Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nie pozwolę ci spaść - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 lutego 2026
2969 pkt
punktów Virtualo

Nie pozwolę ci spaść - ebook

Spotkali się na krawędzi… ale mogą uchronić się przed upadkiem

W rocznicę trudnego rozwodu Alicja wchodzi na dach wieżowca, w którym pracuje, aby skonfrontować się z własnym bólem. Gdy stoi nad krawędzią i wyobraża sobie, co by było, gdyby po prostu zniknęła… ktoś nagle chwyta ją za ramię.

Tajemniczy mężczyzna, przekonany, że właśnie uratował ją przed śmiercią, proponuje kolejne spotkanie – na tym samym dachu, za tydzień, o tej samej porze. Ciekawość Alicji wygrywa z początkową niechęcią do niego i kobieta postanawia skorzystać z zaproszenia. Jeszcze nie wie, że tym samym pozwoli rozwinąć się relacji, która na zawsze odmieni jej życie…

Nie pozwolę ci spaść to poruszająca, intymna opowieść o ludziach, którzy nad przepaścią uczą się wzlatywać. Historia o tym, że nawet anioły mogą mieć swoje własne demony.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-247-7
Rozmiar pliku: 557 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dzi­siaj jest pierw­sza rocz­ni­ca mo­je­go roz­wo­du.

Sta­nę­łam przed lu­strem w ła­zien­ce i za­czę­łam przy­glą­dać się twa­rzy na­prze­ciw­ko, jak­bym wi­dzia­ła ją po raz pierw­szy. Ko­bie­ta z lu­stra ob­ser­wo­wa­ła mnie uważ­nie spod ścią­gnię­tych brwi, po­mię­dzy któ­ry­mi po­ja­wi­ła się głę­bo­ka, pio­no­wa bruz­da. Lwia zmarszcz­ka. Nie mia­łam jej przed ro­kiem. Pierw­sze zmarszcz­ki po­ja­wi­ły mi się już przed kil­ko­ma la­ty, ale to by­ły we­so­łe ku­rze łap­ki, jak ma­wiał Krzysz­tof, od prze­ro­stu śmie­chu nad roz­wa­gą. W cią­gu ostat­nich dwu­na­stu mie­się­cy ja­koś trud­niej by­ło mi się śmiać, ale ku­rze łap­ki zde­cy­do­wa­nie się po­głę­bi­ły. Do nich do­szły jesz­cze in­ne, pa­pie­ro­so­we. Nie od pa­le­nia, ten ro­dzaj używ­ki ni­g­dy nie przy­padł mi do gu­stu. Ra­czej od ma­ło atrak­cyj­ne­go ro­bie­nia bu­zi w dzió­bek za­sad­ni­czej nu­dzia­ry, ja­ką sta­łam się po roz­pa­dzie na­sze­go mał­żeń­stwa. No cóż, nikt nie po­wie­dział, że po roz­wo­dzie ży­cie sta­nie się we­sel­sze. Lub cho­ciaż­by cie­kaw­sze.

Ochla­pa­łam twarz zim­ną wo­dą, po­dob­no to w ma­gicz­ny spo­sób ujędr­nia skó­rę, po czym na­ło­ży­łam de­li­kat­ny ma­ki­jaż, ogra­ni­czo­ny do pod­kła­du i pod­kre­śle­nia oczu. Uzna­łam, że nie mu­szę aż tak bar­dzo się sta­rać. Nie mam dla ko­go. Wy­krzy­wi­łam się do lu­stra, na co ono od­po­wie­dzia­ło mi tym sa­mym. Nie bądź jak dzie­ciak, zga­ni­łam się w my­ślach. Ko­bie­ta w lu­strze za­czę­ła przy­glą­dać mi się ze smut­kiem, w koń­cu z jej oka spły­nę­ła łza. Mo­ja łza.

Otar­łam szyb­ko po­li­czek i wzię­łam do rę­ki te­le­fon. Po kil­ku dłu­gich sy­gna­łach usły­sza­łam zna­jo­my, ener­gicz­ny głos:

– Cześć, Ali­cja! Co tam?

– Mag­da, po­wiedz mi… jak po­win­nam świę­to­wać pierw­szą rocz­ni­cę roz­wo­du?

Za­pa­dła krót­ka chwi­la, wy­star­cza­ją­ca jed­nak, abym po­czu­ła się jesz­cze bar­dziej pod­le. Na­praw­dę mu­sia­łam za­wra­cać przy­ja­ciół­ce gło­wę? W do­dat­ku przed pra­cą?

– Nie upi­jaj się. – Głos przy­ja­ciół­ki za­brzmiał cie­pło, spo­koj­nie. – W ogó­le nie rób ni­cze­go sza­lo­ne­go. Z ta­kiej gów­nia­nej oka­zji nie war­to.

– Okej. To co w ta­kim ra­zie mam ro­bić?

– Prze­wietrz swo­je sza­re ko­mór­ki, to za­wsze przy­no­si do­bry efekt. Al­bo obej­rzyj so­bie ja­kiś głu­pa­wy film. By­le nie ro­man­tycz­ny. Żad­nej ckli­wej opo­wie­ści o mi­ło­ści! A ju­tro pój­dzie­my na ka­wę, po­ga­da­my.

– Ko­cha­na je­steś – po­wie­dzia­łam ci­cho ła­mią­cym się gło­sem, któ­ry po chwi­li prze­szedł w szloch.

– Pła­kać też mo­żesz – usły­sza­łam jesz­cze. – To na­praw­dę po­ma­ga. Tyl­ko nie za­po­mnij, że jed­nak idziesz jesz­cze do pra­cy, gdzie mu­sisz wy­glą­dać, więc mo­że głów­ną część opła­ki­wa­nia te­go gów­nia­ne­go świę­ta zo­staw so­bie na po­po­łu­dnie, co?

Odło­ży­łam te­le­fon z moc­nym po­sta­no­wie­niem nie­upra­wia­nia mar­ty­ro­lo­gii. To ma być do­bry dzień.

– Dzień do­bry – po­wie­dzia­łam do od­bi­cia w lu­strze i wy­smar­ka­łam gło­śno nos.

***

Do pra­cy do­tar­łam za­tło­czo­nym tram­wa­jem. Z wes­tchnie­niem ulgi wy­sia­dłam na przy­stan­ku i po po­ko­na­niu dwu­stu me­trów ru­chli­wą uli­cą do­tar­łam do biu­row­ca. We­szłam do win­dy wraz z kil­ko­ma oso­ba­mi, któ­re zna­łam z wi­dze­nia. Nie­mal co­dzien­nie spo­ty­ka­li­śmy się w win­dzie bądź na ko­ry­ta­rzu, po­zwa­la­jąc so­bie na zdaw­ko­we po­zdro­wie­nie i służ­bo­wy uśmiech. Co się kry­ło za służ­bo­wy­mi ma­ska­mi? Mo­że ktoś z nich rów­nież miał dzi­siaj rocz­ni­cę roz­wo­du?

Ali­cja, od­puść so­bie, zga­ni­łam się w my­ślach. Po pro­stu mu­sisz przy­jąć, że to zwy­czaj­ny dzień. Jak każ­dy in­ny.

Wje­cha­łam win­dą na szó­ste pię­tro i we­szłam do biu­ra. Zu­zan­na już sie­dzia­ła przy swo­im biur­ku ze wzro­kiem utkwio­nym w mo­ni­tor kom­pu­te­ra. Jej zdaw­ko­we „hej” świad­czy­ło, że jed­nak od­no­to­wa­ła mo­je po­ja­wie­nie się w biu­rze. Biur­ko Do­mi­ni­ka by­ło pu­ste. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek: za dwie mi­nu­ty ósma. No tak, wszyst­ko we­dług utar­te­go sche­ma­tu. Za­wsze po­ja­wia­łam się w biu­rze tuż przed dzwon­kiem, za­sta­jąc ko­le­żan­kę już w fer­wo­rze pra­cy, na­to­miast nasz ko­le­ga za­pew­ne jak zwy­kle się spóź­ni.

Po­de­szłam do eks­pre­su, wla­łam świe­żą wo­dę i do­sy­pa­łam ziar­ni­stej ka­wy do po­jem­ni­ka.

– Ka­wa? – rzu­ci­łam w stro­nę Zu­zan­ny, wie­dząc, co za chwi­lę usły­szę.

– Espres­so. Dzię­ki.

Drzwi otwo­rzy­ły się z roz­ma­chem.

– Je­stem – wy­dy­szał Do­mi­nik, opa­da­jąc cięż­ko na krze­sło. – Ma­ła ob­su­wa. Sor­ki. Klik­niesz na dop­pio?

Ósma dzie­sięć. Czy­li nie jest źle. Moż­na by rzec, w nor­mie.

Po­sta­wi­łam fi­li­żan­ki z ka­wą na biur­kach, po czym usia­dłam przy swo­im, sto­ją­cym naj­bli­żej okna. Za dwie go­dzi­ny Zu­zan­na za­pro­po­nu­je przy­go­to­wa­nie ka­wy, a po lun­chu zro­bi to Do­mi­nik. Dzień jak każ­dy in­ny, po­wtó­rzy­łam w my­ślach no­wą man­trę. Po­dą­ży­łam wzro­kiem za okno, po­zwa­la­jąc swo­bod­nie pły­nąć wła­snym my­ślom.

– Ali­cja? – Głos Do­mi­ni­ka przy­wró­cił mnie do rze­czy­wi­sto­ści. – Coś się sta­ło?

– Nie, dla­cze­go tak uwa­żasz?

– Bo wy­glą­dasz, jak­byś pła­ka­ła. – Do­mi­nik przy­glą­dał mi się ba­daw­czo.

– Po­nie­kąd tak – zmu­si­łam się do uśmie­chu, któ­ry miał wy­glą­dać na bez­tro­ski. – Ra­no przy­pad­ko­wo wtar­łam so­bie krem do oka. Tro­chę to trwa­ło, za­nim go wy­pła­ka­łam.

– Oj, znam to – skrzy­wił się. – Nie­przy­jem­ne uczu­cie.

– Bo Do­mi­nik, jak praw­dzi­wy męż­czy­zna, uży­wa kre­mu na zmarszcz­ki. – Zu­zan­na nie by­ła w sta­nie po­da­ro­wać so­bie uszczy­pli­wo­ści. – I jesz­cze bal­sa­mu do cia­ła, że­by mieć gład­kie po­ślad­ki. I że­lu do wło­sów dla pod­kre­śle­nia wy­glą­du żi­go­la­ka. To dla­te­go no­to­rycz­nie się spóź­nia.

– My­lisz się. Spóź­ni­łem się, po­nie­waż ktoś nie chciał mnie ra­no wy­pu­ścić z łóż­ka. Na­to­miast za­sta­na­wiam się, dla­cze­go ty za­wsze je­steś przed cza­sem. Czyż­by nikt nie miał ocho­ty na pa­rę do­dat­ko­wych mi­nut spę­dzo­nych w two­im nie­oce­nio­nym to­wa­rzy­stwie?

– Le­piej pla­nu­ję czas o po­ran­ku.

– Nie moż­na za­pla­no­wać spon­ta­nicz­ne­go sek­su przed pra­cą.

Zu­zan­na spoj­rza­ła na nie­go z wy­rzu­tem.

– Nie mu­sisz nam mel­do­wać, kie­dy upra­wia­łeś seks. To nie­smacz­ne.

– Mó­wie­nie o wkle­py­wa­niu bal­sa­mu w po­ślad­ki jest bar­dziej na miej­scu?

– Wie­cie co? – wtrą­ci­łam się w ich sprzecz­kę. – Ko­cham was! Obo­je. Ale mo­że już prze­stań­cie, bo cze­ka nas dzi­siaj ze­spo­ło­wa ro­bo­ta.

– Masz ra­cję, Ali­cja. – Do­mi­nik spo­tul­niał. – No­wy ka­ta­log sam się nie zro­bi. Ko­niec roz­mów o sek­sie, tym po­ran­nym i wie­czor­nym, w łóż­ku czy pod prysz­ni­cem, po­za­mał­żeń­skim al­bo uświę­co­nym przez za­ło­że­nie ślub­nych ob­rą­czek…

– Do­mi­nik! – Zu­zan­na pod­nio­sła głos.

Męż­czy­zna przy­bli­żył rę­kę do ust, mar­ku­jąc gest za­my­ka­nia ich na bły­ska­wicz­ny za­mek, ale mru­gnął do mnie okiem, wy­wo­łu­jąc mo­je roz­ba­wie­nie. Bra­wo, Ali­cja, to pierw­szy uśmiech dzi­siaj. Nie­wy­mu­szo­ny, praw­dzi­wy. Prze­ży­jesz ten dzień. Bo to dzień jak każ­dy in­ny.

Włą­czy­łam swój kom­pu­ter, po czym wy­ję­łam z szu­fla­dy blok i ołów­ki. Lu­bi­łam pra­co­wać w try­bie kart­ka – ołó­wek. Wła­śnie w ta­ki spo­sób wpa­da­łam na naj­lep­sze – i co waż­niej­sze – naj­bar­dziej ce­nio­ne przez sze­fa po­my­sły. Kre­śli­łam sło­wa, cza­sem ca­łe fra­zy, ozda­bia­łam abs­trak­cyj­ny­mi ry­sun­ka­mi, po­tem wy­ry­wa­łam kart­kę i za­czy­na­łam od no­wa. A gdy już by­łam prze­ko­na­na do te­go, co uda­ło mi się stwo­rzyć, pod­da­wa­łam to kry­ty­ce na­sze­go ze­spo­łu, co nie­rzad­ko by­ło bo­le­sne, ale za­wsze bar­dzo owoc­ne. Tak, mu­sia­łam przy­znać, że two­rzy­li­śmy zgra­ny te­am.

Kil­ka go­dzin póź­niej by­li­śmy go­to­wi przed­sta­wić na­sze­mu sze­fo­wi go­to­wy po­mysł na ka­ta­log wło­skich me­bli. Prze­cią­gnę­łam się i wsta­łam zza biur­ka.

– Idę na lunch – po­wie­dzia­łam gło­śno.

– Do ba­ru? – za­in­te­re­so­wa­ła się Zu­zan­na.

– Nie. Na dach.

***

Wi­dok z da­chu biu­row­ca na no­wo­cze­sne cen­trum mia­sta był osza­ła­mia­ją­cy. Wie­dzia­łam, że są oso­by, któ­re nie lu­bią gro­ma­dy wy­so­ko­ściow­ców, wy­ro­słych w ostat­nich la­tach w oko­li­cy Pa­ła­cu Kul­tu­ry. Ja jed­nak za­wsze pa­trzy­łam na nie z za­fa­scy­no­wa­niem, szcze­rze po­dzi­wia­jąc ich roz­mia­ry i nie­zwy­kłą kon­struk­cję. Biu­ro­wiec, w któ­rym pra­co­wa­łam, nie był aż tak wy­so­ki, ale prze­wyż­szał oko­licz­ną za­bu­do­wę, po­zwa­la­jąc na­pa­wać się wi­do­kiem sto­li­cy. To dla­te­go przy do­brej po­go­dzie zda­rza­ło mi się przy­cho­dzić na dach, że­by zjeść swój lunch.

Te­raz, po skon­su­mo­wa­niu du­żej por­cji sa­łat­ki z tuń­czy­kiem, sta­łam wpa­trzo­na w pa­no­ra­mę, któ­ra w świe­tle nie­zbyt wy­so­kie­go wrze­śnio­we­go słoń­ca wy­da­wa­ła się nie­re­al­na. Opu­ści­łam wzrok w dół, na prze­bie­ga­ją­cą pod biu­row­cem bocz­ną uli­cę, któ­ra z wy­so­ko­ści osiem­na­ste­go pię­tra wy­glą­da­ła jak gru­ba ciem­no­sza­ra wstąż­ka. Po­mię­dzy mną i uli­cą, ni­czym uło­żo­ne na sto­sie pu­deł­ka, mie­ści­ły się biu­ra róż­nych firm. Mo­je znaj­do­wa­ło się na szó­stym pię­trze, więc z je­go okna nie mia­łam już tak im­po­nu­ją­ce­go wi­do­ku. Wy­chy­li­łam się bar­dziej, wy­ob­ra­ża­jąc so­bie, jak­by to by­ło spa­dać i po dro­dze za­glą­dać przez ko­lej­ne okna. Czy za­uwa­ży­ła­bym coś szcze­gól­ne­go w tym lo­cie? I czy oso­by sie­dzą­ce nad sto­sa­mi pa­pie­rów lub przed ekra­na­mi kom­pu­te­rów zdą­ży­ły­by za­re­je­stro­wać mo­ją krót­ką obec­ność za ich oknem? Po­dej­rze­wam, że więk­szość z nich na­wet nie za­uwa­ży­ła­by prze­my­ka­ją­ce­go w dół cie­nia. A ci, któ­rzy by jed­nak za­re­je­stro­wa­li ja­kiś ruch za oknem, pew­nie uzna­li­by, że był to ja­kiś więk­szy ptak al­bo płach­ta ma­te­ria­łu. Chu­s­ta ze­rwa­na z szyi przez wiatr i unie­sio­na w prze­stwo­rza.

Po­czu­łam de­li­kat­ne szarp­nię­cie za ple­cak, któ­ry mia­łam prze­rzu­co­ny przez ra­mię.

– Uwa­żaj, bo na­praw­dę sko­czysz – usły­sza­łam za so­bą, a moc­ny chwyt prze­niósł się z ple­ca­ka na ra­mię.

Od­wró­ci­łam się, prze­stra­szo­na. Przede mną stał męż­czy­zna, nie­zbyt mło­dy, ra­czej star­szy ode mnie, cho­ciaż ry­sy twa­rzy miał bar­dziej chło­pię­ce niż mę­skie. Wpa­try­wał się ła­god­ny­mi ocza­mi w mo­ją twarz, ale spoj­rze­nie miał czuj­ne.

– Nie za­mie­rza­łam ska­kać – od­par­łam dość ostro i nie­co gwał­tow­nie wy­rwa­łam ra­mię z uści­sku.

– Okej.

– Nie wie­rzysz mi? – Do­pie­ro w tej chwi­li zo­rien­to­wa­łam się, że wbrew za­sa­dom, któ­re zwy­kłam sto­so­wać wo­bec nie­zna­jo­mych, mó­wi­my do sie­bie na „ty”. – Po pro­stu spo­glą­da­łam w dół, mie­rząc wy­so­kość do uli­cy – do­da­łam nie­co ła­god­niej.

– Okej – po­wtó­rzył. – Wie­rzę ci, nie mu­sisz mnie prze­ko­ny­wać. Py­ta­nie, czy prze­ko­na­łaś sa­mą sie­bie.

Ode­szłam w stro­nę drew­nia­nej ław­ki, na któ­rej jesz­cze przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi ja­dłam swój lunch, i opa­dłam na nią cięż­ko. Męż­czy­zna ru­szył za mną i usiadł obok.

Po­czu­łam iry­ta­cję, że wciąż tu jest, że wkradł się w mo­je ulu­bio­ne miej­sce, w któ­rym zde­cy­do­wa­nie chcia­łam być sa­ma. Sły­sza­łam je­go od­dech, ką­tem oka wi­dzia­łam za­rys je­go dość de­li­kat­nej, jak na męż­czy­znę, twa­rzy. Niech już so­bie pój­dzie, po­my­śla­łam, ale on upar­cie tkwił na ław­ce obok mnie. Przy­mknę­łam oczy.

– Chcesz po­ga­dać? – za­py­tał w koń­cu po upły­wie, jak mi się zda­wa­ło, wiecz­no­ści.

– Z za­sa­dy nie roz­ma­wiam z nie­zna­jo­my­mi.

– Na ogół ja rów­nież – oznaj­mił.

Nie od­po­wie­dzia­łam. Nie mia­łam ocho­ty na roz­mo­wę. Od­wró­ci­łam nie­co gło­wę w prze­ciw­nym kie­run­ku, sku­pia­jąc wzrok na ulu­bio­nym wi­do­ku, któ­ry jed­nak tym ra­zem nie po­tra­fił przy­kuć mo­jej uwa­gi. Obec­ność męż­czy­zny, cho­ciaż ci­cha, zda­wa­ła mi się zbyt na­tar­czy­wa.

– Je­śli jed­nak chcia­ła­byś po­roz­ma­wiać – ode­zwał się w koń­cu – to bę­dę tu w pią­tek za ty­dzień, o tej sa­mej po­rze.

Wstał i pod­szedł do ba­rier­ki, prze­sła­nia­jąc mi czę­ścio­wo wi­dok, na któ­rym pró­bo­wa­łam sku­pić uwa­gę. Od­wró­ciw­szy się w mo­ją stro­nę, skrzy­żo­wał rę­ce na pier­siach i za­czął mi się uważ­nie przy­glą­dać, czym wzbu­dził mo­je au­ten­tycz­ne skrę­po­wa­nie. Czy mi się wy­da­wa­ło, czy w je­go spoj­rze­niu by­ło coś kpiar­skie­go? A mo­że po pro­stu cze­kał, aż sa­ma z wła­snej wo­li zej­dę z da­chu? Uda­jąc, że w ogó­le mnie to nie ru­sza, wsta­łam z ław­ki i bez sło­wa ru­szy­łam do drzwi, za któ­ry­mi znaj­do­wa­ła się klat­ka scho­do­wa. Do­pie­ro wte­dy, gdy zna­la­złam się za drzwia­mi, uda­ło mi się ochło­nąć.

Nie, zde­cy­do­wa­nie nie był to dzień jak każ­dy in­ny.

***

– Od ra­na wie­dzia­łam, że to nie bę­dzie do­bry dzień! – par­sk­nę­ła Mag­da­le­na ze zło­ścią i usia­dła w fo­te­lu, roz­le­wa­jąc przy tym kil­ka kro­pel ka­wy na spodek.

– O! A to dla­cze­go? – Unio­słam brwi.

– Śni­ło mi się, że je­stem w ogro­dzie… ta­kim ko­lo­ro­wym, z pach­ną­cy­mi ró­ża­mi…

– Pięk­ny sen. Dla­cze­go miał­by prze­po­wia­dać zły dzień?

– Po­cze­kaj! Cho­dzę so­bie po tym ko­lo­ro­wym, kwit­ną­cym ogro­dzie, a tu na­gle sły­szę: „Ma­mo, je­stem głod­na! Ma­mo! Otwórz oczy!”. – Wes­tchnę­ła, przy­mknąw­szy po­wie­ki. – Z nie­chę­cią wy­śli­zgu­ję się ze snu. Ser­wu­ję po­wie­kom gim­na­sty­kę. Pra­wa sta­wia opór, krzy­czy, że to prze­moc zmu­szać do ta­kiej ak­tyw­no­ści na gra­ni­cy snu i ja­wy…

– O któ­rej to by­ło?

– O któ­rej… – Otwo­rzy­ła oczy. – A, o siód­mej!

Par­sk­nę­łam śmie­chem.

– Co­dzien­nie wsta­jesz wcze­śniej!

– Ali­cja, daj spo­kój! W dni po­wsze­dnie ow­szem, ale nie w dzień wol­ny od pra­cy! Mi­cha­li­na mo­gła­by dać mi po­spać dłu­żej, ale ona upie­ra się, że nie zna się na ze­gar­ku. Na­wet na elek­tro­nicz­nym!

– No do­brze, wsta­łaś wcze­śniej. I to ci roz­wa­li­ło ca­ły dzień?

– Ach, nie! To by­ło pre­lu­dium. Po śnia­da­niu Mi­cha­li­na wy­cią­gnę­ła mnie na mia­sto. Cho­dzi­ło jej oczy­wi­ście o chla­pa­nie się w fon­tan­nie. Wiesz, to ostat­nie cie­płe chwi­le, la­da dzień przyj­dzie je­sień… Zgo­dzi­łam się. Po­szły­śmy na lo­dy, a po­tem ru­szy­ły­śmy w stro­nę fon­tan­ny. A tam brak miej­sca na ław­kach. Wszę­dzie ma­my z wóz­ka­mi, star­sze pa­nie i ten gość… – Prze­rwa­ła opo­wieść, wy­pi­ja­jąc kil­ka ły­ków ka­wy, po czym kon­ty­nu­owa­ła: – Od pierw­sze­go spoj­rze­nia znie­lu­bi­łam go. Wiesz, osten­ta­cyj­nie roz­wa­lo­ny na ław­ce, z pa­pie­ro­sem w rę­ku. Znasz ten typ. Mi­cha­li­na bie­ga­ła bo­so w fon­tan­nie, a on za­czął prze­ma­wiać, że tu za­kaz jest. I że ze mnie bab­cia nie­od­po­wie­dzial­na, co by mat­ka po­wie­dzia­ła na ta­ką bez­tro­skę. Że ni­by szko­dzę dziec­ku, po­zwa­la­jąc mu ta­plać się w wo­dzie. To mu po­wie­dzia­łam, że nie je­stem bab­cią, tyl­ko póź­ną ma­mą. I je­mu nic do te­go, na co po­zwa­lam wła­sne­mu dziec­ku. Ali­cja, czy ja na­praw­dę wy­glą­dam tak sta­ro?

Za­prze­czy­łam ru­chem gło­wy.

– No też mi się tak wy­da­wa­ło. Ale jak mi wy­sko­czył z tym, że jest eme­ry­to­wa­nym pro­ku­ra­to­rem i zna pra­wo, nie wy­trzy­ma­łam. Od­pa­li­łam mu, że je­stem dzien­ni­kar­ką, je­go twarz roz­po­znam w in­ter­ne­cie i opi­szę, jak to, prze­sia­du­jąc z pa­pie­ro­sem w rę­ku na skwer­ku, zła­mał za­kaz pa­le­nia w miej­scu pu­blicz­nym.

– Prze­cież nie pi­szesz ar­ty­ku­łów do ga­zet…

– Ale on o tym nie wie­dział – stwier­dzi­ła nie bez zło­śli­wo­ści w gło­sie. – Mi­cha­li­na! – Od­wró­ci­ła się do dziew­czyn­ki, któ­ra sza­la­ła na im­pro­wi­zo­wa­nym pla­cu za­baw tuż obok ka­wiar­nia­nych sto­li­ków. – Uwa­żaj na tej dra­bin­ce! Po co ja to w ogó­le mó­wię – zwró­ci­ła się z po­wro­tem do mnie.

– Jak to po co? – od­par­łam. – Że­by uspo­ko­ić mat­czy­ne su­mie­nie i mieć za­ple­cze. Gdy się coś sta­nie, za­wsze mo­żesz się­gnąć po sta­re spraw­dzo­ne: „A nie mó­wi­łam?”.

Ro­ze­śmia­ły­śmy się, ale Mag­da szyb­ko spo­waż­nia­ła.

– Jak so­bie ra­dzisz? Cho­dzi mi o wczo­raj­szy dzień… o tę pie­kiel­ną rocz­ni­cę.

Wy­pi­łam łyk gorz­kiej ka­wy. Czy nie by­ła te­go dnia bar­dziej cierp­ka niż zwy­kle?

– Jak ty ją wczo­raj na­zwa­łaś? – Po­zwo­li­łam so­bie na krzy­wy uśmiech. – Gów­nia­na?

– A co? Wo­la­ła­byś ja­kieś in­ne okre­śle­nie ro­dem z Wer­sa­lu?

Wes­tchnę­łam cięż­ko.

– No więc wła­śnie nie ra­dzę so­bie, Mag­da. Na­dal nie po­tra­fię za­ak­cep­to­wać de­cy­zji Krzysz­to­fa. Cho­ciaż mi­nę­ło już ty­le cza­su.

– Czas le­czy ra­ny, ale wi­docz­nie w two­im przy­pad­ku ro­bi to bar­dzo po­wo­li.

– Otóż to. Tym­cza­sem na­dal bo­li. – Prze­rwa­łam na chwi­lę, oba­wia­jąc się, że głos mi się za­ła­mie. – Sa­ma wiesz, że nic zu­peł­nie nie za­po­wia­da­ło ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy.

– Masz ra­cję, dla mnie, dla ca­łe­go na­sze­go gro­na to by­ło jak pio­run w sło­necz­ny dzień. Czy Krzysz­tof na­dal jest z tą zoł­zą?

– Nie wiem, czy jest zoł­zą, ale tak, na­dal z nią jest. Życz­li­wi lu­dzie z ra­do­ścią mi do­no­szą co ja­kiś czas, gdzie i kie­dy wi­dzie­li ich ra­zem.

– No, po­patrz, ja­ka ta War­sza­wa jest jed­nak ma­ła. – Po­krę­ci­ła gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. – A lu­dzie pod­li.

Prze­ana­li­zo­wa­łam sło­wa przy­ja­ciół­ki. Mia­ła ra­cję w obu przy­pad­kach.

– Wiesz, cza­sem czu­ję się jak ktoś po­za na­wia­sem. Ja wiem, że roz­wód­ka dzi­siaj to nie to sa­mo, co przed dwu­dzie­stu la­ty, ale jest mi z tym sta­tu­sem zwy­czaj­nie źle. A naj­trud­niej w chwi­lach, gdy zda­ję so­bie spra­wę, że na­si wspól­ni zna­jo­mi na­gle za­po­mi­na­ją za­pro­sić mnie, jak co ro­ku, na imie­ni­ny czy gril­la.

– Wi­taj w klu­bie – od­par­ła ci­cho.

– Cie­ka­we, czy za­pra­sza­ją Krzysz­to­fa…

– Nie myśl o tym. I nie tę­sk­nij za mier­ny­mi zna­jo­my­mi, któ­rzy chcą two­je­go to­wa­rzy­stwa je­dy­nie wów­czas, gdy wszyst­ko ukła­da się do­brze, a ole­wa­ją w chwi­li kry­zy­su.

Wes­tchnę­łam cięż­ko.

– Mam wra­że­nie, że ty so­bie ra­dzisz z tym znacz­nie le­piej…

– Nie za­po­mi­naj, że mój roz­wód miał miej­sce wie­le lat te­mu. A po­za tym mam Mi­cha­li­nę. – Obej­rza­ła się, jak­by przy­po­mnia­ła so­bie o cór­ce bry­ka­ją­cej na pla­cu za­baw. – I wiesz co, mo­gę na­rze­kać na wcze­sne po­bud­ki, dą­sy i sprzecz­ki o ko­lor raj­stop za­kła­da­nych do przed­szko­la, ale nie wy­ob­ra­żam so­bie ży­cia bez tej mo­jej cza­row­ni­cy.

***

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek: zbli­ża­ła się go­dzi­na trzy­na­sta. Po­ra lun­chu. Nie wzię­łam ni­cze­go do je­dze­nia z do­mu. Z jed­nej stro­ny wie­dzia­łam, że war­to by­ło­by pójść do znaj­du­ją­ce­go się na par­te­rze ba­ru. Z dru­giej zże­ra­ła mnie cie­ka­wość, czy męż­czy­zna, któ­re­go spo­tka­łam przed ty­go­dniem na da­chu, fak­tycz­nie po­now­nie się na nim po­ja­wi. Przy­pusz­cza­łam, że pew­nie go tam nie za­sta­nę, więc jak­by co, na lunch jesz­cze zdą­żę.

Za­rzu­ci­łam na sie­bie kurt­kę i po­szłam do win­dy.

Był. Stał w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym zo­sta­wi­łam go przed ty­go­dniem. O tym, że nie tkwił tu przez ca­ły ty­dzień, świad­czy­ła zmia­na gar­de­ro­by: on rów­nież miał na so­bie kurt­kę, któ­rej roz­pię­te po­ły uno­si­ły się de­li­kat­nie na wie­trze.

– Za­sta­na­wia­łem się, czy przyj­dziesz – po­wie­dział za­miast po­wi­ta­nia.

– Też się nad tym za­sta­na­wia­łam.

– Czy przyj­dziesz?

– Nie, czy ty się po­ja­wisz. I ra­czej ob­sta­wia­łam, że cię tu nie znaj­dę.

– Prze­cież po­wie­dzia­łem, że bę­dę.

Usia­dłam na ław­ce i wy­sta­wi­łam twarz do słoń­ca, któ­re, jak przy­sta­ło na prze­łom la­ta i je­sie­ni, pró­bo­wa­ło wy­krze­sać jesz­cze od­ro­bi­nę cie­pła.

– Pra­cu­jesz w tym biu­row­cu? – za­gad­nę­łam.

– Nie.

– To co ty tu wła­ści­wie ro­bisz?

– Te­raz? – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Mam spo­tka­nie z to­bą.

– Nie… cho­dzi mi o po­przed­ni ty­dzień. Dla­cze­go tu przy­sze­dłeś?

Po­now­ne wzru­sze­nie ra­mion.

– Chcia­łem po­pa­trzeć so­bie gdzieś w dal, bez obec­no­ści in­nych lu­dzi na osi wzro­ku.

– Nie lu­bisz pa­trzeć na lu­dzi?

– To nie jest kwe­stia lu­bie­nia bądź nie­lu­bie­nia. Cza­sem po pro­stu mam ocho­tę nie wi­dzieć ni­ko­go. Kra­jo­braz miej­ski bez lu­dzi… To po­zwa­la swo­bod­nie pły­nąć my­ślom.

– W ta­kim ra­zie nie uda­ło ci się, po­nie­waż przy­pad­kiem we­szłam w twój kadr – pod­su­mo­wa­łam.

– Nie za­wsze coś, co prze­szka­dza na­szym za­mie­rze­niom, jest złe. – Spoj­rzał na mnie uważ­nie. – My­ślę, że do­brze się sta­ło, że by­łem tu w po­przed­ni pią­tek.

– Szcze­rze? Two­ja obec­ność zi­ry­to­wa­ła mnie. Rów­nież po­trze­bo­wa­łam po­być tu­taj sa­ma.

– A jed­nak przy­szłaś dzi­siaj, wie­dząc, że mo­żesz się na mnie na­tknąć.

Uśmiech­nę­łam się.

– Ra­czej stwier­dzić, że cie­bie tu nie bę­dzie.

Męż­czy­zna od­po­wie­dział uśmie­chem. Po raz pierw­szy wy­dał mi się sym­pa­tycz­ny.

– Cze­go do­ty­czy­ły? – za­py­ta­łam, wsta­jąc z ław­ki.

– O co py­tasz?

– O swo­bod­nie pły­ną­ce my­śli. Cze­go one do­ty­czy­ły?

Dłu­go się nie od­zy­wał. Stał za­pa­trzo­ny w od­le­gły kra­jo­braz. Za­sta­na­wia­łam się, czy py­ta­nie w ogó­le do nie­go do­tar­ło. Prze­nio­słam wzrok na pa­no­ra­mę mia­sta, ma­jąc męż­czy­znę na gra­ni­cy po­la wi­dze­nia.

– Na przy­kład co by by­ło, gdy­bym spró­bo­wał po­le­cieć – oświad­czył w koń­cu to­nem, jak­by mó­wił coś zu­peł­nie na­tu­ral­ne­go. – Ale miej­sce już by­ło za­ję­te.

Od­wró­ci­łam się gwał­tow­nie w je­go stro­nę.

– Żar­tu­jesz, praw­da?

– Nie wiem… nie, w za­sa­dzie chy­ba nie. Mo­że na­le­ża­ło­by po­wie­dzieć, że nie by­łem zde­cy­do­wa­ny zgłę­bić za­gad­nie­nia.

– A… dzi­siaj?

– Dzi­siaj po­ziom mo­je­go nie­zde­cy­do­wa­nia wzrósł. My­ślę, że mi prze­szka­dzasz w roz­wa­ża­niu ta­kiej ewen­tu­al­no­ści. Tak jak za­pew­ne ja prze­szko­dzi­łem to­bie.

– Ja nie chcia­łam ska­kać. Tak so­bie tyl­ko wy­ob­ra­ża­łam, jak­by to by­ło, gdy­bym sko­czy­ła. Czy kto­kol­wiek sie­dzą­cy w tej chwi­li w biu­rze za­uwa­żył­by mnie za oknem…

– A ja­kie mia­ło­by to dla cie­bie zna­cze­nie?

– Żad­ne. Po pro­stu ta­ka luź­na myśl za­ry­so­wa­ła się w mo­jej gło­wie zni­kąd. A ty się po­ja­wi­łeś kil­ka se­kund po niej. Ni­czym anioł ma­ją­cy mnie ochro­nić przed nie­do­rzecz­nym czy­nem.

– Nie je­stem anio­łem.

Spoj­rza­łam na mo­ją ulu­bio­ną pa­no­ra­mę mia­sta, szu­ka­jąc w wi­do­ku cze­goś no­we­go, ale kra­jo­braz tkwił nie­zmien­nie na swo­im miej­scu. Mo­że tyl­ko słoń­ce prze­my­ka­ło po­mię­dzy wie­żow­ca­mi ni­żej niż przed ty­go­dniem, gdy po­ja­wił się ten… no wła­śnie, kto? Zda­łam so­bie spra­wę, że nie mam po­ję­cia, kim jest męż­czy­zna, z któ­rym wła­śnie roz­ma­wiam.

– Jak masz na imię? – za­py­ta­łam, uzna­jąc, że war­to za­cząć od pod­sta­wo­we­go py­ta­nia.

Po­krę­cił gło­wą.

– Je­śli po­dam ci mo­je imię, to by­ło­by tak, jak­by­śmy sta­li się zna­jo­my­mi. Czy nie le­piej jest roz­ma­wiać jak nie­zna­jo­mi w po­cią­gu?

Za­my­śli­łam się. Coś w tym by­ło. Przed przy­pad­ko­wym po­dróż­nym ła­twiej jest się otwo­rzyć, zwłasz­cza je­śli wiesz, że już ni­g­dy wię­cej się z nim nie spo­tkasz. Moż­na po­zwo­lić so­bie na zdra­dze­nie skry­wa­nych do­tych­czas se­kre­tów bez po­czu­cia, że za­raz bę­dzie o nich roz­ma­wia­ło ca­łe mia­sto. Z dru­giej stro­ny…

– Bar­dzo ład­nie to ują­łeś. Prze­ko­ny­wu­ją­co – za­re­ago­wa­łam w koń­cu. – I pra­wie ci uwie­rzy­łam.

– W co?

– Że wła­śnie z te­go po­wo­du chcesz po­zo­stać ano­ni­mo­wy. Ale ty nie chcesz zdra­dzić, kim je­steś, bo oba­wiasz się, że mo­gła­bym ko­goś za­wia­do­mić, że chcesz się za­bić. Na przy­kład ko­goś z ro­dzi­ny, gdy­bym o niej co­kol­wiek wie­dzia­ła. Al­bo po pro­stu za­dzwo­ni­ła­bym na po­li­cję.

– To aku­rat mo­żesz zro­bić w każ­dej chwi­li. Ale nie dzwo­nisz.

– Bo nie je­stem pew­na, nie chcę wsz­czy­nać bez­pod­staw­nie alar­mu.

– Mo­żesz spo­koj­nie od­pu­ścić so­bie ten te­le­fon. Nie chcę się za­bić.

– Sam mó­wi­łeś, że roz­wa­ża­łeś skok z da­chu.

– Nie. Za­sta­na­wia­łem się, jak­by to by­ło po­le­cieć. Nie jest to rów­no­waż­ne z chę­cią za­bi­cia się. Po pro­stu… cza­sem nie ma in­ne­go wy­bo­ru.

– Nie masz wy­bo­ru?

– Nie mó­wi­łem o so­bie – uśmiech­nął się cie­pło. – Nie oba­wiaj się, jak na ra­zie, na­wet gdy­by ta­ka myśl wy­kry­sta­li­zo­wa­ła się w mo­jej gło­wie, i tak nie miał­bym moż­li­wo­ści te­go spraw­dzić w rze­czy­wi­sto­ści.

– Dla­cze­go?

– Bo ty tu je­steś. I do­pó­ki w two­jej gło­wie po­ja­wia­ją się wy­ob­ra­że­nia o mi­ja­niu po­szcze­gól­nych pię­ter pod­czas dro­gi na dół, nie mógł­bym so­bie po­zwo­lić na swój wła­sny lot. Mo­że wła­śnie dla­te­go zna­leź­li­śmy się w tym sa­mym cza­sie na da­chu, że­bym mógł cię w po­rę po­wstrzy­mać…

– Jak anioł.

– Sko­ro upie­rasz się mnie tak na­zy­wać…

– Mi­ło mi cię po­znać, Anioł. – Wy­cią­gnę­łam rę­kę. – Ali­cja.

– Mi­ło mi cię po­znać, Ali­cjo.

Przez chwi­lę przy­glą­dał mi się z za­cie­ka­wie­niem, w koń­cu pu­ścił mo­ją rę­kę.

– Mu­szę już iść, Ali­cjo, ale za ty­dzień też tu bę­dę.

– Dla­cze­go?

– Bo to na­praw­dę do­bre miej­sce.

***

– Co czy­tasz, ta­to? – za­py­ta­łam, wi­dząc oj­ca z książ­ką w rę­ku.

Usłuż­nie pod­niósł książ­kę, że­by po­ka­zać mi okład­kę. Zna­łam ten ty­tuł od wie­lu lat. Był to Mag Joh­na Fow­le­sa w sta­rym, dwu­to­mo­wym wy­da­niu KIK. Eg­zem­plarz był moc­no znisz­czo­ny, okład­ka po­wy­gi­na­na od wie­lo­krot­ne­go czy­ta­nia, a nie­któ­re kart­ki nad­dar­te. Kie­dyś na­wet pro­po­no­wa­łam oj­cu za­kup now­sze­go, wy­god­niej­sze­go wy­da­nia, ale stwier­dził, że nie za­mie­rza zdra­dzić książ­ki, któ­rą otrzy­mał w pre­zen­cie od swo­jej ów­cze­snej na­rze­czo­nej, któ­ra po­tem zo­sta­ła mo­ją ma­mą.

– Tak, wiem, czy­tam po raz ko­lej­ny tę sa­mą książ­kę – uspra­wie­dli­wił się, za­nim zdą­ży­łam mu to wy­tknąć.

Uśmiech­nę­łam się.

– No wła­śnie, po raz któ­ry?

– Nie mam po­ję­cia, dziec­ko – wes­tchnął cięż­ko. – Ale wiesz co, po­dzie­lę się z to­bą pew­nym spo­strze­że­niem. Ni­cho­las… czy­ta­łaś Ma­ga, praw­da?

Kiw­nę­łam gło­wą.

– Otóż, kie­dy czy­ta­łem tę po­wieść jesz­cze ja­ko mło­dy czło­wiek, Ni­cho­las wy­da­wał mi się do­ro­sły i doj­rza­ły. Był dla mnie w pew­nym sen­sie star­szym przy­ja­cie­lem. Po­wie­dział­bym na­wet au­to­ry­te­tem, cho­ciaż je­go hi­sto­ria… No, w każ­dym ra­zie moc­no z nim sym­pa­ty­zo­wa­łem. Obec­nie wi­dzę w nim mło­ko­sa. Nie­doj­rza­łe­go chłop­ta­sia ga­nia­ją­ce­go za złu­dze­nia­mi po grec­kiej wy­spie. To in­te­re­su­ją­ce – za­wie­sił na chwi­lę głos – jak zmie­nia się per­spek­ty­wa wi­dze­nia bo­ha­te­ra z wie­kiem czy­tel­ni­ka.

– In­te­re­su­ją­ce spo­strze­że­nie. Ni­g­dy się nad tym nie za­sta­na­wia­łam. Ale wiesz, ja nie mam jesz­cze ta­kiej per­spek­ty­wy.

– Je­steś jesz­cze bar­dzo mło­da.

Do­praw­dy? Czu­łam, jak­bym mia­ła znacz­nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia sie­dem lat.

– Po­za tym wiesz, że ja aku­rat nie lu­bię wra­cać do tych sa­mych po­wie­ści – do­da­łam na głos. – Mo­że wła­śnie dla­te­go, że nie chcę po­zba­wić się przy­jem­nych wspo­mnień z pierw­sze­go kon­tak­tu z bo­ha­te­ra­mi. A po­za tym jest jesz­cze ty­le ksią­żek nie­prze­czy­ta­nych… – Otwo­rzy­łam lo­dów­kę. – Zjesz coś?

– Nie, ale chęt­nie wy­pił­bym her­ba­tę.

W za­sa­dzie ja rów­nież nie by­łam głod­na. Włą­czy­łam czaj­nik. Wy­ję­łam z szaf­ki kub­ki w sło­necz­ni­ki i wło­ży­łam do nich to­reb­ki na­sze­go ulu­bio­ne­go earl greya.

– A wra­ca­jąc do czy­ta­nia – oj­ciec nie od­pusz­czał – na­praw­dę pro­po­nu­ję ci, abyś wró­ci­ła przy­naj­mniej do nie­któ­rych ksią­żek, któ­re czy­ta­łaś, gdy by­łaś młod­sza…

– I głup­sza? – do­koń­czy­łam za nie­go.

– Nie. Mo­że pro­sto­dusz­na i bar­dziej otwar­ta na ży­cie.

– Na­to­miast te­raz sta­łam się opan­ce­rzo­na i zgorzk­nia­ła – zri­po­sto­wa­łam.

Oj­ciec wziął mnie za rę­kę.

– Có­recz­ko, wiem, że prze­szłaś na­praw­dę trud­ne chwi­le, ale uwierz mi, kie­dyś jesz­cze bę­dzie do­brze.

– Czy po odej­ściu ma­my kie­dy­kol­wiek w two­im ży­ciu zro­bi­ło się na­praw­dę do­brze?

Wstał i pod­szedł do okna.

– To nie to sa­mo – po­wie­dział ci­cho.

– Wiem. – Po­czu­łam się za­kło­po­ta­na. – Prze­pra­szam, ta­to.

– Nie prze­pra­szaj. To nie two­ja wi­na, że tak się wszyst­ko po­to­czy­ło. I że nie po­tra­fię zna­leźć słów, któ­re mo­gły­by dać ci cho­ciaż od­ro­bi­nę uko­je­nia.

Po­de­szłam do nie­go i wtu­li­łam się jak ma­ła dziew­czyn­ka, po­zwa­la­jąc, by ob­jął mnie swo­imi sil­ny­mi ra­mio­na­mi. W nich za­wsze czu­łam się bez­piecz­na.

– Wiesz – bar­dziej wy­mru­cza­łam, niż po­wie­dzia­łam na głos – mo­że spró­bu­ję po­now­nie prze­czy­tać Wi­chro­we Wzgó­rza. I po­now­nie spo­tkam się z He­athc­lif­fem.

– Na­dal pod­ko­chu­jesz się w He­athc­lif­fie?

Wo­da za­go­to­wa­ła się, więc opu­ści­łam ra­mio­na oj­ca i za­la­łam her­ba­tę.

– Daj spo­kój, ta­to! Ko­cha­łam się w nim ja­ko li­ce­alist­ka. I nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­cze­go Ka­ty nie po­tra­fi­ła do­strzec w nim je­go uro­ku. – Wzię­łam ku­bek do rę­ki i wy­pi­łam łyk her­ba­ty, pa­rząc so­bie usta. – Go­rą­ca!

– Dla więk­szo­ści czy­tel­ni­ków je­go, jak to okre­śli­łaś, urok nie wy­da­je się tak oczy­wi­sty. Zwłasz­cza gdy po­zna­wa­li dal­sze je­go lo­sy i to, jak trak­to­wał bli­skich…

– Był zdru­zgo­ta­ny. Mo­że go to nie tłu­ma­czy, ale ła­twiej jest zro­zu­mieć, dla­cze­go stał się ta­ki zgorzk­nia­ły i wro­gi wo­bec in­nych.

– Czy­li na­dal go ide­ali­zu­jesz.

– Być mo­że. Tyl­ko wiesz co? Oba­wiam się, że mo­że być jak z to­bą i Ni­cho­la­sem. Ty, czy­ta­jąc po raz ko­lej­ny i ko­lej­ny Ma­ga, w koń­cu od­cza­ro­wa­łeś go i w efek­cie stra­ci­łeś przy­ja­cie­la z cza­sów mło­do­ści.

– Cóż, doj­rza­łem. A on na­dal po­zo­stał nie do koń­ca ufor­mo­wa­nym mło­dzień­cem.

– Nie wiem, czy mam ocho­tę rów­nież od­cza­ro­wać męż­czy­znę, ja­kim był dla mnie He­athc­liff – za­czę­łam się za­sta­na­wiać. – Moż­li­we, że ży­ję złu­dze­nia­mi, ale nie jest przy­jem­nie je stra­cić.

– To cał­kiem praw­do­po­dob­ne. Z dru­giej stro­ny mo­że war­to jed­nak spoj­rzeć na nie­go ina­czej, z punk­tu wi­dze­nia do­ro­słej ko­bie­ty, któ­rą obec­nie je­steś.

Za­my­śli­łam się, wpa­tru­jąc w ga­łę­zie klo­nu za oknem, któ­re­go li­ście – za­uwa­ży­łam to do­pie­ro te­raz – za­czę­ły prze­bar­wiać się na zło­ty ko­lor.

– A mo­że dla­te­go lu­dzie tkwią w nie­uda­nych związ­kach, bo nie chcą od­cza­ro­wać wy­ma­rzo­ne­go męż­czy­zny lub wy­ma­rzo­nej ko­bie­ty? Nie chcą otwo­rzyć sze­rzej oczu, że­by praw­da do nich nie do­tar­ła? – Wes­tchnę­łam głę­bo­ko. – My­ślisz, że tak by­ło ze mną w re­la­cji z Krzysz­to­fem? Nie wi­dzia­łam wy­star­cza­ją­co do­brze?

– Nie pa­trzy­łaś obiek­tyw­nie, ra­czej przez pry­zmat wła­snych uczuć do nie­go. – Spoj­rzał na mnie uważ­nie i do­dał: – Któ­re spo­wo­do­wa­ły, że w efek­cie zo­sta­łaś do­tkli­wie zra­nio­na.

– I to na­dal bo­li, ta­to.

Oj­ciec po­ki­wał gło­wą, ale nie od­po­wie­dział.

***

Tym ra­zem przy­go­to­wa­łam się na na­sze spo­tka­nie. Po­sta­no­wi­łam po­ka­zać się od in­nej, nie­co życz­liw­szej stro­ny. Ku­pi­łam w kio­sku dwie ka­nap­ki z se­rem oraz mnó­stwem wa­rzyw i dwie ka­wy. Tak wy­po­sa­żo­na ru­szy­łam na dach.

– Opo­wiesz mi coś o so­bie? – za­py­ta­łam, wy­cią­ga­jąc w stro­nę Anio­ła ka­nap­kę. – To mo­ja po­ra lun­chu, więc po­my­śla­łam, że zje­my go ra­zem.

– Dzię­ki! – Wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go i ucie­szo­ne­go za­ra­zem. – A co chcesz wie­dzieć?

Za­my­śli­łam się. W za­sa­dzie o co po­win­nam za­py­tać?

– Na przy­kład co ro­bisz po­za cza­sem, w któ­rym spo­ty­ka­my się na da­chu…

– Pra­cu­ję.

– Ale nie tu­taj. – Przy­po­mnia­łam so­bie, co mó­wił ostat­nio.

– Gdy­bym tu pra­co­wał, pew­nie spo­ty­ka­li­by­śmy się nie­co czę­ściej, nie są­dzisz?

– Po­wiesz mi gdzie? – drą­ży­łam da­lej.

Kiw­nął gło­wą.

– U pew­nej star­szej da­my.

Cze­ka­łam na dal­szy ciąg, ale Anioł za­czął po­wo­li zja­dać ka­nap­kę.

– Nie­co wię­cej szcze­gó­łów mo­że? – Cie­ka­wość prze­wa­ży­ła nad tak­tem.

Anioł uniósł ku­bek z ka­wą do ust i wy­pił od­ro­bi­nę. Mil­czał, wpa­trzo­ny w ho­ry­zont, więc uzna­łam, że rów­nież nie bę­dę się od­zy­wać.

– Ma­my z sze­fo­wą ta­ki ry­tu­ał, któ­ry na­zy­wa­my „za­nim wy­sty­gnie ka­wa” – prze­rwał nie­spo­dzie­wa­nie mil­cze­nie. – Co­dzien­nie o po­ran­ku ce­le­bru­je­my wy­pi­ja­nie ka­wy bez po­śpie­chu, w kuch­ni al­bo, je­że­li jest cie­pło, na ta­ra­sie. Jest to coś nie­zwy­kłe­go, cze­go na­uczy­ła mnie mo­ja sze­fo­wa. Po­ka­za­ła mi, że rzad­ko po­tra­fi­my być „tu i te­raz”, w da­nej chwi­li, któ­ra po­tra­fi być bar­dzo przy­jem­na. Naj­czę­ściej nie za­uwa­ża­my mo­men­tu, któ­ry jest, tyl­ko ży­je­my, roz­wa­ża­jąc wy­da­rze­nia, któ­re już się zda­rzy­ły, al­bo pla­nu­jąc naj­bliż­szą przy­szłość. Co mu­szę zro­bić za chwi­lę, za dzie­sięć mi­nut, za go­dzi­nę… Znasz to?

– Tak – po­twier­dzi­łam. – Sa­ma nie­raz ła­pię się na mo­no­lo­gu za­czy­na­ją­cym się od „mu­szę”. „Za­raz mu­szę iść do kuch­ni obrać wa­rzy­wa na zu­pę, po­tem zaj­rzeć na pocz­tę i od­po­wie­dzieć na ma­ile. Ach, pra­nie jesz­cze trze­ba wsta­wić!” – Wes­tchnę­łam cięż­ko, prze­wra­ca­jąc ocza­mi, a Anioł ze zro­zu­mie­niem po­ki­wał gło­wą.

– No wła­śnie. Two­je my­śli ucie­ka­ją do co­dzien­nych obo­wiąz­ków. A prze­cież tu i te­raz nie obie­rasz ziem­nia­ków, nie sor­tu­jesz bru­dów, nie sie­dzisz przy kom­pu­te­rze, od­dzie­la­jąc waż­ne ma­ile od spa­mu. My­śląc o tym wszyst­kim, za­tra­casz tę nie­po­wta­rzal­ną chwi­lę po­ran­ka. Nie wi­dzisz na­sy­co­nych barw ogro­du, nie sły­szysz pta­ków. Dla­cze­go tak trud­no jest sku­pić się na ota­cza­ją­cej cię rze­czy­wi­sto­ści?

– Nie mam ogro­du.

– Ale za­pew­ne masz in­ne miej­sce, w któ­rym mo­żesz ce­le­bro­wać pi­cie ka­wy.

Po­my­śla­łam o swo­im miesz­ka­niu. Du­żym, pu­stym, jesz­cze nie do koń­ca urzą­dzo­nym. Nie zdą­ży­łam nadać mu cha­rak­te­ru, gdy by­li­śmy z Krzysz­to­fem ra­zem. Obec­nie stra­ci­łam do nie­go ser­ce. Nie po­tra­fi­łam w nim być szczę­śli­wa i od cza­su wy­pro­wadz­ki mo­je­go mę­ża, by­łe­go mę­ża, nie pró­bo­wa­łam w nim nic zmie­niać… Ali­cjo, nie myśl o tym, zga­ni­łam się w my­ślach.

– Na ogół mo­ja po­ran­na ka­wa to­wa­rzy­szy mi pod­czas róż­nych czyn­no­ści i wę­dru­je ze mną od kuch­ni do sy­pial­ni, cza­sem za­ha­cza­jąc na­wet o ła­zien­kę. – Świa­do­mość, że nie ce­le­bru­ję pi­cia ka­wy wy­wo­ła­ła we mnie smu­tek, więc szyb­ko do­da­łam: – Ale zda­rza się, że zmie­nia cha­rak­ter, je­śli pi­ję ją z ta­tą. To chy­ba jed­nak ma zna­cze­nie, że pi­je­my ją z kimś waż­nym dla nas, praw­da?

– Zde­cy­do­wa­nie tak.

– Dzie­li­my się tym, co zda­rzy­ło się w na­szej co­dzien­no­ści, osob­no w mo­jej i je­go. On już jest na eme­ry­tu­rze. Cza­sem roz­ma­wia­my o książ­kach, któ­re czy­ta­li­śmy, po­rów­nu­je­my li­stę prze­czy­ta­nych lek­tur, in­spi­ru­je­my się do za­po­zna­nia z ko­lej­ny­mi. – Przy­po­mnia­łam so­bie roz­mo­wę o spo­strze­że­niu oj­ca, do­ty­czą­cym głów­ne­go bo­ha­te­ra Ma­ga. – Mój oj­ciec ostat­nio za­uwa­żył, że bo­ha­ter je­go ulu­bio­nej książ­ki, któ­rą czy­tał dzie­siąt­ki ra­zy, od­młod­niał w sto­sun­ku do chwi­li, kie­dy go po­znał.

