Nie wszystko złoto - ebook
Nie wszystko złoto, co się świeci. Prawdziwe szczęście nie zawsze błyszczy, lecz zawsze ogrzewa serce. Laurencja, florystka w rodzinnej pracowni „Flora”, zawsze marzyła o tym, by stanąć na ślubnym kobiercu i rzucić własnym bukietem. Kiedy traci narzeczonego, wiarę w miłość i zaufanie do najbliższych, świat, który znała, rozpada się na kawałki. Nie spodziewa się, że los zaprowadzi ją do urokliwego domu nad jeziorem, i że właśnie tam odnajdzie coś, czego szukała całe życie: prawdziwą siebie. Trafia do małego miasteczka pełnego uroku, niespodziewanych wyzwań i barwnych postaci. Z nowym biznesem na głowie, niezwykłym kręgiem kobiet, które stają się jej nową rodziną, oraz przy boku pewnego szefa kuchni, Laurencja odkrywa, że prawdziwe szczęście często kryje się tam, gdzie najmniej się go spodziewamy. Pełna ciepła i humoru, kojąca opowieść o rodzinie z wyboru oraz uzdrawiającej mocy uczuć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-583-2 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
GORZEJ BYĆ NIE MOŻE
– To był jednak głupi pomysł!
Wiktoria siada obok mnie na podłodze. Odgarnia pasemka jasnej grzywki ze spoconego czoła. Przed chwilą przesunęłyśmy regał o całe dziesięć centymetrów.
Zaciskam zęby. Nic nie mówię, tylko podciągam kolana pod brodę. Nie przyznam przecież racji młodszej siostrze. Sama to wymyśliłam, namówiłam ją do pomocy, więc muszę dalej grać w tę grę. Przynajmniej udawać, że nie mam ochoty rzucić tego przemeblowania w diabły i położyć się na moim książkowym dobytku, który przez godzinę zdejmowałyśmy z regału trzy razy cięższego, niż na to wygląda.
– Mogłyśmy wyjechać do SPA. Mogłaś drastycznie zmienić fryzurę i walnąć sobie różowego irokeza. Mogłaś wdać się w romans z motocyklistą z TikToka młodszym od ciebie o szesnaście lat, żeby odreagować to rozstanie! To nie! – Wika przewraca oczami.
– Takie rzeczy może działają, gdy chłopak zostawi cię po trzech miesiącach – burczę w obronie. – A nie, gdy narzeczony z dwunastoletnim stażem odwoła ślub na miesiąc przed ceremonią, bo zmajstrował dziecko koleżance z pracy, podczas gdy ty skrupulatnie wybierałaś ozdoby do sali – prycham cierpko. – A wspomniany przez ciebie motocyklista z TikToka hipotetycznie mógłby być moim synem!
– To trzeba było zrobić wszystko naraz! Ale nie! Masz rację – ironizuje siostra. – Specjalnie na takie okazje powstała idea zatyrania się na amen, bo uczuciowe _katharsis_ zawsze przychodzi przy samodzielnym przemalowywaniu mieszkania! I nie przesadzaj, teraz jest moda na _age gap_¹. Starsze mają przewagę.
Posyłam jej spojrzenie, które mówi, że chyba przy tym przesuwaniu regału jedna z półek spadła jej na głowę.
– Musiałam przynajmniej przemeblować. – Przechodzę samą siebie, jeśli chodzi o to, z jakim przekonaniem bronię swojego planu. – Tylko wtedy poczuję się, jak gdybym była gdzie indziej. Zwłaszcza że w każdej chwili mogę wpaść na ulicy na Filipa. Oraz jego przyszłą żonę. W komplecie z jego przyszłym dzieckiem.
Jakby ci to powiedzieć, młoda, nie umiem odreagować inaczej, niż rzucając się w wir pracy. Taką mam konstrukcję. Nie udawaj, że znasz mnie od wczoraj.
– Rozumiem, skarbie, ale od czego są ekipy remontowe?
Anielski wygląd mojej młodszej siostry jest zwodniczy. Za tymi wielkimi niebieskimi oczami i otaczającą twarz w kształcie serca aureolą blond włosów, które mamią pozorną niewinnością, kryje się źródło sarkazmu, ciętych ripost i nienagannej logiki, w czym rozpoznaję własne geny. Fizycznie nijak nie jesteśmy jednak do siebie podobne.
– Fachowcy odmalowaliby, co tylko chcesz, raz-dwa, podczas gdy my byczyłybyśmy się na masażu dla par, a potem poszły na drinki do baru przy okazji poszukać ci tego motocyklisty.
– Cała kasa poszła na ślubne zaliczki. Nie wszystko udało się odzyskać, choć Filip Łaskawca zwrócił mi część kosztów. – Wymyślam kolejny argument na poczekaniu i jestem z siebie prawdziwie dumna, bo jest jednocześnie rzeczowy i emocjonalny. Brawo ja.
Wiktoria kręci głową z politowaniem.
– Gdybyś mi powiedziała, że o to chodzi, zapłaciłabym ci za ten remont, za SPA, za fryzjera i za drinka dla motocyklisty też.
– Och! Aż tak mnie kochasz? – sarkam sztucznie rozczulonym tonem, po czym obejmuję ją mocno ramionami. – Moja siostrzyczka!
– Taa… – wzdycha. – Ale aż tak, żeby latać z tobą z wałkiem przez następne trzy dni, to nie – prycha. – Kobieto pracująca! To, że żadnej pracy się nie boisz, nie znaczy, że musisz koniecznie zarażać mnie tym _mindsetem_².
Natychmiast zabieram ręce i pokazuję jej język, jak gdybym nadal miała sześć, a nie trzydzieści sześć lat.
– Weź mnie nie dobijaj! Wstawaj! – rzucam żołnierskim tonem, podnosząc się z podłogi. Otrzepuję spodnie z kurzu i podaję siostrze rękę, by pomóc jej wstać. – No, już, spinaj poślady i przesuwamy dalej.
– Boże, Laurencja, ty jesteś nie do zdarcia! Jak czołg! Wszyscy cię za to chwalą całe życie, ale wiesz, że to pewnie jest jakiś mechanizm obronny? Powinnaś z tym iść do terapeuty, a nie jeszcze mnie wciągać w zamiatanie problemu pod dywan – psioczy Wika, ale wstaje.
– Wszystkie dywany dawno zwinięte, moja droga, pod spodem nic nie było. – Szczerzę do niej zęby.
Ustawiam się z jednej strony regału i kiwam na siostrę, by do mnie dołączyła.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ponownie ma rację. Jednak jeśli przestanę być w ciągłym ruchu, zatrzymam się, niczego nie zmienię i będę patrzeć na wnętrze, które miało być moim i Filipa rodzinnym gniazdkiem, bezpiecznym miejscem na ziemi, gdzie jesteśmy dla siebie rodziną i to nam wystarcza, zamienię się w Niagarę łez i Rów Mariański rozpaczy. Nie po drodze mi z takim scenariuszem. Wybrałam już farby. Słońce Hellady i Biel Świętego Spokoju. Przemaluję. Przemebluję. Rytualnie spalę ulubione rzeczy Filipa, których nieopatrznie zapomniał zabrać. Praca zajmie mi na spokojnie dwa tygodnie, a po tym wszystkim będą mnie tak bolały mięśnie, że gdy nastanie _D-Day_³, będę zbyt zmęczona, by myśleć.
Przygryzam wnętrze policzka.
– Jedziemy! Na trzy – zarządzam i zaczynam odliczanie.
Mogę się założyć o wszystko, że w tym momencie moja siostra żałuje równie mocno, jak ja, że do tej pory gardziłyśmy karnetami na siłownię. Czas najwyższy to zmienić. Dawno przekroczona trzydziestka odziera człowieka ze złudzeń.
– Czekaj, czekaj! – krzyczy nagle Wika. – Tu coś leży!
Momentalnie zatrzymuję się i asekuruję mebel, podczas gdy subtelne palce mojej siostry sięgają po zakurzoną kopertę.
– Polecony! Sprzed dwóch tygodni!
– Ach, tak…
Doskonale przypominam sobie moment, w którym list wypadł mi z rąk, a ja przestałam śledzić jego lot. Straciłam tego dnia przerwę obiadową, by między spotkaniami z klientkami móc pobiec na pocztę z awizo, które od kilku dni było moją podkładką pod kawę. W takiej chwili każdy zapomniałby o jakimś głupim liście. Uczucie odrealnienia na dźwięk słów padających z ust Filipa, gorąc zalewający moją twarz i lodowaty chłód ogarniający moje dłonie wracają do mnie jak bumerang.
* * *
Zaręczyłam się z Filipem, gdy mieliśmy po dwadzieścia cztery lata i zaczęliśmy zbierać na ślub, nie do końca wybierając datę. Nie mieliśmy wtedy funduszy na takie wesele, jakie nam się wymarzyło, a teoretycznie ślub bierze się raz w życiu. Zamieszkaliśmy razem w wynajętej kawalerce i tak jakoś wyszło, że mimo oszczędzania termin realizacji naszego pomysłu oddalał się i oddalał. Udało nam się kupić samochód, Filip zmieniał pracę, cudem trafiliśmy na ofertę kupna mieszkania, znaleźliśmy opcję wakacji _last minute_, zdobywałam kolejne szczeble florystycznych osiągnięć, uczestnicząc w licznych warsztatach… Ciągle przytrafiały się szczęśliwe trafy czy niepowtarzalne okazje, które uszczuplały saldo skarbonki przeznaczonej na wesele. A potem pandemia, wojna, inflacja…
Przez te wszystkie lata Filip powtarzał, że to papier bez znaczenia. Że przecież i tak jesteśmy razem. Że tego nie potrzebujemy. I ja sama długo w to wierzyłam, przygotowując w międzyczasie setki bukietów ślubnych i drugie tyle na rocznice, od papierowej począwszy, na diamentowej skończywszy. Natomiast gdy nastał czas, że średnio raz w tygodniu dekorowałam kościół dla kolejnej młodej pary, a na moim własnym palcu serdecznym próżno szukać było obrączki, uznałam, że potrzebuję jednak być żoną, a nie dożywotnią narzeczoną.
Żyliśmy jak stare małżeństwo. Pewnie gdyby w naszej małomiasteczkowej życiowej stabilizacji pojawił się temat dzieci, uznalibyśmy za czas najwyższy staż o wiele mniejszy niż dwanaście lat. Daty mijały, a temat długo się nie pojawiał. Z czasem okazało się, że nie mógł i nie będzie mógł się pojawić. Narzeczony zapewniał mnie, że to w porządku. Że dla niego jest idealnie. Że ja mu wystarczę i kupimy sobie kota.
Wszystko ma swoje granice. Kości zostały rzucone. Data ślubu wybrana. Zaproszenia wysłane i potwierdzona lista gości. To miał być ten rok. Ten miesiąc. Gdy na koniec października podczas mojego pobytu w pracowni kurier zadzwoniłby w sprawie dostarczenia paczki, miałam móc powiedzieć: „Nie ma sprawy, MĄŻ jest w domu”. Mąż. Mój mąż.
Tymczasem tego pięknego dnia, w którym odebrałam z poczty tenże list, na równiutki miesiąc przed ślubem, Filip wraca z pracy i tłumaczy mi niewytłumaczalne. Wyciąga spod łóżka w sypialni walizki i pakuje swoje rzeczy. Wyprowadza się do niej. Ona nosi jego dziecko. A ja? Stoję jak słup soli i modlę się w duchu, żeby to był jeden z tych durnych snów, które pojawiają się po tym, gdy człowiek na dobranoc naogląda się głupot na YouTubie.
Przykładam lodowate palce do płonących policzków, ale się nie budzę. Zaciskam pięści, aż paznokcie wbijają się w skórę, ale się nie budzę. Patrzę przez okno, ponad fotelem, na którym niedawno się kochaliśmy, kierując wzrok prosto w słońce, ale się nie budzę. Jak ono może tak po prostu dalej świecić, kiedy mi się właśnie rozsypało życie? Jest środek września. Jesień. Gdzie się podziewają deszcz, wiatr i paskudna szaruga, gdy tego potrzebuję?
Filip podchodzi do mnie z miną cierpiętnika. Przebiega wzrokiem po naszym salonie, jakby szukał w układzie mebli kogoś innego, kto wszystko spieprzył, po czym się ukrył. Kogoś, na kogo może zwalić winę, bo nigdy nie było mu po drodze z braniem odpowiedzialności na klatę. Otwiera usta i wypowiada frazesy, które do mnie nie docierają, nie przebijają się przez barierę szoku. Przykro mu? Chce się rozstać na dobrych warunkach, przez pamięć na wszystko, co nas łączyło? Pozwala mi zatrzymać samochód i mieszkanie? Pozwala mi? Przecież to mój samochód! I moje mieszkanie!
Widzi, że wciąż trwam w bezruchu, więc odwraca się i kieruje ponownie w stronę sypialni. Następną rzeczą, jaką pamiętam, jest to, że ściągam ze stopy klapka typu Birkenstock. Z impetem rzucam nim w Filipa. Trafiam prosto w ten jego głupi łeb. Wrzeszczy i odwraca się jak rażony piorunem, a ja rzucam drugim. Z emocjami zbuntowanej nastolatki patrzę, jak metalowa klamra rozcina mu czoło. Mam nadzieję, że zostanie mu blizna na pamiątkę po wszystkim, co nas kiedykolwiek łączyło.
Filip dotyka głowy i patrzy na zakrwawione palce, a potem na mnie. Teraz on nie wierzy w to, co się dzieje. Uśmiecham się z diaboliczną satysfakcją. Patrzę na przerażenie na jego durnej gębie, gdy sięgam lewą ręką po pierwszą lepszą książkę leżącą najbliżej na regale. Jego oczy ogarnia panika, bo jest nią _Droga Królów_ Brandona Sandersona. Śmieję się ochryple jak szaleniec, gdy przekładam lekturę o słusznej wadze do prawej ręki i cofam nogę, żeby wziąć zamach.
Filip wyciąga przed siebie dłonie.
– L… nie! – woła tchórzliwie, chociaż oboje wiemy, że w pełni sobie na to zapracował. Jestem bardzo kiepska w roli miłosiernej samarytanki.
Widzę, że zaciska powieki, szykuje się na cios. Podskakuje i cofa się, gdy zamachuję się i krzyczę, ale książka nie opuszcza mojej dłoni. Chciałam go tylko zaskoczyć, ośmieszyć, upokorzyć. Choć w minimalnym stopniu dać mu posmakować tego, jakie to uczucie. Bawi mnie to, jaki jest teraz niezdarny i przerażony. Głupie i niedojrzałe? Tak, wiem, ale w tej chwili nie umiem inaczej. Co innego sobie wyobrażał? Nie mogę na niego patrzeć.
– Wychodzę – cedzę przez zęby. – Jak wrócę, ma cię tutaj nie być. Bierz, co twoje, wynoś się i nie wracaj.
Upuszczam Sandersona na podłogę. Kręcę głową z obrzydzeniem, patrząc, jak Filip wzdryga się w odpowiedzi na huk. Samiec alfa od siedmiu boleści.
Prycham z pogardą i opuszczam salon. Echo odbicia moich bosych pięt brzmi jak sygnał wojennych bębnów z afrykańskich plemion. Umyślnie trzaskam drzwiami jak najgłośniej. Na schodach uświadamiam sobie, że nie zabrałam butów, ale ani mi się śni dawać mu tej satysfakcji i tam wrócić. Jest mi tak bardzo wszystko jedno, że pożyczam zostawione na korytarzu ogrodowe gumowce sąsiadki z piętra niżej, zakładam je na gołe nogi i idę przed siebie.
1 _age gap_ (ang.) – różnica wieku
2 _mindset_ (ang.) – sposób myślenia
3 _D-Day_ (ang.) – kryptonim oznaczający datę rozpoczęcia operacji wojskowej. Historycznie odnosi się do lądowania aliantów w Normandii w 1944 roku, tutaj: metafora daty odwołanego ślubu.ROZDZIAŁ 2
LIST POLECONY
Przecieram kopertę dłonią i rozdzieram papier.
– To musi być jakaś pomyłka – mówię do siostry. – Zbieżność nazwisk czy coś.
Ponownie przebiegam wzrokiem po zapisie, ale treść dociera do mojego mózgu jakby w zwolnionym tempie oraz przez mgłę. Łapię się na tym, że marszczę czoło, i szybko pocieram nasadę nosa. Nie chcę skończyć na botoksie przed czterdziestką, a powody ku temu zdają się tylko mnożyć. Gdybym nie farbowała włosów, każdy zdążyłby zauważyć, ile siwych mi przybyło przez numer, jaki odwalił Filip. Tak, wiem, wyparcie. Tyle że nasza pracownia florystyczna to jeden z kluczowych biznesów lokalnej branży ślubnej. Całe miasto już wie i huczy o tym, co się stało. Nie potrzebuję, by doszukiwano się objawów mojego załamania na mojej twarzy i w moich pracach. Jeśli mogę wyróżnić się jeszcze bardziej i zasłynąć dzielnością, nie mam ku temu lepszej okazji. Roztrzaskane serce musi poczekać na koniec sezonu.
Ponownie spoglądam na datę stempla pocztowego i staram się przypomnieć sobie pierwszą część tego dnia. Tę pochodzącą jeszcze z mojej i Filipa ery. Zwyczajny dzień, w którym cudem wyrwałam się na chwilę z pracy, licząc na to, że może to wezwanie to wyniki konkursu na najpiękniejszą kompozycję na weselny stół albo papiery dotyczące pozyskania dofinansowania dla naszej rodzinnej pracowni Flora. Stojąc w kolejce, zaczęłam odpowiadać na zapytania o terminy oraz wrzucać filmiki promocyjne w media społecznościowe. Zwykle zajmuje się tym mama, ale w małym biznesie elastyczność to podstawa. Każdy musi umieć po trochę wszystkiego, żeby móc wspomóc pozostałych. Jesteśmy zespołem, w ciągłym kontakcie, mówimy sobie wszystko. Tak było od zawsze.
Na poczcie poza listem czekała więcej niż jedna przesyłka oraz odpowiedź odmowna w kwestii dofinansowania. Mój telefon rozdzwonił się za sprawą klientki, która przez pomyłkę otrzymała inną kompozycję, niż zamawiała, i choć żołądek sygnalizował mi godzinę głośnym burczeniem, ten pożar musiałam ugasić natychmiast. Wpakowałam list do torebki i zapomniałam o nim. A gdy sobie przypomniałam, Filip skutecznie odwrócił moją uwagę.
– Żeby przez pomyłkę odziedziczyć dom i firmę, trzeba być mną – mruczę. – Nic z tego nie rozumiem.
– Pokaż! – Wika staje za moimi plecami i zagląda mi przez ramię.
Czuję na szyi jej ciepły oddech, jak wtedy, gdy jako małe dziewczynki spałyśmy razem podczas wakacyjnych wyjazdów, oraz wtedy, gdy Wika bała się burzy i właziła mi do łóżka, bo razem bałyśmy się mniej.
Odwracam się i podaję jej list polecony, a sama sięgam po leżącą na pustej półce regału rozerwaną kopertę, jak gdyby czarodziejsko miała wyłonić się z niej kartka z wyjaśnieniem tego zamieszania.
– Kancelaria Notarialna Karola Kochanowskiego – czyta siostra.
Mnie to nazwisko mówi tyle, co nic, ale kompletnie nie mam głowy do nazwisk. W przeciwieństwie do kwiatów i twarzy. Moich klientek nigdy nie pamiętam z imienia, za to doskonale wiem, że kompozycję z peonii chciała brunetka przypominająca Francuzkę, która zawsze miała czerwone paznokcie, a po coroczny wieniec z ostrokrzewu wróci ta uśmiechnięta pieguska z burzą kasztanowych loków. Filip doskonale zapamiętywał nazwiska. Jego mózg działał w tabelkach Excela, a mój jak malarska paleta barw. Dlatego tak długo żyłam w przekonaniu, że idealnie się dopełniamy. Chciałam tak myśleć. _Ej, głupia ty, głupia ty!_
Wiktoria jest wizażystką i ma jeszcze inny typ myślenia. Teraz podnosi rękę, po czym drapie się w głowę. Też nie ma pojęcia, co to za tajemniczy wielbiciel.
– Wychodzi na to, że jesteś współwłaścicielką firmy i odziedziczyłaś jakieś mieszkanie czy domek letniskowy…
– No, ale jak to?! – wypalam, zbita z pantałyku. – Niby po kim? Wujku z Ameryki?
Przemieszczam się do kuchni, gdzie włączam czajnik, a siostra podąża za mną z listem w ręce.
– Sebastian Wilga… – Zawiesza głos, a jej pełne usta układają się w idealną podkowę. – Nie przypominam sobie, żeby w ciągu ostatnich dziesięciu lat to nazwisko padło na jakimkolwiek rodzinnym spotkaniu…
– Ja też nie! Wiesz dlaczego? Bo nie mamy żadnego wujka Sebastiana w Ameryce ani poza nią. Cała nasza rodzina to mama, tata, babcia i dziadek Filipowiczowie i dziadkowie Weberowie – tłumaczę kompletnie bez sensu, jakby Wiktoria nie funkcjonowała w tej rodzinie od trzydziestu dwóch lat, tylko dołączyła dzisiaj rano. – Ojciec jest jedynakiem, mama ma siostrę Kalinę, która regularnie wpada w odwiedziny z całą swoją wesołą hałastrą. Babcia nie była z domu Wilga, a nawet wśród dalszych kuzynów mamy nigdy nie było nikogo o takim imieniu… Nawet ja to wiem i dałabym sobie rękę uciąć, a to moje narzędzie pracy, więc nie rzucałabym takich słów na wiatr. Popraw mnie, jeśli się mylę.
Wiktoria wciąż stoi na środku pokoju i przez chwilę trwa w bezruchu, błądząc wzrokiem po mojej zdezorientowanej twarzy. Potem odwraca spojrzenie i na zmianę gapi się to w trzymany arkusz papieru, to we wzorek na kuchennych kafelkach, jak gdyby jedno było kluczem do odczytania drugiego.
Tym razem łapię się na przygryzaniu kciuka, więc zaciskam go wewnątrz pięści. Jak tak dalej pójdzie, to gdy wreszcie wybiorę się zrobić paznokcie, będzie mi wstyd przed manikiurzystką. Unikam salonów kosmetycznych, bo to siedlisko największych plotkar w mieście, a nie zniosę więcej współczucia i tej niewypowiedzianej litości w spojrzeniach, które sprawiły, że ostatnio wybiegłam od fryzjerki z mokrą głową.
Zaczynam krążyć po kuchni. Nie mam tej umiejętności co siostra, by tak wrosnąć w ziemię. Za bardzo mnie nosi, a w tej chwili to już w ogóle. Moje ciało potrzebuje rozchodzić tę zagadkę.
– Słuchaj, Lori – odzywa się wreszcie Wiktoria. Wbija zaskoczony wzrok w moją twarz.
Na moment przestaję krążyć.
– A może to istotnie wujek…
Podnoszę rękę, chcąc pokazać jej, żeby puknęła się w głowę, skoro nie docierają do niej słowne komunikaty.
– Jakiś ekscentryczny, obrzydliwie bogaty wujek którejś z twoich najlepszych klientek, zachwycony aranżacjami kwiatowymi na ślubie swojej jedynej chrześnicy do tego stopnia, że uwzględnił florystkę w testamencie? Ty może ich nie zapamiętujesz, zresztą nic dziwnego, pracujesz z mnóstwem ludzi, ale sama masz tak rzadkie imię… Zapada w pamięć, bez dwóch zdań. Bo gdyby to był nasz wspólny wujek, to dlaczego ja nic nie dostałam!?
Czuję, jak moje usta rozdziawiają się w wyrazie zdumienia. Nienaganna logika. Młoda ma dziś rację po raz trzeci.
Patrząc na ten sezon mojego życia, brzmi jak wystarczająco zwariowana i nieprawdopodobna historia, by mogła mi się przytrafić.
* * *
Zaparzam dwie kawy w kubkach z reprodukcjami lilii wodnych pędzla Moneta. Skupienie na twarzy siostry i ciche odgłosy plumkania jej iPhone’a wskazują, że odpowiada na jakieś pilne wiadomości. Ponownie sięgam po list.
Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to zadzwonić do mamy i opowiedzieć jej o nieoczekiwanej śmierci niejakiego pana Wilgi i jego kaprysu obdarzenia mnie najdroższym prezentem, jaki dostałam w życiu. Oraz, co za tym idzie, o serii obaw, które sekundy później wykiełkowały w mojej głowie jak rzeżucha hodowana przez przedszkolaka na Wielkanoc.
Nie znam człowieka… Może to jakiś wariat? Może powinnam zrzec się tego całego spadku? A jeśli to długi albo willa w stylu tych toskańskich za jedno euro, które niby dziedziczysz, ale tak naprawdę drobnym druczkiem zobowiązujesz się wyremontować za grube miliony i do tego nad wszystkim musi czuwać konserwator zabytków? Albo jego rodzina mnie pozwie i będzie targać po sądach, aż osiwieję do reszty?
Przed telekonferencją z rodzicielką powstrzymuje mnie dobrze mi znany ton siostry, zarezerwowany na nagłe wypadki.
– Zostaw to na razie i się przebieraj. Jest sprawa.
– Co znowu? Miałaś mi pomóc!
– Wpadło mi niespodziewane zlecenie. Koleżanka się pochorowała i właśnie zgodziłam się ją zastąpić. Taki mamy układ. Muszę pilnie pomalować świeżo upieczoną narzeczoną i jej dwie siostry na osiemdziesiątkę babci. Jak się dobrze zakręcimy, to może obie zyskamy klientkę. Podobno zarabia kupę kasy. Zawieź mnie, to będzie szybciej.
Prowadzimy taką politykę nie od dziś. Polecamy wzajemnie swoje usługi na różne okazje i całkiem nieźle na tym wychodzimy. Rodzina to jest siła. W tym momencie średnio mi to pasuje, ale siostra poświęca dla mnie wiele czasu, więc daruję sobie komentarz.
– Najpierw zadzwonię do mamy.
– Musisz dzwonić teraz? – marudzi Wika, a w jej anielskich oczach pobłyskuje cień wyrzutu. – Widzisz się z rodzicami codziennie w pracy, spędzacie razem całe dnie. Jutro pogadacie sobie na spokojnie o tym zaginionym stryjku i jego niesprawiedliwym traktowaniu spadkobierczyń, szczególnie jeśli mamy jeszcze dzisiaj lecieć z podkładem. Ten list tyle leżał na poczcie i pod regałem, że parę godzin go nie zbawi.
Zerkam na własną opaloną po lecie dłoń z bladym śladem na serdecznym palcu. Palce mojej lewej ręki wędrują w to miejsce machinalnie, wciąż przyzwyczajone do tego, że znajdą tam pierścionek. Pamięć mięśni. Po dwunastu latach trudno im się dziwić. Wika udaje, że tego nie zauważa, lecz mojej uwadze nie ucieka, jak mocno zaciskają się jej szczęki.
Widzę, że bardzo jej zależy, więc kiwam głową na zgodę. Potencjalne duże zlecenie dla nas obu kusi mnie skutecznie. Możemy sobie zrobić przerwę. Bez siostry i tak niewiele zdziałam.
– Dobra, daj mi pięć minut i lecimy.
Zrzucam z siebie poplamioną luźną koszulkę, którą zwykle otulam swoją szczupłą, pozbawioną krągłości sylwetkę, i wyskakuję z szortów. Długie, wysportowane nogi są jedyną częścią mojego ciała, którą tak naprawdę lubię eksponować. Zazdroszczę siostrze figury klepsydry, dzięki której wygląda bajecznie w każdej sukience. Sama do dziś nie znalazłam swojego idealnego fasonu. Zabijam w zarodku myśl o ukrytej na tyle szafy sukni ślubnej, zanim zacznie przejmować władzę nad moim umysłem. Rozczesuję sięgające połowy pleców włosy w kolorze chłodny pszeniczny blond, po czym przerzucam sobie je przez ramię. Gdy wracam z łazienki, Wiktoria czeka już w korytarzu i poprawia przed lustrem swoją jakimś cudem perfekcyjną fryzurę na jeszcze bardziej doskonałą.
Z tym spędzaniem razem całych dni z rodzicami to akurat półprawda. Owszem, pracujemy razem w pracowni Flora, gdzie jestem główną florystką, ale czasami ledwo udaje nam się zamienić słowo. Zwłaszcza od maja do września przy klęsce urodzaju ślubów i komunii dni stają się bardziej intensywne. Nie raz i nie dwa wracaliśmy późnym wieczorem po montażu dekoracji na miejscu. Nasz rodzinny biznes kwiatowy działa stabilnie, lecz nie możemy sobie pozwolić na odmowy, szczególnie dużym i powracającym do nas klientom, nawet jeśli kosztuje nas to wolny weekend. Jesienią i zimą skupiamy się na kwiaciarni i mniejszych zleceniach, takich jak wieńce pogrzebowe czy dekoracje na chrzciny, choć imprezy okolicznościowe również się przytrafiają. W tym roku wyjątkowo długo mamy pełne ręce roboty.
Chowam telefon do tylnej kieszeni jeansów. Sięgam po torebkę.
– Wychodzimy.
– Najpierw do mnie po sprzęt – mówi siostra.
– Okej.
Przez całą drogę staram się nie myśleć o tym, że znowu niosę pod pachą ślubne portfolio dla kogoś innego. Że mój własny misternie przygotowany planer wyleciał przez okno wprost do kontenera na śmieci, rozrzucając po całym podwórku próbne wersje zaproszeń, które chwilę później ze złością na cały świat zbierałam z trawy i chodnika.
W pracy pozwalałam, żeby perfekcjonizm brał nade mną górę. Chciałam być zawsze najlepsza, żeby mama i babcia były ze mnie dumne. W życiu prywatnym byłam realistką, wiedziałam, że zawsze jest jakiś margines błędu. To nie kompozycja kwiatowa. Rzadko kiedy jest idealnie od początku do końca. Dopuszczałam do siebie myśli, że coś może się posypać w organizacji, że na schodach zgubię ślubny pantofelek, że dziadek będzie chrapał w kościele albo że nie dostaniemy tego auta, które Filip sobie upatrzył. Szczerze liczyłam na właśnie tego typu problemy. Wiedziałam, że wszystko będzie w porządku, jeśli tylko pod ołtarzem spotkam się z Filipem, oficjalnie ogłoszą nas mężem i żoną i wreszcie to ja rzucę bukietem. A to właśnie w tej kwestii się pomyliłam.ROZDZIAŁ 3
CÓRECZKA TATUSIA
Przez pierwsze kilka nocy po odejściu Filipa leżałam ze wzrokiem wbitym w sufit. Próbowałam umieścić w czasie moment, kiedy to się zaczęło. Jak długo wyobrażał sobie ciągnąć ten trójkąt? Gniew palił mi policzki, że znaliśmy się jak łyse konie, a mimo to się nie zorientowałam.
Teraz było dla mnie oczywiste, dlaczego jakiś czas temu wydawał mi się markotny, choć przygotowania do ślubu i wesela szły jak po maśle. Założyłam, że w tym jego excelowym mózgu odbyła się aktualizacja bilansu wpływów i wydatków i znowu rozbolał go portfel. Długo wierzyłam, że to na pewno to, a ja nie miałam czasu wracać z nim do tego samego tematu. Filip coraz częściej kładł się przede mną i gdy przychodziłam do łóżka, chrapał odwrócony do mnie plecami, ale sama bywałam zbyt zmęczona, by szukać wytłumaczenia.
Czasy, gdy celowo prosił o poranne zmiany, by wraz ze mną wstać o szóstej, zjeść wspólne śniadanie i wypić razem kawę, dawno się skończyły.
„Prędzej czy później to spotyka wszystkich…” – myślałam wiele razy, tuszując rano rzęsy, ale moje baczne spojrzenie z drugiej strony lustra nie do końca dawało się na to nabrać. A rodzice, którzy od liceum spędzają razem każdą chwilę? A dziadkowie z obu stron? A Ziutek serwujący cioci Kalince kawę do łóżka, nawet gdy są u rodziców w gościach i śpią na sofie w salonie? Łudziłam się, że może romantyczna aura ślubna to zmieni i przeniesie nas emocjonalnie dwanaście lat wstecz. Że to tylko stres i po ślubie wszystko wróci do normy. Zbywałam myśli machnięciem ręki, wycierałam palcem ślady tuszu z górnej powieki i wychodziłam do pracy.
Zawsze w biegu, kawę piłam sama po drodze do pracowni z podróżnego kubka. Winiłam siebie za długie godziny spędzane w pracy, za odpuszczenie sobie cotygodniowych randek, wyjazdów tylko we dwoje. Cóż, Filip siebie nie winił ani sobie nie odpuścił. Tylko że nie uwzględniał w swoich planach mnie.
Nie mogłam spać. Gdy miałam za dużo czasu, dopadały mnie te wszystkie myśli i uczucia. Nie chciałam ich. Nienawidziłam tego, jak się teraz czuję. Zaraz po powrocie z pracy chwytałam za mop i odkurzacz. Prałam ręcznie wełniane swetry i jedwabne bluzki, by zasnąć z wyczerpania, gdy tylko policzek dotykał chłodnej pościeli.
* * *
Dziś oprócz kawy zabieram ze sobą kubek podróżny z herbatą dla taty. Zwykle zaczynam pracę około dziesiątej, a tata sam jedzie do hurtowni odebrać zamówienia i sprawdza jakość kwiatów, ale gdy jedzie na giełdę kwiatową, lubię wybrać się razem z nim.
Uwielbiam to, odkąd byłam małą Laurencją z warkoczami i prostą grzywką. Od czasu do czasu, gdy nie miałyśmy z Wiką z kim zostać, tata zabierał nas ze sobą i robił z tego wycieczkę godną Disneylandu. Zamykałyśmy oczy, a on opowiadał bajki o księżniczkach, aż ponownie zasypiałyśmy w samochodzie. A gdy budził nas na miejscu, miał dla nas w termosie gorącą, słodką herbatę malinową. Moja młodsza siostra bywała marudna i nie podzielała mojego zachwytu kwiatami, ale dla mnie te wyprawy stanowiły jedno z milszych wspomnień z dzieciństwa. Nawet jako nastolatce zdarzało mi się wciąż jeździć z tatą na giełdę, mimo że musiałam wstać o barbarzyńskiej porze i ryzykowałam spóźnienie na pierwszą lekcję.
Nie wyobrażałam sobie innej ścieżki kariery niż prowadzenie rodzinnej kwiaciarni. I chyba nikt z mojej rodziny również jej sobie nie wyobrażał. Jak można nie kupować kwiatów? Jak można funkcjonować, nie będąc codziennie otoczonym roślinami? Inne życie niż przejęcie biznesu po mamie i babci zwyczajnie nie mieściło mi się w głowie. To właśnie w zachwycającym, ulotnym i różnorodnym towarzystwie kwiatów czułam, że sama rozkwitam.
Choć dawno wyrosłam ze swoich dziecięcych ogrodniczek, wyjazd z tatą na giełdę zawsze poprawia mi humor i sprawia, że choć przez chwilę znowu czuję się jak księżniczka. Nigdy nie potrzebowałam tego bardziej niż teraz, po tym całym cyrku z odwołaniem ślubu i znoszeniu litościwego wzroku klientek kwiaciarni.
Schodzę po schodach i wybiegam z bloku. Dzień wita mnie różowym świtem. Drzewa spowija wczesnojesienna mgła. Tata czeka na mnie na parkingu przed blokiem. Zawsze jest przed czasem.
– Cześć, księżniczko – rzuca, gdy zajmuję miejsce pasażera, jak gdyby odwoził mnie do przedszkola.
Szczerzymy do siebie zęby. To część naszego rytuału. Jedyna stała we wszechświecie.
– Cześć, tatko. – Wręczam mu jego kubek podróżny. – Jak zawsze, malinowa.
Posyła mi czuły uśmiech.
Siwizna z każdym rokiem prószy mu włosy coraz mocniej, a wachlarzyki zmarszczek wokół oczu zdają się składać coraz ściślej, lecz wciąż prezentuje się fantastycznie. Za czasów szkolnych koleżanki zazdrościły mi takiego młodego ojca, a niejedna nauczycielka wodziła za nim oczami. Tak bywa, gdy wprosisz się na ten świat tak wcześnie, że ludzie biorą twoich rodziców za starsze rodzeństwo.
Ruszamy, a ja na sekundę przenoszę się do dziewięćdziesiątego piątego. Chłonę tę chwilę całą sobą, zanim dorosła rzeczywistość wraca i wymaga ode mnie rozmowy na poważne tematy: o pracy, planach, obowiązkach. Przy tacie opuszczam gardę. Pozwalam sobie pobyć beztroską dziewczynką jeszcze przez chwilę, jeszcze przez moment.
– Nie uwierzysz, co mi się wczoraj przytrafiło! – zaczynam.
Entuzjazm bije z mojego głosu, tak że ledwo pozwala mi usiedzieć.
– Klientka celebrytka? – Tata zerka na mnie. Zawadiacko unosi jedną brew.
Wybucham śmiechem. Wiercę się w miejscu.
– Nie! Ale jesteś blisko… chociaż sama już nie wiem, czy w to wierzyć, czy to nie jakiś _phishing_⁴… – Przewracam oczami i zawieszam głos. W końcu zdobywam się na odwagę, by zapytać: – Czy my mamy w rodzinie jakiegoś Sebastiana? No wiesz, z dalszych krewnych… jakichś kuzynów babci czy dziadków?
Puls mi przyspiesza. Mimochodem sięgam po kubek z kawą, lecz tak naprawdę wciąż obserwuję tatę. Wypatruję na jego twarzy najmniejszej oznaki zmian.
Rozluźniam się, gdy widzę, że się śmieje.
– Poległaś i zakładasz jednak to MyHeritage⁵? – parska. – Wiedziałem, że jak mój ojciec się uprze, to dopnie swego.
– Co? Nie… Jakie MyHeritage… – gubię wątek. – Czy to ma coś wspólnego z dziedziczeniem spadku?
Tata znów się śmieje.
– Dla tych, którzy całe życie mają do wszystkich pretensje, na pewno. Kto wie, ile osób szuka rodziny właśnie z tego powodu. Pieniądz rządzi światem!
Potrząsam głową. Niczego nie rozumiem.
– Czyli dziadek ma coś wspólnego z tym całym Sebastianem. To jakiś jego kuzyn czy chrześniak, tak?
– Z jakim Sebastianem? Ktoś taki dodał cię na tym drzewie?
– Jakim znowu drzewie? O czym ty mówisz?
– Genealogicznym.
Po głosie taty poznaję, że doskonale się bawi. To świetnie, bo ja czuję się jak na izbie przyjęć szpitala psychiatrycznego.
– Jakim znowu drzewie genealogicznym?
– No, tym z MyHeritage. Ojciec od lat wiercił ci dziurę w brzuchu o to, żebyś wreszcie umieściła tam naszą rodzinę i przeniosła online zapiski, które gromadzi w pięciu zeszytach. Myślałem, że poddałaś się, zrobiłaś to i dodał cię jakiś Sebastian. Zgadza się?
– Ach! – Otwartą dłonią uderzam się w czoło. Jasne. Teraz ten dialog ma sens. – Nie, tato, nie do końca. To znaczy… owszem, założyłam to wreszcie jakiś czas temu, ale jeszcze nie przepisałam tam zapisków z dziesięciu zeszytów.
Wymieniamy ironiczne uśmieszki.
– No cóż. Dziadek musiał sobie jakoś radzić. Za jego czasów nie było Internetu.
Mój tata – uosobienie wyrozumiałości. Dlaczego tego po nim nie odziedziczyłam?
– Wracając do naszych czasów… Żaden Sebastian się ze mną nie kontaktował, to znaczy w sumie to tak, ale niezupełnie za pomocą MyHeritage. Raczej w takiej tradycyjnej formie _my heritage_⁶…
– Chyba nie rozumiem, kochanie. – Tata obdarza mnie przepraszającym spojrzeniem, po czym wraca wzrokiem na jezdnię.
– Pamiętasz, jak wyrwałam się z pracy na chwilę, bo miałam do odbioru polecony?
– Nie pamiętam.
– To było dwa tygodnie temu… Dokładnie wtedy, gdy…
– Ach, tak! – Tata oszczędza mi tematu, o którym wolimy oboje milczeć. – To pamiętam.
Serce mi przyspiesza, choć na logikę nie ma powodu do nerwów. A przynajmniej żadnych nowych.
– I co to przyszło? Skarbówka? ZUS?
– Co? Niee… Wręcz przeciwnie…
Automatycznie zakładam włosy za uszy.
– Dostałam zawiadomienie od notariusza z miasteczka na drugim końcu Polski, że otrzymałam spadek – wyrzucam z siebie na jednym oddechu.
– Spadek? – Tata jest szczerze zaskoczony. – Coś podobnego! Po kim?
– Po niejakim Sebastianie Wildze.
– Sebastian Wilga – mówi tak, jakby się zastanawiał, lecz po chwili jego ton się zmienia. – Sebastian Wilga! – Upija spory łyk herbaty malinowej.
– Dlatego o niego pytałam… Myślałam, że…
Moje pytanie cichnie wśród potężnego ataku kaszlu, który nagle wstrząsa szczupłym ciałem taty. Łapczywie bierze kolejne oddechy, ale kaszel nie ustaje. Gwałtownie zwalnia, zjeżdża na pobocze i zatrzymuje się na awaryjnych.
– O mój Boże! Tato! – krzyczę w panice.
Łapię go za ramię. Jego twarz jest niemal purpurowa. Wydaje z siebie dziwny charczący dźwięk, po czym głośno odchrząka.
– Tato, nic ci nie jest!?
– Już dobrze – uspokaja mnie, wciąż pochrząkując. – Już w porządku. To herbata…
– Ale mnie nastraszyłeś! Mało to się słyszy w wiadomościach, że ktoś się udusił z powodu takiej głupoty?
Kładę sobie rękę na sercu i głośno wypuszczam powietrze.
– Nie chciałem, kochanie – mówi tata.
– Na pewno nic ci nie jest? – dodaję niezbyt przekonana. – Może się zamienimy i ja poprowadzę?
– A wiesz… to wcale niegłupi pomysł. Jeśli chcesz, to chętnie skorzystam.
– Nie ma sprawy. – Odpinam pas i wyskakuję z auta.
Zamieniamy się miejscami i ruszamy dalej.
– Rozmawiałaś już z kimś o tym spadku? Z tym notariuszem? – pyta tata głosem, który nagle brzmi jakby obco.
– Nie, jeszcze nie. Wiecie tylko ty i Wika, bo znalazłyśmy ten list razem, gdy była u mnie.
– Jak to znalazłyście?
– Wpadł mi pod regał, gdy Filip…
– A mama? Nie powiedziałaś mamie?
– Nie zdążyłam. Wczoraj pochłonęło nas z Wiką przemeblowanie, a potem wypadło jej nagłe zastępstwo, ale dzięki temu udało mi się dogadać spotkanie z kolejną panną młodą. Zapowiada się zlecenie rodem z amerykańskiej komedii romantycznej. A kim jest ten Sebastian? Czy raczej był… To jakaś nasza rodzina? Skąd mnie zna? – bombarduję tatę pytaniami.
Milczy przez chwilę, jakby zastanawiał się, jak myśli ubrać w słowa.
– Tato? – pospieszam go, bo dziwny niepokój ściska mi żołądek.
– Wydaje mi się, że to twój krewny… ze strony mamy… Będziesz musiała z nią o tym porozmawiać. Ja nigdy go nie poznałem. A ty musiałaś być bardzo, bardzo malutka, skoro wiedział o tobie, a o Wiktorii już nie.
Oddycham z ulgą.
– Czyli to nie żaden oszust, ale też nie pomyłka.
– Nie wydaje mi się – mówi tata, a jego głos brzmi nagle bardzo smutno.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
4 _phishing_ – metoda oszustwa, w której przestępca podszywa się pod inną osobę lub instytucję w celu wyłudzenia poufnych informacji
5 MyHeritage – strona internetowa pozwalająca odkrywać historię rodziny, dzielić się nią i zachowywać w sieci.
6 _my heritage_ (z ang.) – w dosłownym tłumaczeniu: moje dziedzictwo