Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Niebieska kula - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 kwietnia 2026
3229 pkt
punktów Virtualo

Niebieska kula - ebook

A może to, co się stało, było jedyną możliwą wersją wydarzeń?

Jej życie miało wyglądać inaczej. Iza liczyła, że stworzy szczęśliwy dom i stabilny związek. Zamiast tego musiała zmierzyć się z samotnością, rozczarowaniem oraz rozwodem, który… otworzył jej drzwi do nowego świata.

To, co się za nimi kryło, stanowiło wówczas wielką niewiadomą. Dziś może spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

„Niebieska kula” to intymna opowieść o trzech miłościach i trzech przełomowych etapach życia – o decyzjach, które zmieniają rzeczywistość i zdarzeniach bliskich przeznaczeniu. W tej książce zwykłe przedmioty stają się nośnikami wspomnień. Perfumy przywołują kochanka, wino smakuje jak bolesne pożegnanie, a cappuccino wypite kiedyś w Anglii – niczym wolność.

To historia o dorastaniu w Polsce lat 80. i 90., emigracyjnych doświadczeniach w Londynie oraz Chicago i przyjaźniach ważących więcej niż miłość. Przede wszystkim jednak to refleksja o świecie, który odszedł, choć wciąż żyje w pamięci. Zapisany w atlasie uczuć, pełnym śmiechu, nostalgii i łez.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-424-2
Rozmiar pliku: 842 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Jak na Tral­fa­ma­do­rii, gdzie „śmierć jest tyl­ko złu­dze­niem, a czło­wiek żyje na­dal w prze­szło­ści”, gdzie „wszyst­kie chwi­le, prze­szłe, obec­ne i przy­szłe, za­wsze ist­nia­ły i za­wsze będą ist­nieć, a Tral­fa­ma­dor­czy­cy mogą oglą­dać te róż­ne chwi­le tak, jak my mo­że­my oglą­dać na przy­kład Góry Ska­li­ste i mogą wy­bie­rać te spo­śród nich, któ­re ich w da­nej chwi­li in­te­re­su­ją”, bo „to tyl­ko my na Zie­mi mamy złu­dze­nie, że chwi­le na­stę­pu­ją jed­na za dru­gą, jak ko­ra­le na sznur­ku, i że chwi­la raz prze­ży­ta jest stra­co­na na za­wsze”1, umiem się cof­nąć do sie­bie sprzed lat, wy­brać chwi­lę, któ­rą pa­mię­tam, kie­dy za­sta­na­wia­łam się, co bę­dzie da­lej, do sie­bie nie­wie­dzą­cej, co się wy­da­rzy za chwi­lę, za pięć lat, i od­po­wie­dzieć na nur­tu­ją­ce mnie wte­dy py­ta­nia; mogę się cof­nąć do oso­by, dla któ­rej przy­szłość była wiel­kim, nie­za­peł­nio­nym jesz­cze płót­nem, po­pa­trzeć na sie­bie jak duch bio­rą­cy udział w tej sy­tu­acji, sto­ją­cy gdzieś obok, jak nie­wi­dzial­ny gość pa­trzą­cy na sie­bie z boku. I w żad­nym wa­rian­cie swo­je­go przy­szłe­go ży­cia nie prze­wi­dzia­łam więk­szo­ści rze­czy, któ­re mi się przy­tra­fi­ły.

Są lu­dzie, któ­rzy żyją jed­nym ży­ciem, w jed­nym mie­ście, mają jed­ną pra­cę i je­den ze­staw zna­jo­mych, i są też tacy, któ­rych ży­cie rzu­ca po świe­cie i któ­rzy pod­le­ga­ją nie­ustan­nym zmia­nom, któ­rym coś się dzie­je, na­wet je­śli nie ro­bią nic. To ja. Je­dy­ne, cze­go się na­uczy­łam, to to, że ży­cie jest nie­prze­wi­dy­wal­ne. Czło­wiek może so­bie pla­no­wać i pla­no­wać, a na koń­cu i tak sły­chać ten sam zna­jo­my chi­chot losu. Ale jak to mówi jed­no z czte­rech du­cho­wych praw in­dyj­skich – to, co się wy­da­rza, jest je­dy­ną moż­li­wą rze­czą, któ­ra mo­gła była się wy­da­rzyć, więc wie­rzę, że idę do­brą dro­gą, choć krę­tą, i gdzie, to jesz­cze nie wiem. Cho­ciaż cza­sem, jak ob­ser­wu­ję in­nych lu­dzi i ich ży­cie, cho­ro­by, bez­dom­ność i wszel­kie tra­ge­die, dzie­ci w kra­jach Trze­cie­go Świa­ta, to już sama nie wiem, czy ta teo­ria ma sens.

No więc wa­riant – stu­dia, pra­ca, mąż, dom i dzie­ci, i naj­le­piej w tej wła­śnie ko­lej­no­ści, zu­peł­nie nie wy­pa­lił, może nie aż tak do koń­ca, ale kom­ple­tu punk­tów nie zdo­by­łam, a nie po­wiem, że się nie sta­ra­łam lub że ro­bi­łam ja­kieś wy­jąt­ko­we uni­ki. W ja­kimś stop­niu nie wy­pa­lił mi, nie wy­pa­lił Ol­dze, nie wy­pa­lił Lau­rze, nie wy­pa­lił Poli, tyl­ko Kaś­ka zdo­by­ła wszyst­kie punk­ty w tej grze i za­wsze pod­kre­śla, że wszy­scy po­win­ni żyć jej try­bem i że wte­dy by­ło­by do­brze. Tak… pró­bu­je­my.

Lau­ra ma kota, Olga za dużo ener­gii, Pola dzie­ci i psy, ja tyl­ko psy, ale męż­czy­zny, któ­ry by był i trwał, ni widu, ni sły­chu. Więk­szość ma chy­ba za­ko­do­wa­ne bio­lo­gicz­nie czy spo­łecz­nie, że tak po pro­stu trze­ba. A może wca­le nie trze­ba? Bo byli też i tacy, któ­rzy w tej grze kom­plet punk­tów zdo­by­wa­li, czę­sto wy­si­la­jąc się po­nad mia­rę i za­tra­ca­jąc gdzieś po dro­dze sie­bie, bra­li byle co, by­le­by wy­nik się zga­dzał, ale szczę­ścia na koń­cu wi­dać nie było. I do koń­ca nie wia­do­mo, cze­mu tak wy­szło, czy to chi­chot losu, jak mówi Olga, przy­pa­dek, czy prze­zna­cze­nie, czy może wina ja­kichś traum z dzie­ciń­stwa, któ­rych my, dzie­ci lat osiem­dzie­sią­tych, mamy dużo.

A wte­dy mało kto znał się na psy­cho­lo­gii… Może to i do­brze, bo te­raz jest In­ter­net i te­raz zna­ją się wszy­scy. Nikt się nie roz­wo­dził. Nikt nie jeź­dził do dżun­gli w po­szu­ki­wa­niu sen­su ży­cia, nie był, kur­wa, bez prze­rwy na dro­dze ku od­na­le­zie­niu sie­bie, nie był w pięć­dzie­się­ciu róż­nych związ­kach, nie znał an­giel­skie­go, a jak an­giel­skie­go, to i ter­mi­nu friends with be­ne­fits.

Nie bar­dzo wiem, czy to tak w ogó­le wy­pa­da uży­wać sło­wa „kur­wa”, mo­je­go ulu­bio­ne­go, bo to r i ta moż­li­wość prze­cią­gnię­cia pierw­szej sy­la­by jak żad­ne inne od­da­ją złość, fru­stra­cję i inne emo­cje, więc za­py­ta­łam Lau­rę. Ona za­my­śli­ła się na mo­ment, zbie­ra­jąc my­śli, i po chwi­li od­par­ła śmier­tel­nie po­waż­nie:

– A wiesz? Chuj wie…

Tak więc, kon­ty­nu­ując… Nikt nie wie­dział, co to mind­ful­ness, bo nie po­trze­bo­wał, nie po­dró­żo­wał do In­dii, nie pró­bo­wał stu róż­nych diet, nie pił so­jo­we­go lat­te, nie ko­rzy­stał z mą­dro­ści ży­cio­wych z pod­ca­stów albo Tik To­ków i nikt nie był na­ra­żo­ny na me­dial­ny beł­kot in­ter­ne­to­wych guru.

Wte­dy jesz­cze umia­łam czy­tać książ­kę przez pięć go­dzin cią­giem. Te­raz już nie umiem. Te­raz oglą­dam film na Net­fli­xie z kil­ko­ma prze­rwa­mi.

Nikt nie wie­dział, czy go ro­dzi­ce przy­pad­kiem nie skrzyw­dzi­li w dzie­ciń­stwie, bo nikt nie ko­rzy­stał z psy­cho­te­ra­pii. Nikt nie był świa­do­my swo­ich ran. Może ktoś jed­nak był… nie wiem… Po­ko­le­nie na­szych ro­dzi­ców było po­ko­le­niem po­wo­jen­nym i sku­pia­no się głów­nie na za­spo­ka­ja­niu pod­sta­wo­wych po­trzeb ży­cio­wych, je­dze­niu, ubra­niach i Bóg wie, na czym jesz­cze. Ja je­stem z po­ko­le­nia prze­ło­mu, że tak to okre­ślę, kie­dy nie było nic, a po­tem na­gle było wszyst­ko i było to śmiesz­ne żyć w kra­ju, któ­ry tak na­gle i tak szyb­ko się zmie­nił.

Świat za­chod­ni, za­gra­ni­ca, był jak ma­gicz­na, bo­ska kra­ina. Ja… dziec­ko z do­szy­wa­ny­mi rę­kaw­ka­mi, ro­bio­ny­mi na dru­tach do za ma­łych kur­te­czek, no­szo­nych uprzed­nio przez trzy inne oso­by, je­dzą­cym mar­chew­kę z cu­krem jako de­ser i ba­wią­ce się jed­ny­mi kloc­ka­mi, a po­tem ma­rzą­ce o je­an­sach – ta­kich praw­dzi­wych – i pacz­kach z Ame­ry­ki, do któ­rej wy­je­cha­li pra­wie wszy­scy oj­co­wie. Aku­rat nie mój, więc pa­czek nie było. Może to i do­brze, bo więk­szość z tej Ame­ry­ki nie wra­ca­ła. Były za to pusz­ki po nie­miec­kim pi­wie i Coca-Coli usta­wio­ne w trzech rzę­dach na gó­rze za­awan­so­wa­ne­go sprzę­tu me­blo­we­go zwa­ne­go tap­czan-pół­ką, któ­ry wy­prze­dzał myśl tech­nicz­ną, na­wet chiń­ską, o lata świetl­ne, opa­ko­wa­nia po cze­ko­la­dach do­sta­wa­ne jako pre­zen­ty. Nie, pod­kre­ślam, nie cze­ko­la­dy, a opa­ko­wa­nia, i jaka by­łam wte­dy szczę­śli­wa. Cze­go to czło­wiek nie wy­my­śli, żeby za­zna­czyć swo­ją po­zy­cję spo­łecz­ną… Ale da­li­śmy radę. Blu­za z Mysz­ką Miki była tak waż­nym fa­shion sta­te­ment jak te­raz do­bra to­reb­ka, zro­bio­ne brwi czy logo Gu­es­sa wśród li­ce­ali­stek. Mó­wi­ła – mam ko­goś w Ame­ry­ce, więc mam kasę. Czy­li my ge­ne­ral­nie ko­lek­cjo­no­wa­li­śmy śmie­ci i by­li­śmy z tego po­wo­du jesz­cze dum­ni.

Ze­sta­wie­nie na­szej cho­in­ki, za któ­rą na­wet pa­ty­czak nie był­by w sta­nie się ukryć, o ko­lo­ry­sty­ce bom­bek szko­da na­wet wspo­mi­nać, z cho­in­ką z Bur­dy, ko­niecz­nie dwu­ko­lo­ro­wą, cał­ko­wi­cie eli­mi­nu­ją­cą ja­ki­kol­wiek nie­po­rzą­dek, przy­pad­ko­wość i cha­os, plus ko­niecz­nie do tego szczę­śli­wa nie­miec­ka ro­dzi­na z dzieć­mi nie­przy­pad­ko­wo pięk­ny­mi, ubra­ny­mi, a jak­że, pod ko­lor… było dru­zgo­cą­ce. Ro­dzi­ło to ja­kiś smu­tek i ro­sną­ce zdzi­wie­nie po­rząd­kiem świa­ta, ale i ma­rze­nia, i am­bi­cje, i kre­śli­ło mgli­ście ma­ja­czą­cy cel o ży­ciu jak z tego ob­raz­ka. A za ro­giem cze­kał nie­zna­ny świat, któ­re­go na­wet nie po­tra­fi­łam ob­jąć wy­obraź­nią, ale za­wsze by­łam bar­dzo cie­ka­wa, co bę­dzie da­lej, bo za­wsze coś było, i było za­wsze inne, niż prze­wi­dzia­łam. I te­raz już tro­chę wiem.

Przed waż­nym wy­da­rze­niem za­kła­da­łam trzy moż­li­we wa­rian­ty roz­wo­ju sy­tu­acji. I co? Za­wsze wy­da­rzał się ten czwar­ty, o któ­rym na­wet nie po­my­śla­łam.

------------------------------------------------------------------------

1.

1 Kurt Von­ne­gut, Rzeź­nia nu­mer pięć, wy­daw­nic­two Zysk i S-ka, Po­znań, 2003 r.2

Książ­ka ta roz­po­czy­na się pierw­sze­go czerw­ca w bu­rzy. Rok temu bu­rzy nie było. Było par­no i dusz­no, i bar­dzo sło­necz­nie. Mia­łam na so­bie bia­łą, dłu­gą su­kien­kę bez ra­mią­czek, dzia­ni­no­wą w cien­kie po­przecz­ne zło­te pa­ski, któ­rą uprzed­nio, w ra­mach wy­ra­że­nia apro­ba­ty, obej­rza­ły trzy ko­le­żan­ki, oczy­wi­ście od­dziel­nie, tak żeby nic nie wpły­wa­ło na ich opi­nię. Wte­dy jesz­cze nie by­łam świa­do­ma tego, co się wy­da­rzy, ale te­raz wła­śnie zda­łam so­bie spra­wę, wte­dy jesz­cze nie wie­dząc, że może jed­nak wie­dzia­łam… albo ja­kaś część mnie pod­świa­do­mie wie­dzia­ła, bo kto tak sta­ran­nie wy­bie­ra su­kien­kę… I kto by przy­pusz­czał, jak waż­na bę­dzie to su­kien­ka.

Każ­da su­kien­ka, jaką mam, ma swo­ją hi­sto­rię, jest jak część mnie, jak moja dru­ga skó­ra. Cza­sem coś wi­dzę i za­nim ku­pię, już wiem, że to bę­dzie część mo­je­go ży­cia, że ta rzecz weź­mie udział w ja­kimś waż­nym wy­da­rze­niu, choć jak śpie­wa­ją w pio­sen­ce „nie pój­dzie ze mną na dru­gą stro­nę”2. I za­zwy­czaj mam ra­cję. Ale dzi­siaj wy­rzu­ci­łam buty. To nie­ty­po­we dla mnie, bo w więk­szo­ści przy­pad­ków cięż­ko mi się roz­stać z czymś, co prze­ży­ło ze mną coś waż­ne­go i wy­jąt­ko­we­go, i oprócz mnie jest je­dy­nym świad­kiem tego wy­da­rze­nia, a wy­rzu­ca­jąc ten przed­miot, boję się, że sama za­cznę wąt­pić, czy to w ogó­le mia­ło miej­sce i czy jest to jesz­cze praw­dą, czy już tyl­ko moją wy­obraź­nią.

Jego per­fum, z bar­dzo sil­nie wy­czu­wal­nym jabł­kiem w nu­cie gło­wy, jesz­cze nie wy­rzu­ci­łam. Na­to­miast buty były bra­zy­lij­skie, na nie­du­żym ob­ca­sie, be­żo­we, ażu­ro­we pięk­ną wy­ci­nan­ką, a on na rand­kę za­brał mnie w tych bu­tach do lasu, a może to był park… bo chciał mi po­ka­zać, gdzie bie­ga, bo bie­gał, kie­dy jesz­cze bie­ga­nie nie było tak po­pu­lar­ne.

A że las był w Gdań­sku, same gór­ki i doł­ki, to but pękł pod na­po­rem pod­czas scho­dze­nia, a dru­gie­go ob­si­kał mi Al­fons, pies Kaś­ki, sza­lo­ny pies ze schro­ni­ska, któ­re­go pierw­szy raz po­zna­łam, jak zgło­si­łam się, cał­ko­wi­cie nie­świa­do­ma tego, co mnie cze­ka, na ochot­ni­ka do po­pil­no­wa­nia go.

Tak zu­peł­nie przy oka­zji do­stał wte­dy za­strzy­ki, po­nie­waż oka­za­ło się że za­ma­stur­bo­wy­wu­je się do krwi. Za­strzyk udał się tyl­ko pierw­szy. Po­tem, zo­rien­to­wa­ny, co go cze­ka, już ni­g­dy na to nie po­zwo­lił, bro­niąc żar­li­wie swo­ich klej­no­tów.

Tak burz­li­wie za­czę­ła się na­sza zna­jo­mość. Zna­jo­mość z Kaś­ką też za­czę­ła się wła­ści­wie burz­li­wie, ale tyl­ko dla­te­go, że był to dla mnie wy­jąt­ko­wy rok.

Po­zna­ły­śmy się na stu­diach jesz­cze w po­przed­nim ty­siąc­le­ciu i od tam­tej pory była, ale nie jak przy­ja­ciół­ka, a bar­dziej jak za­gi­nio­na sio­stra, i wie­le wina ra­zem wy­pi­ły­śmy, w wie­lu mo­rzach pły­wa­ły­śmy, wie­le razy ta­cza­ły­śmy się ze śmie­chu, wi­dzia­ły­śmy się w sta­nach róż­nych i w ca­łej roz­pię­to­ści sy­tu­acji, od wy­stę­po­wa­nia ra­zem na sce­nie, ca­łe­go stu­denc­kie­go ży­cia roz­ryw­ko­we­go, po po­ro­dy i uro­ki ma­cie­rzyń­stwa. Pa­mię­tam, jak była w cią­ży, i cho­dzi­ły­śmy do kina, a ona co ja­kiś czas uda­wa­ła, że ro­dzi, bo wie­dzia­ła, że efekt był na­tych­mia­sto­wy: ja au­to­ma­tycz­nie lą­do­wa­łam przed nią na ko­la­nach, a ona za­ta­cza­ła się ze śmie­chu, że dzia­ła­ło za każ­dym ra­zem, i mó­wi­ła:

– Ale co ty, kur­wa, my­ślisz, że tak wy­pad­nie?

W tym par­ku w Gdań­sku sie­dzie­li­śmy w ja­kimś am­fi­te­atrze, ca­ło­wa­li­śmy się na­mięt­nie i tego dnia zja­dły mnie mesz­ki. Całą.

I buty te trzy­ma­łam dzie­sięć lat do dzi­siaj z sen­ty­men­tu, cho­ciaż ku­pi­łam po cięż­kich po­szu­ki­wa­niach dru­gie ta­kie same. Nie wiem, co sta­ło się dzi­siaj, że po­czu­łam się go­to­wa z nimi roz­stać, cze­mu aku­rat dzi­siaj. Te­raz pój­dzie­my w dal­szą dro­gę już od­dziel­nie.

------------------------------------------------------------------------

1.

2 Za­ko­po­wer, Boso, z al­bu­mu „Boso”, 2011 r.3

Pierw­szą rze­czą, któ­rą zro­bi­łam po wy­pro­wadz­ce mo­je­go męża, było ku­pie­nie no­wych bu­tów i jesz­cze paru rze­czy. Mam je do dziś i pa­mię­tam bar­dzo sil­ną po­trze­bę mo­jej no­wej skó­ry, mo­je­go no­we­go ja na dal­szą dro­gę. Żeby nie uczest­ni­czyć w tym przy­krym ak­cie wy­pro­wadz­ki, po­je­cha­ły­śmy z Kaś­ką na kawę, a po po­wro­cie po pro­stu mi­nę­li­śmy się w drzwiach. I tyle. Tak za­koń­czy­ło się moje sied­mio­let­nie mał­żeń­stwo.

Mia­łam wino na smu­tecz­ki. Cze­ka­łam, ale smu­tecz­ki ni­g­dy nie na­de­szły. Na­de­szła je­dy­nie ulga i roz­po­czął się nowy roz­dział mo­je­go ży­cia. Ma­jąc lat trzy­dzie­ści, męża, sta­łą pra­cę, nie spo­dzie­wa­łam się żad­nych gwał­tow­nych zmian i przy­pusz­cza­łam, że moje ży­cie bę­dzie wy­glą­da­ło po­dob­nie do sa­me­go koń­ca w peł­nej ru­ty­no­wej sta­bi­li­za­cji prze­ry­wa­nej ro­dzin­nym wy­da­rze­niem typu chrzci­ny, uro­dzi­ny.

Z mo­je­go mał­żeń­stwa naj­bar­dziej pa­mię­tam syl­we­stry, kie­dy, pra­wie za­wsze na ja­kiejś do­mów­ce, sta­łam na mro­zie na bal­ko­nie, pa­ląc i pi­jąc szam­pa­na, naj­czę­ściej sama, pod­czas gdy mój mąż za­ba­wiał wszyst­kich, lecz ni­g­dy nie mnie, pa­trząc w dal i czu­jąc się strasz­li­wie sa­mot­na, a uczu­cie, któ­re mi to­wa­rzy­szy­ło nie­ustan­nie i któ­re czu­łam naj­bar­dziej, gdy wpa­try­wa­łam się w syl­we­stro­we nie­bo, to że moje ży­cie jest gdzieś da­le­ko stąd, a to nie moje ple­mię, nie moi lu­dzie, i za­wsze mia­łam taką myśl, że co ja tu, kur­wa, ro­bię… A znam do­brze prze­ci­wień­stwo tej my­śli, jak czło­wiek jest tam, gdzie po­wi­nien być, i nie chciał­by być ni­g­dzie in­dziej, że to, co robi i z kim w da­nej chwi­li, jest naj­bar­dziej opty­mal­ną z wszel­kich opty­mal­nych opcji, i że le­piej nie mo­gło­by już być. I tra­ge­dią jest prze­ży­cie cze­goś ta­kie­go, a po­tem szu­ka­nie tego nie­ustan­nie i łap­czy­wie, kie­dy się to stra­ci.

Ta­kie mo­men­ty szczę­ścia nie są oczy­wi­ste w mo­men­cie ich trwa­nia. Do­pie­ro po cza­sie przy­cho­dzi świa­do­mość, czym one były i że wła­śnie w ży­ciu zda­rzy­ła się ku­mu­la­cja szczę­śli­wo­ści, że wszyst­ko na­raz za­gra­ło ide­al­nie. A po­tem czło­wiek jak nie­wi­do­my lata po świe­cie, po omac­ku, szu­ka­jąc ich bez mapy, i tyl­ko ten jego ruch może go przy­pad­kiem na­pro­wa­dzić na ko­lej­ny taki mo­ment, lub też nie.

Wie­le razy po tym roz­sta­niu nie umia­łam so­bie wła­ści­wie od­po­wie­dzieć, co czu­ję. Wy­da­wa­ło mi się, że nie czu­ję zu­peł­nie nic, ale umia­łam to zo­ba­czyć. I na po­cząt­ku w nocy wcho­dzi­łam do mo­rza, naj­pierw po ko­la­na. Nie chcia­łam, ale wie­dzia­łam, że mu­szę. Po­tem by­łam już głę­biej, a jesz­cze póź­niej nie było już brze­gu i tkwi­łam w tej wo­dzie w ciem­no­ści, bo taki ob­raz sama pod­su­wa­ła mi wy­obraź­nia, i nie wie­dzia­łam zu­peł­nie, co mnie z tej sy­tu­acji wy­ra­tu­je, czy bę­dzie to okręt pod­wod­ny flo­ty ame­ry­kań­skiej, czy do­pły­nię­cie do ba­gni­stych brze­gów Flo­ry­dy. Ale pew­ne­go dnia, bę­dąc w tej wo­dzie i za­kła­da­jąc cały czas, że je­stem po­środ­ku oce­anu, do­tknę­łam dna i oka­za­ło się, że oce­an był je­dy­nie ka­łu­żą, a ja wsta­łam i po­szłam jak San­dra Bul­lock w Gra­wi­ta­cji.

Ten oce­an był duży i trud­ny do prze­pły­nię­cia nie z po­wo­du zła­ma­ne­go ser­ca i bólu roz­sta­nia, ale ra­czej dla­te­go, że skoń­czy­ło się ko­lej­ne zna­jo­me ży­cie, zna­jo­ma rze­czy­wi­stość, do któ­rej się czło­wiek przy­zwy­cza­ił, ja­kieś ramy sta­bi­li­za­cji i bez­pie­czeń­stwa, i było to prze­dziw­ne uczu­cie, nie miesz­kać już z kimś, z kim miesz­ka­ło się tyle lat.

Po­zna­li­śmy się, jak jesz­cze by­łam stu­dent­ką. On był star­szy, ale nie za bar­dzo za­rad­ny ży­cio­wo, wiecz­nie roz­dar­ty emo­cjo­nal­nie. Być może był pla­strem na zła­ma­ne ser­ce, bo cza­sem czło­wiek czu­je, że nic po­dob­ne­go ka­li­bru go już nie spo­tka, i po­trze­bu­je gdzieś li­zać rany, ale sła­by był to pla­ster, bo ran je­dy­nie przy­by­wa­ło z każ­dym ro­kiem. Miał, co praw­da, swo­je za­le­ty, ale wad po sto­kroć wię­cej, i tak się do­pa­so­wy­wa­li­śmy do sie­bie przez wie­le lat, nie mo­gąc się do­pa­so­wać, bo by­li­śmy zu­peł­nie in­ne­go kształ­tu. Jemu prze­szka­dza­ło wszyst­ko we mnie, mi w nim, i nikt do tej pory nie wie, dla­cze­go w ogó­le by­li­śmy ra­zem, na­wet ja.

Do­brze nam się roz­ma­wia­ło, mie­li­śmy po­dob­ne za­in­te­re­so­wa­nia, ale to nie był męż­czy­zna, któ­ry da­wał ko­bie­cie spo­kój. Da­wał je­dy­nie wiecz­ną nie­pew­ność, roz­dy­go­ta­nie i nie­po­kój, ta­kie uczu­cie, że cho­ciaż nie dzia­ło się nic złe­go, to wiecz­nie było źle, w po­wie­trzu wi­sia­ło nie­ustan­nie ja­kieś na­pię­cie, a moje cia­ło rzad­ko by­wa­ło zre­lak­so­wa­ne.

I jak już się jest w dłu­go­let­nim związ­ku, któ­ry ja­koś tam funk­cjo­nu­je, to mimo nie­za­do­wo­le­nia czło­wiek cza­sem nie jest aż taki sko­ry ani od­waż­ny do zmia­ny przez to za­sie­dze­nie. Wo­kół was bu­du­je się cały nowy świat za­leż­no­ści, zna­jo­mych twa­rzy, wspól­nych miejsc, zwy­cza­jów i co­dzien­no­ści i cza­sem trud­niej roz­stać się wła­śnie z tym świa­tem mimo bra­ku mi­ło­ści, i nie­któ­rzy tak trwa­ją, czu­jąc, że to nie to ży­cie, że to wszyst­ko nie tak. Ale to nie ja. Ja lu­bię zmia­ny.ORLE

4

Dru­gą rze­czą na­to­miast, któ­rą zro­bi­łam po roz­wo­dzie, był wy­jazd na bie­gów­ki, i po nim, po wie­lu la­tach, prze­stał śnić mi się Lon­dyn.

A sny o Lon­dy­nie były za­wsze ta­kie same. Chcia­łam gdzieś dojść, do ja­kie­goś miej­sca nad Ta­mi­zą, ale za­wsze już było za póź­no, bo po­ja­wi­ły się inne pla­ny, bo trze­ba było już wy­jeż­dżać i bra­ko­wa­ło cza­su, a ja bu­dzi­łam się sfru­stro­wa­na, że zno­wu się nie uda­ło. Do tej pory nie wiem, o ja­kie miej­sce mo­gło mi cho­dzić, i czy sama go so­bie nie wy­my­śli­łam, bo wy­glą­da­ło tro­chę jak grec­ki am­fi­te­atr z ko­lum­na­mi i scho­da­mi pro­wa­dzą­cy­mi pro­sto do rze­ki, a ja we śnie wie­dzia­łam, że ono tam jest, i bar­dzo pra­gnę­łam je zo­ba­czyć.

Z bie­gów­ka­mi to nie był przy­pa­dek. Mia­łam ta­kie wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa, szczę­śli­we i bło­gie, kie­dy to zimy jesz­cze były dłu­gie i śnież­ne, jak wu­jek za­bie­rał mnie i moją sio­strę cio­tecz­ną Polę do lasu na wie­le go­dzin na nar­ty – nar­ty z kio­sku, pla­sty­ko­we – i cze­kał na nas na gra­ni­cy, aż do­je­dzie­my. Więc do­je­chać mu­sia­ły­śmy, bo nikt nie miał te­le­fo­nów i żad­ne śmi­głow­ce nie szu­ka­ły­by nas w le­sie, a wie­my, po­nie­waż nie­raz przy­szło się nam gdzieś za­gu­bić. I nie było to je­dy­ne wspo­mnie­nie z Polą, bo ta­kich hi­sto­rii mamy ty­sią­ce.

Pola była dużo wyż­sza i wy­glą­da­ła we­dług mnie jak Kora. Była też ciut star­sza, więc za­wsze jako pierw­sza mia­ła kon­takt ze wszel­ki­mi no­win­ka­mi mu­zycz­ny­mi i całą resz­tą no­wo­ści, któ­re no­wo­ścia­mi były dla nas je­dy­nie dla­te­go, że by­ły­śmy wła­śnie na pro­gu od­kry­wa­nia ży­cia i wszel­kich jego za­ka­mar­ków. Tak więc od­kry­wa­ła ona, a ja nie mu­sia­łam, po­nie­waż by­łam po pro­stu in­for­mo­wa­na. W więk­szo­ści sy­tu­acji nie by­łam nie­ste­ty go­to­wa ani men­tal­nie, ani emo­cjo­nal­nie, więc mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że moje od­kry­wa­nie ży­cia prze­bie­ga­ło spraw­nie, lecz cza­sa­mi zbyt gwał­tow­nie.

Pa­mię­tam na przy­kład, jak wy­sty­li­zo­wa­na na zbun­to­wa­ną hip­pi­skę z ża­rów­ką na rze­my­ku na szyi, ma­ją­cą chy­ba oświe­tlać jej dro­gę ku du­cho­we­mu oświe­ce­niu, po­ka­za­ła mi mu­si­cal Hair, któ­ry bu­rzył wte­dy ramy mo­je­go do­tych­cza­so­we­go poj­mo­wa­nia ży­cia i po­ka­zy­wał świat, ja­kie­go jesz­cze nie zna­łam, ale nie bar­dziej niż miej­sca i lu­dzie, któ­rych wi­dzia­łam, kie­dy ona już była za­awan­so­wa­ną li­ce­alist­ką, a ja na­dal grzecz­ną dziew­czyn­ką z pod­sta­wów­ki, któ­rą cią­ga­ła po knaj­pach w swo­im mie­ście, gdzie sie­dzie­li dłu­go­wło­si, pun­ko­wi, roc­ko­wi lu­dzie. Dała mi Do­or­sów, Ma­anam, Ji­mie­go Hen­dri­xa, Pe­arl Jam, Cre­eden­ce Cle­ar­wa­ter Re­vi­val, Mic­ka Jag­ge­ra i Ja­nis Jo­plin.

Była do tego nie­ustra­szo­na, więc jak wy­my­śla­ła plan, czę­sto sza­lo­ny, to ja mu­sia­łam się do­sto­so­wać, jako że by­łam młod­sza i nie mia­łam nic do ga­da­nia. A wy­my­śla­ła róż­ne rze­czy. Wy­ciecz­ki sto­pem do in­nych miast, na któ­re cią­ga­ła ze sobą dwu­na­sto­let­nią roz­dzia­wę, pod­czas gdy nasi ro­dzi­ce nie mie­li naj­mniej­sze­go po­ję­cia, co moż­na zro­bić w cza­sie ich po­by­tu w pra­cy. Wy­kra­da­nie sa­mo­cho­du ro­dzi­com i po­zwa­la­nie mi nim jeź­dzić, na szczę­ście chy­ba tyl­ko po ja­kichś bez­dro­żach. Na­gie ką­pie­le w je­zio­rze. Spa­ce­ry przez ob­lo­dzo­ne je­zio­ro, gdzie ona szła, a ja le­ża­łam naj­czę­ściej na środ­ku, bo tam koń­czy­ła się moja od­wa­ga i pro­te­sto­wa­łam na próż­no, od­ma­wia­jąc dal­szych ru­chów. Wy­ciecz­ki PKS-em zimą, żeby zbu­do­wać igloo i po­jeź­dzić na cho­ler­nie cięż­kich san­kach – chy­ba do prze­wo­zu świń, wy­kra­dzio­nych gdzieś ko­muś na od­lu­dziu – z gi­gan­tycz­nych gó­rek.

Pa­mię­tam, że wte­dy do domu już nie wró­ci­ły­śmy, bo śnieg za­sy­pał wszyst­kie dro­gi pra­wie do pasa i mu­sia­ły­śmy no­co­wać u ja­kichś lu­dzi, któ­rzy na szczę­ście mie­li te­le­fon. Do tej pory dzię­ku­ję Bogu, że nie było wte­dy TVN-u, bo nasi ro­dzi­ce by­li­by bo­ha­te­ra­mi co dru­gich Fak­tów.

Oprócz sza­lo­nych przy­gód, ta zna­jo­mość na­uczy­ła mnie wie­lu przy­dat­nych umie­jęt­no­ści, po­nie­waż epi­cen­trum wszyst­kie­go był za­zwy­czaj Poli ro­dzin­ny dom nad je­zio­rem, gdzie trze­ba było cały czas coś ro­bić, tak że zbu­do­wa­nie po­mo­stu, ma­lo­wa­nie, bej­co­wa­nie, pły­wa­nie łód­ką, pie­le­nie, sa­dze­nie, strze­la­nie, rą­ba­nie drew­na i sze­reg in­nych umie­jęt­no­ści mia­łam opa­no­wa­ne.

Naj­bar­dziej lu­bi­łam le­żeć z nią na mchu, słu­chać mu­zy­ki na słu­chaw­kach od walk­ma­na i uda­wać, że zbie­ra­my ja­go­dy. W chwi­li, któ­rą za­pa­mię­ta­łam, słu­cha­ły­śmy aku­rat Mad Abo­ut You Stin­ga.

I od­jeż­dżał po­wo­li ten świat tra­ban­ta, PKS-ów i śnie­gu po pa­chy w siną dal, a my z Polą wkra­cza­ły­śmy w do­ro­słość i pi­sa­ły­śmy do sie­bie li­sty po an­giel­sku, tak żeby przy­pad­kiem nasi ro­dzi­ce nie do­wie­dzie­li się o dziw­nych me­an­drach na­sze­go ży­cia uczu­cio­we­go, jak i o in­nych nie­cnych wy­stęp­kach.

Do dziś pa­mię­tam to nie­sa­mo­wi­te uczu­cie po po­wro­cie do domu z nart po wie­lu go­dzi­nach w mroź­nym le­sie; domu, gdzie świa­tło roz­le­wa­ło się zło­tym pół­mro­kiem po ścia­nach, gdzie pach­nia­ło je­dze­niem, gdzie pa­no­wał gwar i wszy­scy we­so­ło roz­ma­wia­li, a ja się po­wo­li roz­ta­pia­łam w nie­opi­sa­nej bło­go­ści jak mały bał­wa­nek i mo­głam, tak le­żąc, so­bie spo­koj­nie od­ta­jać.

Tak to za­pa­mię­ta­łam i po­sta­no­wi­łam speł­nić to ma­rze­nie jako dru­gą rzecz po roz­wo­dzie, bo chy­ba te mo­men­ty szczę­śli­wo­ści wi­szą w na­szej gło­wie jak świe­tli­ki, a po­tem całe ży­cie szu­ka­my do nich po­wro­tu, jak do domu. Tak więc po­sta­no­wi­ły­śmy po­je­chać w góry z Mar­tą.5

Mar­tę zna­łam już ja­kiś czas. Wi­dy­wa­ły­śmy się to tu, to tam, ale ni­g­dy nie by­ły­śmy zbyt bli­sko.

Pew­ne­go dnia za­dzwo­ni­ła do mnie zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie i oznaj­mi­ła, że jest na pi­wie w cen­trum, w Dziu­pli, i że­bym wpa­da­ła. Tak więc wpa­dłam. Roz­mo­wa ze­szła na te­ma­ty wy­jaz­do­we i w dwóch zda­niach po­sta­no­wi­ły­śmy po­je­chać ra­zem.

De­cy­zja była szyb­ka i sta­now­cza, po­dej­mo­wa­na tak, jak ro­bi­li to bra­cia mon­gol­scy z książ­ki, któ­rą czy­tał mi Krzy­siek… chy­ba jego ulu­bio­nej. Kie­dy to je­den z nich po­wie­dział coś, a resz­ta mu za­wtó­ro­wa­ła: „tak, zrób­my to”, ufa­jąc mu bez­gra­nicz­nie. A mie­li chy­ba za­bić czło­wie­ka… Nie tam jak ja­kieś roz­la­złe, nie­zde­cy­do­wa­ne pipy. Jak męż­czyź­ni.

Ta­kie też de­cy­zje po­dej­mo­wa­łam ja – czę­sto głu­pie, peł­ne py­szał­ko­wa­tej huc­py, ale szyb­kie i bar­dzo sta­now­cze, jak cię­cie mie­czem. Bar­dzo ufa­łam swo­jej in­tu­icji, rzu­ca­łam się jak liść na wiatr i da­wa­łam się pro­wa­dzić, ufa­jąc, że stą­pam po nie­wi­dzial­nej pa­ję­czy­nie tka­nej dla mnie przez los, któ­ra ma mnie gdzieś do­pro­wa­dzić. Może ma, może nie ma… tego nie wie nikt.

A może tak so­bie po pro­stu tłu­ma­czy­łam brak roz­sąd­ku i in­stynk­tu sa­mo­za­cho­waw­cze­go, bo wszę­dzie la­złam i wy­cho­dzi­łam po­tur­bo­wa­na, okra­dzio­na albo z przy­go­da­mi. La­złam i nie ba­łam się kon­se­kwen­cji, ry­zy­ka, cier­pie­nia, po­pa­rze­nia i nie wie­dzia­łam, jak to jest ża­ło­wać, że cze­goś się nie zro­bi­ło.

Tak więc ona po­wie­dzia­ła:

– Jedź­my.

A ja je­dy­nie od­par­łam:

– Do­bra!

Bez zdań typu: „Ale wiesz, jesz­cze po­my­ślę” lub mo­je­go naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­ne­go: „zo­ba­czy­my”.

Z tych wa­ka­cji było dużo pięk­nych zdjęć, któ­re za­mie­ści­łam na Fa­ce­bo­oku i któ­re lata póź­niej wie­le razy oglą­dał on. Bar­dzo lu­bił to, na któ­rym idę boso z pa­pie­ro­sem w ręku. Żeby zo­ba­czyć tam tego pa­pie­ro­sa, trze­ba to zdję­cie było po­więk­szyć o mi­liard pik­se­li.

W gó­rach wcze­śniej by­łam tyl­ko raz, na ja­kimś obo­zie w li­ceum, na któ­ry po­je­cha­łam za karę z Syl­wią, żeby oczy­ścić płu­ca od pa­pie­ro­sów. Wo­la­łam oczy­wi­ście pla­żę. Nie ro­zu­mia­łam, kto nor­mal­ny w upa­le chciał­by cho­dzić po gó­rach i po co. Zro­zu­mia­łam póź­niej.

Na­szy­mi opie­ku­na­mi byli ja­kiś pan Mi­rek czy Mie­tek z żoną. Obo­je chu­dzi, bla­dzi i ubra­ni, nie wia­do­mo dla­cze­go, jak le­śne lud­ki… może był to ro­dzaj ka­mu­fla­żu. Tyl­ko przed czym się chcie­li kryć? Do tej pory nie ro­zu­miem za­mi­ło­wa­nia pol­skich męż­czyzn do ko­lo­ru zie­lo­ne­go, san­da­łów i ca­łej resz­ty ekwi­pun­ku smut­ne­go, bla­de­go, stru­dzo­ne­go Po­la­ka. Dla­te­go póź­niej pew­na góra zo­sta­ła na­zwa­na górą smut­nych lu­dzi i tak się za­sta­na­wiam, czy jesz­cze na nią kie­dy­kol­wiek będę mia­ła oka­zję wejść, żeby się po­ra­do­wać.

Tak więc o gó­rach nie wie­dzia­łam za wie­le.

Po­ciąg od­jeż­dżał o dwu­dzie­stej, a ja bie­ga­łam jak w ukro­pie, prze­bie­ra­jąc się po raz siód­my. W koń­cu skąd mia­łam wie­dzieć, jak się ubrać, sko­ro pierw­szy raz w ży­ciu je­cha­łam na nar­ty. Moje wy­obra­że­nia w tej kwe­stii mu­sia­ły być chy­ba ja­kimś dziw­nym po­łą­cze­niem ob­ra­zów wi­dzia­nych w te­le­wi­zji – z Aspen lat osiem­dzie­sią­tych, jesz­cze czar­no-bia­łych fil­mów z lat sie­dem­dzie­sią­tych z Za­ko­pa­nem w tle albo sce­ne­rii zi­mo­wej z Dok­to­ra Ży­wa­go – sko­ro ko­żuch ja­wił mi się jako nie­od­łącz­ny ele­ment tej es­te­ty­ki, bo nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, że De­ca­th­lon już daw­no opa­no­wał góry. A dy­le­mat był duży, bo była to taka zima kie­dy -20 stop­ni było je­dy­nie nor­mal­ne.

To chy­ba był ostat­ni rok ta­kich mro­zów i ostat­ni rok sta­rych po­cią­gów PKP, przy­naj­mniej na tej tra­sie. Dla mnie rów­nież ko­niec pew­nej epo­ki.

Kto dużo jeź­dził, ten wie, że te po­cią­gi mia­ły du­szę, smut­ną, bo smut­ną, ale mia­ły. „Pach­nia­ły” całą swo­ją kil­ku­dzie­się­cio­let­nią hi­sto­rią i, co naj­waż­niej­sze, mia­ły prze­dzia­ły, co gwa­ran­to­wa­ło ja­kąś kil­ku­go­dzin­ną in­tym­ność z to­tal­nie ob­cy­mi oso­ba­mi.

Ileż hi­sto­rii mu­sia­ło się wy­da­rzyć w ta­kich po­cią­gach, ile po­cząt­ków i ile koń­ców. Ile roz­mów dur­nych lub mą­drych się w nich od­by­ło z ob­cy­mi ludź­mi, któ­rzy przez krót­ką chwi­lę byli czę­ścią na­sze­go ży­cia. I za­stą­pi­ły je nowe, pla­sty­ko­we two­ry, gdzie ni­g­dy nie ga­śnie świa­tło, gdzie okna się nie otwie­ra­ją, a kli­ma­ty­za­cja uda­je po­wie­trze i gdzie głos co chwi­la in­for­mu­je o zbli­ża­ją­cej się sta­cji, tak jak­by­śmy w pięt­na­ście mi­nut zdą­ży­li za­po­mnieć o po­przed­nim ko­mu­ni­ka­cie.

Wła­śnie tak jest… ma być le­piej, a jest je­dy­nie go­rzej. Nie wia­do­mo, czy taka hi­sto­ria mo­gła­by się wy­da­rzyć w no­wym po­cią­gu.

Po­ciąg był pra­wie pu­sty. W prze­dzia­le sie­dzia­ły­śmy same i po ja­kimś cza­sie po­trzeb­nym do od­ta­ja­nia po­czu­łam, że jest strasz­nie go­rą­co. Z po­wo­du mro­zu za­mar­z­ły wszyst­kie okna i nie dało się ich otwo­rzyć. Woda w kra­nie rów­nież za­mar­z­ła, a grza­ło jak w pie­kar­ni­ku. Zrzu­ca­łam po­wo­li wszyst­kie war­stwy ubra­ne na mróz, aż zo­sta­łam bosa, a i to nie po­ma­ga­ło. Co in­ne­go okła­da­nie się śnie­giem ze­bra­nym na po­sto­jach.

Zgrza­na i wy­su­szo­na jak ro­dzy­nek od­kry­łam wa­gon, gdzie nie grza­li, i prze­nio­słam się tam, żeby cho­ciaż na mo­ment za­snąć. Uda­ło się do cza­su, aż za­dzwo­nił te­le­fon. To Mar­ta ode­zwa­ła się, by po­in­for­mo­wać mnie o trze­ciej nad ra­nem, że mój wa­gon zo­stał odłą­czo­ny i mu­szę wy­siąść. Tak więc nie­przy­tom­na i bar­dzo nie­kom­plet­nie ubra­na wy­bie­głam na pe­ron, gdzie sta­ła Mar­ta z wa­liz­ka­mi.

Ja­koś szczę­śli­wie uda­ło nam się kon­ty­nu­ować po­dróż, ale po chwi­li wy­da­rzy­ła się ko­lej­na awa­ria. Cały mój ba­gaż zo­stał w roz­grza­nym wa­go­nie, a spać po­szłam je­dy­nie z to­reb­ką. Wte­dy mia­ło to sens. W nocy wie­le rze­czy ma sens, a nad ra­nem już nie. Mar­ta, wy­sia­da­jąc, nie wzię­ła kil­ku czę­ści mo­je­go ba­ga­żu i na miej­sce za­je­cha­łam, nie pa­mię­tam już bez cze­go, ale na pew­no bez ko­sme­tycz­ki. Tak że pierw­szą przy­go­dę roz­po­czę­łam nie­wy­spa­na po noc­nej tu­łacz­ce, wy­su­szo­na i wku­rzo­na.6

To, co zo­ba­czy­łam, gdy wy­sia­dłam, było war­te wszyst­kie­go, tak jak­bym ja­dąc z be­to­no­wych sza­ro­ści, na­gle zna­la­zła się w ja­kiejś nie­ist­nie­ją­cej, wy­my­ślo­nej ma­gicz­nej kra­inie, któ­ra była tak pięk­na, że po pro­stu nie mo­gła być praw­dzi­wa. Mo­gła­bym tam je­chać na­wet na sto­ją­co lub do­czoł­gać się na ko­la­nach. Z ja­kie­goś dur­ne­go po­wo­du po­my­śla­łam, że w gó­rach tak jest za­wsze. Ale taki był tyl­ko ten je­den dzień z wie­lu dni, któ­re w przy­szło­ści jesz­cze spę­dzi­łam w tam­tym miej­scu, i cały czas cze­kam, żeby jesz­cze raz coś ta­kie­go zo­ba­czyć.

To było jak sce­na z baj­ki – oszro­nio­ne drze­wa świe­ci­ły w słoń­cu, a ich nie­na­tu­ral­nie ja­sna biel kon­tra­sto­wa­ła z bez­chmur­nym nie­bem tak moc­no, że przez chwi­lę na­praw­dę nie by­łam pew­na, czy to rze­czy­wi­stość. Tak po­wi­ta­ły mnie góry. A że oko­licz­no­ści przy­ro­dy w każ­dej mo­jej hi­sto­rii mia­ły ogrom­ne zna­cze­nie, to oczy­wi­ście po­my­śla­łam, że to do­bry znak.

Do­sta­nie się na miej­sce nie było pro­ste, bo oka­za­ło się, że trze­ba naj­pierw prze­je­chać dru­gim po­cią­giem, a po­tem jesz­cze przejść parę ki­lo­me­trów w śnie­gu, na co z wa­liz­ką na kół­kach nie było szans.

Tak to jest, jak czło­wiek nie wie, gdzie je­dzie. Ale na­wet gdy­bym taką wie­dzę mia­ła, to na nie­wie­le by się ona zda­ła, bo pew­nie z cięż­kim ple­ca­kiem też nie po­ko­na­ła­bym tych ki­lo­me­trów w śnie­gu, tyl­ko w po­ło­wie dro­gi wal­nę­ła się w ja­kąś za­spę.

Uda­ło mi się po roku, kie­dy for­mę mia­łam już znacz­nie lep­szą, i to le­d­wo. Pod schro­ni­sko w gó­rach pod­je­cha­łam więc tak­sów­ką, roz­jeż­dża­jąc przy tym tory. I nie, nie ro­zu­mia­łam, co się wła­ści­wie wy­da­rzy­ło i cze­mu był to aż taki pro­blem. I czym, kur­wa, były ja­kieś tory, o któ­rych sły­sza­łam po raz pierw­szy? I co było złe­go w moim ko­żu­chu?

Wy­sia­dłam w ko­za­kach na ob­ca­sach, bar­dzo spor­to­wo-kow­boj­skich jak dla mnie, nie szpil­kach, ale na ta­kim ma­łym kwa­dra­to­wym kloc­ku, i do tego jak na moje stan­dar­dy na­praw­dę ni­skim, bo wię­cej niż sześć cen­ty­me­trów nie miał na bank. In­nych po pro­stu nie mia­łam, ale tak to wła­śnie sta­łam się po­śmie­wi­skiem już w pierw­szych se­kun­dach, znaj­du­jąc się wśród tłu­mu w ob­ci­słych, śli­skich gat­kach, wo­do­od­por­nych blu­zach, chust­kach, apasz­kach, na­klej­kach, go­glach, na­szyw­kach i in­nych ga­dże­to­pier­dach ko­niecz­nie z logo. Na­zy­wa­łam ich póź­niej ludź­mi, któ­rzy ucie­kli z De­ca­th­lo­nu. Do tej pory nie ro­zu­miem, czy aż tyle jest po­trzeb­ne, jak czło­wiek chce po pro­stu biec. For­rest Gump biegł i bez tego.

Po roz­wo­dzie nie li­czy­łam na nic, ni­ko­go nie szu­ka­łam i nie wie­dzia­łam zu­peł­nie, cze­go chcę. Nie mia­łam bla­de­go po­ję­cia, w ja­kim kie­run­ku po­pro­wa­dzi mnie ży­cie. Wie­dzia­łam tyl­ko, że chcę biec w śnie­gu, w ci­szy, i wsłu­chi­wać się w rytm swo­je­go ser­ca. Chcia­łam, żeby zmro­zi­ło mi żyły, że­bym mo­gła się w koń­cu gdzieś roz­to­pić.

Miej­sce było ma­gicz­ne, da­le­ko od cy­wi­li­za­cji. Nie było tam re­stau­ra­cji ani skle­pów. Nie było wła­ści­wie nic oprócz gór, drzew i śnie­gu. Nie wie­dzia­łam, czym do­kład­nie było wcze­śniej, ale oka­za­ło się, że i straż­ni­cą po­gra­nicz­ni­ków, i hutą szkła za­ło­żo­ną przez nie­miec­ką ro­dzi­nę daw­no temu, i le­śni­czów­ką, a dla mnie oso­bi­stym koń­cem świa­ta, gdzie dało się po­czuć kom­plet­ny bez­ruch, ci­szę, ja­kiej wcze­śniej nie zna­łam, i wi­dzieć ciem­ność, ja­kiej ni­g­dy nie wi­dzia­łam, a od tam­tej pory rów­nież sce­no­gra­fią wie­lu mo­ich snów. Sto­jąc tam w nocy, mia­łam wra­że­nie, że to tam świat cho­dzi spać.

Dla nie­go było to miej­sce wiel­kie­go wy­bu­chu.

Ja i Mar­ta spa­ły­śmy w jed­nym z trzech czy czte­rech sto­ją­cych tam bu­dyn­ków; miał on już swo­je lata, mały ka­mien­ny ga­nek, na któ­ry wy­cho­dzi­łam rano z kawą na pa­pie­ro­sa, i sta­re skrzy­pią­ce scho­dy nio­są­ce dźwięk każ­de­go kro­ku.

Miesz­kał tam jesz­cze mistrz dru­gie­go pla­nu, ci­chy i skra­da­ją­cy się jak kot, star­szy pan z Nor­we­gii w swe­ter­ku z nor­we­skim wzor­kiem oczy­wi­ście, któ­ry w te­atrze na­sze­go ży­cia był świad­kiem, sam pew­nie nie wie­dział cze­go, i któ­ry to aku­rat nie uciekł z De­ca­th­lo­nu, oraz we­so­ły bar­man Krzysz­tof, któ­re­go ni­g­dy nie za­po­mnę. Już ni­g­dy po­tem to miej­sce nie było tak pu­ste.

Tak więc by­ły­śmy na koń­cu świa­ta, na to­tal­nym od­lu­dziu, więc tego, co sta­ło się po­tem, nie spo­dzie­wał się nikt. I czę­sto mnie za­sta­na­wia­ło, jak to jest, że los po­plą­cze z kimś two­je dro­gi, na­wet jak­by czło­wiek scho­wał się gdzieś przed ca­łym świa­tem. Czy ktoś ru­sza nami jak pion­ka­mi, kształ­tu­jąc na­sze losy, tak że­by­śmy kie­dyś, wła­śnie tego dnia, mo­gli się gdzieś po­ja­wić, ko­goś spo­tkać, coś zo­ba­czyć?

Póź­nym wie­czo­rem pi­ły­śmy her­ba­tę, kie­dy z ma­ra­zmu po cięż­kiej nocy i go­dzi­nach tu­łacz­ki wy­rwa­ło nas pu­ka­nie. Otwo­rzy­łam drzwi, a w nich stał męż­czy­zna, któ­ry ewi­dent­nie pró­bo­wał skle­cić zda­nie, ale za bar­dzo nie wy­cho­dzi­ła mu żad­na skład­nia. Po ogrom­nym wy­sił­ku umy­sło­wym zro­zu­mia­ły­śmy, że za­pra­sza nas na sau­nę, co nie było głu­pim po­my­słem, ale usta­li­li­śmy, że sau­na bę­dzie ju­tro, bo tam­te­go dnia nie mia­ły­śmy siły już na nic, a do tego by­ły­śmy po kil­ku­go­dzin­nym szko­le­niu teo­re­tycz­nym z jeż­dże­nia na nar­tach. A on, pu­ka­jąc, już do­brze wie­dział, do kogo przy­szedł, bo wieść, kto przy­je­chał, szyb­ko się roz­nio­sła.7

Na­stęp­ne­go dnia przed wy­jaz­dem na nar­ty uda­łam się do głów­ne­go bu­dyn­ku na kawę, gdzie spo­tka­łam na­sze­go nie­zna­jo­me­go go­ścia z po­przed­nie­go wie­czo­ru, uj­rza­ne­go w świe­tle dzien­nym i mi­ga­ją­ce­go mi po oczach swo­ją ob­rącz­ką.

Wy­da­ło mi się to nie­smacz­ne, że tak za­pra­sza obce dziew­czy­ny na sau­nę, ma­jąc żonę, ale cóż, po­my­śla­łam, że może to ja je­stem ja­kaś skost­nia­ła w swo­ich po­glą­dach, a sau­na to prze­cież tyl­ko sau­na. Do nie­daw­na i ja by­łam jesz­cze żoną i ja­koś nie wi­dzia­łam swo­je­go męża sa­me­go na nar­tach za­cze­pia­ją­ce­go dziew­czy­ny.

Ale od sau­ny dzie­lił nas cały dzień i spo­tka­li­śmy się jesz­cze parę razy. Znam tę ner­wo­wość w ru­chach, kie­dy czło­wiek jest bli­sko ko­goś, kto mu się po­do­ba, i za­cho­wu­je się jak roz­e­mo­cjo­no­wa­na, za­afe­ro­wa­na wie­wiór­ka, uda­jąc, że coś robi, coś mówi, gdzieś idzie, że to wszyst­ko jest po coś i ma ja­kiś inny cel, kie­dy wy­naj­du­je się dziw­ne pre­tek­sty do roz­mo­wy, do by­cia bli­sko. I tak było te­raz. Uparł się, żeby na­sma­ro­wać nam nar­ty. Mnie było wszyst­ko jed­no, je­cha­ły i bez sma­ro­wa­nia, i nie ro­zu­mia­łam jesz­cze wte­dy ca­łe­go za­mie­sza­nia.

Sau­na była wol­no­sto­ją­cym w śnie­gu dom­kiem nad rze­ką. Dwa dni wcze­śniej nie spo­dzie­wa­łam się, że będę pły­wać zi­mo­wą nocą w po­to­ku gór­skim, a jed­nak. Na sau­nie było nas tro­chę, zbie­ra­ni­na przy­pad­ko­wych lu­dzi, było piwo Łom­ża i było we­so­ło. On sie­dział wy­żej. On, cał­ko­wi­cie nie­zna­jo­my mi jesz­cze czło­wiek. W pew­nym mo­men­cie zga­sło świa­tło, a on, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że nikt nie wi­dzi, do­tknął mo­je­go ra­mie­nia pal­cem w tej ciem­no­ści i tak trwa­li­śmy przez ja­kiś czas. Ja znie­ru­cho­mia­łam, bo za­czy­na­łam ro­zu­mieć jego in­ten­cje, a ten pa­lec był jak ja­kieś urzą­dze­nie trans­mi­tu­ją­ce na­sze my­śli, któ­re nas na chwi­lę po­łą­czy­ło. I nie był to przy­pa­dek, ale to, że zga­sło świa­tło, już tak. To było jak de­kla­ra­cja słow­na ujaw­nia­ją­ca wszel­kie za­mia­ry, ale z dru­giej stro­ny śmiesz­na, bo czło­wiek może so­bie my­śleć, że to przy­pa­dek, a resz­ta dzie­je się w jego gło­wie, że prze­cież to ta­kie nic, niby nic… a jed­nak.

Że jed­nak, do­wie­dzia­łam się wkrót­ce.

Sau­na prze­ro­dzi­ła się w we­so­łą im­pre­zę z pi­gwów­ką w na­szym po­ko­ju w wa­run­kach głę­bo­kie­go PRL-u w wer­sji zi­mo­wej. On mnie już chciał, co czę­sto wer­ba­li­zo­wał, mó­wiąc o tym Mar­cie:

– Ale ja ją chcę, tak bar­dzo chcę, i co mam zro­bić?

Na co ja mó­wi­łam:

– Weź, Mar­ta, za­bierz już stąd tego pana.

I wte­dy było to je­dy­nie śmiesz­ne, a ja mu mó­wi­łam, że wy­glą­da na ta­kie­go, któ­ry na­wet ca­ło­wać się nie umie do­brze. Taki we­so­ły, wy­jaz­do­wy kli­ma­cik. On wte­dy jesz­cze był dla mnie tyl­ko nie­zro­zu­mia­łym kon­cep­tem, ja­kimś tam męż­czy­zną, bar­dzo wy­spor­to­wa­nym, co praw­da, in­nym niż wszy­scy i do tego żo­na­tym, więc nie ro­zu­mia­łam tej dziw­nej dy­na­mi­ki i my­śla­łam, że to tyl­ko żar­ty.

Jak to jest, że ktoś nam się po­do­ba, że wy­bie­ra­my tego, a nie in­ne­go. Może na­sze ży­cie jest utka­ne z ty­się­cy ob­ra­zów, wier­szy i fil­mów na­kła­da­ją­cych się na sie­bie la­ta­mi, któ­re wi­dzi­my od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa, i two­rzy się z nich zle­pek ide­al­nej ko­bie­ty lub męż­czy­zny. Ja­kiś uśmiech za­pa­mię­ta­my na za­wsze, czy­jeś oczy wry­ją się nam w ser­ce, albo dłu­gie, czar­ne, roz­wia­ne wło­sy na wie­trze wi­dzia­ne gdzieś przez chwi­lę, brwi jak skrzy­dła pta­ka, czy­jeś buty lub ręce albo su­kien­ka ze sta­rych zdjęć. Jed­ni lu­bią krę­co­ne wło­sy, inni zie­lo­ne ko­ra­le, bo może mama albo ja­kaś pani raz zo­ba­czo­na na pla­ży mia­ła wła­śnie ta­kie.

Ja pa­mię­tam buty mo­je­go taty wi­dzia­ne z per­spek­ty­wy sa­nek, ta­kie tra­pe­ry w ko­lo­rze kar­me­lo­wym, pod któ­ry­mi skrzy­piał śnieg. Pa­mię­tam ob­ci­słe, ciem­ne je­an­sy bio­drów­ki mo­jej cio­ci w ze­sta­wie z czar­nym gol­fem, szel­mow­ski uśmiech mo­je­go wuj­ka, taki sam jak uśmiech Ni­ko­sia gra­ne­go przez To­ma­sza Wło­so­ka.

U mnie to wszyst­ko zło­ży­ło się chy­ba na ob­raz ja­kie­goś nie­szczę­śni­ka-bun­tow­ni­ka, Cy­bul­skie­go, męż­czy­zny ko­cha­ją­ce­go mu­zy­kę, z któ­rym „moż­na tyl­ko pójść na wrzo­so­wi­sko i za­po­mnieć wszyst­ko”3, nie go­gu­sio­wa­te­go, nie kor­po­lud­ka z sa­mo­cho­dem, pną­ce­go się po szcze­blach ka­rie­ry w gar­ni­tu­rze, ale le­śne­go też nie, tro­chę nie­dzi­siej­sze­go, bez kont w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, czy­ta­ją­ce­go książ­ki, sa­mot­ni­ka, nie­od­kry­te­go jak ta­jem­ni­cza wy­spa, nie­prak­tycz­ne­go. Ta­kie­go fi­lo­zo­fa, wraż­liw­ca, ale nie tam ja­kieś chu­cher­ko, któ­re młot­ka nie umie trzy­mać – mę­skie­go i wy­spor­to­wa­ne­go, ale ru­chem i ży­ciem, a nie go­dzi­na­mi na si­łow­ni, z kar­kiem unie­moż­li­wia­ją­cym skręt szyi, bez gra­cji i de­li­kat­no­ści ru­chu.

Co cie­ka­we, jeż­dżąc w góry i wie­le razy sto­jąc na pe­ro­nie we Wro­cła­wiu, do­wie­dzia­łam się, że to ten sam pe­ron, na któ­rym zgi­nął Cy­bul­ski.

Igor był ide­al­ną kom­bi­na­cją wszyst­kie­go – pie­kiel­nie in­te­li­gent­ny, czy­ta­ją­cy książ­ki i wy­spor­to­wa­ny.

Tak, ten spor­to­wy sznyt był chy­ba waż­ną czę­ścią skła­do­wą wszyst­kie­go, a on no­sił trek­kin­go­we spodnie i tra­pe­ry, i wy­glą­dał jak męż­czy­zna, a mi to ro­bi­ło naj­wy­raź­niej to, co in­nym ko­bie­tom robi mun­dur ma­ry­na­rza. Nogi w ta­kich bu­tach i spodniach to jak ma­ni­fest mó­wią­cy: „prze­mie­rzy­łem set­ki ki­lo­me­trów, je­stem nie­ustra­szo­ny i wy­cią­gnę cię znad prze­pa­ści”.

Po­tem jesz­cze z Kaś­ką roz­ma­wia­ły­śmy na te­mat nóg mę­skich przy oka­zji ja­kie­goś pro­gra­mu, któ­re­go ni­g­dy nie wi­dzia­łam, a w któ­rym ko­bie­ty wy­bie­ra­ją męż­czyzn je­dy­nie po kształ­tach nóg. I ona wy­sy­ła­ła mi scre­eny, pi­sząc:

– Ten, na bank ten, a ten na bank nie.

I za­wsze zga­dy­wa­ła.

Ko­bie­ty, roz­ma­wia­jąc o męż­czy­znach, sku­pia­ją się na wie­lu rze­czach, a pra­wie ni­g­dy na no­gach, a nogi oka­za­ły się pie­kiel­nie waż­nym ele­men­tem i wie­le moż­na z nich wy­czy­tać.

Moje za­pa­try­wa­nie na ten te­mat było ta­kie, że są dwa ro­dza­je męż­czyzn, że „albo cię we­zmą z two­imi no­ga­mi i sto­pa­mi do gra­nia sta­ty­sty w Troi i bie­ga­nia w san­da­łach, albo nie. Albo masz nogi Achil­le­sa, albo smut­ne bla­de nogi urzęd­ni­ka w mięk­kich pap­ciach, zna­ją­ce je­dy­nie ciem­ność spodni, ma­cha­ją­ce smut­no pod bla­tem biur­ka, splą­ta­ne w ka­blach od kom­pu­te­ra, pod­czas kie­dy on za­bi­ja smo­ki na ekra­nie”.

Tak więc on miał sto­py jak rzym­ski wo­jow­nik, uda jak dwa dęby i w spodniach trek­kin­go­wych wy­glą­dał obłęd­nie, ale w śli­skich gat­kach, w któ­rych bie­gał, już nie­ko­niecz­nie, bo przy­po­mi­nał tro­chę cyr­kow­ca.

Dzień po im­pre­zie spę­dzi­li­śmy we trój­kę z Mar­tą, w pi­ża­mach, prze­wa­la­jąc się na łóż­kach w na­szym sze­ścio­oso­bo­wym po­ko­ju, w któ­rym ja­kimś cu­dem tam­tej zimy by­ły­śmy tyl­ko dwie, do­go­ry­wa­jąc po pierw­szych nar­tach, sau­nie i im­pre­zie, a Igor do­no­sił nam do po­ko­ju na­le­śni­ki na zmia­nę z pie­ro­ga­mi, po­nie­waż ewi­dent­nie nie za­mie­rzał od­pu­ścić so­bie tej zna­jo­mo­ści.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

------------------------------------------------------------------------

1.

3 Edward Sta­chu­ra, Z nim bę­dziesz szczę­śliw­sza, „Wier­sze, po­ema­ty, pio­sen­ki, prze­kła­dy”, wy­daw­nic­two Czy­tel­nik, War­sza­wa, 1982 r.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij