Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nienapisane - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
36,99
3699 pkt
punktów Virtualo

Nienapisane - ebook

Joannę ogarnia twórcza niemoc. Zresztą nie po raz pierwszy trudno jej dokończyć pisanie  kolejnej powieści. Za maską dowcipnej i pełnej ironii osoby kryje się wystraszona kobieta, która stara się pokonywać swoje lęki i fobie. Niedawno przeprowadziła się do nowego domu i powoli zaczyna się otwierać na otoczenie. Pragnie zmiany.

Janka po kilkumiesięcznej nieobecności wraca do domu. Wierzy, że wszystko złe, co miało się wydarzyć w jej życiu, ma już za sobą. Nie traci pogody ducha, a jedyne, czego się teraz obawia, to spełnienie obietnicy danej zmarłej przyjaciółce.

Joanna i Janka. Dzieli je wiek, sposób bycia, charakter, a nawet upodobania kolorystyczne. Ich losy się krzyżują, gdy zostają sąsiadkami. Co wyniknie ze spotkania Kobiety w Czerni z Kobietą w Różu? Czy znajdą nić porozumienia? A może zyskają coś więcej?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-2037-1
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Hanna, dwa lata wcześniej

Patrzy na kilka kolorowych pudełek stojących na stole. Ostatnio naszło ją na wspomnienia. Długo przeglądała wszystkie listy i wiadomości od Janki, oglądała zdjęcia w albumach. Tyle się tego uzbierało przez te wszystkie lata… Hanna zerka na stół, gdzie leżą cztery nowe listy. Spędziła sporo czasu w ciągu ostatnich kilku dni, by je stworzyć, starała się znaleźć właściwe słowa. Opisać to, co wcześniej pozostawało nienapisane. To nie było łatwe, ale czuła, że musi i chce to zrobić. Listy nie zostaną wrzucone do ich skrzynki. Ma inny plan. Poczekają na wysłanie. Jeszcze nie teraz. Za pewien czas. Istnieje też jakaś szansa, że jednak nie będzie musiała ich wysyłać, choć nie jest zbyt wielka.

Pisze jeszcze jedną wiadomość do Janki. Muszą się dziś spotkać. Przez ostatnich kilka dni jej unikała, bo nie chciała nic mówić, wolała milczeć. Musiała sama się z tym jakoś najpierw uporać. Wymieniły tylko kilka wiadomości, tak jak zawsze, kiedy miała gorszy czas i słowa przychodziły jej z trudem. Janka przywykła do tego przez te wszystkie lata.

Wychodzi na zewnątrz. Jest pełnia wiosny, wszystko rozkwitło i pozieleniało. Taki piękny czas… Zbyt piękny na złe wiadomości, dlatego podejmuje decyzję, że nie powie jej o tym dzisiaj. Chce mieć ten jeden spokojny dzień. Jeden dzień nie zrobi różnicy. Jeszcze tylko jeden dzień. Spędzą go razem, jak zawsze.

Hanna idzie ogrodową ścieżką, otacza ją bujna zieleń. Można się w niej ukryć, schować, utonąć. Przez lata wszystko tutaj sadziła, wybierała rośliny, patrzyła, jak się rozrastają. Wiele drzew i krzewów posadzili dziadkowie, potem ona z rodzicami. Oni odeszli, ale to, co zasadzili, pozostało. Przystaje przed jednym z drzew. Tę jabłonkę posadziły z Janką i Lilką, kiedy Lilka miała trzy lata. Jabłka okazały się wyjątkowo smaczne, a Lilka zawsze mówiła, że to jej ukochane drzewo. Janka i Hanna też miały swoje drzewo. Jej ojciec pomógł im je posadzić, kiedy miały po osiem lat. Podchodzi do starego kasztanowca rosnącego obok płotu. Bardzo rozrósł się przez te wszystkie lata. Hanna dotyka z czułością pnia. Stoi tak przez dłuższą chwilę i ma wrażenie, że czuje bijącą od niego siłę.

Po drodze zagląda jeszcze do ogrodowej szopy, zerka na stary stół i przesuwa ręką po chropowatym blacie. Jakiś czas temu zaczęła go czyścić, ale teraz nie wie już, czy zdąży go odnowić. Jej wzrok pada na starą mapę, na której zaznaczyła kiedyś kilka miejscowości. Myśli o tamtym liście, który znalazła dawno temu w rzeczach ojca, a także o tym, dokąd je wtedy ten list zaprowadził. Okazało się, że to miało znaczenie dla nich obu, bo sporo zmieniło w ich życiu. I w jej, i w Janki. Chyba obie się tego nie spodziewały. Chciała tam pojechać raz jeszcze, wrócić po dawnych śladach w te same miejsca. Wszystko dokładnie obmyśliła, stworzyła plan podróży, której być może już nie odbędą.

Podchodzi do płotu i odgarnia zielone gęste pnącza. Wyjmuje z kieszeni kluczyk, ten sam, który po raz pierwszy trzymała w dłoni jako siedmiolatka. Czasami nie może uwierzyć, że od tego czasu minęło prawie siedemdziesiąt lat. Otwiera skrzynkę i wrzuca do niej list. Na ich kasztanowcu siedzi gawron. Hanna przygląda mu się przez chwilę, jak czyści czarne pióra. W końcu gawron kracze kilka razy i podrywa się do lotu.ROZDZIAŁ 1

Joanna

Patrzę na migający kursor w edytorze tekstu. Odmierza czas jak tykająca bomba. Biel wirtualnej kartki jest czysta niczym śnieg i równie przejmująca chłodem. Wzdycham i odwracam twarz do okna, żeby oderwać na chwilę wzrok od ekranu i irytującego migotania kursora, od tej obezwładniającej pustki i bieli.

Widzę w dole, po drugiej stronie płotu, postać ubraną w jaskraworóżowy dres. To ta starsza sąsiadka. Wcześniej jej dom miesiącami stał pusty, ale teraz wróciła. Unikam jej, zamieniłyśmy może parę słów od tych kilku tygodni. Kobieta podchodzi do skrzynki. Tej dziwnej czerwonej skrzynki, którą ktoś zaczepił na płocie oddzielającym nasze podwórka.

Odkryłam ją niedługo po przeprowadzce, jakieś dziesięć miesięcy temu. Czerwień przebijała spod pnączy, którymi porośnięty jest płot. Odgarnęłam je i zobaczyłam, co tam jest. I zdziwiłam się. Skrzynka pocztowa w takim miejscu? Po co ktoś ją tutaj umieścił? Skrzynka jest duża, stara, nieco pordzewiała, z białym napisem POCZTA. Wygląda trochę jak nadawcza skrzynka pocztowa z PRL-u.

Patrzę, jak podchodzi do niej Kobieta w Różu – tak nazywam sąsiadkę, bo nie znam nawet jej imienia, a nigdy nie widziałam jej w ubraniu w kolorze innym niż jakiś odcień różu. Chyba coś tam wrzuca. Mrużę oczy i wydaje mi się, że dostrzegam kopertę. A może to jednak tylko złudzenie? Po co miałaby coś wrzucać do tej starej skrzynki?

Teraz widzę, jak Kobieta w Różu podchodzi do furtki. Podbiega do niej mały, czarny kudłaty piesek, trochę w typie hawańczyka. Piesek już drepcze w miejscu podekscytowany spacerem, kiedy kobieta przypina mu smycz. Wiem, że zaraz znikną na ścieżce prowadzącej nad jezioro i do lasu. Wrócą za jakąś godzinę. Potem przez kolejną godzinę kobieta będzie pracować w ogrodzie. Światła w jej domu zgasną jakiś kwadrans po dwudziestej drugiej.

Wstanie około szóstej i uniesie rolety w oknie kuchni. Zje śniadanie i wyjdzie z psem. Na zakupy chodzi w środy i w piątki w południe. Dwa razy w tygodniu odwiedza ją starszy mężczyzna, może to jakiś krewny? Zawsze wtedy opuszczają rolety w oknach, co jest dla mnie pewną zagadką. Sporo o niej wiem, mimo że nie znam nawet jej imienia. Nie, nie jestem wariatką (choć uczciwie mówiąc, co do tego czasem mam pewne wątpliwości) ani stalkerką. Jestem pisarką (czyli jednak trochę wariatką) i jak większość pisarzy całkiem niezłą obserwatorką. Poza tym ostatnio kiepsko sypiam. I mam zastój twórczy, więc dość często wyglądam przez okno.

Wracam wzrokiem do ekranu. W głowie mam pustkę. Wydaje mi się, że nigdy nie skończę tej książki, chociaż zostało mi tylko kilka rozdziałów. Ale ten dwunasty okazał się krytyczny. Utknęłam i nie mogę ruszyć z miejsca, tym bardziej że do kryzysu twórczego doszło coś jeszcze: ściskam skronie, które pulsują bólem. To pokłosie przedwczorajszej imprezy urodzinowej. Zachciało mi się świętować… Ale to były ostatnie urodziny z trójką z przodu, więc uznałam, że okazja jest niezła. Sięgam po tabletkę przeciwbólową i popijam ją wodą. Co mnie podkusiło, żeby tyle pić? Przecież nawet nie przepadam za alkoholem. Chyba liczyłam na chwilę zapomnienia. I fakt, dostałam ją. Za to teraz mam dwa dni przypomnienia o bolesnej rzeczywistości. Kiepski interes.

Kiedy odstawiam szklankę, słyszę dźwięk powiadomienia w komunikatorze. Dostałam wiadomość od Igi. Wyjechała przedwczoraj po południu. Mieszka daleko, więc pewnie nie zobaczymy się zbyt szybko. Już za nią tęsknię.

Iga: _I jak tam? Lepiej się czujesz?_

Wstukuję odpowiedź:

Joanna: _Trochę lepiej. Już nie czuję się, jakby ktoś rozłupywał mi czaszkę siekierą, a jedynie dźgał śrubokrętem. Może jutro mi przejdzie._

Iga: _Nieźle sobie poświętowałyśmy, co? :D To była noc!_

Joanna: _Wystarczy mi na co najmniej kolejny rok. Albo i dwa. ;) Może nawet pięć._

Iga: _Za rok masz okrągłe urodziny, trzeba poświętować podwójnie! Nie odpuszczę Ci!_

Wymieniamy jeszcze kilka wiadomości. Znów zerkam na plik tekstowy i nietknięty kolejny rozdział. Termin upływa za tydzień, więc na pewno nie zdążę. Nienawidzę nie dotrzymywać słowa i nie lubię, kiedy ktoś inny go nie dotrzymuje. Do tej pory jeszcze się łudziłam, że jakoś się sprężę, ale teraz już wiem, że nie dam rady. Muszę napisać do redaktora. Potrzebuję jeszcze dodatkowego tygodnia, może dwóch. O ile oczywiście uda mi się dziś czy jutro odblokować. To ta bardziej optymistyczna wersja.

Otwieram pocztę, żeby wysłać maila. Nie lubię pisać do mojego redaktora, bo co prawda zawsze jest uprzejmy, ale równocześnie bardzo poważny, rzeczowy i oschły. Jego odpowiedzi są zwięzłe i bezosobowe. Zawsze podpisuje maile „z poważaniem”, nigdy nie używa żadnych emotikonów i mam wrażenie, że mnie nie lubi. Ale może po prostu taki już jest. Albo nie ma czasu zbytnio wczuwać się w korespondencję. Nie jestem pewna, jak jest, jednak czasami wydaje mi się, jakbym pisała z botem. Wiele razy przez tych kilka lat współpracy próbowałam nawiązać z nim chociaż śladową więź, ale bezskutecznie. Rzucałam jakieś luźne pytanie czy żart, ale nie było żadnej reakcji. Pełna powaga. Był jak skała. W końcu dałam za wygraną. Nie musieliśmy się przecież lubić, nawiązywać żadnej więzi ani tym bardziej zaprzyjaźniać. Sama nie wiem, czemu się tak uparłam, żeby trochę przełamać lody. Po prostu byłoby miło, gdyby czasem napisał chociaż „pozdrawiam” (nawet bez „serdecznie”) albo życzył miłego dnia (nawet nieszczerze). Czy naprawdę tak wiele oczekuję? Jakiś czas temu dałam już sobie jednak spokój, po prostu odpuściłam. Tylko zwięzłość i rzeczowość. Tak jak lubi. Nie będę już zabierać mu czasu.

Iga znów coś pisze. Klikam, żeby odczytać.

Iga: _A jak tam książka? Ruszyło coś?_

Joanna: _Na razie słabo. Muszę przełożyć termin._

Znów otwieram pocztę i wybieram maila redaktora. _Panie Michale_ , zaczynam i napominam się w duchu: Tylko pamiętaj, rzeczowo i zwięźle, nie rozpisuj się. Dasz radę!

W dole ekranu miga mi wiadomość od Igi. Przełączam okna.

Iga: _Ale mówiłaś, że już niewiele zostało. To znaczy, że już prawie dochodzisz? ;) :D Już jesteś blisko, co? :D_

Cała Iga i te jej seksualne aluzje. Kiedyś mnie to trochę męczyło, ale już przywykłam. Teraz zazwyczaj mnie to nawet śmieszy. Chyba nie mam zbyt wyrafinowanego poczucia humoru. Przy końcu książki Iga zawsze pyta mnie, czy już aby nie dochodzę. Wszystko wzięło się z tego, że kiedy przy mojej drugiej książce zapytała mnie, na jakim etapie jestem, ja przez pomyłkę odpisałam, że już „szczytuję” zamiast „sczytuję”. Iga oczywiście musiała to podchwycić. Często popełniam niefortunne literówki i pomyłki w mailach i wiadomościach, a słownik czasami dodatkowo to podkręca. I „dziwki” zamiast „dzięki” jest jedną z tych mniej kompromitujących zmian. Za to Iga to uwielbia i zaśmiewa się do łez z tych moich wpadek. Przed wysłaniem czegokolwiek zazwyczaj sprawdzam kilka razy, bo już nieraz popełniłam jakąś gafę. Teraz odpisuję jej w podobnym tonie, bo to taki nasz rytuał. Dodaję też kilka wymownych wykrzyknień. Zastanawiam się, czy nie dorzucić jeszcze kilku onomatopei, ale to już chyba byłaby lekka przesada.

Joanna: _O tak, już dochodzę! Jeszcze chwilka! Ach, uch, och!_

Klikam „wyślij”, minimalizuję okienko i włączam muzykę. Iga coś długo nie odpisuje, więc dodaję:

Joanna: _A tak naprawdę to nie wiem, kiedy to skończę. Chyba mam jakiś kryzys. Myślę, czyby tego nie rzucić w cholerę._

Iga: _Nie wierzę. Pisanie to Twoja pasja, Aśka, pamiętasz? Poza tym rzucasz to w cholerę średnio raz na tydzień. ;)_

Już mam odpisać, że tym razem to chyba coś poważniejszego, kiedy zauważam, że coś tu nie gra. Moja poprzednia wiadomość. Nie ma tu jej. Nie wysłałam czy… W mojej głowie pojawia się przerażająca myśl. W popłochu otwieram pocztę i patrzę na wysłane wiadomości. Jest tam mail sprzed kilku minut. Mail, którego nie zdążyłam wysłać i którego nie dokończyłam. A przynajmniej tak mi się wydawało… Klikam z bijącym sercem. Początek maila jest taki, jak pamiętam. Sęk w tym, że jest coś jeszcze. Kiedy odczytuję treść, czuję, jak policzki płoną mi ze wstydu.

_Panie Michale_

_O tak, już dochodzę! Jeszcze chwilka! Ach, uch, och!_

– O cholera… Nie, nie, nie… – mruczę pod nosem i wciągam gwałtownie powietrze. Nie. To nie mogło się stać. Jeszcze raz patrzę na maila. A jednak. Rzeczywiście wyszła bardzo rzeczowa i zwięzła wiadomość. Sam konkret. Brawo, Joanno! Staram się uspokoić oddech w obawie przed hiperwentylacją. Dobrze, że nie pokusiłam się o żadną onomatopeję… Może da się to jeszcze jakoś cofnąć? Wiem, że jest taka opcja w mailu. Specjalnie sobie kiedyś opóźniałam wysyłkę maili w ustawieniach, znając własne możliwości. Ale jest już za późno. Minęło zbyt dużo czasu. Co ten człowiek sobie o mnie pomyśli? I to akurat musiało trafić na mojego sztywnego i poważnego redaktora. Zastanawiam się, czy nie napisać, żeby tego nie czytał, po prostu skasował. Ale pewnie i tak by tam zajrzał. Ja na pewno zrobiłabym to z czystej ciekawości i z tym większym zainteresowaniem, nawet gdybym się do tego nie przyznała. Chociaż on jest chyba inny niż ja, więc może byłaby szansa… Zbieram się, żeby napisać przeprosiny i wyjaśnienie, ale ze zgrozą zauważam, że już po chwili przychodzi odpowiedź. Może to i lepiej. Moje cierpienie będzie krótsze. Biorę kilka głębszych oddechów. Liczę do dziesięciu. Zamykam oczy. Otwieram. Klikam.

_Pani Joanno,_

_cieszę się Pani szczęściem. Na zdrowie! :) (aczkolwiek nie jestem pewien, czy rzeczywiście chciała Pani się tym ze mną podzielić, czy jednak pomyliła Pani okienka)._

_A jak tam książka? Tu też zbliżamy się do finału? ;)_

_Pozdrowienia!_

_Michał Jesień_

To pierwszy mail, który nie jest tak bezosobowy, oschły i oficjalny jak zawsze. Może jednak facet nie jest botem? Ma chyba nawet jakieś poczucie humoru. Mnie jednak nie jest akurat do śmiechu. Może za jakiś czas będę się z tego śmiać, ale w tej chwili nie jestem na to jeszcze gotowa. Odpisuję szybko, a przed wysłaniem sprawdzam kilka razy. Na wszelki wypadek.

_Panie Michale,_

_bardzo przepraszam! Te słowa nie miały być skierowane do Pana, tylko do znajomej. Zresztą to nie to, na co wygląda! To tylko głupi żart. Niech Pan o tym zapomni. Proszę. Rzeczywiście pomyliłam okienka. Kliknęło mi się niechcący nie tam, gdzie trzeba. Potwornie mi głupio._

_Tak naprawdę chciałabym prosić o przedłużenie o tydzień–dwa terminu oddania tekstu. Jednak nie zdążę niestety wcześniej._

_Pozdrawiam serdecznie_

_Joanna Zagórska_

Następny mail jest już taki jak zwykle. Zwięzły, rzeczowy i bezosobowy, bez żadnych emocji. Tym razem mnie to cieszy. Na szczęście. Stary, dobry redaktor bot Michał.

_Pani Joanno,_

_oczywiście. Przesuniemy termin. Tydzień, dwa nie będzie stanowić problemu._

_Z poważaniem_

_Michał Jesień_

Nawet daruję sobie zastanawianie się, czy w tej oschłej odpowiedzi nie ma ukrytej nuty dezaprobaty i zarzutu, że jednak nie wywiązałam się z deklarowanego terminu. I czy brak nawiązania do poprzedniego maila wynika z głębokiego zażenowania, czy jednak z chęci oszczędzenia mi dalszych kompromitacji. A jednak to właśnie robię! Zastanawiam się. Dlaczego poważny ton, zwięzłość i brak głupich emotikonek od razu wzbudza moje wątpliwości?

Przestań wszystko analizować! – napominam się.

Kiedy udaje mi się już trochę ochłonąć, wysyłam wiadomość do Igi:

Joanna: _Uduszę Cię! Przez te Twoje głupie teksty popełniłam kolejną gafę. Tym razem naprawdę potężną._

Iga: _Będzie w pierwszej piątce moich ulubionych? :D_

Joanna: _Myślę, że ta plasuje się obecnie na pierwszym miejscu._

Iga: _To już mnie zżera ciekawość! :D Pisz! Co tym razem?_

Zamiast tłumaczeń wysyłam jej screena z treścią dwóch poprzednich maili. Nigdy nie wysyłam nikomu treści cudzych wiadomości, ale tym razem robię wyjątek. Po chwili na ekranie wyświetla się odpowiedź od Igi. Kilka emotikonek „płaczących ze śmiechu”.

Iga jest psycholożką. Prowadzi sesje, szkolenia i wykłady, a także czasami próbuje nakierować mój tok myślenia na mniej autodestrukcyjny. Ale ja jestem trudnym przypadkiem. Od lat cierpię na zaburzenia lękowe. Lęk towarzyszył mi od zawsze w ilościach ponadprzeciętnych. Od najwcześniejszych lat był moim dobrze znanym towarzyszem. Niepokój, zamartwianie się. Czarne myśli i scenariusze. Długo myślałam nawet, że każdy tak ma. To nieustanne lekkie ściskanie w żołądku, napięcie i myśli w stylu: „A co, jeśli to, a co, jeśli tamto”. Trudności z odpoczynkiem i relaksem, cały czas nieokreślony strach jeśli nie na pierwszym planie, to jednak zawsze gdzieś w tle jak ta straszna muzyka w filmie, która przepowiada coś złego. Byłam trzy razy na terapii (chociaż na dwóch bardzo krótko, więc może powinnam jednak liczyć tylko jedną), przeczytałam mnóstwo książek psychologicznych, przesłuchałam dziesiątki podcastów, innymi słowy, zdobyłam pewną wiedzę na ten temat. Różnica polegała na tym, że Idze udaje się większość takiej wiedzy wprowadzić w życie, a ja tylko kolekcjonowałam informacje, większości nie wykorzystując w praktyce. Co oczywiście było tylko kolejną ucieczką. Tak jak wtedy, kiedy zbyt długo przygotowujesz się, żeby zacząć coś robić, żeby tylko nie zaczynać tego robić. Boję się, że Iga zaraz ruszy z uświadamianiem mnie tą psychologiczną gadką.

Iga: _A właśnie… Pamiętasz swoją urodzinową deklarację?_

Próbuję zgadnąć, co może mieć na myśli, ale nie mam pojęcia.

Joanna: _Urodzinową deklarację?_

Iga: _A więc nie pamiętasz. Chociaż może nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę Twój stan tamtej nocy… Masz to w trzeciej szufladzie biurka. Sama to napisałaś (no, może z moją maleńką pomocą, kiedy za bardzo Ci drżała ręka… :D). Byłaś wtedy już nieźle pijana, więc myślę, że to było szczere. ;) Zawsze jesteś wtedy rozbrajająco szczera. Przeczytaj to i przemyśl. Myślę, że fajnie byłoby to wprowadzić w życie. :) A tymczasem uciekam, bo jestem umówiona do kosmetyczki. Pa!_

Ta jej ucieczka wydaje mi się podejrzana, więc przez chwilę z niepokojem wpatruję się w trzecią szufladę biurka, jakbym spodziewała się, że po jej otwarciu coś odgryzie mi rękę. Oczywiście mój mózg już zaczął opracowywać tysiące hipotez co do potencjalnej zawartości wspomnianej deklaracji. W końcu otwieram szufladę i znajduję niewielką kopertę. Zwykłą białą, których stosik leży obok. Ktoś nieco koślawo napisał: _Dla Joanny._ Rozpoznaję swoje pismo, choć rzeczywiście w chwili pisania musiałam mieć pewne problemy z koordynacją ruchową. No dobra. Po prostu tam zajrzę. Otwieram kopertę i wyjmuję kartkę. Wygląda na to, że napisałam list sama do siebie. Trochę straszne. Teraz patrzę na te słowa, jakby napisał je ktoś obcy.

_Kochana Asiu!_

_Dziś są Twoje urodziny. Z tej okazji obiecuję, że wreszcie o Ciebie zadbam (jak tylko trochę wytrzeźwieję). Zobowiązuję się tym samym do:_

_1. Bycia dla siebie dobrą przyjaciółką. Postaram się spojrzeć na siebie łaskawszym okiem. Będę siebie wspierać i dopingować, a nie podstawiać samej sobie nogę. Zwrócę większą uwagę na swoje myśli i będę wybierać te wspierające. Przestanę ciągle sobie dokopywać._

Mruczę pod nosem. Zaczyna się interesująco. Coś czuję, że Iga maczała w tym palce.

_2. Zadbam też bardziej o swoje zdrowie fizyczne. Będę zdrowiej jeść i więcej się ruszać. Podejdę do tego ze spokojem i wyrozumiałością, ale i czułą stanowczością. Zadbam też o odpowiednią ilość snu i odpoczynek._

Iga zdecydowanie maczała w tym palce. Jasne. Ile to już razy próbowałam coś ze sobą zrobić? Jakiś czas temu zwątpiłam, że kiedykolwiek mi się uda. I kiedy ostatnio się ważyłam? Pewnie z pół roku temu. A ubrania są ciasne, co nie wróży dobrze, oj, nie. Wracam do listu, który napisałam do siebie w chwili zamroczenia alkoholowego.

_I pewnie teraz myślisz sobie: „Dlaczego miałoby mi się tym razem udać? Tyle razy próbowałam i nic”._

No proszę, czytam sobie w myślach. Jednak nieźle siebie znam. Nawet po spożyciu. Cwana ta moja przedwczorajsza wersja. Całkiem nieźle przewidziała moje reakcje.

_Otóż dlatego, że tym razem podejdziesz do tego inaczej. Z szacunkiem i życzliwością do siebie. Bo działasz dla swojego dobra._

_3. Postaram się otworzyć bardziej na ludzi i nowe znajomości. Może gdzieś za rogiem czeka kolejna wspaniała przyjaźń albo nawet miłość. Dam im szansę._

– Na pewno. Czeka z otwartymi ramionami – mruczę ironicznie pod nosem. – Wszyscy marzą o tym, żeby się ze mną zaprzyjaźnić _._ A świat jest pełen życzliwych i cudownych ludzi. Szkoda, że już nieraz przekonałam się, że jest inaczej. Ten list jest niedorzeczny.

_Wiem, co sobie teraz myślisz. Że to kompletne głupoty i pierdoły. Ale dobrze wiesz, że ironizowanie i udawany cynizm to twoja reakcja obronna. Tak naprawdę jesteś bardzo wrażliwą osobą i boisz się kolejnych porażek, zawodów, odrzucenia i zranienia. Jak każdy._

Szach-mat. I co z tego?

_Ale zatrzymaj się i pomyśl, czy jednak nie warto czegoś zmienić? Może to jest właśnie ten czas, żeby odmienić swoje życie?_

Wzdycham. Jakie to górnolotne.

_Wiem, może to i górnolotne, ale naprawdę przemyśl to. Być może zabrzmi to nieco opresyjnie, jednak czas leci, zegar tyka. Tik-tak. Nie masz nieskończenie wiele czasu._

_Powodzenia! Trzymam za Ciebie kciuki._

Chyba za siebie. Czuję się, jakbym miała rozdwojenie jaźni.

_Tak, tak… – za siebie. I za Ciebie. Wszechświat Ci sprzyja. Pamiętaj! Musisz w to tylko choć troszeczkę uwierzyć._

_Z miłością_

_Joanna_

Przyglądam się chwilę listowi i z zawstydzeniem chowam go do koperty. Musiałam naprawdę dużo wypić tamtej nocy… Sama nie wiem, co mam z nim zrobić, więc wrzucam go do szuflady. Po prostu niech tam sobie leży. Pewnie niedługo o nim zapomnę i będzie po sprawie. W głowie jednak słyszę cichutkie cykanie. Tik-tak. Czas start. Jakby właśnie zaczęło się odliczanie, którego nie potrafię zignorować.

*

Udaje mi się napisać krótki fragment, a później już kompletnie mi nie idzie i czuję, że tego dnia już nic z tego. Każde nowe zdanie wydaje mi się kiepskie, więc je kasuję i piszę kolejne, które też po chwili kasuję. Wirtualna kartka znów straszy bielą. Przeglądam pliki z notatkami i fragmentami scen, które przyszły mi wcześniej do głowy, a potem zatrzymuję wzrok na pliku o nazwie _(nie)napisane.doc_ i otwieram go. Notuję tam czasami kawałki własnych wspomnień, rzeczy, które przychodzą mi do głowy i nie chcą odejść, nie dają spokoju. Wiem, że nie zostaną opisane w żadnej z moich książek, nie umieszczę ich w żadnym z moich fikcyjnych światów. Chyba że tak bardzo zmienione i przetworzone, że nie da się ich już rozpoznać. Muszę je jednak zapisać, żeby się ich pozbyć. Nie jest to właściwie dziennik ani żaden pamiętnik. Piszę tam w trzeciej osobie, mimo że o mnie. Jakbym spisywała wspomnienia jakiejś wymyślonej postaci literackiej, choć przecież to wszystko prawda. Tak jest mi łatwiej, mogę być gdzieś z boku i zachować większy dystans. Przeglądam plik i zatrzymuję się na jednym z pierwszych fragmentów.

(nie)napisane.doc

_Joanna ma sześć lat i siedzi przy ławce w szkolnej zerówce. Do klasy wpada przez okno trochę słońca, Joanna zerka tęsknie za szybę. Chciałaby już pójść do domu. Obok siedzą też inne dzieci, wszystkie piszą literki w zeszytach. Dziś jest to mała literka „s”, niedawno ją poznali. Pani kazała im wykaligrafować trzy linijki. Joanna ściska w ręku ołówek. Próbuje napisać literkę, ale za każdym razem jest nie taka, jak trzeba. Z każdą jest coś nie tak. Ściera ją więc i próbuje na nowo. Jednak znowu nie wychodzi. Jedna jest strasznie krzywa, druga ma nieodpowiedni kształt. Następna jest zbyt okrągła, inna zbyt płaska. Patrzy na pozostałe dzieci, które szybko zapełniają kolejne linijki. Dlaczego nie potrafi tak jak one? Próbuje jeszcze raz. Źle. Znów ściera. I ponownie nie tak. Znów sięga po gumkę. Joanna pisze i ściera raz za razem, aż w kartce robi się dziura. Inni już kończą, a ona nie napisała jeszcze nic. Patrzy na swoją literkę „s”. Znów nie tak. Czuje, jak pod powiekami zbierają jej się łzy. W końcu czas mija i dzieci podchodzą do pani z tym, co zrobiły. Joanna staje w kolejce na samym końcu, a pani sprawdza zeszyty. Kolejka powoli posuwa się do przodu, Joanna czuje, jak ściska jej się żołądek. Wie, co zaraz się stanie, co jest nieuniknione, stoi więc sztywna i cała napięta. W końcu pokazuje swój zeszyt. Nic tam nie ma. Tylko ślady po startych literach i dziura w kartce. Joanna patrzy w podłogę na swoje kapcie i zieloną wykładzinę. Jest na niej okrągła ciemna plama, a obok rozgnieciony kawałek plasteliny._

_– A ty nic nie zrobiłaś? Nic nie napisałaś? – pyta pani głośno ostrym tonem i wszyscy na nią patrzą, a Joanna kurczy się w sobie. Kurczy się, chociaż i tak ma tylko sześć lat i jest prawie najmniejsza w klasie. Zalewa ją wstyd. Chciałaby być jeszcze mniejsza. Zniknąć, żeby nikt już na nią nie patrzył. Pani kręci z niezadowoleniem głową. – Ty to jesteś jakaś… – nie kończy zdania, ale Joanna wie, że to na pewno coś okropnego, jakieś straszne słowo. Jaka jest? Głupia, nienormalna, dziwna? Słyszała już te wszystkie słowa. Myśli, że naprawdę musi być głupia, najgłupsza ze wszystkich. Pani ma rację. Nie potrafiła napisać tak jak trzeba choćby jednej literki. Ani jednej._

Wzdycham i zamykam plik, potem otwieram ten z powieścią. Znów próbuję pisać, ale kasuję kilka kolejnych zdań. Wszystko wydaje mi się beznadziejne. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Jeśli tak dalej pójdzie, zostanę tylko z „dziurą w kartce”. Wiem, że na razie nic z tego nie będzie. Muszę zrobić sobie przerwę i spokojnie przemyśleć parę rzeczy. Czasami tak jest, że choćby stanęło się na rzęsach, nic się nie wymyśli.

Idę do kuchni, bo zbliża się pora obiadu. Miśka i Ryśka, moje kotki, ruszają za mną i już po chwili czatują przy swoich miskach, głośno dopominając się o jedzenie. Kiedy były małe, z powodu kociego kataru straciły po jednym oku. Trzeba je było usunąć, bo nie dało się ich uratować. Teraz patrzą na mnie, każda swoim jednym okiem – Miśka lewym, a Ryśka prawym, i zawodzą rozpaczliwie, jakby nie jadły co najmniej od kilku dni, a nie od kilku godzin. Nakładam im karmę i podchodzę do lodówki.

Zerkam na wagę, którą postawiłam przy drzwiczkach. Postawiłam ją tutaj, żeby wypracować sobie nawyk regularnego ważenia się. Miałam ważyć się raz na tydzień, ale nie robiłam tego jakieś pół roku. Zamiast tego wypracowałam sobie nawyk codziennego przesuwania wagi nogą rano i przysuwania jej z powrotem wieczorem, żeby tylko przypadkiem na niej nie stanąć, kiedy zaglądam do lodówki, i nie poznać przerażającej prawdy, choć taki był mój pierwotny podstępny plan. Może wyrobiłam sobie chociaż jakiś mięsień w łydce od tego przesuwania? Zawsze to choćby nieznaczna dawka ruchu. Teraz patrzę na wagę i przez chwilę zastanawiam się, czy się nie zważyć, ale szybko mi przechodzi ta chęć. Na razie nie mam też apetytu, co nieczęsto się zdarza, więc decyduję się poczekać z obiadem.

Przypominam sobie o Kobiecie w Różu i o skrzynce. Ciekawe, czy naprawdę coś tam wrzuciła? Czuję, że nie przestanę o tym myśleć, dopóki nie sprawdzę, więc wkładam bluzę i wychodzę na zewnątrz.

Dzisiaj zrobiło się cieplej, to pierwszy taki słoneczny dzień od dawna. Jest koniec marca i czuć już wiosnę. Przez ostatnie miesiące wychodziłam tylko na chwilę do ogrodu i od czasu do czasu na krótkie spacery. A kiedy się tutaj przeprowadziłam, obiecałam sobie, że będę często wychodzić i więcej się ruszać, bo okolica jest naprawdę ładna. Mój entuzjazm trwał jednak tylko jakieś dwa miesiące, a potem, kiedy zaczęło robić się zimno i szaro, zaszyłam się w domu. Teraz czuję się niemal jak niedźwiedź, który wychynął z gawry. Idę alejką na tyły domu, potem ścieżką przez niewielki sad. Skrzynka jest po tej stronie płotu, częściowo skryta pod pnączami bluszczu. Ta kobieta, która mieszkała tutaj wcześniej i o której wspominał agent nieruchomości, musiała o niej wiedzieć. To ona ją zawiesiła czy Kobieta w Różu? Najprawdopodobniej się znały, bo pewnie obie mieszkały tu od lat. Lubiły się, a może wprost przeciwnie – nie cierpiały? Podchodzę do skrzynki i odgarniam trochę pnączy. Ostatnim razem, kiedy do niej zaglądałam, nie była zamknięta na kluczyk i teraz też nie jest. Można ją bez problemu otworzyć. Wtedy była pusta, teraz coś tam jest. Czyli nie przywidziało mi się, kobieta rzeczywiście coś tam wrzuciła. Wyjmuję niewielką kopertę. No proszę, jeszcze jeden list. Dziś chyba będzie jakiś rekord. Nikt oprócz mnie i niej nie ma dostępu do tej dziwnej skrzynki, więc mogę założyć, że list adresowany jest do mnie. Z zaciekawieniem otwieram kopertę i wyjmuję złożoną na pół kartkę.

_Droga Kobieto w Czerni!_

_Wydaje mi się, że nie jesteś zbyt towarzyska. Wywnioskowałam to po tym, że mnie unikasz. A może masz jakieś inne powody? Mniejsza o to. Nie moja sprawa. Pragnę Cię tylko uspokoić, że nie zamierzam się narzucać. Nie jestem jedną z tych wścibskich staruszek, które robią za monitoring i przesiadują w oknie z lornetką. Bez obaw. Możesz być spokojna. Nie wiem, kiedy się wprowadziłaś, ale wygląda mi na to, że już się trochę zadomowiłaś, więc pewnie upłynęło sporo czasu. Nie było mnie tu dość długo z powodów osobistych. Ale wróciłam. Zresztą, do rzeczy. Jeśli jednak zmienisz zdanie i zechcesz czasem pogadać lub lepiej mnie poznać, albo po prostu pożyczyć sól czy mąkę, to zapraszam. Jesteś bardzo mile widziana. A jeśli nie, to też w porządku. Bez presji. Gdyby jednak tak, to zapraszam._

_Z wyrazami sympatii_

_Kobieta w Różu_

_PS Wiem, że zauważysz, że wrzucam list do skrzynki, bo zawsze o tej porze pracujesz przy komputerze i zerkasz w okno, kiedy wychodzę z psem. Wiem też, że masz dwa koty. Do sklepu chodzisz we wtorki, śniadania jadasz o ósmej i czasami kiepsko sypiasz. I wiem, że Ty też czasem mnie obserwujesz (nie jestem pewna, czy wiesz, że wiem, i czy wiesz, że ja też Cię obserwuję). Nie szkodzi. Nie przeszkadza mi to. Obie nie jesteśmy wścibskie – umówmy się, tylko bardzo spostrzegawcze i dociekliwe! Myślę, że mogłybyśmy całkiem nieźle się dogadać._

_Jeśli nie masz ochoty na kontakt osobisty, to ta skrzynka może służyć nam jako sposób komunikacji. Właściwie po to została tu kiedyś powieszona. Ale to długa historia._

Cholera. Wygląda na to, że zostałam przyłapana. Uśmiecham się pod nosem, po raz kolejny przebiegając wzrokiem list. Całkiem interesująca osoba z tej mojej sąsiadki. Rozbawiła mnie. Pewnie gdybym była inna, rzeczywiście bym ją odwiedziła… i może nawet to zrobię. Ale na razie raczej nie dam rady się na to zdobyć. Moja fobia społeczna ostatnio ma się całkiem nieźle. Zabawne, że nazwała mnie Kobietą w Czerni, a samą siebie Kobietą w Różu, tak jak ja ją ochrzciłam. Zerkam na swoją czarną bluzę i spodnie tego samego koloru. Nigdy nie widziałam jej w ubraniu innym niż w kolorze różowym, a ja prawie zawsze ubieram się na czarno. Jesteśmy trochę jak ogień i woda. A jednak wyczuwam nić porozumienia. Może i jestem całkiem niezłą obserwatorką. Ale ona też. Chyba nawet lepszą.

Zastanawia mnie nadal kwestia tej skrzynki na listy. Ciekawe, co to za historia. Po co pisać do siebie listy, jeśli mieszka się po drugiej stronie płotu? Zaintrygowała mnie. Mam wrażenie, że w ten sposób zarzuciła na mnie przynętę. I coś mi mówi, że zrobiła to świadomie. Wypadałoby coś odpisać choćby z grzeczności i obiecuję sobie, że zrobię to później.

Chowam list do kieszeni i przez chwilę kręcę się jeszcze koło domu. Zaglądam do sadu, niektóre drzewa wypuściły już pączki, za jakiś czas zaczną kwitnąć. Rozkwitły już krokusy, które posadziłam jesienią. Ostatnio tak rzadko wychodziłam, że nawet tego nie zauważyłam. Jest już sporo zieleni. Zdecydowanie zawitała wiosna, choć to dopiero początek. Na razie pogoda jest kapryśna, jak to w marcu. Ledwie tydzień temu spadł śnieg, ale za parę tygodni nastąpi prawdziwa eksplozja zieleni. Jesienią uprzątnęłam ogród, okolice domu i sad. Na tyle, na ile zdołałam. Zresztą obiecałam sobie, że nie będę za wiele ingerować. Tyle tylko, żeby wszystko kompletnie tu nie zarosło.

Dom spodobał mi się od razu, gdy tylko zobaczyłam go późną wiosną zeszłego roku. Kiedy przeszukiwałam ogłoszenia i zobaczyłam zdjęcia, pomyślałam, że to coś dla mnie. Był niewielki, a takiego właśnie szukałam, nieco staroświecki, z kolorowymi okiennicami, otoczony zielenią, w spokojnej okolicy blisko przyrody, z ładnymi jasnymi wnętrzami. Później, kiedy pierwszy raz go oglądałam, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to jest to. Cena też była przystępna. Część sumy miałam odłożoną, a część zaoferowali się dorzucić rodzice, gdy zdecydowałam się wrócić w okolice rodzinnych stron, gdzieś bliżej nich.

Tak naprawdę w poprzednim miejscu nic mnie nie trzymało, a pracować mogłam wszędzie. Oprócz pisania zajmuję się też tworzeniem stron internetowych, i jest to główne źródło moich dochodów. Z pisania nie dałabym rady się utrzymać. Nie wiem, czy kiedykolwiek się to zmieni. Napisałam kilka książek, większość to komedie kryminale z wątkiem romantycznym. Od wydania pierwszej minęło kilkanaście lat, ale po debiucie doświadczyłam potężnej ośmioletniej blokady twórczej. Myślałam wtedy, żeby na dobre rzucić pisanie, a jednak w końcu pewnego dnia przyszła kolejna historia i choć na początku opornie mi szło, wiedziałam, że muszę ją stworzyć. Teraz piszę piątą książkę. Tę, na której utknęłam. Oby nie na długo.

Kiedy oglądałam dom, oczami wyobraźni już widziałam, jak siedzę na tarasie i w ogrodzie, jak zbieram owoce z sadu, jak pracuję na piętrze w niewielkim pokoiku na poddaszu, który od razu mi się spodobał i nadawał się idealnie do pracy. To było jak przeznaczenie. Wiedziałam, że to miejsce dla mnie. Do tego ta piękna okolica, nieco oddalona od centrum miasteczka, i mnóstwo miejsc do spacerów. I rodzice dość blisko, ale nie za blisko.

Pomyślałam, że jest na tyle ciepło, że zjem na tarasie. Uwielbiałam tam przesiadywać, kiedy było ciepło, a od jesieni nie miałam takiej okazji. Idę do kuchni, żeby zrobić sobie coś na obiad. Przechodząc przez drzwi, dotykam framugi. To tutaj jest jeden z tych śladów z przeszłości, śladów po dawnych mieszkańcach. Natrafiam na nie od czasu do czasu. Na framudze drzwi w kuchni widać kreski w dwóch rzędach obok siebie, to jakby ślady nacięcia nożem. U dołu, przy najniższych, wydrapano w drewnie litery „H” i „M”. Prawdopodobnie były to pomiary wzrostu. Musiały tutaj mieszkać kiedyś jakieś dzieci. Ciekawe, jakie miały imiona. Czy to były dziewczynki, czy chłopcy? Trochę niepokojące wydało mi się to, że kreski przy literze „M” kończyły się dość nisko. Jakby zaprzestano w pewniej chwili pomiaru wzrostu, podczas gdy te idące od literki „H” ciągnęły się daleko w górę. Co się stało z dzieckiem na literkę „M”? A może to w ogóle nie były dzieci i chodziło o coś innego, a ja jak zwykle miałam zbyt bujną wyobraźnię? Nie mogłam się jednak powstrzymać od takich dociekań.

Kiedy jem obiad, przypominam sobie, jak miło jest posiedzieć na zewnątrz. Postanawiam, że jeśli kolejnego dnia znów będzie ciepło, wybiorę się na dłuższy spacer. Gdzieś dalej niż w moje ulubione miejsce i do sklepu. Czas się trochę ruszyć. Uświadamiam sobie, że znów myślę o tym liście do samej siebie. Nadal uważam, że jest głupi, ale jego treść mimowolnie pracuje mi w podświadomości. I wciąż słyszę to cichutkie tykanie. Czas płynie. Życie mija. Minuta za minutą. A ja nie mogę wiecznie trwać w tym bezruchu. Czasami bezruch to odpoczynek, ale zbyt długi bezruch to już śmierć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij