-
nowość
Nieoczywiste znaki lata - ebook
Nieoczywiste znaki lata - ebook
Osiem lat. Tyle czasu Natalia budowała życie u boku Kamila - mężczyzny, którego wszyscy podziwiają. Ich związek wydaje się stabilny, szczęśliwy i dokładnie taki, jakiego można pozazdrościć. Przynajmniej z zewnątrz. Kiedy rzeczy, które przez lata ignorowała lub tłumaczyła, zaczynają układać się w spójną całość, Natalia po raz pierwszy pozwala sobie spojrzeć na własne życie bez złudzeń. Nie spodziewa się jednak, że jeden niepozorny wieczór uruchomi serię wydarzeń, które zmienią wszystko. „Nieoczywiste Znaki Lata” to opowieść o odnajdywaniu siebie, relacjach, które odbierają powietrze, i tych, które pozwalają wreszcie poczuć się bezpiecznie. O kobiecej przyjaźni i znakach pojawiających się dokładnie wtedy, gdy najbardziej ich potrzebujemy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398159302 |
| Rozmiar pliku: | 987 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W naszym biurze obowiązuje tradycja: jedna z tych, które z czasem przestają być zwyczajem, a zaczynają funkcjonować jak niepisane prawo.
Kiedy któraś z nas się zaręczy, przynosi tort. Prawdziwy, porządny tort. Pojawia się w pracy trochę wcześniej, bo przecież trzeba przygotować całe to biurowe zamieszanie. Przyszła panna młoda obchodzi potem wszystkie biurka z talerzykiem w jednej dłoni i wyciągniętą drugą, tą ważniejszą, żeby każdy mógł obejrzeć pierścionek z bliska. Zatrzymuje przy każdym stanowisku na tyle długo, by ktoś zdążył się zachwycić, ktoś dopytać o szczegóły, a ktoś inny rzucić obowiązkowe „O mój Boże”. Kawałek ciasta za komplement. Uczciwa wymiana dóbr.
Dziś kolej na Olę. Ma dwadzieścia sześć lat i promienieje w sposób niemal nieprzyzwoity. Tak intensywnie, że powinno to być zaraźliwe. Opowiada historię o tym, jak klęknął. Jak trzęsły mu się ręce. Jak niczego się nie spodziewała. Po biurze niosą się śmiechy i zachwyty.
— O Boże, jaki klasyczny!
— Ten kamień jest idealny!
Każdy uwielbia dzień tortu. Nie tylko dlatego, że jest darmowe ciasto. W takie dni wszystko staje się lżejsze, zwłaszcza praca. Zarząd i HR popierają tę inicjatywę z pełnym entuzjazmem — jakby na to nie patrzeć, jest to darmowa integracja pracowników i pewnie mniejsze zużycie owoców w czwartki.
No dobrze. Prawie każdy uwielbia.
Ja też go lubiłam, przez pierwsze dwa lata pracy tutaj i przez pierwsze półtora roku mojego związku. Wtedy z Kamilem potrafiliśmy godzinami rozmawiać o przyszłości: o ślubie, domu, dziecku, nawet o drzewie w ogrodzie. Plany rosły szybko i pięknie. A potem, chyba po cichu, pękły. Odkąd zamieszkaliśmy razem w przestronnym, industrialnym apartamencie zamiast w przytulnym domu, o którym kiedyś marzyliśmy, wracaliśmy do nich coraz rzadziej.
Teraz przychodzę, uśmiecham się i biorę udział bez większego zaangażowania. Bo po co.
Talerzyk przesuwa się coraz bliżej mnie. Czerwone ciasto, biały krem i ten błyszczący kamień, który przyciąga wzrok bardziej, niż powinien. Zatrzymuję na nim spojrzenie. Dobrze wygląda na jej dłoni. Nie jest taki, o jakim ja marzę.
Czy wybrałam sobie pierścionek zaręczynowy? Owszem. Miałby szlif markiza — wydłużony, smukły, osadzony na cienkiej złotej szynie, z białym moissanitem zamiast diamentu. Prosty, bez dodatkowych kamieni. Taki za cztery, może pięć tysięcy. Ale ten Oli też jest ładny.
Mrużę oczy i z przesadną powagą przykładam dłoń do piersi.
— Powiedz mi szczerze, ubezpieczyłaś już palec?
Ola zamiera na sekundę, a potem wybucha śmiechem.
— Mogę to w ogóle uznać za komplement?
— Najwyższy możliwy. Idealnie w twoim stylu. Pierścionek, nie komplement.
Śmieję się razem z nią i od razu czuję, że policzki robią mi się ciepłe. Nie bądź uszczypliwa, Natalia, upominam się w myślach.
— Możesz zjeść! — ogłasza z uroczystą powagą, jakby właśnie wręczała mi nagrodę.
Odbieram talerzyk jak trofeum i biorę pierwszy kęs. Słodycz jest natychmiastowa, intensywna. Dokładnie taka, jaka powinna być w takim dniu.
Szkoda tylko, że tak ciężko mi ją przełknąć.
Gdyby ktoś zapytał, dlaczego wypisałam się z hucznego obchodzenia dnia tortu, pewnie odpowiedziałabym, że mój serdeczny palec prawej dłoni pozostaje demonstracyjnie pusty. Kiedyś nosiłam na nim zwykły pierścionek, ale chyba podświadomie chciałam zakomunikować Kamilowi, że miejsce się zwolniło. W końcu gdzieś przepadł.
Czasami wyobrażałam sobie siebie w białej sukni. Spokojną, piękną, idącą pewnym krokiem w stronę mężczyzny, którego wybrałam i który wybrał mnie. Tak zawsze miał wyglądać ten moment, to podobno najszczęśliwszy dzień w życiu. Ale kiedy próbowałam zobaczyć go wyraźniej, obraz tracił ostrość, a zamiast spokoju pojawiało się napięcie. Potem rozglądałam się wokół i było jeszcze gorzej. Ludzie, którzy kiedyś byli obok, gdzieś po drodze zniknęli. Z rodziną bywało różnie, przyjaciele rozpłynęli się dawno temu.
Została tylko Marta.
Zamiast pięknego wesela widziałam pustą salę. Wtedy oblewał mnie zimny pot i zaczynało brakować mi tchu.
Mrugam i wracam do biura. Zasłaniam usta dłonią. Jak się je, to się nie mówi. To bardzo wygodna zasada.
— A ty, Natalia? — pada gdzieś zza moich pleców. — Kiedy zjemy twój tort?
A jednak się mówi…
Przełykam spokojnie, dając sobie tę jedną krótką sekundę na oddech. Na skupienie.
— Po pierwsze, mam nadzieję, że nie za szybko. Bo jak wszyscy wiecie, red velvet to moje ulubione ciasto, a wy jesteście wybredni. I zrzędliwi.
Śmieją się dokładnie tak, jak chciałam. Żart zawsze działa.
— Natalia! Sama potrafisz być zrzędliwa!
Kolejna salwa śmiechu przetacza się przez biuro. Bezpieczny manewr zakończony powodzeniem.
— Ale tak serio — odzywa się ktoś z drugiego końca. — Osiem lat, prawda? Myślicie w ogóle o ślubie?
— Hola, hola! Dopiero osiem! — protestuję, zanim padnie moje ukochane słowo „konkubinat”. — Znacie mnie, jestem ostrożna. Nie powierzę życia facetowi, którego znam tylko osiem lat.
Osiem lat. Brzmi inaczej, kiedy wypowiada się je na głos. Kiedyś byłam pewna, że to ja będę chodzić z talerzykiem między biurkami, z wyciągniętą dłonią. Nigdy nie zastanawiałam się, czy. Tylko kiedy.
Teraz zastanawiam się, jak mam mówić o Kamilu. Mój chłopak? Partner? O zgrozo, mój konkubent? Żadne z tych określeń do niego nie pasuje. Chłopak brzmi, jakbyśmy mieli po dwadzieścia lat, jedli zapiekanki na ławce i całowali się pod klatką. Partner jest poprawny i elegancki, ale jakoś nie „mój”. Konkubent… wzdrygam się na samą myśl.
— My się nie spieszymy — mówię w końcu. — Po co zmieniać coś, co działa?
Dodaję, bo wszyscy wyglądają tak, jakbym zaraz miała podać datę. To zdanie brzmi dobrze. Wystarczająco dobrze, żeby nikt nie zadawał kolejnych pytań.
Ola rusza dalej, niosąc ze sobą tort, śmiech i błyszczący kamień. Tradycja toczy się swoim spokojnym, przewidywalnym rytmem.KAMIL
Śmiechy niosły się aż z korytarza. Kamil rozparł się wygodniej w fotelu i przez chwilę słuchał radosnych głosów. Jednego z nich nie znał. To musiał być ktoś nowy. Podniósł się, żeby sprawdzić, kto pojawił się przy recepcji, ale zatrzymał go krótki dźwięk telefonu.
Natalia.
Otworzył wiadomość. Na ekranie pojawiło się uśmiechnięte selfie znad tortu. Uśmiechnął się pod nosem i odpisał:
Kamil: Smacznego, myszko. Nie pobrudź noska.
— Niezła próba — mruknął z lekkim rozbawieniem.
Odłożył telefon i wyszedł na korytarz.
Przy recepcji stała nieznajoma dziewczyna. Rozmawiała z Renatą, śmiała się swobodnie. Na szyi miała identyfikator z logo firmy. Pracowała tu, a on jej nie znał. Drobne niedopatrzenie.
Ruszył w ich stronę spokojnym krokiem. Rozmowa przy recepcji odruchowo przycichła.
— A więc to tutaj ukrywacie nowe twarze — rzucił z lekkim uśmiechem.
Zatrzymał się przy biurku Renaty, oparł dłoń o blat i pochylił lekko w jej stronę. Renata natychmiast odwzajemniła uśmiech i odsunęła kilka papierów, robiąc mu miejsce.
— To Kasia, pracuje u nas od kilku dni. A to Kamil, nasz dyrektor finansowy. Najważniejszy człowiek w tej firmie — zaśmiała się.
— Gość od pieniędzy — podchwycił swobodnie.
Dopiero wtedy spojrzał na dziewczynę stojącą obok. Kasia niemal natychmiast spuściła wzrok. Poprawiła identyfikator, wsunęła czubek trampka za drugi i odgarnęła włosy za ucho. Rumieniec wpełzł jej na policzki. Znał ten rodzaj reakcji.
— Jestem tylko praktykantką — powiedziała ciszej, niż zamierzała.
Zmrużył lekko oczy.
— U nas? W finansach?
— Dział controllingu i analiz — odpowiedziała szybko.
Kącik jego ust drgnął.
— To prawie to samo, tylko inne piętro. Ale coś cię jednak do nas ciągnie?
Kasia otworzyła usta, ale nie zdołała odpowiedzieć. Renata obserwowała ją z cichym rozbawieniem.
— Witaj na pokładzie, Kasiu. Daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebowała – dodał.
— Dziękuję panu.
Uniósł brwi.
— Kamil. Mówmy sobie po imieniu. Tak będzie nam łatwiej.
Powiedział to spokojnie, miękko, tonem, którego szczerze nie znosił, ale który zwykle działał.
Odczekał sekundę, po czym pożegnał je krótkim gestem i wrócił do gabinetu. Drzwi zamknął za sobą cicho. Nie usiadł od razu. Zatrzymał się przy biurku, nasłuchując stłumionych głosów z recepcji.
— Boże… Nie tego się spodziewałam — wydusiła Kasia.
Renata parsknęła śmiechem.
— Dzisiaj i tak ma chyba słabszy dzień.
Przez moment słychać było tylko szelest papierów i stuknięcie kubka o blat. Kamil niemal widział, jak Renata pochyla się lekko w stronę Kasi.
— Mamy to nieszczęście mieć zajebiście przystojnego szefa — odezwała się już ciszej. — Zawsze mówię, że Kamil udowadnia wszystkim, którzy twierdzą, że nie lubią blondynów, że jednak lubią. Wysoki, oczy tak niebieskie, że człowiek zapomina, co miał w ogóle powiedzieć, szczęka jak wyrzeźbiona, a garnitur leży na nim lepiej niż na manekinie.
Usłyszał krótki, niedowierzający śmiech Kasi. Renata nie zwalniała.
— A najgorzej jest, kiedy się na coś wkurzy — ciągnęła z rozbawieniem. — Szczęka zaciska mu się wtedy tak mocno, że aż widać to pod skórą. Na szyi wychodzi ta jedna żyła, spojrzenie robi się ostre i człowiek nie wie, czy uciekać, czy patrzeć dalej.
Na chwilę zapadła cisza. Kiedy Renata odezwała się ponownie, jej głos zszedł jeszcze niżej.
— I jeszcze to ciało… Z kamienia. Jak się go czasem złapie za ramię, to człowiek… głupieje.
— I co, często go tak łapiesz za ramię? — zapytała Kasia.
Renata roześmiała się głośno.
— Kiedyś… zdarzało nam się to częściej.
Po chwili śmiały się już razem.
Kamil zdjął marynarkę i odwiesił ją na oparcie fotela. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Renacie wyraźnie coś zaczynało się mylić.
Usiadł, sięgnął po telefon i spojrzał na ostatnią wiadomość od Natalii. Odłożył urządzenie ekranem do dołu. Nawet nie wiedział, dlaczego to uśmiechnięte zdjęcie znad kawałka ciasta tak bardzo go zdenerwowało.NATALIA
Bukiet był ogromny. Kupiłam go pod wpływem impulsu, co w moim przypadku oznaczało tyle, że stałam pod kwiaciarnią bity kwadrans, rozsądnie rozważając wszystkie argumenty przeciw, po czym weszłam do środka i poprosiłam o największy.
Na początku niosłam go dumnie wyprostowana, trzymając mocno obiema rękami, jak trofeum. Po kilku minutach zaczął ciążyć mi w ramionach i coraz częściej musiałam poprawiać uchwyt. Usiadłam na ławce w parku, żeby odpocząć. Po przeciwnej stronie kilku mężczyzn montowało ogromną konstrukcję.
Westchnęłam cicho. To mój ulubiony park i nie wydałam zgody na zaśmiecanie go reklamami.
Postawiłam bukiet obok siebie i spojrzałam na niego z lekkim niedowierzaniem. Był wielki, kolorowy i ostentacyjnie radosny. Pachniał tak intensywnie, że czułam go nawet pod wiatr.
Uśmiechnęłam się do niego. Postawię cię na samym środku salonu.
Widziałam to wyraźnie, na stoliku przed kanapą, dokładnie w centrum naszego aż nazbyt uporządkowanego mieszkania, pośród szarości, beżów i czerni, które Kamil nazywał elegancją. Moja półka z książkami była właściwie jedynym kolorowym miejscem w domu, choć wiedziałam, że i ona znalazła się już na celowniku Kamila. Ostatnio proponował mi zakup personalizowanych, czarnych obwolut z małymi złotymi literkami.
Zaśmiałam się na tę myśl.
Siedziałam tak jeszcze chwilę, patrząc na mijających mnie ludzi. Najczęściej wzrok zatrzymywał mi się na parach. Na tych, którzy szli blisko siebie, rozmawiali bez pośpiechu, dzielili zwyczajny dzień.
Po alejce przechodził właśnie mężczyzna z kilkuletnim chłopcem na baranach. Dziecko śmiało się głośno i trzymało go za czoło jak za kierownicę. Mężczyzna co chwilę łapał małe dłonie, żeby go przytrzymać i udawał, że zaraz straci równowagę.
Uśmiechnęłam się szerzej.
Wyobraziłam sobie Kamila na jego miejscu. Wysokiego, pewnego, trochę rozczochranego, z dzieckiem śmiejącym mu się nad głową. Poważnego wobec świata i kompletnie rozbrojonego wobec własnego syna.
To byłby dobry ojciec.
Poczułam za nim nagłą tęsknotę. Zerwałam się z ławki, poprawiłam papier wokół kwiatów i niemal popędziłam do domu.
W mieszkaniu było cicho. Kamil siedział w salonie z laptopem na kolanach. Ekran oświetlał mu twarz chłodnym światłem. Nawet nie spojrzał, kiedy weszłam.
— Hej — powiedziałam lekko. — Patrz, co kupiłam.
Podniósł wzrok dopiero po chwili. Najpierw na mnie, potem na bukiet.
— Widzę.
Zdjęłam płaszcz i postawiłam kwiaty na podłodze przy blacie, żeby znaleźć wazon.
— Są piękne — rzuciłam. — Trochę odpustowe, ale jakie piękne.
— Ile kosztował nas ten odpust i za co znowu ta nagroda? — zapytał z salonu.
Zamarłam na sekundę z ręką na szkle. Usłyszałam, jak zamyka laptop. Po chwili stanął w progu kuchni.
Zabolał mnie brzuch. Nagły skurcz przypominał uderzenie pięścią. Odwróciłam się do niego z uśmiechem.
— Naprawdę robimy przesłuchanie w sprawie kwiatów?
— Pytam. To chyba nie jest zakazane. Ty jakoś nie interesujesz się moim samopoczuciem, więc staram się chociaż podtrzymać rozmowę. Ile?
Mówił spokojnie. Kamil zawsze mówił spokojnie.
— Pięćset trzydzieści — powiedziałam.
Uniósł brwi. Powoli pokiwał głową.
— Pięćset trzydzieści…
Patrzył na mnie bez emocji. Wsunęłam łodygi do wazonu i poprawiłam jedną z róż. Palce lekko mi drżały. Czułam jego spojrzenie na twarzy.
— Miałaś świetny humor, kiedy weszłaś.
To nie było pytanie.
— Miałam całkiem dobry dzień.
— Widać.
Oparł ramię o framugę i skrzyżował ręce.
— Ja od rana gaszę pożary, klient się wycofał, wszystko stoi na głowie, Kasia co godzinę przychodzi do mnie z jakimś dziecinnym pytaniem. Ale świetnie, że ktoś wraca do domu z bukietem jak…
Urwał, ale i tak wiedziałam, że nie powiedział jeszcze wszystkiego. Coś we mnie zaczęło się zapadać. Jeszcze chwilę wcześniej szłam przez miasto z kwiatami i w świetnym nastroju, który teraz został roztrzaskany w pył.
— To nie jest konkurs na lepszy czy gorszy dzień — powiedziałam ciszej.
— Nie? — uśmiechnął się bez cienia ciepła. — A wygląda, jakbyś przyszła po medal.
Poczułam pieczenie pod powiekami. _Nie teraz_, pomyślałam. _Tylko nie teraz._ Odwróciłam się do zlewu, udając, że poprawiam liście. Jeśli nie spojrzę mu w twarz, może nie zobaczy.
Zobaczył. Kamil znał mnie dobrze. Wiedział, jak wyglądam, kiedy ze wszystkich sił próbuję się nie rozpłakać. Kiedy odezwał się ponownie, głos miał już inny. Miększy, cieplejszy.
— Natalia…
Nie odpowiedziałam. Podszedł bliżej i przesunął dłonią po moich plecach.
— Ej. Przecież tylko się droczę.
Za każdym razem było tak samo. Najpierw czułam pchnięcie, a potem chwyt, zanim zdążyłam runąć.
— Nie droczysz się — powiedziałam cicho.
Westchnął ciężko.
— Okej. Miałem fatalny dzień. Wchodzisz cała rozpromieniona, a ja reaguję jak… — urwał. — Przesadziłem. Zdarza się, tobie też się to często zdarza. Prawda?
Milczałam. Przesunął dłonią po moim ramieniu.
— Ale te kwiaty… naprawdę jak z wiejskiego odpustu.
Zaśmiał się cicho, potem ujął mnie za rękę i pociągnął za sobą w stronę korytarza.
— Chodź tutaj.
Nie protestowałam. Jeszcze chwilę wcześniej byłam pewna, że czeka nas awantura. Jedna z tych długich, męczących, po których człowiek czuje się starszy niż rano.
A jednak nie.
W półmroku zatrzymał mnie przy drzwiach sypialni, położył moją dłoń na swoim policzku i spojrzał mi prosto w oczy.
— Wywinęłaś mi się — powiedział cicho. — Ale jeszcze z tobą nie skończyłem.
Poczułam znajome ciepło pod skórą. Brzmiało to jak groźba, a jednak oboje wiedzieliśmy, że nią nie jest. Pozwoliłam, żeby poprowadził mnie dalej. Szłam za nim z tą dziwną mieszaniną ulgi, napięcia i ochoty, którą budził we mnie od lat.
Bukiet stał na blacie. Piękny. Kolorowy. Żywy. Tylko za duży i zbyt krzykliwy do tego mieszkania.
Kamil miał rację.
Drzwi sypialni zamknęły się za nami cicho. Kamil spojrzał na mnie tym wzrokiem, od którego przez lata miękły mi kolana, po czym bez słowa zdjął koszulę i starannie odłożył ją na krzesło. I znowu uderzyła mnie ta sama myśl: był zachwycająco piękny. Szerokie barki, mocne ramiona, wąska talia, twardy brzuch. Ciało napięte, silne, dopracowane w każdym szczególe.
Co za mężczyzna. Cały mój.
Ta myśl przemknęła przeze mnie i przyniosła krótką, niemal dziewczęcą radość.
Podszedł bliżej, spokojnie rozpiął guziki mojej bluzki. Zsunął materiał z ramion, potem pozbawił mnie reszty ubrań, aż zostałam przed nim tylko w bieliźnie. Cofnął się o krok i przyjrzał mi się uważnie.
— Pokaż mi się.
W jego głosie było coś miękkiego, a zarazem pewnego. Obróciłam się powoli, bardziej rozbawiona niż zawstydzona.
— Pięknie wyglądasz.
Podszedł jeszcze bliżej, uklęknął przede mną i oparł dłonie na moich biodrach. Pochylił głowę, składając lekkie pocałunki wzdłuż linii majtek. Uniósł jedną moją nogę i oparł ją na swoim ramieniu. Potem drugą. Posadził mnie wysoko na swoich barkach, bez wysiłku, tak że zostałam całkowicie zdana na jego siłę.
Pochylił się i wziął mnie z głodem, którego nigdy bym się po nim nie spodziewała. Zacisnęłam dłonie na jego głowie. Oddech urwał mi się, ciało napięło pod naporem jego ust.
— Kamil…
Nie odpowiedział. Trzymał mnie mocno, nie pozwalając się cofnąć ani odsunąć. Był całkowicie skupiony, niemal zawzięty. Fala ciepła rozlała się po całym moim ciele. Zaczęłam dochodzić. Poczuł to od razu i nie odsunął się. Przytrzymał mnie jeszcze mocniej, prowadząc przez drżenie, które przechodziło przeze mnie raz za razem.
Zaśmiałam się bezradnie. Był dokładnie taki, jakiego kiedyś sobie wymyśliłam. Następnie przeniósł mnie do łóżka.
Na początku było mi dobrze. Naprawdę dobrze. Ciepło jego skóry, ciężar ciała, znajomy zapach, dłonie przesuwające się bezbłędnie tam, gdzie znały drogę od lat. Potem spojrzałam na jego twarz i coś we mnie przygasło. Nie znalazłam tam zachwytu ani rozkoszy. Było tylko skupienie. Chłodne, niemal robotyczne.
Poruszał się pewnie, równym rytmem. Przez moment miałam wrażenie, że w myślach odlicza sekundy. Uniosłam biodra i przyciągnęłam go mocniej, próbując poruszyć w nas coś więcej. Przytrzymałam go przy sobie, pocałowałam w szyję, przesunęłam dłońmi po jego plecach.
Pomyślałam, że jemu może wcale nie jest dobrze. Jeszcze kilka razy próbowałam przesunąć nas oboje w stronę czegoś żywego. Obudzić w nim ogień, którego nie było. Bez skutku. Teraz żadne z nas nie cieszyło się tą chwilą.
Leżałam pod najpiękniejszym mężczyzną, jakiego znałam i czekałam, aż skończy.
Sięgnęłam po poduszkę i przycisnęłam ją do twarzy. Schowałam się pod nią cała. Udawałam. Udawałam, że jęczę z rozkoszy. Natychmiast przyspieszył. Po policzkach cicho spływały mi łzy, sama nie wiedziałam dlaczego. Dodałam kilka urywanych oddechów, spięłam ciało we właściwej chwili i to wystarczyło. Doszedł zaraz po mnie. A może… on też udawał?
Opadł obok mnie i zaczął ciężko oddychać. Patrzyłam na unoszącą się klatkę piersiową. Nawet jego zmęczenie wyglądało na wyćwiczone.
— Płakałaś? — zapytał z lekkim niepokojem.
Zaśmiałam się krótko, zbyt szybko.
— Tak. To chyba przez orgazm. Nigdy wcześniej tak nie miałam… Nie rozmawiajmy teraz o tym. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje.
Uśmiechnął się z cichą satysfakcją.
Patrzyłam w sufit, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Jeszcze godzinę temu siedziałam w parku z bukietem na kolanach i czułam się pełna życia. Kilka minut temu doprowadził mnie ustami na skraj szaleństwa.
Teraz leżałam obok swojego ideału i nie czułam prawie nic.
Wstałam gwałtownie i poszłam do łazienki. Dusiłam się. Serce bolało, ale najbardziej przerażało mnie to, że znowu nie umiałam oddychać. Nabierałam powietrza łapczywie, a wciąż było go za mało.KAMIL
Natalia wróciła z łazienki dopiero po dłuższej chwili. Zdążył w tym czasie wstać z łóżka, ubrać się i zapiąć koszulę. Stał przy oknie sypialni, poprawiając mankiet, kiedy otworzyła drzwi. Najpierw zobaczył jej twarz w odbiciu szyby.
Na pierwszy rzut oka wyglądała normalnie. Policzki miała jeszcze zaróżowione, włosy wilgotne i niedbale przeczesane palcami. Ale znał ją zbyt dobrze, żeby dać się zwieść temu obrazowi.
— Wszystko okej? — rzucił spokojnie.
— Tak.
Odpowiedziała za szybko.
Ruszyła w stronę szafy. Po drodze poprawiła włosy, potem sięgnęła po telefon leżący na komodzie, spojrzała na wygaszony ekran i odłożyła go z powrotem. Otworzyła szafę. Przez chwilę patrzyła do środka, jakby zapomniała, po co ją otworzyła.
To zwróciło jego uwagę.
Zwykle po seksie miękła. Teraz naciągała sweter, choć w mieszkaniu było ciepło. Z łazienki wciąż wychodziło wilgotne powietrze, a ona wsunęła dłonie w rękawy i objęła się ramionami.
Kamil zapinał zegarek, obserwując ją kątem oka. Nie wyglądała na złą. Kiedy się złościła, robiła się sztywna i śmiesznie poważna, jakby próbowała odegrać kogoś groźniejszego. To było coś innego.
Podszedł do niej od tyłu i wsunął dłonie pod sweter. Jej skóra była chłodna. Przesunął palcami po talii, potem objął ją mocniej, czekając na odruch, który znał od lat. Tym razem cała zesztywniała. Po sekundzie wysunęła się z jego objęć i poprawiła rękaw, choć leżał idealnie.
Bardziej go to zaciekawiło, niż zirytowało. Przyjrzał się jej uważniej.
— Chodź, wyskoczymy coś zjeść — powiedział lekkim tonem. — Mam ochotę na pizzę albo makaron. Jestem głodny, a przecież deser już zjadłem.
Przygryzł wargę i spojrzał na nią znacząco. Pokręciła tylko głową.
— Nie jestem głodna.
— O. To rzadki przypadek.
Nie uśmiechnęła się. Stała przy szafie, ze skrzyżowanymi rękami na piersi, patrząc gdzieś obok niego.
— Kamil, chciałam z tobą porozmawiać.
Zanim odpowiedział, zadzwonił jego telefon. Zerknął na ekran i odebrał od razu.
— Cześć. Tak, szukałem cię dziś, bo mam sprawę…
Wskazał urządzenie ruchem dłoni.
— Praca.
Wyszedł do salonu.
Rozmowa trwała kilka minut. Kiedy wrócił, Natalia stała już przy wyspie. Kroiła warzywa, makaron dochodził na małym ogniu, w mieszkaniu pachniało czosnkiem i winem.
Dobrze. Gotowanie zwykle porządkowało jej nastrój.
Usiadł na blacie obok niej i zaczął machać nogą.
— Jednak zostajemy?
— Zrobię coś szybko.
— Lubię ten twój duch poświęcenia — powiedział z rozbawieniem.
Sięgnął po kawałek papryki.
— Wiesz, co dziś zrobiła Kasia? Wysłała klientowi plik z błędnymi danymi i nawet tego nie zauważyła.
— Daj jej czas, jest nowa.
— Ja też kiedyś byłem nowy i jakoś nie kompromitowałem firmy pierwszego tygodnia pracy.
Pokręcił głową, sięgnął po kolejny kawałek papryki i przeniósł wzrok na Natalię. Nadal była spięta, choć próbowała to ukryć.
— Widziałem dziś naprawdę piękny dom.
Dopiero po chwili spojrzała na niego.
— Jaki dom?
Rozłożył ręce.
— Taki, że aż się zatrzymałem. Duży ogród, wysokie okna, drzewa dookoła. Chyba nawet huśtawka między nimi. A do tego cisza i zero ludzi za ścianą. Same zalety.
Mówił lekko, z energią, przeskakując z jednego szczegółu na drugi.
— Za miastem? — zapytała ciszej.
— Trochę. Za to rano kawa na tarasie, wieczorem wino w ogrodzie. Ty w tych swoich grubych skarpetach, ja udający, że lubię przedmieścia. A ta huśtawka może w końcu komuś by się przydała. Kto wie…
Uśmiechnęła się w końcu. Lepiej.
Zeskoczył z blatu i stanął za nią, obejmując ją w talii. Spięła się tylko na moment, ale zaraz odpuściła i wsunęła się głębiej w jego objęcia. Ujął jej dłoń, wodząc palcami po jej serdecznym palcu.
— Pusto tu jakoś — powiedział przy jej uchu.
Znieruchomiała.
— Kamil…
— No co? Tak tylko mówię.
Uniósł dłoń, muskając jej policzek, po czym pochylił się i pocałował ją w skroń. Wrócił na blat, wyraźnie rozbawiony. Patrzyła na niego niepewnie, próbując odgadnąć, czy mówił serio. On tylko uśmiechnął się szerzej.
Natalia czasami nudziła go do granic możliwości. Ta jej małość marzeń, zachwyt rzeczami tak zwyczajnymi, że aż ciasnymi. Dom, spokój, ciepła kolacja. Weekend bez planów. Całe życie zamknięte w drobiazgach. Gdyby nie on, tkwiłaby teraz pewnie w jakiejś dziurze, otoczona wianuszkiem dzieci, z równie mało wymagającym facetem. W gruncie rzeczy powinna być mu wdzięczna.
A jednak była potrzebna z tą swoją przewidywalnością i stałą obecnością w domu. Do tego dobrze wyglądała obok niego. W firmie lubili takie obrazki: młody, ambitny, w stałym związku, poukładany, godny zaufania. Starsi faceci patrzyli na to z uznaniem, kobiety z sympatią, a on nie musiał niczego tłumaczyć. Obecność Natalii wiele porządkowała.
— O czym myślisz? — zapytała.
Natychmiast rozjaśnił twarz.
— O tym, że dobrze wyglądasz, kiedy gotujesz.
Zarumieniła się lekko.
Odwrócił głowę, żeby ukryć rozbawienie. Kiedy wracała wzrokiem do patelni, przestawał się uśmiechać.
Denerwowała go dziś.
Pół godziny później stół wyglądał staranniej, niż było trzeba. Świeca paliła się pośrodku, obok stała butelka wina, sztućce leżały równo przy talerzach. Usiedli naprzeciw siebie.
Natalia postawiła przed nim porcję i skinęła lekko głową.
— Spróbuj.
Spojrzał na nią, potem na płomień świecy i staranne nakrycie stołu. Przypomniał sobie, że wcześniej obiecał jej, że jeszcze z nią nie skończył. Uśmiechnął się szeroko.
— Już sam widok robi wrażenie.
Wziął widelec, zjadł kęs i pokiwał głową z uznaniem.
— Wspaniale gotujesz.
Natalia rozpromieniła się natychmiast.
— Naprawdę?
Sięgnął przez stół i ujął jej dłoń. Kciukiem przesunął po serdecznym palcu, zatrzymując go tam odrobinę za długo.
— Naprawdę. Ale chciałbym, żeby jutro ktoś cię wyręczył.
Spojrzała na niego zaskoczona.
— Jutro?
— Zabieram cię na kolację. To będzie naprawdę ważny wieczór.
Zamilkła na moment.
— A dokąd idziemy?
— Do tej włoskiej restauracji w centrum. Tej, do której nigdy nie udało nam się trafić.
Patrzyła na niego coraz uważniej.
— W piątek wieczorem? Przecież tam nie da się dostać stolika.
Uśmiechnął się.
— Natalia, Natalia… stolik jest już dawno zarezerwowany.
Coś w niej natychmiast zmiękło. Ramiona jej opadły, oddech się uspokoił, a w oczach pojawił się ten jasny błysk, który lubił. Nadzieja. Właśnie tego chciał. Wciąż bawił się jej palcem, pozornie bezwiednie.
— Załóż tę ciemnozieloną sukienkę. Wiesz, tę, w której tak bardzo cię lubię.
— Tę z odkrytymi plecami?
— Właśnie tę. Chcę, żebyś wyglądała wyjątkowo.
Przełknęła ślinę i spuściła wzrok, ale uśmiech zdążył już dotknąć kącików ust. Widział, dokąd pobiegły jej myśli.
Bardzo dobrze.
— To pójdziesz ze mną czy mam iść sam? — zapytał z lekkim rozbawieniem.
Zaśmiała się cicho.
— Oczywiście, że pójdę.
Uśmiechnął się. Innej odpowiedzi się nie spodziewał.
— W takim razie jutro masz być piękna i punktualna.
Rozmawiali jeszcze chwilę. Natalia z każdą minutą brzmiała lżej, śmiała się swobodniej, jakby sama chciała uwierzyć, że wszystko wróciło do normy. Puścił jej rękę dopiero wtedy, gdy był pewien, że całkowicie się rozluźniła.MATEO
Anna stała przy kuchennym blacie i zaglądała do kubka z miną głęboko urażonego człowieka. Kawa w środku była rozwarstwiona, z jasnymi grudkami przy ściankach. Dla kogoś innego byłby to drobiazg, dla niej zdecydowanie nie.
Mateo oparł się o blat i obserwował ją z lekkim uśmiechem, gryząc jabłko. Wilgotne włosy opadały mu na czoło, a w jego ruchach wciąż było coś powolnego, jeszcze nie do końca rozbudzonego.
— Jesteś niesamowicie upierdliwym człowiekiem, Mateo — westchnęła w końcu.
Zaśmiał się cicho.
— Poprosiłem tylko o kawę.
Anna uniosła kubek.
— To? To nie jest kawa. To jest kawa!
Wskazała swoją filiżankę, upiła łyk i przymknęła oczy.
— Mmm. Pyszna!
Mateo spojrzał na Monę Lisę nadrukowaną na porcelanie i westchnął teatralnie.
— Kubki w tym domu są doprawdy paskudne.
— Tak?! To wyjdź i pij z kałuży.
Roześmiał się. Nie pamiętał już, kiedy zwykłe białe kubki zaczęły znikać, ustępując miejsca galerii wielkiej sztuki. Gwiaździsta noc, Słoneczniki, nawet Krzyk, z którego Anna chętnie piła herbatę z miodem. Większość ludzi wieszała obrazy na ścianach. Anna najwyraźniej wolała sprowadzać je po jednej filiżance naraz.
— Mówiłem, że trzeba najpierw ostudzić.
Anna zmrużyła oczy.
— Mateo… co to tak właściwie za proszek?
Pochylił głowę i rozejrzał się na boki.
— Co to jest? — ściszyła głos.
Spojrzał na nią z powagą.
— To są… sterydy proteinowe.
Przez sekundę patrzyła bez ruchu.
— Mateo, tobie to niepotrzebne. Jesteś młody chłopak. Szkoda zdrowia.
Wybuchnął śmiechem. Zaraz potem podszedł do niej, ujął jej dłoń i położył sobie na klatce piersiowej.
— Spokojnie, cioteczko. Serce bije, jeszcze żyję. Jak przestanę, będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie.
Anna pokręciła głową, ale kąciki ust już jej drgnęły.
— Ty się ze mnie śmiejesz.
— Nigdy.
Uśmiechnął się, odłożył jabłko i objął ją ramieniem.
— Nie ma na tym świecie rzeczy, której bym dla ciebie nie zrobił.
Anna uniosła brwi.
— Dlaczego mi to mówisz?
Spojrzał na nią spokojnie.
— Bo chcę, żebyś o tym wiedziała. Że jesteś dla mnie ważna. Jesteś sercem tego domu. I moim. I Nacho.
Prychnęła pod nosem.
— Dlaczego mówisz to mnie, a nie jakiejś kobiecie trzydzieści lat młodszej?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Chyba powinnaś teraz powiedzieć: Mateo, ty też jesteś dla mnie ważny. A dodatkowo jesteś wspaniały i przystojny. Czy nie?
Anna pokręciła głową.
Wrócił na swoje miejsce, sięgnął po jabłko i odgryzł ostatni kawałek. Anna wskazała palcem kosz pod blatem. Mateo spojrzał we wskazanym kierunku, potem na nią, po czym odłożył ogryzek na stół.
Anna zrobiła wielkie oczy.
— Sam to zrobię — oznajmił łagodniej. — Sam zrobię sobie kawę i śniadanie. Usiądź wreszcie na chwilę.
— Tak? To może od razu wystaw mnie za drzwi.
Zaśmiał się ponownie. Uwielbiał te codzienne przepychanki.
Anna pojawiła się w tym domu całe lata temu, kiedy to miejsce bardziej przypominało hotel niż dom i ktoś wreszcie musiał nad nim zapanować. Miała dopilnować porządku, zająć się domem przez jakiś czas, a została na dobre. Wniosła spokój, zwyczajność i rytm, którego wcześniej tu brakowało. Marco powtarzał, że bez Anny szlag jasny by to wszystko trafił, a Mateo nigdy mu nie zaprzeczał. Z czasem przestała być kimś z zewnątrz. Stała się ich rodziną.
— Czy ten diabeł znowu ci dokucza, babciu? — rozległ się młody głos.
Mateo odwrócił się. W progu stała Julia, uśmiechnięta i pewna siebie.
— Cześć, Mateo. Przyszłam porwać babcię na cały dzień. Oddam dopiero po kolacji.
Uniósł obie ręce.
— Dwie na jednego. Nie mam nic do powiedzenia.
Julia weszła do kuchni i zatrzymała się przy stole.
— Wow, co to za kwiaty? To chyba największy bukiet, jaki widziałam!
Mateo spojrzał w tamtą stronę, dopiero teraz sobie o nim przypominając. Na stole stał ogromny bukiet, kolorowy i ciężki.
— Wszystkie mniejsze wyglądały rano na smutne — skwitował.
Julia parsknęła śmiechem.
— Od tego diabła — powiedziała Anna, wskazując na niego ścierką.
Mateo uniósł brwi.
— Widzę, że narracja się przyjęła – mruknął, po czym spojrzał na Julię. — Następnym razem też dostaniesz. Ale mniejszy. Na taki trzeba sobie zasłużyć.
— A czym niby?
— Lojalnością. Dobrym sercem. I trzymaniem mojej strony, kiedy twoja babcia się czepia.
Julia roześmiała się głośno. Anna tylko pokręciła głową i podeszła do niego. Wygładziła mu koszulkę, pocałowała w policzek i pacnęła ścierką w ramię.
— Bądź grzeczny. Do zobaczenia wieczorem.
Mateo spojrzał na nią z niedowierzaniem. Stuknął palcem w tarczę zegarka.
— O dwudziestej pierwszej masz być w domu. I masz być sama. Nie chcę, żeby rano ktoś wymykał się przez okno, w tym wieku to niebezpieczne. Nie będę potem podnosił z trawy jakiegoś amanta z artretyzmem.
Anna prychnęła.
— Ty bezczelny chłopcze.
— Chodź, babciu, zanim obniży ci godzinę powrotu do dwudziestej — rzuciła Julia, ciągnąc już Annę w stronę wyjścia.
Po chwili obie zniknęły za drzwiami, nadal chichocząc. Mateo został sam. W środku zrobiło się cicho, a przestrzeń nagle wydała się większa.
Na stole stał bukiet. Ogryzek zniknął nie wiadomo kiedy.
Uwielbiał być w domu. Nie znosił tylko jednego — kiedy był pusty.NATALIA
W piątek wieczorem wszystko było gotowe. Po pracy zdążyłam jeszcze przebiec sklepy i wpaść na manicure. Wybrałam jasne i eleganckie paznokcie, dokładnie takie, jakie najbardziej podobały się Kamilowi. Pozwoliłam sobie tylko na jedną ozdobę — dla mnie. Małe złote serduszko na serdecznym palcu.
Ubrałam jego ulubioną zieloną sukienkę i nowa czerwoną bieliznę. Wybrałam wysokie czarne szpilki. Wszystko dopasowane, dokładnie tak, jak lubił.
Kamil wyszedł z garderoby i zatrzymał się na moment, patrząc na mnie od góry do dołu.
— Wow, Natalia… przeszłaś samą siebie.
W jego głosie było słychać szczere uznanie. Powinnam była po prostu się uśmiechnąć, ale zamiast tego przyjrzałam mu się dokładniej. Wyglądał inaczej niż zwykle — sztywniej, staranniej, wyraźnie poświęcił sobie więcej uwagi niż zazwyczaj. Pachniał intensywnie, piżmem i skórą: zapach był ciężki, niemal przytłaczający.
Ścisnęło mnie w środku. Miałam nadzieję, że ten wieczór będzie bardziej swobodny.
— Wychodzimy — powiedział, zdejmując płaszcz z wieszaka i pomagając mi go założyć. Jego ruchy były zdecydowane. — Nie możemy kazać im na siebie czekać.
Zatrzymałam się na ułamek sekundy. _Im?_
Spotkaliśmy się z członkami zarządu jego firmy. To rzeczywiście była ważna kolacja. Dla niego. Kamil właściwie traktował swój awans jak przesądzony, to miała być tylko formalność.
Siedziałam obok niego wyprostowana. Włączałam się do rozmowy wtedy, kiedy było trzeba. Pilnowałam tonu, dobierałam słowa, uśmiechałam się, potakiwałam. A jednocześnie miałam wrażenie, że wcale mnie tam nie ma. Głosy docierały do mnie z opóźnieniem. Odpowiadałam automatycznie, korzystając z gotowych reakcji, żeby nikt niczego nie zauważył.
Mój wzrok stale uciekał w stronę pary siedzącej w rogu restauracji. Siedzieli naprzeciwko siebie, lekko pochyleni do przodu, całkowicie sobą pochłonięci. Cała reszta sali mogła równie dobrze przestać istnieć. Dziewczyna miała rumiane policzki i najbardziej maślane oczy, jakie widziałam w życiu. Nie mogła oderwać od niego wzroku, a uśmiech co chwilę wracał jej na usta. On nie pozostawał jej dłużny. To było najpiękniejsze — patrzył na nią z tym samym dziwnym, roztargnionym skupieniem, jakby nic poza nią nie było warte spojrzenia.
Patrzyłam na nich uważnie. Próbowałam sobie przypomnieć, czy ktoś kiedykolwiek patrzył tak na mnie.
— Natalia…
Szorstki głos Kamila wyrwał mnie z zamyślenia. Przysunął się bliżej mojego ucha.
— Co ty do diabła robisz? Leci ci krew z palca.
Zamarłam. Spojrzałam zaskoczona na swoją dłoń.
— Och… to nic. Przepraszam na chwilę.