Nie pozwolę ci spaść - ebook
Spotkali się na krawędzi… ale mogą uchronić się przed upadkiem
W rocznicę trudnego rozwodu Alicja wchodzi na dach wieżowca, w którym pracuje, aby skonfrontować się z własnym bólem. Gdy stoi nad krawędzią i wyobraża sobie, co by było, gdyby po prostu zniknęła… ktoś nagle chwyta ją za ramię.
Tajemniczy mężczyzna, przekonany, że właśnie uratował ją przed śmiercią, proponuje kolejne spotkanie – na tym samym dachu, za tydzień, o tej samej porze. Ciekawość Alicji wygrywa z początkową niechęcią do niego i kobieta postanawia skorzystać z zaproszenia. Jeszcze nie wie, że tym samym pozwoli rozwinąć się relacji, która na zawsze odmieni jej życie…
Nie pozwolę ci spaść to poruszająca, intymna opowieść o ludziach, którzy nad przepaścią uczą się wzlatywać. Historia o tym, że nawet anioły mogą mieć swoje własne demony.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-247-7 |
| Rozmiar pliku: | 557 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Stanęłam przed lustrem w łazience i zaczęłam przyglądać się twarzy naprzeciwko, jakbym widziała ją po raz pierwszy. Kobieta z lustra obserwowała mnie uważnie spod ściągniętych brwi, pomiędzy którymi pojawiła się głęboka, pionowa bruzda. Lwia zmarszczka. Nie miałam jej przed rokiem. Pierwsze zmarszczki pojawiły mi się już przed kilkoma laty, ale to były wesołe kurze łapki, jak mawiał Krzysztof, od przerostu śmiechu nad rozwagą. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy jakoś trudniej było mi się śmiać, ale kurze łapki zdecydowanie się pogłębiły. Do nich doszły jeszcze inne, papierosowe. Nie od palenia, ten rodzaj używki nigdy nie przypadł mi do gustu. Raczej od mało atrakcyjnego robienia buzi w dzióbek zasadniczej nudziary, jaką stałam się po rozpadzie naszego małżeństwa. No cóż, nikt nie powiedział, że po rozwodzie życie stanie się weselsze. Lub chociażby ciekawsze.
Ochlapałam twarz zimną wodą, podobno to w magiczny sposób ujędrnia skórę, po czym nałożyłam delikatny makijaż, ograniczony do podkładu i podkreślenia oczu. Uznałam, że nie muszę aż tak bardzo się starać. Nie mam dla kogo. Wykrzywiłam się do lustra, na co ono odpowiedziało mi tym samym. Nie bądź jak dzieciak, zganiłam się w myślach. Kobieta w lustrze zaczęła przyglądać mi się ze smutkiem, w końcu z jej oka spłynęła łza. Moja łza.
Otarłam szybko policzek i wzięłam do ręki telefon. Po kilku długich sygnałach usłyszałam znajomy, energiczny głos:
– Cześć, Alicja! Co tam?
– Magda, powiedz mi… jak powinnam świętować pierwszą rocznicę rozwodu?
Zapadła krótka chwila, wystarczająca jednak, abym poczuła się jeszcze bardziej podle. Naprawdę musiałam zawracać przyjaciółce głowę? W dodatku przed pracą?
– Nie upijaj się. – Głos przyjaciółki zabrzmiał ciepło, spokojnie. – W ogóle nie rób niczego szalonego. Z takiej gównianej okazji nie warto.
– Okej. To co w takim razie mam robić?
– Przewietrz swoje szare komórki, to zawsze przynosi dobry efekt. Albo obejrzyj sobie jakiś głupawy film. Byle nie romantyczny. Żadnej ckliwej opowieści o miłości! A jutro pójdziemy na kawę, pogadamy.
– Kochana jesteś – powiedziałam cicho łamiącym się głosem, który po chwili przeszedł w szloch.
– Płakać też możesz – usłyszałam jeszcze. – To naprawdę pomaga. Tylko nie zapomnij, że jednak idziesz jeszcze do pracy, gdzie musisz wyglądać, więc może główną część opłakiwania tego gównianego święta zostaw sobie na popołudnie, co?
Odłożyłam telefon z mocnym postanowieniem nieuprawiania martyrologii. To ma być dobry dzień.
– Dzień dobry – powiedziałam do odbicia w lustrze i wysmarkałam głośno nos.
***
Do pracy dotarłam zatłoczonym tramwajem. Z westchnieniem ulgi wysiadłam na przystanku i po pokonaniu dwustu metrów ruchliwą ulicą dotarłam do biurowca. Weszłam do windy wraz z kilkoma osobami, które znałam z widzenia. Niemal codziennie spotykaliśmy się w windzie bądź na korytarzu, pozwalając sobie na zdawkowe pozdrowienie i służbowy uśmiech. Co się kryło za służbowymi maskami? Może ktoś z nich również miał dzisiaj rocznicę rozwodu?
Alicja, odpuść sobie, zganiłam się w myślach. Po prostu musisz przyjąć, że to zwyczajny dzień. Jak każdy inny.
Wjechałam windą na szóste piętro i weszłam do biura. Zuzanna już siedziała przy swoim biurku ze wzrokiem utkwionym w monitor komputera. Jej zdawkowe „hej” świadczyło, że jednak odnotowała moje pojawienie się w biurze. Biurko Dominika było puste. Spojrzałam na zegarek: za dwie minuty ósma. No tak, wszystko według utartego schematu. Zawsze pojawiałam się w biurze tuż przed dzwonkiem, zastając koleżankę już w ferworze pracy, natomiast nasz kolega zapewne jak zwykle się spóźni.
Podeszłam do ekspresu, wlałam świeżą wodę i dosypałam ziarnistej kawy do pojemnika.
– Kawa? – rzuciłam w stronę Zuzanny, wiedząc, co za chwilę usłyszę.
– Espresso. Dzięki.
Drzwi otworzyły się z rozmachem.
– Jestem – wydyszał Dominik, opadając ciężko na krzesło. – Mała obsuwa. Sorki. Klikniesz na doppio?
Ósma dziesięć. Czyli nie jest źle. Można by rzec, w normie.
Postawiłam filiżanki z kawą na biurkach, po czym usiadłam przy swoim, stojącym najbliżej okna. Za dwie godziny Zuzanna zaproponuje przygotowanie kawy, a po lunchu zrobi to Dominik. Dzień jak każdy inny, powtórzyłam w myślach nową mantrę. Podążyłam wzrokiem za okno, pozwalając swobodnie płynąć własnym myślom.
– Alicja? – Głos Dominika przywrócił mnie do rzeczywistości. – Coś się stało?
– Nie, dlaczego tak uważasz?
– Bo wyglądasz, jakbyś płakała. – Dominik przyglądał mi się badawczo.
– Poniekąd tak – zmusiłam się do uśmiechu, który miał wyglądać na beztroski. – Rano przypadkowo wtarłam sobie krem do oka. Trochę to trwało, zanim go wypłakałam.
– Oj, znam to – skrzywił się. – Nieprzyjemne uczucie.
– Bo Dominik, jak prawdziwy mężczyzna, używa kremu na zmarszczki. – Zuzanna nie była w stanie podarować sobie uszczypliwości. – I jeszcze balsamu do ciała, żeby mieć gładkie pośladki. I żelu do włosów dla podkreślenia wyglądu żigolaka. To dlatego notorycznie się spóźnia.
– Mylisz się. Spóźniłem się, ponieważ ktoś nie chciał mnie rano wypuścić z łóżka. Natomiast zastanawiam się, dlaczego ty zawsze jesteś przed czasem. Czyżby nikt nie miał ochoty na parę dodatkowych minut spędzonych w twoim nieocenionym towarzystwie?
– Lepiej planuję czas o poranku.
– Nie można zaplanować spontanicznego seksu przed pracą.
Zuzanna spojrzała na niego z wyrzutem.
– Nie musisz nam meldować, kiedy uprawiałeś seks. To niesmaczne.
– Mówienie o wklepywaniu balsamu w pośladki jest bardziej na miejscu?
– Wiecie co? – wtrąciłam się w ich sprzeczkę. – Kocham was! Oboje. Ale może już przestańcie, bo czeka nas dzisiaj zespołowa robota.
– Masz rację, Alicja. – Dominik spotulniał. – Nowy katalog sam się nie zrobi. Koniec rozmów o seksie, tym porannym i wieczornym, w łóżku czy pod prysznicem, pozamałżeńskim albo uświęconym przez założenie ślubnych obrączek…
– Dominik! – Zuzanna podniosła głos.
Mężczyzna przybliżył rękę do ust, markując gest zamykania ich na błyskawiczny zamek, ale mrugnął do mnie okiem, wywołując moje rozbawienie. Brawo, Alicja, to pierwszy uśmiech dzisiaj. Niewymuszony, prawdziwy. Przeżyjesz ten dzień. Bo to dzień jak każdy inny.
Włączyłam swój komputer, po czym wyjęłam z szuflady blok i ołówki. Lubiłam pracować w trybie kartka – ołówek. Właśnie w taki sposób wpadałam na najlepsze – i co ważniejsze – najbardziej cenione przez szefa pomysły. Kreśliłam słowa, czasem całe frazy, ozdabiałam abstrakcyjnymi rysunkami, potem wyrywałam kartkę i zaczynałam od nowa. A gdy już byłam przekonana do tego, co udało mi się stworzyć, poddawałam to krytyce naszego zespołu, co nierzadko było bolesne, ale zawsze bardzo owocne. Tak, musiałam przyznać, że tworzyliśmy zgrany team.
Kilka godzin później byliśmy gotowi przedstawić naszemu szefowi gotowy pomysł na katalog włoskich mebli. Przeciągnęłam się i wstałam zza biurka.
– Idę na lunch – powiedziałam głośno.
– Do baru? – zainteresowała się Zuzanna.
– Nie. Na dach.
***
Widok z dachu biurowca na nowoczesne centrum miasta był oszałamiający. Wiedziałam, że są osoby, które nie lubią gromady wysokościowców, wyrosłych w ostatnich latach w okolicy Pałacu Kultury. Ja jednak zawsze patrzyłam na nie z zafascynowaniem, szczerze podziwiając ich rozmiary i niezwykłą konstrukcję. Biurowiec, w którym pracowałam, nie był aż tak wysoki, ale przewyższał okoliczną zabudowę, pozwalając napawać się widokiem stolicy. To dlatego przy dobrej pogodzie zdarzało mi się przychodzić na dach, żeby zjeść swój lunch.
Teraz, po skonsumowaniu dużej porcji sałatki z tuńczykiem, stałam wpatrzona w panoramę, która w świetle niezbyt wysokiego wrześniowego słońca wydawała się nierealna. Opuściłam wzrok w dół, na przebiegającą pod biurowcem boczną ulicę, która z wysokości osiemnastego piętra wyglądała jak gruba ciemnoszara wstążka. Pomiędzy mną i ulicą, niczym ułożone na stosie pudełka, mieściły się biura różnych firm. Moje znajdowało się na szóstym piętrze, więc z jego okna nie miałam już tak imponującego widoku. Wychyliłam się bardziej, wyobrażając sobie, jakby to było spadać i po drodze zaglądać przez kolejne okna. Czy zauważyłabym coś szczególnego w tym locie? I czy osoby siedzące nad stosami papierów lub przed ekranami komputerów zdążyłyby zarejestrować moją krótką obecność za ich oknem? Podejrzewam, że większość z nich nawet nie zauważyłaby przemykającego w dół cienia. A ci, którzy by jednak zarejestrowali jakiś ruch za oknem, pewnie uznaliby, że był to jakiś większy ptak albo płachta materiału. Chusta zerwana z szyi przez wiatr i uniesiona w przestworza.
Poczułam delikatne szarpnięcie za plecak, który miałam przerzucony przez ramię.
– Uważaj, bo naprawdę skoczysz – usłyszałam za sobą, a mocny chwyt przeniósł się z plecaka na ramię.
Odwróciłam się, przestraszona. Przede mną stał mężczyzna, niezbyt młody, raczej starszy ode mnie, chociaż rysy twarzy miał bardziej chłopięce niż męskie. Wpatrywał się łagodnymi oczami w moją twarz, ale spojrzenie miał czujne.
– Nie zamierzałam skakać – odparłam dość ostro i nieco gwałtownie wyrwałam ramię z uścisku.
– Okej.
– Nie wierzysz mi? – Dopiero w tej chwili zorientowałam się, że wbrew zasadom, które zwykłam stosować wobec nieznajomych, mówimy do siebie na „ty”. – Po prostu spoglądałam w dół, mierząc wysokość do ulicy – dodałam nieco łagodniej.
– Okej – powtórzył. – Wierzę ci, nie musisz mnie przekonywać. Pytanie, czy przekonałaś samą siebie.
Odeszłam w stronę drewnianej ławki, na której jeszcze przed kilkoma minutami jadłam swój lunch, i opadłam na nią ciężko. Mężczyzna ruszył za mną i usiadł obok.
Poczułam irytację, że wciąż tu jest, że wkradł się w moje ulubione miejsce, w którym zdecydowanie chciałam być sama. Słyszałam jego oddech, kątem oka widziałam zarys jego dość delikatnej, jak na mężczyznę, twarzy. Niech już sobie pójdzie, pomyślałam, ale on uparcie tkwił na ławce obok mnie. Przymknęłam oczy.
– Chcesz pogadać? – zapytał w końcu po upływie, jak mi się zdawało, wieczności.
– Z zasady nie rozmawiam z nieznajomymi.
– Na ogół ja również – oznajmił.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam ochoty na rozmowę. Odwróciłam nieco głowę w przeciwnym kierunku, skupiając wzrok na ulubionym widoku, który jednak tym razem nie potrafił przykuć mojej uwagi. Obecność mężczyzny, chociaż cicha, zdawała mi się zbyt natarczywa.
– Jeśli jednak chciałabyś porozmawiać – odezwał się w końcu – to będę tu w piątek za tydzień, o tej samej porze.
Wstał i podszedł do barierki, przesłaniając mi częściowo widok, na którym próbowałam skupić uwagę. Odwróciwszy się w moją stronę, skrzyżował ręce na piersiach i zaczął mi się uważnie przyglądać, czym wzbudził moje autentyczne skrępowanie. Czy mi się wydawało, czy w jego spojrzeniu było coś kpiarskiego? A może po prostu czekał, aż sama z własnej woli zejdę z dachu? Udając, że w ogóle mnie to nie rusza, wstałam z ławki i bez słowa ruszyłam do drzwi, za którymi znajdowała się klatka schodowa. Dopiero wtedy, gdy znalazłam się za drzwiami, udało mi się ochłonąć.
Nie, zdecydowanie nie był to dzień jak każdy inny.
***
– Od rana wiedziałam, że to nie będzie dobry dzień! – parsknęła Magdalena ze złością i usiadła w fotelu, rozlewając przy tym kilka kropel kawy na spodek.
– O! A to dlaczego? – Uniosłam brwi.
– Śniło mi się, że jestem w ogrodzie… takim kolorowym, z pachnącymi różami…
– Piękny sen. Dlaczego miałby przepowiadać zły dzień?
– Poczekaj! Chodzę sobie po tym kolorowym, kwitnącym ogrodzie, a tu nagle słyszę: „Mamo, jestem głodna! Mamo! Otwórz oczy!”. – Westchnęła, przymknąwszy powieki. – Z niechęcią wyślizguję się ze snu. Serwuję powiekom gimnastykę. Prawa stawia opór, krzyczy, że to przemoc zmuszać do takiej aktywności na granicy snu i jawy…
– O której to było?
– O której… – Otworzyła oczy. – A, o siódmej!
Parsknęłam śmiechem.
– Codziennie wstajesz wcześniej!
– Alicja, daj spokój! W dni powszednie owszem, ale nie w dzień wolny od pracy! Michalina mogłaby dać mi pospać dłużej, ale ona upiera się, że nie zna się na zegarku. Nawet na elektronicznym!
– No dobrze, wstałaś wcześniej. I to ci rozwaliło cały dzień?
– Ach, nie! To było preludium. Po śniadaniu Michalina wyciągnęła mnie na miasto. Chodziło jej oczywiście o chlapanie się w fontannie. Wiesz, to ostatnie ciepłe chwile, lada dzień przyjdzie jesień… Zgodziłam się. Poszłyśmy na lody, a potem ruszyłyśmy w stronę fontanny. A tam brak miejsca na ławkach. Wszędzie mamy z wózkami, starsze panie i ten gość… – Przerwała opowieść, wypijając kilka łyków kawy, po czym kontynuowała: – Od pierwszego spojrzenia znielubiłam go. Wiesz, ostentacyjnie rozwalony na ławce, z papierosem w ręku. Znasz ten typ. Michalina biegała boso w fontannie, a on zaczął przemawiać, że tu zakaz jest. I że ze mnie babcia nieodpowiedzialna, co by matka powiedziała na taką beztroskę. Że niby szkodzę dziecku, pozwalając mu taplać się w wodzie. To mu powiedziałam, że nie jestem babcią, tylko późną mamą. I jemu nic do tego, na co pozwalam własnemu dziecku. Alicja, czy ja naprawdę wyglądam tak staro?
Zaprzeczyłam ruchem głowy.
– No też mi się tak wydawało. Ale jak mi wyskoczył z tym, że jest emerytowanym prokuratorem i zna prawo, nie wytrzymałam. Odpaliłam mu, że jestem dziennikarką, jego twarz rozpoznam w internecie i opiszę, jak to, przesiadując z papierosem w ręku na skwerku, złamał zakaz palenia w miejscu publicznym.
– Przecież nie piszesz artykułów do gazet…
– Ale on o tym nie wiedział – stwierdziła nie bez złośliwości w głosie. – Michalina! – Odwróciła się do dziewczynki, która szalała na improwizowanym placu zabaw tuż obok kawiarnianych stolików. – Uważaj na tej drabince! Po co ja to w ogóle mówię – zwróciła się z powrotem do mnie.
– Jak to po co? – odparłam. – Żeby uspokoić matczyne sumienie i mieć zaplecze. Gdy się coś stanie, zawsze możesz sięgnąć po stare sprawdzone: „A nie mówiłam?”.
Roześmiałyśmy się, ale Magda szybko spoważniała.
– Jak sobie radzisz? Chodzi mi o wczorajszy dzień… o tę piekielną rocznicę.
Wypiłam łyk gorzkiej kawy. Czy nie była tego dnia bardziej cierpka niż zwykle?
– Jak ty ją wczoraj nazwałaś? – Pozwoliłam sobie na krzywy uśmiech. – Gówniana?
– A co? Wolałabyś jakieś inne określenie rodem z Wersalu?
Westchnęłam ciężko.
– No więc właśnie nie radzę sobie, Magda. Nadal nie potrafię zaakceptować decyzji Krzysztofa. Chociaż minęło już tyle czasu.
– Czas leczy rany, ale widocznie w twoim przypadku robi to bardzo powoli.
– Otóż to. Tymczasem nadal boli. – Przerwałam na chwilę, obawiając się, że głos mi się załamie. – Sama wiesz, że nic zupełnie nie zapowiadało takiego obrotu sprawy.
– Masz rację, dla mnie, dla całego naszego grona to było jak piorun w słoneczny dzień. Czy Krzysztof nadal jest z tą zołzą?
– Nie wiem, czy jest zołzą, ale tak, nadal z nią jest. Życzliwi ludzie z radością mi donoszą co jakiś czas, gdzie i kiedy widzieli ich razem.
– No, popatrz, jaka ta Warszawa jest jednak mała. – Pokręciła głową z niedowierzaniem. – A ludzie podli.
Przeanalizowałam słowa przyjaciółki. Miała rację w obu przypadkach.
– Wiesz, czasem czuję się jak ktoś poza nawiasem. Ja wiem, że rozwódka dzisiaj to nie to samo, co przed dwudziestu laty, ale jest mi z tym statusem zwyczajnie źle. A najtrudniej w chwilach, gdy zdaję sobie sprawę, że nasi wspólni znajomi nagle zapominają zaprosić mnie, jak co roku, na imieniny czy grilla.
– Witaj w klubie – odparła cicho.
– Ciekawe, czy zapraszają Krzysztofa…
– Nie myśl o tym. I nie tęsknij za miernymi znajomymi, którzy chcą twojego towarzystwa jedynie wówczas, gdy wszystko układa się dobrze, a olewają w chwili kryzysu.
Westchnęłam ciężko.
– Mam wrażenie, że ty sobie radzisz z tym znacznie lepiej…
– Nie zapominaj, że mój rozwód miał miejsce wiele lat temu. A poza tym mam Michalinę. – Obejrzała się, jakby przypomniała sobie o córce brykającej na placu zabaw. – I wiesz co, mogę narzekać na wczesne pobudki, dąsy i sprzeczki o kolor rajstop zakładanych do przedszkola, ale nie wyobrażam sobie życia bez tej mojej czarownicy.
***
Spojrzałam na zegarek: zbliżała się godzina trzynasta. Pora lunchu. Nie wzięłam niczego do jedzenia z domu. Z jednej strony wiedziałam, że warto byłoby pójść do znajdującego się na parterze baru. Z drugiej zżerała mnie ciekawość, czy mężczyzna, którego spotkałam przed tygodniem na dachu, faktycznie ponownie się na nim pojawi. Przypuszczałam, że pewnie go tam nie zastanę, więc jakby co, na lunch jeszcze zdążę.
Zarzuciłam na siebie kurtkę i poszłam do windy.
Był. Stał w tym samym miejscu, w którym zostawiłam go przed tygodniem. O tym, że nie tkwił tu przez cały tydzień, świadczyła zmiana garderoby: on również miał na sobie kurtkę, której rozpięte poły unosiły się delikatnie na wietrze.
– Zastanawiałem się, czy przyjdziesz – powiedział zamiast powitania.
– Też się nad tym zastanawiałam.
– Czy przyjdziesz?
– Nie, czy ty się pojawisz. I raczej obstawiałam, że cię tu nie znajdę.
– Przecież powiedziałem, że będę.
Usiadłam na ławce i wystawiłam twarz do słońca, które, jak przystało na przełom lata i jesieni, próbowało wykrzesać jeszcze odrobinę ciepła.
– Pracujesz w tym biurowcu? – zagadnęłam.
– Nie.
– To co ty tu właściwie robisz?
– Teraz? – Wzruszył ramionami. – Mam spotkanie z tobą.
– Nie… chodzi mi o poprzedni tydzień. Dlaczego tu przyszedłeś?
Ponowne wzruszenie ramion.
– Chciałem popatrzeć sobie gdzieś w dal, bez obecności innych ludzi na osi wzroku.
– Nie lubisz patrzeć na ludzi?
– To nie jest kwestia lubienia bądź nielubienia. Czasem po prostu mam ochotę nie widzieć nikogo. Krajobraz miejski bez ludzi… To pozwala swobodnie płynąć myślom.
– W takim razie nie udało ci się, ponieważ przypadkiem weszłam w twój kadr – podsumowałam.
– Nie zawsze coś, co przeszkadza naszym zamierzeniom, jest złe. – Spojrzał na mnie uważnie. – Myślę, że dobrze się stało, że byłem tu w poprzedni piątek.
– Szczerze? Twoja obecność zirytowała mnie. Również potrzebowałam pobyć tutaj sama.
– A jednak przyszłaś dzisiaj, wiedząc, że możesz się na mnie natknąć.
Uśmiechnęłam się.
– Raczej stwierdzić, że ciebie tu nie będzie.
Mężczyzna odpowiedział uśmiechem. Po raz pierwszy wydał mi się sympatyczny.
– Czego dotyczyły? – zapytałam, wstając z ławki.
– O co pytasz?
– O swobodnie płynące myśli. Czego one dotyczyły?
Długo się nie odzywał. Stał zapatrzony w odległy krajobraz. Zastanawiałam się, czy pytanie w ogóle do niego dotarło. Przeniosłam wzrok na panoramę miasta, mając mężczyznę na granicy pola widzenia.
– Na przykład co by było, gdybym spróbował polecieć – oświadczył w końcu tonem, jakby mówił coś zupełnie naturalnego. – Ale miejsce już było zajęte.
Odwróciłam się gwałtownie w jego stronę.
– Żartujesz, prawda?
– Nie wiem… nie, w zasadzie chyba nie. Może należałoby powiedzieć, że nie byłem zdecydowany zgłębić zagadnienia.
– A… dzisiaj?
– Dzisiaj poziom mojego niezdecydowania wzrósł. Myślę, że mi przeszkadzasz w rozważaniu takiej ewentualności. Tak jak zapewne ja przeszkodziłem tobie.
– Ja nie chciałam skakać. Tak sobie tylko wyobrażałam, jakby to było, gdybym skoczyła. Czy ktokolwiek siedzący w tej chwili w biurze zauważyłby mnie za oknem…
– A jakie miałoby to dla ciebie znaczenie?
– Żadne. Po prostu taka luźna myśl zarysowała się w mojej głowie znikąd. A ty się pojawiłeś kilka sekund po niej. Niczym anioł mający mnie ochronić przed niedorzecznym czynem.
– Nie jestem aniołem.
Spojrzałam na moją ulubioną panoramę miasta, szukając w widoku czegoś nowego, ale krajobraz tkwił niezmiennie na swoim miejscu. Może tylko słońce przemykało pomiędzy wieżowcami niżej niż przed tygodniem, gdy pojawił się ten… no właśnie, kto? Zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia, kim jest mężczyzna, z którym właśnie rozmawiam.
– Jak masz na imię? – zapytałam, uznając, że warto zacząć od podstawowego pytania.
Pokręcił głową.
– Jeśli podam ci moje imię, to byłoby tak, jakbyśmy stali się znajomymi. Czy nie lepiej jest rozmawiać jak nieznajomi w pociągu?
Zamyśliłam się. Coś w tym było. Przed przypadkowym podróżnym łatwiej jest się otworzyć, zwłaszcza jeśli wiesz, że już nigdy więcej się z nim nie spotkasz. Można pozwolić sobie na zdradzenie skrywanych dotychczas sekretów bez poczucia, że zaraz będzie o nich rozmawiało całe miasto. Z drugiej strony…
– Bardzo ładnie to ująłeś. Przekonywująco – zareagowałam w końcu. – I prawie ci uwierzyłam.
– W co?
– Że właśnie z tego powodu chcesz pozostać anonimowy. Ale ty nie chcesz zdradzić, kim jesteś, bo obawiasz się, że mogłabym kogoś zawiadomić, że chcesz się zabić. Na przykład kogoś z rodziny, gdybym o niej cokolwiek wiedziała. Albo po prostu zadzwoniłabym na policję.
– To akurat możesz zrobić w każdej chwili. Ale nie dzwonisz.
– Bo nie jestem pewna, nie chcę wszczynać bezpodstawnie alarmu.
– Możesz spokojnie odpuścić sobie ten telefon. Nie chcę się zabić.
– Sam mówiłeś, że rozważałeś skok z dachu.
– Nie. Zastanawiałem się, jakby to było polecieć. Nie jest to równoważne z chęcią zabicia się. Po prostu… czasem nie ma innego wyboru.
– Nie masz wyboru?
– Nie mówiłem o sobie – uśmiechnął się ciepło. – Nie obawiaj się, jak na razie, nawet gdyby taka myśl wykrystalizowała się w mojej głowie, i tak nie miałbym możliwości tego sprawdzić w rzeczywistości.
– Dlaczego?
– Bo ty tu jesteś. I dopóki w twojej głowie pojawiają się wyobrażenia o mijaniu poszczególnych pięter podczas drogi na dół, nie mógłbym sobie pozwolić na swój własny lot. Może właśnie dlatego znaleźliśmy się w tym samym czasie na dachu, żebym mógł cię w porę powstrzymać…
– Jak anioł.
– Skoro upierasz się mnie tak nazywać…
– Miło mi cię poznać, Anioł. – Wyciągnęłam rękę. – Alicja.
– Miło mi cię poznać, Alicjo.
Przez chwilę przyglądał mi się z zaciekawieniem, w końcu puścił moją rękę.
– Muszę już iść, Alicjo, ale za tydzień też tu będę.
– Dlaczego?
– Bo to naprawdę dobre miejsce.
***
– Co czytasz, tato? – zapytałam, widząc ojca z książką w ręku.
Usłużnie podniósł książkę, żeby pokazać mi okładkę. Znałam ten tytuł od wielu lat. Był to Mag Johna Fowlesa w starym, dwutomowym wydaniu KIK. Egzemplarz był mocno zniszczony, okładka powyginana od wielokrotnego czytania, a niektóre kartki naddarte. Kiedyś nawet proponowałam ojcu zakup nowszego, wygodniejszego wydania, ale stwierdził, że nie zamierza zdradzić książki, którą otrzymał w prezencie od swojej ówczesnej narzeczonej, która potem została moją mamą.
– Tak, wiem, czytam po raz kolejny tę samą książkę – usprawiedliwił się, zanim zdążyłam mu to wytknąć.
Uśmiechnęłam się.
– No właśnie, po raz który?
– Nie mam pojęcia, dziecko – westchnął ciężko. – Ale wiesz co, podzielę się z tobą pewnym spostrzeżeniem. Nicholas… czytałaś Maga, prawda?
Kiwnęłam głową.
– Otóż, kiedy czytałem tę powieść jeszcze jako młody człowiek, Nicholas wydawał mi się dorosły i dojrzały. Był dla mnie w pewnym sensie starszym przyjacielem. Powiedziałbym nawet autorytetem, chociaż jego historia… No, w każdym razie mocno z nim sympatyzowałem. Obecnie widzę w nim młokosa. Niedojrzałego chłoptasia ganiającego za złudzeniami po greckiej wyspie. To interesujące – zawiesił na chwilę głos – jak zmienia się perspektywa widzenia bohatera z wiekiem czytelnika.
– Interesujące spostrzeżenie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ale wiesz, ja nie mam jeszcze takiej perspektywy.
– Jesteś jeszcze bardzo młoda.
Doprawdy? Czułam, jakbym miała znacznie więcej niż dwadzieścia siedem lat.
– Poza tym wiesz, że ja akurat nie lubię wracać do tych samych powieści – dodałam na głos. – Może właśnie dlatego, że nie chcę pozbawić się przyjemnych wspomnień z pierwszego kontaktu z bohaterami. A poza tym jest jeszcze tyle książek nieprzeczytanych… – Otworzyłam lodówkę. – Zjesz coś?
– Nie, ale chętnie wypiłbym herbatę.
W zasadzie ja również nie byłam głodna. Włączyłam czajnik. Wyjęłam z szafki kubki w słoneczniki i włożyłam do nich torebki naszego ulubionego earl greya.
– A wracając do czytania – ojciec nie odpuszczał – naprawdę proponuję ci, abyś wróciła przynajmniej do niektórych książek, które czytałaś, gdy byłaś młodsza…
– I głupsza? – dokończyłam za niego.
– Nie. Może prostoduszna i bardziej otwarta na życie.
– Natomiast teraz stałam się opancerzona i zgorzkniała – zripostowałam.
Ojciec wziął mnie za rękę.
– Córeczko, wiem, że przeszłaś naprawdę trudne chwile, ale uwierz mi, kiedyś jeszcze będzie dobrze.
– Czy po odejściu mamy kiedykolwiek w twoim życiu zrobiło się naprawdę dobrze?
Wstał i podszedł do okna.
– To nie to samo – powiedział cicho.
– Wiem. – Poczułam się zakłopotana. – Przepraszam, tato.
– Nie przepraszaj. To nie twoja wina, że tak się wszystko potoczyło. I że nie potrafię znaleźć słów, które mogłyby dać ci chociaż odrobinę ukojenia.
Podeszłam do niego i wtuliłam się jak mała dziewczynka, pozwalając, by objął mnie swoimi silnymi ramionami. W nich zawsze czułam się bezpieczna.
– Wiesz – bardziej wymruczałam, niż powiedziałam na głos – może spróbuję ponownie przeczytać Wichrowe Wzgórza. I ponownie spotkam się z Heathcliffem.
– Nadal podkochujesz się w Heathcliffie?
Woda zagotowała się, więc opuściłam ramiona ojca i zalałam herbatę.
– Daj spokój, tato! Kochałam się w nim jako licealistka. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego Katy nie potrafiła dostrzec w nim jego uroku. – Wzięłam kubek do ręki i wypiłam łyk herbaty, parząc sobie usta. – Gorąca!
– Dla większości czytelników jego, jak to określiłaś, urok nie wydaje się tak oczywisty. Zwłaszcza gdy poznawali dalsze jego losy i to, jak traktował bliskich…
– Był zdruzgotany. Może go to nie tłumaczy, ale łatwiej jest zrozumieć, dlaczego stał się taki zgorzkniały i wrogi wobec innych.
– Czyli nadal go idealizujesz.
– Być może. Tylko wiesz co? Obawiam się, że może być jak z tobą i Nicholasem. Ty, czytając po raz kolejny i kolejny Maga, w końcu odczarowałeś go i w efekcie straciłeś przyjaciela z czasów młodości.
– Cóż, dojrzałem. A on nadal pozostał nie do końca uformowanym młodzieńcem.
– Nie wiem, czy mam ochotę również odczarować mężczyznę, jakim był dla mnie Heathcliff – zaczęłam się zastanawiać. – Możliwe, że żyję złudzeniami, ale nie jest przyjemnie je stracić.
– To całkiem prawdopodobne. Z drugiej strony może warto jednak spojrzeć na niego inaczej, z punktu widzenia dorosłej kobiety, którą obecnie jesteś.
Zamyśliłam się, wpatrując w gałęzie klonu za oknem, którego liście – zauważyłam to dopiero teraz – zaczęły przebarwiać się na złoty kolor.
– A może dlatego ludzie tkwią w nieudanych związkach, bo nie chcą odczarować wymarzonego mężczyzny lub wymarzonej kobiety? Nie chcą otworzyć szerzej oczu, żeby prawda do nich nie dotarła? – Westchnęłam głęboko. – Myślisz, że tak było ze mną w relacji z Krzysztofem? Nie widziałam wystarczająco dobrze?
– Nie patrzyłaś obiektywnie, raczej przez pryzmat własnych uczuć do niego. – Spojrzał na mnie uważnie i dodał: – Które spowodowały, że w efekcie zostałaś dotkliwie zraniona.
– I to nadal boli, tato.
Ojciec pokiwał głową, ale nie odpowiedział.
***
Tym razem przygotowałam się na nasze spotkanie. Postanowiłam pokazać się od innej, nieco życzliwszej strony. Kupiłam w kiosku dwie kanapki z serem oraz mnóstwem warzyw i dwie kawy. Tak wyposażona ruszyłam na dach.
– Opowiesz mi coś o sobie? – zapytałam, wyciągając w stronę Anioła kanapkę. – To moja pora lunchu, więc pomyślałam, że zjemy go razem.
– Dzięki! – Wyglądał na zaskoczonego i ucieszonego zarazem. – A co chcesz wiedzieć?
Zamyśliłam się. W zasadzie o co powinnam zapytać?
– Na przykład co robisz poza czasem, w którym spotykamy się na dachu…
– Pracuję.
– Ale nie tutaj. – Przypomniałam sobie, co mówił ostatnio.
– Gdybym tu pracował, pewnie spotykalibyśmy się nieco częściej, nie sądzisz?
– Powiesz mi gdzie? – drążyłam dalej.
Kiwnął głową.
– U pewnej starszej damy.
Czekałam na dalszy ciąg, ale Anioł zaczął powoli zjadać kanapkę.
– Nieco więcej szczegółów może? – Ciekawość przeważyła nad taktem.
Anioł uniósł kubek z kawą do ust i wypił odrobinę. Milczał, wpatrzony w horyzont, więc uznałam, że również nie będę się odzywać.
– Mamy z szefową taki rytuał, który nazywamy „zanim wystygnie kawa” – przerwał niespodziewanie milczenie. – Codziennie o poranku celebrujemy wypijanie kawy bez pośpiechu, w kuchni albo, jeżeli jest ciepło, na tarasie. Jest to coś niezwykłego, czego nauczyła mnie moja szefowa. Pokazała mi, że rzadko potrafimy być „tu i teraz”, w danej chwili, która potrafi być bardzo przyjemna. Najczęściej nie zauważamy momentu, który jest, tylko żyjemy, rozważając wydarzenia, które już się zdarzyły, albo planując najbliższą przyszłość. Co muszę zrobić za chwilę, za dziesięć minut, za godzinę… Znasz to?
– Tak – potwierdziłam. – Sama nieraz łapię się na monologu zaczynającym się od „muszę”. „Zaraz muszę iść do kuchni obrać warzywa na zupę, potem zajrzeć na pocztę i odpowiedzieć na maile. Ach, pranie jeszcze trzeba wstawić!” – Westchnęłam ciężko, przewracając oczami, a Anioł ze zrozumieniem pokiwał głową.
– No właśnie. Twoje myśli uciekają do codziennych obowiązków. A przecież tu i teraz nie obierasz ziemniaków, nie sortujesz brudów, nie siedzisz przy komputerze, oddzielając ważne maile od spamu. Myśląc o tym wszystkim, zatracasz tę niepowtarzalną chwilę poranka. Nie widzisz nasyconych barw ogrodu, nie słyszysz ptaków. Dlaczego tak trudno jest skupić się na otaczającej cię rzeczywistości?
– Nie mam ogrodu.
– Ale zapewne masz inne miejsce, w którym możesz celebrować picie kawy.
Pomyślałam o swoim mieszkaniu. Dużym, pustym, jeszcze nie do końca urządzonym. Nie zdążyłam nadać mu charakteru, gdy byliśmy z Krzysztofem razem. Obecnie straciłam do niego serce. Nie potrafiłam w nim być szczęśliwa i od czasu wyprowadzki mojego męża, byłego męża, nie próbowałam w nim nic zmieniać… Alicjo, nie myśl o tym, zganiłam się w myślach.
– Na ogół moja poranna kawa towarzyszy mi podczas różnych czynności i wędruje ze mną od kuchni do sypialni, czasem zahaczając nawet o łazienkę. – Świadomość, że nie celebruję picia kawy wywołała we mnie smutek, więc szybko dodałam: – Ale zdarza się, że zmienia charakter, jeśli piję ją z tatą. To chyba jednak ma znaczenie, że pijemy ją z kimś ważnym dla nas, prawda?
– Zdecydowanie tak.
– Dzielimy się tym, co zdarzyło się w naszej codzienności, osobno w mojej i jego. On już jest na emeryturze. Czasem rozmawiamy o książkach, które czytaliśmy, porównujemy listę przeczytanych lektur, inspirujemy się do zapoznania z kolejnymi. – Przypomniałam sobie rozmowę o spostrzeżeniu ojca, dotyczącym głównego bohatera Maga. – Mój ojciec ostatnio zauważył, że bohater jego ulubionej książki, którą czytał dziesiątki razy, odmłodniał w stosunku do chwili, kiedy go poznał.
– To znaczy? – zainteresował się Anioł.
Opowiedziałam Aniołowi naszą dyskusję na temat Nicholasa.
– Twój tata faktycznie musi dużo czytać, skoro dostrzegł tę prawidłowość.
– Prawidłowość? – powtórzyłam za nim, nie rozumiejąc, co ma na myśli.
– To trochę tak, jakby w książkach żyło się wspak. Jak w tym filmie… – zaczął szukać w pamięci.
– Ciekawy przypadek Benjamina Buttona.
Przytaknął, ale nie dodał nic więcej.
Temat się wyczerpał i zaległa cisza. Rozejrzałam się, ale poza stałym widokiem miasta nic nie przykuwało wzroku. Anioł miał rację, mówiąc, że z tej perspektywy krajobraz stawał się statyczny. Żadnych spieszących się ludzi, żadnych pojazdów próbujących wyminąć innych użytkowników drogi. Tylko bryły budynków z przebijającymi pomiędzy nimi plamami zieleni – o ile drzewa były na tyle wysokie, że udało im się wychylić gałęzie ponad dachy. Z oddali słychać było szum samochodów, ale dźwięk był na tyle stłumiony, że można było go nawet nie zauważyć. Poczułam się skrępowana ciszą, więc zaczęłam zastanawiać się, o czym moglibyśmy ponownie porozmawiać. I może jednak mogłabym się dowiedzieć czegoś konkretnego.
– Masz interesującą szefową – powiedziałam w końcu i dodałam nieco zaczepnie: – Która w dodatku zaprasza cię codziennie rano na kawę. Czy to nie marnotrawstwo? Przecież płaci ci za ten czas picia kawy, prawda?
Zerknął na mnie badawczo, ale nie podjął tematu.
– Poza tym masz jeszcze jakieś obowiązki służbowe, jak sądzę? – kontynuowałam swoje śledztwo.
– Pracuję jako ogrodnik. – Anioł nie zauważył albo zlekceważył ironię zawartą w moim głosie. – Czasem również jako ochroniarz, kierowca i kucharz. Przede wszystkim jednak dbam o stan techniczny domu i ogrodu.
– Jednym słowem: człowiek orkiestra. Dużo tego. I na wszystko masz czas? Wraz z poranną kawą?
– Nie przemęczam się. Poza tym mieszkam u niej, więc nie jestem zobligowany typowym grafikiem pracy. – Wzruszył ramionami i wytarł wierzchem dłoni usta. – Wykonuję to, co jest aktualnie potrzebne.
– Ta kobieta to twoja rodzina?
– Nie, po prostu pracodawczyni. A ty w której firmie pracujesz? – zmienił temat, co uznałam za sygnał, że na ten moment powinnam odpuścić.
– L’affiche – wymieniłam brzmiącą z francuska nazwę, która zawsze wydawała mi się nieco pretensjonalna. – To niewielka firma, zajmująca się głównie tworzeniem folderów i katalogów reklamowych. Ostatnio pracujemy nad katalogiem dla włosko-polskiej firmy, która sprowadza na nasz rynek stare meble włoskie. Albo nowe, ale wykonane dawną techniką.
– O, brzmi całkiem ciekawie – skomentował Anioł. – Ma to w sobie coś kreatywnego, prawda?
– Zaskoczę cię, ale nie bardzo. Zbieram zamówienia, materiały do katalogu, przesyłam dalej, pilnuję całej procedury od początku do końca. To nie kreatywność, raczej logistyka.
– Mimo wszystko ciekawiej jest tworzyć katalog starych mebli niż na przykład… śrubek.
Roześmiałam się.
– Nie, katalogu śrubek jeszcze nie robiliśmy. Ale zdarzały się niecodzienne zamówienia.
– Jakie było najbardziej zaskakujące?
Zastanowiłam się.
– Chyba katalog pszczelarski. To był pierwszy projekt, nad którym pracowałam po dołączeniu do naszego zespołu. Nawet nie wiedziałam, jakim sprzętem posługują się pszczelarze. Zresztą przy każdym nowym zleceniu uczę się zupełnie nowych rzeczy.
Przypomniałam sobie chwilę, gdy udało mi się dostać zatrudnienie w L’affiche. Wówczas praca wydawała mi się naprawdę ciekawa. Zróżnicowany asortyment, dość oryginalni klienci – zdecydowanie były to atuty pracy. Teraz mogłam o niej powiedzieć, że jest przede wszystkim stabilna. Odnosiłam wrażenie, że w naszym biurowcu jest to wyjątkowo spokojne miejsce, niemalże tak spokojne jak salon SPA na dziesiątym piętrze. Mieliśmy całkiem przyjemny niewielki zespół, w którym czułam się prawie jak w rodzinie. I szefa, który narzucał nam umiarkowane tempo pracy. Jak sam mawiał: „Lepiej spokojnym tempem przebiec maraton niż po dwustu metrach paść na nos”. Ale w moich obowiązkach nie było nic ekscytującego. Ot, codzienna rutyna, tylko czasem jakieś zawirowanie związane z opóźnieniami w dostarczaniu materiałów i dopinaniem terminów podnosiło ciśnienie w pracownikach. Jednak to były rzadkie sytuacje, na ogół wszystko toczyło się gładko, powiedziałabym, że nawet dość monotonnie. Ale nie, na nudę nie narzekałam.
– W zasadzie jestem zadowolona z firmy, w której pracuję – podsumowałam na głos swoje myśli. – A ty?
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.