, mogłabym to robić, kiedy mały spał, ale skubaniec jakimś cudem budził się za każdym razem, gdy tylko odkręcałam wodę.
Choć najchętniej stałabym pod gorącym prysznicem minimum pół godziny, ogarnęłam się w zaledwie parę minut. Woda jest droga, a mama krzywo patrzy na zbyt wysokie rachunki. Poza tym… Miałam nieprzyjemne uczucie w żołądku na myśl o tym, że jeśli nie wróci do końca miesiąca, to będę musiała się głowić, skąd wziąć pieniądze. Gdyby Pey się o tym dowiedział, prawdopodobnie nie dałby mi żyć. Urządziłby mamie piekło, a ona najpewniej uznałaby własną córkę za zdrajczynię i zniknęła, zabierając ze sobą Morgana. Zmroziło mnie na samą myśl. Pamiętałam, jak wyglądało moje dzieciństwo po śmierci taty i nie chciałam, żeby mój brat miał takie wspomnienia.
Kiedy wciągałam na stopy skarpetki, drzwi łazienki uchyliły się i w szparze pojawiła się roześmiana twarz Morgana.
– Wujek chce z tobą rozmawiać.
No i o wilku mowa, choć Pey nawet nie jest prawdziwym wujkiem mojego brata. Tata umarł, kiedy miałam osiem lat, a Morgan urodził się, kiedy miałam ich trzynaście. Mama nigdy nie powiedziała mi, kto jest jego ojcem. Myślę, że sama tego nie wiedziała.
Przejęłam telefon i z obrzydzeniem wytarłam resztki owsianki z ekranu. Na szczęście ten model okazał się pancerny, bo przeżył już upadek z czwartego piętra, utopienie w toalecie i noc w lodówce.
Mały wciąż stał w drzwiach, przyglądając mi się z zaciekawieniem, więc posłałam mu znaczące spojrzenie.
– Skończyłeś już jeść?
– Nie miałem czasu.
– Teraz masz, więc idź i zjedz.
Nadal nie ruszał się z miejsca, niechętny do przebywania samotnie w innym pomieszczeniu, nawet jeśli to tylko dwa jardy odległości i cienka ściana między nami.
Przewróciłam oczami i wypchnęłam go za drzwi.
– Drażetko, śniadanie, już.
Kiedy usłyszałam szuranie krzesła po linoleum, cicho przymknęłam drzwi łazienki, zostawiając jedynie mikroskopijną szparę. Przycisnęłam ramieniem telefon do ucha i wzięłam się za rozczesywanie mokrych włosów.
– Już jestem – mruknęłam do słuchawki.
– Hej, Tony, jak tam u was?
Uśmiechnęłam się na dźwięk głosu wujka. Okropnie mi go brakowało. Często wychodziłam z Morganem do biblioteki i tam rozmawialiśmy z Peyem przez kamerkę internetową, ale prawda była taka, że od śmierci taty osobiście widywałam się z nim zaledwie dwa razy do roku. W tajemnicy przed mamą. Nigdy nie brałam na te spotkania młodszego brata, bo bałam się, że mógłby się jej niechcący wygadać.
– Nie jest źle – odparłam krótko, modląc się, żeby nie drążył. – W domu spokój, niczego nam nie brakuje. A jak u ciebie?
– Zmieniasz temat? – Dobiegł mnie jego szczekliwy śmiech. – Nie będę dopytywał, jeśli tego nie chcesz. Wiesz, jak u mnie jest, wszystko po staremu. Staram się nie wychylać, ale ludzie co jakiś czas sobie o mnie przypominają. Niedawno znowu na zewnątrz zaroiło się od tych hien z aparatami.
– Widziałam rocznicowe filmiki na TikToku.
Co roku byłam świadkiem tego samego cyrku – wygrzebywanie filmów i zdjęć sprzed prawie dekady i liczenie na to, że staną się viralem. To nagranie z ostatniej walki wujka, zbliżenie na moment, w którym West uderzył go w tył głowy.
Zagotowałam się na samą myśl o Dereku Weście. To nie tak, że nie próbowałam mu wybaczyć. Próbowałam, ale rana w moim sercu nie potrafiła się zagoić. Jątrzyła się, choć Pey wciąż mi powtarzał, że to nie była niczyja wina.
Dobry nastrój momentalnie się ulotnił. Oboje zamilkliśmy na dłuższą chwilę. To nasza wspólna rocznica, choć doskonale wiedziałam, że on stracił wtedy więcej ode mnie. Gdyby tylko te sępy mogły to pojąć…
Pey nie miał już do nich cierpliwości. Robił się na to za stary. Ludzie nadal widzieli go jako młodzieniaszka – takiego go zapamiętali. W rzeczywistości nie był już młody, a przynajmniej nie tak, jak jawił się w ich oczach. Był słaby i poraniony w zbyt oczywisty sposób.
– Nie powinienem był ruszać tego tematu – przeprosił. – Twój tata…
– Daj spokój – przerwałam mu, próbując rozluźnić atmosferę. Zebrałam rozczesane włosy na czubku głowy i spięłam je klamrą. – Te filmiki były beznadziejne, tak swoją drogą. Chociaż podobała mi się kompilacja zdjęć, na których chowałeś się przed paparazzi w kawiarni, z taką tlenioną blondynką.
– Musisz mi to znowu wypominać? – wymamrotał zrezygnowanym głosem. – To była jednorazowa pomyłka, która nigdy więcej nie miała miejsca. Zresztą, skąd miałem wiedzieć, że będzie próbowała mnie całować przed tymi wszystkimi aparatami, żeby tylko zyskać pięć minut sławy?
– Twoja mina…
– A nie byłabyś przerażona na moim miejscu? Znałem dziewczynę od jakichś dwudziestu minut i nawet nie zdążyłem jej zapytać, ile ma lat. A wyglądała na cholernie młodą i bałem się, że do wieczora zostanę okrzyknięty pedofilem!
W końcu nie udało mi się utrzymać poważnego tonu i zaczęłam dusić się ze śmiechu.
– Ja nie wiem, po kim masz tę wrodzoną złośliwość – fuknął Pey, ale w jego głosie usłyszałam nutę rozbawienia.
– Jak to po kim? Moim wujkiem jest Peyton Rusty, mówi ci to coś?
– Zaraz się rozłączę – zagroził, choć oboje wiedzieliśmy, że nigdy nie zakończyłby rozmowy w ten sposób. – Jesteś okropna.
– Wciąż twoje geny – odcięłam się.
Drzwi łazienki ponownie się otworzyły i stanął w nich Morgan. Skrzywiłam się na widok resztek owsianki na jego twarzy i przodzie piżamy. Uśmiechnął się rozbrajająco i wyciągnął w moją stronę ubrania, które wybrał sobie na ten dzień. Bez słowa pociągnęłam go na plastikowy stopień przed umywalką.
– Muszę kończyć, Morgan w końcu zjadł śniadanie i powinnam go porządnie wyszorować – oznajmiłam Peyowi. – Serio, ma owsiankę nawet w nosie.
Młody wyglądał na wyjątkowo dumnego z siebie, kiedy zaczęłam ciągnąć za rękawy, żeby mógł wyjąć z nich ręce bez rozprzestrzenienia bałaganu na całą łazienkę. Cóż, przynajmniej współpracował i po chwili jego piżama wylądowała w wannie.
– Jasne, dzieciaki, nie będę wam przeszkadzał. Trzymajcie się ciepło. I gdybyście czegoś potrzebowali, Tony, daj mi znać.
– Nie ma problemu – mruknęłam, choć proszenie Peya o pomoc było czymś, na co nie mogłam sobie pozwolić. Podsunęłam telefon do ucha Morgana. – Dropsie, pożegnaj się.
– Pa, pa, wujku, kocham cię! – zawołał z całym swoim dziecięcym entuzjazmem.
– Trzymajcie się!
Zakończyłam połączenie i odłożyłam telefon na krawędź wanny.
– Gotowy na naukę nurkowania? – zapytałam Morgana.
– Aha!
Chwyciłam go za kark i nachyliłam jego głowę nad umywalką. Szorowałam mu twarz tak długo, aż była idealnie czysta i zaróżowiona. Później przytknęłam bratu chusteczkę do nosa i kazałam dmuchać. To było obrzydliwe, ale zdążyłam przywyknąć do różnych okropności związanych z dziećmi. Nic nie mogło pobić zmiany pieluch, kiedy młody miał grypę żołądkową. Zemdliło mnie na samą myśl.
Pomogłam bratu wyszorować zęby, włożyć bieliznę i skarpetki, a następnie wypchnęłam go z łazienki. Skontrolowałam ubrania, które dla siebie wybrał i ruszyłam za nim. Odłożyłam T-shirt na wersalkę i sięgnęłam po nieco już spraną bluzę z kapturem.
– Chciałem koszulkę z wozem strażackim, to moja ulubiona – zaprotestował Morgan.
– Jest za zimno na krótki rękaw.
Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i już wiedziałam, że w grę wchodzi jedynie wóz strażacki. Ktoś tu był w wyjątkowo bojowym nastroju tego dnia.
– Wcale nie jest zimno! Jest ciepło!
– Jak zachorujesz, to trafisz do szpitala. – Sięgnęłam po grubszy kaliber. – Dzieci leżą w szpitalu albo same, albo pod opieką osoby dorosłej.
Morgan momentalnie stracił zapał do walki, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Wzruszyłam ramionami i rzuciłam w niego bluzą. Oboje wiedzieliśmy, że mama nigdy w życiu nie usiedziałaby w szpitalu. Jęknął przesadnie głośno i zaczął szukać otworu na głowę.
– To niesprawiedliwe – burknął głosem przytłumionym przez materiał.
– Życie nie jest sprawiedliwe, króliczku – mruknęłam, ale momentalnie uderzyły we mnie wyrzuty sumienia. Morgan był za mały, żeby wysłuchiwać takich mądrości. – Dobra, mniejsza z tym. Skończ się wreszcie ubierać, to pójdziemy na zakupy.
– A kupisz mi coś słodkiego?
To pytanie zabolało moją kieszeń. Morgan jak na razie łykał wymówkę, że śniadania jadałam, zanim on się budził. Zwyczajnie było mi szkoda wydawać pieniądze na siebie, kiedy musiałam zadbać o to, żeby on co rano miał coś bardziej wartościowego na talerzu. Liczyłam, że się nie zorientuje.
W zeszłym miesiącu wypatrzył w sklepie ananasa. Trudno było mi go przekonać, że powinniśmy włożyć do koszyka coś bardziej przyziemnego. Do tej pory tego nie przebolał, choć – prócz tęsknych spojrzeń – już nie poruszał tematu.
Westchnęłam ciężko.
– Jeśli nie będziesz się tak guzdrał, to może kupimy czekoladę – obiecałam, rezygnując w myślach z nowych butów, na które bezskutecznie próbowałam odłożyć od dłuższego czasu.
Twarz młodego pojaśniała. Od razu udało mu się wsunąć ręce w rękawy bluzy. Poderwał się, żeby znaleźć buty. Wtedy jednak do moich uszu dobiegł dźwięk klucza wsuwanego do zamka. Znieruchomieliśmy. Uśmiech spłynął z ust Morgana.
Po chwili drzwi się otworzyły i mama weszła do mieszkania. Wraz z nią wpadł do środka zapach podejrzanie drogich perfum.
Młody bez słowa zaczął sprzątać zabawki z dywanu. Nie miał ich zbyt wiele, ale doskonale wiedział, że mama nie lubi, gdy leżą porozrzucane na podłodze.
Spojrzałam na nią zmieszana, niepewna tego, co tak właściwie się dzieje. Matka powinna wyglądać na chociaż fałszywie skruszoną po trzech tygodniach nieobecności, które, jak za każdym razem, miały trwać jedynie parę godzin. Tym razem jednak stała przede mną uśmiechnięta i w markowych ubraniach, na które nigdy nie byłoby nas stać.
– Hej, mamo – odezwałam się ostrożnie. – Wszystko w porządku?
Zignorowała moje pytanie. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Nawet nie zdejmując ubłoconych butów, sięgnęła do szafy po nasze sfatygowane walizki.
– Mam dla was niespodziankę – oznajmiła podekscytowanym głosem. – Przeprowadzamy się, tym razem już na stałe.ROZDZIAŁ 2
Zamarłam. Miałam siedemnaście lat, czyli został niecały rok do moich urodzin i dopełnienia umowy, którą zawarłam z mamą. Liczyłam, że do tego czasu uda mi się powstrzymać ją od jakichkolwiek przeprowadzek.
To mieszkanie wcale nie było takie złe. Owszem, wymagało remontu i brakowało w nim miejsca na trzy osoby, ale znajdowało się w spokojnej, bezpiecznej okolicy. No i sąsiedzi z naprzeciwka nie mieli problemów z tym, żeby nieodpłatnie zaopiekować się Morganem raz na jakiś czas, kiedy potrzebowałam dorobić.
Poza tym pojęcie „na stałe” oznaczało w słowniku mojej matki zupełnie co innego niż w moim. Tutaj też mieliśmy zostać „na stałe”, a nie minęło nawet pół roku, odkąd się wprowadziliśmy. Bolało mnie to. Tym bardziej, że Morgan dopiero niedawno zdążył się zaaklimatyzować.
Patrzyłam, jak mama opróżnia kolejne szuflady z ubrań, i tym razem, o dziwo, nawet zadawała sobie trud, żeby starannie układać je w walizce – przy poprzednich przeprowadzkach po prostu wrzucała wszystko do środka jak leci.
– Dlaczego musimy się przeprowadzić? – zapytałam, nadal oszołomiona. Poczułam, jak Morgan przykleja się do mojej nogi. Instynktownie położyłam rękę na jego głowie. – Pilnowałam rachunków, mieszkanie jest opłacone. Nie rozumiem, mamy jakieś kłopoty?
– Dlaczego mielibyśmy mieć kłopoty? – To musiało być pytanie retoryczne, mama często miewała kłopoty z różnymi ludźmi. – Peyton, nie stercz w miejscu, tylko pakuj swoje rzeczy. Na dole czeka na nas kierowca. Nie mamy czasu na bzdury, weźcie się wreszcie za te torby.
_Kierowca?_ Wyjrzałam przez okno. Kilka pięter niżej, na zakazie parkowania, stało czarne Volvo z chromowanymi zdobieniami. Samochód wyglądał na absurdalnie drogi. Zresztą, jeśli ktoś nie przejmuje się tym, że może dostać mandat, musi mieć na to pieniądze.
W tamtym momencie mnie oświeciło. Długa nieobecność mamy, a teraz powrót w świetnym humorze i informacja, że się przeprowadzamy. Już parę razy tak było, choć nigdy tak nagle. I nigdy wcześniej nie udało jej się znaleźć przesadnie bogatego faceta, a już na pewno nie takiego, który pisałby się na mieszkanie z dwójką obcych dzieciaków.
Wzięłam Morgana na ręce, choć już uginałam się pod jego ciężarem. Wyczytałam z twarzy brata, że on też wie, co się dzieje. Już ze dwa razy mama oznajmiała mu, że od tej pory ma nowego tatusia, choć nigdy nie trwało to dłużej niż parę miesięcy. Byłam na nią okropnie zła o to, że robi dzieciakowi wodę z mózgu. Cóż, pierwszy z nich nas olewał, a drugi wręcz przeciwnie. Upijał się i zanim matka od niego uciekła, jedyne, co mogłam robić, to chronić młodszego brata nawet za cenę własnego bezpieczeństwa.
– Mamo, chyba musimy porozmawiać – zaczęłam, starając się nie wybuchnąć. – Możesz mi dokładnie powiedzieć, co się dzieje?
– Mówisz, jakbyś tego nie wiedziała. – Dopięła walizkę ze swoimi ubraniami i postawiła ją pod drzwiami.
– Wiem, co się dzieje, ale nie rozumiem dlaczego. Przecież próbowałaś już tyle razy i…
– Teraz jest inaczej – obruszyła się. – Hudson jest inny, poważny i odpowiedzialny. Wie o was i nie może się doczekać, aż się poznacie.
– Nie wiem, czy ja i Morgan chcemy go poznać – stwierdziłam ostrożnie, starannie dobierając słowa. – Nie znamy go, ty prawdopodobnie też niezbyt. Nie da się poznać drugiego człowieka w trzy tygodnie.
Czasami czułam się okropnie zmęczona faktem, że w naszej rodzinie to ja byłam tym odpowiedzialnym człowiekiem, który ogarniał życie. Musiałam nim być, bo mama chyba utknęła z rozwojem emocjonalnym na poziomie licealistki. Jak wytłumaczyć trzydziestosześcioletniej nastolatce, że przeprowadzanie się z dwójką dzieci do faceta, którego zna tak krótko, to raczej kiepski pomysł?
– Hudson to dobry człowiek – zaznaczyła, pewna swego. – Ma dwoje dzieci, tak jak ja. Maggie jest prawie w twoim wieku, to bardzo miła i mądra dziewczyna. Będziecie miały okazję się poznać, bo właśnie przebywa w Stanach. Na co dzień mieszka z matką w Walii, ale wszystkie dłuższe przerwy od szkoły spędza u Hudsona. To świetny ojciec, Maggie za nim przepada.
– A to drugie dziecko?
– Jest starszy, rzadko bywa w domu. Poza tym niedługo się wyprowadza, a Maggie wkrótce zacznie studia na prywatnej uczelni w Walii, więc będziecie mieć cały dom dla siebie.
Mama podeszła do mnie i wyjęła Morgana z moich ramion. Młody poddał się temu, choć wyglądał na bardzo nieszczęśliwego. Postawiła go na ziemi i wcisnęła mu do rąk sportową torbę.
– Zacznij się pakować, już – zażądała.
Posłuchał, choć jego ruchy były nerwowe i po prostu wsypywał swoje rzeczy bezładnie do środka. Spojrzał na mnie błagalnie, a ja poczułam, że zaczynam się pocić. Złapałam matkę za ramię, próbując na chwilę przerwać ten szał pakowania i przemówić jej do rozsądku.
– Nie znasz tego całego Hudsona! – stwierdziłam dobitnie. – Może i jest dobrym ojcem, ale skąd możesz wiedzieć, co robi za zamkniętymi drzwiami? To były tylko trzy tygodnie! Myślisz, że poznany w barze facet to dobry materiał na chłopaka?!
– Nie rób ze mnie idiotki! – wrzasnęła. Morgan skulił się i zaczął jeszcze szybciej wrzucać ubrania do torby. – Jeśli ci mówię, że tym razem to coś innego, to tak jest! Wcale nie znam go od trzech tygodni. Chodzimy ze sobą już trzeci miesiąc i myślę, że to aż nadto. Poza tym wcale nie poznałam go w barze, tylko w kolejce u lekarza. Odwiózł mnie do hotelu po tym, jak ostatnio skręciłam kostkę. Troszczył się o mnie, codziennie dzwonił i upewniał się, czy nie potrzebuję pomocy. Martwił się, rozumiesz?!
Westchnęłam z rezygnacją. Mama kochała być traktowana jak księżniczka i od śmierci taty cały czas szukała nowego księcia z bajki, któremu wystarczy do szczęścia sam fakt jej istnienia. Czasami myślałam o tym, że ojciec pozwalał na to wszystko tylko dlatego, że byłam wpadką z ich młodzieńczych lat i czuł się w obowiązku o nas dbać.
Potarłam oczy i uklękłam obok Morgana. Wyjęłam z roztrzęsionych dłoni młodego koszulkę, starannie ją złożyłam i wcisnęłam na dno torby. Pomogłam mu spakować się do końca i gdy zaczął zbierać nieliczne zabawki, ja wzięłam się za swoje rzeczy. Nie było tego dużo: trochę ubrań, telefon z ładowarką, album ze zdjęciami i pluszowy słonik, którego dostałam kiedyś od taty.
– Nie bądź egoistyczna, Peyton – wymamrotała mama, która właśnie wyszła ze swojej sypialni z kolejną torbą. – Ja też mam prawo być szczęśliwa.
– Oczywiście, że masz do tego prawo – burknęłam. – Nie mogłaś poczekać z tym do moich urodzin? Wtedy byłoby ci łatwiej kogoś znaleźć.
Mama stanęła nade mną z założonymi rękami.
– Nie rozumiesz. Hudson chce mieć mnie przy sobie. Jestem z nim w ciąży. To dopiero drugi miesiąc, ale…
Dalej już nie słuchałam. Składana właśnie bluza wysunęła mi się z rąk. Czyste przerażenie zmroziło mnie na dłuższą chwilę. _Ciąża?_ Teraz, kiedy do moich osiemnastych urodzin pozostało tak niewiele czasu i wreszcie mogłam się uwolnić od życia pod jednym dachem z mamą? Od ciągłej odpowiedzialności za nią?
Kochałam Morgana. Kochałam go bardziej niż ona kiedykolwiek, ale nowe dziecko w naszej rodzinie mogło wszystko zniszczyć. W tamtym momencie pozostało mi tylko modlić się o to, żeby ten cały Hudson faktycznie okazał się tak cudownym ojcem i wziął odpowiedzialność za bachora, którego zmajstrował mojej matce.
Kiedy zeszliśmy na dół ze wszystkimi torbami, z czego większość należała do mamy, kierowca czekał na nas z otwartym bagażnikiem. Był to elegancko ostrzyżony mężczyzna w modnych okularach przeciwsłonecznych i idealnie skrojonym garniturze. Na pierwszy rzut oka widać, że pracuje dla kogoś bardzo majętnego. Zresztą, samochód z bliska również nie pozostawiał ku temu żadnych wątpliwości – praktycznie bałam się usiąść na nieskazitelnie białej tapicerce, którą obito fotele.
– No już, wsiadajcie – rzuciła mama w naszą stronę.
W środku czekał fotelik, jeden z tych wypasionych, drogich modeli, które widywałam czasami na relacjach u celebrytów. Musiał być prosto ze sklepu, bo nie miał nawet rysy. Posadziłam w nim Morgana i przez chwilę głowiłam się, jak powinnam zapiąć klamrę przy pasach. Gdy wreszcie do tego doszłam, bez słowa wgramoliłam się na miejsce obok brata.
Morgan wyglądał na przestraszonego i równie zrezygnowanego co ja. Nie odezwał się jednak nawet słowem. W towarzystwie obcych ludzi był nieśmiały i wyjątkowo cichy. Chwyciłam jego rękę w swoje dłonie.
– Będzie dobrze, pralinko. – Spróbowałam go pocieszyć. – To tylko kilka miesięcy, dopóki nie skończę osiemnastu lat, prawda?
Pokiwał nieznacznie głową, ale nie wyglądał na przekonanego.
– Nie chcę się przeprowadzać do tego Hudsona – szepnął. – Nie znam go.
– Ja też nie chcę, ale to tylko na jakiś czas. Damy radę, prawda?
– Tak, chyba tak…
Miałam nadzieję, że te miesiące upłyną nam we względnym spokoju. Oboje wiedzieliśmy, że przy mamie to wcale nie było takie pewne. Dodając do tego równania jej nowego chłopaka, wszystko mogło się tylko niepotrzebnie skomplikować.
Wiedziałam jedno – cokolwiek by się działo, przede wszystkim muszę zadbać o Morgana.