Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Niedyplomatycznie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 maja 2026
3731 pkt
punktów Virtualo

Niedyplomatycznie - ebook

Ile języków powinien znać ambasador? Ważniejsze w tej pracy są słowa czy relacje? Jak zachować się w obecności koronowanej głowy? Czy da się skutecznie przełamywać stereotypy o swoim kraju? Ile zależy od strategii, a ile od przypadku? A może wystarczy po prostu, aby ambasador był… cierpliwy?

Marek Magierowski – dziennikarz i były ambasador RP w Izraelu oraz Stanach Zjednoczonych – zabiera czytelnika za kulisy świata, który na co dzień pozostaje niewidoczny. Pokazuje, jak naprawdę wygląda codzienność dyplomaty: od gabinetowych konwersacji, przez nieoczekiwane kryzysy, po zabawne wpadki i drobne rytuały.

To osobista opowieść o pracy, która rzadko trafia na pierwsze strony gazet, a często rozstrzyga się w kuluarach. O dyplomacji, choć tylko w niewielkim stopniu o dyplomatach. O tym, jak relacje między państwami kształtują dziś biznesmeni, właściciele platform społecznościowych i studiów filmowych, reżyserzy i aktorzy, dziennikarze i sportowcy. O tym, jak zmienia się rola ambasadorów i ich język, jak bardzo narracja – współczesna i historyczna – zajmuje miejsce wielkich międzynarodowych konferencji, traktatów, memorandów oraz oświadczeń. A także o tym, co Polacy mogliby robić lepiej i skuteczniej.

Zajrzyj za kulisy świata dyplomacji.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68380-62-0
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

„NIE OGLĄDAJ TEGO.
DOSTANIESZ ZAWAŁU”

W popularnym amerykańskim serialu _Dyplomatka_ tytułową bohaterką jest Kate Wyler, ambasadorka USA w Wielkiej Brytanii, wplątana w niezliczone intrygi i rozwiązująca najbardziej palące problemy globu. W rolę wcieliła się Keri Russell, aktorka znana wcześniej między innymi z roli głęboko zakonspirowanej agentki sowieckiego KGB w innym politycznym thrillerze, _Zawód: Amerykanin_.

Tym razem Keri Russell znalazła się po dobrej stronie mocy. Jako świeżo upieczona ambasadorka, choć z długim doświadczeniem służby w Departamencie Stanu, wpada w wir walki ze światowym terroryzmem i skomplikowanych stosunków z „najwierniejszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych”. Kate Wyler porusza się w stresującym środowisku, podejmuje trudne decyzje, musi ułożyć sobie relacje z niełatwymi w obsłudze, niekiedy narowistymi podwładnymi oraz z jeszcze bardziej narowistym mężem.

Produkcja Netflixa nie jest ani wybitna, ani beznadziejna. Czysta rozrywka. Ot, jeszcze jeden zgrabny show pokazujący zmagania polityków z dyplomatyczną rzeczywistością.

Dla widzów, którzy mają wątłe pojęcie o sprawach zagranicznych, serial ten może wydawać się nie tylko atrakcyjny, ale też, w pewnym sensie, „edukacyjny”. „Drodzy Państwo, tak oto wygląda od kuchni prawdziwy świat dyplomacji!”

Pewnego wieczoru zasiadłem więc wraz z małżonką przed telewizorem, by oddać się owej „czystej rozrywce”. Oczywiście, byliśmy także ciekawi, ze względów zawodowych, jak „kuchnię dyplomacji” pokażą hollywoodzcy twórcy serialu.

Pierwsze dwadzieścia minut pierwszego odcinka było drogą przez mękę. Najpierw pod nosem, a po chwili coraz głośniej wyrażaliśmy nasze zdumienie.

– No nie, to nie tak się odbywa, przecież...

– Nie no, zaraz, zaraz...

– Nigdy w życiu.

– Znowu chyba coś im się pomyliło.

– Co oni wygadują?!

– WTF? (mając na myśli, rzecz jasna: whiskey, tango, foxtrot).

Postanowiłem wysłać pilną wiadomość do szefowej Protokołu w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, Moniki Kaniewskiej, która nie tylko o procedurach dyplomatycznych wie wszystko, ale też skrupulatnie wymusza na wszystkich ich przestrzeganie.

– Monika, nie oglądaj tego. Dostaniesz zawału.

Kate Wyler zostaje wysłana do Londynu znienacka, rządowym (sic!) samolotem, omijając proces wysłuchania i głosowania w Senacie, trwający niekiedy miesiącami („No nie...”), potem regularnie spotyka się z ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii (nawet ambasador USA nie ma w Zjednoczonym Królestwie aż tak swobodnego dostępu), a w trzecim sezonie panią ambasadorkę odwiedza w jej biurze sam brytyjski premier („Nigdy w życiu”). Mąż Kate Wyler, Hal (skądinąd znakomicie zagrany przez Rufusa Sewella), przejmuje momentami jej obowiązki, spotykając się z najważniejszymi brytyjskimi politykami, negocjując i wydając polecenia. Wreszcie w jednym z odcinków dyplomatka pyta swojego współpracownika, co to takiego COBRA, usłyszawszy zapewne po raz pierwszy o objętych klauzulą tajności, zwoływanych w kryzysowych okolicznościach posiedzeniach najważniejszych osób w Wielkiej Brytanii (premier, minister spraw zagranicznych, minister obrony, szef MI6 itp.). To tak, jakby ambasador USA w Warszawie był zdziwiony, że istnieje Rada Bezpieczeństwa Narodowego, albo gdyby ambasador UK w Waszyngtonie nie wiedział, co to takiego Situation Room.

Moglibyśmy do tego dorzucić całą litanię drobnych potknięć, jak choćby fakt, iż amerykańscy prezydenci na placówkę w Londynie nie wysyłają raczej zawodowych dyplomatów, lecz zamożnych darczyńców (swoją drogą obecnym ambasadorem USA jest Warren Stephens, pochodzący ze znanej dynastii bankierów inwestycyjnych. W latach 2020 i 2024 Stephens wyłożył kilka milionów dolarów na kampanie prezydenckie Donalda Trumpa).

Kate Wyler ma też osobistą stylistkę, odpowiedzialną za garderobę Madam Ambassador i oficjalnie zatrudnioną na etacie w placówce.

Stylistka? W tym momencie Monika Kaniewska co najmniej złapałaby się za głowę.

* * *

W 2023 roku miałem okazję poznać twórczynię serialu, Deborę Cahn. Scenarzystka i producentka, która wcześniej pracowała między innymi na planie _Prezydenckiego pokera_ i _Chirurgów_, została zaproszona jako gość honorowy na spotkanie w prywatnym domu w Waszyngtonie.

Opowiadała o samym filmie, o swoich inspiracjach, o pracy z aktorami. Ktoś z publiczności zadał jej pytanie o „nieścisłości” protokolarne. Odpowiedziała z uśmiechem na ustach: „Zdaję sobie sprawę, że nie wszystko w tym serialu jest prawdziwe i wiarygodne. No cóż... Pytanie brzmi, czy chcecie obejrzeć osiem godzinnych odcinków o przesłuchaniach Kate Wyler w Senacie, czy raczej historię z krwi i kości, choć naciąganą?”.

Zamieniłem potem z Deborą Cahn dwa słowa i pochwaliłem za „oryginalny serial”. Trzymając się zasady, że w dyplomacji nie należy kłamać, ale nie trzeba od razu zdradzać się z rzeczywistymi uczuciami.

Gdybym miał taką okazję, zapewne pogratulowałbym także „oryginalności” Barbarze Hall, autorce _Madam Secretary_, innego serialu z wielką polityką międzynarodową w tle. Téa Leoni gra w nim Elizabeth McCord, analityczkę CIA, która nagle obejmuje funkcję sekretarza stanu.

O ile Kate Wyler w pewnych sprawach sobie nie radzi, o tyle Madam Secretary, z budzącą podziw konsekwencją i wrodzoną gracją, rozwiązuje absolutnie wszystkie zmartwienia świata. Zaprowadza pokój w Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji, zapobiega nuklearnej zagładzie swojego kraju, uwalnia zakładników, powstrzymuje ataki terrorystyczne. I to wszystko nie siłą, nie groźbami, szantażem czy manipulacją. Nie. Elizabeth McCord osiąga to wszystko urokiem osobistym, wolą kompromisu, dobrym sercem. Jest łagodna jak baranek. Gdy jednak fikcyjny prezydent Filipin molestuje ją seksualnie, Elizabeth McCord... nokautuje absztyfikanta prawym sierpowym. Dosłownie.

Pani sekretarz przyjmuje też regularnie w swoim gabinecie i wysłuchuje cierpliwie ambasadorów obcych państw, z wysłannikiem Chińskiej Republiki Ludowej na czele („Zaraz, zaraz...”).

Nie, nie tak wygląda świat dyplomacji. Ani od kuchni, ani od sypialni, ani od korytarza. Gwoli ścisłości: nie zamierzam zgrywać purysty, rozumiem potrzebę ubarwiania realiów, szczególnie w kalifornijskich studiach filmowych. Wszak każdy show ma się podobać, ma przyciągać abonentów i reklamodawców, nie zaś tłumaczyć zawiłości dyplomatycznego uniwersum. Niemniej obraz, jaki wyłania się z tych wszystkich „oryginalnych” historii, z monotonną pracą dyplomaty ma związek nader luźny.

Rzeczywiście, gdyby Debora Cahn chciała wiernie oddać codzienny znój ambasadora, zastępcy ambasadora, konsula, musiałaby mocno przeredagować scenariusz _Dyplomatki_. Opisy poszczególnych odcinków mogłyby wyglądać następująco:

S1E1

Kate Wyler wprowadza się do rezydencji ambasadora USA w Londynie i przez cztery godziny rozpakowuje sześć walizek i dwanaście kartonów. Oprócz jednej torby podróżnej z bielizną, którą akurat American Airlines gdzieś zgubiły.

S1E2

Ambasadorka poświęca kilka godzin na spotkania i rozmowy z personelem ambasady. Stara się domyślić, kto ją lubi (zazwyczaj jedna trzecia), kto jej się boi (kolejna jedna trzecia), a kto nienawidzi (cztery piąte). Następnie próbuje rozszyfrować, kto z kim trzyma w samym zespole, kto kogo lubi, kto kogo się boi, a kogo nienawidzi. Zajmuje jej to kilka dni.

S1E3

Dziś święto papierologii. Ambasadorka składa parafki na przelewach za wynajem mieszkań pracowników, podpisuje dyplomy dla absolwentów szkoły amerykańskiej w Londynie (250 sztuk), zatwierdza rachunki za pieczywo, szynki, słodycze i alkohole zakupione na najbliższe przyjęcie w rezydencji. Godzinny odcinek, jedno ujęcie kamery, bez cięć.

S1E4

Pierwsze odwiedziny przedstawiciela amerykańskiej administracji w Londynie za kadencji ambasadorki Wyler. Przylatuje sekretarz handlu. Intensywne konsultacje z Waszyngtonem w sprawie programu wizyty. Co kilka godzin zmiany w składzie delegacji, zmiany w godzinach przylotów, zmiany hoteli, zmiany w restrykcjach dietetycznych, odwołanie konferencji prasowej, przywrócenie konferencji prasowej, prośba o zorganizowanie wycieczki do „Świata Harry’ego Pottera” w podlondyńskim Leavesden. Oraz prośba o krótką, kurtuazyjną audiencję u króla Karola III („No to chyba jakiś żart”). Ambasadorce wypadają pierwsze włosy z głowy.

S1E5

_Madam Ambassador, we have a problem_. Do gabinetu Kate Wyler wchodzi jej zastępca i informuje, że w masowej, propalestyńskiej manifestacji w Whitehall wzięło udział dwóch pracowników ambasady USA. Jeden z nich wykrzykiwał: „_Fuck Netanyahu!_”, drugi trzymał transparent z napisem: „_Fuck Trump!_”. Ambasadorka zapada się w fotelu, zamyka oczy i pyta sama siebie: „Po co mi to było...”.

S1E6

Parafki. Setki parafek.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Na szczęście nie wszystkie odcinki „urealnionej” wersji _Dyplomatki_ musiałyby wyglądać równie przygnębiająco. Między dwoma biegunami – mozolnym podpisywaniem faktur za artykuły biurowe i gwoździe oraz heroicznymi wyczynami à la James Bond – jest też złoty środek. Dający satysfakcję, gwarantujący miłe wspomnienia, otwierający drogę do nowych znajomości, czasami przyjaźni.

Jedną z najbardziej wartościowych cech tego zawodu jest możliwość poznawania ludzi, od których można dowiedzieć się czegoś istotnego o życiu. Niekiedy ludzi mniej lub bardziej rozpoznawalnych, niekiedy publicznie anonimowych.

I nie mam na myśli polityków z najwyższej półki, Trumpów, Bidenów, Macronów. Od nich akurat o prawdziwym życiu dowiemy się niewiele.

* * *

W sierpniu 2023, w czasie jednego ze słonecznych weekendów, umówiliśmy się z Mary Walsh, przyjaciółką pracującą w CBS News jako wydawczyni programów informacyjnych. Mary zaprosiła mnie i moją żonę na lunch do swojego domu pod Waszyngtonem.

Otwieramy furtkę, pokonujemy jeszcze kilkanaście schodków w górę, aby zbliżyć się do domu od strony tarasu. Pusto. Cicho. Zaglądamy przez szybę. Ani żywej duszy.

– Zapomniała.

– Nie mogła zapomnieć, jeszcze wczoraj wysłała mi SMS-a z potwierdzeniem.

– Zapomniała, mówię ci.

Wyjąłem telefon, żeby zadzwonić do gospodyni. Nie zdążyłem. W tym momencie drzwi od tarasu otworzył starszy pan, na oko siedemdziesięcioletni, podszedł do nas i zaczął przepraszać za zamieszanie.

– Jestem przyjacielem Mary. Niestety, musiała pilnie wrócić do redakcji. Pożary na Hawajach, specjalne wydanie wiadomości. Poprosiła mnie, żebym was przyjął. Nie odwołała spotkania, bo przygotowała trochę jedzenia i nie chciała, żeby się zmarnowało. – Mężczyzna popatrzył w stronę stołu, uginającego się od przysmaków. – Ach, zapomniałbym. _My name is David Wood_.

David Wood. Laureat Pulitzera w 2012 roku. Zdobywca prestiżowej, międzynarodowej nagrody Bayeux Calvados-Normandy, wręczanej najwybitniejszym korespondentom wojennym. Nieustraszony reporter, który relacjonował operacje wojsk USA w Iraku, w Somalii, na Bałkanach, na Haiti. A także w Afganistanie, gdzie był pięciokrotnie, za każdym razem „dołączany” do amerykańskich oddziałów: 101. i 82. Dywizji Powietrznodesantowej, 10. Dywizji Górskiej, 1. Batalionu 6. Pułku Piechoty Morskiej.

– Chodźcie, najpierw coś przekąsimy, a później możemy popływać w basenie. Mary przygotowała nawet dla was ręczniki.

Spędziliśmy potem kilka godzin, słuchając wojennych opowieści Davida. On z kolei dopytywał nas o konflikt na Ukrainie. Wymieniliśmy się też opiniami na temat książek Ryszarda Kapuścińskiego, z którego twórczością nasz nowy znajomy był oczywiście za pan brat.

Ja, jako były żurnalista, który zaczynał karierę od opisywania dziur w poznańskich ulicach i który na żadnej wojnie nigdy nie był, przy Davidzie Woodzie poczułem się jak dziennikarski liliput.

Fascynująca rozmowa z fascynującym człowiekiem. Powtórzyliśmy ją jakiś czas później, w tym samym domu, ale już z Mary Walsh, która tym razem nie miała dyżuru w redakcji. Siedzieliśmy nad basenem, rozmawiając o Rosji, o Putinie, o Trumpie. Z dżentelmenem, który w jednym z wywiadów wyznał: „Co czułem przez większość mojego zawodowego życia? Strach. Po prostu strach”.

* * *

Historyczna lista szefów amerykańskiego Protokołu to zbiór intrygujących postaci. Urząd ten utworzył prezydent Calvin Coolidge w roku 1928, uznawszy, iż ktoś w Białym Domu musi się zająć organizacją jego spotkań z zagranicznymi dygnitarzami.

Pierwszym _Chief of Protocol_ został James Clement Dunn (1928–1930), który po trzech latach przerwy powrócił na stanowisko w latach 1933–1935. Dunn, z wykształcenia prawnik i architekt, trafił potem do dyplomacji i sprawował funkcję ambasadora USA w czterech państwach: Włoszech, Francji, Hiszpanii i Brazylii.

Amerykańskim Protokołem zarządzał też Emil Mosbacher (1969–1972, za czasów Richarda Nixona), znany bardziej ze swojej kariery żeglarskiej. Dwukrotnie wygrywał Puchar Ameryki, słynne wyścigi najszybszych jachtów na świecie. Co ciekawe, prywatnie był... szwagrem Georgette Mosbacher, byłej ambasadorki USA w Warszawie (jej mąż Robert, brat Emila, zajmował urząd Sekretarza Handlu w administracji George’a H.W. Busha).

Pierwszą kobietą na stanowisku szefowej Protokołu została w lipcu 1976 roku Shirley Temple. Tak, ta sama Shirley Temple, którą wszyscy pamiętają jako „cudowne dziecko Hollywood”. Uśmiechnięta, pucułowata buzia i niezapomniane blond loki. Temple zaczęła swoją aktorską karierę jako pięciolatka w filmie _Roześmiane oczy_ z roku 1934, ale w dorosłym życiu poświęciła się dyplomacji. Była ambasadorką w Ghanie, później w Czechosłowacji (tuż przed jej podziałem). Gdy ostatnim prezydentem tego kraju został Václav Havel, towarzyszyła mu podczas jego pierwszej podróży do Waszyngtonu.

Najdłużej, przez blisko siedem lat, piastowała ten urząd inna kobieta, Selwa Roosevelt. Potomkini libańskich imigrantów, żona wnuka prezydenta Theodore’a Roosevelta, była szefową Protokołu w czasie dwóch kadencji Ronalda Reagana (1982–1989).

Żadnej z tych osób, ze zrozumiałych względów, osobiście nie poznałem. Choć, rzecz jasna, współpracowałem z dwoma _Chiefs of Protocol_ w administracji Joe Bidena, Rufusem Giffordem i Ethanem Rosenzweigiem. Miałem jednak okazję porozmawiać z jeszcze jedną osobą ze wspomnianej listy...

Podczas przyjęcia u pani rektor waszyngtońskiego American University, Sylvii Mathews Burwell, zostaliśmy usadzeni przy jednym stoliku z pewnym jegomościem w mocno zaawansowanym wieku, ale dysponującym jeszcze niezwykle bystrym umysłem. Był znakomicie zorientowany w niuansach nie tylko amerykańskiej, lecz również światowej polityki. Moja żona rozmawiała z nim przez godzinę, wpatrzona w swojego interlokutora jak w obrazek (czym byłem już nieco zaniepokojony). Mnie udało się włączyć w konwersację zaledwie na kilkanaście minut, już po deserach.

Kiedy opuszczaliśmy rezydencję pani rektor, słyszałem od małżonki same zachwyty.

– Niesamowity człowiek!

– No dobrze, ale kto to właściwie był? – Sam wstydziłem się własnej ignorancji.

– Były szef Protokołu.

– Chyba bardzo były.

– Owszem. Pracował u Lyndona B. Johnsona.

Otworzyłem szeroko oczy. A zatem rozmawialiśmy z dżentelmenem, który zajmował jedno z ważniejszych stanowisk w Białym Domu niemal równo sześćdziesiąt lat temu. Lloyd Nelson Hand, weteran wojny koreańskiej, objął Protokół w styczniu 1965 roku, jako zaledwie trzydziestosześciolatek. Odszedł po czternastu miesiącach. Dziś ma dziewięćdziesiąt sześć lat, maniery brytyjskiego arystokraty i pamięć słonia.

„Chciałbym być równie sprawny intelektualnie za czterdzieści lat – pomyślałem po tym spotkaniu z chodzącą historią. – I jako dziewięćdziesięciolatek oczarowywać żony ambasadorów”.

* * *

Kiedy spotkałem się po raz pierwszy z Davidem Strathairnem, wiedziałem, z kim mam do czynienia. Aczkolwiek nie mogłem do końca się zdecydować, czy rozmawiam z Noah Vosenem, czarnym charakterem, ścigającym Jasona Bourne’a w serii filmów szpiegowskich, czy ze szlachetnym Janem Karskim z monodramu _Zapamiętaj to_.

Strathairn to aktor doskonały. Wystąpił w kilkudziesięciu filmach i serialach telewizyjnych, ponad trzydziestu sztukach teatralnych. W roku 2005 dostał nominację do Oscara za rolę w _Good Night, and Good Luck_. Lecz – jak to bywa z aktorami charakterystycznymi i doskonałymi – dla dziewięćdziesięciu procent odbiorców jego artystycznej twórczości pozostanie Noah Vosenem.

Dla mnie, mimo wszystko, będzie zawsze Janem Karskim. „Ktoś kiedyś zadał pytanie, dlaczego historia się powtarza” – mówił aktor w wywiadzie dla Polskiego Radia w roku 2021. „Historia się powtarza, bo nikt nikogo nie słucha. Jan Karski błagał nas, żebyśmy go słuchali”.

W sztuce _Zapamiętaj to_ Strathairn nie gra Karskiego. On po prostu jest Karskim. Jego interpretacja wbija w fotel. Na jednym z przedstawień w Waszyngtonie pojawiła się Nancy Pelosi, spikerka Izby Reprezentantów. „Byłam głęboko poruszona tym wybitnym spektaklem – stwierdziła potem. – David Strathairn swoim genialnym aktorstwem uchwycił duszę Jana Karskiego. Jego moralna spuścizna powinna pozostać na zawsze wyzwaniem dla naszego sumienia”.

W czerwcu 2024 miałem przyjemność wręczyć odznaczenia państwowe Strathairnowi oraz twórcom _Zapamiętaj to_, Derekowi Goldmanowi i Clarkowi Youngowi. Dwaj ostatni, gdy przypinałem im Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, wyszeptali słowa podziękowania. Strathairn, na widok szpilki wbijanej w klapę marynarki, obdarzył mnie teatralnym grymasem i syknął: „Auć!”. Po czym serdecznie się uśmiechnął.

No cóż, aktor... Tym razem jednak nie wcielił się ani w Jana Karskiego, ani w Noah Vosena. Żaden z nich nie przestraszyłby się ukłucia.

Takich spotkań z „chodzącą historią” było oczywiście dużo więcej.

W Izraelu poznałem Stanisława Aronsona, polskiego Żyda, który w 1942 roku uciekł z transportu do Auschwitz, a potem w szeregach Armii Krajowej walczył w powstaniu warszawskim. Trafił do Kedywu (oddział „Żbika”), gdzie – jako osiemnastolatek – brał udział w egzekucjach Niemców oraz Polaków skazanych za zdradę. Podobno tylko jako obstawa. Podobno sam nie pociągał za spust. Podobno. W rozmowie przeprowadzonej w 2005 roku przez Patrycję Bukalską i Jacka Borkowicza¹, na pytanie: „Czym zajmowaliście się w oddziale «Żbika»?”, Aronson odpowiedział krótko: „Nieprzyjemnymi rzeczami”. Potem zaciągnął się do II Korpusu gen. Andersa, walczył we Włoszech, po wojnie wyjechał do Palestyny, został oficerem w izraelskiej armii, wziął udział między innymi w wojnie o niepodległość w 1948 roku. W maju 2025 roku Stanisław Aronson skończył sto lat. Na podstawie jego biografii można by nakręcić co najmniej kilka filmów akcji, być może z Davidem Strathairnem w roli głównej, choć sądząc po młodzieńczych zdjęciach Staszka, bardziej pasowałby do tej roli Clark Gable, a z żyjących gwiazd – Pedro Pascal.

Poznałem też młodszego kolegę Aronsona, Mordechaja Palzura. Urodzonego w Tarnowie (rocznik 1929) dyplomatę, pierwszego ambasadora Izraela w Polsce, po wznowieniu relacji między oboma państwami w 1990 roku. Tuż po objęciu funkcji Palzur chciał jak najszybciej sprowadzić do Warszawy Icchaka Szamira, ówczesnego szefa izraelskiego rządu. Niestety, Szamir wygłosił wówczas niesławną tezę o „Polakach, którzy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” i premier Tadeusz Mazowiecki wycofał zaproszenie. W późniejszych latach Palzur często odwiedzał rodzinne miasto, przywoził do Tarnowa wycieczki izraelskiej młodzieży, opowiadał o żydowskiej historii regionu. W roku 2003 odebrał honorowy tytuł Tarnoviae Merenti przyznany przez Fundację im. Hetmana Jana Tarnowskiego za wkład w stosunki polsko-żydowskie i promocję ziemi tarnowskiej. Laudację wygłosił wówczas Roman Ciepiela, przewodniczący Rady Fundacji: „Ojciec pana Mordechaja Palzura, Aleksander Plutzer, był cenionym nauczycielem rysunków w I i II tarnowskim Liceum. Pan Mordechaj David Palzur otrzymał imiona na pamiątkę dziadka, Mordechaja Dawida Brandstaettera, znanego literata, jednego z pierwszych piszących powieści w języku hebrajskim. Rodzina Plutzerów² szukała w czasie II wojny światowej schronienia na Wschodzie. ZSRS opuścili w 1941 roku wraz z armią Andersa. W 1943 dotarli do Palestyny, gdzie pozostali już na stałe”³.

Zarówno Aronson, jak i Palzur mówią piękną literacką polszczyzną. Córka ambasadora Palzura, Gallit, nauczyła się polskiego już w dorosłym wieku i w październiku 2025 roku obroniła doktorat... na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu.

* * *

Miałem też zaszczyt uścisnąć dłoń Stephena Hadleya, byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego George’a W. Busha, podczas prezentacji wydanej pod jego redakcją książki _Hand-Off. The Foreign Policy George W. Bush Passed to Barack Obama_. Zbiór tak zwanych Transition Memoranda, odtajnionych niedawno dokumentów, opisujących dwie burzliwe kadencje czterdziestego trzeciego prezydenta USA.

Hadley zgromadził w opasłym woluminie depesze, analizy i rekomendacje dotyczące polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych w najważniejszych obszarach: relacji z Rosją, Chinami, krajami Bliskiego Wschodu. Wojna ze światowym terroryzmem, interwencje w Iraku i Afganistanie. Odchodząca republikańska administracja Busha przygotowała te materiały dla przychodzących urzędników demokratycznej administracji Obamy. Co zrobiliśmy dobrze (niewiele...), co zrobiliśmy źle, a co fatalnie. Które decyzje zostały podjęte zbyt pospiesznie, a które nie zostały podjęte nigdy, choć powinny.

W maju 2023 roku, w rozmowie z publicystą „New York Timesa”, Davidem Sangerem, Stephen Hadley opowiadał między innymi o dokumentach opisujących szczególne relacje George’a W. Busha z Władimirem Putinem:

– Pamiętam, jak prezydent pojechał do Rosji stosunkowo niedługo po 11 września. Spływ Newą, uroczysta kolacja z Putinem, potem spotkanie ze studentami na uniwersytecie w Sankt Petersburgu. Jakiś czas później rewizyta: Putin przyjeżdża do Crawford⁴. Żartują, śmieją się. Na pozór skrajnie inny Putin niż ten, którego znamy dzisiaj. Gdy jednak czytamy te wszystkie notatki, widać wyraźnie, że w drugiej kadencji wszyscy, łącznie z prezydentem, zaczęliście mieć wątpliwości, czy Putin, którego poznaliście za pierwszej kadencji, to ten sam Putin, z którym mieliście do czynienia po 2004 roku.

– Kiedy Bush i Putin się poznali, ten drugi był przywódcą Rosji od około roku. Bush wypowiedział wtedy słynne zdanie: „Spojrzałem mu w oczy i zobaczyłem jego duszę”. Putinowi brakowało w tamtym czasie pewności siebie, Rosja była słaba. W znakomitej książce Jamesa Billingtona _Ikona i topór_, opowiadającej o kulturowej historii Rosji od XIII wieku, mowa jest między innymi o kilkusetletnich zmaganiach oraz skomplikowanych stosunkach tego państwa i narodu z Zachodem. Raz sojusznicy, raz przeciwnicy, potem znów przyjaciele. Szczerze myśleliśmy, że po zakończeniu zimnej wojny pojawi się szansa na trwałe przyłączenie Rosji do Zachodu. I Bush powiedział to Putinowi. Odpowiedź rosyjskiego lidera była bardzo ciekawa: „Tak, to dokładnie to, co chcę uczynić. Jednak przeszkadzają mi w tym ciemne siły w samej Rosji oraz... wy. Ważne jest, abyśmy tych ciemnych sił nie obudzili. Pozwólcie mi to zrobić w odpowiednim czasie i w odpowiednim tempie”.

Były doradca Busha mówi o zmieniającej się „dynamice notatek”. Administracja Busha starała się zacieśniać relacje z Kremlem. Powstał między innymi wspólny program wymiany studenckiej. Amerykańscy i rosyjscy urzędnicy razem opracowywali szczegóły projektów edukacyjnych, a następnie raportowali o ich postępach w jednobrzmiących dokumentach: prezydentowi USA i prezydentowi Rosji. Jak wspomina sam Hadley, była to sytuacja bez precedensu.

– Potem jednak zaczęły się kolorowe rewolucje w byłych sowieckich republikach. Uznaliśmy te procesy polityczne za naturalne i pozytywne: ludzie chcieli mieć odpowiedzialne rządy, które przyniosłyby dobrobyt i stabilność. I stałyby się dobrymi sąsiadami Federacji Rosyjskiej. Putin miał jednak na ten temat odmienne zdanie. Był przekonany, że kolorowe rewolucje były sterowane przez CIA, że miały na cele ustanowienie w tych krajach antyrosyjskiej władzy, i że była to jedynie przygrywka do przeprowadzenia podobnych zmian w samej Rosji.

Mimo wszystko kolejny prezydent nadal wierzył, że Rosję można przyciągnąć w stronę Zachodu. Barack Obama pokładał ogromne nadzieje w Dmitriju Miedwiediewie, który na cztery lata zastąpił na Kremlu Władimira Putina. Jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej, jako kandydat Partii Demokratycznej, Obama wyśmiewał swojego republikańskiego rywala Mitta Romneya, gdy ten stwierdził, że „największym geopolitycznym zagrożeniem dla USA jest Rosja”.

W sierpniu 2008 roku, gdy w Białym Domu zasiadał jeszcze Bush, rosyjskie czołgi wkroczyły do Gruzji. Zaledwie osiem miesięcy później (oraz półtora miesiąca po inauguracji Baracka Obamy) doszło do słynnego spotkania ministra spraw zagranicznych Rosji, Siergieja Ławrowa, i sekretarz stanu, Hillary Clinton, w Genewie. Uśmiechnięci, rozpływający się we wzajemnych komplementach, poklepujący po plecach, oboje zapowiedzieli „reset” w dwustronnych relacjach.

– Okazało się, że Putin zawsze był tym samym Putinem. W jego polityce niezmiennie chodziło o odbudowę rosyjskiej potęgi. Na początku chciał do tego wykorzystać sojusz z Zachodem. Później zmienił zdanie i doszedł do wniosku, że Zachód nie jest mu do niczego potrzebny.

Wręcz przeciwnie, Putin uznał, że Rosja powinna być przeciwwagą dla Zachodu nie tylko politycznie czy militarnie, lecz także cywilizacyjnie.

– Rosyjski prezydent ewoluował. Proces ten przyspieszył w czasie pandemii covidu. Putin zaszył się w kremlowskich archiwach, zaczytywał w dokumentach historycznych i skonstatował, że musi odbudować imperium. Nie sowieckie, lecz rosyjskie. Odzyskać kontrolę nad „tradycyjnie rosyjskimi” ziemiami. Które – w jego przekonaniu – obejmują niestety kraje bałtyckie, Mołdawię, Polskę i wiele innych terytoriów. O to samo przecież chodzi także w przypadku Ukrainy. Putin chce pozbawić Ukrainę suwerenności, przyłączyć ją do Rosji, gdyż z Ukrainą Rosja może stać się na powrót imperium. Bez Ukrainy – nie⁵.

Niezależnie od tego, na ile i czy w ogóle Barack Obama, Hillary Clinton oraz generał James Jones, następca Hadleya, skorzystali z Transition Memoranda, należy docenić sam fakt, iż republikanie zadbali o to, by demokraci mieli jak najszerszą wiedzę na temat działań, decyzji i motywacji poprzedniej administracji. Coś, co w polskich warunkach byłoby zapewne odebrane jako kuriozum. W amerykańskich elitach politycznych dużo głębiej zakorzenione jest przekonanie, iż pamięć instytucjonalna i konieczność kontynuacji w niektórych przynajmniej obszarach (zwłaszcza w sferze polityki zagranicznej) jest niezbędna dla skutecznego funkcjonowania państwa. Dzielenie się wiedzą, doświadczeniem, poradami, nawet z politycznymi adwersarzami, nie jest w USA postrzegane jako złamanie zasady stuprocentowej partyjnej lojalności (choć, przyznajmy, za prezydentury Donalda Trumpa zaczyna się to zmieniać).

Między innymi dlatego właśnie jako przedstawiciel RP w Waszyngtonie nie miałem nigdy obaw co do „ekumenicznego” zestawu gości amerykańskich zapraszanych do ambasady czy rezydencji na większe przyjęcia czy spotkania w kameralnym gronie. Wiedziałem, że republikański senator nie będzie się czuł skrępowany rozmową z wysokim urzędnikiem administracji Joe Bidena, a demokratyczny kongresmen da się sfotografować w przyjacielskim uścisku z najbardziej radykalnym komentatorem konserwatywnej Fox News.

Miałem za to obawy co do polskich polityków, przylatujących do Waszyngtonu. Pewnego razu, w trakcie przyjęcia z okazji święta Konstytucji 3 maja, głównym mówcą był jeden z ważniejszych ministrów w rządzie premiera Mateusza Morawieckiego. Jednocześnie, krótko przed imprezą, dowiedzieliśmy się o przyjeździe wysokiego rangą przedstawiciela parlamentu RP z przeciwnego obozu politycznego. Koniec końców obaj panowie zostali przez ambasadę „zaopiekowani”, stosownie do swojej roli i statusu. Jednak już podczas przyjęcia ten pierwszy unikał tego drugiego jak ognia, ostentacyjnie uciekając nawet w róg sali, aby tylko nie uścisnąć dłoni „wrogowi”. O neutralnej pogawędce nie wspominając.

Z kolei w trakcie przygotowań do wspólnej wizyty Andrzeja Dudy i Donalda Tuska w USA w marcu 2024 roku (pretekstem była dwudziesta piąta rocznica przystąpienia Polski do NATO) doszło do sytuacji odwrotnej. To szef rządu wirtualnie „uciekał w róg sali”, dążąc za wszelką cenę do maksymalnego ograniczenia kontaktu z prezydentem.

Radosław Sikorski zaproponował wówczas organizację koktajlu w rezydencji dla kilkuset osób, z udziałem obu polskich przywódców oraz, jak to określił sam szef dyplomacji, „waszyngtońskiej śmietanki”. Podchwyciłem pomysł natychmiast (owszem, niekiedy w pełni zgadzałem się z ministrem), zaczęliśmy nawet wstępne przygotowania logistyczne. Obaj wiedzieliśmy, że Amerykanie docenią koncyliacyjny gest. Prezydent zgodził się natychmiast na udział w tym przedsięwzięciu.

Premier odmówił.

Koktajl miał się odbyć wieczorem, w dniu przylotu obu delegacji. Ostatecznie Andrzej Duda pozostał w hotelu. Donald Tusk zaś udał się na... kolację do prywatnego domu Anny Applebaum, żony ministra Sikorskiego (między innymi z udziałem Marka Brzezińskiego, ambasadora USA w Polsce).

Prezydent spędził wówczas w USA trzy dni. Szef rządu wyleciał niemal natychmiast po wspólnym spotkaniu z Joe Bidenem. Wcześniej odrzucił kilka zaproszeń do występów publicznych (między innymi od jednego z prestiżowych think tanków). Nie skorzystał z okazji, by opowiedzieć opinii publicznej za oceanem o priorytetach polskiej polityki zagranicznej, o naszym zaangażowaniu w pomoc dla Ukrainy, o współpracy militarnej między Warszawą a Waszyngtonem, o inwestycjach amerykańskich nad Wisłą. Ani w think tanku, ani w mediach (nie udzielił wywiadu żadnej amerykańskiej telewizji), ani na koktajlu dla „waszyngtońskiej śmietanki”, który ostatecznie się nie odbył.

* * *

Ta książka traktuje o dyplomacji, choć tylko w niewielkim stopniu o dyplomatach. Bardziej o tym, jak relacje między państwami kształtują dziś biznesmeni, właściciele platform społecznościowych i studiów filmowych, reżyserzy i aktorzy, dziennikarze i sportowcy. O tym, jak zmienia się rola ambasadorów, ich język, jak bardzo narracja – współczesna i historyczna – zajmuje miejsce wielkich międzynarodowych konferencji, traktatów, memorandów, oświadczeń.

To książka o cierpliwości, która powinna być nieodłączną cechą każdego dyplomaty. Albowiem oczekiwanie na natychmiastowe efekty w tej profesji są złudne. I o pokorze, bo najdrobniejsze sukcesy przychodzą zazwyczaj po serii dotkliwych porażek, niewymuszonych błędów i głębokich rozczarowań.

To także opowieść o izraelskich schronach, o amerykańskich lotniskowcach, o żydowskim Zamościu, o mroźnej Alasce i gorącym Tel Awiwie, o piłkarzach i o poliglotach. O tym, dlaczego najsłynniejsza amerykańska badaczka Holokaustu nosi buty od Kielmana, i jak to możliwe, że w Bostonie mieszka trzydzieści milionów Polaków.

I o tym, jak bardzo realne życie dyplomaty różni się od netfliksowego życia serialowej dyplomatki.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij