Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nie pozwól mi zniknąć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 marca 2026
2399 pkt
punktów Virtualo

Nie pozwól mi zniknąć - ebook

Sophie ma dwadzieścia pięć lat, talent malarski i jedno marzenie – kochać i być kochaną. Gdy jej matka próbuje wydać ją za bogatego, wpływowego mężczyznę, dziewczyna staje przed dylematem – luksus bez uczuć albo wolność, która może kosztować ją wszystko.

Wybiera ucieczkę.
Jedna decyzja uruchamia jednak ciąg wydarzeń, których nie da się zatrzymać.

Przypadkowe miasteczko, noc pełna strachu i telefon, który miał być ratunkiem. W życiu Sophie pojawia się ktoś, od kogo zaczyna zależeć jej los – tajemniczy, intrygujący i niepokojąco niejednoznaczny mężczyzna.

Im dalej dziewczyna ucieka, tym mocniej zaplątuje się w grę pozorów, sekretów i kłamstw, w której nic nie jest tym, czym się wydaje.

Bo czasem największym zagrożeniem nie jest to, przed czym uciekasz… lecz to, kto podaje ci pomocną dłoń.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7995-895-5
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DEDYKACJA

Dla wszystkich, którzy kiedyś czuli się jak niepasujący fragment układanki. Którzy patrzyli na świat inaczej. Myśleli inaczej. Czuli inaczej.

Niech ta dedykacja będzie przypomnieniem, że właśnie to, co w nas inne, czyni nas wyjątkowymi. Pamiętajcie, że zawsze warto podążać własną drogą, choćby była najbardziej wyboista. Ryzyko bywa bezpieczniejsze od tkwienia w miejscu, w którym ciężko nam się oddycha.

Uwolnijcie się od wszystkiego, co Was tłamsi i odbiera Wam radość. Nie musicie dopasowywać się do narzuconego wzoru. Wolność jest cenniejsza od chwilowego, ulotnego spokoju. Prawdziwy spokój to spokój duszy.PROLOG

„To nie moje miejsce.”

Odkąd pamięta, zawsze stała

Na toaletce obok lustra.

Nudziła się wśród bibelotów,

Kurz wyłapując w suknię złotą.

Magda Fronczewska

„Laleczka z saskiej porcelany”

_Klatka, choćby obsypana złotem i diamentami, zawsze będzie klatką. Serce, które wyrywa się ku wolności, bez przerwy, podświadomie lub nie, będzie o nią walczyć. Ptak na uwięzi nie osiągnie szczęścia. Strojne, odziane w szmaragdy kraty połamią mu skrzydła, gdy spróbuje się przez nie przecisnąć._

_Niektóre podróże po prostu są nam pisane. Rzucimy dla nich wszystko. Wyrwiemy się do nich nawet wtedy, gdy po drodze przyjdzie nam się pokaleczyć._

~*~

Wpatrywałam się w błyszczący pierścionek na moim palcu i czułam potworne obrzydzenie. Przykuwał dziś uwagę wszystkich gości i tylko mnie doprowadzał do obłędu. Do granicy wytrzymałości, która groziła tym, że lada moment pęknie. Moje gardło ściskał niewidzialny sznur, który z każdą upływającą sekundą coraz mocniej zaciskał się na mojej tchawicy. Przepych zawsze rzucał się w oczy, podczas gdy prawdziwa wartość i piękno ceniły sobie cichość i nie były tak łatwo zauważalne. A już zwłaszcza nie przez tych, którzy nadrzędnej, a wręcz jedynej wartości w swoim życiu upatrywali w luksusie, bogactwie i pozycji.

Czyste złoto w odcieniu palladu nadawało mojemu pierścionkowi srebrzystego błysku. Dziś dowiedziałam się, że fachowo nazywa się to księżycowym blaskiem. Za cholerę nie wiedziałam czemu, ale najwyraźniej bogaci, wpływowi ludzie muszą sobie czymś zająć czas między sztywnymi bankietami i wymyślają takie dziwactwa. Cóż, biżuteria warta ponad pół miliona dolarów musiała zawierać w sobie jakieś fanaberie, które zachęcą tych snobów do otwarcia portfeli.

Podczas tego wieczoru już pięć razy usłyszałam od wścibskich ciotek mojego przyszłego męża, że powinnam być dozgonnie wdzięczna rodzinie Moore i okazywać to na każdy możliwy sposób. Wszak jako jedyna w tym gronie miałam na palcu pierścionek wart więcej niż dom moich rodziców i połowa firmy, w której pracował mój ojciec. Spytacie, dlaczego liczę wszystkie te epizody? Już wam wyjaśniam. To moja jedyna szansa na to, by tu nie zwariować. Między popijaniem likieru w kryształowej karafce a jedzeniem kaczki podanej na złotej misie to moja najciekawsza, choć bolesna rozrywka.

Moja zgarbiona postawa, smutne oczy i ponura mina nie były dobrą reklamą dla Moore’ów. Nie tego ode mnie oczekiwali. Nie tego oczekiwała moja matka, która parę miesięcy temu wepchnęła mnie w to bagno i nawet nie zauważała wzbierających pod moimi powiekami łez. A może po prostu nie chciała ich widzieć. Choć wiedziała, jak bardzo ceniłam sobie niezależność i wolność i jak daleko było mi do takiego świata, to wbrew moim uczuciom i najgłębszym pragnieniom zrobiła ze mnie marionetkę, za której sznurki każdy mógł pociągać, gdy tylko zechciał. Byłam temu winna, bo zgodziłam się na to. A teraz nie potrafiłam się z tego wyrwać.

Urocze ciotunie patrzyły mi na ręce, ale to moja matka najdotkliwiej oceniała każdy mój ruch. Ośmiokaratowy brylant wypalał mi skórę, lecz jedynie ja to czułam. Wokół mnie rozbrzmiewały głośne śmiechy. Goście tańczyli i się bawili, a ja wpatrywałam się tylko w jeden punkt. Miałam wrażenie, że jestem brudna. Przez ostatnie miesiące każdego dnia doznawałam upokorzeń, lecz dzisiaj było tak, jakby ktoś wgniótł mnie w ziemię i przydeptał podeszwą, żebym przypadkiem nie spróbowała się podnieść. Moje oficjalne przyjęcie zaręczynowe trwało w najlepsze, a ja nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. To nie był mój świat i za cholerę nie chciałam, żeby nim był. Mój przyszły mąż stał przy barze i w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Było mi coraz bardziej duszno. Czułam się tak, jakbym zrobiła się niewidzialna. Zupełnie jakbym włożyła dziś czapkę niewidkę. W dzieciństwie bardzo marzyłam o tym, by kiedyś taką zdobyć, a teraz, gdy marzenie się spełniło, wcale nie dało mi to radości. Otaczały mnie luksus, złote zastawy, najwytrawniejsze dania z różnych części świata i drogie wina, za które można byłoby wykarmić przynajmniej jedną wioskę w Afryce. Gardziłam tym. Moje ciało opinała markowa suknia z najnowszej kolekcji Armaniego. Buty Chanel lśniły na moich stopach i choć pięty mi krwawiły, zmuszałam się do zachowania pozorów i starałam się, by surowa mina nawet na moment nie zeszła mi z twarzy. Miałam wrażenie, że zostałam zaciśnięta przez kleszcze. W głowie mi szumiało. Wszyscy świetnie bawili się na moich zaręczynach, tylko nie ja. Ja byłam tu zbytecznym dodatkiem, który ciążył.

Z końca sali uważnie przyglądała mi się moja matka. Zadowolenie aż z niej kipiało. Tryskała szczęściem. Ona była dziś usatysfakcjonowana. Oto spełniała swoje marzenie. Niedługo jej konto zasilone zostanie pokaźną sumką. Zawsze pragnęła bogactwa, już za chwilę będzie miała możliwość się nim cieszyć. Oczy jej błyszczały, gdy przelatywała wzrokiem po przepełnionej przepychem sali. A ja się zastanawiałam, jak to jest, że choć jesteśmy ze sobą spokrewnione, to tak wiele nas różni. Byłyśmy zupełnie inne. Ulepione z innej gliny. Jako dziecko czasem myślałam, że może na mnie po prostu zabrakło już tego samego materiału. Nigdy z nikim nie dzieliło mnie tak wiele, jak z moją własną matką.

Drgnęłam, gdy usłyszałam za sobą rozmowę moich dawno niewidzianych kuzynek. Zbliżały się w moją stronę, przez co nie byłam w stanie uciec przed ich natarczywymi głosami, wbijającymi się siłą do mojego umysłu.

– Ależ tu wspaniale! Matko, to przyjęcie jest cudowne! Ale ta nasza Sophie ma szczęście. James jest taki bogaty! – rozpływała się Kate.

Choć byłam do nich odwrócona tyłem, to oczami wyobraźni prawie widziałam, jak z zachwytu trzepocze tymi swoimi długaśnymi rzęsami.

– A jaką on ma posiadłość! Widziałyście? – wtrąciła się Sarah.

– Będzie miała dziewczyna łatwe życie, a i rodzinie to pomoże. Podniesie nasz status – wtórowała im Emma. – Zaczniemy się w końcu liczyć. Brat Jamesa obiecał mi, że po ślubie załatwi mi staż w jego klinice – chwaliła się szansą, którą właśnie dostała.

Przewróciłam oczami. Doskonale wiedziałam, w jaki sposób sobie to załatwiła, i na samą myśl robiło mi się niedobrze. Mój narzeczony i jego rodzina nie byli skorzy do robienia innym prezentów bez wyraźnej przyczyny. Mój układ z Jamesem był jasny i klarowny. Dotyczył tylko mnie i moich rodziców. Moje posłuszeństwo, właściwe zachowanie w towarzystwie i dbanie o zawsze perfekcyjny, nieskazitelny wygląd były warunkami, które miałam spełniać w zamian za opływanie w luksusy, takie jak dziś.

Odetchnęłam z ulgą, gdy głosy moich kuzynek zaczęły się ściszać. Dziewczyny oddaliły się i udały w stronę parkietu. Moje wytchnienie nie trwało jednak długo. Aż podskoczyłam na krześle, kiedy tuż przy mnie stanęła moja matka. Jej wściekłe, pełne nienawiści spojrzenie wwiercało się we mnie. Jej mina mówiła tylko jedno – była cholernie niezadowolona i przyszła mnie upomnieć. Uwielbiała to robić.

– Sophie, co ty wyrabiasz! – Chwyciła mnie za ramię, wbijając mocno palce w moją skórę.

Zacisnęłam usta, starając się nie pokazać po sobie bólu. Nie chciałam dać jej tej satysfakcji. Już dość miała przewagi. Górowała nade mną, a ja jedynie potrzebowałam teraz świętego spokoju.

– Rusz tyłek i idź do Jamesa. Nie siedź tu jak sztywna, nieżywa lalka.

Skrzywiłam się na ten przytyk. Czy nie tym właśnie dziś byłam?

– I zmień tę minę, na miłość Boską. Masz wyglądać na szczęśliwą narzeczoną, a nie wdowę na stypie.

Zagotowało się we mnie. Wyłącznie ona potrafiła w ciągu kilku sekund doprowadzić mnie swoimi dywagacjami do szału. Podniosłam się z krzesła i wyrwałam rękę z jej uścisku.

– Powinnaś najlepiej wiedzieć, że w sercu bliżej mi do stypy. Nie jestem tak dobrą aktorką jak ty.

Widziałam, jak jej twarz robi się coraz bardziej czerwona. Nawet drogi puder nie był w stanie zakryć teraz jej złości.

– To się tego naucz – wysyczała przez zęby, mierząc mnie lodowatym spojrzeniem, po czym wymierzyła we mnie palec wskazujący. – Ogarnij się, dziecko, bo wszystko stracisz. Nie bądź naiwną, głupią gąską. Taka szansa więcej ci się nie przytrafi. To i tak cud, że ktoś taki jak James zwrócił na ciebie uwagę.

Poczułam, jak kolejny tego wieczoru sztylet wbija się prosto w moje serce. Jako mała dziewczynka łaknęłam jej akceptacji i docenienia. Teraz wiedziałam już, że nigdy ich nie zdobędę. Moja matka była zimna jak lód. Nigdy nie była skora do okazywania mi miłości. Powinna przelać na mnie, jako na jedynaczkę, całe pokłady uczuć, jakie w sobie nosiła, ale nie zrobiła tego. Wręcz przeciwnie, przelała na mnie wszystkie swoje frustracje za to, że nie mogła mieć więcej dzieci.

Obie spojrzałyśmy w kierunku Jamesa, który właśnie do mnie podszedł. Gdy tylko matka dostrzegła go przy mnie, jej oczy natychmiast złagodniały i stały się potulne jak baranki. Znów perfekcyjnie odgrywała rolę kochającej rodzicielki.

– James, synku. Dobrze się bawisz? – Na dźwięk jej słów miałam ochotę zwymiotować.

Mój narzeczony nawet nie drgnął. Jego twarz nie przejawiała żadnych emocji. Czasami się zastanawiałam, czy w ogóle je odczuwał.

– Dobrze, dziękuję – oznajmił chłodnym tonem i przeniósł wzrok na mnie. – Poświęcisz mi chwilę? – spytał, zupełnie lekceważąc moją matkę.

– Zostawię was samych – stwierdziła od razu moja rodzicielka i pospiesznie się oddaliła.

Nie rozumiałam, jak za kasę mogła dać się tak sprzedać i robić wszystko, czego chcieli Moore’owie.

– Podoba ci się przyjęcie? – Głos mojego przyszłego męża rozbrzmiał echem w mojej głowie i od razu wyrwał mnie z chwilowych rozmyślań.

Zacisnęłam usta, by nie palnąć czegoś, czego będę potem żałować. Sama jego obecność wywoływała we mnie niezadowolenie. Nużył mnie i wkurzał jednocześnie. Nie było w nim nic ekscytującego. Gdyby nie liczba zer na jego koncie zapewne żadna z moich kuzynek nie zwróciłaby dziś na niego uwagi. Był sztywnym pracoholikiem, zamkniętym w świecie swoich biznesów. Nie miałam z nim nawet o czym rozmawiać. On nie rozumiał mojego świata, a ja jego. Łączył nas jedynie układ. Jego pieniądze w zamian za moje pełne oddanie i robienie ładnego tła dla jego interesów.

– Jasne – burknęłam i popatrzyłam w stronę sali.

Wolałam na niego nie zerkać. Jego zimne spojrzenie wpędzało mnie w jeszcze większe rozgoryczenie.

W co ja się wpakowałam? Dlaczego dałam się omamić matce i jej planom? Marzyłam o wyjściu za mąż z miłości, a nie z finansowych pobudek. Czułam się teraz jak sarna wrzucona w stado wygłodniałych wilków. Na czele tego stada stał mój przyszły mąż, James Moore. Szanowany biznesmen i najbogatszy miliarder w Alabamie.

Wzdrygnęłam się, gdy kątem oka zauważyłam, że się do mnie zbliżył. Jego oddech omiótł moją twarz. Przełknęłam ślinę. Jego bliskość od zawsze powodowała we mnie dyskomfort. Nie wiedziałam, jak przetrwałam z nim tych kilka intymnych zbliżeń, które mieliśmy już za sobą. Był przystojny, nie mogłam mu niczego pod tym względem ująć, ale kompletnie nie pociągał mnie jako mężczyzna. Wydawał się taki… zbyt doskonały. Jego zawsze perfekcyjnie ułożone włosy, wyprasowana w kant koszula i błyszczące, idealnie wypastowane buty doprowadzały mnie do obłędu. Zbyt schematyczny, zbyt przewidywalny. Nie wzniecał we mnie ognia. Płomienie gasły już w pierwszym momencie, gdy tylko mnie dotknął. Na szczęście nasz układ nie obejmował częstego seksu. Nie tego ode mnie oczekiwał. Miałam być jedynie jego ozdobą, a nie kochanką, z którą spędzałby namiętne noce.

Nasze intymne kontakty, jeśli w ogóle można je tak nazwać, nie miały nic wspólnego z cielesnymi doznaniami. Były jedynie mechanicznym aktem, który za każdym razem zaczynał się i kończył w taki sam sposób. Na próżno szukać tu porywów serca czy jakiejkolwiek przyjemności. Przynajmniej z mojej strony. Ja nigdy nie czułam niczego poza obrzydzeniem do samej siebie. Miałam farta, że okazał się krótkodystansowcem, inaczej nie zniosłabym tych zbliżeń. Kończył po kilku minutach, a ja w ukryciu pomagałam sobie sama, wyobrażając sobie przy tym bliskość i pieszczoty tego jedynego, który gdzieś tam w świecie na mnie czekał.

Gdy James mnie dotykał, czułam się brudna. Jego chłód i obojętność sprawiały mi ból. Przy nim nigdy nie byłam kobietą. Raczej meblem, który mógł przestawić z kąta w kąt. Oczywiście zawsze tam, gdzie tworzył dobre tło i nie stał mu przy tym na drodze.

Nie tak wyobrażałam sobie swoje przyszłe życie. Brak głębokiej więzi, brak uczuć, brak bliskości i brak namiętności. To już za chwilę miało stać się moją codziennością. A wszystko to w imię zachcianek mojej matki, która przez lata uzależniła mnie od siebie emocjonalnie i nauczyła się wywierać na mnie wpływ, któremu nie potrafiłam się przeciwstawić.

– Kiedy o coś pytam, to wiedz, że znam już odpowiedź. – Słowa Jamesa spowodowały, że mimowolnie odwróciłam twarz i spojrzałam mu w oczy. – Chcę ją jedynie usłyszeć z twoich ust.

Poczułam dziwny niepokój.

_Co miał na myśli?_

– Słucham? O czym mówisz? – Popatrzyłam na niego z uwagą.

Cholernie irytowało mnie to, że po jego mimice czy zachowaniu nigdy nie mogłam stwierdzić, co w danej chwili czuł. Był jak czysta, biała, niezapisana kartka, z której niczego nie dało się wyczytać.

– Nie bawisz się dobrze i to widać – stwierdził surowo. – Jeśli ja to zauważyłem, inni też mogą. Musisz wreszcie zrozumieć, że dziś wszystkie oczy nie są zwrócone na nas, lecz na ciebie. To ty wchodzisz do rodziny miliarderów. Nie odwrotnie. Pamiętaj o tym, zanim znów się zapomnisz i zaczniesz trzymać się na uboczu. Masz się uśmiechać i wyglądać na zadowoloną. Dobrze sprzedaj się na zdjęciach. Jesteś mi to winna. Twoja dzisiejsza kreacja kosztowała mnie więcej niż mój ostatni tygodniowy wyjazd do Europy. Wysil się chociaż na podziękowania.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo James minął mnie i bez słowa pożegnania podszedł do stojących przy barze braci. Patrzyłam na niego, tłumiąc łzy. Był dla mnie obcym człowiekiem, a już wymyślił mi przyszłe życie. Życie, którego nie chciałam. Miałam być jedynie jego ozdobą, lalką, która nic w tym świecie nie znaczyła. Zaplanował dla mnie los niemowy, która nie mogła wyrazić swojego zdania. Niespełnionej artystki, która już za moment będzie musiała odrzucić marzenia o malarskiej karierze. Zakazał mi malować, żebym „nie przynosiła wstydu jego rodzinie swoimi wybujałymi fantazjami”_._ Kazał mi zejść na ziemię i przestać bujać w obłokach. Jego zdaniem „takie bohomazy to żaden przejaw artyzmu, raczej przejaw zduszonych w sobie kompleksów”. Powtarzał mi to każdego dnia, a jego słowa zostawały ze mną, nawet wtedy, gdy zamykałam się wieczorami w pokoju i malowałam tylko dla siebie.

Chciał mieć obok siebie żonę, która będzie jego podłokietnikiem, na którym będzie mógł się oprzeć zawsze wtedy, gdy znudzi mu się jakaś pozycja w blasku kamer i fleszy. Oczekiwał ode mnie szybkiego macierzyństwa. Zależało mu na tym, żebym urodziła mu gromadkę dzieci. Dzieci, które z idealnie przystrzyżonymi włosami i w polakierowanych butach chodzić będą do prywatnej, luksusowej szkoły. Szkoły dla cholernych bogaczy.

Chciał, żebym zrezygnowała ze wszystkiego, co było częścią mnie jako osoby. Żebym stała się żywą kukłą. Miałam wyrzec się nawet moich ukochanych kwaśnych żelków, bo teraz jedyne, co mi przystoi, to sernik po wiedeńsku podany na złotej zastawie. A ja nie tego chciałam. Pragnęłam wolności. Marzyłam o tym, bym chociaż na chwilę mogła stać się liściem, który będzie mógł odlecieć, dokąd tylko zechce.

Od zawsze wierzyłam w miłość. Byłam niepoprawną romantyczką i wcale się tego nie wstydziłam. Próbowałam udowodnić mojej rodzinie, że istnieją małżeństwa zawarte z miłości, ale oni mnie nie słuchali. Wśród moich bliskich liczyły się tylko korzyści płynące z zawartego ślubu. Tak było od zawsze. Czasem się zastanawiałam, czy małżeństwo moich rodziców też nie było jedynie farsą pod publiczkę. Ja chciałam czegoś więcej. Pragnęłam spotkać szaloną, nieokiełznaną miłość, która wywróci moje życie do góry nogami. Poznać mężczyznę, który pokocha mnie prawdziwie. Za to, jaka naprawdę jestem. Który, gdy będzie trzeba, uderzy pięściami w moje serce i porwie mnie w nieznane.

Zamrugałam kilka razy, by nie pokazać nikomu, jak bardzo dziś czułam się złamana. Zamknięta w klatce cudzych oczekiwań, zbyt długo tkwiłam na bezdrożu, bojąc się wykonać krok ku wolności. Ta bierność i późniejsza niemoc odebrały mi wszystko. Nie miałam już odwagi, by pójść naprzód. Patrzyłam na Jamesa i na samą myśl, że miałabym zostać na zawsze uwięziona w tym świecie obok niego, cała dygotałam. Zachodziłam w głowę, jak to się stało, że się w to wpakowałam. Poznaliśmy się przez niefortunny traf. Wpadł na mnie na ulicy i niechcący oblał mnie kawą. Zaproponował, że w ramach rekompensaty za zniszczone ubranie odwiezie mnie do domu. Tamto nieszczęsne spotkanie zapoczątkowało całą późniejszą lawinę nieszczęść. Moja matka, gdy tylko się dowiedziała, z kim się spotykam, już nigdy mi nie odpuściła. Dla tak bogatego zięcia była w stanie nawet zaprzedać duszę. Robiła wszystko, żebyśmy zostali małżeństwem. Dzisiejsze przyjęcie uświadomiło mi, że dzieliły mnie od tego już tylko dwa dni. To był ostatni moment, by coś zrobić. Ostatni moment na to, bym mogła wyrwać się z tej mydlanej bańki, która doprowadzała mnie do szaleństwa i która już za chwilę miała wyssać ze mnie wszystką nadzieję na moje upragnione porywy serca.

Wpatrzona w tłum gości, nie zauważyłam nawet, kiedy pojawiła się przy mnie Josephine, moja przyszła teściowa. Burza jej wiśniowych loków przysłoniła mi widok, przez co od razu przeniosłam na nią wzrok. Dostrzegłam, że trzyma w dłoni upominkową torebkę.

– Sophie, nareszcie cię znalazłam. Mam coś dla ciebie – powiedziała tym swoim piszczącym głosem, na którego dźwięk prawie zawsze zgrzytały mi zęby.

Przyjrzałam się jej z niemałym zaskoczeniem.

– Dla mnie? – Popatrzyłam na nią nieśmiało.

Przy tej kobiecie zawsze czułam się gorsza. Mała jak mrówka. Ona była damą urodzoną w luksusie, a ja roztrzepaną artystką z chaosem myśli w głowie.

Uśmiechnęła się do mnie sztucznie. Nie wiedziałam, z czego to wynikało, ale zawsze potrafiłam odczytać intencje ludzi po ich uśmiechu. Uśmiech Josephine był najbardziej nieszczerym, z jakim się w życiu spotkałam.

– Wszystkim moim przyszłym synowym zawsze daję przed ślubem taki mały podarunek od serca. Za dwa dni ty i James będziecie małżeństwem. Staniesz się moją córką. – Od razu wyczułam, z jakim trudem te słowa przeszły jej przez gardło.

Mnie również na ich dźwięk zakręciło się w głowie.

– Słyszałam, że jesteś malarką. Pomyślałam, że ten upominek ci się spodoba. – Wyciągnęła w moją stronę torebkę z prezentem.

Chwyciłam pakunek i obdarowałam kobietę tak samo sztucznym uśmiechem.

– Dziękuję, to bardzo miłe, ale nie musia…

Przerwała mi.

– Cała przyjemność po mojej stronie – oznajmiła pewnie i jednym ruchem strąciła swoje błyszczące włosy na plecy. – Otwórz. Jestem ciekawa, czy ci się spodoba.

Zadrżało mi serce, ale wykonałam jej polecenie. Moje ciało zesztywniało, gdy wyjęłam z torebki małą porcelanową lalkę w szklanym słoiku, z pędzlem w dłoni.

– Gdy tylko zobaczyłam ją na wystawie, od razu o tobie pomyślałam. To szesnastowieczna porcelana. Bardzo trwały materiał. Kosztowała krocie, ale dla ciebie wydałabym nawet fortunę. W końcu już za chwilę wejdziesz do naszej rodziny. Od teraz musisz otaczać się drogimi przedmiotami. Dzięki temu łatwiej się z nami zasymilujesz.

Jej słowa sprawiły mi dziwny ból. Czułam, że chciała mi przez to powiedzieć, jak bardzo do nich nie pasuję. Wyróżniałam się i każdy widział, że niełatwo mi spełnić oczekiwania rodziny Moore. Nie byłam w stanie wtopić się w tło.

– Dziękuję. – Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić.

Czasami cisza mówi więcej niż tysiąc słów.

Josephine skinęła mi głową, po czym zostawiła mnie samą i podeszła do jednego ze swoich synów. Nogi zrobiły mi się jak z waty. Zabawa trwała w najlepsze, lecz dla mnie czas właśnie się zatrzymał. Wszystkie głosy i inne dźwięki w mojej głowie nagle ucichły. Jedyne, co słyszałam, to nieprzyjemny pisk w uszach. Moje skronie pulsowały, a ucisk na sercu nie pozwalał mi nabierać swobodnych oddechów. Miałam ochotę wrzasnąć na całe gardło i wyrzucić z siebie wszystkie trudne emocje, lecz nie mogłam tego zrobić. Niemy krzyk wydobył się z mojej piersi. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała w nierównym rytmie.

Stałam nieruchomo, wpatrując się w trzymaną w dłoniach lalkę. Byłam taka jak ona. Tak właśnie się teraz czułam. Zesztywniała, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu i ucieczki. Uwięziona za szybą oczekiwań mojej rodziny. Zupełnie jakby zrobiono mnie z porcelany. Jeśli spróbuję oderwać się od podłoża, mogę się pokruszyć. Szkło, które mnie otaczało, rozbite podczas próby ucieczki porani moją skórę.

Ale przecież to nic takiego. Każdy wokoło myślał, że byłam wykonana z trwałego materiału, więc przetrwam wszystko. W końcu kosztowałam krocie. Cholerne banknoty w postaci luksusowej bielizny, drogiej sukni, tych pieprzonych lśniących szpilek i pierścionka, który palił moją skórę jak żywym ogniem, opinały moje ciało. Umierałam za życia. Choć na zewnątrz wyglądałam jak milion dolarów, to wewnętrznie gniłam i rozpadałam się. Do moich oczu napłynęły łzy. Starałam się być dziś silna, ale właśnie pękłam.

Musiałam wyjść na zewnątrz i się przewietrzyć. Tylko tlen mógł teraz oczyścić moje stargane emocjami myśli. Minęłam bar i stojącego obok Jamesa. Nie mogłam już na niego patrzeć. Każdy oddech sprawiał mi ból. Czułam się tu obca, całkowicie odrealniona. Wydawało mi się, że wszyscy dookoła mnie mówią jednocześnie. Ich rozmowy mnie przytłaczały, powodowały silny niepokój, zdawały się zbyt głośne. Ktoś przechodził obok, a ja byłam jak w transie. Zrozumiałam jeszcze dosadniej, że to nie moje miejsce

Wyszłam na taras i oparłam się o szklaną balustradę. Znajdowałam się na dwudziestym piętrze luksusowego apartamentowca. Rozpościerał się stąd idealny widok na panoramę pogrążonego w czeluściach nocy miasta. Birmingham z tej perspektywy wyglądało naprawdę zachwycająco. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w ciemne niebo. Pragnęłam, by któraś z gwiazd wskazała mi drogę.

Żałowała tysiąca rzeczy. Tak wielu, że nie mogła iść do przodu, bo uginała się pod ich ciężarem. Była jak okręt, który nie może ruszyć w rejs, bo kotwica, tysiące kotwic, przykuwają go do dna morza.

Susan Dennard
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij