Niegrzeczne dzieci - ebook
Jedyna ocalała zna prawdę. Ale czy odważy się ją ujawnić?
Rok 2008. Brzozowem, niewielkim miastem u podnóża Bieszczad, wstrząsa makabryczna zbrodnia. W domu Ryszarda i Doroty Górskich giną małżonkowie oraz troje dzieci, które wychowywali jako rodzina zastępcza. Sprawcą okazuje się ich syn, Fryderyk. Oszczędza tylko swoją biologiczną córkę, Natalię. Kiedy ratownicy odnajdują dziewczynkę, ta powtarza w kółko jedno słowo: „mama”.
Rok 2026. Reportażysta Kornel Malicki bada sprawę śmierci Patryka Konopskiego – nastolatka z Wołkowyi, brutalnie skatowanego przez rówieśników i porzuconego w lesie. Wkrótce zgłasza się do niego dorosła Natalia. Chce, by Kornel pomógł jej odkryć prawdę o tragedii sprzed osiemnastu lat. W zamian oferuje mu historię, z której może powstać kolejna powieść. Naciskany przez wydawcę Malicki zgadza się przyjrzeć sprawie. Nie wie jeszcze, że im głębiej zanurzy się w przeszłość rodziny Górskich, tym trudniej będzie mu się z niej wydostać. Bo niektóre tragedie wcale nie kończą się wraz ze śmiercią ostatniej ofiary.
Co tak naprawdę wydarzyło się w domu Górskich? Jaki związek ze zbrodią sprzed lat ma śmierć Patryka? I czy Kornel wreszcie upora się z demonami przeszłości?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-803-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KORNEL
OBECNIE
Po korytarzu kliniki weterynaryjnej niesie się skomlenie zestresowanych psów i wzdychanie właścicieli, którzy próbują nad nimi zapanować. W porównaniu do nich Tammy jest wyjątkowo grzeczna. Siedzi sztywno przy mojej prawej nodze, bez przerwy się we mnie wpatrując. Wiem, że się boi. Widzę to w jej wytrzeszczonych oczach. Gdyby umiała mówić, pewnie spytałaby mnie, czy na pewno nie zamierzam jej skrzywdzić.
Nigdy jej nie skrzywdzę. Dość już się nacierpiała.
– Spokojnie, mała. Jestem tu. – Pochylam się i kładę dłoń na jej łbie.
Czuję pod palcami, jak drży, ale gdy tylko zaczynam ją gładzić za uszami, Tammy rozluźnia się i opiera pysk o mój but. Uwielbiam, gdy to robi, a jeszcze bardziej, gdy dołącza do mnie na kanapie i zasypia z tułowiem przyciśniętym do mojego uda. W takich chwilach wiem, że traktuje mnie jak bezpieczną przystań. Ufa mi bezgranicznie, choć jeszcze niedawno byłem dla niej zupełnie obcym facetem, który napatoczył się w najgorszym momencie jej życia.
Pamiętam ten moment, jakby wydarzył się wczoraj: wracałem brzegiem jezdni, z głową pełną ponurych myśli, i nagle usłyszałem to ciche pojękiwanie. Gdybym się nie zatrzymał, Tammy i jej troje dzieci pewnie dokonałyby żywota w tamtych krzakach. Znalazłem ją przy kartonie, w którym leżały trzy ślepe, wiercące się kluski. Wyglądała wtedy jak obraz nędzy i rozpaczy. Gdy mnie zobaczyła, ruszyła w moją stronę i otarła mi się o nogę jak kot. Była zdesperowana, gotowa zrobić wszystko, byle tylko ratować swoje małe.
Nie mogłem ich tam zostawić. Zbyt dobrze wiedziałem, co to znaczy zostać wyrzuconym na margines. Sam byłem takim szczeniakiem porzuconym na poboczu przez matkę, która nie widziała dla mnie innego wyjścia.
Z zamyślenia wyrywa mnie głos weterynarza.
– Pan Malicki? Zapraszam.
Podnoszę pudełko, które waży już znacznie więcej niż w dniu znalezienia. Szczeniaki podrosły, stały się cięższe i zdecydowanie bardziej ruchliwe. Tammy natychmiast staje na równe nogi i podąża za mną, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z kartonu.
W gabinecie unosi się dziwny zapach przypominający karmę. Zastanawiam się, czy weterynarz specjalnie go rozpylił, by uspokoić psy. Chętnie bym go o to spytał, ale mam zaciśnięte z nerwów gardło. Niby wiem, że to tylko rutynowe badanie, lecz widok medycznego sprzętu przypomina mi koszmar, przez jaki przechodziła moja żona Gabrysia. Agresywny nowotwór stopniowo wyniszczał jej ciało i odbierał chęć do dalszej walki. Widziałem, jak straszliwie cierpi, i nie mogłem zrobić nic, by jej ulżyć.
Nie chcę, by Tammy cierpiała. Ani ona, ani jej dzieci.
Przez kolejne minuty weterynarz sprawnie bada suczkę. Sprawdza zęby i uszy, a także osłuchuje serce. Tammy stoi na stole nieruchomo, wpatrzona we mnie jak w obrazek.
– Wszystko w porządku, panie Kornelu. Jest zdrowa i bardzo zadbana – mówi lekarz, odsuwając stetoskop od jej ciała.
Biorę Tammy pod boki i ostrożnie zdejmuję ją na podłogę. Potem kolej na szczeniaki. Na pierwszy ogień idzie Jeden. Wciąż nie dałem im imion, więc nazywam je Jeden, Dwa i Trzy.
– Są zdrowe jak ryba – podsumowuje weterynarz, po czym informuje mnie o terminach kolejnych szczepień.
Kiwam głową, czując trudną do opisania ulgę. Najważniejsze, że nic im nie jest. Mogą cieszyć się życiem.
Idę do auta, ostrożnie niosąc przed sobą pudełko pełne wiercących się maluchów. Tammy kroczy dumnie u mojego boku, co chwilę unosząc głowę, żeby się upewnić, że jej dzieci są bezpieczne. Wkrótce otwieram tylne drzwi samochodu i stawiam pudełko na siedzeniu. Tammy wskakuje obok. Natychmiast wkłada pysk do środka, wylizując łebki swoich młodych, jakby przeprowadzała własną, psią inspekcję.
Siadam za kierownicą. Patrzę w lusterko wsteczne na tę nietypową rodzinę.
– Słuchaj, Tammy – mówię spokojnie, odpalając silnik. – Nic im nie będzie. Obiecuję ci to.
Wiem, że mnie nie rozumie, ale na dźwięk mojego głosu unosi uszy i przechyla łeb. W jej spojrzeniu jest spokój, którego ja sam często nie potrafię odnaleźć.
Orawscy – właściciele pensjonatu, u których w ostatnich tygodniach pomieszkiwałem – obiecali, że się nimi zaopiekują. Pan Bożydar ma krewnych pod Krosnem, którzy po zobaczeniu zdjęć szczeniąt od razu zainteresowali się adopcją jednego z nich. Chętna jest też znajoma jego żony – pani Ireny. Niedawno wprowadziła się z rodziną do nowego domu i pies stanowiłby idealne dopełnienie. Była już u Orawskich na spotkaniu zapoznawczym. Najbardziej przypadł jej do gustu Dwa. Nie dziwię się jej – jest największym pieszczochem, który uwielbia, gdy bierze się go na ręce.
Orawscy obiecali mi, że znajdą im domy, w których nikt nigdy ich nie skrzywdzi.
– Będą miały pełne miski i ludzi, którzy nie zostawią ich w lesie – powiedział Bożydar.
Obserwuję w lusterku psią rodzinkę i przełykam ślinę. Myśl o oddaniu szczeniąt sprawia mi fizyczny ból, ale wiem, że to jedyne rozsądne wyjście. Nie mogę zabrać do Krakowa czterech psów. Za to Tammy jedzie ze mną. Pati już nie może się doczekać. Bez przerwy o nią wypytuje. Kupiła jej nawet legowisko i gumowe zabawki. Dawno nie widziałem córki tak szczęśliwej. Potrzebuje tej suczki tak samo jak ja. Potrzebuje kogoś, kto pokocha nas bezwarunkowo i nie będzie nam zadawać trudnych pytań o to, dlaczego tata jest taki przygnębiony albo dlaczego po śmierci mamy wszystko się rozpadło.
Tammy będzie naszą nową przyjaciółką. Kotwicą, która nie pozwoli nam odpłynąć zbyt daleko w mrok.
Wrzucam bieg i ruszam w stronę pensjonatu Orawskich. Droga jest kręta, a w aucie słychać tylko ciche popiskiwanie z kartonu. Przez głowę przelatują mi słowa, które powiedziałem Bożydarowi, gdy je znalazłem: „One przypominają mi mnie. Wyrzucone na margines. Niechciane przez świat, który powinien się nimi zaopiekować”.
Wtedy byłem wściekły i zrozpaczony. Dziś, patrząc na Tammy, czuję coś innego. Może to nadzieja? Jeśli to małe, skrzywdzone stworzenie potrafiło znów zaufać człowiekowi, to może i dla mnie jest jeszcze jakaś szansa. Może nie wszystko w moim życiu musi kończyć się tragedią.
Ale zanim wrócę do Krakowa, muszę załatwić jeszcze jedną sprawę. Sprawę, przez którą pewien człowiek leży teraz w kostnicy, a inny pewnie drży ze strachu o swoje bezpieczeństwo.
Gładzę kierownicę i dociskam pedał gazu. Tammy zwija się w kłębek niczym kot i zasypia, kołysana jazdą. Dobrze, że chociaż ona jest w stanie zasnąć. Ja od tygodnia nie mogę zmrużyć oka. Nie po tym, co się stało.
Nie po śmierci jedynego człowieka, który mógł mnie doprowadzić do mamy.ROZDZIAŁ 4
Późną nocą zrzucam z siebie koc i powoli wstaję z kanapy w salonie. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Nie planowałem snu. Tej nocy zamierzałem pojechać do Sanoka i poobserwować dom Rafała Świtalskiego. Po naszej rozmowie nie mam do niego zaufania. Słyszałem przez telefon, jak bardzo był nabuzowany. Dosłownie kipiał z wściekłości. Jeśli planuje zrobić jakieś głupstwo, muszę mieć go na oku i zdusić to w zarodku.
Przeciągam się i zerkam na zegarek. Dochodzi pierwsza. Wyprawa do Sanoka o tej porze to kiepski pomysł. Z drugiej strony nie mogę też siedzieć bezczynnie i udawać, że nic się nie dzieje.
Przez moment myślę, czy zamiast tego nie pojechać przed dom Grabca i zobaczyć, czy rzeczywiście ktoś się tam kręci. A może nawet obudzić go i spytać, czy od czasu naszego spotkania zauważył coś podejrzanego. Po dzisiejszej rozmowie z Rafałem mam coraz większą pewność, że to właśnie on szpieguje Grabca. I martwię się, że pewnego dnia nie wystarczy mu obserwowanie go z dystansu.
Podchodzę do okna i odsuwam firankę. Wychylam się tylko na moment, ale to wystarcza, żebym dostrzegł za płotem jakąś postać.
Co jest, do cholery…?
Stoi bokiem do domu, lekko pochylona, z kapturem naciągniętym na głowę. Nie patrzy w moją stronę. Mam wrażenie, że wpatruje się w ziemię albo w coś, co trzyma w dłoniach. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy to tylko cień albo ktoś, kto przypadkiem zatrzymał się przy płocie. Szybko do mnie dociera, jak bardzo się oszukuję.
Zasłaniam firankę i wstrzymuję oddech. Serce wali mi w piersi tak głośno, że boję się, iż zaraz zdradzi moją obecność. Przez chwilę stoję bez ruchu, nasłuchując, czy ktoś nie zmierza w moją stronę.
Cholera.
Idę do swojego pokoju i w pośpiechu zmieniam spodnie oraz bluzę. Budzę Tammy, która podnosi łeb i wydaje z siebie ciche, zaniepokojone jęknięcie. Gładzę ją po pysku, próbując ją uspokoić.
– Zostań – szepczę, choć wiem, że nie rozumie.
Po dotarciu do głównych drzwi zakładam buty, nawet nie zawracając sobie głowy wiązaniem sznurówek, i naciskam klamkę.
Postać wciąż jest za płotem, skierowana przodem do mnie.
Przez krótką chwilę tylko stoimy, jakbyśmy obaj czekali na reakcję drugiego. Nagle intruz zrywa się do biegu. Ruszam sprintem w stronę furtki, ale nadeptuję na rozwiązaną sznurówkę i omal nie zaliczam gleby. Przeklinam pod nosem, tracąc cenne sekundy. Kiedy wreszcie opuszczam teren posesji Orawskich, nieznajomy jest już kilkadziesiąt metrów dalej. W biegu wciskam sznurówki do butów i pędzę za nim, czując palący ból w płucach.
W pewnym momencie postać dobiega do zaparkowanego na jezdni auta i wskakuje do środka. Nie dostrzegam rejestracji ani marki. Wygląda na jakiegoś sedana.
– Stój! – krzyczę, ale jest za późno. Światła rozbłyskują, a opony piszczą, gdy pojazd rusza z miejsca, zostawiając mnie na środku drogi z głową pełną pytań.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_