-
nowość
Nie wszystko trzeba naprawiać. Opowieści Wiedzącej - ebook
Nie wszystko trzeba naprawiać. Opowieści Wiedzącej - ebook
"Nie wszystko trzeba naprawiać" to zbiór refleksyjnych opowieści o tym, co w życiu najważniejsze: obecności, emocjach, relacjach, stracie, nadziei i codziennych chwilach, które łatwo przeoczyć w pośpiechu. Wiedząca nie daje gotowych recept ani prostych odpowiedzi. Nie mówi, jak żyć. Siada obok człowieka i pomaga mu spojrzeć na siebie z większą łagodnością. Z czasem dołącza do niej Czująca – ta część nas, która mniej analizuje, a bardziej słucha serca. To książka dla osób zmęczonych ciągłym naprawianiem siebie i świata. Dla tych, którzy potrzebują zatrzymać się na chwilę, odetchnąć i przypomnieć sobie, że nie wszystko wymaga rozwiązania. Czasem wystarczy obecność, uważność i odrobina czułości. Pełna nastrojowych ilustracji i krótkich opowieści, które można czytać po kolei lub otwierać na dowolnej stronie – dokładnie wtedy, gdy są potrzebne.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398193511 |
| Rozmiar pliku: | 5,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nie przyszła tu, żeby coś tłumaczyć.
Nie ma odpowiedzi na wszystko.
Nie posiada gotowej recepty na smutek.
Nie będzie mówić, co zrobić.
Nie naprawi tego, co boli.
Ona wie inaczej.
Usiądzie.
Czasem przy stole.
Czasem obok.
Czasem trochę dalej,
jeśli bliżej byłoby za dużo.
Będzie słuchać.
Ale nie tylko słów.
Tego, co między nimi.
Tego, co cichnie.
Tego, co próbuje się ukryć.
Nie zawsze coś powie.
A jeśli powie - to niewiele.
Bo są rzeczy, które nie potrzebują dźwięków.
Potrzebują przestrzeni.
Te opowieści nie są po to, żeby coś zmienić.
Nie mają prowadzić.
Mogą pomóc coś zrozumieć.
Można je czytać po kolei.
Można otworzyć gdziekolwiek.
Można odłożyć w połowie.
One nie uciekają.
Jeśli coś zostanie - dobrze.
Jeśli nic - też dobrze.
Wiedząca nie przychodzi z rozwiązaniem.
Przychodzi usiąść obok.CZĘŚĆ I – WIEDZĄCA
Opowieść Wiedzącej o tym, że nie wszystko da się naprawić
Ktoś kiedyś powiedział, że wszystko da się naprawić.
Siedziała wtedy przy stole i patrzyła na człowieka,
który właśnie się rozpadał.
Mówił szybko.
Za szybko.
Jakby każde kolejne zdanie mogło jeszcze coś uratować.
Jakby od tego zależało,
czy świat się poskłada,
czy jutro wstanie słońce.
Nie poprawiała go.
Nie szukała rozwiązań.
Obserwowała.
Słuchała.
I była.
Na stole stały kubki z herbatą.
Już zimne.
Nikt ich nie ruszał.
Pod stołem zaskomlał pies.
Jakby przestraszony szybkością słów w swoim śnie.
Poruszył łapami jakby uciekał
od ciężaru emocji wiszących w powietrzu.
Słowa płynęły, ale między nimi było coś jeszcze.
Coś, czego nie dało się nazwać.
Zmęczenie.
Strach.
Bezradność.
To wszystko, co zwykle próbuje się szybko zagłuszyć.
Mężczyzna zamilkł w połowie zdania.
Jakby nagle zabrakło siły nawet na mówienie.
I wtedy to zobaczyła.
Nie problem.
Nie historię.
Człowieka.
Pierwszy raz bez prób naprawy.
Pierwszy raz bez „zaraz będzie dobrze”.
Pierwszy raz tak bardzo naprawdę.
Usiadła trochę bliżej.
Nie dotknęła go.
Nie trzeba było.
- To bardzo dużo - powiedziała cicho.
Nie wiedział jeszcze,
że nie mówi o problemie.
Mówiła o nim.
O tym, że to, co przeżywa, jest duże.
Prawdziwe.
Ważne.
Że nie trzeba tego zmniejszać,
żeby dało się to unieść.
Długo siedzieli w ciszy.
Nie takiej niezręcznej.
Takiej, która robi miejsce.
I wtedy pomyślała coś,
co zostało z nią już na zawsze.
Że nie wszystko trzeba naprawiać.
Że są rzeczy, które nie potrzebują rozwiązania.
Potrzebują obecności.
Od tamtej pory,
kiedy ktoś siadał naprzeciwko niej
i zaczynał się rozpadać,
nie spieszyła się już z odpowiedziami.
Siadała bliżej.
I zostawała.
Już wiedziała inaczej…Mini-legenda o kuchni z oknem na świat
Mówiono, że ta kuchnia stoi tu dłużej niż sama wieś.
Nikt już nie pamiętał,
kto położył pierwszy kamień pod jej fundamenty.
Niektórzy twierdzili, że była tu od zawsze.
Jak stary dąb przy drodze.
Jak studnia na skraju pola.
Drewniane belki pamiętały śmiech dzieci
i szepty kobiet, które przychodziły po radę.
W oknie zawsze rosły zioła:
mięta na spokojny sen,
szałwia na ból gardła,
rozmaryn na pamięć.
Pod powałą suszyły się pęki lawendy i dziurawca,
a w słoikach dojrzewały przetwory
i nalewki o kolorze zachodzącego słońca.
Latem do środka wpadał zapach skoszonej trawy.
Jesienią dym z ognisk i mokrych liści.
Zimą szyby pokrywały się delikatnymi wzorami mrozu,
a w piecu cicho trzaskało drewno.
Ludzie przychodzili tu z różnymi historiami.
Jedni przynosili radość.
Inni zmęczenie.
Niektórzy nadzieję.
A niektórzy pytania,
na które od dawna nie umieli znaleźć odpowiedzi.
Mówiono o niej „Wiedząca”.
Ale ona tylko słuchała.
Ludzi.
Wiatru.
Pór roku.
Słuchała tego, co zostało wypowiedziane.
I tego, co zostawało w ciszy.
Wiedziała, że wszystko ma swój czas:
kiełkowanie,
dojrzewanie,
ciszę
i powrót.
Kto wszedł do tej kuchni,
wychodził lżejszy.
Nie dlatego, że znalazł wszystkie odpowiedzi.
Czasem wychodził tylko z odrobiną więcej spokoju.
A czasem właśnie to wystarczało.
Bo największą mądrością
nie zawsze jest dawać odpowiedzi,
lecz stworzyć miejsce,
w którym ktoś może odnaleźć je sam.
Opowieść o Wiedzącej i małych plecakach
Wiedząca mówiła,
że niektóre plecaki wyglądają zupełnie zwyczajnie.
Kolorowe.
Lekkie.
Takie jak wszystkie inne.
Dzieci zarzucają je rano na ramiona i wychodzą z domu.
Nikt nie widzi, co jest w środku.
Czasem książki i zeszyty.
A czasem zmęczenie, które nie minęło po nocy.
Niepokój.
Smutek bez powodu.
Lęk przed kolegami ze szkoły.
Myśli, których trudno komuś powiedzieć.
Wiedząca nigdy nie mówiła:
„Przecież jesteś dzieckiem,
co możesz mieć za problemy?”
Zamiast tego pytała cicho:
„Ciężko dziś?”
I jeśli ktoś tylko skinął głową,
zdejmowała z niego na chwilę ten plecak.
Bez pytań.
Bez ocen.
Bo wiedziała,
że małe ramiona też potrafią dźwigać bardzo dużo.
Czasami za dużo.
I że czasem największą ulgą
jest ktoś, kto to zauważy.Opowieść o Wiedzącej, która nie wiedziała
Niektórzy pytali, skąd wzięło się jej imię.
Mówiono o niej „Wiedząca”,
jakby miała w sobie odpowiedzi na wszystko.
Jakby widziała więcej.
Jakby rozumiała szybciej.
Ona za każdym razem uśmiechała się lekko,
trochę zakłopotana.
Bo prawda była inna.
Nie wiedziała więcej.
Nie była pewniejsza.
Nie miała gotowych odpowiedzi
schowanych w kieszeniach.
Miała za to coś innego.
Zatrzymywała się tam,
gdzie inni przechodzili obojętnie.
Przyglądała się.
Słuchała.
Pytała.
Czuła.
Nie po to, żeby mieć rację.
Po to, żeby zrozumieć.
Słuchała ludzi tak,
jakby każdy z nich niósł kawałek świata,
którego ona jeszcze nie zna.
Patrzyła na drzewa,
jakby miały coś do powiedzenia.
Zbierała słowa, spojrzenia, milczenia.
I nie spieszyła się z odpowiedzią.
Czasem mówiła: - „Nie wiem.”
I nie było w tym wstydu.
Była ciekawość.
Była przestrzeń.
Bo Wiedząca nauczyła się czegoś bardzo cichego:
że wiedza nie zaczyna się od odpowiedzi.
Zaczyna się od zgody na to,
że jeszcze się nie wie.
I może właśnie dlatego ludzie do niej wracali.
Nie dlatego, że wszystko wiedziała.
Tylko dlatego, że przy niej można było razem szukać.Opowieść o Wiedzącej i ciszy między słowami
Mówiono, że Wiedząca potrafi rozmawiać godzinami.
Ale ci, którzy naprawdę ją znali, wiedzieli,
że to nieprawda.
Najwięcej robiła w ciszy.
Siadała naprzeciwko.
Czasem nalewała herbaty.
Czasem tylko przesuwała kubek bliżej czyichś dłoni.
Czasem pudełko z chusteczkami.
I czekała.
Ludzie przychodzili do niej z gotowymi zdaniami.
Z historiami, które powtarzali już tyle razy,
że brzmiały jak wyuczone na pamięć.
Mówili tak szybko, jakby biegli w maratonie.
Żeby mieć to za sobą, żeby szybciej zapomnieć.
A ona nie przerywała.
Nie poprawiała.
Nie spieszyła się.
Słuchała nie tylko słów.
Słuchała tego, co urywało się w połowie zdania.
Tego, co ktoś połykał razem ze łzami.