-
nowość
-
promocja
Niebieska kula - ebook
Niebieska kula - ebook
A może to, co się stało, było jedyną możliwą wersją wydarzeń?
Jej życie miało wyglądać inaczej. Iza liczyła, że stworzy szczęśliwy dom i stabilny związek. Zamiast tego musiała zmierzyć się z samotnością, rozczarowaniem oraz rozwodem, który… otworzył jej drzwi do nowego świata.
To, co się za nimi kryło, stanowiło wówczas wielką niewiadomą. Dziś może spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.
„Niebieska kula” to intymna opowieść o trzech miłościach i trzech przełomowych etapach życia – o decyzjach, które zmieniają rzeczywistość i zdarzeniach bliskich przeznaczeniu. W tej książce zwykłe przedmioty stają się nośnikami wspomnień. Perfumy przywołują kochanka, wino smakuje jak bolesne pożegnanie, a cappuccino wypite kiedyś w Anglii – niczym wolność.
To historia o dorastaniu w Polsce lat 80. i 90., emigracyjnych doświadczeniach w Londynie oraz Chicago i przyjaźniach ważących więcej niż miłość. Przede wszystkim jednak to refleksja o świecie, który odszedł, choć wciąż żyje w pamięci. Zapisany w atlasie uczuć, pełnym śmiechu, nostalgii i łez.
Jej życie miało wyglądać inaczej. Iza liczyła, że stworzy szczęśliwy dom i stabilny związek. Zamiast tego musiała zmierzyć się z samotnością, rozczarowaniem oraz rozwodem, który… otworzył jej drzwi do nowego świata.
To, co się za nimi kryło, stanowiło wówczas wielką niewiadomą. Dziś może spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.
„Niebieska kula” to intymna opowieść o trzech miłościach i trzech przełomowych etapach życia – o decyzjach, które zmieniają rzeczywistość i zdarzeniach bliskich przeznaczeniu. W tej książce zwykłe przedmioty stają się nośnikami wspomnień. Perfumy przywołują kochanka, wino smakuje jak bolesne pożegnanie, a cappuccino wypite kiedyś w Anglii – niczym wolność.
To historia o dorastaniu w Polsce lat 80. i 90., emigracyjnych doświadczeniach w Londynie oraz Chicago i przyjaźniach ważących więcej niż miłość. Przede wszystkim jednak to refleksja o świecie, który odszedł, choć wciąż żyje w pamięci. Zapisany w atlasie uczuć, pełnym śmiechu, nostalgii i łez.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-424-2 |
| Rozmiar pliku: | 842 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1
Jak na Tralfamadorii, gdzie „śmierć jest tylko złudzeniem, a człowiek żyje nadal w przeszłości”, gdzie „wszystkie chwile, przeszłe, obecne i przyszłe, zawsze istniały i zawsze będą istnieć, a Tralfamadorczycy mogą oglądać te różne chwile tak, jak my możemy oglądać na przykład Góry Skaliste i mogą wybierać te spośród nich, które ich w danej chwili interesują”, bo „to tylko my na Ziemi mamy złudzenie, że chwile następują jedna za drugą, jak korale na sznurku, i że chwila raz przeżyta jest stracona na zawsze”1, umiem się cofnąć do siebie sprzed lat, wybrać chwilę, którą pamiętam, kiedy zastanawiałam się, co będzie dalej, do siebie niewiedzącej, co się wydarzy za chwilę, za pięć lat, i odpowiedzieć na nurtujące mnie wtedy pytania; mogę się cofnąć do osoby, dla której przyszłość była wielkim, niezapełnionym jeszcze płótnem, popatrzeć na siebie jak duch biorący udział w tej sytuacji, stojący gdzieś obok, jak niewidzialny gość patrzący na siebie z boku. I w żadnym wariancie swojego przyszłego życia nie przewidziałam większości rzeczy, które mi się przytrafiły.
Są ludzie, którzy żyją jednym życiem, w jednym mieście, mają jedną pracę i jeden zestaw znajomych, i są też tacy, których życie rzuca po świecie i którzy podlegają nieustannym zmianom, którym coś się dzieje, nawet jeśli nie robią nic. To ja. Jedyne, czego się nauczyłam, to to, że życie jest nieprzewidywalne. Człowiek może sobie planować i planować, a na końcu i tak słychać ten sam znajomy chichot losu. Ale jak to mówi jedno z czterech duchowych praw indyjskich – to, co się wydarza, jest jedyną możliwą rzeczą, która mogła była się wydarzyć, więc wierzę, że idę dobrą drogą, choć krętą, i gdzie, to jeszcze nie wiem. Chociaż czasem, jak obserwuję innych ludzi i ich życie, choroby, bezdomność i wszelkie tragedie, dzieci w krajach Trzeciego Świata, to już sama nie wiem, czy ta teoria ma sens.
No więc wariant – studia, praca, mąż, dom i dzieci, i najlepiej w tej właśnie kolejności, zupełnie nie wypalił, może nie aż tak do końca, ale kompletu punktów nie zdobyłam, a nie powiem, że się nie starałam lub że robiłam jakieś wyjątkowe uniki. W jakimś stopniu nie wypalił mi, nie wypalił Oldze, nie wypalił Laurze, nie wypalił Poli, tylko Kaśka zdobyła wszystkie punkty w tej grze i zawsze podkreśla, że wszyscy powinni żyć jej trybem i że wtedy byłoby dobrze. Tak… próbujemy.
Laura ma kota, Olga za dużo energii, Pola dzieci i psy, ja tylko psy, ale mężczyzny, który by był i trwał, ni widu, ni słychu. Większość ma chyba zakodowane biologicznie czy społecznie, że tak po prostu trzeba. A może wcale nie trzeba? Bo byli też i tacy, którzy w tej grze komplet punktów zdobywali, często wysilając się ponad miarę i zatracając gdzieś po drodze siebie, brali byle co, byleby wynik się zgadzał, ale szczęścia na końcu widać nie było. I do końca nie wiadomo, czemu tak wyszło, czy to chichot losu, jak mówi Olga, przypadek, czy przeznaczenie, czy może wina jakichś traum z dzieciństwa, których my, dzieci lat osiemdziesiątych, mamy dużo.
A wtedy mało kto znał się na psychologii… Może to i dobrze, bo teraz jest Internet i teraz znają się wszyscy. Nikt się nie rozwodził. Nikt nie jeździł do dżungli w poszukiwaniu sensu życia, nie był, kurwa, bez przerwy na drodze ku odnalezieniu siebie, nie był w pięćdziesięciu różnych związkach, nie znał angielskiego, a jak angielskiego, to i terminu friends with benefits.
Nie bardzo wiem, czy to tak w ogóle wypada używać słowa „kurwa”, mojego ulubionego, bo to r i ta możliwość przeciągnięcia pierwszej sylaby jak żadne inne oddają złość, frustrację i inne emocje, więc zapytałam Laurę. Ona zamyśliła się na moment, zbierając myśli, i po chwili odparła śmiertelnie poważnie:
– A wiesz? Chuj wie…
Tak więc, kontynuując… Nikt nie wiedział, co to mindfulness, bo nie potrzebował, nie podróżował do Indii, nie próbował stu różnych diet, nie pił sojowego latte, nie korzystał z mądrości życiowych z podcastów albo Tik Toków i nikt nie był narażony na medialny bełkot internetowych guru.
Wtedy jeszcze umiałam czytać książkę przez pięć godzin ciągiem. Teraz już nie umiem. Teraz oglądam film na Netflixie z kilkoma przerwami.
Nikt nie wiedział, czy go rodzice przypadkiem nie skrzywdzili w dzieciństwie, bo nikt nie korzystał z psychoterapii. Nikt nie był świadomy swoich ran. Może ktoś jednak był… nie wiem… Pokolenie naszych rodziców było pokoleniem powojennym i skupiano się głównie na zaspokajaniu podstawowych potrzeb życiowych, jedzeniu, ubraniach i Bóg wie, na czym jeszcze. Ja jestem z pokolenia przełomu, że tak to określę, kiedy nie było nic, a potem nagle było wszystko i było to śmieszne żyć w kraju, który tak nagle i tak szybko się zmienił.
Świat zachodni, zagranica, był jak magiczna, boska kraina. Ja… dziecko z doszywanymi rękawkami, robionymi na drutach do za małych kurteczek, noszonych uprzednio przez trzy inne osoby, jedzącym marchewkę z cukrem jako deser i bawiące się jednymi klockami, a potem marzące o jeansach – takich prawdziwych – i paczkach z Ameryki, do której wyjechali prawie wszyscy ojcowie. Akurat nie mój, więc paczek nie było. Może to i dobrze, bo większość z tej Ameryki nie wracała. Były za to puszki po niemieckim piwie i Coca-Coli ustawione w trzech rzędach na górze zaawansowanego sprzętu meblowego zwanego tapczan-półką, który wyprzedzał myśl techniczną, nawet chińską, o lata świetlne, opakowania po czekoladach dostawane jako prezenty. Nie, podkreślam, nie czekolady, a opakowania, i jaka byłam wtedy szczęśliwa. Czego to człowiek nie wymyśli, żeby zaznaczyć swoją pozycję społeczną… Ale daliśmy radę. Bluza z Myszką Miki była tak ważnym fashion statement jak teraz dobra torebka, zrobione brwi czy logo Guessa wśród licealistek. Mówiła – mam kogoś w Ameryce, więc mam kasę. Czyli my generalnie kolekcjonowaliśmy śmieci i byliśmy z tego powodu jeszcze dumni.
Zestawienie naszej choinki, za którą nawet patyczak nie byłby w stanie się ukryć, o kolorystyce bombek szkoda nawet wspominać, z choinką z Burdy, koniecznie dwukolorową, całkowicie eliminującą jakikolwiek nieporządek, przypadkowość i chaos, plus koniecznie do tego szczęśliwa niemiecka rodzina z dziećmi nieprzypadkowo pięknymi, ubranymi, a jakże, pod kolor… było druzgocące. Rodziło to jakiś smutek i rosnące zdziwienie porządkiem świata, ale i marzenia, i ambicje, i kreśliło mgliście majaczący cel o życiu jak z tego obrazka. A za rogiem czekał nieznany świat, którego nawet nie potrafiłam objąć wyobraźnią, ale zawsze byłam bardzo ciekawa, co będzie dalej, bo zawsze coś było, i było zawsze inne, niż przewidziałam. I teraz już trochę wiem.
Przed ważnym wydarzeniem zakładałam trzy możliwe warianty rozwoju sytuacji. I co? Zawsze wydarzał się ten czwarty, o którym nawet nie pomyślałam.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2003 r.2
Książka ta rozpoczyna się pierwszego czerwca w burzy. Rok temu burzy nie było. Było parno i duszno, i bardzo słonecznie. Miałam na sobie białą, długą sukienkę bez ramiączek, dzianinową w cienkie poprzeczne złote paski, którą uprzednio, w ramach wyrażenia aprobaty, obejrzały trzy koleżanki, oczywiście oddzielnie, tak żeby nic nie wpływało na ich opinię. Wtedy jeszcze nie byłam świadoma tego, co się wydarzy, ale teraz właśnie zdałam sobie sprawę, wtedy jeszcze nie wiedząc, że może jednak wiedziałam… albo jakaś część mnie podświadomie wiedziała, bo kto tak starannie wybiera sukienkę… I kto by przypuszczał, jak ważna będzie to sukienka.
Każda sukienka, jaką mam, ma swoją historię, jest jak część mnie, jak moja druga skóra. Czasem coś widzę i zanim kupię, już wiem, że to będzie część mojego życia, że ta rzecz weźmie udział w jakimś ważnym wydarzeniu, choć jak śpiewają w piosence „nie pójdzie ze mną na drugą stronę”2. I zazwyczaj mam rację. Ale dzisiaj wyrzuciłam buty. To nietypowe dla mnie, bo w większości przypadków ciężko mi się rozstać z czymś, co przeżyło ze mną coś ważnego i wyjątkowego, i oprócz mnie jest jedynym świadkiem tego wydarzenia, a wyrzucając ten przedmiot, boję się, że sama zacznę wątpić, czy to w ogóle miało miejsce i czy jest to jeszcze prawdą, czy już tylko moją wyobraźnią.
Jego perfum, z bardzo silnie wyczuwalnym jabłkiem w nucie głowy, jeszcze nie wyrzuciłam. Natomiast buty były brazylijskie, na niedużym obcasie, beżowe, ażurowe piękną wycinanką, a on na randkę zabrał mnie w tych butach do lasu, a może to był park… bo chciał mi pokazać, gdzie biega, bo biegał, kiedy jeszcze bieganie nie było tak popularne.
A że las był w Gdańsku, same górki i dołki, to but pękł pod naporem podczas schodzenia, a drugiego obsikał mi Alfons, pies Kaśki, szalony pies ze schroniska, którego pierwszy raz poznałam, jak zgłosiłam się, całkowicie nieświadoma tego, co mnie czeka, na ochotnika do popilnowania go.
Tak zupełnie przy okazji dostał wtedy zastrzyki, ponieważ okazało się że zamasturbowywuje się do krwi. Zastrzyk udał się tylko pierwszy. Potem, zorientowany, co go czeka, już nigdy na to nie pozwolił, broniąc żarliwie swoich klejnotów.
Tak burzliwie zaczęła się nasza znajomość. Znajomość z Kaśką też zaczęła się właściwie burzliwie, ale tylko dlatego, że był to dla mnie wyjątkowy rok.
Poznałyśmy się na studiach jeszcze w poprzednim tysiącleciu i od tamtej pory była, ale nie jak przyjaciółka, a bardziej jak zaginiona siostra, i wiele wina razem wypiłyśmy, w wielu morzach pływałyśmy, wiele razy taczałyśmy się ze śmiechu, widziałyśmy się w stanach różnych i w całej rozpiętości sytuacji, od występowania razem na scenie, całego studenckiego życia rozrywkowego, po porody i uroki macierzyństwa. Pamiętam, jak była w ciąży, i chodziłyśmy do kina, a ona co jakiś czas udawała, że rodzi, bo wiedziała, że efekt był natychmiastowy: ja automatycznie lądowałam przed nią na kolanach, a ona zataczała się ze śmiechu, że działało za każdym razem, i mówiła:
– Ale co ty, kurwa, myślisz, że tak wypadnie?
W tym parku w Gdańsku siedzieliśmy w jakimś amfiteatrze, całowaliśmy się namiętnie i tego dnia zjadły mnie meszki. Całą.
I buty te trzymałam dziesięć lat do dzisiaj z sentymentu, chociaż kupiłam po ciężkich poszukiwaniach drugie takie same. Nie wiem, co stało się dzisiaj, że poczułam się gotowa z nimi rozstać, czemu akurat dzisiaj. Teraz pójdziemy w dalszą drogę już oddzielnie.
------------------------------------------------------------------------
1.
2 Zakopower, Boso, z albumu „Boso”, 2011 r.3
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po wyprowadzce mojego męża, było kupienie nowych butów i jeszcze paru rzeczy. Mam je do dziś i pamiętam bardzo silną potrzebę mojej nowej skóry, mojego nowego ja na dalszą drogę. Żeby nie uczestniczyć w tym przykrym akcie wyprowadzki, pojechałyśmy z Kaśką na kawę, a po powrocie po prostu minęliśmy się w drzwiach. I tyle. Tak zakończyło się moje siedmioletnie małżeństwo.
Miałam wino na smuteczki. Czekałam, ale smuteczki nigdy nie nadeszły. Nadeszła jedynie ulga i rozpoczął się nowy rozdział mojego życia. Mając lat trzydzieści, męża, stałą pracę, nie spodziewałam się żadnych gwałtownych zmian i przypuszczałam, że moje życie będzie wyglądało podobnie do samego końca w pełnej rutynowej stabilizacji przerywanej rodzinnym wydarzeniem typu chrzciny, urodziny.
Z mojego małżeństwa najbardziej pamiętam sylwestry, kiedy, prawie zawsze na jakiejś domówce, stałam na mrozie na balkonie, paląc i pijąc szampana, najczęściej sama, podczas gdy mój mąż zabawiał wszystkich, lecz nigdy nie mnie, patrząc w dal i czując się straszliwie samotna, a uczucie, które mi towarzyszyło nieustannie i które czułam najbardziej, gdy wpatrywałam się w sylwestrowe niebo, to że moje życie jest gdzieś daleko stąd, a to nie moje plemię, nie moi ludzie, i zawsze miałam taką myśl, że co ja tu, kurwa, robię… A znam dobrze przeciwieństwo tej myśli, jak człowiek jest tam, gdzie powinien być, i nie chciałby być nigdzie indziej, że to, co robi i z kim w danej chwili, jest najbardziej optymalną z wszelkich optymalnych opcji, i że lepiej nie mogłoby już być. I tragedią jest przeżycie czegoś takiego, a potem szukanie tego nieustannie i łapczywie, kiedy się to straci.
Takie momenty szczęścia nie są oczywiste w momencie ich trwania. Dopiero po czasie przychodzi świadomość, czym one były i że właśnie w życiu zdarzyła się kumulacja szczęśliwości, że wszystko naraz zagrało idealnie. A potem człowiek jak niewidomy lata po świecie, po omacku, szukając ich bez mapy, i tylko ten jego ruch może go przypadkiem naprowadzić na kolejny taki moment, lub też nie.
Wiele razy po tym rozstaniu nie umiałam sobie właściwie odpowiedzieć, co czuję. Wydawało mi się, że nie czuję zupełnie nic, ale umiałam to zobaczyć. I na początku w nocy wchodziłam do morza, najpierw po kolana. Nie chciałam, ale wiedziałam, że muszę. Potem byłam już głębiej, a jeszcze później nie było już brzegu i tkwiłam w tej wodzie w ciemności, bo taki obraz sama podsuwała mi wyobraźnia, i nie wiedziałam zupełnie, co mnie z tej sytuacji wyratuje, czy będzie to okręt podwodny floty amerykańskiej, czy dopłynięcie do bagnistych brzegów Florydy. Ale pewnego dnia, będąc w tej wodzie i zakładając cały czas, że jestem pośrodku oceanu, dotknęłam dna i okazało się, że ocean był jedynie kałużą, a ja wstałam i poszłam jak Sandra Bullock w Grawitacji.
Ten ocean był duży i trudny do przepłynięcia nie z powodu złamanego serca i bólu rozstania, ale raczej dlatego, że skończyło się kolejne znajome życie, znajoma rzeczywistość, do której się człowiek przyzwyczaił, jakieś ramy stabilizacji i bezpieczeństwa, i było to przedziwne uczucie, nie mieszkać już z kimś, z kim mieszkało się tyle lat.
Poznaliśmy się, jak jeszcze byłam studentką. On był starszy, ale nie za bardzo zaradny życiowo, wiecznie rozdarty emocjonalnie. Być może był plastrem na złamane serce, bo czasem człowiek czuje, że nic podobnego kalibru go już nie spotka, i potrzebuje gdzieś lizać rany, ale słaby był to plaster, bo ran jedynie przybywało z każdym rokiem. Miał, co prawda, swoje zalety, ale wad po stokroć więcej, i tak się dopasowywaliśmy do siebie przez wiele lat, nie mogąc się dopasować, bo byliśmy zupełnie innego kształtu. Jemu przeszkadzało wszystko we mnie, mi w nim, i nikt do tej pory nie wie, dlaczego w ogóle byliśmy razem, nawet ja.
Dobrze nam się rozmawiało, mieliśmy podobne zainteresowania, ale to nie był mężczyzna, który dawał kobiecie spokój. Dawał jedynie wieczną niepewność, rozdygotanie i niepokój, takie uczucie, że chociaż nie działo się nic złego, to wiecznie było źle, w powietrzu wisiało nieustannie jakieś napięcie, a moje ciało rzadko bywało zrelaksowane.
I jak już się jest w długoletnim związku, który jakoś tam funkcjonuje, to mimo niezadowolenia człowiek czasem nie jest aż taki skory ani odważny do zmiany przez to zasiedzenie. Wokół was buduje się cały nowy świat zależności, znajomych twarzy, wspólnych miejsc, zwyczajów i codzienności i czasem trudniej rozstać się właśnie z tym światem mimo braku miłości, i niektórzy tak trwają, czując, że to nie to życie, że to wszystko nie tak. Ale to nie ja. Ja lubię zmiany.ORLE
4
Drugą rzeczą natomiast, którą zrobiłam po rozwodzie, był wyjazd na biegówki, i po nim, po wielu latach, przestał śnić mi się Londyn.
A sny o Londynie były zawsze takie same. Chciałam gdzieś dojść, do jakiegoś miejsca nad Tamizą, ale zawsze już było za późno, bo pojawiły się inne plany, bo trzeba było już wyjeżdżać i brakowało czasu, a ja budziłam się sfrustrowana, że znowu się nie udało. Do tej pory nie wiem, o jakie miejsce mogło mi chodzić, i czy sama go sobie nie wymyśliłam, bo wyglądało trochę jak grecki amfiteatr z kolumnami i schodami prowadzącymi prosto do rzeki, a ja we śnie wiedziałam, że ono tam jest, i bardzo pragnęłam je zobaczyć.
Z biegówkami to nie był przypadek. Miałam takie wspomnienie z dzieciństwa, szczęśliwe i błogie, kiedy to zimy jeszcze były długie i śnieżne, jak wujek zabierał mnie i moją siostrę cioteczną Polę do lasu na wiele godzin na narty – narty z kiosku, plastykowe – i czekał na nas na granicy, aż dojedziemy. Więc dojechać musiałyśmy, bo nikt nie miał telefonów i żadne śmigłowce nie szukałyby nas w lesie, a wiemy, ponieważ nieraz przyszło się nam gdzieś zagubić. I nie było to jedyne wspomnienie z Polą, bo takich historii mamy tysiące.
Pola była dużo wyższa i wyglądała według mnie jak Kora. Była też ciut starsza, więc zawsze jako pierwsza miała kontakt ze wszelkimi nowinkami muzycznymi i całą resztą nowości, które nowościami były dla nas jedynie dlatego, że byłyśmy właśnie na progu odkrywania życia i wszelkich jego zakamarków. Tak więc odkrywała ona, a ja nie musiałam, ponieważ byłam po prostu informowana. W większości sytuacji nie byłam niestety gotowa ani mentalnie, ani emocjonalnie, więc mogę tylko powiedzieć, że moje odkrywanie życia przebiegało sprawnie, lecz czasami zbyt gwałtownie.
Pamiętam na przykład, jak wystylizowana na zbuntowaną hippiskę z żarówką na rzemyku na szyi, mającą chyba oświetlać jej drogę ku duchowemu oświeceniu, pokazała mi musical Hair, który burzył wtedy ramy mojego dotychczasowego pojmowania życia i pokazywał świat, jakiego jeszcze nie znałam, ale nie bardziej niż miejsca i ludzie, których widziałam, kiedy ona już była zaawansowaną licealistką, a ja nadal grzeczną dziewczynką z podstawówki, którą ciągała po knajpach w swoim mieście, gdzie siedzieli długowłosi, punkowi, rockowi ludzie. Dała mi Doorsów, Maanam, Jimiego Hendrixa, Pearl Jam, Creedence Clearwater Revival, Micka Jaggera i Janis Joplin.
Była do tego nieustraszona, więc jak wymyślała plan, często szalony, to ja musiałam się dostosować, jako że byłam młodsza i nie miałam nic do gadania. A wymyślała różne rzeczy. Wycieczki stopem do innych miast, na które ciągała ze sobą dwunastoletnią rozdziawę, podczas gdy nasi rodzice nie mieli najmniejszego pojęcia, co można zrobić w czasie ich pobytu w pracy. Wykradanie samochodu rodzicom i pozwalanie mi nim jeździć, na szczęście chyba tylko po jakichś bezdrożach. Nagie kąpiele w jeziorze. Spacery przez oblodzone jezioro, gdzie ona szła, a ja leżałam najczęściej na środku, bo tam kończyła się moja odwaga i protestowałam na próżno, odmawiając dalszych ruchów. Wycieczki PKS-em zimą, żeby zbudować igloo i pojeździć na cholernie ciężkich sankach – chyba do przewozu świń, wykradzionych gdzieś komuś na odludziu – z gigantycznych górek.
Pamiętam, że wtedy do domu już nie wróciłyśmy, bo śnieg zasypał wszystkie drogi prawie do pasa i musiałyśmy nocować u jakichś ludzi, którzy na szczęście mieli telefon. Do tej pory dziękuję Bogu, że nie było wtedy TVN-u, bo nasi rodzice byliby bohaterami co drugich Faktów.
Oprócz szalonych przygód, ta znajomość nauczyła mnie wielu przydatnych umiejętności, ponieważ epicentrum wszystkiego był zazwyczaj Poli rodzinny dom nad jeziorem, gdzie trzeba było cały czas coś robić, tak że zbudowanie pomostu, malowanie, bejcowanie, pływanie łódką, pielenie, sadzenie, strzelanie, rąbanie drewna i szereg innych umiejętności miałam opanowane.
Najbardziej lubiłam leżeć z nią na mchu, słuchać muzyki na słuchawkach od walkmana i udawać, że zbieramy jagody. W chwili, którą zapamiętałam, słuchałyśmy akurat Mad About You Stinga.
I odjeżdżał powoli ten świat trabanta, PKS-ów i śniegu po pachy w siną dal, a my z Polą wkraczałyśmy w dorosłość i pisałyśmy do siebie listy po angielsku, tak żeby przypadkiem nasi rodzice nie dowiedzieli się o dziwnych meandrach naszego życia uczuciowego, jak i o innych niecnych występkach.
Do dziś pamiętam to niesamowite uczucie po powrocie do domu z nart po wielu godzinach w mroźnym lesie; domu, gdzie światło rozlewało się złotym półmrokiem po ścianach, gdzie pachniało jedzeniem, gdzie panował gwar i wszyscy wesoło rozmawiali, a ja się powoli roztapiałam w nieopisanej błogości jak mały bałwanek i mogłam, tak leżąc, sobie spokojnie odtajać.
Tak to zapamiętałam i postanowiłam spełnić to marzenie jako drugą rzecz po rozwodzie, bo chyba te momenty szczęśliwości wiszą w naszej głowie jak świetliki, a potem całe życie szukamy do nich powrotu, jak do domu. Tak więc postanowiłyśmy pojechać w góry z Martą.5
Martę znałam już jakiś czas. Widywałyśmy się to tu, to tam, ale nigdy nie byłyśmy zbyt blisko.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie zupełnie niespodziewanie i oznajmiła, że jest na piwie w centrum, w Dziupli, i żebym wpadała. Tak więc wpadłam. Rozmowa zeszła na tematy wyjazdowe i w dwóch zdaniach postanowiłyśmy pojechać razem.
Decyzja była szybka i stanowcza, podejmowana tak, jak robili to bracia mongolscy z książki, którą czytał mi Krzysiek… chyba jego ulubionej. Kiedy to jeden z nich powiedział coś, a reszta mu zawtórowała: „tak, zróbmy to”, ufając mu bezgranicznie. A mieli chyba zabić człowieka… Nie tam jak jakieś rozlazłe, niezdecydowane pipy. Jak mężczyźni.
Takie też decyzje podejmowałam ja – często głupie, pełne pyszałkowatej hucpy, ale szybkie i bardzo stanowcze, jak cięcie mieczem. Bardzo ufałam swojej intuicji, rzucałam się jak liść na wiatr i dawałam się prowadzić, ufając, że stąpam po niewidzialnej pajęczynie tkanej dla mnie przez los, która ma mnie gdzieś doprowadzić. Może ma, może nie ma… tego nie wie nikt.
A może tak sobie po prostu tłumaczyłam brak rozsądku i instynktu samozachowawczego, bo wszędzie lazłam i wychodziłam poturbowana, okradziona albo z przygodami. Lazłam i nie bałam się konsekwencji, ryzyka, cierpienia, poparzenia i nie wiedziałam, jak to jest żałować, że czegoś się nie zrobiło.
Tak więc ona powiedziała:
– Jedźmy.
A ja jedynie odparłam:
– Dobra!
Bez zdań typu: „Ale wiesz, jeszcze pomyślę” lub mojego najbardziej znienawidzonego: „zobaczymy”.
Z tych wakacji było dużo pięknych zdjęć, które zamieściłam na Facebooku i które lata później wiele razy oglądał on. Bardzo lubił to, na którym idę boso z papierosem w ręku. Żeby zobaczyć tam tego papierosa, trzeba to zdjęcie było powiększyć o miliard pikseli.
W górach wcześniej byłam tylko raz, na jakimś obozie w liceum, na który pojechałam za karę z Sylwią, żeby oczyścić płuca od papierosów. Wolałam oczywiście plażę. Nie rozumiałam, kto normalny w upale chciałby chodzić po górach i po co. Zrozumiałam później.
Naszymi opiekunami byli jakiś pan Mirek czy Mietek z żoną. Oboje chudzi, bladzi i ubrani, nie wiadomo dlaczego, jak leśne ludki… może był to rodzaj kamuflażu. Tylko przed czym się chcieli kryć? Do tej pory nie rozumiem zamiłowania polskich mężczyzn do koloru zielonego, sandałów i całej reszty ekwipunku smutnego, bladego, strudzonego Polaka. Dlatego później pewna góra została nazwana górą smutnych ludzi i tak się zastanawiam, czy jeszcze na nią kiedykolwiek będę miała okazję wejść, żeby się poradować.
Tak więc o górach nie wiedziałam za wiele.
Pociąg odjeżdżał o dwudziestej, a ja biegałam jak w ukropie, przebierając się po raz siódmy. W końcu skąd miałam wiedzieć, jak się ubrać, skoro pierwszy raz w życiu jechałam na narty. Moje wyobrażenia w tej kwestii musiały być chyba jakimś dziwnym połączeniem obrazów widzianych w telewizji – z Aspen lat osiemdziesiątych, jeszcze czarno-białych filmów z lat siedemdziesiątych z Zakopanem w tle albo scenerii zimowej z Doktora Żywago – skoro kożuch jawił mi się jako nieodłączny element tej estetyki, bo nie zdawałam sobie sprawy, że Decathlon już dawno opanował góry. A dylemat był duży, bo była to taka zima kiedy -20 stopni było jedynie normalne.
To chyba był ostatni rok takich mrozów i ostatni rok starych pociągów PKP, przynajmniej na tej trasie. Dla mnie również koniec pewnej epoki.
Kto dużo jeździł, ten wie, że te pociągi miały duszę, smutną, bo smutną, ale miały. „Pachniały” całą swoją kilkudziesięcioletnią historią i, co najważniejsze, miały przedziały, co gwarantowało jakąś kilkugodzinną intymność z totalnie obcymi osobami.
Ileż historii musiało się wydarzyć w takich pociągach, ile początków i ile końców. Ile rozmów durnych lub mądrych się w nich odbyło z obcymi ludźmi, którzy przez krótką chwilę byli częścią naszego życia. I zastąpiły je nowe, plastykowe twory, gdzie nigdy nie gaśnie światło, gdzie okna się nie otwierają, a klimatyzacja udaje powietrze i gdzie głos co chwila informuje o zbliżającej się stacji, tak jakbyśmy w piętnaście minut zdążyli zapomnieć o poprzednim komunikacie.
Właśnie tak jest… ma być lepiej, a jest jedynie gorzej. Nie wiadomo, czy taka historia mogłaby się wydarzyć w nowym pociągu.
Pociąg był prawie pusty. W przedziale siedziałyśmy same i po jakimś czasie potrzebnym do odtajania poczułam, że jest strasznie gorąco. Z powodu mrozu zamarzły wszystkie okna i nie dało się ich otworzyć. Woda w kranie również zamarzła, a grzało jak w piekarniku. Zrzucałam powoli wszystkie warstwy ubrane na mróz, aż zostałam bosa, a i to nie pomagało. Co innego okładanie się śniegiem zebranym na postojach.
Zgrzana i wysuszona jak rodzynek odkryłam wagon, gdzie nie grzali, i przeniosłam się tam, żeby chociaż na moment zasnąć. Udało się do czasu, aż zadzwonił telefon. To Marta odezwała się, by poinformować mnie o trzeciej nad ranem, że mój wagon został odłączony i muszę wysiąść. Tak więc nieprzytomna i bardzo niekompletnie ubrana wybiegłam na peron, gdzie stała Marta z walizkami.
Jakoś szczęśliwie udało nam się kontynuować podróż, ale po chwili wydarzyła się kolejna awaria. Cały mój bagaż został w rozgrzanym wagonie, a spać poszłam jedynie z torebką. Wtedy miało to sens. W nocy wiele rzeczy ma sens, a nad ranem już nie. Marta, wysiadając, nie wzięła kilku części mojego bagażu i na miejsce zajechałam, nie pamiętam już bez czego, ale na pewno bez kosmetyczki. Tak że pierwszą przygodę rozpoczęłam niewyspana po nocnej tułaczce, wysuszona i wkurzona.6
To, co zobaczyłam, gdy wysiadłam, było warte wszystkiego, tak jakbym jadąc z betonowych szarości, nagle znalazła się w jakiejś nieistniejącej, wymyślonej magicznej krainie, która była tak piękna, że po prostu nie mogła być prawdziwa. Mogłabym tam jechać nawet na stojąco lub doczołgać się na kolanach. Z jakiegoś durnego powodu pomyślałam, że w górach tak jest zawsze. Ale taki był tylko ten jeden dzień z wielu dni, które w przyszłości jeszcze spędziłam w tamtym miejscu, i cały czas czekam, żeby jeszcze raz coś takiego zobaczyć.
To było jak scena z bajki – oszronione drzewa świeciły w słońcu, a ich nienaturalnie jasna biel kontrastowała z bezchmurnym niebem tak mocno, że przez chwilę naprawdę nie byłam pewna, czy to rzeczywistość. Tak powitały mnie góry. A że okoliczności przyrody w każdej mojej historii miały ogromne znaczenie, to oczywiście pomyślałam, że to dobry znak.
Dostanie się na miejsce nie było proste, bo okazało się, że trzeba najpierw przejechać drugim pociągiem, a potem jeszcze przejść parę kilometrów w śniegu, na co z walizką na kółkach nie było szans.
Tak to jest, jak człowiek nie wie, gdzie jedzie. Ale nawet gdybym taką wiedzę miała, to na niewiele by się ona zdała, bo pewnie z ciężkim plecakiem też nie pokonałabym tych kilometrów w śniegu, tylko w połowie drogi walnęła się w jakąś zaspę.
Udało mi się po roku, kiedy formę miałam już znacznie lepszą, i to ledwo. Pod schronisko w górach podjechałam więc taksówką, rozjeżdżając przy tym tory. I nie, nie rozumiałam, co się właściwie wydarzyło i czemu był to aż taki problem. I czym, kurwa, były jakieś tory, o których słyszałam po raz pierwszy? I co było złego w moim kożuchu?
Wysiadłam w kozakach na obcasach, bardzo sportowo-kowbojskich jak dla mnie, nie szpilkach, ale na takim małym kwadratowym klocku, i do tego jak na moje standardy naprawdę niskim, bo więcej niż sześć centymetrów nie miał na bank. Innych po prostu nie miałam, ale tak to właśnie stałam się pośmiewiskiem już w pierwszych sekundach, znajdując się wśród tłumu w obcisłych, śliskich gatkach, wodoodpornych bluzach, chustkach, apaszkach, naklejkach, goglach, naszywkach i innych gadżetopierdach koniecznie z logo. Nazywałam ich później ludźmi, którzy uciekli z Decathlonu. Do tej pory nie rozumiem, czy aż tyle jest potrzebne, jak człowiek chce po prostu biec. Forrest Gump biegł i bez tego.
Po rozwodzie nie liczyłam na nic, nikogo nie szukałam i nie wiedziałam zupełnie, czego chcę. Nie miałam bladego pojęcia, w jakim kierunku poprowadzi mnie życie. Wiedziałam tylko, że chcę biec w śniegu, w ciszy, i wsłuchiwać się w rytm swojego serca. Chciałam, żeby zmroziło mi żyły, żebym mogła się w końcu gdzieś roztopić.
Miejsce było magiczne, daleko od cywilizacji. Nie było tam restauracji ani sklepów. Nie było właściwie nic oprócz gór, drzew i śniegu. Nie wiedziałam, czym dokładnie było wcześniej, ale okazało się, że i strażnicą pograniczników, i hutą szkła założoną przez niemiecką rodzinę dawno temu, i leśniczówką, a dla mnie osobistym końcem świata, gdzie dało się poczuć kompletny bezruch, ciszę, jakiej wcześniej nie znałam, i widzieć ciemność, jakiej nigdy nie widziałam, a od tamtej pory również scenografią wielu moich snów. Stojąc tam w nocy, miałam wrażenie, że to tam świat chodzi spać.
Dla niego było to miejsce wielkiego wybuchu.
Ja i Marta spałyśmy w jednym z trzech czy czterech stojących tam budynków; miał on już swoje lata, mały kamienny ganek, na który wychodziłam rano z kawą na papierosa, i stare skrzypiące schody niosące dźwięk każdego kroku.
Mieszkał tam jeszcze mistrz drugiego planu, cichy i skradający się jak kot, starszy pan z Norwegii w sweterku z norweskim wzorkiem oczywiście, który w teatrze naszego życia był świadkiem, sam pewnie nie wiedział czego, i który to akurat nie uciekł z Decathlonu, oraz wesoły barman Krzysztof, którego nigdy nie zapomnę. Już nigdy potem to miejsce nie było tak puste.
Tak więc byłyśmy na końcu świata, na totalnym odludziu, więc tego, co stało się potem, nie spodziewał się nikt. I często mnie zastanawiało, jak to jest, że los poplącze z kimś twoje drogi, nawet jakby człowiek schował się gdzieś przed całym światem. Czy ktoś rusza nami jak pionkami, kształtując nasze losy, tak żebyśmy kiedyś, właśnie tego dnia, mogli się gdzieś pojawić, kogoś spotkać, coś zobaczyć?
Późnym wieczorem piłyśmy herbatę, kiedy z marazmu po ciężkiej nocy i godzinach tułaczki wyrwało nas pukanie. Otworzyłam drzwi, a w nich stał mężczyzna, który ewidentnie próbował sklecić zdanie, ale za bardzo nie wychodziła mu żadna składnia. Po ogromnym wysiłku umysłowym zrozumiałyśmy, że zaprasza nas na saunę, co nie było głupim pomysłem, ale ustaliliśmy, że sauna będzie jutro, bo tamtego dnia nie miałyśmy siły już na nic, a do tego byłyśmy po kilkugodzinnym szkoleniu teoretycznym z jeżdżenia na nartach. A on, pukając, już dobrze wiedział, do kogo przyszedł, bo wieść, kto przyjechał, szybko się rozniosła.7
Następnego dnia przed wyjazdem na narty udałam się do głównego budynku na kawę, gdzie spotkałam naszego nieznajomego gościa z poprzedniego wieczoru, ujrzanego w świetle dziennym i migającego mi po oczach swoją obrączką.
Wydało mi się to niesmaczne, że tak zaprasza obce dziewczyny na saunę, mając żonę, ale cóż, pomyślałam, że może to ja jestem jakaś skostniała w swoich poglądach, a sauna to przecież tylko sauna. Do niedawna i ja byłam jeszcze żoną i jakoś nie widziałam swojego męża samego na nartach zaczepiającego dziewczyny.
Ale od sauny dzielił nas cały dzień i spotkaliśmy się jeszcze parę razy. Znam tę nerwowość w ruchach, kiedy człowiek jest blisko kogoś, kto mu się podoba, i zachowuje się jak rozemocjonowana, zaaferowana wiewiórka, udając, że coś robi, coś mówi, gdzieś idzie, że to wszystko jest po coś i ma jakiś inny cel, kiedy wynajduje się dziwne preteksty do rozmowy, do bycia blisko. I tak było teraz. Uparł się, żeby nasmarować nam narty. Mnie było wszystko jedno, jechały i bez smarowania, i nie rozumiałam jeszcze wtedy całego zamieszania.
Sauna była wolnostojącym w śniegu domkiem nad rzeką. Dwa dni wcześniej nie spodziewałam się, że będę pływać zimową nocą w potoku górskim, a jednak. Na saunie było nas trochę, zbieranina przypadkowych ludzi, było piwo Łomża i było wesoło. On siedział wyżej. On, całkowicie nieznajomy mi jeszcze człowiek. W pewnym momencie zgasło światło, a on, korzystając z okazji, że nikt nie widzi, dotknął mojego ramienia palcem w tej ciemności i tak trwaliśmy przez jakiś czas. Ja znieruchomiałam, bo zaczynałam rozumieć jego intencje, a ten palec był jak jakieś urządzenie transmitujące nasze myśli, które nas na chwilę połączyło. I nie był to przypadek, ale to, że zgasło światło, już tak. To było jak deklaracja słowna ujawniająca wszelkie zamiary, ale z drugiej strony śmieszna, bo człowiek może sobie myśleć, że to przypadek, a reszta dzieje się w jego głowie, że przecież to takie nic, niby nic… a jednak.
Że jednak, dowiedziałam się wkrótce.
Sauna przerodziła się w wesołą imprezę z pigwówką w naszym pokoju w warunkach głębokiego PRL-u w wersji zimowej. On mnie już chciał, co często werbalizował, mówiąc o tym Marcie:
– Ale ja ją chcę, tak bardzo chcę, i co mam zrobić?
Na co ja mówiłam:
– Weź, Marta, zabierz już stąd tego pana.
I wtedy było to jedynie śmieszne, a ja mu mówiłam, że wygląda na takiego, który nawet całować się nie umie dobrze. Taki wesoły, wyjazdowy klimacik. On wtedy jeszcze był dla mnie tylko niezrozumiałym konceptem, jakimś tam mężczyzną, bardzo wysportowanym, co prawda, innym niż wszyscy i do tego żonatym, więc nie rozumiałam tej dziwnej dynamiki i myślałam, że to tylko żarty.
Jak to jest, że ktoś nam się podoba, że wybieramy tego, a nie innego. Może nasze życie jest utkane z tysięcy obrazów, wierszy i filmów nakładających się na siebie latami, które widzimy od wczesnego dzieciństwa, i tworzy się z nich zlepek idealnej kobiety lub mężczyzny. Jakiś uśmiech zapamiętamy na zawsze, czyjeś oczy wryją się nam w serce, albo długie, czarne, rozwiane włosy na wietrze widziane gdzieś przez chwilę, brwi jak skrzydła ptaka, czyjeś buty lub ręce albo sukienka ze starych zdjęć. Jedni lubią kręcone włosy, inni zielone korale, bo może mama albo jakaś pani raz zobaczona na plaży miała właśnie takie.
Ja pamiętam buty mojego taty widziane z perspektywy sanek, takie trapery w kolorze karmelowym, pod którymi skrzypiał śnieg. Pamiętam obcisłe, ciemne jeansy biodrówki mojej cioci w zestawie z czarnym golfem, szelmowski uśmiech mojego wujka, taki sam jak uśmiech Nikosia granego przez Tomasza Włosoka.
U mnie to wszystko złożyło się chyba na obraz jakiegoś nieszczęśnika-buntownika, Cybulskiego, mężczyzny kochającego muzykę, z którym „można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko”3, nie gogusiowatego, nie korpoludka z samochodem, pnącego się po szczeblach kariery w garniturze, ale leśnego też nie, trochę niedzisiejszego, bez kont w mediach społecznościowych, czytającego książki, samotnika, nieodkrytego jak tajemnicza wyspa, niepraktycznego. Takiego filozofa, wrażliwca, ale nie tam jakieś chucherko, które młotka nie umie trzymać – męskiego i wysportowanego, ale ruchem i życiem, a nie godzinami na siłowni, z karkiem uniemożliwiającym skręt szyi, bez gracji i delikatności ruchu.
Co ciekawe, jeżdżąc w góry i wiele razy stojąc na peronie we Wrocławiu, dowiedziałam się, że to ten sam peron, na którym zginął Cybulski.
Igor był idealną kombinacją wszystkiego – piekielnie inteligentny, czytający książki i wysportowany.
Tak, ten sportowy sznyt był chyba ważną częścią składową wszystkiego, a on nosił trekkingowe spodnie i trapery, i wyglądał jak mężczyzna, a mi to robiło najwyraźniej to, co innym kobietom robi mundur marynarza. Nogi w takich butach i spodniach to jak manifest mówiący: „przemierzyłem setki kilometrów, jestem nieustraszony i wyciągnę cię znad przepaści”.
Potem jeszcze z Kaśką rozmawiałyśmy na temat nóg męskich przy okazji jakiegoś programu, którego nigdy nie widziałam, a w którym kobiety wybierają mężczyzn jedynie po kształtach nóg. I ona wysyłała mi screeny, pisząc:
– Ten, na bank ten, a ten na bank nie.
I zawsze zgadywała.
Kobiety, rozmawiając o mężczyznach, skupiają się na wielu rzeczach, a prawie nigdy na nogach, a nogi okazały się piekielnie ważnym elementem i wiele można z nich wyczytać.
Moje zapatrywanie na ten temat było takie, że są dwa rodzaje mężczyzn, że „albo cię wezmą z twoimi nogami i stopami do grania statysty w Troi i biegania w sandałach, albo nie. Albo masz nogi Achillesa, albo smutne blade nogi urzędnika w miękkich papciach, znające jedynie ciemność spodni, machające smutno pod blatem biurka, splątane w kablach od komputera, podczas kiedy on zabija smoki na ekranie”.
Tak więc on miał stopy jak rzymski wojownik, uda jak dwa dęby i w spodniach trekkingowych wyglądał obłędnie, ale w śliskich gatkach, w których biegał, już niekoniecznie, bo przypominał trochę cyrkowca.
Dzień po imprezie spędziliśmy we trójkę z Martą, w piżamach, przewalając się na łóżkach w naszym sześcioosobowym pokoju, w którym jakimś cudem tamtej zimy byłyśmy tylko dwie, dogorywając po pierwszych nartach, saunie i imprezie, a Igor donosił nam do pokoju naleśniki na zmianę z pierogami, ponieważ ewidentnie nie zamierzał odpuścić sobie tej znajomości.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
------------------------------------------------------------------------
1.
3 Edward Stachura, Z nim będziesz szczęśliwsza, „Wiersze, poematy, piosenki, przekłady”, wydawnictwo Czytelnik, Warszawa, 1982 r.
Jak na Tralfamadorii, gdzie „śmierć jest tylko złudzeniem, a człowiek żyje nadal w przeszłości”, gdzie „wszystkie chwile, przeszłe, obecne i przyszłe, zawsze istniały i zawsze będą istnieć, a Tralfamadorczycy mogą oglądać te różne chwile tak, jak my możemy oglądać na przykład Góry Skaliste i mogą wybierać te spośród nich, które ich w danej chwili interesują”, bo „to tylko my na Ziemi mamy złudzenie, że chwile następują jedna za drugą, jak korale na sznurku, i że chwila raz przeżyta jest stracona na zawsze”1, umiem się cofnąć do siebie sprzed lat, wybrać chwilę, którą pamiętam, kiedy zastanawiałam się, co będzie dalej, do siebie niewiedzącej, co się wydarzy za chwilę, za pięć lat, i odpowiedzieć na nurtujące mnie wtedy pytania; mogę się cofnąć do osoby, dla której przyszłość była wielkim, niezapełnionym jeszcze płótnem, popatrzeć na siebie jak duch biorący udział w tej sytuacji, stojący gdzieś obok, jak niewidzialny gość patrzący na siebie z boku. I w żadnym wariancie swojego przyszłego życia nie przewidziałam większości rzeczy, które mi się przytrafiły.
Są ludzie, którzy żyją jednym życiem, w jednym mieście, mają jedną pracę i jeden zestaw znajomych, i są też tacy, których życie rzuca po świecie i którzy podlegają nieustannym zmianom, którym coś się dzieje, nawet jeśli nie robią nic. To ja. Jedyne, czego się nauczyłam, to to, że życie jest nieprzewidywalne. Człowiek może sobie planować i planować, a na końcu i tak słychać ten sam znajomy chichot losu. Ale jak to mówi jedno z czterech duchowych praw indyjskich – to, co się wydarza, jest jedyną możliwą rzeczą, która mogła była się wydarzyć, więc wierzę, że idę dobrą drogą, choć krętą, i gdzie, to jeszcze nie wiem. Chociaż czasem, jak obserwuję innych ludzi i ich życie, choroby, bezdomność i wszelkie tragedie, dzieci w krajach Trzeciego Świata, to już sama nie wiem, czy ta teoria ma sens.
No więc wariant – studia, praca, mąż, dom i dzieci, i najlepiej w tej właśnie kolejności, zupełnie nie wypalił, może nie aż tak do końca, ale kompletu punktów nie zdobyłam, a nie powiem, że się nie starałam lub że robiłam jakieś wyjątkowe uniki. W jakimś stopniu nie wypalił mi, nie wypalił Oldze, nie wypalił Laurze, nie wypalił Poli, tylko Kaśka zdobyła wszystkie punkty w tej grze i zawsze podkreśla, że wszyscy powinni żyć jej trybem i że wtedy byłoby dobrze. Tak… próbujemy.
Laura ma kota, Olga za dużo energii, Pola dzieci i psy, ja tylko psy, ale mężczyzny, który by był i trwał, ni widu, ni słychu. Większość ma chyba zakodowane biologicznie czy społecznie, że tak po prostu trzeba. A może wcale nie trzeba? Bo byli też i tacy, którzy w tej grze komplet punktów zdobywali, często wysilając się ponad miarę i zatracając gdzieś po drodze siebie, brali byle co, byleby wynik się zgadzał, ale szczęścia na końcu widać nie było. I do końca nie wiadomo, czemu tak wyszło, czy to chichot losu, jak mówi Olga, przypadek, czy przeznaczenie, czy może wina jakichś traum z dzieciństwa, których my, dzieci lat osiemdziesiątych, mamy dużo.
A wtedy mało kto znał się na psychologii… Może to i dobrze, bo teraz jest Internet i teraz znają się wszyscy. Nikt się nie rozwodził. Nikt nie jeździł do dżungli w poszukiwaniu sensu życia, nie był, kurwa, bez przerwy na drodze ku odnalezieniu siebie, nie był w pięćdziesięciu różnych związkach, nie znał angielskiego, a jak angielskiego, to i terminu friends with benefits.
Nie bardzo wiem, czy to tak w ogóle wypada używać słowa „kurwa”, mojego ulubionego, bo to r i ta możliwość przeciągnięcia pierwszej sylaby jak żadne inne oddają złość, frustrację i inne emocje, więc zapytałam Laurę. Ona zamyśliła się na moment, zbierając myśli, i po chwili odparła śmiertelnie poważnie:
– A wiesz? Chuj wie…
Tak więc, kontynuując… Nikt nie wiedział, co to mindfulness, bo nie potrzebował, nie podróżował do Indii, nie próbował stu różnych diet, nie pił sojowego latte, nie korzystał z mądrości życiowych z podcastów albo Tik Toków i nikt nie był narażony na medialny bełkot internetowych guru.
Wtedy jeszcze umiałam czytać książkę przez pięć godzin ciągiem. Teraz już nie umiem. Teraz oglądam film na Netflixie z kilkoma przerwami.
Nikt nie wiedział, czy go rodzice przypadkiem nie skrzywdzili w dzieciństwie, bo nikt nie korzystał z psychoterapii. Nikt nie był świadomy swoich ran. Może ktoś jednak był… nie wiem… Pokolenie naszych rodziców było pokoleniem powojennym i skupiano się głównie na zaspokajaniu podstawowych potrzeb życiowych, jedzeniu, ubraniach i Bóg wie, na czym jeszcze. Ja jestem z pokolenia przełomu, że tak to określę, kiedy nie było nic, a potem nagle było wszystko i było to śmieszne żyć w kraju, który tak nagle i tak szybko się zmienił.
Świat zachodni, zagranica, był jak magiczna, boska kraina. Ja… dziecko z doszywanymi rękawkami, robionymi na drutach do za małych kurteczek, noszonych uprzednio przez trzy inne osoby, jedzącym marchewkę z cukrem jako deser i bawiące się jednymi klockami, a potem marzące o jeansach – takich prawdziwych – i paczkach z Ameryki, do której wyjechali prawie wszyscy ojcowie. Akurat nie mój, więc paczek nie było. Może to i dobrze, bo większość z tej Ameryki nie wracała. Były za to puszki po niemieckim piwie i Coca-Coli ustawione w trzech rzędach na górze zaawansowanego sprzętu meblowego zwanego tapczan-półką, który wyprzedzał myśl techniczną, nawet chińską, o lata świetlne, opakowania po czekoladach dostawane jako prezenty. Nie, podkreślam, nie czekolady, a opakowania, i jaka byłam wtedy szczęśliwa. Czego to człowiek nie wymyśli, żeby zaznaczyć swoją pozycję społeczną… Ale daliśmy radę. Bluza z Myszką Miki była tak ważnym fashion statement jak teraz dobra torebka, zrobione brwi czy logo Guessa wśród licealistek. Mówiła – mam kogoś w Ameryce, więc mam kasę. Czyli my generalnie kolekcjonowaliśmy śmieci i byliśmy z tego powodu jeszcze dumni.
Zestawienie naszej choinki, za którą nawet patyczak nie byłby w stanie się ukryć, o kolorystyce bombek szkoda nawet wspominać, z choinką z Burdy, koniecznie dwukolorową, całkowicie eliminującą jakikolwiek nieporządek, przypadkowość i chaos, plus koniecznie do tego szczęśliwa niemiecka rodzina z dziećmi nieprzypadkowo pięknymi, ubranymi, a jakże, pod kolor… było druzgocące. Rodziło to jakiś smutek i rosnące zdziwienie porządkiem świata, ale i marzenia, i ambicje, i kreśliło mgliście majaczący cel o życiu jak z tego obrazka. A za rogiem czekał nieznany świat, którego nawet nie potrafiłam objąć wyobraźnią, ale zawsze byłam bardzo ciekawa, co będzie dalej, bo zawsze coś było, i było zawsze inne, niż przewidziałam. I teraz już trochę wiem.
Przed ważnym wydarzeniem zakładałam trzy możliwe warianty rozwoju sytuacji. I co? Zawsze wydarzał się ten czwarty, o którym nawet nie pomyślałam.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2003 r.2
Książka ta rozpoczyna się pierwszego czerwca w burzy. Rok temu burzy nie było. Było parno i duszno, i bardzo słonecznie. Miałam na sobie białą, długą sukienkę bez ramiączek, dzianinową w cienkie poprzeczne złote paski, którą uprzednio, w ramach wyrażenia aprobaty, obejrzały trzy koleżanki, oczywiście oddzielnie, tak żeby nic nie wpływało na ich opinię. Wtedy jeszcze nie byłam świadoma tego, co się wydarzy, ale teraz właśnie zdałam sobie sprawę, wtedy jeszcze nie wiedząc, że może jednak wiedziałam… albo jakaś część mnie podświadomie wiedziała, bo kto tak starannie wybiera sukienkę… I kto by przypuszczał, jak ważna będzie to sukienka.
Każda sukienka, jaką mam, ma swoją historię, jest jak część mnie, jak moja druga skóra. Czasem coś widzę i zanim kupię, już wiem, że to będzie część mojego życia, że ta rzecz weźmie udział w jakimś ważnym wydarzeniu, choć jak śpiewają w piosence „nie pójdzie ze mną na drugą stronę”2. I zazwyczaj mam rację. Ale dzisiaj wyrzuciłam buty. To nietypowe dla mnie, bo w większości przypadków ciężko mi się rozstać z czymś, co przeżyło ze mną coś ważnego i wyjątkowego, i oprócz mnie jest jedynym świadkiem tego wydarzenia, a wyrzucając ten przedmiot, boję się, że sama zacznę wątpić, czy to w ogóle miało miejsce i czy jest to jeszcze prawdą, czy już tylko moją wyobraźnią.
Jego perfum, z bardzo silnie wyczuwalnym jabłkiem w nucie głowy, jeszcze nie wyrzuciłam. Natomiast buty były brazylijskie, na niedużym obcasie, beżowe, ażurowe piękną wycinanką, a on na randkę zabrał mnie w tych butach do lasu, a może to był park… bo chciał mi pokazać, gdzie biega, bo biegał, kiedy jeszcze bieganie nie było tak popularne.
A że las był w Gdańsku, same górki i dołki, to but pękł pod naporem podczas schodzenia, a drugiego obsikał mi Alfons, pies Kaśki, szalony pies ze schroniska, którego pierwszy raz poznałam, jak zgłosiłam się, całkowicie nieświadoma tego, co mnie czeka, na ochotnika do popilnowania go.
Tak zupełnie przy okazji dostał wtedy zastrzyki, ponieważ okazało się że zamasturbowywuje się do krwi. Zastrzyk udał się tylko pierwszy. Potem, zorientowany, co go czeka, już nigdy na to nie pozwolił, broniąc żarliwie swoich klejnotów.
Tak burzliwie zaczęła się nasza znajomość. Znajomość z Kaśką też zaczęła się właściwie burzliwie, ale tylko dlatego, że był to dla mnie wyjątkowy rok.
Poznałyśmy się na studiach jeszcze w poprzednim tysiącleciu i od tamtej pory była, ale nie jak przyjaciółka, a bardziej jak zaginiona siostra, i wiele wina razem wypiłyśmy, w wielu morzach pływałyśmy, wiele razy taczałyśmy się ze śmiechu, widziałyśmy się w stanach różnych i w całej rozpiętości sytuacji, od występowania razem na scenie, całego studenckiego życia rozrywkowego, po porody i uroki macierzyństwa. Pamiętam, jak była w ciąży, i chodziłyśmy do kina, a ona co jakiś czas udawała, że rodzi, bo wiedziała, że efekt był natychmiastowy: ja automatycznie lądowałam przed nią na kolanach, a ona zataczała się ze śmiechu, że działało za każdym razem, i mówiła:
– Ale co ty, kurwa, myślisz, że tak wypadnie?
W tym parku w Gdańsku siedzieliśmy w jakimś amfiteatrze, całowaliśmy się namiętnie i tego dnia zjadły mnie meszki. Całą.
I buty te trzymałam dziesięć lat do dzisiaj z sentymentu, chociaż kupiłam po ciężkich poszukiwaniach drugie takie same. Nie wiem, co stało się dzisiaj, że poczułam się gotowa z nimi rozstać, czemu akurat dzisiaj. Teraz pójdziemy w dalszą drogę już oddzielnie.
------------------------------------------------------------------------
1.
2 Zakopower, Boso, z albumu „Boso”, 2011 r.3
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po wyprowadzce mojego męża, było kupienie nowych butów i jeszcze paru rzeczy. Mam je do dziś i pamiętam bardzo silną potrzebę mojej nowej skóry, mojego nowego ja na dalszą drogę. Żeby nie uczestniczyć w tym przykrym akcie wyprowadzki, pojechałyśmy z Kaśką na kawę, a po powrocie po prostu minęliśmy się w drzwiach. I tyle. Tak zakończyło się moje siedmioletnie małżeństwo.
Miałam wino na smuteczki. Czekałam, ale smuteczki nigdy nie nadeszły. Nadeszła jedynie ulga i rozpoczął się nowy rozdział mojego życia. Mając lat trzydzieści, męża, stałą pracę, nie spodziewałam się żadnych gwałtownych zmian i przypuszczałam, że moje życie będzie wyglądało podobnie do samego końca w pełnej rutynowej stabilizacji przerywanej rodzinnym wydarzeniem typu chrzciny, urodziny.
Z mojego małżeństwa najbardziej pamiętam sylwestry, kiedy, prawie zawsze na jakiejś domówce, stałam na mrozie na balkonie, paląc i pijąc szampana, najczęściej sama, podczas gdy mój mąż zabawiał wszystkich, lecz nigdy nie mnie, patrząc w dal i czując się straszliwie samotna, a uczucie, które mi towarzyszyło nieustannie i które czułam najbardziej, gdy wpatrywałam się w sylwestrowe niebo, to że moje życie jest gdzieś daleko stąd, a to nie moje plemię, nie moi ludzie, i zawsze miałam taką myśl, że co ja tu, kurwa, robię… A znam dobrze przeciwieństwo tej myśli, jak człowiek jest tam, gdzie powinien być, i nie chciałby być nigdzie indziej, że to, co robi i z kim w danej chwili, jest najbardziej optymalną z wszelkich optymalnych opcji, i że lepiej nie mogłoby już być. I tragedią jest przeżycie czegoś takiego, a potem szukanie tego nieustannie i łapczywie, kiedy się to straci.
Takie momenty szczęścia nie są oczywiste w momencie ich trwania. Dopiero po czasie przychodzi świadomość, czym one były i że właśnie w życiu zdarzyła się kumulacja szczęśliwości, że wszystko naraz zagrało idealnie. A potem człowiek jak niewidomy lata po świecie, po omacku, szukając ich bez mapy, i tylko ten jego ruch może go przypadkiem naprowadzić na kolejny taki moment, lub też nie.
Wiele razy po tym rozstaniu nie umiałam sobie właściwie odpowiedzieć, co czuję. Wydawało mi się, że nie czuję zupełnie nic, ale umiałam to zobaczyć. I na początku w nocy wchodziłam do morza, najpierw po kolana. Nie chciałam, ale wiedziałam, że muszę. Potem byłam już głębiej, a jeszcze później nie było już brzegu i tkwiłam w tej wodzie w ciemności, bo taki obraz sama podsuwała mi wyobraźnia, i nie wiedziałam zupełnie, co mnie z tej sytuacji wyratuje, czy będzie to okręt podwodny floty amerykańskiej, czy dopłynięcie do bagnistych brzegów Florydy. Ale pewnego dnia, będąc w tej wodzie i zakładając cały czas, że jestem pośrodku oceanu, dotknęłam dna i okazało się, że ocean był jedynie kałużą, a ja wstałam i poszłam jak Sandra Bullock w Grawitacji.
Ten ocean był duży i trudny do przepłynięcia nie z powodu złamanego serca i bólu rozstania, ale raczej dlatego, że skończyło się kolejne znajome życie, znajoma rzeczywistość, do której się człowiek przyzwyczaił, jakieś ramy stabilizacji i bezpieczeństwa, i było to przedziwne uczucie, nie mieszkać już z kimś, z kim mieszkało się tyle lat.
Poznaliśmy się, jak jeszcze byłam studentką. On był starszy, ale nie za bardzo zaradny życiowo, wiecznie rozdarty emocjonalnie. Być może był plastrem na złamane serce, bo czasem człowiek czuje, że nic podobnego kalibru go już nie spotka, i potrzebuje gdzieś lizać rany, ale słaby był to plaster, bo ran jedynie przybywało z każdym rokiem. Miał, co prawda, swoje zalety, ale wad po stokroć więcej, i tak się dopasowywaliśmy do siebie przez wiele lat, nie mogąc się dopasować, bo byliśmy zupełnie innego kształtu. Jemu przeszkadzało wszystko we mnie, mi w nim, i nikt do tej pory nie wie, dlaczego w ogóle byliśmy razem, nawet ja.
Dobrze nam się rozmawiało, mieliśmy podobne zainteresowania, ale to nie był mężczyzna, który dawał kobiecie spokój. Dawał jedynie wieczną niepewność, rozdygotanie i niepokój, takie uczucie, że chociaż nie działo się nic złego, to wiecznie było źle, w powietrzu wisiało nieustannie jakieś napięcie, a moje ciało rzadko bywało zrelaksowane.
I jak już się jest w długoletnim związku, który jakoś tam funkcjonuje, to mimo niezadowolenia człowiek czasem nie jest aż taki skory ani odważny do zmiany przez to zasiedzenie. Wokół was buduje się cały nowy świat zależności, znajomych twarzy, wspólnych miejsc, zwyczajów i codzienności i czasem trudniej rozstać się właśnie z tym światem mimo braku miłości, i niektórzy tak trwają, czując, że to nie to życie, że to wszystko nie tak. Ale to nie ja. Ja lubię zmiany.ORLE
4
Drugą rzeczą natomiast, którą zrobiłam po rozwodzie, był wyjazd na biegówki, i po nim, po wielu latach, przestał śnić mi się Londyn.
A sny o Londynie były zawsze takie same. Chciałam gdzieś dojść, do jakiegoś miejsca nad Tamizą, ale zawsze już było za późno, bo pojawiły się inne plany, bo trzeba było już wyjeżdżać i brakowało czasu, a ja budziłam się sfrustrowana, że znowu się nie udało. Do tej pory nie wiem, o jakie miejsce mogło mi chodzić, i czy sama go sobie nie wymyśliłam, bo wyglądało trochę jak grecki amfiteatr z kolumnami i schodami prowadzącymi prosto do rzeki, a ja we śnie wiedziałam, że ono tam jest, i bardzo pragnęłam je zobaczyć.
Z biegówkami to nie był przypadek. Miałam takie wspomnienie z dzieciństwa, szczęśliwe i błogie, kiedy to zimy jeszcze były długie i śnieżne, jak wujek zabierał mnie i moją siostrę cioteczną Polę do lasu na wiele godzin na narty – narty z kiosku, plastykowe – i czekał na nas na granicy, aż dojedziemy. Więc dojechać musiałyśmy, bo nikt nie miał telefonów i żadne śmigłowce nie szukałyby nas w lesie, a wiemy, ponieważ nieraz przyszło się nam gdzieś zagubić. I nie było to jedyne wspomnienie z Polą, bo takich historii mamy tysiące.
Pola była dużo wyższa i wyglądała według mnie jak Kora. Była też ciut starsza, więc zawsze jako pierwsza miała kontakt ze wszelkimi nowinkami muzycznymi i całą resztą nowości, które nowościami były dla nas jedynie dlatego, że byłyśmy właśnie na progu odkrywania życia i wszelkich jego zakamarków. Tak więc odkrywała ona, a ja nie musiałam, ponieważ byłam po prostu informowana. W większości sytuacji nie byłam niestety gotowa ani mentalnie, ani emocjonalnie, więc mogę tylko powiedzieć, że moje odkrywanie życia przebiegało sprawnie, lecz czasami zbyt gwałtownie.
Pamiętam na przykład, jak wystylizowana na zbuntowaną hippiskę z żarówką na rzemyku na szyi, mającą chyba oświetlać jej drogę ku duchowemu oświeceniu, pokazała mi musical Hair, który burzył wtedy ramy mojego dotychczasowego pojmowania życia i pokazywał świat, jakiego jeszcze nie znałam, ale nie bardziej niż miejsca i ludzie, których widziałam, kiedy ona już była zaawansowaną licealistką, a ja nadal grzeczną dziewczynką z podstawówki, którą ciągała po knajpach w swoim mieście, gdzie siedzieli długowłosi, punkowi, rockowi ludzie. Dała mi Doorsów, Maanam, Jimiego Hendrixa, Pearl Jam, Creedence Clearwater Revival, Micka Jaggera i Janis Joplin.
Była do tego nieustraszona, więc jak wymyślała plan, często szalony, to ja musiałam się dostosować, jako że byłam młodsza i nie miałam nic do gadania. A wymyślała różne rzeczy. Wycieczki stopem do innych miast, na które ciągała ze sobą dwunastoletnią rozdziawę, podczas gdy nasi rodzice nie mieli najmniejszego pojęcia, co można zrobić w czasie ich pobytu w pracy. Wykradanie samochodu rodzicom i pozwalanie mi nim jeździć, na szczęście chyba tylko po jakichś bezdrożach. Nagie kąpiele w jeziorze. Spacery przez oblodzone jezioro, gdzie ona szła, a ja leżałam najczęściej na środku, bo tam kończyła się moja odwaga i protestowałam na próżno, odmawiając dalszych ruchów. Wycieczki PKS-em zimą, żeby zbudować igloo i pojeździć na cholernie ciężkich sankach – chyba do przewozu świń, wykradzionych gdzieś komuś na odludziu – z gigantycznych górek.
Pamiętam, że wtedy do domu już nie wróciłyśmy, bo śnieg zasypał wszystkie drogi prawie do pasa i musiałyśmy nocować u jakichś ludzi, którzy na szczęście mieli telefon. Do tej pory dziękuję Bogu, że nie było wtedy TVN-u, bo nasi rodzice byliby bohaterami co drugich Faktów.
Oprócz szalonych przygód, ta znajomość nauczyła mnie wielu przydatnych umiejętności, ponieważ epicentrum wszystkiego był zazwyczaj Poli rodzinny dom nad jeziorem, gdzie trzeba było cały czas coś robić, tak że zbudowanie pomostu, malowanie, bejcowanie, pływanie łódką, pielenie, sadzenie, strzelanie, rąbanie drewna i szereg innych umiejętności miałam opanowane.
Najbardziej lubiłam leżeć z nią na mchu, słuchać muzyki na słuchawkach od walkmana i udawać, że zbieramy jagody. W chwili, którą zapamiętałam, słuchałyśmy akurat Mad About You Stinga.
I odjeżdżał powoli ten świat trabanta, PKS-ów i śniegu po pachy w siną dal, a my z Polą wkraczałyśmy w dorosłość i pisałyśmy do siebie listy po angielsku, tak żeby przypadkiem nasi rodzice nie dowiedzieli się o dziwnych meandrach naszego życia uczuciowego, jak i o innych niecnych występkach.
Do dziś pamiętam to niesamowite uczucie po powrocie do domu z nart po wielu godzinach w mroźnym lesie; domu, gdzie światło rozlewało się złotym półmrokiem po ścianach, gdzie pachniało jedzeniem, gdzie panował gwar i wszyscy wesoło rozmawiali, a ja się powoli roztapiałam w nieopisanej błogości jak mały bałwanek i mogłam, tak leżąc, sobie spokojnie odtajać.
Tak to zapamiętałam i postanowiłam spełnić to marzenie jako drugą rzecz po rozwodzie, bo chyba te momenty szczęśliwości wiszą w naszej głowie jak świetliki, a potem całe życie szukamy do nich powrotu, jak do domu. Tak więc postanowiłyśmy pojechać w góry z Martą.5
Martę znałam już jakiś czas. Widywałyśmy się to tu, to tam, ale nigdy nie byłyśmy zbyt blisko.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie zupełnie niespodziewanie i oznajmiła, że jest na piwie w centrum, w Dziupli, i żebym wpadała. Tak więc wpadłam. Rozmowa zeszła na tematy wyjazdowe i w dwóch zdaniach postanowiłyśmy pojechać razem.
Decyzja była szybka i stanowcza, podejmowana tak, jak robili to bracia mongolscy z książki, którą czytał mi Krzysiek… chyba jego ulubionej. Kiedy to jeden z nich powiedział coś, a reszta mu zawtórowała: „tak, zróbmy to”, ufając mu bezgranicznie. A mieli chyba zabić człowieka… Nie tam jak jakieś rozlazłe, niezdecydowane pipy. Jak mężczyźni.
Takie też decyzje podejmowałam ja – często głupie, pełne pyszałkowatej hucpy, ale szybkie i bardzo stanowcze, jak cięcie mieczem. Bardzo ufałam swojej intuicji, rzucałam się jak liść na wiatr i dawałam się prowadzić, ufając, że stąpam po niewidzialnej pajęczynie tkanej dla mnie przez los, która ma mnie gdzieś doprowadzić. Może ma, może nie ma… tego nie wie nikt.
A może tak sobie po prostu tłumaczyłam brak rozsądku i instynktu samozachowawczego, bo wszędzie lazłam i wychodziłam poturbowana, okradziona albo z przygodami. Lazłam i nie bałam się konsekwencji, ryzyka, cierpienia, poparzenia i nie wiedziałam, jak to jest żałować, że czegoś się nie zrobiło.
Tak więc ona powiedziała:
– Jedźmy.
A ja jedynie odparłam:
– Dobra!
Bez zdań typu: „Ale wiesz, jeszcze pomyślę” lub mojego najbardziej znienawidzonego: „zobaczymy”.
Z tych wakacji było dużo pięknych zdjęć, które zamieściłam na Facebooku i które lata później wiele razy oglądał on. Bardzo lubił to, na którym idę boso z papierosem w ręku. Żeby zobaczyć tam tego papierosa, trzeba to zdjęcie było powiększyć o miliard pikseli.
W górach wcześniej byłam tylko raz, na jakimś obozie w liceum, na który pojechałam za karę z Sylwią, żeby oczyścić płuca od papierosów. Wolałam oczywiście plażę. Nie rozumiałam, kto normalny w upale chciałby chodzić po górach i po co. Zrozumiałam później.
Naszymi opiekunami byli jakiś pan Mirek czy Mietek z żoną. Oboje chudzi, bladzi i ubrani, nie wiadomo dlaczego, jak leśne ludki… może był to rodzaj kamuflażu. Tylko przed czym się chcieli kryć? Do tej pory nie rozumiem zamiłowania polskich mężczyzn do koloru zielonego, sandałów i całej reszty ekwipunku smutnego, bladego, strudzonego Polaka. Dlatego później pewna góra została nazwana górą smutnych ludzi i tak się zastanawiam, czy jeszcze na nią kiedykolwiek będę miała okazję wejść, żeby się poradować.
Tak więc o górach nie wiedziałam za wiele.
Pociąg odjeżdżał o dwudziestej, a ja biegałam jak w ukropie, przebierając się po raz siódmy. W końcu skąd miałam wiedzieć, jak się ubrać, skoro pierwszy raz w życiu jechałam na narty. Moje wyobrażenia w tej kwestii musiały być chyba jakimś dziwnym połączeniem obrazów widzianych w telewizji – z Aspen lat osiemdziesiątych, jeszcze czarno-białych filmów z lat siedemdziesiątych z Zakopanem w tle albo scenerii zimowej z Doktora Żywago – skoro kożuch jawił mi się jako nieodłączny element tej estetyki, bo nie zdawałam sobie sprawy, że Decathlon już dawno opanował góry. A dylemat był duży, bo była to taka zima kiedy -20 stopni było jedynie normalne.
To chyba był ostatni rok takich mrozów i ostatni rok starych pociągów PKP, przynajmniej na tej trasie. Dla mnie również koniec pewnej epoki.
Kto dużo jeździł, ten wie, że te pociągi miały duszę, smutną, bo smutną, ale miały. „Pachniały” całą swoją kilkudziesięcioletnią historią i, co najważniejsze, miały przedziały, co gwarantowało jakąś kilkugodzinną intymność z totalnie obcymi osobami.
Ileż historii musiało się wydarzyć w takich pociągach, ile początków i ile końców. Ile rozmów durnych lub mądrych się w nich odbyło z obcymi ludźmi, którzy przez krótką chwilę byli częścią naszego życia. I zastąpiły je nowe, plastykowe twory, gdzie nigdy nie gaśnie światło, gdzie okna się nie otwierają, a klimatyzacja udaje powietrze i gdzie głos co chwila informuje o zbliżającej się stacji, tak jakbyśmy w piętnaście minut zdążyli zapomnieć o poprzednim komunikacie.
Właśnie tak jest… ma być lepiej, a jest jedynie gorzej. Nie wiadomo, czy taka historia mogłaby się wydarzyć w nowym pociągu.
Pociąg był prawie pusty. W przedziale siedziałyśmy same i po jakimś czasie potrzebnym do odtajania poczułam, że jest strasznie gorąco. Z powodu mrozu zamarzły wszystkie okna i nie dało się ich otworzyć. Woda w kranie również zamarzła, a grzało jak w piekarniku. Zrzucałam powoli wszystkie warstwy ubrane na mróz, aż zostałam bosa, a i to nie pomagało. Co innego okładanie się śniegiem zebranym na postojach.
Zgrzana i wysuszona jak rodzynek odkryłam wagon, gdzie nie grzali, i przeniosłam się tam, żeby chociaż na moment zasnąć. Udało się do czasu, aż zadzwonił telefon. To Marta odezwała się, by poinformować mnie o trzeciej nad ranem, że mój wagon został odłączony i muszę wysiąść. Tak więc nieprzytomna i bardzo niekompletnie ubrana wybiegłam na peron, gdzie stała Marta z walizkami.
Jakoś szczęśliwie udało nam się kontynuować podróż, ale po chwili wydarzyła się kolejna awaria. Cały mój bagaż został w rozgrzanym wagonie, a spać poszłam jedynie z torebką. Wtedy miało to sens. W nocy wiele rzeczy ma sens, a nad ranem już nie. Marta, wysiadając, nie wzięła kilku części mojego bagażu i na miejsce zajechałam, nie pamiętam już bez czego, ale na pewno bez kosmetyczki. Tak że pierwszą przygodę rozpoczęłam niewyspana po nocnej tułaczce, wysuszona i wkurzona.6
To, co zobaczyłam, gdy wysiadłam, było warte wszystkiego, tak jakbym jadąc z betonowych szarości, nagle znalazła się w jakiejś nieistniejącej, wymyślonej magicznej krainie, która była tak piękna, że po prostu nie mogła być prawdziwa. Mogłabym tam jechać nawet na stojąco lub doczołgać się na kolanach. Z jakiegoś durnego powodu pomyślałam, że w górach tak jest zawsze. Ale taki był tylko ten jeden dzień z wielu dni, które w przyszłości jeszcze spędziłam w tamtym miejscu, i cały czas czekam, żeby jeszcze raz coś takiego zobaczyć.
To było jak scena z bajki – oszronione drzewa świeciły w słońcu, a ich nienaturalnie jasna biel kontrastowała z bezchmurnym niebem tak mocno, że przez chwilę naprawdę nie byłam pewna, czy to rzeczywistość. Tak powitały mnie góry. A że okoliczności przyrody w każdej mojej historii miały ogromne znaczenie, to oczywiście pomyślałam, że to dobry znak.
Dostanie się na miejsce nie było proste, bo okazało się, że trzeba najpierw przejechać drugim pociągiem, a potem jeszcze przejść parę kilometrów w śniegu, na co z walizką na kółkach nie było szans.
Tak to jest, jak człowiek nie wie, gdzie jedzie. Ale nawet gdybym taką wiedzę miała, to na niewiele by się ona zdała, bo pewnie z ciężkim plecakiem też nie pokonałabym tych kilometrów w śniegu, tylko w połowie drogi walnęła się w jakąś zaspę.
Udało mi się po roku, kiedy formę miałam już znacznie lepszą, i to ledwo. Pod schronisko w górach podjechałam więc taksówką, rozjeżdżając przy tym tory. I nie, nie rozumiałam, co się właściwie wydarzyło i czemu był to aż taki problem. I czym, kurwa, były jakieś tory, o których słyszałam po raz pierwszy? I co było złego w moim kożuchu?
Wysiadłam w kozakach na obcasach, bardzo sportowo-kowbojskich jak dla mnie, nie szpilkach, ale na takim małym kwadratowym klocku, i do tego jak na moje standardy naprawdę niskim, bo więcej niż sześć centymetrów nie miał na bank. Innych po prostu nie miałam, ale tak to właśnie stałam się pośmiewiskiem już w pierwszych sekundach, znajdując się wśród tłumu w obcisłych, śliskich gatkach, wodoodpornych bluzach, chustkach, apaszkach, naklejkach, goglach, naszywkach i innych gadżetopierdach koniecznie z logo. Nazywałam ich później ludźmi, którzy uciekli z Decathlonu. Do tej pory nie rozumiem, czy aż tyle jest potrzebne, jak człowiek chce po prostu biec. Forrest Gump biegł i bez tego.
Po rozwodzie nie liczyłam na nic, nikogo nie szukałam i nie wiedziałam zupełnie, czego chcę. Nie miałam bladego pojęcia, w jakim kierunku poprowadzi mnie życie. Wiedziałam tylko, że chcę biec w śniegu, w ciszy, i wsłuchiwać się w rytm swojego serca. Chciałam, żeby zmroziło mi żyły, żebym mogła się w końcu gdzieś roztopić.
Miejsce było magiczne, daleko od cywilizacji. Nie było tam restauracji ani sklepów. Nie było właściwie nic oprócz gór, drzew i śniegu. Nie wiedziałam, czym dokładnie było wcześniej, ale okazało się, że i strażnicą pograniczników, i hutą szkła założoną przez niemiecką rodzinę dawno temu, i leśniczówką, a dla mnie osobistym końcem świata, gdzie dało się poczuć kompletny bezruch, ciszę, jakiej wcześniej nie znałam, i widzieć ciemność, jakiej nigdy nie widziałam, a od tamtej pory również scenografią wielu moich snów. Stojąc tam w nocy, miałam wrażenie, że to tam świat chodzi spać.
Dla niego było to miejsce wielkiego wybuchu.
Ja i Marta spałyśmy w jednym z trzech czy czterech stojących tam budynków; miał on już swoje lata, mały kamienny ganek, na który wychodziłam rano z kawą na papierosa, i stare skrzypiące schody niosące dźwięk każdego kroku.
Mieszkał tam jeszcze mistrz drugiego planu, cichy i skradający się jak kot, starszy pan z Norwegii w sweterku z norweskim wzorkiem oczywiście, który w teatrze naszego życia był świadkiem, sam pewnie nie wiedział czego, i który to akurat nie uciekł z Decathlonu, oraz wesoły barman Krzysztof, którego nigdy nie zapomnę. Już nigdy potem to miejsce nie było tak puste.
Tak więc byłyśmy na końcu świata, na totalnym odludziu, więc tego, co stało się potem, nie spodziewał się nikt. I często mnie zastanawiało, jak to jest, że los poplącze z kimś twoje drogi, nawet jakby człowiek schował się gdzieś przed całym światem. Czy ktoś rusza nami jak pionkami, kształtując nasze losy, tak żebyśmy kiedyś, właśnie tego dnia, mogli się gdzieś pojawić, kogoś spotkać, coś zobaczyć?
Późnym wieczorem piłyśmy herbatę, kiedy z marazmu po ciężkiej nocy i godzinach tułaczki wyrwało nas pukanie. Otworzyłam drzwi, a w nich stał mężczyzna, który ewidentnie próbował sklecić zdanie, ale za bardzo nie wychodziła mu żadna składnia. Po ogromnym wysiłku umysłowym zrozumiałyśmy, że zaprasza nas na saunę, co nie było głupim pomysłem, ale ustaliliśmy, że sauna będzie jutro, bo tamtego dnia nie miałyśmy siły już na nic, a do tego byłyśmy po kilkugodzinnym szkoleniu teoretycznym z jeżdżenia na nartach. A on, pukając, już dobrze wiedział, do kogo przyszedł, bo wieść, kto przyjechał, szybko się rozniosła.7
Następnego dnia przed wyjazdem na narty udałam się do głównego budynku na kawę, gdzie spotkałam naszego nieznajomego gościa z poprzedniego wieczoru, ujrzanego w świetle dziennym i migającego mi po oczach swoją obrączką.
Wydało mi się to niesmaczne, że tak zaprasza obce dziewczyny na saunę, mając żonę, ale cóż, pomyślałam, że może to ja jestem jakaś skostniała w swoich poglądach, a sauna to przecież tylko sauna. Do niedawna i ja byłam jeszcze żoną i jakoś nie widziałam swojego męża samego na nartach zaczepiającego dziewczyny.
Ale od sauny dzielił nas cały dzień i spotkaliśmy się jeszcze parę razy. Znam tę nerwowość w ruchach, kiedy człowiek jest blisko kogoś, kto mu się podoba, i zachowuje się jak rozemocjonowana, zaaferowana wiewiórka, udając, że coś robi, coś mówi, gdzieś idzie, że to wszystko jest po coś i ma jakiś inny cel, kiedy wynajduje się dziwne preteksty do rozmowy, do bycia blisko. I tak było teraz. Uparł się, żeby nasmarować nam narty. Mnie było wszystko jedno, jechały i bez smarowania, i nie rozumiałam jeszcze wtedy całego zamieszania.
Sauna była wolnostojącym w śniegu domkiem nad rzeką. Dwa dni wcześniej nie spodziewałam się, że będę pływać zimową nocą w potoku górskim, a jednak. Na saunie było nas trochę, zbieranina przypadkowych ludzi, było piwo Łomża i było wesoło. On siedział wyżej. On, całkowicie nieznajomy mi jeszcze człowiek. W pewnym momencie zgasło światło, a on, korzystając z okazji, że nikt nie widzi, dotknął mojego ramienia palcem w tej ciemności i tak trwaliśmy przez jakiś czas. Ja znieruchomiałam, bo zaczynałam rozumieć jego intencje, a ten palec był jak jakieś urządzenie transmitujące nasze myśli, które nas na chwilę połączyło. I nie był to przypadek, ale to, że zgasło światło, już tak. To było jak deklaracja słowna ujawniająca wszelkie zamiary, ale z drugiej strony śmieszna, bo człowiek może sobie myśleć, że to przypadek, a reszta dzieje się w jego głowie, że przecież to takie nic, niby nic… a jednak.
Że jednak, dowiedziałam się wkrótce.
Sauna przerodziła się w wesołą imprezę z pigwówką w naszym pokoju w warunkach głębokiego PRL-u w wersji zimowej. On mnie już chciał, co często werbalizował, mówiąc o tym Marcie:
– Ale ja ją chcę, tak bardzo chcę, i co mam zrobić?
Na co ja mówiłam:
– Weź, Marta, zabierz już stąd tego pana.
I wtedy było to jedynie śmieszne, a ja mu mówiłam, że wygląda na takiego, który nawet całować się nie umie dobrze. Taki wesoły, wyjazdowy klimacik. On wtedy jeszcze był dla mnie tylko niezrozumiałym konceptem, jakimś tam mężczyzną, bardzo wysportowanym, co prawda, innym niż wszyscy i do tego żonatym, więc nie rozumiałam tej dziwnej dynamiki i myślałam, że to tylko żarty.
Jak to jest, że ktoś nam się podoba, że wybieramy tego, a nie innego. Może nasze życie jest utkane z tysięcy obrazów, wierszy i filmów nakładających się na siebie latami, które widzimy od wczesnego dzieciństwa, i tworzy się z nich zlepek idealnej kobiety lub mężczyzny. Jakiś uśmiech zapamiętamy na zawsze, czyjeś oczy wryją się nam w serce, albo długie, czarne, rozwiane włosy na wietrze widziane gdzieś przez chwilę, brwi jak skrzydła ptaka, czyjeś buty lub ręce albo sukienka ze starych zdjęć. Jedni lubią kręcone włosy, inni zielone korale, bo może mama albo jakaś pani raz zobaczona na plaży miała właśnie takie.
Ja pamiętam buty mojego taty widziane z perspektywy sanek, takie trapery w kolorze karmelowym, pod którymi skrzypiał śnieg. Pamiętam obcisłe, ciemne jeansy biodrówki mojej cioci w zestawie z czarnym golfem, szelmowski uśmiech mojego wujka, taki sam jak uśmiech Nikosia granego przez Tomasza Włosoka.
U mnie to wszystko złożyło się chyba na obraz jakiegoś nieszczęśnika-buntownika, Cybulskiego, mężczyzny kochającego muzykę, z którym „można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko”3, nie gogusiowatego, nie korpoludka z samochodem, pnącego się po szczeblach kariery w garniturze, ale leśnego też nie, trochę niedzisiejszego, bez kont w mediach społecznościowych, czytającego książki, samotnika, nieodkrytego jak tajemnicza wyspa, niepraktycznego. Takiego filozofa, wrażliwca, ale nie tam jakieś chucherko, które młotka nie umie trzymać – męskiego i wysportowanego, ale ruchem i życiem, a nie godzinami na siłowni, z karkiem uniemożliwiającym skręt szyi, bez gracji i delikatności ruchu.
Co ciekawe, jeżdżąc w góry i wiele razy stojąc na peronie we Wrocławiu, dowiedziałam się, że to ten sam peron, na którym zginął Cybulski.
Igor był idealną kombinacją wszystkiego – piekielnie inteligentny, czytający książki i wysportowany.
Tak, ten sportowy sznyt był chyba ważną częścią składową wszystkiego, a on nosił trekkingowe spodnie i trapery, i wyglądał jak mężczyzna, a mi to robiło najwyraźniej to, co innym kobietom robi mundur marynarza. Nogi w takich butach i spodniach to jak manifest mówiący: „przemierzyłem setki kilometrów, jestem nieustraszony i wyciągnę cię znad przepaści”.
Potem jeszcze z Kaśką rozmawiałyśmy na temat nóg męskich przy okazji jakiegoś programu, którego nigdy nie widziałam, a w którym kobiety wybierają mężczyzn jedynie po kształtach nóg. I ona wysyłała mi screeny, pisząc:
– Ten, na bank ten, a ten na bank nie.
I zawsze zgadywała.
Kobiety, rozmawiając o mężczyznach, skupiają się na wielu rzeczach, a prawie nigdy na nogach, a nogi okazały się piekielnie ważnym elementem i wiele można z nich wyczytać.
Moje zapatrywanie na ten temat było takie, że są dwa rodzaje mężczyzn, że „albo cię wezmą z twoimi nogami i stopami do grania statysty w Troi i biegania w sandałach, albo nie. Albo masz nogi Achillesa, albo smutne blade nogi urzędnika w miękkich papciach, znające jedynie ciemność spodni, machające smutno pod blatem biurka, splątane w kablach od komputera, podczas kiedy on zabija smoki na ekranie”.
Tak więc on miał stopy jak rzymski wojownik, uda jak dwa dęby i w spodniach trekkingowych wyglądał obłędnie, ale w śliskich gatkach, w których biegał, już niekoniecznie, bo przypominał trochę cyrkowca.
Dzień po imprezie spędziliśmy we trójkę z Martą, w piżamach, przewalając się na łóżkach w naszym sześcioosobowym pokoju, w którym jakimś cudem tamtej zimy byłyśmy tylko dwie, dogorywając po pierwszych nartach, saunie i imprezie, a Igor donosił nam do pokoju naleśniki na zmianę z pierogami, ponieważ ewidentnie nie zamierzał odpuścić sobie tej znajomości.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
------------------------------------------------------------------------
1.
3 Edward Stachura, Z nim będziesz szczęśliwsza, „Wiersze, poematy, piosenki, przekłady”, wydawnictwo Czytelnik, Warszawa, 1982 r.
więcej..