Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Niebo w kolorze kaliny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
4499 pkt
punktów Virtualo

Niebo w kolorze kaliny - ebook

Ksawery Mierzejewski po stracie ukochanej żony zaszywa się w siedlisku przyjaciółki z dzieciństwa. Laura prowadzi swój pensjonat na skraju puszczy drawskiej, w ukrytej wśród drzew chacie, do której trafiają tylko nieliczni. W siedlisku jest zawsze chleb ze skrzypiącą skórką, pachnąca cynamonem szarlotka, kwiaty, cisza i dobre słowo właścicielki. Laura o nic nie pyta, słucha i nalewa aromatycznej herbaty ze starego imbryka po babci Antoninie, która ten dom wybudowała.  Powietrze, przesiąknięte zapachem mchu i mokrej po deszczu ziemi, skłania do zwierzeń i oczyszczających  rozrachunków z przeszłością. Lea Mirska wracając z sanatorium po usłyszeniu trudnej diagnozy gubi się na krętych leśnych drogach, których nie rozpoznaje nawet jej nowoczesna nawigacja. Kiedy wysiada z auta spotyka kobietę z koszykiem wypełnionym ziołami. Nieznajoma proponuje jej herbatę i jagodzianki w swoim pensjonacie. Lea po raz pierwszy w życiu słucha intuicji, która każe jej przyjąć to nietypowe zaproszenie. Przekraczając skrzypiący próg drewnianej chaty nie ma pojęcia, że to przypadkowe spotkanie zmieni jej całe życie. Piękna opowieść o ciszy, w której rodzi się dojrzała miłość. Miłość pełna zapachu chleba, świeżej kawy o poranku, czułego dotyku pokrytej rosą trawy i pocałunków nieba w kolorze kaliny.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-417-0
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

W sypialni panował bezpieczny półmrok, w którym przedmioty traciły ostre kontury, jakby rozmyła je odchodząca w zapomnienie noc. Przez niedbale zasunięte rolety sączyło się światło, rozlewające się ciepłą plamą na kołdrze. W ciszy było słychać spokojne oddechy zawieszone na granicy jawy i snu.

Anna leżała na boku, zwrócona twarzą do Ksawerego. Jej włosy rozsypały się na poduszce, muskając jego policzek i łaskocząc w nos. Pachniała zmysłowo – rozgrzaną skórą i rumiankiem. Od lat przemywała nim włosy, twierdząc, że dzięki temu stają się gładkie jak jedwab. Raz, dawno temu, Ksawery przez nieuwagę wypił tę magiczną miksturę, którą zostawiła na półce, myśląc, że to miętowy płyn do płukania ust. Twierdził później, że dzięki rumiankowi stał się „jedwabiście łagodny”. Przy Annie łagodnieli wszyscy. Nawet bez cudownych mikstur.

Po tylu latach małżeństwa nadal każdego ranka przyglądał się jej twarzy – zamkniętym powiekom ocienionym firanką rzęs, lekko zadartemu nosowi, zaróżowionym policzkom i ustom uchylonym w sennej miękkości. Mógłby patrzeć na nią godzinami. I zawsze odkrywał coś nowego.

– Najczęściej oznaki starości – żartowała, ale nie zwracał na to uwagi.

Była najpiękniejszą kobietą, jaką znał. Kiedy się irytowała, kochał ją jeszcze bardziej. Na jej czole i w kącikach oczu pojawiały się wtedy drobne zmarszczki. Mówił, że są jak linie papilarne ich związku – delikatne, łagodne, krzyżujące się w miejscach, których nikt inny by nie odnalazł. Tylko on znał do nich drogę, obsypaną tysiącem pocałunków.

– Znowu się na mnie gapisz? – mruknęła nagle, nawet nie otwierając oczu.

Wyciągnęła rękę i po omacku obrysowała palcami kontur jego twarzy. Umiała narysować go z pamięci. Był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego znała.

Zaśmiał się cicho.

– Obserwowanie mojej żony to najlepsza sesja terapeutyczna. Powinienem za to iść do więzienia.

Otworzyła oczy.

– Za co niby?

– Za to, że kradnę ten widok pełnymi garściami. Dlatego zawsze budzę się pierwszy. Kiedyś spałem do południa, a teraz szkoda mi czasu na sen. Chociaż tam spotykam cię równie często. Ale poranek… to jedyny moment, w którym wiem, że nikt mnie nie wyprzedzi. W gapieniu się na ciebie, bez żadnej konkurencji.

Uśmiechnęła się sennie. Ujął jej dłoń i musnął ją ustami.

– Nie ma nikogo innego, Ksawery – szepnęła, przysuwając się bliżej. – Czasem ta twoja miłość mnie zawstydza.

– Niepotrzebnie. Miłość jest cudem. A cuda nie zawstydzają… – Przyciągnął ją do siebie.

– Teraz jesteśmy tylko my…

– Nie zapominaj o świecie, który od kilkunastu minut dopomina się naszej obecności, Anno.

– Jeszcze chwilę poczeka… – mruknęła. – Tak dobrze mi z tobą.

Coś w jej twarzy zastanowiło go przez ułamek sekundy. Jakaś czułość, spokój – jakby odrobinę inne niż wcześniej. A może tylko mu się zdawało? Anna o poranku cała była łagodnością. I światłem.

Jego dłoń zanurkowała pod kołdrę i odnalazła jej lodowate, jak zwykle, stopy. Rozgrzał je w dłoniach, rozcierając sprawiedliwie jedną po drugiej. Zamknęła oczy z lubością.

Dlaczego nie możemy zostać tutaj we dwoje aż do wieczora? – mówiła jej mina. To było jedno z tych marzeń „na kiedyś”, kiedy nikt już nie będzie niczego od nich chciał. Sprzedadzą warszawski dom, przeprowadzą się do Gajówki i kupią ogromne łoże, w którym czas będzie płynął inaczej – wolniej, intensywniej. Będą się w nim kochać, rozmawiać, jeść, opowiadać głupie żarty, a potem znów kochać i oglądać komedie romantyczne, które Anna tak lubiła.

– Cholera jasna! Znowu muszę skrobać! – W ich intymną ciszę wdarł się nagle głos zza okna. – Czy ta zima nigdy nie odpuści?!

Ksawery przymrużył oko.

– Widzisz? Świat już nas odnalazł. Założysz się, że Ludwiczak zaraz krzyknie: „Do diabła, gdzie moja skrobaczka?”?

Anna zrobiła łobuzerską minę.

– O co chcesz się założyć?

– O lody cytrynowe i wieczorne łaskotki po plecach.

Nie zdążyła odpowiedzieć.

– Do diabła, gdzie moja skrobaczka?! – wrzasnął sąsiad.

Anna parsknęła śmiechem. Jej drobne ramiona drżały od ledwo powstrzymywanej wesołości.

– A nie mówiłem? – Ksawery przeciągnął się z dumą. – Jak widać, przewiduję przyszłość.

– To nie było trudne! Ludwiczak szuka w lutym tej mitycznej skrobaczki, odkąd tu mieszkamy. Nawiasem mówiąc, jakie to brzydkie słowo: skrobaczka. Nie uważasz?

– Są gorsze! – Przewrócił oczami. – Na przykład serducho! Albo pacha!

Zmarszczyła brwi.

– Serducho? A cóż w nim złego?

– Słysząc je, wyobrażam sobie gigantyczny organ pulsujący w jakimś szalonym rytmie defibrylatora.

– Masz dziwne skojarzenia. – Wzdrygnęła się i ziewnęła. – To co, wstajemy?

– Jeszcze pięć minut… – zamruczał. – Chodź tu. Musimy się poprzytulać przed zimowym chłodem. W zimie potrzebuję podwójnej dawki czułości.

Nie protestowała. Po chwili oboje znów zanurkowali pod kołdrą. Wkrótce rozległ się stłumiony śmiech i odgłosy niekończących się pocałunków.

***

– Wiedziałem, że to się tak skończy! – Trzy kwadranse później Ksawery nerwowo wiązał krawat przed lustrem. – Za dwanaście minut mam spotkanie z nowym inwestorem, a na bank będą korki! Przemek obedrze mnie ze skóry!

– Żałujesz?

Anna wychyliła się z kuchni. Miała na sobie jego błękitną koszulę, z rękawami podwiniętymi do łokci. Podbierała mu je z szafy, uparcie odmawiając noszenia szlafroka. Rozczulało go to niezmiennie. Później mógł czuć na sobie jej zapach. Bergamotka i jaśmin na jego skórze. Anna na jego skórze…

– Może powinniśmy wstawać wcześniej? – odpowiedział bez przekonania.

– Możemy w ogóle nie kłaść się spać, a i tak czasu będzie za mało. – Podeszła i poprawiła mu krzywo zawiązany krawat, wysuwając przy tym zabawnie język.

– Ten inwestor to musi być naprawdę ważna persona! Ostatni raz wystroiłeś się tak na wesele Laury.

– Nie strasz! Dwa lata później się rozwiodła. To zły omen!

– Nie wierzę w zabobony. One zawsze działają na odwrót. Tym razem krawat przyniesie ci szczęście. Zarobisz mnóstwo pieniędzy i w końcu pojedziemy do Gajówki. Dasz się namówić na owsiankę? – Postukała łyżeczką w talerzyk. – Nocną, z karmelem i borówkami. Nowy przepis z internetu.

– Nie zdążę, skowronku… Ale schowaj ją do lodówki. – Mlasnął. – Zjem na deser. Razem z tobą.

– O której się widzimy? – Na jej wargach dostrzegł drobne kropelki jogurtu.

– Wracam koło szesnastej. A ty?

– Targ, warzywa, a potem praca w domu – westchnęła. – Nie chce mi się wychylać na taką ślizgawicę. Uważaj na siebie. I częściej się tak ubieraj… Świat się kończy, mój mąż w garniturze! – mruknęła, przeciągając sylaby. – Chyba znowu się zakocham. Zazwyczaj biegasz w tych swoich swetrzyskach. Marnujesz się, Ksawery.

– Zakochaj się we mnie, proszę! Ten raz, kolejny i tysiąc następnych…

– Wariat!

– Śmiej się ze mnie dalej – skrzywił się żałośnie, ale w oczach błysnęły mu wesołe iskierki. Zerknął na zegarek. – Naprawdę muszę już pędzić.

Stanęła na palcach. Sięgała mu zaledwie do ramienia. Drobna, giętka, pyskata. Cała jego.

– Wierzę w pana, panie Mierzejewski – powiedziała uroczyście. – Całym serduchem.

– Masz babo placek! – jęknął. – I po co ja ci to powiedziałem? Teraz będziesz mnie męczyć!

– Kooocham cię… – szepnęła mu do ucha. – Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo…

Poczuł nagłe wzruszenie.

– Ja ciebie bardziej. Ale to chyba już wiesz. – Delikatnie dotknął jej warg. Były ciepłe i lepkie.

– Domyślam się. – Jej oczy się śmiały. – Teraz już idź. Mam dla ciebie niespodziankę, ale pssst… o nic nie pytaj. – Położyła palec na jego ustach. Dziś wieczorem o wszystkim ci opowiem.

– Nie możesz teraz? Nie wytrzymam do wieczora!

– Nie mogę… – Przymknęła oczy. – To musi mieć odpowiednią oprawę.

Przyciągnął ją mocno do piersi. Jej włosy znów połaskotały go w nos. Pachniały rumiankiem. I świeżo zaparzoną kawą. Promień słońca wpadł przez uchylone okno i rozbłysnął w jej kolczykach.

Tulił ją w ramionach. Kołysali się w rytm melodii, którą słyszeli tylko oni. Jakby instynktownie chcieli przeciągnąć ten moment, rozwlec go w czasie choćby o kilka sekund. Jeszcze o kilka…

– Teraz. Już. Idź. Ksawery.

Trzasnęły drzwi.

Nastała cisza.

Jeszcze wtedy trzymał w dłoniach cały świat.

A potem nie zostało z niego już nic.ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wiele dni, wiele lat,

Czas nas uczy pogody

Pensjonat Laury Różyckiej w Gajówce był ukryty głęboko wśród drzew, z dala od głównej drogi. Rytm życia jego mieszkańców od zawsze wyznaczały natura i pory roku. Wiosną budził się razem z drawską puszczą, pachnąc wilgotną korą, igliwiem i ziemią. To wtedy w mokrej od rosy trawie pojawiały się pierwsze zawilce, przylaszczki i miodunki. Latem ginął w gęstej zieleni, rozgrzanej słońcem i nasyconej zapachem żywicy, jagód oraz ziół. Jesienią otulały go mgły przesiąknięte dymem i nostalgią. Rosnąca dziko na skraju lasu macierzanka, fioletowe wrzosy na werandzie i czerwone jak korale owoce kaliny dodawały mu soczystych barw. Zimą nikł pod czapą śniegu jak mała chatka, zagubiona pośród niezmierzonej połaci bieli, z tropami saren przemykających cicho tuż za linią drzew.

Do budynku prowadziła wąska, kręta droga – bardziej leśna przecinka niż prawdziwy dojazd. Znali ją głównie miejscowi i kilku stałych bywalców. Wszyscy inni trafiali do siedliska przez przypadek, bo nawigacja w okolicach Gajówki równie często gubiła zasięg, co wskazywała kierunek.

Dom z poczerniałą od starości dachówką wyrastał na niewielkiej polanie, otoczony ze wszystkich stron sosnami. Zbudowano go w latach trzydziestych ubiegłego stulecia z ciemnych, żywicznych bali. Na podwórku stała drewutnia, niewielki garaż i zabytkowa żeliwna pompa, z której Laura czasem czerpała wodę. Zarośnięta mchem tabliczka przy wjeździe informowała przybyłych, że trafili do Siedliska pod Sosnami.

Laura nie chciała reklamować swojego pensjonatu na turystycznych forach. Co roku przyjeżdżali tu stali goście. Czekały na nich te same pokoje, ulubione zapachy, potrawy i niezmierzone połacie drawskiej puszczy. Laura troszczyła się o wszystkich jak o członków rodziny. Doskonale pamiętała, że pan Drabiński marznie w nocy i potrzebuje dodatkowej kołdry, jego żona nie lubi pomidorowej, za to przepada za zrazami wołowymi, pani Jaźwińska kocha świeże kwiaty na stole, a jej mąż narzeka na szorstkie ręczniki – dlatego trzeba je wypłukać dwukrotnie w lawendowym płynie do zmiękczania tkanin. Zapamiętywała z niezwykłą łatwością wszystkie imiona, powiązania rodzinne i zawodowe, przyjaźnie i antypatie, preferencje kulinarne i drobne żywieniowe animozje. Jej największą zaletą, dzięki której zjednywała sobie ludzi, była umiejętność słuchania. Robiła to z uważnością i nieudawanym zainteresowaniem. A potem zapisywała wszystkie historie w starym brulionie, który chowała w szufladzie nocnej szafki. Przez lata uzbierało się ich kilka, a mimo to potrafiła odnaleźć właściwą notatkę w ciągu kilku minut. Nikomu o tym nie mówiła. To była jedna z wielu małych tajemnic siedliska. Amerykanie nazywali to _guilty pleasure._

Tego marcowego ranka Laura zeszła do kuchni jak zwykle kilka minut po siódmej. Dom był pusty – wczoraj wyjechali ostatni zimowi goście. Przez dwa tygodnie siedlisko żyło rozmowami o połowach. To był, można rzec, przednówek szaleństwa. Prawdziwy sezon wędkarski zaczynał się w kwietniu – wtedy zjeżdżali do Gajówki miłośnicy świeżej ryby, żeby zarzucić spinning albo „muchę” w najpopularniejszych w regionie jeziorach Ostrowieckim i Sitnie.

Ta cisza też miała swój urok. Laura szurała bamboszami po wyfroterowanych schodach. Lubiła ten dźwięk – przypominał jej rytuały z dzieciństwa. Babcia Antonina Różycka, zwana przez bliskich Tosią, budziła ją przed laty o świcie, człapiąc kapciami po skrzypiących deskach. Słysząc nadchodzącą babcię, Laura przykrywała się po czubek nosa nagrzaną pierzyną i czekała podekscytowana. Tosia wchodziła do pokoju z jakimś smakołykiem – świeżo upieczoną drożdżówką albo kubkiem ulubionego napoju z grubą pianką – i wołała:

– A gdzie to moja dziewczynka? Chyba sama będę musiała wypić to kakałko!

Laura wyskakiwała wtedy spod przykrycia i rzucała się babci na szyję. Zawsze tak się witały. A potem zaczynały się ich poranne rozmowy. Tosia siadała na brzegu łóżka, podawała kubek i słuchała, jak Laura siorbie łapczywie ulubiony napój i opowiada o swoich dziecięcych cudach. Gładziła ją wtedy po włosach, upominając, żeby nie piła za szybko, bo poparzy sobie usta. Laura do dziś czuła tę ciepłą, spracowaną dłoń na głowie. Była jak błogosławieństwo i ochrona przed złym światem.

To Tosia nauczyła ją słuchać innych. Nigdy nie powiedziała, że ją kocha. Pokolenie babci nie nadużywało tego słowa. Byli szorstcy, konkretni, prawdziwi. Nie lubili wielkich deklaracji, krępowali się uczuciami, bali się słabości. Miłość babci Antoniny objawiała się inaczej – w czułym dotyku, porannym kakao z pianką, budyniu z sokiem malinowym, w ciepłych ubraniach ogrzewanych zimą na piecu, w czułych pytaniach, czy Laura ze wszystkim sobie radzi.

To było jej „kocham”.

Laura westchnęła. Teraz babcia na pewno by ją skrzyczała – za chodzenie po ogrodzie bez szalika albo picie kawy na pusty żołądek. Te połajanki też były oznaką Tosinej miłości. Tęskniła za nią każdego dnia. Tak samo jak za Anną. Po obu odziedziczyła jedną cechę – nigdy nie pokazywała tej tęsknoty światu. Jeżeli płakała, to w samotności.

W kuchni odruchowo zerknęła w okna wychodzące na ogród. Widok był zamglony – marcowy mróz namalował na szybach finezyjne esy-floresy. Chuchnęła kilka razy w dłonie, podwinęła rękawy flanelowej koszuli i chwyciła za pogrzebacz. Żeliwne drzwiczki pieca zaskrzypiały przeciągle. Laura przesunęła resztki popiołu i wsunęła pod ruszt wyciągniętą z koszyka podpałkę – papier, trochę cienkich gałązek, drobne szczapy drewna i na koniec szufelkę węgla. Niewiele – żeby nie zadusić płomienia.

Ogień zajął się szybko. Przyglądała mu się przez chwilę, po czym przymknęła drzwiczki, zostawiając niewielką szparę „na ciąg”. Pomieszczenie zaczęło się nagrzewać w mgnieniu oka. Teraz wystarczyło zaparzyć kawę, włożyć do pieca chleb, wyjąć z lodówki masło i zerknąć do laptopa. Tej czynności nie lubiła najbardziej. Czekała ją odkładana na „wieczne później” administracja i dziesiątki maili z tymi samymi pytaniami. Czy znajdzie się miejsce dla znajomych stałych gości, którzy – mimo jej próśb – polecali siedlisko dalej. Nie lubiła nieoswojonych ludzi w domu. Najpierw musiała ich „obwąchać”, wyczuć, sprawdzić, czy – jak u Ani z Zielonego Wzgórza – znają Józefa, czyli są tacy jak ona. Wrażliwi, pogodni, empatyczni, z poczuciem humoru, bez nadęcia.

Wiedziała, że wynajmując częściej pokoje, zarobi więcej grosza. Ale gdyby zaczęła liczyć pieniądze, wpadłaby w kołowrotek biznesu, do którego nie była stworzona. Może zaczęłaby modernizować siedlisko? Przebudowywać, odnawiać? A wtedy to nie byłby już jej dom. Każda większa zmiana zatarłaby ślady ludzi, których tak bardzo kochała. Nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Kiedyś ktoś zresztą już próbował ją do tego namawiać – dlatego się z nim rozstała.

Laura nastawiła cicho radio z ulubioną stacją jazzową i rozsypała na stolnicy mąkę. Sprawnie zagniotła ciasto na bochenek razowca z ziarnami. Nagle usłyszała jakiś obcy dźwięk na zewnątrz. Wytarła dłonie, narzuciła kamizelkę i wyszła na taras. Wśród drzew niosło się metodyczne stukanie dzięcioła, delikatne „tiu, tiu” sikorek i gorączkowe nawoływania czajek. Wciągnęła nosem wilgotne powietrze. Było lżejsze niż jeszcze kilka tygodni temu. Pachniało mokrą ziemią i odmarzającymi igłami sosen. Śnieg trzymał się już tylko w zacienionych miejscach. Na otwartej przestrzeni graniczącego z lasem ogrodu ziemia ciemniała i parowała po nocnych przymrozkach.

W końcu zlokalizowała źródło hałasu. Przy płocie stał z zafrasowaną miną Tadek Maciejak – ogrodnik „odziedziczony” po babci Tosi wraz z chałupą i obejściem. Mieszkał we wsi po drugiej stronie lasu. Przychodził bez umawiania; nie pytał, co jest do roboty, tylko sam jej szukał. Laura nie wtrącała się do jego gospodarskich zadań, bo sam doskonale wiedział, za co się zabrać.

– Dzień dobry, panie Tadeuszu! – zawołała wesoło, zapinając kubrak i schodząc na ścieżkę.

Jeszcze kilka dni temu podeszwy przywierały do przemarzniętej powierzchni; teraz po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła jej miękkość.

– Dla kogo dobry, dla tego dobry! – mruknął Maciejak.

Jak zawsze miał na sobie granatową kufajkę, oblepione błotem gumowce i wystające ponad cholewki onuce. Od lat zaczynał wiosenne prace od przeglądu drzew. Przycinał gałęzie, odłamywał uschnięte pędy, sprawdzał korzenie.

Laura dopiero teraz zauważyła rozorane i zdewastowane grządki.

– A co tu się stało?! – zawołała.

– Dziki, pierony jedne, rozpanoszyły się jak nigdy! – Splunął Maciejak i kopnął czubkiem buta zbryloną ziemię. – Całą noc tutaj urzędowały! Wyryły pół hektara, jakby im się coś we łbach poplątało!

– Wiosnę czują, panie Tadeuszu! Wiosnę! – uśmiechnęła się Laura. – Jak my wszyscy! Mimo że mróz jeszcze maluje rankiem pejzaże na oknach, to w powietrzu już zielono.

Maciejak łypnął na nią spode łba.

– Jej mróz obrazy maluje, a mnie paluchy odmraża… – mruknął. – Panienka Laura to marzycielka. Jeszcze by dzika szarlotką poczęstowała! A przecie to szkodniki! Popatrzy pani… Dwie noce takich harców i będzie po młodych drzewkach. A ja tak o nie dbałem!

– Nie to miałam na myśli… – odparła ugodowo.

Nie mogła bagatelizować jego skarg, bo Maciejak wrażliwy był jak panna na wydaniu i często się obrażał. Podobnie jak większość starszych ludzi w okolicy. Ktoś, kto nie doceniał ich pracy, nie zasługiwał na szacunek.

– Znowu przyszły od wschodniej strony? – zainteresowała się, szybko przybierając zafrasowaną minę.

– A skąd! Teraz to już z każdej. Jak się rozpędzą, to nie patrzą. – Maciejak przetarł brudną dłonią czoło. – No mówię panience… Z zimy ledwo wyszliśmy, a one już hulaj dusza, byle ryć.

– Co pan radzi, panie Tadku?

– Trzeba będzie coś zadziałać, ale nie na hurra – odpowiedział. – Gałęziami teren zabezpieczyć albo siatkę rozpiąć… Bo inaczej to będzie robota na okrągło. A im w to graj! Poza tym… – Zerknął szybko w stronę lasu. – Czuję, że dziś będzie większy ruch. Ociepliło się, ziemia aż paruje… Musimy je przechytrzyć.

Laura pokiwała głową. Stary miał niemałe doświadczenie w postępowaniu z dzikimi zwierzętami. Był chłopakiem z puszczy – tu się urodził, wychował i tu zamierzał umrzeć. Niejednokrotnie stawał z wilkami oko w oko, niejedną sarnę uratował z wnyków i wiedział, gdzie przesiadują żubry. Ludzi unikał – bardziej ufał zwierzętom. Lubił, kiedy młoda Różycka radziła się go w gospodarskich sprawach, dając do zrozumienia, że jego wiedza jest dla niej cenna. Schlebiało mu, że ktoś wykształcony, obyty, „poniekąd miastowy” pyta o radę jego – starego Maciejaka, co ledwo podstawówkę skończył. I w dodatku jej słucha! Przecież w siedlisku niejeden uczony profesor bywał, a jednak Laura zawsze zwracała się właśnie do niego. Miała szacunek do miejscowych – tego nie można jej było odmówić. Nieodrodna wnuczka świętej pamięci pani Antoniny. Ech, to była złota kobieta! Obie swoje wnuczki dobrze wychowała. I taka tragedia, takie nieszczęście z młodszą Różycką… Że też Pan Bóg zawsze zabiera do siebie tych dobrych, a zostawia łobuzów, jak ci cholerni kłusownicy, co mu sen z powiek spędzali.

– To jak, zasadzamy się na te nasze szkodniki? – zapytał, przesuwając czapkę na tył głowy.

– Daję panu wolną rękę, panie Tadeuszu! – oznajmiła Laura. – A teraz zapraszam na szarlotkę. Upiekłam wczoraj wieczorem, krucha, pachnąca, napakowana renetą aż po cynamonowy dach!

Maciejak aż pokraśniał i przełknął ślinę.

– Panienka Laura wie, co staremu człowiekowi do szczęścia potrzeba! – przyznał. – Trochę słodyczy, dobre słowo, słońce i las! Toć to raj na ziemi!

Tylko on jeden na całym świecie nazywał ją „panienką”, mimo że w zeszłym roku stuknęła jej czterdziestka i miała za sobą nieudane małżeństwo zakończone rozwodem. Bawiła ją ta staroświecka tytułomania – jakby była z dworu, a nie z drawieńskiej wsi.

– Panienka z siedliska! – śmiała się kiedyś Anna. – Żebyś ty miała chociaż jedną zwiewną sukienkę w tej swojej szafie! Gorsety, falbany, fiszbiny! I jedwabną parasolkę! To rozumiem! A tu proza życia, panie dzieju, kufajka, gumowce i umorusane portki! Jedyne, co się zgadza, to głowa nabita romansami Jane Austen!

– A parasolka to niby po co? – nasrożyła się wtedy Laura.

– Jak to po co? Żeby chronić delikatną skórę dziedziczki przed słońcem.

Powiedziała to wtedy Maciejakowi – że jaka z niej panienka. Ani ubioru, ani nawet tej nieszczęsnej parasolki. Stary od razu znalazł odpowiedź. Był mistrzem riposty.

– E tam! A czym by panienka tę parasolkę niby nosiła? Tu przecież na co dzień cztery ręce potrzebne w obejściu. A i to mało!

Miał rację.

W jej wspomnienia znienacka wdarł się obcy dźwięk. Maciejak odchrząknął głośno dwa razy i dopiero to przywołało ją do rzeczywistości. Zbyt często odpływała myślami.

– Mówił pan coś, panie Tadeuszu? – zamrugała niewinnie.

– Gadam i gadam po próżnicy! Szarlotka? No ba, pewnie, że się skuszę, a jakże inaczej! – Podniósł głowę. – Moja świętej pamięci Basia to mi codziennie ciasto piekła. Łasuch jestem, nie zaprzeczam, i gdyby nie to latanie po puszczy, to pewnikiem brzuch bym już po brodę wyhodował! A tak to i siłę mam, i posturę jak niejeden młodzik! Pomimo tych ciągot do słodkiego! – oznajmił dumnie, napinając mięśnie.

Laura zerknęła na niego dyskretnie. Był bardzo szczupły, wręcz żylasty, ale – w rzeczy samej – wyprostowany jak tyczka, sprawny i gibki. Według jej obliczeń musiał już się zbliżać do osiemdziesiątki, a jednak jego krzepa mogłaby zawstydzić niejednego trzydziestolatka.

Weszli na ganek. Laura wytarła starannie obłocone podeszwy. Maciejak od razu zdjął gumowce, zwinął onuce i – jakby lekko zawstydzony – wsunął je do butów. Na stopach miał dziurawe skarpety – z jednej wystawał niemal cały palec.

Laura dyskretnie odwróciła wzrok i od razu postanowiła zrobić mu na drutach kilka nowych par. Tylko jak je podarować, żeby się nie poczuł urażony?

Miał swoje dumę i honor. Nigdy nie przyjmował prezentów.

Musiała coś wymyślić. Ale to już nie dziś.ROZDZIAŁ DRUGI

Zrozumiałem – by żyć

musisz chwytać dzień

Lea Mirska od zawsze wiedziała, czego chce. Nie miała w sobie nic z romantycznej marzycielki – była praktyczna, szybko podejmowała decyzje i nie znosiła tracić czasu. Jeszcze jako studentka pracowała w prężnie działających agencjach marketingowych, gdzie robiła wszystko – od parzenia kawy po ratowanie kulejącej prezentacji tuż przed deadline’em. Podczas gdy jej koledzy bawili się w modnych klubach, korzystając z życia i odkładając pracę na później, ona chodziła na poranne wykłady, szlifowała angielski i odhaczała kolejne punkty na liście rzeczy do zrobienia przed dwudziestym piątym rokiem życia. Nikt jej nie kontrolował ani nie zmuszał do odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie – przez całe młodzieńcze życie miała wolną rękę.

Jej ojciec był archeologiem, który znikał na całe miesiące na kolejnych wykopaliskach – Egipt, Turcja, Gruzja, Wielka Brytania, a czasem jakieś zupełnie nieznane światu miejsca, tak odległe, że odkrywała je dopiero później, przeglądając daty na pamiątkowych zdjęciach. Mama żyła w świecie swojej sztuki – była malarką, bardziej skupioną na płótnach niż na codziennych sprawach rodziny. Jej nastrój zależał od weny, a ta, jak wiadomo, bywa kapryśna. Ich mieszkanie na warszawskim Wilanowie przypominało skrzyżowanie muzeum z pracownią artystyczną: sztalugi, farby, rysunki, stosy szkicowników, gliniane figurki i cenne ceramiki – zdobyczne z wypraw ojca. Nawet zwykłe kanapki z serem jedzone na takiej zastawie smakowały inaczej. Lea uwielbiała te naczynia, bo mimo nowoczesnego wykształcenia i nowatorskich metod pracy była w gruncie rzeczy starej daty.

Rodzice rzadko znajdowali dla niej czas albo tego czasu nie chcieli znaleźć. O córce przypominali sobie kilka razy do roku – najczęściej wtedy, kiedy przynosiła świadectwo z czerwonym paskiem. Były pochwały, lody i chwila uwagi, a później wszystko wracało do normy.

Małą Leę wychowywały wynajęte opiekunki, które zmieniały się co kilka miesięcy. Matka bywała szczególnie irytująca przed ukończeniem kolejnego obrazu. W zależności od epoki, którą się inspirowała, zmieniały się jej oczekiwania. Raz nianie jej córki musiały mówić po angielsku i nosić jasne ubrania (fascynacja Williamem Turnerem i impresjonizmem), innym razem – ubierać się w ciemne swetry i świergotać po francusku (Pierre Soulages i monochromatyczna czerń), preferować warzywa (faza na Arcimboldo i jego kulinarne portrety) albo posiadać wykształcenie psychologiczne (bynajmniej nie ze względu na dzieci, lecz przez Vincenta van Gogha, który odciął sobie ucho). Była też faza na konie i galop (pod wpływem Wojciecha Kossaka). Te w większości kuriozalne wymagania nigdy nie miały szansy powodzenia. Zamiary były zacne i ambitne, ale z realizacją… bywało już gorzej.

Kiedy nianie zostawały z Leą same, impresjonizm i psychologia się kończyły. Lea nazywała je smokami. Może dlatego, że były leniwe, rozkładały się na kanapie, zionęły papierosowym ogniem, a gdy musiały się nią zająć – ziewały znudzone i próbowały przekupić ją ciastkami lub bajką na magnetowidzie. Smoki nie były zbyt pomocne, więc Lea nauczyła się radzić sobie sama. Z czasem nawet to polubiła. Miała ogromną wyobraźnię, szybko nauczyła się czytać i wręcz pożerała baśnie braci Grimm, bo roiło się w nich od interesujących postaci. Nigdy nie lubiła wyobrażać sobie, że jest księżniczką albo dobrą królową – wręcz przeciwnie, fascynowały ją czarne charaktery, okrutne macochy i czarownice. Księżniczki zawsze miały swoich rycerzy, a czarownice były same. Tak jak ona. Wyobrażała sobie, że rzuca klątwy i pozbywa się z domu kolejnych smoków. Ich era skończyła się dopiero wtedy, gdy matka odkryła, że zamiast pożywnych zup i zdrowej zieleniny dziewczynka żywi się kanapkami z musztardą. Definitywnie zakończyła więc współpracę z opiekunkami i posłała córkę do przedszkola.

Lekcję radzenia sobie w trudnych warunkach Lea opanowała do perfekcji. Jeśli czegoś chciała – musiała zrobić to sama. Jeśli czegoś potrzebowała – nikt nie załatwiał tego za nią. I może właśnie dlatego tak trudno było jej prosić o pomoc, nawet wtedy, gdy wiedziała, że nie da rady w pojedynkę. W branży reklamowej pojawiła się wcześnie i błyskawicznie przeszła wszystkie etapy kariery: najpierw staż, potem asystentka, junior strateg, senior, aż w końcu dyrektorka kreatywna. Była jak dobrze naoliwiona maszyna – nie marnowała czasu, energii ani słów. Liczył się cel. I zazwyczaj go osiągała.

***

Sala konferencyjna na trzydziestym drugim piętrze nowoczesnego warszawskiego wieżowca miała tylko dwie zalety: dobrą klimatyzację i zapierający dech w piersiach widok. Poza tym była bezosobowa jak pokój w luksusowym hotelu.

Laura, ubrana w jasną sukienkę podkreślającą jej ciemną karnację, od kilku godzin nieprzerwanie stukała w klawiaturę laptopa. Kończyła kampanię dla giganta kosmetycznego, który wybrał ich agencję, bo słyszał o Mirskiej same pochwały w branży. Polecił ją zadowolony klient, któremu podkręciła sprzedaż tak skutecznie, że szykował się właśnie do ekspansji na rynki europejskie.

Nikt nie miał takiego nosa i wyczucia produktu jak ona. Nazywano ją geniuszem reklamy i skrzętnie to wykorzystywała. Miała wizję, kreatywność (ćwiczoną jeszcze na smokach), a co najważniejsze – niezwykłą sumienność i pracowitość. W kilka dni stworzyła kompletną kampanię z hasłem przewodnim „Światło, które wybierasz”. Teraz nadawała jej ostatnie szlify. Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w wypełniony skomplikowanymi wykresami ekran notebooka, po czym zamknęła program i tęsknie spojrzała w kierunku nieba nad dachami biurowców. Wszystko wskazywało na to, że znowu się jej udało.

Pozostały jeszcze jakieś drobiazgi, ale te zostawiła swojej asystentce, Justynie Abramowicz. Justyna siedziała obok, zapisując ostatnie uwagi i polecenia szefowej.

– Lumina Skin to bardzo dobra nazwa… – mruknęła pod nosem. – Światło, które wybierasz. Intrygujące, ale nieprzekombinowane. Te moodboardy są bardzo mocne. Wróżę kolejny sukces!

– Też tak myślę – odparła Mirska, zamykając laptop. – Podeślij mi na maila shortlistę piętnastu influencerów. Tylko realne zasięgi, żadnych pompowanych kont. Sprawdź to dokładnie. I zabukuj Brzozowskiego w produkcji. Najlepiej początek marca. Zero beauty lightów, tylko światło dzienne, bez wygładzania twarzy. Ma być naturalnie, bo inaczej cała idea leży. Wybrane modelki masz na biurku. I dopilnuj draftu akceptu od klienta. Dasz radę?

– Jasne! – Justyna wydęła lekko usta. – Dlatego mnie wybrałaś.

Lea spojrzała na nią z aprobatą. Była pyskata, ale to dobrze. Wyłuskała jej CV spośród czterdziestu innych, które podesłała zaprzyjaźniona agencja headhunterska. Zwróciła uwagę na zdjęcie – Justyna jako jedyna nie miała doczepionych rzęs ani przerysowanych ust. Lea nie znosiła tej sztuczności i uśmiechów jak z seryjnej produkcji. Fascynowały ją inność, oryginalność, nawet asymetria, która sprawiała, że twarz łatwiej było zapamiętać. Dlatego tak kochała Picassa i jego mocne, prawdziwe kobiety na obrazach. Pełne niedoskonałości, cienia, krzywizn i chropowatej tekstury. Słowem – prawdziwego życia, a nie cukierkowych buziek, za którymi czaiła się pustka. Nie wierzyła w cudowne kosmetyki. Ale rozumiała potrzeby rynku. Sama go przecież tworzyła.

– Przygotuję wszystko na jutro. Będziesz miała całość przed ósmą – powiedziała Justyna, skanując wzrokiem notatki.

– Idealnie. Takie komunikaty lubię. Szybko i na temat, bez zbędnego koloryzowania. – Lea wstała i włożyła notebooka do skórzanej torby.

– Z tobą się łatwo pracuje. Wiesz, czego chcesz! – Justyna zamknęła notes. – Połowa szefów, z którymi miałam do czynienia, rozrysowywała swoje pomysły w głowie, ale nie potrafiła ich zwerbalizować.

– Werbalizacja to podstawa. Jeżeli nie umiesz opisywać swoich wizji, nie nadajesz się do tej branży. A, jeszcze jedno… Gdyby coś się działo, ogarniaj na bieżąco i zapisuj w folderze. Wyjeżdżamy z Konradem na weekend. Robimy sobie wolne od świata. To nasz pierwszy wspólny wyjazd od… roku.

– Będzie gorąco! – Justyna mrugnęła.

– Gorąco mam w firmie, w domu szukam ochłody – odpowiedziała Lea z przekąsem. Nie lubiła rozmawiać na tak intymne tematy. – Wierzę, że przejdziesz ten chrzest bojowy śpiewająco.

– Tak jest, szefowo!

Lea wzięła torbę i wyszła na korytarz. Jarzeniówki raziły ją w oczy i w pierwszym odruchu chciała wyciągnąć z torebki okulary przeciwsłoneczne. Szybko stłumiła irytację, czując nadchodzący zdradliwą falą atak migreny.

W windzie oparła się czołem o chłodną ścianę. Dudnienie w głowie na moment umilkło. Wiedziała, że kiedy wyjdzie z pracy, dopadną ją prywatne zmory. Wśród nich królowała ta największa – ostatnia rozmowa z jej lekarzem.

– Naprawdę polecam ten ośrodek. Widzę, że prowadzi pani bardzo intensywny tryb życia: kariera, zobowiązania, terminy… Ale nie ma na co czekać_ –_ mówiąc to, doktor patrzył na nią uważnie znad zsuniętych do połowy nosa okularów._ –_ Nie lubię używać argumentu tykającego zegara, ale w tej kwestii jest kluczowy. Trzeba podjąć decyzję jak najszybciej.

„Nie ma na co czekać…” To zdanie wwiercało się w jej czaszkę jak młot pneumatyczny. Najgorsze, że musiała się na coś zdecydować.

Na kolejnym piętrze do windy wszedł kolega z marketingu. Na jej widok nawet nie próbował kryć zdziwienia.

– Mirska, ty tutaj? Chyba jako jedyna znana mi osoba w stolicy używasz schodów. Coś się stało?

Roześmiała się z trudem.

– Starzeję się.

W firmie wszyscy znali jej dziwactwa – o ile zamiłowanie do chodzenia było aż takim kuriozum. Gdyby nie poziom zanieczyszczenia warszawskiego powietrza i wiszący nad stolicą smog, kto wie, być może wracałaby do domu spacerem, zamiast korzystać z taksówek.

Kiedy wyszła na zewnątrz, otoczyły ją znajomy gwar i szklane fasady wieżowców. „Wiosna jeszcze długo tu nie zajrzy” – pomyślała z rezygnacją. Jej Uber powinien pojawić się lada chwila.

Zasłoniła usta chusteczką. Nie powinna wdychać tego smogu.

Szczególnie teraz, kiedy musi na siebie uważać.

***

Kiedy dojechała na strzeżone osiedle, gdzie kupili z Konradem swój pierwszy apartament, rozbłysły już uliczne latarnie. Cały futurystyczny kompleks lśnił nowością i luksusem. Jej mężowi zależało na tych wszystkich synonimach dobrobytu: portierni, zewnętrznych windach, miękkiej wykładzinie i sztucznej trawie, która była zielona, nawet kiedy na zewnątrz leżał śnieg. Szła, stukając obcasami po betonowych kaflach. Mijała idealnie przycięte rzędy niskich drzewek i dziwne ławki, na których nikt nie siadał. Osiedle wyglądało na wymarłe. Nigdy nie widywała swoich sąsiadów. Gdyby ktoś zapytał ją o ich imiona, nie umiałaby udzielić informacji. Tutaj wszyscy żyli we własnych światach, nieciekawi tego, co dzieje się w innych.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij