Nie taka zima straszna - ebook
Dagmara całe życie była w ruchu. Nowe miasta, mieszkania, początki – w żadnym miejscu na tyle długo, by móc nazwać je domem. Gdy traci pracę i przyjeżdża do Wrzosowych Łąk, a los stawia na jej drodze tętniący życiem dom weselny, miejsce pełne ludzi, ciepła i czułości, chce, by ta przeprowadzka była tą ostatnią. Zaczyna pracę jako nocna menedżerka, gdzie każdy dzień przynosi nowe wyzwania, a każda noc zbliża ją do ludzi, którzy powoli przestają być obcy. Wśród nich jest cukiernik, przy którym wszystko wydaje się prostsze – może nawet zbyt proste, by mogło być bezpieczne. Dagmara wie, że nie powinna się angażować. Przecież i tak niedługo będzie musiała odejść… prawda? Między pracą, opieką nad starszą przyjaciółką i budowaniem relacji, które zaczynają znaczyć więcej, niż powinna na to pozwolić, Dagmara staje przed najtrudniejszym wyborem: czy po raz kolejny uciec, zanim coś się rozpadnie, czy zostać i zaryzykować wszystko. Lekka, a zarazem wzruszająca, otulona zimowym klimatem opowieść o bliznach z dzieciństwa, szukaniu swojego miejsca i o tym, że prawdziwy dom tworzą ludzie, którzy uczą nas, że jesteśmy wystarczający.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-816-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wrzosowe Łąki witają
– Pani Dagmara?
Do moich uszu dobiega uprzejmy, choć stanowczy ton Ludwiki Wilgi, choć nigdzie jej nie widzę.
Obracam się w prawo i lewo. Przebiegam wzrokiem po parkingu przed domem weselnym Wrzosowe Łąki. Czyżbym ze stresu zaczęła mieć już omamy słuchowe?
– Tak? – pytam niepewnie.
– Jestem za panią. Dzień dobry.
Odwracam się energicznie. Długi warkocz uderza w szybę mojej wysłużonej Toyoty, pamiętającej nie tylko królową Anglii, ale i trzech ostatnich papieży. Gdy moje spojrzenie trafia na elegancką babcię Lori, mojej przyjaciółki, a moją przyszłą pracodawczynię, na jej idealnie skrojony czarny płaszcz, kozaki na obcasie i kapelusz, odruchowo poprawiam własne wełniane okrycie w kolorową kratę i własnoręcznie wydziergany szal.
– Nie miałam intencji pani przestraszyć – dodaje z nieco drwiącym uśmiechem, którego nie zdołała powstrzymać. – Laurencja przekazała mi, że podczas jej nieobecności przejmie pani jej obowiązki. Przepraszam, że tak panią nagabuję na parkingu, lecz spieszę się na spotkanie. Nie zdążę pani oprowadzić. Moja siostra Antonina czeka na panią w recepcji. W związku ze zbliżającym się dniem Wszystkich Świętych nie przewiduję do końca tygodnia żadnych nadzwyczajnych wydarzeń. Gdyby jednak stało się coś wymagającego mojej interwencji czy podpisu, proszę śmiało dzwonić. Mieszkamy z siostrą na górze. Przez cały czas pozostajemy do pani dyspozycji – kończy, a jej ciemnoszare, metaliczne spojrzenie spoczywa na mojej zaskoczonej twarzy.
Laurencja, moja nowa przyjaciółka i zarazem współwłaścicielka domu weselnego Wrzosowe Łąki, zdążyła mi co nieco opowiedzieć o tej nadzwyczajnej kobiecie, która przed miesiącem okazała się jej biologiczną babką. Przedstawiła ją jako niezłomną aparatkę, godną podziwu businesswoman oraz postrach niewiele odbiegający od filmowej Mirandy Priestly¹.
Ja widzę w Ludwice chodzącą klasę, inspirację i przepiękną kobietę. Mimo wieku emerytalnego wciąż gotowa jest przejąć stery prowadzonego przez tyle lat biznesu ślubnego i przy pierwszym spotkaniu deklaruje mi wsparcie, choć to właśnie na mnie spoczywa zadanie, by pod nieobecność wnuczki być dla niej pomocą.
Wyciąga do mnie dłoń i ściska krótko moje palce wydobyte naprędce z rękawiczek.
– Dziękuję, pani Ludwiko – odpowiadam z ciepłym uśmiechem. – Proszę się niczym nie niepokoić. Zapewniam, że pod moją opieką wszystko jest zawsze w najlepszym porządku.
Starsza pani kiwa głową z aprobatą.
– Zajrzę do pani później – mówi na pożegnanie.
Rzuca mi ostatnie spojrzenie i oddala się w kierunku zaparkowanego na samym końcu parkingu Mini Coopera w kolorze ciemnej zieleni.
Odprowadzam ją wzrokiem. Dostrzegam w jej twarzy tajemnicę. Jakby chciała zażartować, ale w tej sytuacji jej nie wypadało. W przeciwieństwie do wielu pracowników Wrzosowych Łąk nie czuję strachu w jej obecności. Doceniam ją i szanuję, jednak nie onieśmiela mnie jak innych dziewczyn z obsługi.
Kiedy patrzę z daleka, jak z gracją wycofuje auto i odjeżdża, po raz kolejny dociera do mnie, jak bardzo uwielbiam starsze pokolenia. Pod powłoką tego, jak upływ czasu potraktował ich ciała, dostrzegam ich poprzednie wcielenia. W siedemdziesięcioletniej Ludwice, babci Lori, widzę równocześnie pięćdziesięciokilkuletnią Ludwikę, która mogłaby być moją mamą, i trzydziestoletnią Ludkę, moją potencjalnie młodszą siostrę. Ta wielowymiarowość i bogactwo ich życiowego doświadczenia przez lata były mi jedynym stałym lądem.
Pani Ludwika znika za zakrętem. Po jeszcze do niedawna barwnym tunelu drzew nie został ani jeden żółty liść. Wzdycham na myśl o nagich konarach, na które skazują nas nadchodzące miesiące. Zamykam samochód i biegiem pokonuję dystans dzielący mnie od drzwi. Czuję, jak powiew zimnego wiatru faluje nogawkami moich spodni. Nogi w mig pokrywa gęsia skórka. Ostre powietrze szczypie w policzki. Od kilku dni ciemność zapada coraz szybciej. Prycham pod nosem na myśl o prognozowanych opadach śniegu. Nie znoszę zimy.
Przez moment zastanawiam się, czy zgłosiłabym się do tej pracy, gdyby Lori mi jej nie zaproponowała oraz nie zmuszała mnie do tego sytuacja. Jednak gdy tylko puszczam mosiężną klamkę, zamykając za sobą drzwi, do moich nozdrzy dociera aromat kawy i ciasteczek, a mnie otula ciepłe światło recepcyjnych lamp. Rozwijam wielki wełniany szal, biorę głęboki wdech i przez krótką chwilę pozwalam sobie poczuć się jak w domu. Uczucia dopełnia zmierzająca w moją stronę pani Antonina, która wita mnie z szeroko otwartymi ramionami.
– Dzień dobry, Dagusiu! – woła.
Bierze mnie w objęcia, a ja pozwalam jej się przytulić. Na ułamek sekundy zaciskam powieki i przełykam ślinę. Chcę jednocześnie się wyrwać i pozostać tak na dłużej. W dzieciństwie oddałabym wszystko za ciocię, która stałaby na ganku, oczekując mojego przyjazdu czy powrotu ze szkoły.
Jak długo to potrwa? Czy za trzy miesiące wciąż będę tu pracować? Zostanę we Wrzosowych Łąkach? Czy kiedykolwiek trafię na moje miejsce na ziemi, w którym zostanę już na stałe?
Zdejmuję płaszcz.
Kolekcjonuję takie momenty. Tu i teraz to wszystko, na co mogę liczyć. Za każdym razem, gdy biorę rzeczy za pewnik, przychodzi mi za to słono zapłacić. Postanowiłam, że w tym roku przeprowadzam się po raz ostatni. I co? Przewrotny los znów ze mnie zadrwił. Nie widzę żadnego powodu, dla którego tym razem miałoby być inaczej.
1 Ekscentryczna szefowa z filmu _Diabeł ubiera się u Prady_, reż. David Frankel, 2006.ROZDZIAŁ 2
Dzień pierwszy – środa
– To co, Dagusiu? Tak ci się u nas spodobało, że zgodziłaś się dołączyć do naszej wesołej kompanii? – Antonina wypuszcza mnie z objęć, po czym wyciąga dłonie, by wziąć ode mnie płaszcz. Nie czeka na moją odpowiedź. – To wspaniale, kochanie. Pasujesz tutaj idealnie! – kończy z rozkosznym uśmiechem.
Błyszczące jasne oczy i zaróżowione policzki ujmują jej lat. W jednym z nich dostrzegam uroczy dołeczek. Jest równie piękna, co jej siostra, lecz w zupełnie innym stylu. Uroda Ludwiki jest szlachetna, klasyczna, Tosia postarzała się jak dziewczynka, zachowując taki właśnie urok. Przyłapuję się na chęci zobaczenia albumu ze zdjęciami z ich dzieciństwa i młodości.
– Lori mówiła, że potrzebuje zastępstwa – odpowiadam wymijająco. – Zatem jestem! – Wzruszam ramionami jak gdyby nigdy nic.
Antonina skanuje mnie bacznym spojrzeniem.
Odwzajemniam uśmiech, lecz szybko uciekam wzrokiem na recepcyjne biurko. Gapię się na plastikową tabliczkę z napisem „zaraz wracam”, jakby od tego, czy mrugnę, zależała moja umowa.
Poznałam Tosię na imprezie urodzinowej jednej z naszych koleżanek z koła gospodyń. Zgadza się. Większość moich obecnych koleżanek mogłaby być moimi babciami, lecz nie widzę w tym niczego dziwnego. Nić porozumienia od zawsze wiązała mnie prędzej z seniorami niż z rówieśnikami. Berenika i Laurencja stanowiły pod tym względem niezwykły wyjątek.
Jedyny problem polegał na tym, że przed starszymi koleżankami maskowanie wychodziło mi gorzej. Jak gdyby dzięki pamiętaniu hitów Czerwonych Gitar i umiejętności prowadzenia domu w trybie na kartki jedno spojrzenie w oczy pozwalało im odczytać sekrety spisane atramentem sympatycznym na tyle mojej głowy. Sekrety, które z łatwością udawało mi się ukrywać przed rówieśnikami.
Pozwalam sobie chwycić Antoninę pod ramię.
– Oprowadzisz mnie? – pytam rozbrajająco, choć obie doskonale wiemy, że byłam tutaj nie raz. – W końcu to mój pierwszy dzień po tej stronie biurka.
– Oczywiście, kochanie!
Antonina reaguje entuzjazmem. Jest chodzącym słoneczkiem, w przeciwieństwie do siostry, która do niedawna stanowiła postrach tego miejsca. Kilka dni temu Laurencja odkryła jej słodką tajemnicę. Po naszym dzisiejszym spotkaniu na parkingu odnoszę jednak wrażenie, że to dopiero początek. Jestem przekonana, że Ludwika Wilga trzyma w rękawie swojego klasycznego płaszcza jeszcze niejednego asa.
– Recepcja. Twoje chwilowe królestwo, ale głównie wieczorami. Doprawdy nie przejmuj się pilnowaniem tego miejsca jak cerber. W ciągu dnia, gdy dziewczęta z obsługi biegają tam i z powrotem i gdy Marietta prowadzi swoje taneczne zajęcia, spokojnie możesz urzędować w biurze, dokładnie tak jak Laurencja. Jeśli nie mamy żadnych gości, nie ma również powodu, żeby tu ślęczeć po nocach. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nam tu przygnało zbłąkanego wędrowca po zamknięciu, a nawet gdyby taka sytuacja miała miejsce, któraś z nas pofatyguje się, by mu pomóc – ciągnie swobodnie jak żadna z moich szefowych do tej pory. – Po twojej prawej, kochanie, mniejsza sala. Nie muszę ci jej przedstawiać, bo zdaje się, należysz do tanecznej grupy Marietty, prawda?
– Tak, chodzimy z Bereniką na salsę. W ten sposób tutaj trafiłam.
„Jak gdyby ten stary budynek z klatką schodową w secesyjnym stylu, otoczony drzewami i pięknym, choć martwym o tej porze roku ogrodem, był kosmicznym magnesem dla mojego zagubionego serca, nieustannie szukającego swojego miejsca w świecie” – myślę, lecz jak w przypadku wielu moich uczuć, nie mam odwagi wypowiedzieć tego na głos. Nawet przy Tosi.
– Otóż to! Popołudniami i wieczorami odbywają się zajęcia taneczne, a w ciągu dnia czasami szkolenia lub konferencje, jeśli akurat gościmy grupę, która przyjechała do nas się szkolić. Lori prowadzi tutaj swoje warsztaty florystyczne. W czasie wesel często bawią się tu dzieci. Organizujemy również przyjęcia na mniejszą liczbę osób, na przykład rodzinny obiad, jeśli akurat w restauracji odbywa się równolegle inna impreza. Grafik wszystkich zaplanowanych wydarzeń jest w komputerze w recepcji. Laurencja też wiesza go na zapleczu i wysyła pracownikom, żeby byli na bieżąco, nawet gdy zamieniają się na zmiany.
Mówi to tonem wybornej gospodyni, choć Lori opowiadała mi, że mieszka tu dopiero od kilku lat i że nigdy nie prowadziła tego miejsca. Podobnie do mojej przyjaciółki ze Starych Lip, a sąsiadki Bereniki, pani Klementyny Eberly, Tosia po tym, jak owdowiała, wróciła, aby zestarzeć się wraz z siostrą w swoich rodzinnych stronach.
– Naturalnie – odpowiadam.
– Wiesz, kochanie, prowadzimy Pałacyk Wrzosowe Łąki w rodzinny sposób. Jeśli ktoś potrzebuje się zamienić, wziąć wolne i tak dalej… zawsze się zgadzamy – tłumaczy.
– Ale to chyba raczej nie ze mną… – bąkam.
– Dlaczego nie? – dziwi się moja rozmówczyni. – Wystarczy, że zgłoszą to komukolwiek. A o ile mi wiadomo, pod nieobecność Laurencji ty jesteś tutaj kierowniczką.
Puszcza do mnie oko.
Łatwo jej mówić. W obecnych okolicznościach przyrody ta praca to dla mnie być albo nie być. Nie stać mnie na poruszanie się po linii najmniejszego oporu i bezstresowe podejście.
Biorę głęboki wdech. Przyklejam sobie do ust wyuczony uśmiech bezproblemowej dziewczyny.
– Tylko do czasu powrotu Lori. – Staram się brzmieć skromnie, a nie jak ktoś, kto wymiguje się od obowiązków czy boi odpowiedzialności. – Proponowała mi pracę recepcjonistki.
– Och, nie bądźmy tacy drobiazgowi. – Tosia lekceważąco macha ręką i ciągnie mnie na drugą stronę. – Szukamy po prostu drugiej osoby na zmianę, bo zrobił nam się tutaj niezły ruch. Tak jak ci mówiłam, nie przywiązujemy aż tak skrupulatnie wagi do tego, jakie kto ma obowiązki zapisane w umowie. Pomagamy sobie wzajemnie tam, gdzie trzeba rąk do pracy.
Z kolejnym głębokim wdechem po moim wnętrzu rozchodzi się nieśmiałe uczucie ulgi. Moja potrzeba tymczasowego bezpieczeństwa czerpie z niego, by wypuścić pierwsze delikatne korzenie.
– Idealnie. Wygląda na pracę dla mnie.
– Też tak uważam – odpowiada z uśmiechem.
Stajemy w drzwiach do restauracji, lecz nie wchodzimy do środka.
– Tu chyba nie muszę za wiele mówić. W weekendy wesela, w tygodniu restauracja, szkolenia, gdy mamy gości, wieczorki i zabawy okazjonalne. We wtorki mój klub książki – kończy zdanie, a w jej głosie wybrzmiewa wyraźna duma.
– Jasne.
– To, co się odbywa w danym tygodniu, jest w komputerze. W razie czego Lusia jest zawsze na bieżąco. Nie wiem, jak ona to robi. Może to kwestia tego jej pilatesu, jak myślisz? Zastanawiam się, czy też powinnam zacząć na to chodzić, ale ona nie chce mnie ze sobą zabrać…
Powstrzymuję parsknięcie śmiechem i tylko nieznacznie unoszę kąciki ust. Nieważne, czy masz lat siedem, czy siedemdziesiąt, starsza siostra nie chce cię zabrać na spotkania ze swoimi koleżankami.
– Na razie chodzę do Marietty, bo ma nową grupę dla seniorów – dodaje pogodnie Tosia. – Zabawa jest naprawdę wspaniała! No dobrze, chodźmy dalej. To może teraz na górę? Gdy przyjedzie ktoś nowy, trzeba go oprowadzić. Zwłaszcza jeśli chodzi o zaplanowanie wesela.
Wycofujemy się do korytarza i wspinamy schodami na piętro. Tosia wciela się w mojego przewodnika wycieczki. Pokazuje pokoje, opowiada o budynku i możliwościach, jakie cały kompleks prezentuje wiosną i latem, ubarwia je anegdotami o tym, jak to było dorastać w takim domu, niemalże za kulisami wesel mających tu miejsce na przestrzeni lat.
– Czy twoje wesele również odbyło się tutaj? – pytam bez namysłu, zapatrzona w zwisające z sufitu żyrandole.
Serce przyspiesza mi nagle z obawy, że mogłam sprawić jej przykrość. Zerkam na Tosię, lecz ona uśmiecha się zapatrzona w dal, jeszcze hen poza oknem, którym kończy się korytarz.
– Oczywiście! W latach siedemdziesiątych to był niebywały atut! A tu… – kiwa głową w kierunku jednego z mijanych przez nas pokoi – …był nasz apartament nowożeńców. – Przysłania usta dłonią i chichocze. Znowu zaraża mnie uśmiechem. – Potem to pozmieniali, ale ja pamiętam.
Znów myślę o pani Klementynie. Również straciła męża, ale tutaj nigdy go nie było. Tłumaczyła mi kiedyś, że w Polsce tęskni za nim mniej. Jak gdyby wcale nie umarł, tylko został tam, na Florydzie, a ona nie może do niego tak po prostu polecieć. Tyle że Antonina wróciła do miejsca swojego wesela, przepełnionego wspomnieniami.
– Czy tutaj nie tęsknisz mocniej? Za swoim mężem? – wypalam.
Właśnie takie działanie mają na mnie seniorzy. Roztapiają tarczę ochronną. Sprawiają, że wypowiadam na głos to, co zwykle udaje mi się trzymać tylko w myślach.
Tosia spogląda na moją twarz z czułością. Jak gdyby nikt nigdy nie zadał jej tego pytania. Może tak właśnie było?
– Nie, kochanie. Tutaj się poznaliśmy, zakochaliśmy, pobraliśmy. W tych ścianach wciąż żyją wspomnienia z czasów, gdy byliśmy najszczęśliwsi. Tutaj czuję, jakby wciąż był ze mną. No i mam blisko moją Luśkę.
Uśmiecham się i wyciągam do niej rękę. Chwyta mnie pod ramię, gdy schodzimy schodami.
– A ty? Czy jest ktoś, za kim tęsknisz tutaj mocniej?
Czuję jej baczny, przeszywający wzrok na swojej twarzy, lecz idziemy za blisko siebie, bym wytrzymała to spojrzenie. Nie odwracam się w jej stronę.
Zaprzeczam ruchem głowy.
– Chyba dopiero we Wrzosowych Łąkach po raz pierwszy nie tęsknię za niczym – odpowiadam szczerze, gdy nasze stopy znów stają na błyszczących kaflach recepcyjnego korytarza.
Odważam się na krótko na nią spojrzeć.
Moje i jej niebieskie oczy spotykają się na sekundę. Nic nie mówi i ja też nie.
Palce jej ciepłej dłoni zamykają się na moim pozornie szczupłym, lecz wytrzymałym ramieniu w pokrzepiającym uścisku. Po raz kolejny tego dnia czuję wewnątrz przyjemne ciepło, rozchodzące się jakby falami, począwszy od serca.
To uczucie jest mi tak obce, że panikuję.
– Idziemy dalej?
– Oczywiście – odpowiada Tosia.
Puszcza moje ramię. Zmierzamy korytarzem w stronę pomieszczeń służbowych, biura, zaplecza, spiżarni. Mijając każde z nich, przypominam sobie opowieści Laurencji. Tę o winach ukrytych przez Ludwikę w tajnej skrytce oraz o tym, jak poznała Bernarda tego dnia, gdy przyjechały z Mariettą po schowane w biurze osobiste rzeczy Sebastiana, jej biologicznego ojca, o którego istnieniu dowiedziała się dopiero z listu od notariusza, i uratowały wesele. Wtedy i ona poczuła się tutaj jak w domu.
„Ach, nie! Mówiła, że poczuła to już wtedy, gdy przekroczyła próg pałacyku po raz pierwszy…” – przypominam sobie.
Całkiem jak ja. Tyle że dla niej to nowy dom w ścisłym tego słowa znaczeniu. Odziedziczony budynek, firma, rodzina, której nie znała. Dla mnie? W sensie wyłącznie metaforycznym.
Na razie i to powinno mi wystarczyć. Czy na trzy miesiące warto bardziej się przywiązywać?
– A tutaj mamy kuchnię, królestwo Bernarda… Dagusiu? Słuchasz mnie, kochanie?
Głos Tosi wyrywa mnie ze zwariowanego ciągu myśli, które porwały moją uwagę na dłuższą chwilę.
– Tak, tak, słucham cały czas – odpowiadam wciąż nieco nieprzytomnym głosem.
– Chodź, na koniec tej wycieczki przyda nam się mała kawa i coś słodkiego. A potem, no cóż… Chyba zostawię cię już z twoimi obowiązkami tymczasowej kierowniczki.ROZDZIAŁ 3
Nocny złodziej
Tosia nie przesadzała, opisując rodzinną atmosferę tego miejsca. Po tym, jak Bernard nakarmił nas ogromnymi porcjami ciasta red velvet, przedstawia mnie jeszcze kelnerkom, które zajmowały się również przygotowaniem pokoi dla gości. Kiedy zajmuję miejsce za recepcyjnym kontuarem, mogę w spokoju delektować się aromatycznym zapachem herbaty w filiżance XXL, którą stawia przede mną opuszczający zmianę Bernard, zwany tutaj Bearem. Otwieram klapę laptopa. Strach i panika, które od samego rana tak uparcie wiszą mi nad głową i wbijają się pazurami w ramiona, wreszcie opuszczają swoje stanowisko.
Paulina z obsługi uśmiecha się do mnie ciepło, niosąc poczęstunek dla uczestników zajęć tanecznych, bo taki obowiązuje tutaj zwyczaj. Poza nią w restauracji siedzi tylko para koleżanek w średnim wieku i plotkuje przy imbirowej herbacie.
– Hej, nie musisz tutaj siedzieć, dopóki my jesteśmy – szepcze do mnie, wracając. – Możesz spokojnie pracować sobie w biurze albo usiąść z komputerem w restauracji. Lori zawsze tak robi. Tutaj zaraz zaczną się tańce, zrobi się zgiełk. Gdy będziemy wychodzić, zapukamy po ciebie. Chyba że nie chcesz… to też okej.
Jej ciepłe spojrzenie zielonych oczu, łypiących bystro z miłej twarzy hojnie upstrzonej piegami, przekonuje, by jej zaufać. Jest ode mnie sporo młodsza, ale pochodzi stąd i pomaga przy weselach od wielu lat.
– Chętnie – odpowiadam z pogodnym uśmiechem. – Chciałam tylko przywitać się z Mariettą.
– Jasne.
Mruga do mnie porozumiewawczo, po czym odchodzi.
Dochodzi dziewiętnasta i zastanawiam się, kiedy najlepiej zadzwonić do Laurencji. Nie w sprawach zawodowych. Wyjechała tak nagle, nie mówiąc ani mi, ani Berenice zbyt wiele, że zaczynam się niepokoić. Czy to ma związek z Bernardem? I on wydawał mi się dziś dość markotny pod maską swojej niedźwiedziej gościnności.
– Kogóż to moje oczy widzą! Ty tutaj!?
Marietta, moja kolejna nowa koleżanka, partnerka tragicznie zmarłego Sebastiana, przekroczyła próg tanecznym krokiem.
– Zastępuję Lori. Musiała pilnie wyjechać.
– Aha. – Czarny skaner jej oczu przejeżdża przez moją twarz z góry na dół.
– Tylko na kilka dni. Wróci – zapewniam w odpowiedzi na jej nieme pytanie.
– W porządku – przytakuje takim tonem, jak gdyby wcale nie pytała. – A Bear jeszcze jest?
– Wyszedł przed chwilą.
– Aha – mówi znowu.
Jej czarne brwi na moment zbiegają się u nasady nosa. Naturalnie piękna pięćdziesięcioletnia twarz nie zna śladu botoksu.
– W porządku – powtarza. – Wiesz, że nie musisz tu siedzieć? – Jej czerwone usta rozciągają się w rozbrajającym uśmiechu. – Chyba że chcesz posłuchać sobie największych hitów latino. To nie ma sprawy.
Wyszczerzam do niej zęby.
– Wiem, wiem. Chciałam się tylko z tobą przywitać. Myślałam, że może wiesz coś więcej o tym, dlaczego Lori… – dodaję ciszej, choć poza nami w recepcji nie ma nikogo.
Urywam, gdy zaciska usta i ze spojrzeniem pełnym rezygnacji kręci głową.
– Nie martwmy się na zapas – oświadcza konkretnie.
Jej kształtna dłoń ląduje na blacie kontuaru obok filiżanki z moją kawą, jakby dla podbicia wagi tej wypowiedzi.
Kiwam głową na zgodę.
– Pani pozwoli, że wezmę jej płaszcz? – odpowiadam tonem profesjonalnej konsjerżki.
Marietta przewraca oczami, jednak uśmiecha się przy tym szczerze rozbawiona.
– Weź się uspokój! Bierz swoją megakawę i zmykaj stąd. Wiesz, że każdy normalny w tym budynku w wolnej chwili ogląda Netfliksa na telewizorach na górze? Zamierzasz być tu przodowniczką pracy? Zawołam cię, jak będę wychodzić.
Puszcza do mnie oko i znika w drzwiach prowadzących do mniejszej sali.
* * *
Kilka godzin później siedzę w recepcji zupełnie sama. Marietta i jej tancerze opuścili pałacyk. Paulina i dziewczyny pożegnały się ze mną zaraz po nich. Ciszę przerywa wyłącznie skrobanie mojego pióra po papierze. Gdy zakrętka ześlizguje mi się z biurka, czujnie łapię ją w locie.
Uzupełniam notatki w kalendarzu, jednakże listy rzeczy do zrobienia należą już do przeszłości. Przegrywają z wpisami z dziennika, który po przeprowadzce ponownie zaczęłam prowadzić. Trochę w ramach autoterapii, trochę wyzbycia się nadmiaru kotłujących myśli. Wrześniowe krótkie wpisy przedstawiały pogodę i lekkość mojej nowej codzienności. Cieszyłam się nowym początkiem, nowym miejscem, nowymi przyjaciółkami. Ataki paniki nie powtórzyły się od kilku tygodni. Nie miałam jednak jeszcze pojęcia, co czai się w zanadrzu połowy października. Od tego czasu ton moich zapisków, jak mijająca jesień, zmienił się na mniej kolorowy, ciemniejszy, chłodniejszy, ponownie znajomo depresyjnie przytłaczający. Wylewałam go na stronach, w formie atramentu, by nie dać mu się porwać. Jeszcze przez moment nie.
Zamykam notes, rozsiadam się wygodniej na krześle i sięgam po robótkę wyglądającą z mojej wielkiej torby projektowej, której używam również w charakterze codziennej torebki. Mój nowy sweter jest już niemal skończony. Pozostały tylko ściągacze rękawów. Nawijam włóczkę na palce i oddaję się terapeutycznej mocy dziania, którą przekazała mi jedna z dawnych podopiecznych.
Stenia. Uśmiecham się, machinalnie przesuwając palcami. Niech odpoczywa w pokoju.
Myślę przez chwilę o niej, a przez chwilę o sobie. Kto normalny, szukający stabilizacji zaprzyjaźnia się ze staruszkami, by raz po raz przeżywać ich odejście? Co ze mną nie tak?
Przewracam oczami, choć nie ma ze mną nikogo, kto mógłby to zobaczyć. A przynajmniej tak mi się wydaje do czasu, gdy do moich uszu dochodzi straszliwy raban.
Podrywam się z krzesła, sweter wypada mi z rąk, motek włóczki zeskakuje i turla się po podłodze.
„Boże, włamanie!”
Serce niemalże wyskakuje mi z piersi. Zaciskam szczęki, żeby nie krzyknąć. Jeszcze tego brakowało, by obrabowano hotel w trakcie mojego pierwszego dnia pracy!
Skanuję wzrokiem biurko. Nie znajduję niczego, co mogłoby posłużyć mi za broń. W restauracji nie mamy mosiężnych świeczników, którym mogłabym znokautować złodzieja. Wszystkie noże są w kuchni.
Ponowny hałas. Moim ciałem wstrząsa dreszcz. Zaciskam mocno powieki i biorę głęboki wdech.
W czasie wydechu pochylam się do torebki. Gdy wyszarpuję z niej miniaturowy lakier do włosów, mój wzrok spoczywa na ostrych czubkach zapasowej pary drutów ze stali nierdzewnej. Zapraszająco wystają z wewnętrznej kieszeni tuż obok długopisów. Niewiele myśląc, łapię za przyrząd. Zrzucam buty i w samych skarpetkach, z plecami przy ścianie przesuwam się w kierunku wejścia na zaplecze.
Nie ma tu nikogo. Panują ciemności, lecz nie chcę zapalać światła. Skoro już nawaliłam i ktoś wszedł tu jakimś tylnym wejściem, chcę złapać skurczybyka na gorącym uczynku.
Trzeba było siedzieć kołkiem w tej recepcji, a nie ufać dziewczynom. „Zawołamy cię”. Jasne. Właśnie takie są tego efekty.
Przełykam ślinę i idę dalej. Oświetlam sobie drogę tylko telefonem z wybranym numerem awaryjnym, by móc połączyć się jednym ruchem kciuka. Tętno dudni mi w uszach. Zza ściany dobiega przekleństwo.
Mój wzrok spoczywa na pozostawionym na stoliku talerzu. Wpycham lakier do lewego rękawa, w lewej dłoni trzymam telefon i druty. Prawą ręką sięgam po talerz. W głowie świta mi pomysł. Kolejny odcinek pokonuję cicho jak kotka. Spod drzwi spiżarni jaśnieje smużka światła. Bez zastanowienia szarpię za klamkę.
– Co to ma być, do jasnej cholery!? – wrzeszczę, jednocześnie rzucając talerzem.
Naczynie skierowane nie w złodzieja, a wyżej, uderza w półkę nad jego głową i rozbija się w drobny mak. Sprawca całego zamieszania kuli się pod deszczem szklanych odłamków.
– Napad!? Na hotelową spiżarkę!? Co z tobą nie tak!? Myślisz, że co tu trzymamy?
W moim życiu było zbyt wiele silnego stresu. Ten jeden bodziec uruchamia lawinę. Zamieniam się w bestię.
– Jaki napad, to przecież ja – słyszę.
Wysoki przystojniak o blond włosach i silnych przedramionach patrzy na mnie jak na wariatkę.
– Jaki ja? Co za ja? – drę się wniebogłosy, wygrażając mu drutami.
Chłopak unosi ręce w poddańczym geście i obdarza mnie szerokim uśmiechem równych białych zębów. W jego niebieskozielonych oczach tańczą chochliki. Jak na złodzieja, zdaje się bardzo rozbawiony sytuacją.
A może tylko chce osłabić moją czujność?
– Igor. Pracuję tutaj.
– Nie wydaje mi się – burczę, ale opuszczam moją broń. – Od kiedy plądrowanie spiżarni po nocy nazywa się pracą, kolego?
Ściągam brwi tak mocno, że czuję ból u nasady nosa. Przygryzam wnętrze policzka.
Niech to szlag, jaki jest przystojny! Wspinam się na wyżyny złości, by w najmniejszym stopniu nie dać po sobie znać, jakie robi na mnie wrażenie.
– Ty musisz być Dagmara – odpowiada zachwyconym tonem. Ostrożnie przeciąga dłonią po włosach, z których wytrzepuje odłamki szkła. Wyciąga do mnie rękę. – Nie zdążyliśmy się poznać.
– Nie wiem, czy muszę – odpyskowuję.
„Dobrze, dobrze, Daga. Dobrze ci idzie. Tylko go nie dotykaj. W ogóle się nie zbliżaj”.
Spoglądam wrogo na jego wyciągniętą dłoń, dbając o to, by to zauważył.
– Zamierzałaś mnie tym zadźgać? – Parska śmiechem.
Nie cofa ręki. Robi krok do przodu. Jest bardzo wyluzowany, co irytuje mnie jeszcze mocniej.
– Słuchaj no, Igor – syczę jak wściekła kotka. – Nie interesuje mnie przyczyna rabanu, który tutaj urządzasz i który zbudziłby nawet umarłego. Ciesz się, że nikt z gości nie przyleciał z mordą na skargę. Kuchnia jest zamknięta. Nikt mnie nie uprzedzał, że tu w ogóle pracujesz ani że obowiązują cię specjalne przywileje dopuszczające nocne wycieczki. Na twoje szczęście mam lepsze rzeczy do roboty niż skarżenie na ciebie pani Ludwice. Zatem składam ci propozycję nie do odrzucenia. Ja stąd wychodzę, ty sprzątasz ten bajzel i znikasz tak niezauważalnie, jak się tutaj pojawiłeś.
Tupię nogą. Efekt mojej groźby psuje brak obuwia oraz minilakier, który wyrywa się na wolność z mojego rękawa, upada na podłogę i turla się Igorowi pod nogi.
– Oczywiście, pani kierowniczko – odpowiada, z trudem powstrzymując kotłujący się w nim rechot.
Faktycznie. Boki zrywać.
Nie jest mi ani trochę do śmiechu. Niemal fizycznie czuję, jak zalewam się purpurową falą żenady.
– Pani życzenie jest dla mnie rozkazem.
Przewracam oczami, obracam się na pięcie i z resztkami godności opuszczam spiżarnię.
Przez tego kretyna rozbiłam talerz z hotelowego kompletu. Nie wspominam nawet o stanie przedzawałowym, jaki nadwrażliwy system nerwowy zafundował reszcie mojego ciała.
„Czyli jeśli zostanę, będziemy razem pracować? Codziennie? Houston, mamy problem”.
Wracam do recepcji i przez resztę zmiany nie słyszę ani jednego dźwięku poza kołataniem własnego serca. Gdy dwie godziny później kontrolnie zaglądam do spiżarni, nie ma w niej śladu wcześniejszego zajścia. Nie znajduję jednak mojego lakieru.
Uchylam drzwi do tonącej w mroku kuchni. Coś majaczy się na blacie. Zapalam światło i podchodzę. Znajduję mój lakier, a na talerzyku obok różowy makaronik w kształcie serca.
Z całą mocą walczę ze sobą, żeby się nie uśmiechnąć, choć nikt mnie nie widzi. Zgarniam jedno i drugie i wychodzę jak gdyby nigdy nic.
Gdy o poranku wsiadam do auta, czuję się jednocześnie wyczerpana i dziwnie pełna życia.ROZDZIAŁ 4
Dzień drugi – czwartek
Wjeżdżam na parking Pałacyku Wrzosowe Łąki wcześniej niż zwykle. Przed pracą idziemy z Bereniką na salsę. Marietta wyjeżdża jutro w rodzinne strony, więc grafik jej tanecznych zajęć na ten tydzień uległ małym przesunięciom.
Uśmiecham się bezwiednie, kiedy rozpoznaję auto przyjaciółki po naklejce z pszczołą, logo pasieki Janka jej własnego projektu.
Ilekroć ten rudzielec znajduje się w pobliżu, w sekundę czuję się bezpieczniej. Tak jakby mój układ nerwowy przypisał do jej osoby reakcję, którą miałam na jej widok po raz pierwszy tej nocy, gdy wyciągnęła mnie z rowu w trakcie burzy, i tak już zostało.
Robi mi się zimno na nagłe wspomnienie ataku paniki, którego doświadczyłam w samochodzie, który rozkraczył się pod lasem, gdzieś na końcu świata, gdy wracałam z rozmowy kwalifikacyjnej z rodziną pani Elżbiety.
Biorę głęboki wdech. Dołujący zapach zawilgotniałych od deszczu liści wypełnia mi drogi oddechowe. Chwyta za gardło. Na tamtym etapie mojego życia waliło się wszystko, czego się dotknęłam. Skupiam wzrok ponownie na pszczółce, która naturalnym ciągiem skojarzeń przywołuje kolejne obrazy: ziejące z bladej, piegowatej twarzy intensywnie zielone oczy Bereniki, jej przemoczone ubrania i włosy, dłoń opartą o szybę, a zaraz potem otulenie grubym kocem, rozgrzewający smak herbaty z cytryną i miodem, miękkie futerko tulącego się do mnie jej kundelka Rocky’ego.
Berenika rozgościła się w Starych Lipach jako pierwsza. Niecały rok temu natrafiła na ogłoszenie sprzedaży domu, który należał kiedyś do jej dziadków, i postawiła wszystko na jedną kartę. Mniej więcej w tym samym czasie do Starych Lip wrócił Janek. Wzięłam ich za małżeństwo już w pierwszej chwili, na długo przed tym, zanim oni sami zdążyli ponownie wyznać sobie miłość. Gdy następnego dnia wracałam do ówczesnego mieszkania, zdecydowałam, że już tylko obecność takich osób w moim życiu jest warta podjęcia ryzyka i przeprowadzki.
Zimno ustępuje. Każde wspomnienie o niej i Janku działa na mnie jak _patronus_². Zamykam samochód i zmierzam do pałacyku. Mokre kamyki wypełniające parking przy każdym kroku chrzęszczą pod moimi butami.
Znajduję Berenikę w restauracji, przy nieodłącznej filiżance herbaty.
Rysuje coś na tablecie. Choć twierdzi, że odkąd zamieszkała razem z Jankiem, pracuje o wiele mniej. Zauważa mnie i wstaje. Wyciąga ręce w moim kierunku. Jej twarz rozpromienia uśmiech, od którego całe pomieszczenie wydaje się jeszcze przytulniejsze.
Ściskam ją mocno, chociaż widziałyśmy się kilka dni temu. Od zawsze noszę z tyłu głowy obrazek spakowanej walizki. Ostatnio znów zdaje się mieć wyraźniejsze kontury. W obliczu nowinek, jakie usłyszałam w zeszłym tygodniu od syna pani Eli, trzymam przyjaciółkę w objęciach dwie sekundy dłużej.
– Zaniosę tylko swoje rzeczy do biura i już do ciebie przychodzę – deklaruję z niekrytym entuzjazmem.
Zdejmuję płaszcz i szalik. Dołujące mnie ostatnio rozważania zamykam na klucz i wpycham głęboko w odmęty pamięci, przykrywam nieużywanymi wspomnieniami, żeby w ciągu najbliższej doby trudno mi było do nich wracać.
– Co jadłaś? – zagaduję po powrocie, przenosząc jej uwagę z siebie na talerzyk pełen okruszków.
Śmieje się. Uroczo marszczy piegowaty nos. Nosi żółte ubrania z taką gracją, jak gdyby urodziła się w tym kolorze, choć wiem, że jest tak od niedawna. Że przez lata tonęła w korporacyjnych szarościach i granatach.
– Skusiłam się na torcik.
– Ooo! Który? – Jestem szczerze zaciekawiona.
– Podobno jakaś testowa wersja dostępna tylko dzisiaj… Wariacja szefa kuchni – odpowiada, oblizując widelczyk po cieście. – Jeśli to chwyt marketingowy, to doskonały. Nalegałabym, by ta pozycja na stałe weszła do karty. Nie wiesz, czy jest tu może skrzynka na sugestie? – Szczerzy zęby w uśmiechu.
– Dowiem się – wybąkuję. – Zaraz wracam – rzucam, odwracam się i wybiegam.
– Czekaj, Daga! Siadaj! Przecież ja żartowałam!
Słyszę, ale jestem już przy drzwiach.
Tort wariacja szefa kuchni? Bernard zwykle ściśle trzyma się wcześniej ustalanego menu. Czyżbym coś przegapiła i czekają na mnie niespodziewani goście? Delegacja last minute? A może jakaś para zapowiedziała się na testowanie ciast. Obiło mi się o uszy, że dzięki współpracy z lokalną cukiernią, z której zamawiane są weselne torty, coś podobnego się tu czasami zdarza…
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
2 W świecie Harry’ego Pottera potężne zaklęcie obronne, tarcza silnej pozytywnej energii przybierająca zwykle formę zwierzęcą, zapewniająca ochronę przed siłami zła, a w szczególności dementorami, których obecność wiązała się z otaczającym chłodem i wilgocią.