Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
26 czerwca 2026
80,00
8000 pkt
punktów Virtualo

Nienakręcone, niewystawione, nieopublikowane - ebook

Zbiór scenariuszy Ingmara Bergmana, które z różnych powodów nie doczekały się sfilmowania. Jest to pierwsze polskie wydanie tych dzieł. Wydanie zawiera posłowie przetłumaczone z wydania szwedzkiego autorstwa Maaret Koskinen. Autorem tłumaczenia jest Tadeusz Szczepański, autor monografii o Ingmarze Bergmanie.
Spis zawartości tomu: Kaspers död (Śmierć Kaspra), Om varför gangstern skriver vers (O tym, dlaczego gangster pisze wiersze), Matheus Manders fjärde berättelse eller om en mördare (Matheusa Mandersa czwarte opowiadanie albo o mordercy), Staden (Miasto), Fisken. Fars för film (Ryba. Farsa filmowa), Spela pjäs (Zagrać sztukę), Trämalning (Malowidło na drewnie), Falskspelet (Fałszywa gra), Sixtiofyra minuter med Rebecka (64 minuty z Rebeką),  Utkast till TV-film om Jesu död och uppstandelse och om nagra mänskor som deltog i dessa händelser (Szkic do telewizyjnego filmu o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa i o kilku ludziach, którzy uczestniczyli w tych wydarzeniach), Jack hos skadespelarna (Kuba u aktorów).

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

SPIS TREŚCI

ŚMIERĆ KASPRA

O TYM, DLACZEGO GANGSTER PISZE WIERSZE

CZWARTE OPOWIADANIE MATHEUSA

MANDERSA ALBO O MORDERCY

KUBA U AKTORÓW

MIASTO

RYBA. FARSA FILMOWA

ZAGRAJCIE SZTUKĘ

MALOWIDŁO NA DREWNIE

ZAKŁAMANA GRA

SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY MINUTY Z REBECKĄ

SZKIC DO FILMU TELEWIZYJNEGO O ŚMIERCI

I ZMARTWYCHWSTANIU JEZUSA I O KILKU

LUDZIACH, KTÓRZY BRALI UDZIAŁ W TYCH

WYDARZENIACH

KOMENTARZ MAARET KOSKINEN

 

Kategoria: Kino i Teatr
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8442-067-6
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ŚMIERĆ KASPRA

1942

W autobiografii pt. _Laterna magica_ Bergman nazwał _Śmierć Kaspra_ „bezczelnym plagiatem _Zepsutego Kasperle_ (_Kaspers fettigsdag_) Strindberga i starego moralitetu _Everyman_, co nie zażenowało mnie w najmniejszym stopniu”. Później (w rozmowie telefonicznej) powiedział, że był „okropnie zawstydzony” swoimi juweniliami, bo napisał je „onanista” i „szmirus”. „Nie miałem przecież własnego języka, więc naśladowałem Hjalmara Bergmana i oczywiście Strindberga, który nawiedził mnie już w czternastym roku życia. Nie rozumiałem tego, co pisał – ale tonacja, to nieopanowanie, to rozumiałem! Obcowanie ze Strindbergiem miało naprawdę zasadniczy charakter w nauce pisania dialogu”. Dlatego sztuka o Kasprze miała coś z „_turning point:_ to tutaj mogę zacząć brać odpowiedzialność – nawet dzisiaj”.

PROLOG PRZED KURTYNĄ

KASPERINA: Kasper, ty łajdaku, gdzie jesteś, gdzie ty jesteś? Ty dzieciobójco, zbereźniku, kukło teatralna.

KASPER: I tu, i tam, i nigdzie, ojejku, to śmiech w moich trocinach!

KASPERINA: Śmiejesz się z fałszywych rewersów?

KASPER: Wystawiłem go do wiatru. Śmieję się. Ha, ha, ha, ha!

KASPERINA: To do ciebie podobne.

KASPER: Już taki jestem. Ha, ha, ha.

KASPERINA: Naśmiewasz się z kości twoich martwych dzieci. Ty łajdaku! (krzyczy) Kasper!

KASPER: Gdzie jest Kasper? Wołają go. _Kasper!_ Ach tak? Tam! Dzień dobry! – Dzień dobry! – Łajdak! – To nie ja. – Ależ tak, to ty. – Mam ochotę dać ci po pysku. – Co? – Dać po pysku, powiedziałem. – Ha, ha, ty bluźnierco!

Kasperina: A masz tu, ty chamie. Nadymaj się do upadłego. Bum, bum.

KASPER: Wzajemne usługi. Bum! Uderzyłaś się?

KASPERINA: Uważaj! Jestem groźna.

Kasper: Prawy i lewy policzek! Jeśli ktoś cię uderzy! Bum! Uderzyłaś się?

KASPERINA: Dzisiaj zajmuję się kulasem. Dzisiaj na mnie kolej.

KASPER: Nie chcesz spać ze mną?

KASPERINA: Kulas! (krzyczy) Kulas, Kasper.

KASPER: Ja też mam kulasa.

KASPERINA: Mój cię bije.

KASPER: A mój kłuje.

KASPERINA: Mój się zgina.

KASPER: A mój wzrasta.

KASPERINA: Mój wali.

KASPER: A mój się uwija.

KASPERINA: Teraz ja biję. Bum!

KASPER: Ja stoję tu.

KASPERINA: Raz, dwa, trzy. Bum!

KASPER: Ja stoję tu.

KASPERINA: Raz, dwa, trzy, bum!

KASPER: Mój grzbiet tęskni… do podłogi.

KASPERINA: Obudź się, Kasper. On nie żyje.

KASPER: Jestem martwy. Ale trzeciego dnia zmartwychwstały. Teraz cię uduszę, babsztylu.

KASPERINA: Dlaczego?

KASPER: W podzięce.

KASPERINA: Kasper! Ratunku!

KASPER: Nie ma go w domu. Wyszedł.

KASPERINA: Ratunku!

KASPER: Ratunku.

KASPERINA: Teraz ja jestem martwa.

KASPER: Jakże się cieszę!

KASPERINA: Nie zazdroszczę ci tego!

KASPER: Diablica.

KASPERINA: Szatan.

KASPER: Jaki ja mam długi ozór.

KASPERINA: A jaki ja mam długi ozór.

(Pauza).

KASPER: Tu!

KASPERINA: Lump!

(Pauza).

KASPER: Hańba. Gardzę tobą.

KASPERINA: Szumowina. Nienawidzę cię.

(Pauza).

KASPERINA: Chcę cię widzieć martwym.

KASPER: A ja ciebie wychłostaną. Sól i pieprz.

(Pauza).

KASPER: Musimy się pogodzić, żono.

KASPERINA: Dobrze, dobrze, Kasprze.

KASPER: Głupio tak dalej.

KASPERINA: Publika tego chce.

KASPER: Ale teraz jesteśmy wolni.

KASPERINA: Ja idę na dziecięce piwo.

KASPER: Brawo.

KASPERINA: A ty zostajesz w domu.

KASPER: Zamknij mnie. Wskazówki!

KASPERINA: Chlanie, palenie, przeklinanie, mordowanie, bezczeszczenie, kłamanie, cudzołóstwo. Streng verboten.

KASPER: Verboten.

KASPERINA: Żadnych dziwek.

KASPER: Żadnych dziwek.

KASPERINA: Żadnych hulajduszy, gangsterów i grzesznic, Kasprze.

KASPER: Żadnych hulajduszy, gangsterów, grzesznic, et cetera, et cetera!

KASPERINA: Idę na piwo dla dzieci obok teatru.

KASPER: Spać, będę spać. Spać.

KASPERINA: Żegnaj, Kasprze! Miałeś mnie uderzyć.

KASPER: Żegnaj, babsztylu. Przynieś lagę.

KASPERINA: Żegnaj, Kasper. Zabieram lagę.

KASPER: Żegnaj, babsztylu. Miałaś mnie uderzyć.

KASPERINA: Żegnaj, Kasprze. Każde z nas bierze swoje.

(Każde rzuca się w swoją stronę).

KASPERINA: Żadnych dziwek.

KASPER: Żadnych dziwek.

KASPERINA: Bez chlania.

KASPER: Bez chlania.

KASPERINA: Żegnaj, Kasprze.

KASPER: Żegnaj, babsztylu.

(Biją się po głowach i wytaczają się).

KONIEC PROLOGU

AKT I

KASPER: Hej tam! Tańczę na wąskim kancie. Witajcie, dobrzy ludzie, widzicie, jak pięknie tańczę na wąskim kancie? Gdzie podziały się te wszystkie zdziry? Babsztyl jest na piwie w teatrze kukiełkowym tu obok.

ZDZIRA I: Phi!

KASPER: Rybeńko! Tyś pierwsza. Och, co za kuper! Urocza, fajna i gruba zdzira. Hej, hopsa, hopla. Oj, niech to diabli.

ZDZIRA II: Phi!

KASPER: (obejmuje ją) Świntuszko. Tyś druga. Tłusta plujka. Teraz będziemy się tu bawić, roztrwaniać, chlać w zafajdanych trykotach i czarnych podwiązkach. Tańczę tak na wąskim kancie między dwiema przepaściami. Wąchajcie. Teraz o mało co nie spadłem. Ale cię podtrzymuję. Hej!

HULAJDUSZA: Phi!

KASPER: (obejmuje go) Tfu! Ale z ciebie wycirus! No chodź. Ta przepaść wydaje się tego wieczoru bezdenna.

GRZESZNICA: Ach, Kaspeeeerr!

KASPER: Ratunku, umieram. Poza tym jestem wykończony. Tak hulajdusza bierze sobie do serca i blednie. Ha, ha, starzy znajomi. Przyjaciele z przepaści. Wypijmy za to. Cholera jasna, diabli nadali i krzyż na drogę. Sera, chcę sera.

ZDZIRA I: Tu, Kasper. Prima ser, chociaż jeszcze niepodziurawiony…

KASPER: Schmeckt gut, jak powiadają Francuzi. Hip, hip, hurra! Wszystko jest dobre. Wypijmy. Szczęki siekają ser, a język bełta się w wódce.

GANGSTER: (syczy smutno) Wódka.

KASPER: Tu jest wąż, to wąż zasyczał.

GANGSTER: (podchodzi) Chcesz zobaczyć mojego węża?

KASPER: Ih bever, jak powiadają Hiszpanie. Nie, nie chcę, nie. Ale mamy wódkę.

GANGSTER: Wódka.

KASPER: Co za znakomita kompania. Wszyscy się znają. Allgemeines bruderszaft. Naplujmy sobie nawzajem w twarz, bo i tak rozmawiamy tylko o tym. Hi, hi!

HULAJDUSZA: Och, Kasper, z ciebie wyborny czart, słowo daję. Kocham cię. Pozwól, że cię wyściskam i wycałuję.

KASPER: Ach, Pirranius! Hi, hi! Idź do diabła.

GANGSTER: (płacze) Jestem _zachwycony,_ Kasper. Zachwycony.

KASPER: Ale nie musisz od razu płakać, mój jedyny, kochany i znakomity przyjacielu!

ZDZIRA I: Ukrój sera. Nikt nie chce pokrajanego sera?

ZDZIRA II: Końcówki sera! Ho, ho! Zdziro jedna!

ZDZIRA I: Samaś zdzira! Fleja!

KASPER: (śmieje się) Bez awantur. Wypijmy!

GRZESZNICA: Ja vas ljublju.

Kasper: To idź tam. Obok teatru z serduszkiem na drzwiach. Pospiesz się.

GRZESZNICA: Nitschevo.

KASPER: Na zdrowie! Wypijmy, zdziry, czorty i męty. Wypijmy, bo życie jest krótkie, a przepaść pod teatrem głęboka. Napijmy się piwa i zakąśmy serem! Łajdaczmy się, utytłajmy się jak zwykle w próżniaczym, chutliwym życiu, bo wkrótce ucieknie. Aż do końca. Więcej sera.

GANGSTER: Jestem szczęśliwy. Ty, Kasper. Mam w domu kufer. Duży i ciężki.

KASPER: Cholera! Jemy.

HULAJDUSZA: Ale on ją kochał.

KASPER: Tańczmy, bo ją kochał. Wypijmy, bo wsadził ją do kufra. Tańczmy, zdziry, i śpiewajmy, co I haven.

HULAJDUSZA: Gardzę światem. Jestem człowiekiem, którego słodki język zgorzkniał. Tańczcie, piękne, grzeszne góry mięsa, bo pochowano mnie za życia. Beeee! Doprowadzono. Brzydzę się, nienawidzę, pluję, rzygam na to cholerne życie hulajduszy, chcę umrzeć, zastrzelcie mnie, ale pistolet oddano w zastaw.

GRZESZNICA: Nitschevo. Kurri!

KASPER: Mam to gdzieś. Ale na zdrowie tak czy owak! Niech gangster robi swoje.

GANGSTER: (zmieszany) Ja… Moje życie było uśmiechniętym ogrodem różanym z tańcem rusałek i zapachami kwiatów, a krople rosy rozdzwaniały się swoją srebrną muzyką. Ale to wszystko przemija, kończy się. Tak! Drżę ze szczęścia. Na zdrowie. Gdybym tylko miał tu pannę młodą.

KASPER: Tu masz panny młode. Gangsterskie panny młode. Mają wszystko to, co przystoi, czego potrzeba i czego wymaga ten zawód. Masz łom?

HULAJDUSZA: Kasper! Kasper! Ta kobieta chce mnie uwieść. Ale przecież ty wiesz, że ja chcę umrzeć. Chcę umrzeć. Umrzeć, umrzeć, umrzeć! To cholerne, podłe życie. Życie kukiełek. Życie hulajduszy. Nie chcę. A potem przychodzi taka jedna i chce mnie uwieść. Łajdaczę się. To pewne!

KASPER: Grzesznica!

GRZESZNICA: Ja vas ljublju!

KASPER: Tfu! Jestem żonaty. Strzeż się mojej baby! Strzeż się!

GRZESZNICA: Nitschevo. Ha! Ha! Ha!

KASPER: Hulajduszo! Posłuchaj moich mądrych słów. Ta kobieta by cię pokochała, a ty jesteś martwym hulajduszą. Oj, moi wszyscy. Pomocy! Rzygam. Wódki. O, mój brzuch. Sera!

GANGSTER: Słońce świeci na czerwono, nadchodzi wieczór, chmury stają się czerwone i jedwabiście białe. Och, jak ja kocham ten wieczór!

KASPER: Nie krzycz tak, Karl!

ZDZIRA I: Czy ja mogę się nim zaopiekować, Kasper?

ZDZIRA II: A czy ja mogę cię kochać, Kasprze, a przynajmniej puścić się z tobą?

KASPER: Tak, gacku. Twoje upodobania sprawiają mi przyjemność. Czym mogę służyć?

HULAJDUSZA: Tfu, twoje całusy. Smakujesz jak ścierwo, a spod perfumu cuchniesz trupem. Tfu!

GRZESZNICA: Nitschevo. Krrr!

KASPER: Przyjemny pulpecik. I to jej gruchanie. Tak, babsztyl powinien już tu być!

(Słychać trzykrotny głuchy łomot).

KASPER: Iiiii! Ratunku! Chyba mam czkawkę. Kto tak wa-wali? To moja stara! Biada mi! Ich bin verloren.

GANGSTER: Nikogo tu nie ma! Wszystko dla ciebie, rybko. Wszedłem na klomb, na najpiękniejszy klomb. Chorymi rękami próbowałem uwić wieniec. Ach! Nic z tego nie wyszło. Hopla!

KASPER: Nie skacz tak! Pomyśl o sąsiadach, szlag może ich trafić!

ZDZIRA II: Napij się, Kasper, to nie usłyszysz łomotu, a swoją starą podziurawisz, kiedy wróci do domu!

KASPER: To prawda. Chlej, Kasper. Pij, aż piekło stanie na głowie, a niebiosa runą i owiną mi się wokół gardła jak bibułka od tortu.

HULAJDUSZA: Chcę zobaczyć Chrystusa. Ratunku! Ukrzyżujcie mnie. Zanim zostanę ojcem. Nim sczeznę. Chcę zobaczyć Chrystusa. Chcę na niego napluć, napluć, tfu, tfu! Bo go nienawidzę i niech diabli wezmą niebo, Boga i Ducha Świętego!

GRZESZNICA: Ukrzyżować! Krrr. Ukrzyżować! Ja vas ljublju. Ukrzyżować! Krr!

ZDZIRA I: Tak. Ukrzyżujemy. Zobaczymy, jak krew tryska z jego rąk. Ukrzyżować!

ZDZIRA II: Och tak! Jego krew to po prostu burgund. Ukrzyżować!

KASPER: Wódka mnie spala. To zimny płyn do włosów! Pomocy! Sam sobie nie poradzę. Ukrzyżować wszystkich krzykaczy!

ZDZIRA II: Spocznij na mojej piersi. Bądź moich dzieciątkiem. Lulaj, luli, lu. Nie, daj spokój! Cholerny cymbał!

(Słychać trzykrotny głuchy łomot).

KASPER: Iiiii! Ratunku! Umieram. Ta wódka! To zimny płyn do włosów! Czymkolwiek to jest, do cholery. Ktoś tam puka. Trzymaj mnie, żebym nie wyszedł i nie zabił tego łajdaka, który tam puka. Trzymaj mnie, powiedziałem. Trzymaj mnie, żebym nie został mordercą!

GANGSTER: Hi, hi! Albo kufer! Świetne okucie, naklejka z adresem i zdobienia na wieku. Deszczyk w słońcu pieścił moją zwróconą ku górze twarz. To było jak łzy szczęścia. Bzdura! Cholera!

ZDZIRA II: Ha, ha, ha! Zaśpiewaj nam, Kasper!

KASPER: _Śpiewaj,_ Kasper! Ach tak, to ja. To pan? Oczywiście! A tak w ogóle to nie sądziłem. Nie wyobrażałem sobie pana z tym nosem. Ależ tak! To ja! Ciągnij! Ramię w górę. Ciągnij! Ramię w dół! No już, już, jak się to mówi. Ale _się zmęczyłem._ Jestem pijaną bestią. Jestem zapitym na śmierć Lewiatanem. Śmiercionośnym Demiurgiem!

WSZYSCY: Śpiewaj, Kasper!

HULAJDUSZA: Najpierw mnie ukrzyżujcie. Lubię słuchać muzyki z trzeciego rzędu.

WSZYSCY: Śpiewaj, Kasper!

HULAJDUSZA: Ukrzyżujcie!

WSZYSCY: Śpiewaj!

HULAJDUSZA: Ukrzyżujcie!

WSZYSCY: Śpiewaj!

HULAJDUSZA: Ukrzyżujcie!

WSZYSCY: (śmieją się) Iiiii! Kasper śpiewa!

KASPER: Aż do śmierci będę żyć, jak chcę,

Wolności nigdy się nie wyrzeknę.
A gdy już zimny w grobie spocznę,
To jeszcze zdrowo się odleję.
Oto święto ciała – i bez wstydu tak chleję.

Pijcie, czorty. To państwo otchłani. Tfu! Stara jest na piwie, a wy czuwacie przy trumnie. (śmieje się) Co ja bredzę! Chodzi mi o poprawiny.

Więc ciało moje zgnije wnet,
Wysypie się trocin pył
Zeżre mnie w przestworzach dziki ptak

A na ziemi złe gadziny.
Oto święt0 ciała – i tak chleję bez winy.

Wypijcie za trupa – czyli Kaspra. Ukrzyżujcie tego przeklętego Hulajduszę nad krzesłem, wtedy będzie zadowolony, i przybijcie go sztucznymi zębami, moi grzeszni łaskawcy. Ja vas ljublju.

Wyrzygają to żarcie wnet
Tak jak ja moją wódę w noc.
Rozsypie się mój z trocin szkielet,
Gdy to wino win utraci swą moc.

WSZYSCY: Oto święto ciała – i tak chlejemy bez winy.

KASPER: Pijcie na umór. Bo życie jest piekłem, a to czart je wymyślił i tak nas, kukiełki, podkręcił, że wirujemy i wirujemy wkoło. Ale się męczymy. Tak! Wypijmy! Pijmy z mordą w dzbanku i patrząc śmierci w twarz. Chlejcie, aż spocicie się krwią. Boże, jak ja was kocham!

Ejże hej dla zmarłych dusz,
Współczucie dla nich mam.
Bo mój przyjaciel zmarły już,
On zbójem jest w mych snach.

(Słychać trzykrotny głuchy łomot).

WSZYSCY: Oto święto ciała – i tak chlejemy bez winy.

KASPER: Wiem, że łomoce. Ale mam to gdzieś i tak tworzę sztukę, że ktokolwiek wychynie za węgła, robi się syty. Tańczmy, aż wpadniemy pod stół z naszymi zdzirami, a potem niech ratuje swą cześć ten, kto może. Gewalt, gawot. Wytwornie i elegancko. Na Kasperka zamku. Nie pali się. Wytwornie i elegancko. Przeklęte dzbany. Woda do włosów, woda do włosów.

WSZYSCY: Oto święto ciała – i tak chlejemy bez wstydu.

KASPER: Tu się zaczep, zdziro.

ZDZIRA II: Muszę poluzować pętlę.

KASPER: Jestem wniebowzięty. Wniebowzięty, zalany i ukrzyżowany.

GRZESZNICA: Ha, ha, ha, ha, Krrr Prtsch!

GANGSTER: Chcę być wiekiem na kufrze.

ZDZIRA I: Z kwiatami i zdobieniami.

WSZYSCY: Oto święto ciała – i tak chlejemy bez wstydu. (wrzask)

(Nagle na scenie pojawia się dwóch mężczyzn z trumną. _Wszyscy głośno krzyczą. Kasper upadł._ Zapada półmrok i widać tylko Kaspra i tych dwóch mężczyzn. Inni się wycofali).

PIERWSZY: Teraz umarłeś, Kasprze.

KASPER: Nie mam na to czasu.

DRUGI: Kasper, Kasper, nie przygotowałeś się.

KASPER: Jest jeszcze wiele do zrobienia.

PIERWSZY: Jedno możesz zrobić. Połóż się do trumny…

KASPER: Ale jutro mam przedstawienie.

DRUGI: Nie będzie jutro przedstawienia.

KASPER: Ale przecież ja mam kontrakt.

PIERWSZY: Zgon kontrakt unieważnia.

KASPER: Ale mój bankiet. Nie mogę opuścić mojego bankietu.

DRUGI: Bankiet się kończy, kiedy gospodarz musi odejść.

KASPER: Ale pada deszcz na dworze. Poczekajmy trochę.

PIERWSZY: _Kasper!_ Zapominasz, że na trumnie jest wieko.

KASPER: Ale moja stara! Muszę się z nią pożegnać.

DRUGI: Chyba ją powiadomią.

KASPER: A moje dzieci? Moje dzieci kochane!

PIERWSZY: _Kasper, fe, nieładnie!_ Gdzie są twoje dzieci?

KASPER: Wstydzę się.

DRUGI: Tak, wstydzisz się, Kasprze. Wstydzisz się!

KASPER: A skoro się wstydzę, to się wykręcę?

PIERWSZY: Kasper, od trumny się nie wykręcisz.

KASPER: Ale ja się boję!

DRUGI: Tak, Kasprze, masz ku temu wszelkie powody.

KASPER: Ale słyszałem, że można uzyskać odroczenie.

PIERWSZY: My o tym nigdy nie słyszeliśmy.

KASPER: Nie możecie w zamian zabrać Hulajduszy?

DRUGI: U niego jest już zjawa. Pokutująca zjawa.

KASPER: Ale przecież on żyje.

PIERWSZY: Co ty o tym wiesz, Kasprze!

KASPER: Nie ma żadnego wyjścia? Żadnej kryjówki?

DRUGI: (potrząsa głową)

KASPER: Żadnego paragrafu prawa, żadnego rozporządzenia?

PIERWSZY: (potrząsa głową)

KASPER: Ale ja nie chcę. (krzyczy) Nie chcę! Chcę być z moimi przyjaciółmi! Gdzie oni się podziali? Buuu! Jestem sam. Słyszycie! Nie chcę! Boję się. Jest tak ciemno. Chcecie po jednym? Chyba daleko mnie zaniesiecie? Czy _oni_ teraz też zniknęli? I ja jestem całkiem sam na ziemi! Może już umarłem? Może to jest moja duszyczka, która lata wkoło? Może ja już leżę w trumnie? A gdybym się tak rozejrzał? Mam się rozejrzeć? (liczy palce) Nie, tak, nie, tak. Nie! Więc się rozglądam. Ojejku, jaka głęboka ta trumna. To jest przecież przepaść, a na samym dnie leży ośmiornica. Ojej! Kręci mi się w głowie. Padam. Ratunku!

(Na chwilę zapada ciemność. Potem jasność. Dwóch mężczyzn nakłada wieko trumny i wszyscy plus żona Kaspra stoją na scenie. Marsz żałobny).

KASPERINA: Biedny, kochany Kasperek nie żyje. I teatr chyba znowu zamkną. Jeśli oczywiście dyrektor nie zaangażuje jakiegoś nowego Kaspra. Ale tak dobry, pracowity i zdolny jak mój ukochany mąż, to nie będzie. Drogi, kochany Kasperku, jak ty musiałeś się bać, kiedy śmierć przyszła po ciebie. I byłeś taki samotny. Gdybym jednak była z tobą. Teraz będzie tam leżał w trumnie i marzł, biedaczek. I będzie padał deszcz i śnieg, my będziemy przebywać w tym ogrzanym teatrze, a Kasper będzie leżał w tej ciemnej, wilgotnej ziemi. Biedny, biedny, mój drogi… (płacze)

HULAJDUSZA: Z prochu powstałeś. W proch się obrócisz, potem było coś trzeciego, co było jasne i ciepłe, ale tego nie pamiętam. Psiakrew! (wyciera sobie nos)

GANGSTER: Kwiaty miłe i białe, jasne z żółtym połyskiem. Nieczułe i chłodne. (łka)

Zdzira I: Że też tak szybko umarł. Akurat tańczyliśmy gawota! No cóż! Tja…

Zdzira II: (szlocha) Ale przynajmniej był cholernie dobrym Kasprem.

GRZESZNICA: Ja vas ljublju, Kasper.

KASPERINA: Kasperku, możesz mieć kłopot z wyjaśnieniem wielu rzeczy, kiedy tak będziesz tam stał i musiał zdać sprawę z tego czy owego. Ale na ogół zwalaj winę na mnie. Bo pewnie to moja wina, że nie wszystko było tak, jak być powinno. Tylko nie trać głowy. Powiedz coś miłego o tych rewersach i o tej dziewczynie, co się utopiła, a także o dzieciach. O dzieciach również powinieneś powiedzieć. I nie kłam, drogi Kasprze. Nie kłam, cokolwiek zrobiłeś. Bo to się chyba w ogóle nie uda. Och, gdybym tylko mogła być z tobą, to wszystko byłoby o wiele, wiele lepiej. Och, Kasprze, mój Kasprze. (płacze)

PIERWSZY: Już pora na nas.

DRUGI: Dłużej czekać nie możemy.

HULAJDUSZA: Co panowie sądzą o jego szansach… Chodzi mi o… Jak… Jak stoją jego akcje…

Pierwszy: Przepraszam, ale jeśli dzisiaj ma się odbyć pogrzeb, to musimy już iść, żeby zdążyć przed zamknięciem zakładu pogrzebowego.

GANGSTER: (szlochając) Nie mam żadnych lilii, tylko kwiaty stojące z ozdóbkami. Do diaska…

(Gangster, Hulajdusza i dwóch mężczyzn podnoszą trumnę i ją wynoszą. Słychać głośny marsz żałobny. W oddali słychać głuchy odgłos dzwonu. Na scenie powoli zapada ciemność).

KURTYNA

AKT II

KASPER: Ciekaw jestem, jak długo będę musiał tutaj siedzieć z założonymi rękoma i spoglądać na siebie. Mam też tutaj niski strop. Oczywiście _mogłoby_ być jaśniej. I gdybym jeszcze mógł zaśpiewać jakąś piosneczkę. To naprawdę nic zabawnego tak leżeć na cmentarzu w zamknięciu ze swoim martwym ciałem kukiełki. Teraz śpiewa dusza: Niech mnie diabli porwą, tak jest. Cicho, Kasper, cicho, cicho, cicho. Nie powinieneś ich teraz wzywać.

W górę kielichy, hej,
Nie boję się starej, o nie.
Walnę w łeb, ile wlezie,
W górę kielichy, hej.

Ojej! Jak głucho to brzmi. To brzmiało tak fajnie, kiedy śpiewałem w teatrze. Spróbuję raz jeszcze: W górę kielichy, hej. (krzyczy) W górę kielichy, hej!

(Mocne walenie w ścianę).

GŁOS: Proszę trochę ciszej. Nie jesteśmy tutaj przyzwyczajeni do aktorów z teatru.

KASPER: Nie, nie, oczywiście, że nie. Tutaj jest strasznie smutno. I smutnych ludzi tu się spotyka. Czy będę siedział w tej trumnie przez całe życie? Ojej! Mam na myśli wieczność. Czy naprawdę nic się nie wydarzy? Wieczność. Wiecz-ność. WIECZNOŚĆ. A więc to jest ta tak zwana wieczność. Muszę powiedzieć, że jest nie najgorzej przyjemna. Gdybym mógł tak jeszcze przez chwilę paplać. To oczywiście nieco trudne, bo to jest strasznie przyjemne towarzystwo, ale jeśli będę trzymał język za zębami, to może wieczność upłynie trochę szybciej. Upłynie szybciej? Kasper, czy zechciałbyś mi odpowiedzieć na jedną kwestię?

Tak, Liebling, wenn ich nur könnte. Czy wieczność się porusza? I co nastąpi po wieczności? Zamknij się. Jak to było? Bałeś się, Kasper? Oczywiście, że się bałem. A dlaczego, Kasper? Widzisz, coś mi się przypomniało. A co takiego, Kasper? Cóż, pamiętam, jak moja mama powiedziała mi kiedyś, dość dawno temu, że ktoś coś pisze w jakiejś książce, a ta książka jest bardzo gruba. Ach tak! Co ty powiesz, Kasper. Zamknij się! Już wystarczająco się boję, żebyś nie musiał mnie jeszcze bardziej straszyć. Teraz zamilknę i będę liczył owce, które skaczą przez przełaz. Nie stój tam i nie udawaj głupiej! No skacz! Dobrze. Skacz! Skacz!

(Zapada cisza. Potem słychać głos z góry).

GŁOS: (doniosły) Błogosławiony mąż, który wytrwa w pokusie, gdy bowiem zostanie poddany próbie, otrzyma wieniec życia, obiecany przez Pana tym, którzy Go miłują. I ujrzałem bestię wychodzącą z morza, mającą dziesięć rogów i siedem głów. A na rogach jej dziesięć diademów, a na jej głowach imiona bluźniercze. Zatem otworzyła swe usta dla bluźnierstw przeciwko Bogu, by bluźnić Jego imieniu i Jego przybytkowi i mieszkańcom nieba.

(Rozjaśnia się i widać wszystkich z poprzedniego aktu, jak stoją przy grobie i jakiś pastor czyta).

PASTOR: Jest napisane: A gdy to, co zniszczalne, przyoblecze się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyoblecze się w nieśmiertelność, wtedy się spełni słowo napisane: Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierć, twój ość?

(Wszyscy wycierają sobie nosy. Księża każdemu ściskają dłoń, otwierają parasole i odchodzą).

KASPERINA: Kasperku, Kasperku mój. (przerwa) Kasprze!

(Kładzie kwiat na grobie i odchodzi).

HULAJDUSZA: (wzruszony) Słowo honoru… Słowo honoru… Diabli nadali, słowo daję…

(Wszyscy go uciszają i milknie. Potem odchodzą, jeden po drugim, w milczeniu).

KASPER: 5673, 5674, 5675, 5676, 5677, 5678, 5679, 5680, 5681, 5682, 5683, 5684, 5685, 5686, 5687, 5688, 5689, 5690, 5691, 5692…

PIERWSZY: Kasper, posłuchaj uważnie.

KASPER: Rany boskie! (przerwa) Czy to możliwe? Mów.

DRUGI: Tak, możliwe.

KASPER: A więc wieczność już się skończyła.

PIERWSZY: Spróbuj choć raz nie odzywać się.

KASPER: A czy nie mogę dowiedzieć się choć trochę, tylko trochę o tym, co się stanie?

DRUGI: Zamknij się, Kasper. (przerwa)

Kasper: Boże, to okropne. Jestem zupełnie blady ze strachu. Powiedz coś.

PIERWSZY: Za chwilę staniesz przed Bogiem.

KASPER: A dlaczego? Czy to jest naprawdę absolutnie konieczne?

DRUGI: Ciebie tak jak wszystkich innych trzeba trochę prześwietlić.

Kasper: Ale po co taki wspaniały aparat dla kogoś tak znikomego jak ja?

PIERWSZY: Niestety, ty nie jesteś znikomy. Nikt taki nie jest.

KASPER: Czy można o coś zapytać?

DRUGI: Tak, można, ale nie wiadomo, czy będzie jakaś odpowiedź.

KASPER: Co to za smętne indywidua tam siedzą?

Pierwszy: Tych troje czeka na swoją kolej. Można usiąść tam na ławce.

KASPER: (po przerwie) Dobry wieczór.

TROJE: (cicho) Dzień dobry.

KASPER: Ale przepraszam… Myślę właśnie… Czy to nie gangster?

GANGSTER: Tak, to gangster.

KASPER: A czy to może Hulajdusza tam przykucnął?

Hulajdusza: Nie wiem. Może tak być. Fajnie być naprawdę martwym.

KASPER: A kim jest ten trzeci. Kto zacz?

DWÓCH: Tsss.

KASPER: To jakaś tajemnica?

GANGSTER: Nie wiem. To podobno jakiś stuknięty facet. Ale on nie chce, żeby mu przeszkadzano.

KASPER: Ach tak, hmmm… W każdym razie fajnie spotkać starych znajomych. (obaj milczą) Byliście bardziej gadatliwi.

HULAJDUSZA: Słuchaj, Kasper, czy ty myślisz, że gadanie ma jakiś sens? No powiedz!

KASPER: (śmieje się) Sens. Nie, może i nie ma. Ale co wtedy robić?

GANGSTER: Pomyśl o swoich grzechach.

KASPER: Ale żeś powiedział!

GANGSTER: Nie słyszałeś?

KASPER: Ależ tak!

(Następuje długa przerwa. Kasper zaczyna gwizdać, ale natychmiast przestaje. Potem nagle pojawia się tych dwóch i zabierają tego tajemniczego. On podnosi się, stuka obcasami i wchodzi wyprostowany).

KASPER: Na pewno był wojskowym.

GANGSTER: Wysokiej rangi.

KASPER: Pewnie generał.

HULAJDUSZA: Lepiej wstań, chłopcze.

KASPER: Och.

(Po kilku chwilach wchodzi tych dwóch i zabierają Hulajduszę).

HULAJDUSZA: Żegnajcie.

KASPER: Żegnaj.

GANGSTER: Żegnaj.

(Wyprowadzają Hulajduszę. Przerwa).

Kasper: Nie sądzisz, że szybko poszło z tym zgrywusem? (gest) Tym tam.

GANGSTER: No chyba tak.

(Przerwa).

KASPER: Nie wydaje ci się to dziwne, ale wszędzie jestem zafajdany. Jestem po prostu obklejony plugastwem.

GANGSTER: No nie wiem. Ale to dlatego, że teraz jesteś duszą.

KASPER: Co masz na myśli? Że moja dusza jest obklejona? Tak, być może. Nie pomyślałem o tym.

(Zapada długie milczenie).

GANGSTER: (zaniepokojony) Słyszałeś, Kasper?

KASPER: Mmmm…

GANGSTER: Ciekaw jestem, co powiedzą?

KASPER: Twoje refleksje są czasami wyborne.

GANGSTER: Boję się.

KASPER: Beee. Czy to było wtedy? Ale mnie nie ma. Ani trochę. Beee… (wystawia język)

GANGSTER: Boję się o ten kufer.

KASPER: Może oni o tym nie wiedzą.

GANGSTER: (nieufnie) Myślisz?

KASPER: A może też o tym zapomnieli. Mają tyle na głowie.

GANGSTER: Tak, rzeczywiście. A wielu jest w znacznie gorszym położeniu niż ja.

KASPER: Tak, w znacznie gorszym. My wcale nie należymy do tych najgorszych.

GANGSTER: Ja chyba nie jestem aż taki groźny, kiedy przyjdzie co do czego. Nawet pisałem jakieś wierszyki.

KASPER: Jasne, że dajesz sobie radę. Ja też. Tylko nie dawać się. I nie wyglądać na takiego, który ma wyrzuty sumienia.

Gangster: Nie, no właśnie. Można po prostu tam stać i udawać, że pada deszcz.

Kasper: A w najgorszym wypadku można przecież zawsze zaprzeczać.

GANGSTER: Trudno, po prostu będziemy zaprzeczać.

KASPER: Przecież w tej księdze mogą być błędy.

GANGSTER: Zresztą oni są pewnie przyzwoici.

KASPER: Tak to czułem przez cały czas. Właśnie. Są przyzwoici.

Gangster: Jasne, patrzą przez palce na drobiazgi i takie tam głupoty.

Kasper: Posłuchaj. Kiedy tak się zastanawiam, to naprawdę nie rozumiem, dlaczego mam tu siedzieć jak jakiś uczniak przed sprawdzianem.

GANGSTER: Masz rację, Kasper. Masz absolutną rację.

KASPER: Jestem pełnoletni. Płacę podatki. Jestem dość szanowanym obywatelem, który właściwie nigdy nikogo nie skrzywdził. I mam tutaj siedzieć i czuć się jak najgorszy grzesznik? Przecież to śmieszne. I głupie jak cholera.

GANGSTER: _Kasper!_ Z ciebie cholernie fajny gość. Kiedy umarłeś, to powiedziałem: to największy bystrzak z was wszystkich.

KASPER: To jasne, do diaska! A teraz pokażę to mojej duszy.

GANGSTER: À propos. Czy wiesz, że potem ja przejąłem tę zdzirę?

KASPER: Naprawdę? To było nader miłe z twojej strony. Masz szlachetną naturę. Szlachetny z ciebie człowiek.

GANGSTER: Tak, prawda? Ale widzisz, ona była niepocieszona. Ona tylko popłakiwała i ryczała po tobie – w końcu nic nie pomagało i wiesz, co zrobiłem.

KASPER: Nie, nie wiem, ty pączusiu różany w żółte plamki.

GANGSTER: No tak, pokazałem jej ten kufer. A potem uchyliłem wieko z tymi wszystkimi ozdóbkami i wtedy od razu poczuła ulgę. Ha, ha, ha!

KASPER: Ha, ha, ha!

GANGSTER: O rety, jakie to zabawne!

KASPER: Pewnie, że tak. No i co, do cholery, teraz będę musiał tu siedzieć i czekać? Idę sobie. To niestosowne kazać ludziom czekać tak długo. Słowo daję, mam co innego do roboty, aniżeli siedzieć tutaj i czekać.

GANGSTER: Chodź, idziemy. Po prostu.

(Wstają, aby odejść. Wchodzi tych dwóch, zabierają gangstera i go wyprowadzają. Kasper nagle zostaje sam).

KASPER: (chodzi wkoło, gestykuluje i gada) Ach tak, rozumiem, więc to tak. Rzadko… (ze złością) Nigdy. Nie. Wcale nie… Nie. Hm… Myślę… Dlaczego ich jeszcze nie ma? – Gdzie, do cholery, podziała się ta cała hałastra?… Kasper – _Kasper._ Wstań na nogi do wszystkich czortów. _Kasper._ Co z tobą? To znaczy ze mną. Cholera, diabli nadali… Co się ze mną dzieje? Czy zjadłem coś niestrawnego? O, już wiem. W ogóle nic nie jadłem. To dlatego. Ale to się dzieje tak cholernie prędko. Stop, do diabła. Dlaczego ich jeszcze nie ma? Bóg w piekle. Bóg w piekle. Nie, fe, co też ja gadam. Kasper, teraz musisz trzymać się. Musisz się trzymać!

GŁOS GANGSTERA: Nie. (krzyczy) Nie!

(Słychać gwałtowne zamieszanie, potem pojawia się gangster, który jest blady jak trup i oszalały ze strachu).

GANGSTER: Kasper! (pospiesznie go wyprowadzają)

(Kasper strasznie się boi. Ale zanim cokolwiek zrobi, w tym momencie wchodzi dwóch mężczyzn i wprowadza go do dużego pokoju. Bóg stoi odwrócony plecami do Kaspra i cicho rozmawia z aniołem. Potem odwraca się, patrzy na Kaspra i siada. Pojawia się wielka księga. Bóg ją przegląda i potem w milczeniu patrzy na Kaspra).

KASPER: Dzień dobry… Mam na imię Kasper. Kasper z teatru. Z teatru kukiełek. Umarłem i przyszedłem tutaj. Tak.

(Następuje długie milczenie. Bóg patrzy na Kaspra).

Właściwie to było tak, że ja go nie oszukałem, ale wręcz przeciwnie. To znaczy on chciał mnie oszukać i ja się zorientowałem, więc w zamian za to ja go oszukałem. Ale miałem mu o tym powiedzieć…Więc skoro próbował mnie oszukać, to wmówiłem mu, że mnie oszukuje, ale to ja jego oszukałem… Więc tak naprawdę to oszukał sam siebie…

(Następuje długie milczenie. Bóg patrzy na Kaspra).

Nic nie poradzę na to, że ta dwójka dzieci zmarła. Kiedy wróciłem do domu, to już nie żyły. A moja stara tam stała i beczała. Ale to nie moja wina, bo nic nie mogłem zrobić. Dostawały za mało jedzenia i uprzedziłem też dyrektora, że to się źle skończy, że moja gaża jest za niska, nie mogę z niej wyżywić całej rodziny… Więc właściwie to jego wina. Ale on był też prawdziwym krwiopijcą… Więc to była jego wina, a nie moja…

(Milczenie. Bóg patrzy na Kaspra).

Powinienem jeszcze coś powiedzieć. A to, że moja stara bardzo dobrze znosi każde lanie. I nie lałem jej najgorzej. W każdym razie nie gorzej aniżeli inni leją swoje baby… Ale ona ciągle mi ubliżała i wymyślała mi, z czym trudno się pogodzić, a więc to nie była moja wina, że walnęła głową o piec. Sama sobie winna, że jest taka głupia i tak upadła. Zresztą była ciągle zła i rozsierdzona. Więc to nie moja wina… Ale jej.

(Kasper milczy. Bóg patrzy na Kaspra).

Jeśli ktoś twierdzi, że ta dziewczyna utopiła się z mojej winy, to jest to kłamstwo. Bo to nigdy nie było moje dziecko. Miała kilku facetów jednocześnie. Więc w gruncie rzeczy to ona mnie zdradzała. To nie ja. A potem idzie taka i się topi. Więc nie ma o czym mówić. Ale to na pewno nie może być moja wina…

(Milczenie. Bóg patrzy na Kaspra).

Jestem artystą. Może się zdarzyć, że czasem człowieka trochę poniosło, że trochę wypił, źle się zachował, ale nie gorzej niż większość ludzi z teatru, że tak powiem. Artysta ma temperament. I słowo daję, nie zawsze jest tak zabawnie z publiką, więc trzeba się napić. To wina publiki. I baba też zrzędzi. Tylko samo narzekanie. I płacz dzieciaków. Więc opuściłem dom. Ale że miałbym oszukać tego faceta, to wierutne kłamstwo, tak samo, że dziewucha miałaby utopić się z mojego powodu. Jasne, że to był ktoś inny. Trochę niegodziwości było, to prawda. Wielu grzeszyło gorzej ode mnie…

(Zapada cisza. Bóg patrzy poważnie na Kaspra. Potem słychać słaby głos. To żona Kaspra).

GŁOS: Biedny, kochany Kasperek nie żyje. I chyba teatr trzeba będzie zamknąć. Jeśli oczywiście dyrektor nie będzie mógł zaangażować nowego Kaspra. Ale tak dobrym, pracowitym i zdolnym jak mój kochany mąż nigdy nie będzie. Ach, będzie tam leżał w skrzyni i marzł, biedny! Będzie padał deszcz i śnieg, my będziemy w ogrzanym teatrze, a Kasper będzie leżał w czarnej i mokrej ziemi. Taki _samotny._ Gdybym jednak mogła być z tobą. Biedny, biedny, biedny kochany… Kochany Kasperku. Pewnie trudno ci wytłumaczyć wiele rzeczy, kiedy tak tam stoisz i masz o tym i owym opowiedzieć. Ale wtedy będziesz obwiniał mnie. Bo ja chyba nie zawsze byłam dla ciebie dobrą żoną. Tylko nie złość się. I nie kłam, kochany Kasprze. Nie kłam na temat tego, co robiłeś. Bo to ci się nie uda. Och, gdybym tylko mogła być z tobą, to wszystko byłoby o wiele, wiele lepiej… (Głos cichnie. Zalega długie milczenie. Bóg patrzy na Kaspra, który chce coś powiedzieć, ale nie może. Potem przychodzą: dzieci Kaspra, ta topielica i mężczyzna z fałszywymi rewersami).

MĘŻCZYZNA: Kasper! Oszukałeś mnie.

KASPER: (milczy, opuszcza głowę)

TOPIELICA: To było twoje dziecko, Kasper. A ja nie mogłam. Nie byłam w stanie. Dlaczego się mnie wyparłeś. Nie musiałeś tak postąpić. Powiedz, Kasprze. Potem wszystko było takie smutne, takie smutne.

KASPER: (milczy)

DZIECKO I: Dlaczego ojciec tak pił? Dlaczego?

Dziecko II: Dlaczego nie dostawaliśmy jeść, kiedy byliśmy tacy głodni?

GŁOS ŻONY KASPRA: Kasperku, Kasperku. (szlocha) Kasper!

MĘŻCZYZNA: Kasper, Kasper.

DZIEWCZYNA: (boleśnie) Kasper.

DZIECI: Ojcze!

(Długa cisza. Bóg patrzy na Kaspra. Potem pojawiają się dwaj mężczyźni i go wyprowadzają z nisko pochyloną głową. Wszyscy rozchodzą się w milczeniu, każdy w swoją stronę. Bóg schodzi, odwraca się plecami i rozmawia z aniołem).

KURTYNA
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij