-
nowość
Nieobecny. Przyczyna nieustalona. - ebook
Nieobecny. Przyczyna nieustalona. - ebook
„W ciszy nie widać mnie tak bardzo." W szkole najgorsze nie są ciosy. Najgorsze jest to, że wszystko dzieje się tak, jakby nic się nie działo. On nauczył się znikać na korytarzach, milczeć na lekcjach i oddychać tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzy. Aż pewnego dnia przestaje przychodzić. W godzinach, gdy miasto pracuje, a szkoła udaje, że wychowuje, on schodzi pod ziemię. Do poznańskich bunkrów, gdzie cisza jest prawdziwa, a ściany nie pytają o nic. Tam po raz pierwszy czuje się bezpiecznie. Do czasu. Bo w głębi podziemi ktoś urządza sobie zabawę z ludźmi, którzy "znikają" z powierzchni. Elita miasta. Ci, których nikt nie podejrzewa. Ci, których nikt nie rozliczy. Kiedy zauważą chłopaka, który miał być niewidzialny, zaczyna się pościg, w którym nie ma wyjścia na światło. A potem zostaje już tylko dziennik. I umorzona sprawa. Bez śladów. Bez winnych.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
NORMALNOŚĆ
W szkole najgorsze nie były ciosy.
Cios ma początek i koniec. Można go zobaczyć. Można go przewidzieć, jeśli człowiek ma szczęście i dobre oczy. Cios zostawia ślad, który da się pokazać palcem. Nawet jeśli nikt nie chce go oglądać.
Najgorsze było to, że wszystko działo się tak, jakby nic się nie działo.
Korytarz pachniał mokrymi kurtkami i czymś słodkim, sztucznym, co miało udawać świeżość. Ściany były pomalowane na kolor „spokój”, czyli taki, który w teorii uspokaja, a w praktyce wygląda jak zdechła mięta. Na tablicach ogłoszeń wisiały kartki o konkursach, zbiórkach i sukcesach ludzi, którzy potrafili być głośno. W rogu ktoś przykleił plakat o empatii. Zrolowany na krawędzi, odklejający się jakby sam nie wierzył, że ma sens.
Dzwonek wciągał wszystkich do klas jak wdech. Potem przychodził wydech. W trakcie lekcji było bezpieczniej, bo istniał porządek: ławki, tablica, dziennik, głos nauczyciela. Nawet jeśli nauczyciel mówił rzeczy, które brzmiały jak czytane z instrukcji obsługi człowieka.
Prawdziwe ryzyko zaczynało się między.
Między pierwszą a drugą. Między klasą a łazienką. Między szatnią a wyjściem. Między „tylko przejdę” a „już jestem”.
W tych przerwach szkoła była jak teren bez mapy. Wszystko niby znane, a jednak za każdym razem inne. Jednego dnia ktoś cię omija, drugiego ktoś staje tak, żebyś musiał go dotknąć ramieniem. Trzeciego dnia ktoś mówi twoje nazwisko tak, jakby to była obelga. I to działa, bo w jego ustach wszystko działa.
On nauczył się chodzić przy ścianach. Nie teatralnie, nie jak w filmach, gdzie bohater robi się niewidzialny. Po prostu bliżej ściany było mniej przestrzeni, w której ktoś mógł wejść w ciebie specjalnie. Mniej miejsca na „przypadkowo”.
Widział swoje ręce częściej niż twarze innych. Ręce były pewne: trzymały plecak, książkę, długopis. Ręce wiedziały, co robić, kiedy nie było planu. Z twarzami było gorzej. Twarze potrafiły się zmieniać z minuty na minutę. Potrafiły udawać, że jest normalnie, a potem robiły się ostre.
Kiedy dzwonek wypuszczał wszystkich na przerwę, on nie wstawał od razu. Dawał sobie trzy sekundy. Wystarczająco, żeby stado wyszło pierwsze. Wystarczająco, żeby nie zostać sam. Bycie samemu też bywało podejrzane. Samemu można było być tylko wtedy, gdy wyglądało się na kogoś, kto to wybrał.
On nie wyglądał.
Na polskim nauczycielka mówiła o tym, że bohaterowie literaccy „poszukują siebie”. Brzmiało to jak coś, co człowiek robi w weekend między zakupami a serialem. Jak hobby.
„Tożsamość. Autoportret. Jaźń.”
Słowa szły po klasie jak kreda po tablicy: biały ślad, który za chwilę ktoś zetrze. Wszyscy notowali, bo notowanie było bezpieczną czynnością. Notowanie udawało zainteresowanie. Notowanie chroniło przed spojrzeniami.
On też notował. Równo. Małymi literami. Tak, żeby nie zajmować miejsca. Tak, żeby nie prowokować.
Ktoś z tyłu rzucił cicho:
– Jakie „ja”, jak on nawet nie umie odpowiedzieć.
Śmiech. Nie głośny. Taki szkolny, oszczędny. W sam raz, żeby nauczycielka udawała, że nie słyszy, a śmiejący się udawali, że to nie o nikim. Śmiech, który nie potrzebuje winnego, bo winny i tak już stoi w klasie.
Nauczycielka spojrzała w dziennik, jakby coś tam było ważniejsze niż to, co właśnie przeszło przez powietrze.
On poczuł, jak mu twardnieje kark. Jakby ciało chciało stać się kamieniem. Kamienie nie reagują. Kamienie nie dają satysfakcji.
– Przeczytasz? – zapytała nauczycielka po chwili, podając mu fragment tekstu.
To był moment, w którym czas robi się gęsty. Fragment książki, kilka linijek. Proste. Ale głos nie był jego narzędziem. Głos był czymś, co można mu było wyrwać i użyć przeciwko niemu.
Podniósł wzrok. Widział kilka par oczu. Widział uśmiech, który jeszcze nie był uśmiechem. Widział czekanie.
Przeczytał. Nie pomylił się. To i tak nie miało znaczenia.
– Głośniej – powiedział ktoś półgłosem.
Powtórzył. Wciąż dobrze. Wciąż źle.
Kiedy skończył, nauczycielka skinęła głową, jakby odhaczyła obowiązek.
– Dziękuję. Widzisz, potrafisz.
Potrafisz. Jak pies, który usiadł na komendę. Jak automat, który wydał resztę.
„Potrafisz” nie brzmiało jak pochwała. Brzmiało jak przypomnienie, że jeśli potrafi, to znaczy, że mógłby potrafić zawsze, a skoro nie potrafi zawsze, to znaczy, że robi to specjalnie. Że przesadza. Że dramatyzuje. Że jest trudny.
A on był zmęczony byciem „trudnym” tylko dlatego, że istniał.
Na kolejnej przerwie poszedł do biblioteki. Nie dlatego, że lubił bibliotekę. Lubił to, że w bibliotece ludzie mówili ciszej. Że cisza była wymagana, nie wywalczona. Że jeśli ktoś podnosił głos, to bibliotekarka patrzyła na niego jak na kogoś, kto złamał prawo fizyki.
Biblioteka była mała. Dwa regały przy oknie, dwa przy ścianie, biurko, komputer, który widział lepsze czasy i nigdy nie wrócił do siebie po jakiejś aktualizacji sprzed lat. Kurz. Stare okładki. Zapach papieru, który nie udaje niczego.
Zasłonił się książką jak tarczą. Nie czytał od razu. Najpierw słuchał: czy ktoś wchodzi, czy ktoś się śmieje, czy czyjeś kroki zatrzymają się za nim. Biblioteka miała swoją muzykę: przesuwane krzesła, kartki, szuranie plecaka po podłodze. Bez niespodzianek.
Dopiero wtedy zaczął czytać. Zwykłą powieść. Nie o bohaterach, którzy ratują świat. Raczej o kimś, kto idzie przez życie i próbuje nie zgubić się w tym, co ludzie nazywają codziennością. Zwykłe zdania. Przewidywalne. Uporządkowane.
Książki były uczciwe. Jeśli na stronie było zdanie, to ono tam zostawało. Nikt nie wyrywał mu go z ręki i nie robił z niego żartu. Nikt nie powtarzał go głośno, udając jego głos. Książki nie miały oczu.
W bibliotece czas płynął inaczej. Mógł udawać, że przerwa jest dłuższa. Mógł udawać, że w ogóle nie musi wracać. Mógł udawać, że nie ma kolejnych „między”.
Gdy dzwonek zadzwonił, zrobił to tak, jakby specjalnie chciał go zabrać stamtąd w pół zdania. Jakby ktoś miał nad tym kontrolę. Jakby dzwonek był dłonią na karku.
Zamknął książkę. Ostrożnie. Nie z szacunkiem. Z ostrożnością człowieka, który boi się narobić hałasu.
Wyszedł.
Na korytarzu wpadł na niego zapach perfum i dezodorantów, pot i zimny plastik plecaków. Głosy. Kroki. Ktoś potrącił go ramieniem, ale tak, że nie dało się powiedzieć „celowo”. Potem ktoś zahaczył o jego plecak. Potem ktoś rzucił:
– O, patrz, on żyje.
Tak się o nim mówiło. Jak o zjawisku. Jak o czymś, co powinno być gdzieś indziej.
Nie odpowiadał. Odpowiedź była paliwem. Milczenie bywało też paliwem, ale przynajmniej oszczędzało mu głos.
W klasie na matematyce nauczyciel tłumaczył równania. Równania miały sens. Zawsze miały sens. Tam, gdzie człowiek miał wynik, był wynik. Tam, gdzie człowiek miał błąd, był błąd. Nic się nie obrażało. Nikt nie interpretował jego istnienia jako ataku personalnego.
W pewnym momencie nauczyciel zadał pytanie, a on znał odpowiedź. Wiedział, bo ćwiczył w domu. Bo w domu można było ćwiczyć bez świadków. Wiedział, bo liczby nie śmiały się, kiedy się człowiek myli.
Podniósł rękę. Nisko. Tak, jakby prosił o pozwolenie na oddychanie.
Nauczyciel spojrzał, potem przeszedł wzrokiem dalej.
– Ktoś inny?
Ktoś inny odpowiedział. Źle. Nauczyciel poprawił. Śmiech z tyłu. Nauczyciel się skrzywił, ale nie zareagował.
On opuścił rękę. Poczuł, jakby wystawił kawałek siebie na światło i ktoś je zgasił bez powodu.
W przerwie obiadowej stał w kolejce do stołówki, choć nie chciał jeść. Stał, bo stanie w kolejce było normalne. Normalność była walutą. Jeśli człowiek wyglądał normalnie, czasem świat dawał mu chwilę spokoju.
Za nim ktoś szeptał.
– Mówię ci, on jest jakiś… nie wiem. On w ogóle nie patrzy.
– Bo on się boi.
– Czego? Przecież nikt mu nic nie robi.
To zdanie było w tej szkole święte. „Nikt mu nic nie robi.”
Nikt, czyli nikt konkretny. Nic, czyli nic takiego, co da się zmierzyć i zapisać w dzienniku. Jeśli nie było złamanej kości, to znaczyło, że nic się nie stało. Jeśli człowiek nie miał siniaka, to znaczyło, że przesadza. Jeśli ktoś go popychał „żartem”, to znaczyło, że powinien mieć dystans.
Wziął tacę. Zjadł kilka kęsów czegoś, co mogło być kotletem, ale nie miało ambicji być czymkolwiek. Smakowało głównie tłuszczem i wstydem. Popił wodą. Woda była neutralna. Woda była najlepsza.
Kiedy wychodził, ktoś podstawił mu nogę. Nie upadł. Złapał równowagę na tyle szybko, że żart stracił puentę.
Ktoś westchnął rozczarowany.
– No patrz, potrafi chodzić.
Potrafi. Znowu to słowo.
Wracał do klasy z tępą świadomością, że jego życie składa się z małych testów. Nie tych w zeszycie. Testów z tego, czy da się go przewrócić. Czy da się go zawstydzić. Czy da się go zmusić do reakcji. Czy da się mu pokazać, że tu nie ma dla niego miejsca.
Najgorsze było to, że on w to wierzył.
Wierzył, bo ciało wierzy szybciej niż głowa. Ciało pamięta. Ciało uczy się ścieżek ucieczki. Ciało napina się przy dźwiękach. Ciało wie, gdzie jest bezpiecznie, a gdzie jest „tylko na chwilę”.
Czasem, kiedy wracał do domu, łapał się na tym, że idzie szybciej, choć nikt za nim nie szedł. Jakby wciąż był na korytarzu. Jakby każdy krok mógł stać się pretekstem.
Miasto po lekcjach było hałaśliwe, ale to był inny hałas. Tramwaje, samochody, rozmowy. Ludzie, którzy nie patrzyli na niego, bo mieli swoje sprawy. To było jak oddychanie po zbyt długim siedzeniu pod wodą.
W domu było cicho, ale to też było inne cicho. Domowe cicho nie miało w sobie oceny. Domowe cicho było zmęczone, nie wrogie.
Siadał na łóżku, zdejmował buty, a potem przez kilka minut nie robił nic. Patrzył w ścianę. Czasem wyciągał książkę. Czytał, bo czytanie wypełniało mu głowę czymś, co nie było strachem. Nie na zawsze. Na chwilę.
Nie miał pasji. Pasja wymaga energii, a energia u niego szła na czujność. Ludzie mówią „hobby” jakby to było coś lekkiego. Jakby człowiek miał w sobie przestrzeń na przyjemność. On miał w sobie głównie napięcie.
Książki były wyjątkiem. Nie dlatego, że dawały mu radość. Raczej dlatego, że dawały mu korytarz, którym można przejść bez potrąceń.
Wieczorem, kiedy mył zęby, patrzył na siebie w lustrze. Twarz wyglądała zwyczajnie. Za zwyczajnie, jak na kogoś, kto przez cały dzień był w stanie alarmowym. Oczy były trochę za ciche.
W nocy śniła mu się szkoła, nawet jeśli śniło mu się coś innego.
Rano budził się z tym samym ciężarem w klatce piersiowej, jakby ktoś położył mu tam worek z mokrym piaskiem. Wstawał. Ubierał się. Jadł. Wychodził. Wchodził do budynku, który wyglądał jak każdy budynek, ale działał jak mechanizm.
Pierwsze lekcje minęły bez niczego „konkretnego”. To też było niebezpieczne: człowiek zaczyna wierzyć, że może dziś się uda. Że może dziś będzie normalnie. Że może dziś nikt nic nie zrobi.
Na drugiej przerwie ktoś w szatni zaczepił go, niby przypadkiem, ale w tej szkole przypadki miały tendencję do powtarzania się przy tych samych ludziach.
– Ej. Masz coś?
– Nie.
– Kłamiesz.
– Nie mam.
– Pokaż plecak.
Plecak był jego. Jego jedyna własność w tym miejscu. Jego małe terytorium. Pokaż plecak oznaczało: pokaż, że nie masz nic swojego. Pokaż, że jesteś dostępny.
Zrobił krok w bok, udając, że nie usłyszał. Ktoś zaszedł mu drogę. Dwie sylwetki. Nie musieli go dotknąć. Wystarczyło, że stali.
Wtedy pojawił się nauczyciel dyżurny. Przeszedł obok, spojrzał przez nich, jakby byli przezroczyści. Jakby widział tylko uczniów i korytarz, a nie relacje.
– Nie biegamy – powiedział do kogoś, kto przebiegł za szybko.
Do niego nie powiedział nic.
To był moment, w którym coś w nim przestawiło się o milimetr. Niewidoczne. Nieważne dla świata. Ogromne dla niego.
Nie chodziło o to, że nikt go nie uratuje. On nigdy na to nie liczył.