– To zna­czy? – za­in­te­re­so­wał się Anioł.

Opo­wie­dzia­łam Anio­ło­wi na­szą dys­ku­sję na te­mat Ni­cho­la­sa.

– Twój ta­ta fak­tycz­nie mu­si du­żo czy­tać, sko­ro do­strzegł tę pra­wi­dło­wość.

– Pra­wi­dło­wość? – po­wtó­rzy­łam za nim, nie ro­zu­mie­jąc, co ma na my­śli.

– To tro­chę tak, jak­by w książ­kach ży­ło się wspak. Jak w tym fil­mie… – za­czął szu­kać w pa­mię­ci.

– Cie­ka­wy przy­pa­dek Ben­ja­mi­na But­to­na.

Przy­tak­nął, ale nie do­dał nic wię­cej.

Te­mat się wy­czer­pał i za­le­gła ci­sza. Ro­zej­rza­łam się, ale po­za sta­łym wi­do­kiem mia­sta nic nie przy­ku­wa­ło wzro­ku. Anioł miał ra­cję, mó­wiąc, że z tej per­spek­ty­wy kra­jo­braz sta­wał się sta­tycz­ny. Żad­nych spie­szą­cych się lu­dzi, żad­nych po­jaz­dów pró­bu­ją­cych wy­mi­nąć in­nych użyt­kow­ni­ków dro­gi. Tyl­ko bry­ły bu­dyn­ków z prze­bi­ja­ją­cy­mi po­mię­dzy ni­mi pla­ma­mi zie­le­ni – o ile drze­wa by­ły na ty­le wy­so­kie, że uda­ło im się wy­chy­lić ga­łę­zie po­nad da­chy. Z od­da­li sły­chać by­ło szum sa­mo­cho­dów, ale dźwięk był na ty­le stłu­mio­ny, że moż­na by­ło go na­wet nie za­uwa­żyć. Po­czu­łam się skrę­po­wa­na ci­szą, więc za­czę­łam za­sta­na­wiać się, o czym mo­gli­by­śmy po­now­nie po­roz­ma­wiać. I mo­że jed­nak mo­gła­bym się do­wie­dzieć cze­goś kon­kret­ne­go.

– Masz in­te­re­su­ją­cą sze­fo­wą – po­wie­dzia­łam w koń­cu i do­da­łam nie­co za­czep­nie: – Któ­ra w do­dat­ku za­pra­sza cię co­dzien­nie ra­no na ka­wę. Czy to nie mar­no­traw­stwo? Prze­cież pła­ci ci za ten czas pi­cia ka­wy, praw­da?

Zer­k­nął na mnie ba­daw­czo, ale nie pod­jął te­ma­tu.

– Po­za tym masz jesz­cze ja­kieś obo­wiąz­ki służ­bo­we, jak są­dzę? – kon­ty­nu­owa­łam swo­je śledz­two.

– Pra­cu­ję ja­ko ogrod­nik. – Anioł nie za­uwa­żył al­bo zlek­ce­wa­żył iro­nię za­war­tą w mo­im gło­sie. – Cza­sem rów­nież ja­ko ochro­niarz, kie­row­ca i ku­charz. Przede wszyst­kim jed­nak dbam o stan tech­nicz­ny do­mu i ogro­du.

– Jed­nym sło­wem: czło­wiek or­kie­stra. Du­żo te­go. I na wszyst­ko masz czas? Wraz z po­ran­ną ka­wą?

– Nie prze­mę­czam się. Po­za tym miesz­kam u niej, więc nie je­stem zo­bli­go­wa­ny ty­po­wym gra­fi­kiem pra­cy. – Wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­tarł wierz­chem dło­ni usta. – Wy­ko­nu­ję to, co jest ak­tu­al­nie po­trzeb­ne.

– Ta ko­bie­ta to two­ja ro­dzi­na?

– Nie, po pro­stu pra­co­daw­czy­ni. A ty w któ­rej fir­mie pra­cu­jesz? – zmie­nił te­mat, co uzna­łam za sy­gnał, że na ten mo­ment po­win­nam od­pu­ścić.

– L’af­fi­che – wy­mie­ni­łam brzmią­cą z fran­cu­ska na­zwę, któ­ra za­wsze wy­da­wa­ła mi się nie­co pre­ten­sjo­nal­na. – To nie­wiel­ka fir­ma, zaj­mu­ją­ca się głów­nie two­rze­niem fol­de­rów i ka­ta­lo­gów re­kla­mo­wych. Ostat­nio pra­cu­je­my nad ka­ta­lo­giem dla wło­sko-pol­skiej fir­my, któ­ra spro­wa­dza na nasz ry­nek sta­re me­ble wło­skie. Al­bo no­we, ale wy­ko­na­ne daw­ną tech­ni­ką.

– O, brzmi cał­kiem cie­ka­wie – sko­men­to­wał Anioł. – Ma to w so­bie coś kre­atyw­ne­go, praw­da?

– Za­sko­czę cię, ale nie bar­dzo. Zbie­ram za­mó­wie­nia, ma­te­ria­ły do ka­ta­lo­gu, prze­sy­łam da­lej, pil­nu­ję ca­łej pro­ce­du­ry od po­cząt­ku do koń­ca. To nie kre­atyw­ność, ra­czej lo­gi­sty­ka.

– Mi­mo wszyst­ko cie­ka­wiej jest two­rzyć ka­ta­log sta­rych me­bli niż na przy­kład… śru­bek.

Ro­ze­śmia­łam się.

– Nie, ka­ta­lo­gu śru­bek jesz­cze nie ro­bi­li­śmy. Ale zda­rza­ły się nie­co­dzien­ne za­mó­wie­nia.

– Ja­kie by­ło naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­ce?

Za­sta­no­wi­łam się.

– Chy­ba ka­ta­log psz­cze­lar­ski. To był pierw­szy pro­jekt, nad któ­rym pra­co­wa­łam po do­łą­cze­niu do na­sze­go ze­spo­łu. Na­wet nie wie­dzia­łam, ja­kim sprzę­tem po­słu­gu­ją się psz­cze­la­rze. Zresz­tą przy każ­dym no­wym zle­ce­niu uczę się zu­peł­nie no­wych rze­czy.

Przy­po­mnia­łam so­bie chwi­lę, gdy uda­ło mi się do­stać za­trud­nie­nie w L’af­fi­che. Wów­czas pra­ca wy­da­wa­ła mi się na­praw­dę cie­ka­wa. Zróż­ni­co­wa­ny asor­ty­ment, dość ory­gi­nal­ni klien­ci – zde­cy­do­wa­nie by­ły to atu­ty pra­cy. Te­raz mo­głam o niej po­wie­dzieć, że jest przede wszyst­kim sta­bil­na. Od­no­si­łam wra­że­nie, że w na­szym biu­row­cu jest to wy­jąt­ko­wo spo­koj­ne miej­sce, nie­mal­że tak spo­koj­ne jak sa­lon SPA na dzie­sią­tym pię­trze. Mie­li­śmy cał­kiem przy­jem­ny nie­wiel­ki ze­spół, w któ­rym czu­łam się pra­wie jak w ro­dzi­nie. I sze­fa, któ­ry na­rzu­cał nam umiar­ko­wa­ne tem­po pra­cy. Jak sam ma­wiał: „Le­piej spo­koj­nym tem­pem prze­biec ma­ra­ton niż po dwu­stu me­trach paść na nos”. Ale w mo­ich obo­wiąz­kach nie by­ło nic eks­cy­tu­ją­ce­go. Ot, co­dzien­na ru­ty­na, tyl­ko cza­sem ja­kieś za­wi­ro­wa­nie zwią­za­ne z opóź­nie­nia­mi w do­star­cza­niu ma­te­ria­łów i do­pi­na­niem ter­mi­nów pod­no­si­ło ci­śnie­nie w pra­cow­ni­kach. Jed­nak to by­ły rzad­kie sy­tu­acje, na ogół wszyst­ko to­czy­ło się gład­ko, po­wie­dzia­ła­bym, że na­wet dość mo­no­ton­nie. Ale nie, na nu­dę nie na­rze­ka­łam.

– W za­sa­dzie je­stem za­do­wo­lo­na z fir­my, w któ­rej pra­cu­ję – pod­su­mo­wa­łam na głos swo­je my­śli. – A ty?

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij