Nie wiem, gdzie jestem - ebook
Nie wiem, gdzie jestem - ebook
Nowa powieść autorki bestsellerów "Wróć, jeśli pamiętasz", "Ten jeden dzień", "Zostaw mnie".
Los splata drogi trojga obcych sobie ludzi.
Freya jest młodziutką wokalistką, stojącą na progu sławy. Straciła głos podczas nagrywania swojej debiutanckiej płyty. Harun zamierza zerwać więzi z bliskimi, żeby pozostać wiernym sobie. Nathaniel przyleciał do Nowego Jorku z jednym małym plecakiem i desperackim planem. Nie ma nic do stracenia.
Łączy ich strata.
Nadzieja.
Tęsknota.
I miłość.
Zanim dzień dobiegnie końca, ich głęboko skrywane tajemnice wyjdą na jaw, a oni przekonają się, że najlepszym lekarstwem na każdą stratę i tęsknotę jest drugi człowiek.
"Nie wiem, gdzie jestem" opowiada o ludziach, którzy zaufali miłości i dzięki niej odkryli swoją drogę. Niezrównana Gayle Forman ofiaruje swoim czytelnikom emocjonalne katharsis.
Chwyta za serce (…) Dla czytelników gotowych na serię wstrząsów emocjonalnych.
"Hypable"
Przepięknie napisana opowieść miłosna, trafi do serca każdego młodego człowieka, który stanął twarzą w twarz ze strachem i starcie przetrwał.
Jacqueline Woodson, autorka powieści "Kryształowy księżyc"
Gayle Forman to wielokrotnie nagradzana autorka powieści dla młodzieży. Za "Jeśli zostanę" otrzymała dwie nagrody: 2009 NAIBA Book of the Year Award oraz 2010 Indie Choice Honor Award. Forman zajmuje się również dziennikarstwem, a jej teksty pojawiają się między innymi w "Seventeen", "Cosmopolitan" oraz "Elle". Mieszka w nowojorskim Brooklynie wraz z mężem i dwiema córkami.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8169-695-1 |
| Rozmiar pliku: | 497 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
FREYA
Śpiewam od urodzenia. Od pierwszej minuty życia. Tak opowiadał mi tata. Po przyjściu na świat nie płakałam, nie wydawałam w ogóle żadnych dźwięków i tata mówił, że serce zamarło mu na chwilę ze strachu, że coś mi dolega. Zbiegli się wszyscy lekarze, wszystkie pielęgniarki i wtedy ja wydałam z siebie dźwięk. Nie był to żaden dziecięcy pisk, żaden płacz ani postękiwanie, ale coś bez dwóch zdań muzykalnego. Czyściutkie ais – tak twierdził tata. Podobno trzymałam ton przez dobrą sekundę albo nawet dwie, a lekarze i pielęgniarki zaczęli się śmiać, z radości i ulgi.
– Przyszłaś na świat z pieśnią na ustach – mówił mi. – I już nigdy nie przestałaś śpiewać.
– Głupie gadanie – stwierdziła kiedyś moja siostra Sabrina. – Dzieci nie przychodzą na świat z niczym, a już na pewno nie z pieśnią na ustach.
Ale ja wiedziałam, że mówi tak tylko z zazdrości. Cztery lata wcześniej, kiedy ona pojawiła się na świecie, taty nie było w sali porodowej. Grał koncert poza miastem, a zanim dotarła do niego informacja, że mama zaczęła rodzić, było już po wszystkim. Nikt o tym nigdy nie mówił, ale gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że Sabrina przywitała się ze światem nie pieśnią, tylko wielkim fochem.
Może dlatego, że był przy moich narodzinach, może dlatego, że urodziłam się rozśpiewana, a może ze względu na fizyczne podobieństwo – ja byłam córką taty, a Sabrina córką mamy. Wyszło tak, jakby podzielili się dziećmi jeszcze przed rozwodem. Sabrina spędzała wieczory z mamą: rozwiązywały razem krzyżówki albo robiły porządki w kuchennych szafkach. Ja od popołudnia siedziałam z tatą w ciasnej garderobie, którą przerobił na maleńkie studio nagraniowe. Stały tam stosy pudeł ze starymi kompaktami i kasetami, a tata puszczał mi swoje ulubione wokalistki: amerykańskie, na przykład Billie Holiday, Ninę Simone i Josephine Baker, oraz etiopskie, wśród których prym wiodły Aster Aweke oraz Gigi.
– Słyszysz, jak wylewają swój smutek? Jak wyśpiewują to, czego nie potrafią wypowiedzieć? – Pokazał mi kiedyś zdjęcia tych pięknych kobiet o pięknych głosach. – One są jak drzewo jakaranda: podwójnie obdarowane przez los – powiedział. – Tak jak ty.
Mieszkaliśmy wtedy w White Plains, gdzie te drzewa nie rosną, ale wiedziałam już od taty, że w Addis Abebie jakarandy wiosną zakwitają cudownymi kwiatami, podwójnie obdarowanymi niezwykłą fioletową barwą i pięknym zapachem. Mówił mi też, że zimą, której, mimo przejmującego chłodu, do tutejszych zim wiele brakuje, w powietrzu czuć dym palonego eukaliptusa. Opowiadał o potrawach, które gotuje jego mama. Tęsknił bardzo za jej kuchnią: za smażonym mięsem zwanym tibs, za fasolową pastą sziro, za pieczenią z koźliny, którą szykowało się przed postnymi dniami, za plackami indżera ze sfermentowanej mąki. Jeździłam z nim do restauracji, gdzie mieli to wszystko w menu, a jego ulubione smaki stały się też moimi. Dawał mi do spróbowania gorzką kawę i słodkie wino na miodzie. Nauczył mnie tak jeść palcami, aby nie uronić ani drobinki. „Kondżo, kondżo”, mówiły mu kelnerki, wszystkie podobne do mnie: „Pięknie”.
Obiecywał, że kiedyś zabierze mnie do Etiopii. Obiecywał, że zabierze mnie do nowojorskich klubów, gdzie przed laty grali Charlie Parker, Miles Davis i John Coltrane. Obiecywał, że któregoś dnia zabierze mnie na koncert swojego mistrza, etiopskiego jazzmana Mulatu Astatkego. To on sprawił, że tata wyemigrował do Ameryki – chciał zrobić tutaj taką samą karierę.
– Ludzie myśleli, że nie da się połączyć Etiopii z Ameryką, ale posłuchaj tego, to dowód, że jednak się da – mówił, puszczając mi nagrania Astatkego. – A kolejny dowód mam przed oczami – dodawał, uśmiechając się do mnie.
Gdy tylko powiedział: „Zaśpiewaj ze mną, Freaulai”, śpiewałam, a on wtedy zawsze zamykał oczy i uśmiechał się.
– Przyszłaś na świat z pieśnią na ustach – powtarzał po raz kolejny, a moja siostra za ścianą wołała: „Cicho bądź!”. Jej i mamy nie obchodziło, jak gra Astatke ani jak smakuje tibs, nie interesowała ich nawet wycieczka do Etiopii.
– My jesteśmy stąd – przypominały tacie, kiedy wspominał, że moglibyśmy przeprowadzić się do jego ojczyzny, bliżej jego rodziny. – Twoja rodzina to my – ucinały krótko.
– Przestań śpiewać! – wrzeszczała Sabrina, jeśli nie zamknęłam się od razu.
– Obiecaj mi, że nigdy nie przestaniesz śpiewać – prosił mnie wtedy tata, zniżając głos do szeptu.
A ja obiecywałam. W odróżnieniu od niego nie rzucam słów na wiatr.
* * *
Sabrina mówiła, że podobno kiedyś rodzice śmiali się razem i tańczyli w salonie. Że mama chodziła na koncerty taty i wpatrywała się w niego maślanym wzrokiem, przekonana, że miłość pokona ogromną przepaść dzielącą młodą Żydówkę z Westchester i jazzmana z Addis Abeby.
Według Sabriny to wszystko się zmieniło po moim urodzeniu. Czy to była prawda, czy tylko typowe zagranie Sabriny, mojej siostry, która często ściskała mnie za rękę tak długo, aż na nadgarstku pojawiły się czerwone ślady? (Mówiła, że to są „obrączki miłości” i że mają mi przypominać, kto mnie kocha). Siostry, która szeptała mi do ucha: „Śmierdzi ci z buzi, masz włosy jak sprężynki” i która złościła się na mnie, kiedy płakałam?
– Kto ci powie w życiu prawdę, jeśli nie ci, którzy cię kochają? – pytała.
Natomiast w kwestii tego, czy rodzice się kiedyś kochali – tutaj nie miałam pewności. Ich zajadłe kłótnie, gniewne słowa sypane pełnymi garściami, były takim samym elementem ścieżki dźwiękowej mojego dzieciństwa jak muzyka, którą puszczał mi tata. Tylko że, jak to często bywa, nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie umilkły i nie ogarnęła nas cisza.
* * *
Miałam wtedy dziesięć lat. Któregoś dnia po powrocie ze szkoły zastałam tatę w domu. Nie spał, co samo w sobie było dość niezwykłe, bo pracował na nocnej zmianie w firmie przewozowej: wychodził późnym wieczorem i oprócz pracy starał się jeszcze pokazać na jakiejś scenie, choćby przez minutę czy dwie, a klubów w Greenwich Village było już coraz mniej. Często wracał do domu, kiedy my akurat wstawałyśmy do szkoły, i spał do wieczora, a potem znów szedł do pracy. Tamtego dnia zobaczyłam go jednak przy kuchennym stole, zastawionym okrągłymi półmiskami z etiopskim jedzeniem.
Tak się ucieszyłam, widząc te przysmaki i tatę w domu, że umknął mi pewien szczegół: w przedpokoju stała spakowana torba podróżna, a obok niej – jego trąbka w futerale. Ale nawet gdybym zauważyła, nie zastanawiałabym się nad tym zbytnio. Tata czasem wyjeżdżał w krótkie trasy, chociaż od dwóch lat akurat nigdzie nie był.
– Dokąd jedziesz? – zaciekawiła się Sabrina, która miała bystrzejsze oko niż ja.
– Moja mama zachorowała – wyjaśnił, podsuwając nam talerze pełne jedzenia. – Chcę ją odwiedzić.
– A wyzdrowieje? – zapytałam. Nigdy nie poznałam babci Ayate. Słabe zdrowie nie pozwalało jej na dalekie podróże, a mama powiedziała, że nie stać nas na cztery bilety do Etiopii.
– Wyzdrowieje – potwierdził tata.
– Kiedy wrócisz? – dopytywała moja siostra.
– Niedługo, Sipara.
Sabrina skrzywiła się, słysząc swoje etiopskie imię, za którym nie przepadała.
– To znaczy kiedy? – naciskała.
– Niedługo – powtórzył tata. – Co wam przywieźć?
– Białą sukienkę, wiesz jaką – poprosiłam, przypominając sobie kobiety z etiopskiej restauracji i zdjęcia moich kuzynek w prześlicznych zwiewnych, białych sukienkach ozdobionych delikatnym haftem. Bardzo, bardzo chciałam mieć taką.
– Habesha kemis? – Uśmiechnął się. – Jasne, obiecuję. – Spojrzał na Sabrinę. – Tobie też przywieźć?
– Nie, dziękuję.
Kiedy skończyliśmy jeść, tata wstał od stołu. Miał łzy w oczach. Przytulił mnie i zaśpiewał mi do ucha, ale nie jakąś piosenkę Billie Holiday czy Niny Simone, które ćwiczyliśmy wspólnie, ale Tsehaj Hajlu, rytmiczną kołysankę. Śpiewał mi ją co wieczór: „Yszururururu, yszururururu, je binije ynat tolo nejilet, dabołyn bahyja, łetetun beguja, jizeszilet nej, jizeszilet nej”.
– Śpiewaj ze mną, Freaulai – poprosił, a ja posłuchałam.
Kiedy melodia ucichła, odsunął mnie od siebie na odległość wyciągniętych rąk.
– Obiecaj mi, że nigdy nie przestaniesz śpiewać – powiedział, trzymając dłonie na moich ramionach, a po twarzy ciekły mu łzy.
Więc obiecałam, tak jak zawsze.
Tata otarł oczy, zabrał walizkę, trąbkę i wyszedł. Wybiegłam za nim do przedpokoju.
– Nie zapomnij o sukience!
Ale jego już nie było.
* * *
Babcia zmarła pięć tygodni później. Płakałam, ale nie ze smutku, tylko dlatego, że teraz tata musiał zostać tam jeszcze dłużej, bo trzeba było wyprawić pogrzeb i załatwić wiele spraw. A tych kilka tygodni i tak dłużyło mi się niemiłosiernie. Bez taty nasza rodzina była jak krzesło na trzech nogach.
– Ile jeszcze cię nie będzie? – zapytałam go, przekrzykując trzaski na linii, kiedy minęły już pełne dwa miesiące.
– Niedługo – zapewnił.
– A nie zapomnisz o białej sukience dla mnie?
– Nie zapomnę.
Rozłączyłam się. Obok stała Sabrina. Rozmawiała z tatą krótko, najwyżej chwilę, odpowiadając mu półsłówkami, tylko „tak” albo „nie”. Jakby wcale za nim nie tęskniła. Zresztą w sumie dlaczego miałaby tęsknić? Była córką mamy, a mama była tutaj.
Stała z rękami założonymi na piersi i tą samą złośliwą miną, którą robiła, gdy chciała mi coś wytknąć.
– Wiesz, że on już nigdy nie wróci, prawda?
– O czym ty mówisz?
– Jest u siebie, w swoim domu – wyjaśniła. – I nie chce wracać.
– Ale my jesteśmy tutaj.
– Mama i tak chciała go wyrzucić – prychnęła Sabrina. – Myślisz, że wróci tylko dla ciebie?
– Specjalnie tak mówisz.
Sabrina spojrzała na mnie. Miała dopiero czternaście lat, ale niejeden dorosły wzdrygnął się już na widok tego jej spojrzenia.
– Zabrał trąbkę, Freya – przypomniała. – Gdyby zamierzał wrócić, to chybaby ją zostawił?
– Może chciał pograć babci.
– On już nie wróci – upierała się Sabrina.
– Wróci! – Krzyknęłam na nią. – Jesteś zazdrosna, bo kocha mnie bardziej niż ciebie. Bo ja umiem śpiewać. Wróci!
Nawet się nie zdenerwowała. W jej oczach dostrzegłam wręcz coś na kształt współczucia. Bo ona wiedziała. Sabrina wszystko wiedziała.
– Nie wróci.
* * *
Kilka miesięcy później przyszła do mnie paczka. Na znaczku znajdowały się kręcone, kompletnie niezrozumiałe litery alfabetu amharskiego, a data na stemplu wskazywała, że przesyłka szła do Stanów przez parę tygodni.
W paczce była biała sukienka. Prześliczna. Cienka, zwiewna, haftowana fioletową i złotą nicią. Pasowała na mnie jak ulał.
I kartka od taty. Jedno słowo: „Obiecałem”.
Wtedy zrozumiałam, że Sabrina miała rację.
Sukienka wylądowała w koszu na śmieci, a ja poszłam do swojego pokoju, położyłam się do łóżka i zaczęłam płakać.
– Co w ciebie wstąpiło? – dopytywała się mama, kiedy znalazła mnie wieczorem. Dopiero kilka tygodni później miała zabrać nas na obiad do Star Diner, aby przy stoliku w oddzielnym boksie ogłosić nam z powagą to, co już wiedziałyśmy: że postanowili wziąć rozwód, a tata zostaje w Addis Abebie na dobre, ale „coś wymyślą”, żebyśmy mogły do niego pojechać. Kolejna niespełniona obietnica.
Ale tamtego dnia, gdy mnie wypytywała, milczałam uparcie, płacząc w poduszkę.
– Nie wiem, co się z nią dzieje – usłyszałam przez drzwi, jak mama skarży się Sabrinie. – Co mam zrobić, żeby się z tego otrząsnęła?
Od tego był tata. To on siedział przy mnie, kiedy chorowałam albo czegoś się bałam. Tylko że tata nigdy nie pytał, co się dzieje, kiedy czasem przytłaczały mnie emocje i nie miałam pojęcia, co robić.
– Wyśpiewaj to, czego nie możesz powiedzieć słowami, Freaulai – zachęcał.
Wciąż jeszcze miałam oczy pełne łez, kiedy cicho skrzypnęły drzwi mojego pokoju. Nie, to nie była mama z kolejnym upomnieniem, że mam w końcu przestać. To była Sabrina.
Moja siostra bez słowa położyła się obok, a potem, chociaż nie lubiła, żeby ją przytulać, całować ani nawet dotykać, przylgnęła do mnie całym ciałem.
– Już dobrze – powiedziała cicho. – Będę się teraz o ciebie troszczyć.
Nie uwierzyłam jej. Sabrina, która szczypała mnie „z miłości” i boleśnie dogryzała, która nie znosiła tibs i pasty sziro, która uciszała mnie, kiedy śpiewałam. Ona chciała się o mnie troszczyć? Niby jak?
I wtedy, zupełnie jakby usłyszała moje wątpliwości, Sabrina zaczęła śpiewać mi do ucha. „Yszururururu, yszururururu, je binije ynat tolo nejilet”. A przecież moja siostra nie śpiewała nigdy, nawet na święta. Nie wiedziałam w ogóle, że umie. Tymczasem proszę, kołysankę nuciła czystym, pewnym głosem. Jakby też przyszła na świat z pieśnią na ustach.
– Śpiewaj ze mną – powiedziała.
I zaśpiewałam. „Yszururururu, yszururururu, syfeczim azyje, sygager azyje, syseram azyje, syhiedym azyje, jeniema binije, wyred kedżerbaje”. Leżałyśmy razem i śpiewałyśmy, na głosy, co wychodziło nam samo, bez najmniejszego trudu i w idealnej harmonii, po której w prawdziwym życiu nie było ani śladu.
I kiedy tak śpiewałyśmy, przestałam płakać. Uwierzyłam, że dopóki możemy razem śpiewać, nie przytrafi mi się nic złego.STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ II
HARUN
Kiedy miałem dziewięć lat, Ammi powiedziała, że odwiedzą nas goście z Pakistanu: rodzina jej siostry. Bardzo się ucieszyłem. Khala, Khalu i troje moich kuzynów – jak dotąd znałem ich tylko ze słyszenia. Usna miała już dziewiętnaście lat, więc nie interesowała mnie zanadto, ale bliźnięta, Amir i Aisza, były w moim wieku. Aisza, hałaśliwa i zbuntowana, od razu się zaprzyjaźniła z moją młodszą siostrą Halimą. Razem wymykały się z domu do 7-Eleven, żeby kupować sobie batoniki Little Debbie i chrupki Doritos.
Pozostał mi więc Amir, niewysoki, cichy i powściągliwy chłopak, zupełne przeciwieństwo swojej siostry. Nigdy nie chciał iść do kina ani grać w minigolfa, nie interesowały go nawet wycieczki na Manhattan. Siedziałem z nim w domu: graliśmy w planszówki albo leżeliśmy na podwórku, obserwując samoloty startujące z lotniska w Newark.
– Teraz leci Continental Airlines, lot numer siedemnaście, do Los Angeles – mówiłem mu, a kiedy zapytał, skąd wiem takie rzeczy, wyjąłem zeszyt, w którym notowałem wszystkie odloty i przyloty. Chowałem go starannie, bo Saif ostrzegł mnie, że jeśli ktoś go znajdzie, może sobie coś pomyśleć. Ale dla Amira to wcale nie było dziwne, a kiedy wyznałem mu, że moim marzeniem jest zostać pilotem, to nie powiedział, że zwariowałem.
– Mógłbyś mnie wtedy odwiedzić w Pakistanie – zaproponował.
Amir codziennie chodził z tatą na modlitwę. Kiedy byli u nas, przyłączałem się do nich przez cały tydzień, chociaż zazwyczaj chodziłem z Abu tylko w piątki i w święta.
– Spobożniałeś przy kuzynie – powiedział mi raz.
– Ten twój kuzyn robi z ciebie wazeliniarza – skomentował Saif.
Któregoś dnia po powrocie z meczetu zastałem w domu Ammi i ciocię Khalę. Siedziały przy stole w jadalni, bo Ammi często tam pracowała; teraz też miała przed sobą rozłożone księgi rachunkowe, a pod ręką kubek parującej herbaty. Ciocia narzekała na Aiszę, która w tajemnicy objadała się śmieciowym jedzeniem. Starała się schować dowody winy w koszu, ale Ammi je znalazła, bo ona zawsze wszystko umiała znaleźć, czy to były zapodziane rachunki, czy niegrzeczne dzieci.
– Już i tak jest gruba – mówiła ciocia Khala, kręcąc głową.
– Nie wolno kłamać – powiedziała Ammi, księgując kolejny rachunek, który przełożyła z jednej kupki na drugą.
– Bardziej mnie martwi to, że tak tyje – powtarzała swoje ciocia. – Coraz bardziej.
Ammi cmoknęła językiem.
– I tak już jest w niekorzystnej sytuacji – ciągnęła jej siostra. – Amir chyba zabrał jej całą urodę, kiedy nosiłam ich oboje pod sercem. Łatwiej by było znaleźć męża dla niego niż dla Aiszy.
Nie do końca rozumiałem, o czym rozmawiają, ale na myśl o tym, że Amir miałby szukać męża, poczułem w brzuchu dziwne łaskotanie.
Od tamtej pory przyglądałem się ukradkiem mojemu kuzynowi. To prawda, ciocia nie przesadziła. Długich rzęs mogłaby mu pozazdrościć niejedna kobieta, miał gęstą czuprynę z prostym kosmykiem w kształcie niewielkiego wykrzyknika na samym środku czoła, a jego wargi były czerwone i lśniące, tak jak u mojej siostry Halimy, która chowała w plecaku wiśniowy błyszczyk i czasem się malowała, kiedy rodzice nie widzieli. Patrząc, jak wyginają się w łuk, kiedy pił coś przez słomkę, wyobrażałem sobie, co bym czuł, gdybym był na miejscu tej słomki.
– No co?! – zniecierpliwił się raz Amir, widząc, jak się gapię, kiedy pije sprite’a.
A ja znów poczułem te same łaskotki.
Następnego dnia odpłynąłem podczas popołudniowej modlitwy: mamrocząc formułki, gapiłem się na ucho mojego kuzyna. Jak to możliwe, że do tej pory nigdy nie zwracałem uwagi na uszy? Ta koronkowa robota, te misterne fałdy, delikatne płatki barwy macicy perłowej, u jednych zrośnięte ze skórą głowy, jak u mojego Abu, a u innych, na przykład u Amira, swobodne. Uniosłem dłoń, by dotknąć własnego ucha, jakbym to robił po raz pierwszy w życiu. W brzuchu ponownie załaskotało.
Wieczorem wszyscy razem oglądaliśmy film. Wybraliśmy Aladyna, bo nasi kuzyni nigdy go nie widzieli. Wujkowi Khalu nie podobało się potem, jak przedstawiono islam w tym filmie.
– A Dżasmina? – dodał Amir. – Nosi nieprzyzwoity strój.
Siedzieliśmy wszyscy przed telewizorem. Starsze dzieciaki szybko się znudziły. Saif próbował mówić kwestie dżina, ale już dawno nie widział tego filmu i ciągle się mylił.
– Cicho! – syknąłem na niego, żeby nie przeszkadzał kuzynom.
– Beznadziejne to jest – burknął mój drugi brat, Abdullah.
– Przypomina mi się, jak fantazjowałem o Dżasminie – dorzucił Saif.
– Dzieci słuchają – cicho upomniała go Usna.
– Nie wiedzą, o czym mowa. – Saif wzruszył ramionami.
Ja wiem, chciałem mu powiedzieć. Tylko że tak naprawdę nie wiedziałem. Coś mi jednak mówiło, że ma to jakiś związek z rozmową Ammi i cioci Khali o mężu dla Amira, a także z tymi dziwnymi łaskotkami w moim brzuchu.
Zdawałem sobie sprawę, że Dżasmina uchodzi za ładną, a jej strój jest seksowny. Z tego, co mówił mój brat, można było się domyślić, że kiedyś go pociągała. Tylko że dla mnie Dżasmina była nieistotna. Za to Aladyn… Tak, od niego nie mogłem oderwać wzroku. Miał piękną twarz o delikatnych rysach, tak jak kuzyn Amir. Widząc go z nagim torsem, czułem najmocniejsze łaskotki.
Po Aladynie zaczęliśmy oglądać Małą syrenkę, ale płyta DVD była porysowana, więc w połowie filmu daliśmy sobie spokój i poszliśmy spać.
Aby pomieścić wszystkich gości, musieliśmy się trochę nagimnastykować. Amir i ja dostaliśmy nieszczelny nadmuchiwany materac w salonie. Spaliśmy na nim przez cały tydzień i nigdy nic się nie stało, nie licząc tego, że czasem rano bolał mnie kark.
W nocy śnił mi się Aladyn. Siedzieliśmy we dwóch na dywanie, tylko że to nie był tamten filmowy latający dywan, lecz dywan z naszego meczetu. Czułem we śnie, jak pachnie piżmem.
Aladyn miał nagi tors, a ja wodziłem dłonią po jego gładkiej skórze. I nie był postacią z kreskówki, tylko prawdziwym człowiekiem. W moim śnie zmienił się w kuzyna Amira. Dywan mknął w przestworzach, a ja tuliłem się do niego tak jak Dżasmina do Aladyna w filmie.
Materac zmienił położenie. Uchyliłem powieki, a to, co do tej pory było tylko lekkim łaskotaniem, zakwitło mocniej, fala mrowienia rozlała się po całym moim ciele i skupiła w jednym pulsującym punkcie pomiędzy nogami.
Chłodny powiew wiatru zaszeptał w uchylonym oknie. Otworzywszy oczy do końca, zobaczyłem, że obejmuję Amira. Moje ramię, ciepłe i lepkie od potu, leżało w poprzek jego piersi. W sercu miałem spełnienie. Zrozumiałem, w tej właśnie chwili, kim jestem.
Materac znów się poruszył i Amir otworzył oczy.
– Co…? – Urwał w pół słowa, tak samo spłoszony jak poprzednim razem, kiedy myślał, że chcę go upomnieć za picie sprite’a bez umiaru. – Co ty robisz? – dokończył, spoglądając na moją rękę.
Cofnąłem ją szybko.
– Komar – skłamałem.
Kuzyn Amir odwrócił się na drugi bok i zasnął z powrotem, ale ja leżałem wyciągnięty jak struna, gdyż bałem się do niego zbliżyć, aby się nie domyślił, że coś jest ze mną bardzo, bardzo nie w porządku. Nazajutrz przeniosłem się ze spaniem na kanapę, skarżąc się, że Amir kopie w nocy, i nie dałem się już ani razu namówić na oglądanie samolotów. Było mu przykro, ale wyjaśniłem sobie, że lepsza uraza niż odraza.
W pierwszy piątek po wyjeździe kuzynów Abu zapytał, czy pójdę na popołudniową modlitwę. Lubiłem chodzić z nim do meczetu, bo miałem wtedy tatę dla siebie, ale nauczono mnie, że Allah widzi serce człowieka. Zobaczyłby mnie. Na to nie mogłem pozwolić. Odpowiedziałem, że znudziły mnie modlitwy.
Abu westchnął, marszcząc czoło, ale nie nalegał. Saif przetarł już ten szlak. Ojciec uznał, że po prostu się buntuję. Że chcę żyć po amerykańsku. Nie wyprowadzałem go z błędu.
Nigdy wcześniej go nie okłamałem. To był pierwszy raz.STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ III
NATHANIEL
Kiedy miałem siedem lat, mój ojciec przeczytał mi po raz pierwszy Władcę Pierścieni.
– Tylko nie mów mamie – szepnął mi do ucha.
– Dlaczego on jeszcze nie śpi? – zapytała mama pół godziny później, widząc, że wciąż czytamy, a ja jestem bardziej rozbudzony niż w ciągu dnia, bo głowę miałem pełną elfów i orków. – Miałeś go położyć.
Tata schował wtedy książkę pod kołdrę i puścił do mnie oko.
– Ty i ja – powiedział cicho, kiedy mama wyszła. – Jak Frodo i Sam.
– Drużyna – zachichotałem.
– Drużyna dwóch. – Tata wziął długopis i zanotował coś na marginesie swojego Władcy Pierścieni, a potem schował gruby tom pod moim łóżkiem.
Drużyna, czyli nas dwóch – plus mama. We dwóch wędrowaliśmy po lasach, jednego dnia szukaliśmy jadalnych grzybów, a drugiego – entów. We dwóch potrafiliśmy spędzić całą noc pod gołym niebem, czekając na zaćmienie księżyca (nic z tego nie wyszło, niebo zasnuły chmury). We dwóch łaziliśmy po drzewach, budowaliśmy bazy albo jechaliśmy na spontaniczną wycieczkę – co z tego, że rano musiałem iść do szkoły i nie mieliśmy żadnych ubrań na zmianę.
– Po co nam to wszystko, kolego? – mówił tata. – Ty masz mnie, a ja mam ciebie. I to nam wystarczy.
Kiedy mama powiedziała mi, że odchodzi, nawet się nie zmartwiłem. W końcu przecież miałem tatę, a tata miał mnie.
– Przykro mi, Nathanielu – westchnęła. – Nie mogę dalej żyć z dwoma małymi chłopcami.
Chciała zabrać mnie z sobą do Kalifornii, gdzie jest więcej słońca.
– Sam powiedz, nie byłoby fajnie? – zapytała.
Nie, nie byłoby. Nie miałem ochoty wyjeżdżać do Kalifornii. Chciałem zostać u siebie, tam, gdzie miałem znajomych i tatę. W końcu przecież byliśmy drużyną.
– Nie zostawię cię samego z tym dorosłym dzieckiem – zagroziła mama, a kiedy powiedziałem o tym tacie, poprosił babcię Mary, żeby z nami zamieszkała.
– Skoro ona jest taka dorosła, to czemu ucieka od własnego syna, który ma dopiero osiem lat? – zapytała babcia, gdy już postawiła w przedpokoju swoją kwiecistą walizkę i wyjęła z torebki parę gumowych rękawiczek, jakby wiedziała, że w zlewie czeka na nią stos niepozmywanych naczyń. – Nic się nie bój – dodała, zeskrobując z talerza trzydniową jajecznicę. – Wychowałam twojego ojca, wychowam i ciebie. – Obejrzała się na tatę, który siedział w piżamie na kanapie i czytał dowcipy w gazecie. – Albo może i ciebie, i jego.
Tata puścił do mnie oko, a ja zrozumiałem go bez słów. Ja i ty. Drużyna dwóch.
Babcia Mary zajęła pokój, w którym do tej pory sypiali rodzice, a tata wprowadził się do mnie, bo miałem jedno wolne łóżko. I momentalnie zrzekł się roli, która właściwie nigdy mu nie pasowała. Już nie byliśmy ojcem i synem, ale prawdziwą drużyną. Siedzieliśmy razem do późnej nocy, gadając o wszystkim i o niczym. Czy istnieje poza Ziemią inteligentne życie? Tata był tego prawie pewien. Czy to możliwe, że tak naprawdę ludzie wcale nie żyją, tylko są postaciami z gry komputerowej, w którą gra ktoś inny? Tata dopuszczał taką możliwość. Snuliśmy plany naszych przyszłych wypraw. Tata chciał zobaczyć ukryte świątynię Angkor Wat. Mnie marzyło się pojechać do Nowego Jorku, do studia Saturday Night Live, bo akurat wtedy zacząłem oglądać ten program, chociaż nadawali go bardzo późno.
– Załatwione – obiecywał tata, dopisując kolejne nazwy do naszej listy. – Wszędzie pojedziemy. Zobaczymy cały świat, razem.
– Drużyna dwóch – mówiłem mu.
I tak mijały lata. Moje życie toczyło się dalej. Poszedłem do szkoły, gdzie jesienią grałem w piłkę nożną, a wiosną w baseball. Byłem niezłym miotaczem i całkiem dobrze mi szło na pierwszej bazie, a trener twierdził, że mam szansę na miejsce w objazdowej drużynie. Babcia Mary robiła zakupy, sprzątała dom i opiekowała się nami.
Tata dalej pracował jako informatyk, ale nie miał już stałej posady; mówił teraz, że jest „wolnym strzelcem”. Mama nazywała to inaczej, ale kilka lat po rozwodzie wyszła ponownie za mąż, urodziła drugie dziecko i przestała narzekać na pracę taty. Przestała też pytać mnie, czy przeprowadzę się do niej do Kalifornii.
Babcia Mary miała swoje przyzwyczajenia. Codziennie wkładała ten sam marszczony fartuch. Co niedzielę chodziła do kościoła, zawsze na tę samą mszę. Pachniała kremem Nivea i mydłem Palmolive. I zawsze miała kaszel. Z początku nikt nie zauważył, że jej kaszel zaczyna się nasilać i jest coraz bardziej suchy. Nikt też nie widział zakrwawionych chusteczek, bo spuszczała je w toalecie.
Pewnego razu dopadło ją przeziębienie, które rozwinęło się w zapalenie płuc. W szpitalu zrobili jej rentgen, który wykazał raka płuc. Lekarze powiedzieli, że nowotwór jest w czwartym stadium.
Tyler, mój kolega z drużyny baseballowej, miał wujka, który zmarł na raka okrężnicy. To on wyjaśnił mi, co znaczy termin „czwarte stadium”. Tata nie chciał w to uwierzyć. Ciągle powtarzał, że babcia wyzdrowieje.
– W czwartym stadium nie można wyzdrowieć – twierdził Tyler.
– Tata coś wymyśli – powtarzałem mu to, co słyszałem wiele razy od ojca, który całymi godzinami siedział w internecie i jednego dnia kupował uzdrawiające kryształy, drugiego sproszkowaną chrząstkę rekina. Był taki moment, kiedy już zamawiał bilety do Izraela, gdzie pojawiła się jakaś nowa metoda leczenia raka za pomocą komórek macierzystych, ale nie mógł zapłacić kartą kredytową – odrzucono transakcję, co pokrzyżowało jego plany.
– Mama wyzdrowieje – twierdził uparcie, a tymczasem babcia była coraz bardziej chora. Przeszła dwa kursy chemioterapii, ale potem przestała ją brać.
– Jak mam się wami zajmować, skoro co pięć minut muszę biegać do łazienki? – mruknęła.
Któregoś dnia wróciłem do domu z treningu. Babcia leżała na podłodze, a tata, cały we łzach, siedział nad nią po turecku i trzymał ją za rękę.
– Nie żyje? – zapytałem go.
– Nie wiem. Nie wiem – odpowiedział.
Podbiegłem i przyłożyłem jej palec do szyi, jak to widziałem w telewizji. Dało się wyczuć tętno. Miałem dopiero jedenaście lat, ale zachowałem spokój, jakbym wiedział, co robić. Jakbym od dawna szykował się na tę chwilę.
Przyjechało pogotowie.
– Jak długo chora nie reaguje na bodźce? – zapytał jeden z ratowników.
Obejrzałem się na ojca, który dalej siedział na podłodze, dokładnie w tym samym miejscu, chociaż przeszkadzał ratownikom.
– Tato, kiedy to się stało?
– Nie wiem. Nie wiem – odpowiedział, kołysząc się w przód i w tył.
Babcia leżała w szpitalu przez trzy tygodnie. Lekarze mówili, że najprawdopodobniej już stamtąd nie wyjdzie.
– Niedoczekanie! – zdenerwował się tata i na żądanie wypisał ją do domu. – Ona teraz potrzebuje być z daleka od tej instytucji, gdzie tylko pompują w nią różne trucizny.
Babcia nie mogła samodzielnie podjąć decyzji w tej sprawie, a on był osobą dorosłą. Lekarze musieli go posłuchać.
Ale to nie on, tylko ja rozmawiałem z kierownikiem hospicjum. To ja wypełniłem dokumenty, ja namówiłem tatę, żeby złożył podpis, dzięki któremu dostarczono nam do domu szpitalne łóżko, a babcia miała zapewnioną fachową opiekę.
Pielęgniarz z hospicjum miał na imię Hector. Babcia umierała powoli przez całe lato, a on przychodził do niej prawie codziennie, z początku tylko na godzinę, żeby podać właściwą dawkę leków przeciwbólowych i sprawdzić, czy jest jej wygodnie.
– Gdzie twój ojciec? – pytał mnie, kiedy taty nie było w domu.
– W pracy – kłamałem. Bo nie wiedziałem, gdzie on jest. Mógł pójść na spacer. Albo na bilard. Albo do lasu, szukać lekarstwa na raka.
Kiedy stan babci się pogorszył, Hector spędzał u nas coraz więcej czasu. Potrafił przesiedzieć przy niej całe popołudnie, nawet pod sam koniec, kiedy właściwie już tylko spała. Czasami zajrzał do kuchni, gdzie siedziałem, a raz upiekł dla mnie jakiś owoc, który wyglądał jak zielony banan, ale to był tak zwany plantan, czyli banan warzywny. Smakował bosko. Oprócz tego zawsze siedział z babcią i nacierał jej dłonie emulsją, czesał włosy albo po prostu mówił do niej lub śpiewał.
– Czy ona to słyszy? – zapytałem go.
– Myślę, że tak. – Zaprosił mnie gestem, abym się zbliżył. Niechętnie wchodziłem do pokoju chorej. Czuć tam było jakąś kwaśną woń, coś jakby psujące się mleko, i słychać było oddech babci, przeraźliwie ciężki i charczący. Ale przy Hectorze bałem się o wiele mniej.
Stanąłem obok niego, a on spokojnie robił swoje. Twarz miał pogodną, niemal szczęśliwą. Nie mogłem tego zrozumieć.
– Czy to nie jest smutne, kiedy się widzi tak wielu umierających ludzi? – zagadnąłem.
– Każdy z nas kiedyś umrze – odparł Hector, masując nadgarstki babci. – To jedyna pewna rzecz w życiu, a także jedyna, która łączy nas ze wszystkim, co istnieje na tej planecie. – Wziął mnie za rękę i włożył jej dłoń do mojej dłoni. Wyczułem puls, słaby jak u królika.
– Uważam, że to zaszczyt, być przy ludziach, kiedy odchodzą z tego świata – powiedział.
– Zaszczyt?
– Zaszczyt – przytaknął. – I powołanie. Kiedy uświadomiłem sobie, że to właśnie chciałbym robić, byłem mniej więcej w twoim wieku.
– Naprawdę?
– Moja babcia też umierała, a ja byłem przy niej. Mieszkałem jeszcze wtedy w Nowym Jorku, w dzielnicy Washington Heights, bo stamtąd pochodzę. Babcia od wielu tygodni nie odezwała się ani słowem, ale tuż przed samą śmiercią usiadła na posłaniu i nagle się ożywiła. Przez dwie godziny mówiła do kogoś. Po hiszpańsku. Ja słabo znałem hiszpański, więc nie mówiła do mnie.
– W takim razie do kogo?
– Tylko ona wiedziała na pewno, ale ja byłem przekonany, że rozmawia z moim dziadkiem, który zmarł dwadzieścia lat wcześniej. Nigdy go nawet nie poznałem, ale w tamtej chwili miałem pewność, że jest razem z nią, przyszedł towarzyszyć jej w dalszej drodze.
Dreszcz przebiegł mi po plecach.
– Widziałem potem takie rzeczy niezliczoną ilość razy – opowiadał dalej Hector. – Jak umierający rozmawiają ze zmarłymi. Jak zmarli prowadzą umierających w dalszą drogę.
– A co właściwie jest dalej? – zapytałem.
Uśmiechnął się.
– Tego nie wiem. A niestety, każdy z nas dowie się tego, dopiero gdy przyjdzie jego kolej. Tylko że wtedy nie będzie już mógł nikomu przekazać, czego się dowiedział.
Dwa tygodnie później babcia Mary spokojnie umarła. Jeśli ktoś zjawił się, aby towarzyszyć jej w dalszej drodze, to zachowywał się niezwykle cicho.
– Teraz zostaliśmy już tylko ty i ja – powiedział tata, kiedy zabrali jej ciało. Ale po raz pierwszy zabrzmiało to raczej jak groźba niż obietnica.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
ROZDZIAŁ PIERWSZY. Nie wiem, gdzie jestem
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ I. FREYA
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ II. HARUN
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ III. NATHANIEL
ROZDZIAŁ DRUGI. Wszystko gra
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ IV. NATHANIEL
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ V. FREYA
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ VI. HARUN
ROZDZIAŁ TRZECI. Pragnienie
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ VII. FREYA
ROZDZIAŁ CZWARTY. Trzeba to zrobić we właściwy sposób
ROZDZIAŁ PIĄTY. Szczęście
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ VIII. HARUN
ROZDZIAŁ SZÓSTY. Plany awaryjne
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ IX. NATHANIEL
ROZDZIAŁ SIÓDMY. Noc pochłania sekrety
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ X. FREYA
ROZDZIAŁ ÓSMY. Cała Sabrina
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ XI. HARUN
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY. Złamane serca
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ XII. NATHANIEL
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY. Tylko my
PODZIĘKOWANIA