Niepokój istnienia - ebook
Niepokój to nie strach, to bardziej troska, namysł, refleksja, kontemplacja. Głównie te cztery wymienione zjawiska towarzyszyły autorom przy opisywaniu obrazów w poszczególnych esejach. To 19 tekstów-obrazów, w których jedne pokazują umiłowanie i tęsknotę za ziemią urodzenia — tzw małą ojczyzną, inne bunt przeciwko zaistniałej sytuacji, jeszcze inne wyrażają podziw dla piękna pod każdą postacią a jeszcze inne inne zdziwienie zastałą sytuacją w dzisiejszym świecie. O tym jest ta książka.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-481-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Od jakiegoś czasu pisałem eseje i gromadziłem je do przyszłej książki. Tuż przed wyjściem na spotkanie z kolegą pomyślałem, że dobrze by było gdyby wspomniany kolega dopisał do każdego eseju wiersz — o ile się zgodzi — wszak jest poetą. — Zgodził się i to nawet z radością. Dla Gustawa było to nowe wyzwanie.
Dla mnie esej to krótka forma, która wpada do głowy najpierw w formie pomysłu — samego tytułu i dalej wskutek rozmyślań zaczyna poszerzać swoją przestrzeń. Jakoś tak się przyjęło, że u mnie ta przestrzeń to 8 –10 stron. Zdarzało się niekiedy, że ten pierwotny esej rozszerzał się do granic małej powieści. Tak było z książką 300-stronicową „Oswoić samotność”.
Tym razem zrodziło się to, co czytelnik ma w ręce. Powstała grupa esejów z przypisanymi im wierszami, każdy opatrzony stosownym mottem i tytułem. Jest ich dziewiętnaście chociaż na początku miało być mniej, bo w trakcie pisania zmarł Bogusław, który przez lata wspierał mnie artystycznie przy kolejnych książkach.
Niby każdy esej mówi o czymś zupełnie innym ale łączy ich coś — pewna bliżej nie określona nić, którą świadomość wije ze swoich neuronów. Kto to wyczuje, będzie wiedział o czym mówię. Przyznam, że nawet ja — autor — nie bardzo byłem świadom tego zjawiska. Zauważyłem tę nić po kolejnym eseju i odczułem przyjemność w pisaniu tych krótkich form.
Może tę nić nazwiemy niepokojem istnienia — tak, to ten niepokój towarzyszył mi cały czas. Towarzyszy mi również teraz kiedy książka powstała. Jest to bardzo zdrowy stan, posiada bowiem cechy motywacyjne w kierunku twórczego działania. Jestem pewien, że podobne problemy były tematem rozważań króla Zygmunta i Stańczyka — jego błazna filozofa. Mój niepokój mieści się gdzieś między zupełną beztroską a totalnym strachem — w środku. Granice miedzy tymi stanami są płynne. Tak narodził się tytuł tej książki. Na okładce książki zdjęcie — tak wyobrażam sobie jedną z licznych rozmów króla i jego błazna
Przyznaję rację Einsteinowi, że _„_twórczość to inteligencja, która dobrze się bawi”. Jak każda dobra zabawa kończy się zmęczeniem, podobnie było w moim wypadku. Poza inteligencją trzeba było pamiętać o wewnętrznym zegarze biologicznym — najwyżej dwie strony i chwila odpoczynku połączona z namysłem.
Nie wiedziałem, że wspominając — w eseju „jeden dzień z życia” — swojego mistrza z lat młodzieńczych, mentora i szefa w jednej osobie, już na końcu — w epilogu — będę wspominał jego zmarłego syna Bogusława. Z Bogusławem przyjaźniliśmy się od wielu lat — pomagał w redagowaniu wszystkich moich książek. Przy tej ostatniej już nie pomagał — odszedł na zawsze, umarł.
Jak widać, książka ta ma kilka funkcji: prowokuje do przemyśleń własnych, jest polem do ćwiczenia nowych form literackich, a w trakcie pisania bardzo dobrze się bawiłem — Einstein ma rację. Te nowe formy literackie to również ta książka.
Tytułowy niepokój to nie strach, to bardziej troska, namysł, refleksja, kontemplacja. To te zjawiska towarzyszyły autorowi a bardziej autorom podczas opisywania obrazów w poszczególnych esejach.Podziękowanie
Ta książka to efekt literackiego spotkania dwóch kolegów: poety Gustawa Czerwika i piszącego prozę, czyli mnie. Gustaw Czerwik to mój kolega jeszcze z lat 70-tych ubiegłego wieku, czyli znamy się pół wieku. Co nas łączyło i łączy nadal? — To oczywiście Fablok!
Fablok szkoła życia na poziomie studiów wyższych, Fablok praca i kariera zawodowa, wreszcie Fablok dawał chleb. Fablok był i żył, bo on faktycznie dawał różne oznaki życia — najmocniej młot 6T na kuźni. Całe miasto słyszało. My pokolenie 70+ wszystko to przeżyliśmy. Dzisiaj niemal każdy z nas robi różne rzeczy przedłużając swój żywot: jeden pisze swoje eseje i opowiadania, drugi pisze wiersze, inny maluje a jeszcze inny podróżuje po całej kuli ziemskiej.
Gustaw podjął się opatrzyć każdy z moich esejów wierszem tematycznie związanym z treścią eseju. Każdy wiersz co najmniej muska o treść eseju — jak to poezja.
Gustawie — pięknie dziękuję za podjęcie tego wyzwania. To nowa forma, chyba raczej dotąd nie spotykana — pewnie jesteś nieco prekursorami. Myślę, że obu nam przysporzy wrażeń i doświadczenia — dziękuję za podjęcie tego ryzyka.
_Jan Ślęzak_
Słowo poety do prozaika
Muszę z radością stwierdzić, że propozycja autora uczestniczenia jako poetycki komentator poszczególnych esejów była dla mnie jak zmartwychwstanie poety. Lubię twórcze wyzwania i mam ich sporo na swoim kącie. Bywa tak w pracy twórczej, że dopada nas pustka wynikająca z braku weny. W twoim obfitym dorobku prozatorskim z pewnością miałeś podobne momenty. W tym wiodącym dziele literackim to ty inspirujesz poetę, który rozwija skrzydła Pegaza w obszarach tematów, które moja wrażliwość poetycka dotykała zaledwie incydentalnie. Ten literacki eksperyment może stać się przykładem dla innych osób co — jak sądzę — obaj przyjmiemy z zadowoleniem. Najważniejsze jest, aby potencjalny czytelnik, który weźmie do swoich rąk i przeczyta będzie miał czytelniczą satysfakcję.
Eseje Jana Ślęzaka — mojego kolegi to nie są rozrywkowe teksty. Jan Ślęzak — inżynier w zakresie elektrotechniki — jest dobrze zaznajomiony z aktualną wiedzą z zakresu fizyki w tym kosmologii. Nie są mu obce również tematy z zakresu historii filozofii i nauki o społeczeństwie oraz psychologii. Ślady tej wiedzy można wyczuć w jego tekstach. Do tego należy dodać jego bogate życie zawodowe na poziomie funkcji menadżerskich. Jego wyobraźnia twórcza była dla mnie dodatkowym wyzwaniem. Mam nadzieję, że każdy czytelnik znajdzie w naszych tekstach coś przydatnego zgodnie ze swoimi zainteresowaniami.
_Gustaw Czerwik_1. Tworzenie — czy to cud?
_„Twórczość to inteligencja, która dobrze się bawi.”_
Albert Einstein
Uprawianie jakiegokolwiek rodzaju sztuki — nawet na poziomie amatorskim — wywołuje u wielu ludzi pewien rodzaj zachwytu, a u niektórych nawet zazdrość. Ludzie zajmujący się nawet amatorsko sztuką bywają posądzani o posiadanie zdolności wykraczających ponad przeciętność.
Te nadzwyczajne zdolności często pojawiają się nagle, niczym błyskawica, i pozostają z człowiekiem na długo. Obdarowani nimi nie zawsze rozumieją zachwyt otoczenia. Twierdzą, że przecież każdy ma w sobie zalążek talentu — trzeba go tylko odkryć i starannie uprawiać — niczym warzywa.
Osobiście należę do tych ostatnich. Uważam, że każdy człowiek posiada jakiś talent. Wszystko zależy od tego, jak głęboko go zakopał, jak bardzo przysypał go innymi działaniami i problemami. Jeśli ktoś jest typem biznesmena, który interesuje się wyłącznie przepływem pieniędzy w swoim kierunku, to dla niego zajmowanie się sztuką jest stratą czasu. Znam takich, którzy z dumą przyznawali, że nie czytają książek, bo „nie przystoi to komuś na ich stanowisku”. Jeden z nich powiedział mi kiedyś wprost, że czytanie książek przyniosłoby mu ujmę — przy jego pozycji społecznej. Oczywiście, ja takich postaw nie rozumiem i nawet nie tracę czasu na próby zrozumienia.
Moje skłonności literackie pojawiały się stopniowo, i to od bardzo dawna, choć nie były to mocne sygnały. Najpierw pojawiło się upodobanie do pisma technicznego — przejąłem je jako własny charakter pisma i tak już pozostało. Uczyli mnie tego w szkole średniej, w Technikum Elektroenergetycznym. W tamtych czasach pisanie wypracowań domowych na zadany temat było obowiązkiem ucznia, a czytelność pisma — cnotą. Któż mógł wówczas przypuszczać, że nadejdą czasy, gdy pisanie ręczne będzie zanikać i służyć będzie jedynie do składania podpisów — dzisiaj nawet te podpisy zastępuje wersja elektroniczna.
Do uwolnienia moich skłonności do pisania przyczynili się moi nauczyciele języka polskiego z legnickiego technikum. Szkoła ta reprezentowała wysoki poziom nie tylko w zakresie przedmiotów zawodowych, ale również w nauczaniu języka ojczystego. Pisanie analiz literackich po przeczytanych lekturach, recenzji filmowych i teatralnych — tak kształtowały się moje pierwsze zainteresowania literaturą. Ta nauka — jak to się mówi — nie poszła w las. Została tylko na pewien czas uśpiona przez intensywne życie zawodowe, by powrócić ze zdwojoną siłą pod jego koniec.
W ramach prowadzonej działalności gospodarczej zajmowałem się projektowaniem instalacji elektrycznych. Każdy projekt wymagał szczegółowych opisów technicznych. Aby te opisy były precyzyjne i zrozumiałe dla wykonawcy, potrzebna była umiejętność jasnego formułowania myśli. Wtedy właśnie okazało się, że umiejętność pisania, nabyta w szkole, jest nieoceniona. Nastąpił kolejny etap ćwiczenia języka — tym razem użytkowego, inżynierskiego.
Po przejściu na emeryturę i zakończeniu działalności projektowej pozostało umiłowanie pisania. Tak rozpoczął się etap tworzenia, czyli pisania książek. Początkowo były to wspomnienia rodzinne — dla dzieci, dla wnuków. Plan zakładał dwie, może trzy książki. Dziś jest ich już niemal trzydzieści. Pisanie sprawia mi ogromną przyjemność — większą niż jakiekolwiek inne zajęcie. I podkreślam: nie ma w tym odrobiny chęci zarobku. Tylko radość i wypełnienie czasu.
Wielu posądza mnie o jakieś nadprzyrodzone zdolności. Nic bardziej mylnego. Twierdzę, że każdy, kto cierpliwie i długo ćwiczy, zbytnio nie naśladując innych, może osiągnąć to samo. Nie ma w tym nic z cudu.
Po każdej nowej książce otrzymuję gratulacje od znajomych. Nie znoszę tego. Rozumiem, że ktoś, kto zdobył szczyt górski, może oczekiwać gratulacji. Ja jednak czerpię z pisania przyjemność — więc czego tu gratulować? Że się dobrze bawię? Podobnie nie znoszę kondolencji — oba te słowa są jak wytrychy językowe: chłodne, zdystansowane.
Jest jeszcze drugi aspekt tego zjawiska chwalenia. To praktycznie nie są literaci i ich wiedza w tym temacie jest ograniczona, zatem ich pochwały nie są miarodajne. Zdarzają się jednak i tacy co to mają wykształcenie i wiedzę w zakresie literatury, na przykład dziennikarze. Pewnego razu ktoś taki potraktował mnie jak pisarza i ocenił moją książkę, którą ci pierwsi wychwalali pod niebiosa a tu zimny prysznic: źle ustawione akapity, źle użyte przecinki, powtórzenia i cała masa innych uwag. O wielu z tych spraw nawet nie wiedziałem. To naprawdę sprowadza na ziemię i przydało mi się. Jedyne co miałem na obronę było: — Ale to moje pierwsze opowiadanie w życiu! — Oj, to ja bardzo przepraszam. — Usłyszałem już potulnym głosem.
Pisanie jest dla mnie nie tylko źródłem przyjemności, lecz także sposobem na poszerzanie zasobów wiedzy, ćwiczenie języka — pisanego, mówionego i myślanego. Tak, myślanego, bo porządkowanie myśli to także forma pisania — wewnętrznego, niewidocznego dla innych. Efektem tych wszystkich procesów staje się książka. A książka — to nie cud. To owoc pracy mózgu.
Dawniej i ja podejrzewałem, że ci, którzy tworzą — piszą, malują, komponują — mają w sobie coś niezwykłego, czego ja w sobie nie mam i miał nie będę. Dziś wiem, że to złudzenie.
Szczególnie przekonałem się o tym, gdy dotarła do mnie wiadomość o istnieniu nowej gałęzi wiedzy — kognitywistyki. To nauka interdyscyplinarna, badająca procesy umysłowe: pamięć, rozumowanie, język. Czerpie z neurologii, psychologii, filozofii, informatyki i wielu innych dziedzin, aby zrozumieć, jak działa mózg i świadomość.
Po wysłuchaniu wykładu profesora Daniela C. Dennetta i po przeczytaniu jego książek moja dotychczasowa wiedza o tych sprawach legła w gruzach. Pierwszą reakcją było przerażenie — ogromne przerażenie. Dennett bowiem podważył wiele tradycyjnych wyobrażeń o „duszy” i „cudzie tworzenia”. Uświadomił mi, że to, co nazywamy „natchnieniem”, jest wynikiem długiego procesu, który zachodzi w sieciach neuronalnych naszego mózgu.
Dennett porównał mózg do systemu ewolucyjnego — do maszyny, która sama się uczy, powiela skuteczne rozwiązania i eliminuje błędne. Nie ma w tym magii — jest tylko biologia, chemia i czas. A jednak z tej prostej materii powstają rzeczy wielkie: symfonie, obrazy, poematy.
Dziś wiem, że nie istnieje żaden „cud tworzenia”. Istnieje tylko mózg, który potrafi łączyć doświadczenie, pamięć, emocje i logikę w nowe konfiguracje. Tym właśnie jest tworzenie — wynikiem nieustannej pracy tej niezwykłej maszyny jaką jest ludzki mózg.
Dowodem na to jest choćby sztuczna inteligencja. Nie powstała z cudu — powstała z kopiowania struktur i zasad działania ludzkiego mózgu. Nikt mi dotąd nie powiedział, że nauka znowu zrobiła tak wielki krok, odkrywając przed człowiekiem tajemnice jego własnego umysłu. Moje przerażenie szybko ustąpiło miejsca ciekawości, gdy zacząłem korzystać z owoców tej wiedzy — między innymi z AI, która, jak się okazało, potrafi być znakomitym partnerem w procesie tworzenia a w moim wypadku pisania.
Z czasem dostrzegłem coś jeszcze. AI nie jest „świadoma” w ludzkim sensie — ale jej sposób działania odsłania przed nami, jak my sami myślimy. Pokazuje, że to, co braliśmy za cud, jest efektem algorytmu, biologicznego i ewolucyjnego zarazem.
A zatem spróbujmy posłuchać, co dzieje się w naszym mózgu — posłuchać bez słów. Skorzystajmy z tego, co współczesna nauka odkryła. Zobaczmy, jak mózg radzi sobie z tym, co mu człowiek zadaje do obróbki.
Człowiek nie zawsze myśli wtedy, gdy o tym wie. Najczęściej myśli wtedy, gdy zdaje się, że śpi. W ciele rozluźnionym, w oddechu powolnym jak rytm dawnego zegara, mózg — ten wielki warsztat ewolucji — przetwarza, porządkuje, łączy wątki. Z pozornego chaosu wyłania się nowy porządek, a z milczenia — pomysł.
Nie ma w tym cudu. Jest tylko natura — potężna, cierpliwa i logiczna. Tworzenie nie spływa z nieba. Ono rodzi się w nas, z pracy miliardów neuronów, które nauczyły się myśleć o świecie, a potem — tworzyć jego nowe wersje.
Tu należy się drobna dygresja. Otóż profesor Dennett był niewierzącym, jednak ja to jego rozumowanie przyjmuję jako interpretację naukową. Oczywiście, to co dzieje się w moim mózgu to żaden cud bo to wszystko dzieje się w zgodzie z prawami natury i obaj się z tym zgadzamy. Jednak Dennett na tym poprzestaje a ja idę krok dalej. Wierzę, że te prawa natury są dziełem Najwyższego czyli Boga. Mylę, że gdyby profesor żył na pewno nie miałby nic przeciwko poszerzeniu jego interpretacji naukowej o element teologiczny.
Od Stwórcy dostaliśmy te prawa natury — dostaliśmy „na tacy” i teraz od nas zależy jak je wykorzystamy w pracy swojego mózgu. Jeżeli ktoś woli zostać głupim — to jego wybór i Stwórca mu w tym nie przeszkodzi, co najwyżej, będzie cierpiał z powodu głupoty swojego stworzenia. — Tyle dygresji.
Kiedy więc ktoś budzi się o czwartej nad ranem — tak, jak mnie to się przydarzyło — z gotową myślą, z początkiem zdania, z rozwiązaniem, którego szukał przez wiele dni — nie jest to cud ani przypadek. To naturalne spotkanie dwóch wymiarów świadomości: tej, która czuwa, i tej, która pracuje w ukryciu. Właśnie tak było z pojawieniem się pomysłu na esej o pewnej piosence zespołu Pink Floyd — „Comfortably Numb”.
Noc jest bowiem laboratorium umysłu. W dzień rozum zbiera fakty, argumenty, obrazy. W nocy — dusza, jak cicha tkaczka, przeplata je w tkaninę sensu. Dopiero świt rozjaśnia gotowy wzór.
Każdy, kto choć raz obudził się o tej porze z nagłym wrażeniem, że _coś_ zrozumiał, zna ten stan. Nie wiadomo jeszcze, _co_ się zrozumiało, ale wiadomo, że coś się ułożyło — jakby w niewidzialnym warsztacie w nocy ktoś uporządkował narzędzia, które wczoraj były w nieładzie. Świat jest jeszcze ciemny, a jednak w środku człowieka zapala się światło.
W neurobiologii istnieje określenie hipnopompiczny stan świadomości. To moment między snem a jawą, gdy aktywność mózgu zmienia rytm. Część struktur odpowiedzialnych za czuwanie już się budzi, ale te od emocji i wyobraźni wciąż działają jak we śnie. W tym krótkim czasie obie sfery — rozum i intuicja — współpracują. W ciągu dnia są jak dwie osoby w jednym domu, które nie potrafią rozmawiać. Ale o świcie potrafią.
To dlatego myśli przychodzą wtedy nagle, czysto, bez pośredników. Mózg nie zdążył jeszcze włączyć filtra racjonalności, który w dzień blokuje rzeczy niewygodne. To moment prawdy: cichy, prosty, szczery.
W nocy umysł nie śpi tak naprawdę. On pracuje w ukryciu.
To, co naukowcy nazywają „siecią trybu domyślnego” (ang. _default mode network_), włącza się, gdy przestajemy myśleć świadomie. Wtedy nasz mózg nie odpoczywa, tylko zaczyna układać puzzle: wspomnienia, uczucia, pytania.
Nieświadomy umysł jest jak stary bibliotekarz — zna każde miejsce w archiwum, ale nie ma telefonu, żeby wezwać nas w dzień. Może jedynie szeptać o czwartej nad ranem: „spójrz tu, w tym folderze jest to, czego szukasz”.
To, co nazywamy natchnieniem, jest często wynikiem tej cichej, nocnej pracy. Naukowcy opisują to jako inkubację problemu. Gdy świadomy rozum się poddaje, nieświadomość nadal próbuje — tylko w inny sposób. Dlatego poeta, który długo nie może znaleźć słowa, czasem budzi się z gotowym wersem. A uczony, który męczy się z równaniem, nagle znajduje rozwiązanie w półśnie.
Wielcy odkrywcy, artyści i filozofowie znali ten mechanizm, choć nie potrafili go nazwać. Paul McCartney obudził się z melodią „Yesterday”. Elias Howe zobaczył igłę maszyny do szycia, gdy śnił o włóczniach z dziurkami. Obaj oni nie byli czarodziejami — tylko ludźmi, którzy nauczyli się nie przeszkadzać swojemu umysłowi.
I jeszcze jedna bardzo ważna uwaga o pewnej tajemnicy, którą próbuje rozwikłać neurobiologia.
Otóż współczesna neurobiologia próbuje opisać to, co dawniej należało do sfery poezji. Neurologia zna dziś fale alfa i theta, wie że w stanie półsnu mózg łączy odległe wspomnienia, tworząc nowe asocjacje. Ale nauka nie odbiera temu zjawisku tajemnicy — przeciwnie, pogłębia ją. Bo nawet jeśli wiemy, jak działa myślenie o świcie, nie wiemy, dlaczego właśnie wtedy czujemy jego wagę.
Po krótce przedstawiłem to, co o pracy mózgu mówi nauka, jak tłumaczy jego działanie. Nie wchodziłem w szczegóły bo to nie moje kompetencje i bałem się aby czegokolwiek nie zniekształcić, a nawet nie przekłamać.
Człowiek jest jedynym stworzeniem, które potrafi obserwować własne myśli. Ta zdolność czyni nas istotami refleksyjnymi — zdolnymi do filozofii, sztuki, wiary. W tym sensie świt jest codziennym cudem ewolucji: chwilą, w której biologia spotyka się z duchowością.
W świetle powyższego chciałbym przywołać jeszcze jedno słowo-wytrych, którego nie znoszę a które niezwykle często jest używane: „wena”. Otóż słowo „wena” pochodzi z łaciny a do języka polskiego weszło poprzez język francuski. To łacińskie „vena” oznacza dosłownie „żyłę”. W starożytności wierzono, że talent twórczy płynie w żyłach artysty, tak jak krew, przepływa przez ciało i umysł twórcy.
Kiedy czytam takie abstrakcyjne wyjaśnienia coraz bardziej przybliżam się do nauki, do kognitywistów, do tego co pisał profesor Dennett. Zatem zanurzymy się w odmęty nauki.
Kognitywiści twierdzą ponadto, że aby myśl mogła zrodzić się o godzinie czwartej nad ranem — jak to mnie się zdarzyło, potrzebuje dwóch środowisk: struktury i swobody.
Zaczniemy od struktury dnia. W ciągu dnia karm umysł faktami, obrazami, argumentami. Niech ma z czego „fermentować”. Czytaj, oglądaj, rozmawiaj — ale bez przymusu. Najlepiej działa rytuał: np. godzina czytania wieczorem tematów, które cię poruszają, ale nie męczą.
Teraz coś, co dotyczy swobody nocy. Sen to czas, gdy wszystkie te wątki mieszają się i szukają wspólnego mianownika. Dlatego nie warto kłaść się spać po telewizji, wiadomościach, emocjach politycznych — wtedy mózg pracuje na cudzych schematach. Przed snem lepiej otworzyć przestrzeń ciszy: krótka notatka, pytanie bez odpowiedzi, fragment muzyki lub wiersza. W moim przypadku jest to ciche słuchanie muzyki: Mozart, Beethoven, Bach…
Oba te przypadki są mi doskonale znane i stosuję się do nich od dawna, wcześniej jeszcze aniżeli poznałem te zasady. Telewizji nie oglądam już od kilku lat i jest mi z tym dobrze, na przepływie informacji nie tracę.
Na koniec podamy jeszcze dwie metody treningowe dla mózgu. Jest ich wiele więcej. Nie są one może najnowsze, ale są znane i przez naukę a dokładnie przez neurologię zalecane od dawna:
I. „Cisza wejścia”. Ten etap to nauka uspokojenia umysłu, ale nie w sensie medytacji religijnej, lecz czysto poznawczym.
Wieczorem, zanim położysz się spać:
— Usiądź prosto, zamknij oczy.
— Oddychaj powoli i zauważ, jak oddech sam się reguluje.
— Zadaj sobie jedno pytanie, na które nie znasz odpowiedzi, np.: „Dlaczego ten człowiek widzi wroga tam, gdzie inni widzą przyjaciela?”, „Co łączy lęk jednostki z lękiem narodu?”
— Nie próbuj odpowiadać. Po prostu pozwól temu pytaniu trwać.
To ćwiczenie wprowadza mózg w stan tzw. preinkubacji — cichego napięcia poznawczego. To właśnie z takiego stanu może urodzić się myśl o czwartej nad ranem.
II. „Mapa półsnu”. Kiedy zdarzy się przebudzenie z ideą, bardzo ważne jest natychmiastowe jej utrwalenie, zanim świadomy umysł zacznie ją „naprawiać”.
— Miej przy łóżku zeszyt i ołówek (nie telefon).
— Zapisz pierwsze słowa, jakie się pojawiają — nawet jeśli są chaotyczne.
— Nie próbuj ich rozwijać od razu.
— Rano przeczytaj i zadaj sobie pytanie: co tu chciałem powiedzieć naprawdę?
Z czasem nauczysz się rozpoznawać charakter tych zapisów. Jedne będą tylko fragmentami snu, inne — czystą ideą, której w dzień byś nie wymyślił.
W psychologii twórczości to etap tzw. inkubacji i iluminacji — od dawna badany u naukowców, kompozytorów, pisarzy. Poincaré, Kekulé, czy Einstein wspominali o podobnych momentach: olśnienie przychodziło, gdy przestali myśleć logicznie.
Wszystkie te „rewelacje” podejrzałem u naukowców, w prasie popularnonaukowej.
Mam nadzieję, że po zapoznaniu się z tym tekstem ubędzie tych, którzy będą nadal uważać, że myślenie to cecha wybrańców lub efekt jakiegoś nawiedzenia. Myślenie to cecha homo sapiens, przy czym jedne osobniki uprawiają myślenie, inne wolą gdy ktoś inny za nie myśli.
Myślenie to efekt pracy nad sobą, która winna rozpoczynać się tuż po urodzeniu a kończyć nie z nastaniem emerytury ale dopiero wraz z ustaniem pracy serca. Od tego momentu myślał będzie za nas już Ktoś Inny, ważniejszy.
Reasumując: ja sam nie dopatruję się w mojej chęci pisania nic nadzwyczajnego. Żadna tam jakaś wena, która rzekomo przypływa i odpływa, a już na pewno nie ma w tym żadnego cudu. To tylko efekt pracy nad sobą samym.
Wiele lat temu na mojej łączce obok domu wyrósł tulipan — tak po prostu, nikt go tam zasiał czy posadził. Ani ja, ani nikt z rodziny do tego się nie przyznawał. Zostawiliśmy go w spokoju oczekując co się stanie. A on rósł, na zimę znikał i tak było przez kilka lat. Któregoś roku nie wyrósł i pamięć o nim zaginęła. — Zapewne już miał dość bo nikt o niego nie dbał, trawy wokół nie wyrywał, gleby nie użyźniał. Po prostu spowszedniał i nikt się nim raczej nie interesował.
Po co ja o tym piszę? — Sam nie wiem, jakoś przypomniał mi się teraz ten incydent.
A może z tym tulipanem było tak, jak z ludzkim mózgiem? Nie używany, zapomniany, po prostu obumiera, jego działanie ogranicza się tylko do podstawowych funkcji życiowych. Rozejrzyjmy się wokół w poszukiwaniu podobnych zjawisk.Cud tworzenia
Rzekł Kartezjusz: „Cogito ergo sum”.
Z wątpienia nielicznych — wiedza.
Wiarą karmiony nieświadomych tłum,
Rozum Renesansu logika wyprzedza.
Każdy talent ma własne przesłanie.
Rozkwita — w cudzie boskiej natury.
Cud tworzenia — gdy się stanie.
Przewróci niewolnicze mury.
Gdy z wiedzy wyrasta życiowa racja,
Splątanie neuronów szczęściem rozkwita.
W kosmosie danych — cyfrowa kombinacja,
„Jak lis z gąską” z żywym talentem się wita.
Wielu ulegnie pokusie łatwości,
Leniwiąc własne wspaniałe neurony.
Niewielu sięgnie cudu rozumienia,
Drogi człowieka do boskiej korony.Muzyka żywego serca
Każda epoka ma własną ciszę,
Tęsknotę, muzykę, bohatera.
Sensowne słowo — gdy napiszę,
Jednych cieszy, innych uwiera.
Każdy smutek o ratunek prosi
W samarytańskiej potrzebie.
Nie każda radość, dobroć przynosi.
Szanuj bliźniego jak samego siebie.
Pamięcią czasu — dzieła cywilizacji,
Jeśli nie zburzy bezmyślna euforia,
Potomni zapomną, o starej racji:
Czego uczyła, ludzka historia.
Muzyka — nasz rytm żywego serca,
Gilmoura, Bacha, Chopina, innych,
Niech nas kołysze — ciszą przewierca,
Aż przeminie burzliwa epoka winnych.3. Wylękniony zbawiciel
_„Każdy, kto ma odwagę prowadzić innych, najpierw musi zmierzyć się z własnym cieniem.”_
Carl Gustav Jung
W ostatnich czasach bardzo różne i bardzo dziwne — wręcz absurdalne — informacje dobiegają do moich skromnych uszu. Przyzwyczaiłem się już nawet do ich napływu i zacząłem je ignorować.
Tej ostatniej informacji — z serii dziwactw politycznych — postanowiłem jednak nie ignorować, uznałem, że dokonam jej analizy, uznałem bowiem, że jej absurdalność sięgnęła już najwyższych szczytów nie tyle absurdu co głupoty.
Dotarła do mnie przestroga, że Francja i Niemcy chcą nas pozbawić państwa, czyli chcą nas zniewolić. Tyle. Żadnych informacji czy trzeba się ewakuować, dokąd — dalszych instrukcji nie było. Myślę, że być nie mogło, bo w obecnych czasach wybór byłby bardzo ograniczony. Skoro zachód nas zamierza zniewolić, zaś za wschodnią granicą wojna i sąsiad nam nieprzyjazny od wieków, od północy Bałtyk, to gdzie mamy uciekać? Do Słowaków lub Czechów?
Ponadto skąd to zagrożenie z zachodu? Ze strony państw należących do tej samej Unii?
Tymczasem na wschodzie atakuje Rosja naszego sąsiada Ukrainę i czyni prowokacje przygraniczne, ale o tym autor tego dziwacznego „odkrycia” nawet nie wspomina. W pierwszej chwili pomyślałem nawet, że najpewniej jest to kolejna prowokacja rosyjska — element wojny hybrydowej.
Kto mógł spreparować taką informację, bowiem prawdy w niej doszukiwać się nie można! Już po kilku chwilach padło słynne „eureka” — tym kimś okazał się być mój rówieśnik, osoba doskonale znana — od lat, od kilkudziesięciu lat z małymi przerwami. Powiedziałem o nim, że rówieśnik chociaż młodszy jest ode mnie — kilka miesięcy, ale to nie jest aż tak istotne. Jego słowa i okrzyki, o dziwo, przypominają mi lata 60-e ubiegłego wieku — nieraz je słyszałem kiedy wygłaszał je ówczesny I Sekretarz PZPR Gomułka. Ten Gomułka też straszył tymi samymi sąsiadami z zachodu, a dokładnie straszył imperializmem zachodnioniemieckim.
Co mogło spowodować, że taką pseudo-prawdę wygłosił ten dzisiejszy osobnik. Zacząłem się zastanawiać, różne fakty z historii a szczególnie z naszych życiorysów przywoływać — począwszy od 1949 roku.
Obaj urodziliśmy się w mrocznym okresie tak zwanej Polski socjalistycznej, tyle tylko, że ja urodziłem się na Ziemiach Odzyskanych a mój ojciec był osadnikiem przybyłym z Polski Centralnej — był rolnikiem czyli po prostu chłopem znającym się jedynie na uprawie roli. On był tym, który uwierzył ówczesnej władzy, też socjalistycznej. Wiarę tę jednak szybko utracił kiedy zagoniono go do kołchozu. Doznałem więc twardych warunków życia, nieraz poza szkołą czekała praca w polu. Poznałem skutki zbyt głośno wypowiadanych poglądów przez ojca — wizyta dwóch panów w kapeluszach i ciemnych płaszczach.
Mój rówieśnik urodził się w Warszawie, jego ojciec chociaż kiedyś żołnierz AK przystąpił do ówczesnej nowej partii i w pewnym momencie został nawet I sekretarzem Komitetu Uczelnianego znanej uczelni warszawskiej. Mama mojego rówieśnika pochodziła z rodziny, z której w latach stalinowskich wywodził się nawet ówczesny minister sprawiedliwości PRL. W takich warunkach mój rówieśnik na pewno nie zaznał biedy ani nie wiedział nic o problemach ludzi takich jak ja. On poznał zupełnie inne życie i inne problemy. Wtłoczono mu do głowy miłość do Związku Radzieckiego i do ówczesnego systemu politycznego.
Piszę o tych sprawach w kontekście pewnego przysłowia, które wielokrotnie słyszałem i czytałem. Oto to przysłowie: — „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Znaczy ono tyle, że nawyki, przyzwyczajenia, wiedza nabyta jak również nabyte cechy charakteru w młodości, ujawniają się później, w dorosłym życiu. Jest to przestroga, że trudne do wykorzenienia wady lub nałogi zdobyte w młodości, mogą wpływać na człowieka przez całe życie. Tak, przez całe życie…
Mam uzasadnione podejrzenia, że właśnie tutaj kryją się główne powody dzisiejszej postawy mojego rówieśnika.
On nie zna żadnego obcego języka, za granicą — poza ZSRR — chyba nie był. Atmosfera domowa w jakiej się wychował była pochodną stanowisk rodziców. Studia odbył w otoczeniu aktywistów partyjnych. Tym sposobem przysłowiowa „skorupka” nasiąknęła wspomnianymi wartościami. Kto teraz głosi inne wartości staje się automatycznie wrogiem, gorszym sortem i zagraża „dobrym” wartościom społecznym.
Takie to wyjaśnienie dzisiejszej postawy mojego rówieśnika przychodzi mi do głowy i jestem przekonany, że jest ono prawidłowe. Do tego dodać możemy jeszcze marzenie mojego rówieśnika jakie wygłosił ponad trzydzieści lat temu. W wywiadzie udzielonym Teresie Torańskiej powiedział ni mniej ni więcej tylko tyle, że pragnie kiedyś zostać emerytowanym zbawcą narodu. Od przypomnienia treści tego wywiadu przestałem poszukiwać dalszych faktów, chociaż na pewno znalazłoby się ich jeszcze wiele. Wszystko to wskazywało, że przypowieść o skorupce zadziałała — pomyślałem.
Zastanówmy się zatem czy przypadek mojego rówieśnika jest odosobniony czy świat zna jeszcze inne, podobne przynajmniej w efektach końcowych przypadki.
W historii narodów powtarza się pewien archetyp: pojawia się człowiek, który głosi, że tylko on widzi prawdę, tylko on rozumie, dokąd zmierza jego ojczyzna i tylko on potrafi ją ocalić przed siłami zewnętrznymi. W czasach niepewności, gdy społeczeństwo odczuwa lęk przed utratą tożsamości, taki przywódca bywa witany jak wybawiciel. Jego misja wydaje się moralna, niemal religijna — „ocalić naród przed upadkiem ducha”. Tak powstała doktryna obrony moralnej — walka nie z armią, lecz z wartościami. W niej zawiera się głębokie psychologiczne źródło tego fenomenu.
Nie jest to przypadek odosobniony i w dalszej części naszych dociekań wykażemy to.
Można by to nazwać również syndromem starzejącego się przywódcy.
Starzejący się przywódca, zwłaszcza taki, który nie ma rodziny, doświadcza specyficznego rodzaju samotności. Otacza go dwór, ale nie ma nikogo, kto powiedziałby mu prawdę. Psychologia organizacyjna określa to mianem syndromu dworu — im dłużej ktoś rządzi, tym mniej słyszy rzeczy trudnych. Informacje, które do niego docierają, są filtrowane przez lojalność i lęk podwładnych.
Taki człowiek zaczyna wierzyć, że jego wizje są obiektywną rzeczywistością. Staje się zakładnikiem własnej narracji. Psychologowie zwracają uwagę, że w późnym wieku nasilają się dwa zjawiska: poznawcza sztywność i emocjonalna kompensacja. Pierwsza sprawia, że człowiek interpretuje nowe fakty przez stare kategorie. Druga że brak bliskości emocjonalnej rekompensuje więzią z abstrakcyjną wspólnotą: narodem, partią, ideą.
Naród staje się wówczas rodziną, którą trzeba ochronić, a każdy sprzeciw — to zdrada. Przywódca zaczyna mówić językiem ojca, który wie lepiej, co dobre dla jego dzieci. W jego umyśle miesza się więc polityka z emocją: logika z troską, a troska z podejrzliwością. W miarę jak świat przyspiesza, jego percepcja staje się obronna. Nowoczesność — liberalna, różnorodna, pełna sprzeczności — jawi mu się jako chaos. Rosja natomiast, choć brutalna, wydaje się uporządkowana. W autokracji rozpoznaje coś znajomego — prosty porządek siły.
Nasz bohater znał przecież takich autokratów, którzy byli wszystkim — w tym również byli prawem stojąc nad prawem przynależnym zwykłym ludziom. Stalin, Gomułka i pozostali gensekowie sowieccy.
Żaden przywódca nie trwa długo bez poparcia mas –nieważne, że poparcie to jest zmanipulowane. Dlatego jego psychologia zyskuje wymiar socjologiczny: lęk jednostki staje się lękiem zbiorowym.
Wiele społeczeństw, szczególnie tych o silnym doświadczeniu zależności, reaguje na globalizację poczuciem zagrożenia. Migracje, zmiana obyczajów, presja integracji europejskiej — wszystko to budzi niepokój. Przywódca, który potrafi nadać temu niepokojowi słowa, staje się tłumaczem zbiorowych emocji.
Zachód w jego narracji symbolizuje utratę kontroli: moralnej, ekonomicznej, kulturowej. W ten sposób tworzy się mit oblężonej twierdzy. Naród, nawet jeśli nie jest zagrożony fizycznie, zaczyna wierzyć, że jest atakowany duchowo.
To klasyczny mechanizm mobilizacji przez strach. Nie trzeba już wielkich reform, wystarczy podtrzymywać poczucie zagrożenia. A skoro Zachód staje się źródłem zagrożenia, każdy wewnętrzny krytyk — intelektualista, dziennikarz, opozycjonista — zostaje uznany za agenta obcych interesów.
Socjologia władzy zna ten proces od dawna. Strach scala wspólnotę skuteczniej niż entuzjazm. Strach wymaga wodza, entuzjazm wymaga dialogu. Wódz którego wybiera strach staje się automatycznie nieskazitelny, jest totalnie bezbłędny.
Teraz kilka nazwisk wybranych z historii, ludzi którzy widzieli się w roli zbawców.
Charles de Gaulle, choć demokratyczny, w późnych latach życia widział w Stanach Zjednoczonych większe zagrożenie dla francuskiej suwerenności niż w ZSRR. Wyprowadził Francję z NATO. Zresztą wiele państw zachodnioeuropejskich widziały w Stalinie wybawcę i oswobodziciela niemal całego świata.
Władcy autorytarni, jak Nicolae Ceausescu, przemieniali ideę niepodległości w kult własnej osoby — z uporem i stopniowo.
Józef Piłsudski pod koniec życia również tracił zaufanie do Zachodu, szukając złudnej równowagi między Niemcami a Rosją. Ostatnie kilka lat jego życia trąciły nawet kultem jednostki.
Wszyscy oni mieli wspólny rys: poczucie misji połączone z samotnością. Uważali się za ostatnich obrońców porządku, który świat odrzucał. W ich oczach świat stawał się coraz bardziej obcy, a oni — coraz bardziej konieczni.
Każdy z nich w końcu przegrywał nie z przeciwnikiem zewnętrznym, lecz z czasem. Czas odbierał im zdolność rozumienia nowych pokoleń. Ich słowa traciły rezonans, bo społeczeństwo uczyło się mówić innym językiem.
Bez większego ryzyka można powiedzieć, że podobny los odrzucenia i zapomnienia czeka mojego rówieśnika — ja mu tego życzę.
On, który dziś odwraca się od Zachodu, a milczy wobec Wschodu, działa według tego samego wzorca. Jego polityka to mieszanina troski i resentymentu. Mówi, że broni wolności, lecz w istocie broni pamięci o dawnym świecie, w którym on sam był młody, silny, potrzebny.
Jego retoryka przybiera ton proroka: „Nadchodzi czas próby”, „musimy się bronić”, „oni chcą odebrać naszą tożsamość”. Każde „oni” jest niejasne — to siła jego słów. Nie trzeba wskazywać konkretnego wroga, wystarczy wzbudzić emocję.
Psychologia polityczna nazywa to strategią niedookreślonego zagrożenia — pozostawia ono przestrzeń na projekcję lęków odbiorcy. Jedni widzą w tym zagrożenie ekonomiczne, inni kulturowe, jeszcze inni religijne. Przywódca, niczym zwierciadło, odbija ich obawy i tym cementuje poparcie.
Problem polega na tym, że taki przywódca nie tworzy następców. Zbawca nie może mieć rywali. Wszyscy, którzy mogliby myśleć samodzielnie, zostają odsunięci. Władza personalna, pozbawiona korekty, staje się systemem samozamkniętym.
No cóż, mój rówieśnik w pewnym sensie jest postacią tragiczną. Nie kieruje się cynizmem, lecz wiarą. Nie nienawiścią, lecz lękiem. Chciałby ocalić wspólnotę, lecz przez swoją nieufność wobec świata pogłębia jej izolację.
Filozoficznie rzecz ujmując, jego dramat polega na pomieszaniu dobra z kontrolą. Wierzy, że tylko on wie, jak ocalić naród, a więc każde inne spojrzenie wydaje mu się zdradą.
Historia jednak uczy, że narody dojrzewają przez dialog, nie przez lęk. Gdy więc zbawca w końcu milknie, społeczeństwo powoli odzyskuje oddech. Zaczyna mówić własnym głosem, już bez pasterskiego tonu. Nawet ci, opuszczeni przez „zbawcę” teraz doznają ukojenia, pięści im się rozwierają chociaż na razie nic nie mówią i jeszcze długo nie będą mówić.
I wtedy okazuje się, że zbawienie, którego obiecywał, było w rzeczywistości lękiem przed zmianą, a nie przed utratą wolności.
Tak sobie myślę, że gdybym teraz poprosił mojego przyjaciela Sokratesa aby spojrzał na mojego rówieśnika, to co by mu powiedział? — Jestem pewien, że powiedziałby bardzo spokojnie:
„Nie bój się świata, który się zmienia. Bój się siebie, gdy przestajesz pytać.”
Bo władza, która przestaje pytać, staje się już tylko cieniem własnego mitu. A mit zbawcy, nawet jeśli urodził się z patriotyzmu, zawsze kończy się w samotności.
Na zakończenie muszę jednak jeden fakt podkreślić z wielkim naciskiem bowiem wyczuwam tu elementy zdrady. Otóż mój rówieśnik straszy zachodem a nie słyszę z jego strony jednego słowa potępienia Rosjan a dokładnie potępienia Putina za napad na Ukrainę. Nawet nie reaguje na prowokacje rosyjskie z dronami przy naszej granicy. Po jego dawnych wizytach w ambasadzie rosyjskiej odnoszę wrażenie, że stał się przyjacielem Rosjan — nie koniecznie z własnej woli. Kiedyś wyrażał nawet podziw dla stylu sprawowanej władzy przez ich prezydenta a w szczególności jego działania ponad prawem stanowionym. Powiada, że władza winna mieć przywilej działania ponad prawem — prawo jest dla pospólstwa. Jego wzorzec sprawowania władzy wzięty ze wschodu przeraził mnie, ale w żaden sposób nie zdziwił. To strach nim powoduje.
Ja poznałem Rosjan w czasach kiedy nazywaliśmy ich jeszcze Sowietami. Mieszkałem obok nich przez pięć lat w Legnicy. Oni nie mają szacunku dla nikogo, dla Polaków w szczególności. Dzisiaj jestem tego samego zdania co pisarz Józef Mackiewicz. On twierdził, że z Rosjanami się nie pertraktuje bo oni nigdy nie dotrzymują słowa — to nie leży w ich naturze. Problemy z Rosjanami rozwiązuje się jedynie przy użyciu siły fizycznej.
Wszystkie państwa zachodnie dopiero niedawno to zrozumiały — już po napaści na Ukrainę a szczególnie po pierwszych próbach skłonienia Putina do rozmów pokojowych. Ostatnim z nich był prezydent Trump, chociaż nie jest to jeszcze takie pewne.
Tacy ludzie jak wspomniany pisarz Józef Mackiewicz czy ja sam, doskonale wiedzieliśmy i wiemy, że Rosjanie nigdy i z nikim nie zawarli porozumienia pokojowego. Nawet kiedy przegrali i zniszczyli napadnięty kraj, wycofywali się ogłaszając zwycięstwo — czy nie tak było w Afganistanie?
Uwaga: Mówiąc o moim rówieśniku wiem kogo mam na myśli. Moim czytelnikom proponuję porzucić zamiar dociekania tego nazwiska.