Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Niebo nie przyjmuje pasażerów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lipca 2026
48,00
4800 pkt
punktów Virtualo

Niebo nie przyjmuje pasażerów - ebook

Tony ma siedemnaście lat i wydarzenie za sobą, które zmieniło całe jego życie. Rok temu był zwykłym licealistą. Dziś budzi się ze świadomością, że odebrał innemu człowiekowi życie.

W małym miasteczku pamięć o tragedii nie gaśnie. Relacje się rozpadają, rodzina oddala, a każdy krok naprzód kończy się upadkiem. Tony coraz głębiej zamyka się w świecie, w którym rządzi ból.

Jest tylko Charlotte – przyjaciółka, która towarzyszyła mu tamtego dnia i zna całą prawdę. Jedyna, która przy nim została i wspiera na każdym kroku.

Świat wydał już na niego wyrok. Tony musi zdecydować, czy dalej chce być tylko pasażerem we własnym życiu, czy zacznie nim kierować. Tylko czy w ogóle ma jeszcze jakieś szanse na przyszłość? I czy Charlotte faktycznie mu pomaga, a nie ciągnie w dół?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68916-26-3
Rozmiar pliku: 622 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTRZEŻENIE

Za­nim po­dej­miesz się lek­tu­ry, mu­sisz zro­zu­mieć kil­ka naj­wa­żniej­szych dla mnie kwe­stii:

1. Opi­sa­ne wy­da­rze­nia ba­zu­ją na mo­ich SPO­STRZE­ŻE­NIACH oraz DO­ŚWIAD­CZE­NIACH. Je­śli szu­kasz de­fi­ni­cji z pod­ręcz­ni­ka Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia dla de­pre­sji, traum ogól­nie, za­bu­rzeń odży­wia­nia i za­bu­rzeń psy­cho­tycz­nych, to tu­taj tego nie znaj­dziesz. Po­ka­zu­ję „praw­dzi­wą twarz” wy­żej wy­mie­nio­nych, wie­dząc, w jaki spo­sób do­tknęły mnie oraz ZNA­NE MI OSO­BY.
2. Po­ru­szam wa­żne te­ma­ty, a sam na­strój ksi­ążki jest moc­no me­lan­cho­lij­ny i smut­ny. Mo­żesz się na­tknąć na wąt­ki do­ty­czące sa­mo­bój­stwa. TEN PRO­BLEM DO­TY­KA WSZYST­KICH – NIE TYL­KO OSO­BY NA­STO­LET­NIE, LECZ TA­KŻE DO­RO­SŁYCH.
3. Ta hi­sto­ria po­ru­sza nie tyle wa­żne, co trud­ne kwe­stie. Choć sta­ra­łam się po­ka­zać praw­dę z sza­cun­kiem i em­pa­tią, zda­ję so­bie spra­wę, że nie­któ­re sce­ny/prze­my­śle­nia mo­je­go głów­ne­go bo­ha­te­ra mogą być ci­ężkie dla wra­żli­wych osób. Si­ęgnij po tę po­zy­cję, TYL­KO je­śli je­steś pew­ny(-a), że dasz radę. Do ni­cze­go się nie zmu­szaj. Two­je zdro­wie i ży­cie są naj­wa­żniej­sze.
4. Zde­cy­do­wa­łeś(-aś) się iść da­lej? ŚWIET­NIE! To te­raz grzecz­nie przy­go­tuj chu­s­tecz­ki. Ja pła­ka­łam pod­czas pi­sa­nia tej hi­sto­rii. My­ślę, że znaj­dą się lu­dzie, któ­rzy ta­kże ją zro­zu­mie­ją.
5. Ca­ło­do­bo­we te­le­fo­ny za­ufa­nia dla dzie­ci i mło­dzie­ży to: 116 111 (Fun­da­cja Da­je­my Dzie­ciom Siłę) i 800 12 12 12 (Dzie­ci­ęcy Te­le­fon Za­ufa­nia Rzecz­ni­ka Praw Dziec­ka). OBA SĄ BEZ­PŁAT­NE I ANO­NI­MO­WE, A KON­SUL­TAN­CI UDZIE­LA­JĄ WSPAR­CIA PSY­CHO­LO­GICZ­NE­GO ORAZ IN­FOR­MA­CJI.
6. Ca­ło­do­bo­we nu­me­ry, pod któ­ry­mi wspar­cie mogą uzy­skać oso­by do­ro­słe to: 116 123 (Ogól­no­pol­ska Po­rad­nia Te­le­fo­nicz­na dla Osób Prze­ży­wa­jących Kry­zys Emo­cjo­nal­ny) oraz 800 70 2222 (Cen­trum Wspar­cia dla Osób Do­ro­słych w Kry­zy­sie Psy­chicz­nym). PO­ŁĄCZE­NIA SĄ BEZ­PŁAT­NE!

Za­pra­szam do lek­tu­ry. PRZE­ŻYJ­MY TO RA­ZEM.PROLOG

Tony

21.03.2022

Świa­tła re­flek­to­rów oświe­tla­ły dro­gę.

Mu­zy­ka gra­ła gło­śno, ru­sza­li­śmy gło­wa­mi w jej rytm. Char­lot­te śpie­wa­ła na miej­scu pa­sa­że­ra, wy­ma­chu­jąc ręka­mi. Ja swo­je trzy­ma­łem moc­no za­ci­śni­ęte na kie­row­ni­cy.

Uwa­żnie słu­cha­łem gło­su przy­ja­ció­łki. Pi­ęk­nie śpie­wa­ła i za ka­żdym ra­zem, kie­dy się nió­sł, nie umia­łem opa­no­wać sze­ro­kie­go uśmie­chu.

_They call us bro­ken, but we laugh at that,_

_We li­ght the fire and we don’t look back,_

_And we live the best life,_

_Yeah, we’re al­ri­ght tho­ugh!_*

Po tych sło­wach ro­ze­śmia­ła się do­no­śnie. Opa­rła tył gło­wy o za­głó­wek i wes­tchnęła, jed­no­cze­śnie przy­ci­sza­jąc ra­dio.

– Dzi­ęku­ję, Tony. Za­bra­nie mnie na kon­cert było naj­lep­szym pre­zen­tem uro­dzi­no­wym, jaki mo­głeś mi po­da­ro­wać.

Zer­k­nąłem na nią kątem oka. Blond wło­sy po­tar­gał wiatr, ale czar­na ko­kard­ka sku­tecz­nie pod­trzy­my­wa­ła część ko­smy­ków w gó­rze. W tym wy­da­niu wy­gląda­ła cho­ler­nie uro­czo.

Spoj­rza­ła na mnie wy­cze­ku­jąco. Wzru­szy­łem non­sza­lanc­ko ra­mio­na­mi i po­wró­ci­łem wzro­kiem na dro­gę. Wo­kół nas za­czął roz­ta­czać się gęsty las. Mi­nęli­śmy ostat­nią la­tar­nię. Wje­cha­li­śmy w ciem­no­ść.

– Znam cię na wy­lot, Char. Wie­dzia­łem, że za­wsze chcia­łaś usły­szeć tę ka­pe­lę na żywo. – Nie do­da­łem, że moje uszy krwa­wi­ły, bo nie­na­wi­dzi­łem tego ro­dza­ju mu­zy­ki.

Dla niej jed­nak go­dzi­łem się prze­trwać naj­wi­ęk­sze ka­tu­sze.

Za­pa­dła mi­ędzy nami ci­sza. Ni­g­dy nie wy­da­wa­ła się tak ci­ężka, jak tego dnia. Char­lot­te nie ode­zwa­ła się ani sło­wem, ale czu­łem, że bacz­nie mnie ob­ser­wo­wa­ła. Na moje po­licz­ki wstąpił go­rący ru­mie­niec. Nie zdo­ła­łem się po­wstrzy­mać i znów od­wró­ci­łem gło­wę w jej stro­nę.

– Wiesz, ja… – Opu­ści­ła wzrok na swo­je pal­ce. Ner­wo­wo się nimi ba­wi­ła. – My­ślę, że cię ko­cham.

Mi­ęśnie zwiot­cza­ły, prze­łk­nąłem gło­śno śli­nę. Tyle razy chcia­łem wy­znać przy­ja­ció­łce swo­je uczu­cia, a kie­dy w ko­ńcu mia­łem oka­zję, żeby po­wie­dzieć „Ja cie­bie też”, nie po­tra­fi­łem wy­du­sić z sie­bie żad­ne­go sen­sow­ne­go zda­nia.

– Char… – za­cząłem, ale mi prze­rwa­ła.

– Tony! – wy­krzy­cza­ła prze­ra­żo­na. – Uwa­żaj!

Na­tych­miast prze­nio­słem uwa­gę na uli­cę. Wszyst­ko wy­da­rzy­ło się w ułam­ku se­kun­dy.

W świe­tle re­flek­to­rów po­ja­wi­ła się ko­bie­ta. Do­strze­głem jej wy­stra­szo­ny wy­raz twa­rzy. Wci­snąłem ha­mu­lec, ale auto nie za­trzy­ma­ło się tak szyb­ko, jak bym chciał. Ude­rze­nie szarp­nęło moim cia­łem.

Ostat­nim, co za­pa­mi­ęta­łem, były ja­sne wło­sy, całe we krwi.

I już wie­dzia­łem, że ko­goś za­bi­łem.ROZDZIAŁ 1

Tony

21.03.2023

Tego dnia przy­pa­da­ła rocz­ni­ca fe­ral­ne­go wy­pad­ku.

Le­ża­łem w łó­żku i nie chcia­łem otwo­rzyć oczu. Cho­le­ra, na­wet nie pró­bo­wa­łem tego zro­bić. Na siłę za­ci­ska­łem po­wie­ki ze świa­do­mo­ścią, że do­kład­nie trzy­sta sze­śćdzie­si­ąt pięć dni temu ode­bra­łem ży­cie nie­win­nej ko­bie­cie. Mia­ła za­le­d­wie dwa­dzie­ścia pięć lat, a ja uni­ce­stwi­łem jej szan­se na za­ło­że­nie ro­dzi­ny. Na za­zna­nie praw­dzi­wej mi­ło­ści. Na ka­rie­rę. Na sta­ro­ść.

Emi­ly Wat­son.

Po­wta­rza­no mi, że to nie moja wina. We­szła na dro­gę przy­pad­kiem, nie wi­dzia­ła nad­je­żdża­jące­go auta. Wra­ca­ła z im­pre­zy. Nie no­si­ła od­bla­sków. Była pod wpły­wem al­ko­ho­lu.

Żad­ne sło­wa nie zdo­ła­ły jed­nak uci­szyć wy­rzu­tów su­mie­nia, któ­re sta­le mnie za­dręcza­ły.

Praw­da była taka, że my­śla­łem o niej ka­żde­go dnia. O świ­cie, o zmro­ku i po­mi­ędzy tymi dwo­ma po­ra­mi. Ka­żdą se­kun­dę wła­snej eg­zy­sten­cji po­świ­ęca­łem na roz­pa­mi­ęty­wa­nie błędu, ja­kim oka­za­ło się za­bra­nie Char­lot­te na ten cho­ler­ny kon­cert.

Naj­gor­sze, że tam­te­go dnia nie za­bi­łem tyl­ko Emi­ly.

Za­bi­łem ko­goś jesz­cze.

Sie­bie.

Usły­sza­łem sze­lest po­ście­li. Uchy­li­łem jed­no oko za­cie­ka­wio­ny, kto za­kłó­cił ci­szę. Nie pla­no­wa­łem wy­jść z łó­żka ani pó­jść do szko­ły. Ostat­nia kla­sa li­ceum, a ja czu­łem się jak naj­wi­ęk­szy wy­rzu­tek spo­łe­cze­ństwa. Do tej pory wy­ty­ka­li mnie pal­ca­mi, ob­ga­dy­wa­li za ple­ca­mi.

Nie­na­wi­dzi­łem Le­xing­ton High. I ka­żde­go ucznia tego za­sra­ne­go li­ceum.

Char sie­dzia­ła po dru­giej stro­nie łó­żka. Jed­ną ręką pod­pie­ra­ła się o ma­te­rac, a dru­gą po­pra­wia­ła czar­ną ko­kar­dę we wło­sach – jej znak roz­po­znaw­czy. Kre­mo­wy swe­te­rek wy­glądał na nie­świe­ży. Nic dziw­ne­go. Ta data wy­ry­ła się ta­kże w jej pa­mi­ęci.

Tam­te­go dnia wy­zna­ła, że mnie ko­cha. Mia­łem za­miar od­po­wie­dzieć tym sa­mym. Nie zdąży­łem, a po­tem było już za pó­źno. Wy­pa­dek zmie­nił nas obo­je i cho­ciaż przy­ja­źń prze­trwa­ła, za­bra­kło miej­sca na mi­ło­ść. Zo­sta­ła stłu­mio­na gdzieś po­mi­ędzy ża­lem a zgorzk­nie­niem.

Cie­nie pod brązo­wy­mi ocza­mi dziew­czy­ny oraz jej bla­da cera sta­no­wi­ły wy­star­cza­jące po­twier­dze­nie tych dwóch emo­cji.

– Na­wet nie pró­buj mnie na­ma­wiać na opusz­cze­nie po­ko­ju – burk­nąłem, po czym po­now­nie przy­mknąłem po­wie­ki.

Wsłu­chi­wa­łem się w rytm ze­ga­ra wi­szące­go nad drzwia­mi. Był iry­tu­jąco gło­śny. Do­bry, żeby za­głu­szyć nie­chcia­ne my­śli.

– Nie po to przy­szłam. – Miej­sce na dło­ni, w któ­rym na­sze skó­ry wcho­dzi­ły w kon­takt, przy­jem­nie mro­wi­ło. – Sama od­wie­dzi­łam Emi­ly. Ty… nie je­steś jesz­cze go­to­wy.

– Ni­g­dy nie będę na to go­to­wy. – Otwo­rzy­łem oczy tyl­ko po to, żeby zo­ba­czyć za­wód na twa­rzy przy­ja­ció­łki. Wes­tchnąłem ci­ężko. – Prze­pra­szam. Nie po­wi­nie­nem wy­ła­do­wy­wać na to­bie fru­stra­cji.

Uśmiech­nęła się smut­no.

– To nic. Sie­dzi­my w tym ra­zem. Po­mo­gę ci – oznaj­mi­ła spo­koj­nie, nie­zra­żo­na moim wy­bu­chem.

– Jak? – Łzy przy­sło­ni­ły wi­dok. – Mi­nął rok, a ja da­lej nie po­tra­fię o tym roz­ma­wiać. Wspo­mnie­nia mnie do­bi­ja­ją. Nie umiem ru­szyć z miej­sca.

Mu­snęła opusz­ka­mi pal­ców mój po­li­czek. Były zim­ne, ale nie zdzi­wi­ło mnie to. Char­lot­te za­wsze mia­ła ni­ską tem­pe­ra­tu­rę cia­ła, co cza­sem dzia­ła­ło zba­wien­nie.

– Mi­nął _do­pie­ro_ rok, Tony – pod­kre­śli­ła. – Może mi­nąć i dzie­si­ęć lat, ale w ko­ńcu po­czu­jesz się le­piej i zdasz so­bie spra­wę, że to ja…

– Nie. Ni­g­dy bym tego na cie­bie nie zrzu­cił. To ja pro­wa­dzi­łem. Ja za­bi­łem Emi­ly. Nie ty. Ni­g­dy ty.

– W po­rząd­ku. Kie­dyś zro­zu­miesz. – Z ja­kie­goś po­wo­du od­no­si­łem wra­że­nie, że te sło­wa skie­ro­wa­ła bar­dziej do sie­bie niż do mnie. – Więc… chcesz spędzić cały dzień w łó­żku? Nie le­piej sta­wić temu czo­ła?

– Mia­łaś mnie nie na­ma­wiać.

Char unio­sła dło­nie w obron­nym ge­ście.

– Chcia­ła­bym, że­byś żył nor­mal­nie.

Par­sk­nąłem pod no­sem i usia­dłem na ma­te­ra­cu. Na­sze oczy znaj­do­wa­ły się na tej sa­mej wy­so­ko­ści. _Boże, tak bar­dzo ją ko­cha­łem_. Nie­ste­ty, nic już nie mo­głem z tym zro­bić. Ta szan­sa bez­po­wrot­nie mi­nęła.

– Tak jak ty? – Szept wy­brzmiał mi­ędzy nami zbyt gło­śno. – Po­wi­nie­nem wsta­wać ka­żde­go ran­ka, uśmie­chać się i uda­wać, że nic się nie sta­ło? Bo to wła­śnie ro­bisz. Ucie­kasz od pro­ble­mu. Może nie je­steś win­na temu, że Emi­ly nie żyje, ale by­łaś tam ze mną. Nie ru­sza cię jej śmie­rć?

Kąci­ki jej ust opa­dły.

– Nie masz po­jęcia, co czu­ję – od­pa­rła ostro­żnie. – Mnie ta­kże nie jest ła­two.

Za­pa­dła ci­sza. Za­wi­sły w niej nie­wy­po­wie­dzia­ne sło­wa.

Jak mo­głem choć przez chwi­lę po­my­śleć, że wy­pa­dek nie od­bił się na Char­lot­te? Prze­cież do­sko­na­le wi­dzia­łem to w jej spoj­rze­niu. Ten nie­wy­obra­żal­ny ból, któ­ry dzie­li­li­śmy mi­ędzy sobą. Co­dzien­nie za­pew­nia­ła mnie, że nie tkwi­łem w tym sam. Mimo to ci­ągle by­łem sa­mot­ny. Ani sło­wa przy­ja­ció­łki, ani żad­ne ge­sty nie były w sta­nie spra­wić, że­bym po­czuł się le­piej.

Bar­ki na­gle opa­dły pod ci­ęża­rem winy, jak­by Bóg po­ło­żył na nich dwa wor­ki pe­łne grze­chów i ka­zał się z nimi roz­pra­wić. Zro­bić ra­chu­nek su­mie­nia.

– Je­śli nie chcesz dziś iść do szko­ły, to nie idź. – Ton jej gło­su nie­mal ła­mał mi ser­ce. – Przyj­dę ju­tro, może będziesz w lep­szym na­stro­ju na roz­mo­wę. Ale już naj­wy­ższy czas, żeby zmie­rzyć się z de­mo­na­mi prze­szło­ści.

Mia­ła ra­cję. Ni­g­dy jed­nak nie przy­zna­łbym tego na głos. Po pro­stu za­mknąłem oczy i z po­wro­tem rzu­ci­łem się na łó­żko. By­łem tak zmęczo­ny przez kosz­ma­ry dręczące mnie no­ca­mi, że od­le­cia­łem w ułam­ku se­kun­dy. Nie wie­dzia­łem, kie­dy przy­ja­ció­łka opu­ści­ła mój po­kój.

Kie­dy po­now­nie się obu­dzi­łem, sło­ńce po­wo­li zmie­rza­ło na za­chód, go­to­we do skry­cia się za li­nią ho­ry­zon­tu. Za­zdro­ści­łem mu, że mo­gło cho­ciaż na kil­ka­na­ście go­dzin scho­wać się przed lu­dźmi.

– Tony, skar­bie?! Je­steś w domu?!

Krzyk mat­ki przeda­rł się przez za­mglo­ny umy­sł. Po­brzmie­wa­ła w nim nuta zmar­twie­nia. Od­chrząk­nąłem i le­d­wo zdąży­łem usi­ąść na łó­żku, gdy wpa­ro­wa­ła do mo­je­go azy­lu.

Da­ria Pal­mer na­le­ża­ła do pi­ęk­nych ko­biet. Dłu­gie, czar­ne loki oka­la­ły smu­kłą twarz, a błękit­ne oczy za­wsze wy­da­wa­ły się czuj­ne. Nie­uchron­nie do­bi­ja­ła pi­ęćdzie­si­ąt­ki, ale nada­rem­nie było szu­kać na jej skó­rze oznak sta­rze­nia. Przy­naj­mniej jesz­cze rok temu. Dziś do­strze­ga­łem nie­wiel­kie zmarszcz­ki na jej czo­le i zda­wa­łem so­bie spra­wę, że po­ja­wi­ły się przez stres, któ­ry, przy­spo­rzy­łem swo­im wy­bry­kiem.

Wy­krzy­wi­ła usta w gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia. Po­ci­ągnęła no­sem, a na­stęp­nie po­de­szła do okna i lek­ko je uchy­li­ła. Od­wró­ci­ła się w moją stro­nę, skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­si. Ci­ężar cia­ła prze­nio­sła na jed­ną nogę.

– Za­ki­sisz się tu­taj. Wy­sze­dłeś cho­ciaż na mi­nu­tę z po­ko­ju? – za­py­ta­ła z wy­rzu­tem.

Pod­nio­słem z podło­gi wy­mi­ętą, sza­rą blu­zę. No­si­łem ją też wczo­raj, ale nie prze­szka­dza­ło mi to. Nie te­raz. Wsu­nąłem ubra­nie na nagi tors i wsta­łem z łó­żka.

– Daj mi spo­kój.

Zmarsz­czy­ła brwi. Uwa­żnie ska­no­wa­ła roz­bie­ga­nym wzro­kiem moją twarz, aż w ko­ńcu coś jej za­świ­ta­ło. Wy­ra­źnie do­strze­głem mo­ment, w któ­rym zro­zu­mia­ła.

– To dziś… – szep­nęła ze łza­mi w oczach.

W od­po­wie­dzi zdo­ła­łem je­dy­nie kiw­nąć gło­wą. Gar­dło bo­le­śnie za­ci­snęło się pod wpły­wem ci­ężkich emo­cji.

– Za­wie­źć cię na cmen­tarz?

– Nie. Char­lot­te już tam była.

– Tony…

– Prze­stań – prze­rwa­łem jej szorst­ko. – Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

Mama wes­tchnęła ci­ężko.

– A zej­dziesz cho­ciaż na ko­la­cję?

Na myśl o je­dze­niu żo­łądek za­ci­snął się w cia­sny su­peł. Nie było opcji, że­bym coś w sie­bie wci­snął. Ma­rzy­łem tyl­ko o tym, żeby po­now­nie za­snąć.

– Kie­dy oj­ciec wra­ca z de­le­ga­cji? – Spraw­nie zmie­ni­łem te­mat.

Po­sła­ła mi gniew­ne, kar­cące spoj­rze­nie, ale nie po­wró­ci­ła już do kwe­stii po­si­łku. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że się o mnie mar­twi­ła i po­wo­li mia­ła dość mo­jej ma­łej de­pre­sji. Po wy­pad­ku za­mknąłem się w so­bie, od­su­nąłem od wszyst­kich zna­jo­mych. Zo­sta­ła mi tyl­ko Char­lot­te Mar­chland – ró­wie­śnicz­ka, na­sto­lat­ka fran­cu­skie­go po­cho­dze­nia.

I tyl­ko ona trzy­ma­ła mnie przy zdro­wych zmy­słach.

– Ju­tro. Może wy­bie­rze­cie się ra­zem na ryby? – za­gad­nęła ostro­żnie. Nie pa­trzy­ła mi przy tym w oczy. Ru­szy­ła i za­częła zbie­rać z zie­mi brud­ne skar­pet­ki. Spo­dzie­wa­ła się, że od­mó­wię. – Na week­end za­po­wia­da­ją pi­ęk­ną po­go­dę. Może dwa dni na ło­nie na­tu­ry, z dala od mia­sta i Char­lot­te, do­brze ci zro­bią.

Mama nie­gdyś ko­cha­ła moją przy­ja­ció­łkę. Da­łbym so­bie rękę uci­ąć, że pierw­sza do­strze­gła uczu­cie, ja­kim się da­rzy­li­śmy, i z ca­łych sił nam ki­bi­co­wa­ła. Przy­ja­źni­ła się ta­kże z Co­let­te Mar­chland.

Wszyst­ko zmie­ni­ło się po tym, jak za­bi­łem Emi­ly. Nie­for­tun­ne wy­da­rze­nia wpły­nęły na obie ro­dzi­ny. Moja mama z ja­kie­goś po­wo­du ob­wi­nia­ła mamę Char. Z ko­lei Co­let­te nie raz jaw­nie po­ka­za­ła Da­rii, jak bar­dzo jej nie­na­wi­dzi. Na po­cząt­ku winę za wy­pa­dek zrzu­ca­ła na mnie. Do­pie­ro po ja­ki­mś cza­sie emo­cje opa­dły i po­now­nie za­częła otwie­rać przede mną drzwi swo­je­go domu.

Gdy jed­nak po­ru­sza­łem te­mat Char­lot­te, mat­ka albo go uci­na­ła, albo po pro­stu szu­ka­ła spo­so­bu, żeby po­gor­szyć moje re­la­cje z dziew­czy­ną. Ow­szem, po­zwa­la­ła jej się ze mną spo­ty­kać, ale od mo­men­tu wy­jścia ze szpi­ta­la, nie za­mie­ni­ła z nią ani sło­wa. Uda­wa­ła, że cór­ka by­łej przy­ja­ció­łki nie ist­nie­je.

– Zo­ba­czy­my – od­po­wie­dzia­łem wy­mi­ja­jąco. Prze­błysk zra­nie­nia w jej źre­ni­cach nie­mal zwa­lił mnie z nóg. Chy­ba zbyt dłu­go ich od sie­bie od­py­cha­łem. Ob­li­za­łem usta i do­da­łem: – Je­śli tata będzie miał czas i ocho­tę, to po­ja­dę. – Wy­po­wie­dze­nie tych słów nie przy­szło mi ła­two. Czu­łem się, jak­bym ro­bił coś wbrew so­bie, że to nie­wła­ści­we, jed­nak wy­raz za­do­wo­le­nia na twa­rzy ro­dzi­ciel­ki roz­wiał wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

Już daw­no nie wi­dzia­łem, żeby uśmie­cha­ła się tak sze­ro­ko i szcze­rze. Za­ci­snęła moc­no pal­ce na brud­nych ubra­niach, któ­re trzy­ma­ła w dło­niach.

– Dzi­ęku­ję, syn­ku.

Ski­nąłem gło­wą, po czym wy­sze­dłem. Nie wy­trzy­ma­łem tego spoj­rze­nia, tym ra­zem pe­łne­go łez szczęścia. Kto by po­my­ślał, że jed­ną zgo­dą na wy­jazd mo­głem tak po­pra­wić jej hu­mor.

Do­ta­rłem na ko­niec ko­ry­ta­rza, gdzie mie­ści­ła się ła­zien­ka. Na­ło­ży­łem pa­stę na szczo­tecz­kę, za­cząłem szo­ro­wać zęby. Po­świ­ęci­łem tej czyn­no­ści zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej cza­su, niż było po­trzeb­ne. Wszyst­ko dla­te­go, że ci­ągle przy­gląda­łem się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze.

Pod ocza­mi wid­nia­ły cie­nie, iden­tycz­ne, ja­kie do­strze­głem dziś rano u Char. Na mo­jej twa­rzy nie po­ka­za­ły się ru­mie­ńce. Skó­ra po­zo­sta­wa­ła bla­da i su­cha. Źre­ni­ce, choć otwar­te na świat, nie re­je­stro­wa­ły ży­cia. By­łem tak bar­dzo przy­gnębio­ny, że na­wet nie­bie­ski ko­lor tęczó­wek wy­da­wał się przy­ga­szo­ny.

Prze­sta­łem po­ru­szać szczo­tecz­ką, do­pie­ro gdy dzi­ąsła za­pie­kły w wy­ra­zie bólu. Wy­płu­ka­łem bu­zię i wró­ci­łem do swo­je­go po­ko­ju. Za­mknąłem okno uchy­lo­ne przez mat­kę pod­czas jej wi­zy­ty. Za­su­nąłem ro­le­ty, bo tego dnia na­wet świa­tło sło­necz­ne mnie dra­żni­ło.

Pod moją nie­obec­no­ść ko­bie­ta po­pra­wi­ła po­ściel, a ta­kże wy­ta­rła ku­rze. W ży­łach za­częła ko­tło­wać się pew­ne­go ro­dza­ju zło­ść na nią. Ro­bi­ła zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej, niż po­win­na. Ko­cha­łem ją, była moją mat­ką, ale nie mu­sia­ła po mnie sprzątać. Do­ro­słem na tyle, by wrzu­cić wła­sne ga­cie do pral­ki. To, że nie mia­łem ocho­ty tego ro­bić, nie wy­ni­ka­ło z le­ni­stwa.

Po pro­stu by­wa­ły dni, gdy bra­ko­wa­ło mi sił na samo wsta­nie z łó­żka. Rocz­ni­ca wy­pad­ku do nich na­le­ża­ła.

Na­ci­snąłem gu­zik star­tu na lap­to­pie. Ekran po­ja­śniał, a ja cze­ka­łem, aż sys­tem się uru­cho­mi. W tym cza­sie roz­gląda­łem się po nie­ska­zi­tel­nie czy­stym biur­ku. Wzrok padł na dwa zdjęcia sto­jące obok sie­bie.

Na jed­nej fo­to­gra­fii po­zo­wał Tho­mas – mój tata – i ja, mały, za­do­wo­lo­ny z ży­cia gno­jek. Na mo­jej twa­rzy wid­niał uśmiech tak sze­ro­ki, że go­łym okiem dało radę po­li­czyć wszyst­kie zęby. Wie­dzia­łem, bo cza­sem to ro­bi­łem. Do pe­łne­go uzębie­nia bra­ko­wa­ło trzech.

Na dru­gim zdjęciu obej­mo­wa­łem Char­lot­te. Pi­ęk­ną, mło­dą dziew­czy­nę. Ra­do­sną, de­li­kat­ną ni­czym płat­ki róż, ca­łko­wi­cie bez­bron­ną. By­łem na tyle sil­ny, by przy­znać, że ją znisz­czy­łem. I na tyle sła­by, by nie móc pu­ścić jej wol­no.

Z ci­ężkim wes­tchnie­niem od­wró­ci­łem się w stro­nę kom­pu­te­ra. Wpi­sa­łem ha­sło, któ­re tak na­praw­dę wy­my­śli­ła przy­ja­ció­łka. Wąt­pi­łem, by ja­ki­kol­wiek ha­ker zdo­łał roz­szy­fro­wać tak dłu­gi ciąg li­ter, cyfr oraz zna­ków spe­cjal­nych.

W wy­szu­ki­war­kę in­ter­ne­to­wą wpi­sa­łem in­te­re­su­jące mnie imię i na­zwi­sko. Gdy­by ktoś za­py­tał, dla­cze­go co mie­si­ąc to ro­bi­łem, za­da­jąc so­bie ból, nie umia­łbym od­po­wie­dzieć.

Pro­fil Emi­ly Wat­son na jed­nym z por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych wy­glądał jak ta­bli­ca pa­mi­ęci o niej. Ro­dzi­na ko­bie­ty co rusz wsta­wia­ła tam zdjęcia czy aneg­dot­ki z jej ży­cia. Czy­ta­łem ka­żdy post. I pła­ka­łem jak dziec­ko. Stra­ci­li ko­goś tak wspa­nia­łe­go. Gdzieś tam żyli lu­dzie, dla któ­rych zma­rła zo­sta­ła je­dy­nie bo­le­snym wspo­mnie­niem. Wszyst­ko prze­ze mnie i chwi­lę nie­uwa­gi.

Ostat­ni wpis na­le­żał do, jak zdąży­łem się przez ten rok zo­rien­to­wać, mat­ki Emi­ly. Prze­je­cha­łem po nim wzro­kiem kil­ka razy, za­nim zro­zu­mia­łem tre­ść.

_Dro­ga Emi­ly,_

_dziś czy­ta­łam Two­ją uko­cha­ną ksi­ążkę. Za­pi­sa­ne w niej sło­wa nie­ustan­nie mi o To­bie przy­po­mi­na­ją. Mija rok, od­kąd nas opu­ści­łaś, a ja da­lej nie po­tra­fię prze­żyć jed­ne­go dnia bez wspo­mi­na­nia Cie­bie._

_Tak bar­dzo za Tobą tęsk­nię, có­recz­ko. Ka­żdy dzień bez Cie­bie jest okrop­nym ci­ęża­rem, brak Two­je­go uśmie­chu spra­wia, że po­ran­ki są sza­re i nie wiem, czy moje ży­cie jesz­cze kie­dyś wy­buch­nie fe­erią barw. Mimo wszyst­ko wie­rzę, że spo­tka­my się w nie­bie._

_Ko­cham Cię._

_Mama_

Wy­pu­ści­łem dłu­go wstrzy­my­wa­ne w płu­cach po­wie­trze. Ból w pier­si ni­g­dy nie ma­lał, ale te­raz wzró­sł jesz­cze bar­dziej. Po­zwo­li­łem łzom spły­nąć po po­licz­kach.

Wy­łączy­łem urządze­nie, a w gło­wie wci­ąż roz­brzmie­wa­ły sło­wa Char­lot­te. _„Chcia­ła­bym, że­byś żył nor­mal­nie”_.

Ja też bym tego chciał, ale jak mia­łem to zro­bić, sko­ro ob­raz prze­ra­żo­nej twa­rzy Emi­ly wy­rył się w mo­jej pa­mi­ęci?ROZDZIAŁ 2

Tony

Bu­dze­nie się było ci­ężkie. Ka­żde­go ran­ka.

Czu­łem się tak, jak­bym zo­stał za­mkni­ęty w pętli i co­dzien­nie prze­ży­wał to samo od nowa. To­wa­rzy­szył mi sta­ły ból eg­zy­sten­cji. Pa­trze­nie na wła­sne od­bi­cie w lu­strze mnie do­bi­ja­ło. Sta­łem się wra­kiem czło­wie­ka.

Wzi­ąłem drżący od­dech. Po­now­na kon­fron­ta­cja z ró­wie­śni­ka­mi wy­da­wa­ła się po­nad moje siły. Nie chcia­łem na nich pa­trzeć, słu­chać ko­lej­nych obelg. Na­sto­lat­ko­wie byli bez­li­to­śni, nie zna­li gra­nic.

Ża­den z tych dzie­cia­ków nie ro­zu­miał, że z ko­lej­nym okrop­nym epi­te­tem po­głębiał dziu­rę w ser­cu. Wy­rzu­ty su­mie­nia kie­łko­wa­ły w moim wnętrzu, przy­po­mi­na­ły za­tru­ty bluszcz, któ­ry owi­jał się wo­kół wszyst­kich or­ga­nów w cie­le – z ka­żdym sło­wem za­cie­śniał się na nich co­raz moc­niej. Pły­nęła prze­ze mnie tru­ci­zna de­pre­sji. Echo skru­chy sta­le szep­ta­ło do ucha to jed­no imię i na­zwi­sko.

_Emi­ly Wat­son._

_Emi­ly Wat­son._

_Emi­ly Wat­son._

Nie mo­głem jeść, pić, od­dy­chać. Ja­ki­kol­wiek ruch cia­ła spra­wiał mi dys­kom­fort. Ma­rzy­łem je­dy­nie o tym, żeby po­now­nie zna­le­źć się w łó­żku. Oczy­ma wy­obra­źni wi­dzia­łem sie­bie pod ko­łdrą, le­ża­łem z za­ci­śni­ęty­mi po­wie­ka­mi. Mie­rze­nie się z rze­czy­wi­sto­ścią przy­cho­dzi­ło trud­no. Wo­la­łem spać, ucie­kać do kra­iny, gdzie wszyst­ko było inne. Ła­twiej­sze.

Wy­sze­dłem z ła­zien­ki. Do mo­ich uszu do­cie­ra­ły od­gło­sy, któ­re wy­da­wa­ła mama krząta­jąca się po kuch­ni. Do noz­drzy do­ta­rł za­pach śnia­da­nia. Żo­łądek za­ci­snął się bo­le­śnie na myśl, że będę mu­siał przed nią uda­wać. Zje­ść coś. Wo­la­łbym tego unik­nąć. Wie­dzia­łem, że gdy tyl­ko do­trę do szko­ły, za­mknę się w to­a­le­cie i wszyst­ko zwró­cę.

Tak wy­gląda­ła moja co­dzien­no­ść.

Mat­ka może i wie­dzia­ła, że coś we mnie sie­dzi, jed­nak skrzęt­nie uda­wa­ła, że nic się nie dzia­ło. Tak bar­dzo pra­gnęła, że­bym po­zo­stał zwy­kłym na­sto­lat­kiem, że so­bie to po pro­stu wma­wia­ła, a ja nie wy­pro­wa­dza­łem jej z błędu.

W po­ło­wie dro­gi na dół na­rzu­ci­łem na twarz uśmiech. Ćwi­czy­łem go tyle razy, że nie mu­sia­łem spraw­dzać, czy ktoś się na nie­go na­bie­rze. Ota­cza­li mnie kłam­cy. I to nie ja by­łem oszu­ki­wa­ny. Lu­dzie kar­mi­li złu­dze­nia­mi sa­mych sie­bie.

– Zro­bi­łam na­le­śni­ki. Cho­dź, usi­ądź i zjedz. Po­wi­nie­neś mieć dużo siły do na­uki – po­wie­dzia­ła mama śpiew­nym to­nem, gdy tyl­ko mnie do­strze­gła.

Prze­szu­ki­wa­łem w gło­wie wy­mów­ki. Dzie­li­łem je na trzy ka­te­go­rie: te, któ­re nie ro­bi­ły już wra­że­nia na Da­rii; te, któ­rych nie­daw­no uży­łem; te, któ­re mo­gły­by się nadać. De­cy­zję pod­jąłem w za­le­d­wie kil­ka se­kund. Brzuch miał mi po­tem za to po­dzi­ęko­wać, na­wet je­śli te­raz na­ra­ża­łem się na gniew i nie­za­do­wo­le­nie mat­ki.

– Zjem coś w bu­fe­cie szkol­nym. Za pół go­dzi­ny za­czy­nam za­jęcia do­dat­ko­we, nie chcę się spó­źnić. – Ci­ągle utrzy­my­wa­łem ten kre­ty­ński uśmiech.

Za­sty­gła w bez­ru­chu. Spoj­rza­ła na górę je­dze­nia i mo­men­tal­nie zro­bi­ło mi się głu­pio, że wy­rzu­ci to wszyst­ko do ko­sza. Ta­kie mar­no­traw­stwo… Prze­nio­sła wzrok na mnie. W ręce trzy­ma­ła pa­tel­nię, od któ­rej bił swąd spa­le­ni­zny.

Przy­mknąłem na mo­ment po­wie­ki.

– Zjem dwa. Dru­gie tyle we­zmę dla Char­lot­te – wy­mam­ro­ta­łem wbrew so­bie.

Sil­ne uczu­cie szarp­nęło moim żo­łąd­kiem. Źle ro­bi­łem, zmu­sza­jąc się do je­dze­nia. Zdro­wy roz­sądek na­ka­zy­wał po pro­stu wy­jść z domu, ale wi­dok smut­ku w oczach mat­ki nie po­zwa­lał wy­ko­nać żad­ne­go ru­chu.

– Char­lot­te z pew­no­ścią nie zje mo­ich na­le­śni­ków. – Imię przy­ja­ció­łki wy­po­wie­dzia­ła wręcz z po­gar­dą. Po­sta­no­wi­łem to olać. Ostat­nie, cze­go po­trze­bo­wa­łem, to awan­tu­ra z rana o coś tak try­wial­ne­go.

Poza tym wie­dzia­łem, że Char ubó­stwia kuch­nię Da­rii.

Usia­dłem na sto­łku, szyb­ko po­chło­nąłem obie­ca­ną licz­bę plac­ków. Ko­lej­ne dwa spa­ko­wa­łem dla dziew­czy­ny. Wrzu­ci­łem po­jem­nik do prze­pe­łnio­ne­go ple­ca­ka, po czym opu­ści­łem dom bez sło­wa po­że­gna­nia.

Od roku ka­żde­go dnia po­ko­ny­wa­łem dro­gę do szko­ły pie­szo. Po wy­pad­ku już nie wsia­dłem za kie­row­ni­cę. Sama jaz­da jako pa­sa­żer okrop­nie mnie stre­so­wa­ła, zda­rza­ło się, że wspo­mnie­nia ude­rza­ły pod­czas dro­gi. Wy­łącza­łem się wte­dy z ży­cia na dłu­gie mi­nu­ty i roz­pa­mi­ęty­wa­łem coś, na co już nie mia­łem wpły­wu.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach pó­źnej wio­sny. Kwi­tło co­raz wi­ęcej ro­ślin, a kwia­ty bia­łych dmu­chaw­ców la­ta­ły na wie­trze. Sło­ńce otu­la­ło ko­ńczy­ny cie­pły­mi pro­mie­nia­mi.

Od­da­łbym wszyst­ko, żeby móc je tak na­praw­dę po­czuć. Moje cia­ło od roku przy­po­mi­na­ło lo­do­wą twier­dzę – po­tężną, pe­łną prze­żyć, emo­cjo­nal­nie chłod­ną.

Szko­da, że ni­ko­go nie ob­cho­dzi­ło, co czu­łem.

Mury bu­dyn­ku szkol­ne­go wy­ło­ni­ły się spo­mi­ędzy drzew. Za­cząłem scho­dzić z nie­wiel­kiej gór­ki, kie­dy obok prze­je­chał sa­mo­chód z trze­ma fut­bo­li­sta­mi. Mi­nęli mnie, przez co za­kie­łko­wa­ła we mnie na­dzie­ja. _Może nie za­uwa­ży­li, że tędy idę?_ Ta myśl szyb­ko po­ja­wi­ła mi się w gło­wie i rów­nie szyb­ko znik­nęła.

Wje­cha­li na chod­nik i za­trzy­ma­li się w po­przek, za­gra­dza­jąc mi dal­szą dro­gę. Gło­śny bas dud­nił, cały po­jazd wi­bro­wał. Sta­nąłem w miej­scu, cze­ka­łem. Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzia­łem, jak dwa razy wi­ęk­si ode mnie chłop­cy wy­sia­da­ją i za­czy­na­ją się nade mną znęcać.

Nikt nie po­my­ślał, że ja też by­łem ofia­rą tego wy­pad­ku. Ni­g­dy nie udo­wod­nio­no mi winy. To, że sam się nią obar­cza­łem to jed­no. Pro­ble­mem było zro­zu­mie­nie, dla­cze­go po­ło­wa mia­stecz­ka ta­kże to ro­bi­ła.

Nie­gdyś Jake, Ty­ler i Ryan trak­to­wa­li mnie jak po­wie­trze. Te­raz jak wo­rek tre­nin­go­wy. Dręczy­li na ka­żdym kro­ku, jak­by spra­wia­ło im to ra­do­ść. Po­świ­ęca­li temu zde­cy­do­wa­nie zbyt wie­le cza­su. Za­miast sta­rać się o sty­pen­dia spor­to­we na uczel­nie, oni za­da­wa­li cio­sy, gdy już i tak le­ża­łem na zie­mi.

Sku­li­łem się w so­bie. By­łem wy­czer­pa­ny i nie mia­łem siły na kon­fron­ta­cję tego typu. Zdąży­łem jed­nak za­uwa­żyć, że los po­zo­sta­wał obo­jęt­ny na to, cze­go po­trze­bo­wa­łem, a cze­go nie. Uwiel­biał so­bie ze mnie drwić.

Okno od stro­ny kie­row­cy się osu­nęło, Jake wy­chy­lił gło­wę.

– Dzi­wak! – krzyk­nął w moją stro­nę.

Kil­ka osób od­wró­ci­ło się z za­in­te­re­so­wa­niem. Gdy zo­ba­czy­li, że cho­dzi­ło o mnie, ru­szy­li da­lej. Ide­al­ny przy­kład ludz­kiej znie­czu­li­cy.

– Świr! – do­dał Ty­ler z tyl­ne­go sie­dze­nia.

Ryan z ko­lei usia­dł ty­łkiem na opusz­czo­nej szy­bie od stro­ny pa­sa­że­ra i spo­glądał na mnie po­nad da­chem su­per­wy­pa­sio­ne­go auta.

– Ży­cio­wy prze­gryw!

Za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na szel­kach ple­ca­ka. Zni­ży­łbym się do ich po­zio­mu, gdy­bym od­po­wie­dział.

Bez sło­wa pró­bo­wa­łem omi­nąć sa­mo­chód wol­nym skraw­kiem chod­ni­ka. Kie­dy znaj­do­wa­łem się tuż przed ma­ską, auto Jake’a za­war­cza­ło. Prze­stra­szo­ny pod­sko­czy­łem w miej­scu. Pod­je­chał tyl­ko o kil­ka cali, ale to wy­star­czy­ło, żeby moje ser­ce po­now­nie wy­bi­ło szyb­szy rytm. Krew szu­mia­ła w uszach. W ustach mi za­schło.

Znów znaj­do­wa­łem się na tam­tej dro­dze, rok temu. Wi­dzia­łem mo­kry as­falt, ciem­ny las. I wy­krzy­wio­ną w prze­ra­że­niu twarz Emi­ly.

Za­czy­na­ło dziać się do­kład­nie to, co prze­wi­dzia­łem. Śnia­da­nie pod­cho­dzi­ło do gar­dła. Prze­ły­ka­łem śli­nę co­raz szyb­ciej, by jak naj­dłu­żej od­wlec w cza­sie nie­unik­nio­ny mo­ment wy­mio­to­wa­nia. Gdy­bym w tej chwi­li zgi­ął się wpół i zrzy­gał przed trój­ką naj­wi­ęk­szych dręczy­cie­li w na­szym li­ceum, rów­nie do­brze mó­głbym so­bie dziś wie­czo­rem wi­ązać stry­czek we wła­snym po­ko­ju. Już te­raz nie mia­łem ży­cia, ale po czy­mś ta­kim? Okre­śle­nie „wy­rzu­tek spo­łe­cze­ństwa” by­ło­by nie­do­sta­tecz­ne, żeby opi­sać, kim bym się stał.

Ru­szy­łem bie­giem. Im bar­dziej zbli­ża­łem się do drzwi, tym wy­ra­źniej czu­łem, że one od­da­la­ją się ode mnie. Mknąłem tak szyb­ko, aż nie­mal stra­ci­łem dech w pier­siach. Spa­zmy szlo­chu roz­ry­wa­ły klat­kę pier­sio­wą od środ­ka, nie po­tra­fi­łem tego za­trzy­mać.

Pędem prze­mie­rzy­łem ko­ry­tarz wy­pe­łnio­ny ucznia­mi, wpa­dłem do męskiej ubi­ka­cji. Za­mknąłem się w jed­nej z ka­bin. W ostat­nim mo­men­cie upa­dłem, ko­la­na zde­rzy­ły się z twar­dy­mi płyt­ka­mi. Prąd okrop­ne­go bólu roz­sze­dł się po no­gach ku po­ślad­kom. Pła­ka­łem i zwra­ca­łem te cho­ler­ne na­le­śni­ki, któ­re wci­snęła mi mat­ka.

_Mó­wi­łem, że nie chcę ich jeść! Dla­cze­go nikt mnie nie słu­cha? Dla­cze­go nikt nie do­strze­ga mo­ich pro­ble­mów? Co jest ze mną nie tak? Wiem, że zro­bi­łem coś okrop­ne­go, ale nie chcę, żeby przy­po­mi­na­no mi o tym na ka­żdym kro­ku!_

Tyl­ko że już ni­g­dy nie mia­łem być nor­mal­ny. Coś we mnie zo­sta­ło na za­wsze spa­czo­ne, a wspo­mnie­nia wy­pad­ku ni­g­dy nie opu­ści­ły­by gło­wy.

Wy­mio­ty tar­ga­ły moim cia­łem. Roz­bo­lał mnie brzuch. Kie­dy sko­ńczy­łem, opu­ści­łem de­skę klo­ze­to­wą, przy­tu­li­łem do niej po­li­czek. Chłod­ny przed­miot przy­no­sił uko­je­nie roz­grza­nej skó­rze. Kro­ple potu zro­si­ły czo­ło. Ogar­nęło mnie tak duże wy­cie­ńcze­nie, że le­d­wie uda­ło mi się si­ęgnąć do spłucz­ki.

Chcia­łem tyl­ko za­dzwo­nić do mamy i po­wie­dzieć, że się roz­cho­ro­wa­łem, wró­cić do domu. Przy­po­mnia­łem so­bie jed­nak, że tam nie będzie le­piej.

Pra­gnąłem za­snąć i już się nie obu­dzić. Przy ży­ciu trzy­ma­ła mnie tyl­ko jed­na oso­ba.

_Char­lot­te._

Gdy za­dzwo­nił dzwo­nek na pierw­szą lek­cję, po­cze­ka­łem, aż opu­sto­sze­ją ko­ry­ta­rze i to­a­le­ty. Do­pie­ro wte­dy wsta­łem na chwiej­ne nogi. Pod­sze­dłem do umy­wal­ki. Wy­jąłem z ple­ca­ka płyn do płu­ka­nia jamy ust­nej o ostrym, mi­ęto­wym za­pa­chu. No­si­łem go od mo­men­tu, w któ­rym zwy­mio­to­wa­łem w szko­le po raz pierw­szy, a po­tem cały dzień wy­śmie­wa­no się z mo­je­go nie­świe­że­go od­de­chu.

Ob­my­łem twarz zim­ną wodą. Przez ko­lej­ne czter­dzie­ści mi­nut do­pro­wa­dza­łem się do po­rząd­ku, pró­bo­wa­łem ze­brać roz­sy­pa­ną psy­chi­kę w ca­ło­ść. Przy­po­mi­na­ła pęk­ni­ętą, ce­ra­micz­ną wazę. Niby się uda­ło, ale pa­jęczyn­ki były moc­no wi­docz­ne. Wszyst­ko nie­mal ru­nęło, kie­dy zda­łem so­bie spra­wę, że za żo­łąd­ko­we sen­sa­cje za­pła­ci­łem nie­obec­no­ścią na pierw­szej lek­cji.

_O tym, to już na pew­no mat­ka się do­wie._

Ze­bra­łem w so­bie ostat­ki sił, żeby nie omi­nąć na­stęp­nych. Sta­ra­łem się trzy­mać na ubo­czu, nie wcho­dzić ni­ko­mu w dro­gę – sia­da­łem w kącie sali, trzy­ma­łem gło­wę ni­sko spusz­czo­ną. Nie od­zy­wa­łem się bez po­wo­du, je­dy­nie grzecz­nie od­po­wia­da­łem na py­ta­nia na­uczy­cie­li. Z sali wy­cho­dzi­łem ostat­ni, byle tyl­ko nikt nie zwró­cił na mnie uwa­gi. Je­dy­nym mi­nu­sem było to, że nie mia­łem dziś za­jęć z Char­lot­te.

Okrop­nie za nią tęsk­ni­łem. To je­dy­na osto­ja w moim ży­ciu, da­wa­ła sta­bi­li­za­cję i spo­kój. Przy niej nor­mal­nie od­dy­cha­łem, uśmie­cha­łem się bez wy­rzu­tów su­mie­nia. Po wy­pad­ku ra­zem prze­cho­dzi­li­śmy okres do­łka psy­chicz­ne­go. By­łem pod wra­że­niem jej siły. Zno­si­ła wszyst­ko le­piej ode mnie.

Dla­te­go tak bar­dzo ucie­szy­łem się, gdy doj­rza­łem ją na sto­łów­ce w cza­sie prze­rwy na lunch. Zaj­mo­wa­ła nasz ulu­bio­ny sto­lik. Przed nią le­ża­ła opró­żnio­na do po­ło­wy taca. Do­brze, że z na­szej dwój­ki cho­ciaż ona nor­mal­nie ja­da­ła.

Za­jąłem miej­sce obok.

– Cze­ść.

– Jak się czu­jesz, Tony? – za­py­ta­ła bez ogró­dek. Wy­ci­ągnęła dłoń w moją stro­nę. Chłod­ny­mi opusz­ka­mi mu­snęła czo­ło. – Je­steś roz­pa­lo­ny i masz okrop­ne si­ńce pod ocza­mi. – Zmarsz­czy­ła brwi w wy­ra­zie kon­ster­na­cji. – Znów nie mo­głeś spać?

Po­pa­trzy­łem na kar­to­nik z so­kiem ja­błko­wym z do­cze­pio­ną u boku nie­wiel­ką słom­ką. To je­dy­na rzecz, któ­rą wzi­ąłem z bu­fe­tu. Na wi­dok obia­du ser­wo­wa­ne­go przez szkol­ną kuch­nię, nie­mal po­now­nie za­cząłem wy­mio­to­wać.

– Mat­ka wci­snęła we mnie śnia­da­nie. – Prze­nio­słem su­ge­styw­ne spoj­rze­nie na przy­ja­ció­łkę.

Za­bra­ła rękę, jej wzrok wy­ra­żał wspó­łczu­cie i zro­zu­mie­nie, któ­re­go w ostat­nich mie­si­ącach do­sta­wa­łem od lu­dzi tak nie­wie­le. Wła­śnie dla­te­go uwa­ża­łem Char­lot­te za swo­ją ży­cio­wą ko­twi­cę. Po­ka­zy­wa­ła mi, że nie wszy­scy są tacy źli. Ko­cha­łem ją za do­bre ser­ce i ła­god­ny cha­rak­ter.

– Po­wi­nie­neś iść do le­ka­rza – skar­ci­ła mnie ci­cho. – To może być ob­jaw ja­kie­goś po­wa­żne­go za­bu­rze­nia.

Za­bra­łem się za otwie­ra­nie socz­ku.

– Po­ra­dzę so­bie z tym. Naj­wa­żniej­sze, że ty nie masz ta­kich pro­ble­mów.

Po­pa­trzy­ła na mnie py­ta­jąco. Kiw­nąłem bro­dą w stro­nę nie­do­ko­ńczo­ne­go je­dze­nia na bla­cie.

– Masz ape­tyt. Szko­da, że nie za­cze­ka­łaś na mnie, da­łbym ci na­le­śni­ki od mo­jej mamy. Przy­si­ęgam, że zwy­mio­to­wa­łem nie dla­te­go, że były nie­do­bre.

– No wła­śnie. Wy­mio­tu­jesz wszyst­kim. Ten sok za­pew­ne też wy­lądu­je w to­a­le­cie. – Na twa­rzy Char po­ja­wił się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. – Ro­bisz so­bie krzyw­dę. To ja­kaś for­ma kary?

Po­ci­ągnąłem na­pój przez słom­kę. Pa­trzy­łem twar­do przed sie­bie. Nie po­tra­fi­łem spoj­rzeć dziew­czy­nie w oczy, kie­dy ru­ga­ła mnie za coś, co ro­bi­łem so­bie spe­cjal­nie.

Oczy­wi­ście, że moje pro­ble­my ze zwra­ca­niem je­dze­nia za­częły się od wy­mu­sza­nia na so­bie wy­mio­tów. Nie mo­głem spoj­rzeć w lu­stro z my­ślą, że sie­dzia­łem w domu z ro­dzi­ną i spędza­łem z nimi swo­bod­nie czas, pod­czas gdy Emi­ly już ni­g­dy nie do­sta­nie ta­kiej szan­sy. Czu­łem się jak ostat­nia szu­mo­wi­na ko­rzy­sta­jąca z dóbr ży­cia.

Uwa­ża­łem, że to wła­śnie ja po­wi­nie­nem był zgi­nąć w tym wy­pad­ku.

– Chcesz te na­le­śni­ki czy nie? – wy­bur­cza­łem zły za to, że znów tak ła­two mnie roz­pra­co­wa­ła. To nie tak, że świa­do­mie uni­ka­łem przy­ja­ció­łki, ale mo­ra­li­za­tor­skie prze­mo­wy tu­taj nie przy­no­si­ły skut­ków.

_Nie mo­żna po­móc czło­wie­ko­wi, któ­ry tej po­mo­cy nie chce._

Zma­to­wio­ne przez zmar­twie­nie oczy Char­lot­te wwier­ca­ły się we mnie na­tar­czy­wie.

– Z chęcią bym je zja­dła, ale wolę pa­trzeć, jak ty to ro­bisz i ich nie zwra­casz – od­po­wie­dzia­ła szep­tem, na­sze twa­rze znaj­do­wa­ły się na­praw­dę bli­sko sie­bie. W sto­łów­ce pe­łnej spo­co­nych dzie­cia­ków spe­cy­ficz­na woń jej per­fum ca­łko­wi­cie się roz­my­ła. Nie do­cie­ra­ła do mnie, co z ko­lei wy­wo­ła­ło roz­cza­ro­wa­nie.

Roz­chy­li­łem usta, by od­po­wie­dzieć, jed­nak nic nie zdąży­ło się z nich wy­do­stać. Moje wło­sy sta­ły się mo­kre, a se­kun­dy pó­źniej po twa­rzy spły­nęła lo­do­wa­ta ciecz. Słod­ka­wy za­pach ude­rzył w noz­drza. Ob­li­za­łem usta. Na języ­ku roz­lał się po­smak coli.

Kost­ki lodu spa­dły z czub­ka mo­jej gło­wy i wy­lądo­wa­ły pod ko­szul­ką. Przy­mknąłem na se­kun­dę po­wie­ki, a gdy już ze­bra­łem się w so­bie, by po­now­nie je uchy­lić, mój wzrok tra­fił z po­wro­tem na przy­ja­ció­łkę.

Za­ci­ska­ła pal­ce na kra­wędzi sto­łu, oczy trzy­ma­ła moc­no za­mkni­ęte, jak­by nie mo­gła znie­ść wi­do­ku ko­goś, kto mnie po­ni­żał. Nie wi­ni­łem jej za to. Co mia­ła­by zdzia­łać w ob­li­czu trzech wy­ro­śni­ętych spor­tow­ców? Wo­la­łem nie my­śleć, co by się wy­da­rzy­ło, gdy­by po­sta­no­wi­ła sta­nąć w mo­jej obro­nie. Za­pew­ne tra­fi­ła­by na ich ce­low­nik, czym wy­rządzi­ła­by so­bie krzyw­dę.

Char­lot­te Mar­chland po­zo­sta­wa­ła nie­wi­docz­na dla dręczy­cie­li z Le­xing­ton. Wszyst­ko dla­te­go, że tam­te­go fe­ral­ne­go dnia to nie ona sie­dzia­ła za kie­row­ni­cą.

Ryan się na­chy­lił. Jego usta zna­la­zły się na wy­so­ko­ści mo­je­go ucha.

– Mor­der­ca – wy­szep­tał złow­ro­gim to­nem.

Chwi­lę pó­źniej Ty­ler ryk­nął na całe gar­dło:

– Szaj­bus!

Go­rący ma­ka­ron spa­ghet­ti wy­lądo­wał na mo­ich spodniach wraz z so­sem po­mi­do­ro­wym. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­łem, że to tłu­ste gów­no na­fa­sze­ro­wa­ne do gra­nic mo­żli­wo­ści che­mi­ka­lia­mi się nie spie­rze.

Kil­ka osób po­kro­ju fut­bo­li­stów par­sk­nęło gło­śnym śmie­chem. Wi­ęk­szo­ść uczniów pa­trzy­ła w na­szą stro­nę z obo­jęt­ny­mi mi­na­mi. Już przy­wy­kli.

Gnębi­cie­le ode­szli, dum­ni ze swo­je­go za­cho­wa­nia. Ja z ko­lei prze­ta­rłem twarz dło­ńmi. Po­czu­łem wszech­ogar­nia­jący wstyd. Prak­tycz­nie mnie na­pa­sto­wa­no na oczach dziew­czy­ny, któ­rą ko­cha­łem, i na­wet nie po­tra­fi­łem obro­nić sa­me­go sie­bie. Jak mia­łbym kie­dy­kol­wiek za­pew­nić jej bez­pie­cze­ństwo? Prze­sta­łem się dzi­wić, że już mnie nie chcia­ła. Oka­za­łem się ofer­mą. Ofia­rą losu. Sła­be­uszem.

Char­lot­te już sta­ła obok sto­li­ka. Tak za­afe­ro­wa­łem się wła­sny­mi my­śla­mi, że nie usły­sza­łem, kie­dy wsta­ła z miej­sca.

– Cho­dźmy, Tony. Od­pro­wa­dzę cię do domu. – Brzmia­ła, jak­by zła­ma­no jej ser­ce.

Mo­men­tal­nie za­chcia­ło mi się pła­kać. Przez mój krwio­bieg prze­la­ła się mie­sza­ni­na smut­ku, żalu, za­wo­du, nie­chęci i zło­ści. Pra­gnąłem wy­krzy­czeć ca­łe­mu świa­tu, że go nie­na­wi­dzę. Pa­ła­łem nie­chęcią do ka­żdej jed­nost­ki za­miesz­ku­jącej kulę ziem­ską. Jesz­cze dwa lata temu nie po­my­śla­łbym, że to lu­dzie oka­żą się naj­wi­ęk­szy­mi po­two­ra­mi w moim ży­ciu, że to ich będę bał się naj­bar­dziej.

Bez sło­wa pod­nio­słem ple­cak z podło­gi i za­rzu­ci­łem go na ra­mię. Ru­szy­łem za Char do wy­jścia. Od­by­łem ko­lej­ny marsz wsty­du przed całą szko­łą i ko­lej­ny raz nie ze­bra­łem w so­bie tyle od­wa­gi, żeby prze­jść go z unie­sio­ną gło­wą. Pa­trzy­łem na czub­ki wła­snych bu­tów. Uni­ka­łem wzro­ku in­nych uczniów. Sze­dłem za przy­ja­ció­łką jak na ści­ęcie.

By­łem ni­kim.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij