Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Nie pytajcie, dlaczego zabiłem - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
Kwiecień 2019
Czytaj fragment
Pobierz fragment
14,19
Cena w punktach Virtualo:
1419 pkt.

Nie pytajcie, dlaczego zabiłem - ebook

Do ogromnej posiadłości położonej na szkockich wyżynach w niewielkiej miejscowości Gairloch, przyjeżdża Judith — młoda, skromna i wiecznie bojąca się czegoś dziewczyna, próbująca wrócić do normalnego życia po długim okresie depresji. Tuż po przyjeździe do posiadłości, Judith zaczyna widzieć i słyszeć dziwne rzeczy. Mieszkańcy domu są pewni, iż ponownie uaktywniły się jej problemy natury emocjonalnej. Ona z kolei twierdzi, że to oni nie dostrzegają tego, co dzieje się w domu.
Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8104-160-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Restauracja Reef`n`Beef cieszyła się w Eastbourne ogromnym powodzeniem. Słynęła przede wszystkim ze wspaniałych zestawów śniadaniowych, które nie tylko zaspokajały poranny głód turystów, ale również pozostawiały w ustach wyjątkowy smak angielskiego bekonu. Zegar na ścianie wskazywał godzinę dziewiątą. Zgodnie z tradycją, pan Edward Walker podszedł do dużego, zajmującego całą powierzchnię ściany okna, zawiesił tabliczkę z napisem „Otwarte” i wyszedł na świeże powietrze, aby powitać pierwszych klientów. O tej porze dnia przed drzwiami restauracji zbierały się grupki wygłodniałych turystów, którzy pragnęli posilić się, by potem jak najszybciej wyruszyć na zwiedzanie miasta.

Pan Walker był niezwykle dumny ze swego biznesu. Dokładał wszelkich starań, aby jego restauracja zachowała dobre imię oraz cieszyła się coraz większym uznaniem. Nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek zaniedbanie. Reef`n`Beef należało do jego rodziny od pokoleń, a on doskonale zdawał sobie sprawę, że tradycja zobowiązywała bardziej, niż wszystko inne. Po śmierci ojca to on przejął obowiązki właściciela i przyrzekł wypełniać je tak, jak na prawdziwego Walkera przystało.

Poranek zapowiadał się wspaniale. W najgorętszym momencie dnia temperatura miała sięgnąć aż dwudziestu stopni Celcjusza.

„Jak na koniec kwietnia, to bardzo dobry wynik”, pomyślał Walker i zaczął dreptać w tę i z powrotem.

Stukał obcasami o świeżo położoną kostkę, rozglądając się na lewo i prawo. Po drugiej stronie ulicy interesy działały prężnie od samego rana: warzywniak otworzyli o szóstej, kawiarnię o siódmej trzydzieści, a kiosk pracuje bez wytchnienia dwadzieścia cztery na dobę. Za godzinę otworzą bar z fast foodem, a o jedenastej sklep meblowy Furni.

— Dzień dobry — powiedział męski głos za plecami.

Pan Walker odwrócił się wystraszony.

— Ach, to ty, Harry.

— A kogo się spodziewałeś? — zapytał listonosz, szukając czegoś w torbie.

— Dziś nie spodziewam się nikogo. A już na pewno nie listu.

— To dobrze, bo nie ma do ciebie listu.

— A te koperty?

— Rachunki, rachunki… I to też rachunki.

— Wiesz, jak poprawić humor z samego rana — powiedział chłodno Walker.

— Pogoda za to dopisuje — odparł listonosz radośnie.

Już miał wsiadać na rower, by podjechać do znajdującego się tuż obok salonu fryzjerskiego, kiedy na ulicy rozpętało się prawdziwe piekło. Przechodnie zaczęli odskakiwać na boki, a niektórzy nawet chowali się do otwartych lokali. Przez chwilę wydawać by się mogło, że w Seaside Road uderzył jakiś piorun i ludzie w popłochu starali się uniknąć porażenia.

— Z drogi! Wszyscy na boki! — krzyczał głos z drugiego końca ulicy.

Niewiele myśląc, pan Walker chwycił listonosza za koszulę, wepchnął go do wnętrza restauracji, a sam niczym pijawka przyssał się do zewnętrznej strony okna. Widział dokładnie, jak z naprzeciwka nadciągała jakaś czarna kula, przemierzająca Seaside Road z niebywałą prędkością. Dopiero kiedy wziął głębszy oddech i nieco uważniej przyjrzał się temu czemuś, zdał sobie sprawę, że nie było to ani tornado, ani piorun, ani nawet burza z gradobiciem.

Po wyłożonym czerwoną kostką chodniku najzwyczajniej w świecie biegła jakaś kobieta. Tempo miała zawrotne, energię niesłychaną, a głos donośny niczym puzon. Z prędkością błyskawicy przemknęła obok restauracji Reef`n`Beef i nie bacząc na uciekających w popłochu przechodniów, kontynuowała swój szaleńczy bieg. Edward Walker zdołał jedynie dostrzec, iż kobieta była ubrana na czarno, a w ręku ściskała torbę w jaskrawoczerwonym kolorze.

— Co u diabła się tutaj dzieje? — zapytał listonosz, wychylając głowę z lokalu.

— Wygląda na to, że już po wszystkim — odparł spokojnie Edward, nie odrywając wzroku od znikającej za horyzontem kobiety.

W tym samym czasie, w odległości około dwustu metrów od restauracji Reef`n`Beef, Patricia Sullivan wykładała na półkę książki, które kurier dostarczył jakiś kwadrans temu. W lekko poszarpanym, brązowym pudle znajdowały się między innymi romanse Nory Roberts, horrory Stephena Kinga oraz thrillery prawnicze Johna Grishama. Patricia wzięła do ręki Raport Pelikana, obojętnym wzrokiem spojrzała na okładkę i mimo woli pomyślała o tych wszystkich zagorzałych czytelnikach, którzy dziś po południu przyjdą do księgarni, aby zapytać właśnie o tę książkę.

„Dwadzieścia sztuk powinno wystarczyć”, pomyślała. „Przynajmniej na najbliższy tydzień.”

Już miała usiąść przy biurku, napić się mocnej kawy i zrobić poranny przegląd prasy, kiedy nagle usłyszała krzyki przechodniów tuż za witryną księgarni. Ludzie odskakiwali na bok, jak gdyby próbowali uniknąć zderzenia z czymś, co nadciągało z naprzeciwka. Patricia ruszyła w kierunku okna, aby na własne oczy zobaczyć, co się działo.

Zanim jednak zdążyła chwycić za klamkę, po drugiej stronie szyby dostrzegła ubraną na czarno kobietę, która z całej siły otworzyła drzwi i w biegu przekroczyła próg księgarni. Zaraz potem rzuciła na podłogę jaskrawoczerwoną torbę i popędziła prosto do komputera. Patricia stanęła nieruchomo przy półce z książkami i ze zdziwieniem, a nawet lekkim przerażeniem, przyglądała się całej sytuacji.

— Gdzie on jest? Nigdzie go nie widzę! — wołała kobieta, wodząc wzrokiem po ekranie.

Dopiero po chwili uniosła głowę i widząc zdezorientowaną właścicielkę księgarni, podniosła się z krzesła i powiedziała:

— Wybacz… Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Po twoim telefonie rzuciłam wszystko i przybiegłam.

— Miałaś dziś odpoczywać — rzekła Patricia. — Mówiłam ci, żebyś nie pokazywała się w pracy.

— Tak, wiem — odparła kobieta. — Byłam na plaży. Chciałam tam zostać do południa, ale kiedy zadzwoniłaś i powiedziałaś, że do mnie napisał, musiałam tu przybiec jak najszybciej.

— Już dobrze, Judith — odparła Patricia, podchodząc do komputera. — Masz w sumie trzydzieści cztery maile. Ta wiadomość przyszła wczoraj wieczorem, więc musi być gdzieś w pierwszej połówce. Zobaczmy, co tutaj mamy… Zapytanie o wysyłkę, przełożenie płatności, opóźnienie dostawy, propozycja współpracy… — czytała na głos.

— Jesteś pewna, że to od niego? — dopytywała się Judith.

— Na wzrok mi jeszcze nie padło. Siadaj i sama przejrzyj wszystkie maile — rzekła Patricia, odchodząc od biurka. — Ja w tym czasie wstawię wodę.

— Prośba o kontakt, reklamacja, nowe zamówienie… Ojej, ile tego jest! Dzisiaj na pewno nie będziesz się nudzić. Zwrot przesyłki, powieści kryminalne, nowa kolekcja książek…

— Chyba nic mi się nie pomieszało — pomyślała Patricia, wlewając wrzątek do kubków.

— Znalazłam! Czternasta wiadomość od góry!

— W takim razie czytaj na głos. Ja też jestem ciekawa, co napisał.

Judith wodziła wzrokiem po ekranie, jak gdyby znajdowała się pod wpływem transu. Uważnie czytała każde słowo, każde zdanie i każdą zapisaną linijkę. Po chwili z wrażenia otworzyła usta i czytała dalej.

— No i co? — dopytywała się Patricia.

— To niemożliwe — odparła Judith, chowając twarz w dłoniach.

— Co się stało?

— Chce tutaj przyjechać.

— Po co?

— Po mnie — wyjaśniła Judith.

— Chyba zwariował! Przecież wie, że nikt tu na niego nie czeka! A już na pewno nie ty! Powiedz dokładnie, co ci napisał — nalegała Patricia, podchodząc do biurka.

— Przykro mu, że wyjechałam bez pożegnania. Pyta, dlaczego zrobiłam to tak nagle. Podobno nikt z jego znajomych nie wiedział, gdzie teraz mieszkam, ale przekonał Betty, aby podała mu nasz adres mailowy. Dostał go wczoraj i natychmiast napisał.

— Stary pryk! — burknęła Patricia. — Już dawno powinien wąchać kwiatki od dołu.

— Nie mów tak, proszę — powiedziała Judith przejęta.

— Bronisz go po tym, co ci zrobił? Pamiętasz, ile nocy przepłakałaś z jego powodu?

— Pamiętam… Pamiętam dobrze.

Patricia usiadła po drugiej stronie biurka i z wielką troską spojrzała na Judith. W skupieniu patrzyła na jej czarno-krucze włosy, których lekko zawinięte końcówki od czasu do czasu muskały zgrabną i jasną jak mleko szyję. Oczy Judith były duże, wyraźne i błyszczące. Jej wąskie, różowe usta otwarte pod wpływem bezradności ukazywały szereg białych, drobniutkich zębów oddzielonych od siebie niewielkimi szparkami.

Pomimo że Judith miała trzydzieści jeden lat, wyglądała o wiele młodziej. Niektórzy myśleli, że dopiero co skończyła studia albo że jeszcze była w ich trakcie. Wrażenie takie odnosili prawdopodobnie dlatego, iż Judith nigdy nie nosiła makijażu. Co więcej, ubierała się zupełnie inaczej, niż dziewczyny w jej wieku. Preferowała luźne, wygodne stroje, które w żaden sposób nie krępowały jej ruchów. Pomimo że w przypadku ubrań lubiła kolory stonowane, miała ogromną słabość do jaskrawych, mocno rzucających się w oczy dodatków. Kiedy szła ulicą, sama w sobie była prawie niewidoczna. Przechodnie jednak nie potrafili oderwać oczu od jej jasnozielonych torebek czy zegarków w kolorze agresywnej żółci.

Do pewnego momentu wszystko w jej życiu układało się dobrze. Towarzyszył jej spokój, harmonia i niekończące się pasmo sukcesów. Zawsze miała u boku kochającą rodzinę, z wyróżnieniem ukończyła kierunek dziennikarstwa i przez kilka lat pracowała w jednej z londyńskich gazet. Wszystko było na jak najlepszej drodze do chwili, kiedy jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym na trasie M11 z Londynu do Cambridge. Judith przeżyła wtedy ciężkie załamanie nerwowe, w wyniku którego musiała zrezygnować z pracy i rozpocząć długotrwałe leczenie.

Wówczas to Patricia Sullivan stała się dla niej jedynym oparciem. Pomagała jej przezwyciężyć chwile największego załamania, pilnowała regularnego przyjmowania leków oraz konsultacji ze specjalistą. Po kilku miesiącach depresja ustąpiła, Judith poczuła się lepiej i była gotowa rozpocząć pracę na nowo. Wiedziała jednak, że powrót do London Evening Standard byłby dla niej trudny i nie wiadomo czy potrafiłaby odnaleźć się w czymś, od czego wcześniej sama uciekła.

Po ciężkich i jakże wyczerpujących miesiącach obie koleżanki postanowiły wyjechać z Londynu na stałe, aby oderwać się od bolesnych wspomnień, którymi to miast było przepełnione. Pod koniec października przybyły do Eastbourne, gdzie wspólnymi siłami otworzyły niewielką księgarnię na Seaside Road.

— Nawet nie wiesz, jaka złość mnie teraz zżera — powiedziała Patricia, popijając kawę.

— A ja nie wiem, co powinnam czuć — powiedziała Judith.

— Jeżeli człowiek zbyt dużo zastanawia się nad tym, co czuje, próbuje oszukać samego siebie. Ty nienawidzisz tego kretyna, przyznaj to! Nie masz wobec niego żadnych zobowiązań i nie musisz litować się tylko dlatego, że napisał ci kilka czułych słówek. Zapomnij o nim, Judith, i powiedz mu otwarcie, żeby zmiatał z twojego życia.

— Ale ja tak nie potrafię. Może to ja popełniłam błąd, znikając w taki sposób. Mogłam chociaż zadzwonić albo wysłać wiadomość. Tymczasem on mnie szukał… I tęsknił.

— Szkoda że nie produkują leków na trzeźwe myślenie — skomentowała Patricia.

— Chcę być po prostu sprawiedliwa, nic więcej.

— Zamierzasz się z nim spotkać?

— Napisał, że chce przyjechać — powiedziała Judith, nie odrywając wzroku od koleżanki.

— Kiedy?

— Kiedy go zaproszę.

— A zrobisz to?

Zapadło milczenie. Judith opuściła głowę i zaczęła wpatrywać się w stojący na blacie kubek. Kawa już wystygła, ale była tak samo czarna jak wtedy, kiedy Patricia postawiła ją na biurku. Tak samo czarna jak myśli i uczucia żywione przez Judith do człowieka, którego kochała i nienawidziła z taką samą siłą.Rozdział 2

Richard Marwick siedział przygarbiony na małym, skrzypiącym ze starości stoliku i dłubał sobie w zębach wykałaczką. Pół godziny temu skończył jeść kebaba, którego zamówił w znajdującym się nieopodal tureckim barze. Oprócz nasilającej się zgagi, w ustach pozostała mu jeszcze jedna pamiątka: wciśnięte pomiędzy zęby kawałki mięsa, które najpierw próbował usunąć językiem, a potem przepłukać wodą. Obydwie metody zawiodły na całej linii, więc jego ostatnim ratunkiem była mała, niepozorna wykałaczka, którą znalazł w szufladzie pod stertą papierów. Lekko zaostrzoną końcówkę kierował w najbardziej zatkane miejsca, ale resztki jedzenia weszły tak głęboko, że nawet wykałaczka nie była w stanie ich usunąć.

Richard powoli dostawał nerwicy. Aby rozładować negatywne emocje i nieustannie pogłębiającą się irytację, zaczął chodzić w tę i z powrotem. Co jakiś czas zatrzymywał się przy oknie, kontrolował językiem ilość zalegającego między zębami pokarmu i wracał do swego bezcelowego marszu.

Richard był człowiekiem na ogół spokojnym. Sytuacji kryzysowych miał w swojej pracy pod dostatkiem, niemniej jednak rzadko kiedy okazywał złość czy, w skrajnych przypadkach, głęboką frustrację. Myślał trzeźwo, logicznie i nigdy nie ulegał presji z zewnątrz.

Był zupełnym przeciwieństwem Todda Stewarta, z którym pracował od ponad czterech lat. Poznali się w środku zimy na dworcu kolejowym Waterloo, gdzie przy temperaturze minus dwudziestu stopni czekali na opóźniony pociąg do Southampton. Jak się okazało, obaj pochodzili z Polski. Do nagłego wyjazdu z kraju zmusiła ich nieciekawa sytuacja na rynku pracy oraz chęć zarabiania funtów, które w Londynie podobno leżały na ulicy. Zderzenie z angielską rzeczywistością było jednak bardzo bolesne.

Pierwszym problemem okazały się same imiona. Mało kto potrafił wypowiedzieć je tak, jak należało, dlatego też w bardzo krótkim czasie Ryszard Marwik i Tadeusz Stewarski zaczęli funkcjonować na obczyźnie jako Richard Marwick i Todd Stewart.

W przypadku tego pierwszego, najtrudniejsze były pierwsze cztery miesiące. Richard Nie mógł znaleźć pracy, często chodził głodny, a kiedy już miał szczęście, pomieszkiwał kątem u Hindusów, których przypadkowo poznawał na ulicy. Był to chyba najgorszy okres w jego życiu. Jeszcze nigdy nie czuł się tak poniżony i bezużyteczny. Często myślał o powrocie do Polski, ale to oznaczałoby o wiele większą kompromitację. W oczach ludzi stałby się nieudacznikiem, który wyjechał za granicę, a mimo to nie osiągnął sukcesu. Taka wizja wpędzała go w jeszcze większą depresję, dlatego też postanowił zacisnąć zęby i za wszelką cenę pozostać w Londynie.

Praca, którą zaoferowano mu w piekarni na Adelaide Road, była niczym manna z nieba. Zaczął zarabiać pierwsze pieniądze, dzięki którym spłacił wszystkie długi i w końcu wyszedł na prostą. Jako dostawca świeżych bułeczek przepracował ponad dwa lata. Następnie, w dowód uznania za trud i lojalność, właściciel piekarni powierzył mu kontrolowanie dostaw w pięciu punktach sprzedaży na terenie całego Londynu. Awans ten oznaczał dla Richarda nie tylko sukces, ale i lepsze perspektywy na przyszłość.

Spokój ten jednak trwał tylko do pewnego momentu. Wszystko bowiem uległo radykalnej zmianie po tym dziwnym, przypadkowym spotkaniu z Toddem na dworcu Waterloo.

— Pobudka, stary — rozległ się znajomy głos poprzedzony ogromnym hukiem otwieranych drzwi.

Richard oderwał wzrok od okna i spojrzał w przeciwną stronę. Do biura wszedł wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna z mocno zaokrąglonym brzuchem i roześmianą gębą. Runął cielskiem na pierwsze lepsze krzesło i odetchnął z zadowoleniem.

— Co to był za dzień — powiedział, ukazując zęby w szerokim uśmiechu. — Wyobraź sobie, że ich przekonałem.

Richard spojrzał na Todda w osłupieniu. Nie wierzył, aby zlecenie, które przyjęli dwa tygodnie temu, zostało zakończone sukcesem. A już na pewno nie w tak krótkim czasie i nie z tym, co udało im się nagrać.

— Jak to zrobiłeś? — zapytał zdziwiony. — Przecież na zdjęciu były orby.

— Powiedziałem im, że to kurz.

— Ja też im to mówiłem, ale stary nie chciał wierzyć.

— Bo ty nie umiesz przekonywać — odparł Todd i zaczął rozglądać się po biurze. — Głodny jestem. Nie ma tu niczego do jedzenia?

— W lodówce jest tylko puszka Coca-Coli.

— To zamówmy kebaba. Zadzwoń do tego Turka i niech nam coś przyniesie.

— Nie ma mowy — powiedział Richard. — To mięcho do tej pory siedzi mi między zębami.

— Gdybyś był człowiekiem cywilizowanym, wypłukałbyś usta i użył nici.

— Jakiej nici?

— Dentystycznej. Nigdy jej nie używałeś?

— Jakoś nie miałem okazji.

Todd pokręcił głową, mruknął coś pod nosem i otworzył walizkę, którą zostawił przy drzwiach. Z górnej kieszonki wyjął niewielkie opakowanie nici dentystycznych i rzucił ją w stronę Richarda. Zaraz potem podszedł do wiszącego na ścianie lustra, odgarnął do tyłu włosy, a następnie spojrzał na swoje odbicie z wielkim zadowoleniem.

Trzeba przyznać, iż miał powody do dumy. Pomimo swej dużej postury, na pierwszy rzut oka sprawiał bardzo przyjemne wrażenie. Wiecznie roześmiana twarz, niewielkie dołeczki po obu stronach ust i tajemniczy błysk dobiegający z oczu sprawiały, że natychmiast wzbudzał sympatię i zaufanie. Co więcej, był człowiekiem radosnym i pozytywnie nastawionym do świata. Nigdy nie tracił dobrego humoru, a nawet największą zawodową porażkę potrafił obrócić w żart i wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość.

Jego sposób bycia podobał się klientom. Nic więc dziwnego, że Biuro Zjawisk Paranormalnych, które założył cztery i pół roku temu, z miesiąca na miesiąc przynosiło coraz większe zyski.

— Aby pracować w tej branży, trzeba mieć porządnego fioła — mówił Todd z rozbawieniem.

Kiedy owego zimowego dnia spotkał Richarda Marwicka na dworcu Waterloo, od razu wiedział, że facet ma nieźle poprzestawiane w głowie. Tym sposobem stał się idealnym kandydatem do pracy w tej jakże specyficznej branży. Todd natychmiast złożył nieznajomemu ofertę, która została zaakceptowana po kilku tygodniach namysłu. I tak oto Richard zrezygnował ze swej cieplutkiej posady w piekarni i rozpoczął szkolenie w Biurze Zjawisk Paranormalnych.

Todd okazał się prawdziwym profesjonalistą. Jego wiedza ezoteryczna, jak również znajomość urządzeń elektronicznych była naprawdę imponująca. Richard godzinami mógł słuchać wykładów o kamerach na podczerwień, cyfrowych termometrach i miernikach pola elektromagnetycznego. Po odpowiednim przygotowaniu, które trwało około tygodnia, zaczął jeździć z Toddem na pierwsze zlecenia. Nie ulegało wątpliwości, iż były to najdziwniejsze, a zarazem najbardziej ekscytujące momenty w jego życiu.

Praca podobała mu się bardzo. Nie tylko dlatego, że wymagała nieustannego pogłębiania wiedzy, ale przede wszystkim uczyła cierpliwości, pokory i szacunku do zjawisk, które miały miejsce. Richard od początku wykazywał zdolności do przeprowadzania badań, robienia notatek, nasłuchiwania i obserwowania tego, co działo się wokół. Po kilku miesiącach stał się jednym z najlepszych pracowników biura, a po roku ciągłego wykonywania zleceń nie miał już sobie równych. Jedyną jego wadą było to, że nie zawsze dogadywał się z ludźmi. Denerwowali go klienci, którzy na siłę próbowali coś udowodnić albo uparcie odrzucali to, co ewidentnie wykazały badania.

W takich sytuacjach inicjatywę przejmował Todd. Z ludzkimi problemami radził sobie jak mało kto. a do swoich teorii potrafił przekonać nawet największych zakapiorów. Zespół funkcjonował jak należy, ponieważ każdy wykonywał to, co umiał najlepiej. Dzięki takiemu podziałowi obowiązków biuro miało na swoim koncie świetnie przeprowadzone badania oraz tłumy zadowolonych klientów.

— Ta nić dentystyczna to prawdziwe cudo — powiedział Richard, stojąc przed lustrem i wyginając szczękę na wszystkie strony.

— Powinieneś używać jej codziennie. Wtedy nic ci nie będzie zalegało — odparł Todd, uważnie przeglądając notes. — Mamy zlecenie na Kensington Square. Weźmiesz je?

— Pewnie. A co się dzieje?

— Krzyki, uderzenia, skrzypienie klamek… Facet twierdzi, że w jego domu są duchy.

— OK. Sprawdzę, o co chodzi. Kiedy zaczynamy?

— Natychmiast. Tutaj masz adres.

Richard wziął od Todda kawałek papieru, spojrzał na szereg dużych, zaokrąglonych liter i powiedział:

— Jakiś wypasiony biurowiec, co?

— Prawdopodobnie. Nasz klient nazywa się Walter Gray. Gdzieś już słyszałem to nazwisko, więc warto byłoby go sprawdzić.

— Dobra. Zajmę się tym.

— Powodzenia. I dzwoń, gdybyś miał problemy.

Richard uniósł dłoń w geście pożegnania, chwycił plecak leżący na podłodze i opuścił biuro bez słowa. Przed budynkiem czekał już na niego zaparkowany volkswagen passat, którego kupił ponad trzy lata temu. Samochód działał bez zarzutów i sprawdzał się pod każdym względem. Richard codziennie przemierzał setki kilometrów, więc dobrze funkcjonujące auto było w jego pracy niezbędne.

„Ciekawe, co to za człowiek”, pomyślał, wystukując na klawiaturze nazwisko nowego klienta.

Nie ulegało wątpliwości, iż Kensington Square należał do najbardziej luksusowych i atrakcyjnych części Londynu. Samo wynajęcie biura lub innego lokalu użytkowego kosztowało tam majątek, nie mówiąc już o zakupie mieszkania czy apartamentu. Wiadomo było, że przeciętni zjadacze chleba nie udźwignęliby kosztów, jakie wiązały się z prowadzeniem interesów w tej części miasta.

— Handluje dziełami sztuki — przeczytał na głos Richard i uśmiechnął się pod nosem. „Zobaczymy, co to za okaz”, pomyślał i wcisnął pedał gazu.

Pół godziny później był już na Kensigton Square. Znalezienie miejsca parkingowego o tej porze dnia graniczyło z cudem, niemniej jednak szybko dostrzegł samochód, który właśnie szykował się do odjazdu.

— Chyba mam szczęście — powiedział z ulgą i natychmiast zajął zwolnione miejsce.

Raz jeszcze dokładnie przeczytał zapisany na kartce adres, a następnie zaczął iść wzdłuż chodnika. Budynki znajdowały się jeden przy drugim i były oznaczone w sposób bardzo logiczny. Richard jednak zdziwił się, kiedy dotarł do niewielkiej kawiarni usytuowanej pomiędzy bankiem a prywatną kancelarią adwokacką. Niepewnym krokiem wszedł do środka i zwrócił się do stojącego przy barze kelnera.

— Przepraszam, czy to jest Kensington Square 34?

— Zgadza się — odparł mężczyzna. — W czym mogę pomóc?

— Szukam pana Waltera Graya.

Kelner zmierzył Richarda wzrokiem i zapytał podejrzliwie:

— Jest pan umówiony?

— Tak.

— Pan Walter Gray siedzi przy tamtym stoliku — odparł mężczyzna, wskazując dłonią kierunek.

Richard odwrócił się i zobaczył dwóch mężczyzn, którzy siedzieli wygodnie w dużych, eleganckich fotelach.

Pierwszy z nich wyglądał na około siedemdziesiąt lat, ale równie dobrze mógł być o wiele starszy. Miał gładkie, zaczesane do tyłu włosy i śniadą, zniszczoną od słońca cerę. Był ubrany w lekką, kremową koszulę i szarą, elegancką marynarkę. W dłoni trzymał długopis, którym nerwowo pisał coś na kartce.

Drugi mężczyzna uważnie się temu przyglądał i co jakiś czas energicznie przytakiwał głową. Miał na sobie zwykły, granatowy T-shirt i ciemne, lekko przetarte na kolanach spodnie. Jak na człowieka, który przekroczył pięćdziesiątkę i odwiedzał tak luksusowe miejsca jak kawiarnia na Kensington Square, był ubrany co najmniej nieadekwatnie. Jego gęste, siwe włosy dawno już chyba nie widziały grzebienia i zwrócone były we wszystkie strony świata.

Richard raz jeszcze odwrócił się w stronę kelnera.

— Który z nich to Walter Gray?

— Ten po lewej — odparł, przecierając ścierką blat.

Richard niepewnym krokiem zbliżył się do stolika, układając w głowie formułkę powitalną. Zamierzał wygłosić ją na wstępie, aby zrobić dobre wrażenie na niewątpliwie wymagającym kliencie. Problem w tym, że nigdy nie był dobrym mówcą. Zawsze wyrażał się prosto, bezpośrednio i nie dobierał słów, aby sprawić komuś przyjemność. Tym razem jednak sytuacja przedstawiała się nieco inaczej. Walter Gray nie wyglądał na człowieka, który mógłby zadowolić się byle czym, a już na pewno nie tekstami w stylu: „Czy jest pan pewien, że to duchy? A może nie dokręcił pan kranu w łazience…” Richard wziął głęboki oddech i powiedział najnaturalniej, jak tylko mógł:

— Witam panów.

Mężczyźni spojrzeli na niego równocześnie, po czym odezwał się ten ubrany adekwatnie:

— Todd Stewart?

— Nie. Nazywam się Richard Marwick.

— Czego pan chce?

— Przyjechałem w imieniu Todda. Pracujemy razem.

— A dlaczego to on się nie pojawił?

— Pana sprawa została przydzielona mnie.

— Czy jest pan kompetentny?

— W innym wypadku by mnie tu nie było — odparł chłodno Richard i w głębi duszy miał nadzieję, że wielmożny klient odeśle go z kwitkiem.

— Proszę siadać — powiedział mężczyzna i wskazał stojące obok krzesło. — Nazywam się Walter Gray. A to mój przyjaciel, Archibald MacKenzie.

— Miło mi — rzekł Richard i usiadł na wskazanym miejscu. „Jednak muszę zostać”, pomyślał rozczarowany.

— Czy jest pan zaznajomiony ze sprawą?

— W pewnym sensie. Wiem, że chodzi o jakieś dziwne odgłosy, które nawiedzają pana dom.

— Między innymi — odparł mężczyzna, wyjmując z kieszeni cygaro. — Tak powiedziałem przez telefon. Sprawa jest jednak o wiele poważniejsza i chciałem porozmawiać o niej osobiście.

— Proszę mówić — zachęcał Richard.

— Kilka tygodni temu kupiłem rezydencję w Newcastle. Obecnie mieszka w niej moja żona i kilka osób do pomocy. Ja jestem ciągle w ruchu i rzadko kiedy tam przebywam. Od jakiegoś czasu otrzymuję bardzo niepokojące telefony od mojej żony, która w całym domu widzi i słyszy dziwne rzeczy.

— Czy może pan to sprecyzować? — zapytał Richard.

— Wiem, że to zabrzmi śmiesznie, ale w tym przypadku liczę na pana doświadczenie i profesjonalizm. Chodzi o to… — zaczął mężczyzna szeptem, nachylając się w stronę stolika — …że moja żona widzi jakąś ciemną masę wędrującą po całym domu.

Nastała chwila milczenia. Walter Gray uważnie wpatrywał się w rozmówcę, po czym zapytał niecierpliwie:

— Co to jest?

— To może być wszystko — powiedział Richard.

Aż go skręcało, żeby zapytać czy pani Gray zażywa jakieś mocne leki, jednak w ostatniej chwili powstrzymał się i dodał profesjonalnie:

— Bez dokładnych badań nie można określić, czym jest ta ciemna masa.

— Tak też myślałem — odparł mężczyzna rozczarowany. — To jak? Przyjmuje pan zlecenie?

— Przyjmuję. W końcu po to zostałem wezwany.

— Świetnie! — zawołał Walter Gray, strzepując popiół z cygara. — Dziś wieczorem zabieram pana do Newcastle.Rozdział 3

W pokoju panowała kompletna cisza. Nie słychać było niczego, nawet najmniejszego, przytłumionego dźwięku. Wydawać by się mogło, że wszystko dookoła wymarło, pozostawiając po sobie pustkę i brak jakichkolwiek oznak życia. Pokój tonął w lekkim półmroku. Ostatnie promienie zachodzącego słońca zdołały jeszcze prześlizgnąć się przez białe, delikatne firanki zawieszone na dwóch, połączonych ze sobą karniszach. Czerwono-żółte światło padało na róg dużego, drewnianego stołu, przy którym nieruchomo siedziała jakaś postać.

Jej łokcie oparte były o blat w kolorze ciemnego orzecha, a dłonie chowały się pod prostymi, nachodzącymi na uszy włosami. Lekko pochylona do przodu sylwetka wydawała się kompletnie nieruchoma, jak gdyby przy stole, zamiast człowieka, siedział posąg. Dopiero po dłuższej chwili dał się słyszeć cichy, niewyraźny głos:

— Martwię się — powiedziała postać.

I znów zapadła cisza. Ta sama, irytująca cisza, która wypełniała pokój przez ostatnie kilka minut.

— Boję się — powiedziała znowu postać.

Zaraz potem lekko drgnęła i położyła lewą dłoń na stole. Opuszki palców delikatnie uderzały o powierzchnię blatu, a odgłos przesuwających się po podłodze kapci przerwał na dobre tę jakże niepokojącą ciszę. Postać wstała od stołu, podeszła do stojącej na komodzie lampy i w jednej chwili cały pokój przepełnił się światłem.

— Nie wiem już, co robić — kontynuował cichy, niewyraźny głos.

Postać nerwowo chodziła w tę i z powrotem, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca. W końcu stanęła przed dużym, oprawionym w grubą ramę lustrem i spojrzała na swoje odbicie. Po drugiej stronie stała szczupła, atrakcyjna kobieta ubrana w ciemnogranatową spódnicę i białą, elegancką bluzkę. Miała krótkie, proste włosy w kolorze blond, które wyraźnie kontrastowały z mocno opaloną cerą. Jej oczy były duże, niebieskie, a usta wąskie i lekko zaciśnięte. W długim, nieruchomym spojrzeniu kryło się coś, co wzbudzało czujność i niepokój jednocześnie. Twarz wyrażała niesamowitą pewność siebie, a każdy ruch dłoni, każdy najmniejszy nawet gest wydawał się być doskonale przemyślany.

Kobieta stała przed lustrem, obojętnie wpatrując się w swoje oblicze. Przy prawym uchu trzymała telefon i nieco poddenerwowana kontynuowała rozmowę:

— To może mieć fatalne konsekwencje, doktorze. Przecież ona nie jest do końca wyleczona.

I znów zapadła cisza. Kobieta odeszła od lustra i uważnie słuchała melodyjnego, męskiego głosu, który rozlegał się w słuchawce.

— Ja to wszystko wiem — przerwała po chwili. — Nie zamierzam ingerować w jej życie, ale widzę, że dzieje się coś niedobrego. Od kilku dni zachowuje się dziwnie. Dzisiaj, na przykład, dzwoni do mnie co godzinę i pyta czy jestem w domu. Jak gdyby chciała mnie kontrolować. Poza tym, ciągle drży jej głos. Moim zdaniem, ona się czegoś boi. Problem w tym, że ostatnio mało rozmawiamy. Zupełnie jakby nagle przestała mi ufać. Trzeba koniecznie coś z tym zrobić, doktorze. Czy dałby pan radę przyjechać i zbadać ją tu na miejscu?

W tej samej chwili z telefonu stojącego przy łóżku rozległa się głośna, latynoska muzyka. Trwała jakieś dziesięć-jedenaście sekund, po czym w całym pokoju dał się słyszeć stanowczy, kobiecy głos:

Tu Patricia Sullivan. Nie ma mnie teraz w domu. Zostaw wiadomość albo podaj swój numer. Jeżeli będę miała czas, oddzwonię.

— Patricia, jesteś tam? To ja, Judith — powiedział cichy, drżący głos. — Od pół godziny dzwonię na twoją komórkę, ale linia ciągle jest zajęta. Z kim tak długo rozmawiasz? Ja nadal jestem w księgarni i zostanę tu jeszcze trochę. Mam sporo pracy. Zadzwoń do mnie.

Patricia nie odezwała się ani słowem. Jednym uchem słuchała wiadomości od Judith, a drugim niczym gąbka chłonęła wskazówki doktora Cullena.

— Dobrze, tak właśnie zrobię. Mam tylko nadzieję, że będzie chciała wziąć te tabletki. W każdym razie, czekamy na pana w środę, doktorze. Bezpośredni kontakt jest w tym przypadku niezbędny. W razie problemów, będę dzwonić. Do widzenia — powiedziała Patricia i odłożyła telefon.

Zaraz potem podbiegła do łóżka i raz jeszcze odsłuchała wiadomość od Judith. Zegar na ścianie wskazywał dwudziestą trzydzieści pięć.

„Co ona tam jeszcze robi?”, zastanawiała się Patricia. „I dlaczego wydzwania do mnie przez cały dzień? Boi się czy co?”

Wzięła do ręki telefon i zaczęła szukać numeru księgarni. W ostatniej chwili jednak powstrzymała się. Zaczęła myśleć bardzo intensywnie. Chwilę później jej telefon wylądował w torbie, a domowe kapcie przy łóżku. W ruch poszły buty na wysokim obcasie, szminka i butelka perfum. Po kilku minutach Patricia była gotowa. Zaraz potem siedziała za kierownicą swojego niebieskiego seicento i z zawrotną prędkością kierowała się na Seaside Road.

W tym samym czasie Judith była w księgarni. Nerwowo chodziła od jednej półki do drugiej i co jakiś czas spoglądała na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza, a ona nadal czekała. Większość sklepów na Seaside Road została zamknięta kilka godzin temu, więc jej księgarnia była prawdopodobnie jedynym otwartym lokalem o tej porze. Na zewnątrz kręcili się turyści i od czasu do czasu zaglądali do środka. Byli zapewne ciekawi, dlaczego w tym akurat miejscu paliło się światło i czy rzeczywiście ktoś jeszcze pracował.

Judith nie zwracała na nich uwagi. Miała na głowie zupełnie inne rzeczy, które całkowicie pochłaniały jej myśli. Oderwała się od nich dopiero wtedy, kiedy usłyszała delikatne stukanie do zewnętrznej strony witryny.

„Nareszcie”, powiedziała w duchu.

Z powodu mocnego, rażącego światła wewnątrz lokalu nie potrafiła dostrzec, kim była osoba stojąca za drzwiami. Otworzyła je jednak bez zastanowienia i aż podskoczyła, kiedy jej oczom ukazała się Patricia. Przez chwilę pozostała w stanie lekkiego oszołomienia, ale w końcu odzyskała równowagę i zapytała najnaturalniej, jak tylko mogła:

— Ty tutaj?

— W rzeczy samej — odparła Patricia, wchodząc do księgarni. — Dlaczego nie jesteś w domu?

— Ja… — zaczęła Judith niepewnie -… Musiałam sprawdzić kilka faktur.

— O tej porze?

— Chciałam je sprawdzić dokładnie.

— I jak?

— Wszystko w porządku.

— Skończyłaś już?

— Tak. Przed chwilą.

— No to wychodzimy — powiedziała Patricia, szukając w torbie klucza.

Darmowy fragment
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: