Nieśmiały chłopak od trzech atlasów - ebook
On jest baaardzo nieśmiały, a ona… raczej nie. Choć ciekawe, czy to prawda, że z kim się zadajesz, takim się stajesz?
Julia pragnie tylko jednego – zostać chirurgiem. Nie dostaje się jednak na wydział lekarski i trafia na stomatologię. W jej życiu nie ma miejsca na nic poza nauką. Może z tego powodu najpierw dostrzega trzy wspaniałe podręczniki – atlasy anatomiczne – a dopiero później ich właściciela. Chłopak od trzech atlasów, mimo zerowych umiejętności rozmawiania z piękną dziewczyną, jakoś sobie radzi. W jego przypadku można śmiało powiedzieć, że cudem. Zestresowany potrafi bowiem palnąć coś nieodpowiedniego, by koncertowo spartolić kluczowy moment. Na szczęście Julia z wypiekami na twarzy czeka na jego nieporadne gesty i na liściki, które piszą do siebie na zajęciach. Tylko co, jeśli się okaże, że największą przeszkodą w miłości nie jest brak odwagi, a coś, co odebrało ją dużo wcześniej?
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-976516-4-7 |
| Rozmiar pliku: | 3,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Julia
Pociąg zatrzymał się na Centralnym. Podniecenie wprost szarpnęło moimi wnętrznościami. Wysiadłam kompletnie oszołomiona i od razu napełniłam płuca potężnym haustem powietrza. Chciałam już poczuć zapach formaliny z prosektorium, na razie mogłam go sobie jednak tylko wyobrazić. Czym prędzej ruszyłam szlakiem wyznaczonym przez nawigację. Ledwie rejestrowałam chłód i dźwięki dworca, na Pałac Kultury i Nauki nawet nie zerknęłam. Interesował mnie wyłącznie pewien potężny gmach, znajdujący się na Chałubińskiego. Dostrzegłam go na horyzoncie zaledwie po chwili. Poczułam ciarki na całym ciele. Wyłączyłam telefon i przyspieszyłam, a pięć minut później zatrzymałam się i zamarłam z zadartą brodą.
COLLEGIUM ANATOMICUM – głosił szyld. Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Nikt nie mógł odebrać mi tego, jak byłam z siebie dumna. Serce kołatało w piersi, do oczu cisnęły się łzy.
Oto znalazłam się na terenie kampusu Lindleya w centrum Warszawy. Oto stałam przed miejscem, które studenci medycyny nazywają potocznie Anatomikiem – i właśnie od teraz ja również mogłam to robić. Ponieważ…
Oto czas zacząć studia. A to było moim celem od tak dawna.
Poprawiłam wysłużoną torbę i wyprostowałam się triumfalnie, a następnie ruszyłam w ślad za tłumem młodych ludzi.
To przyszli lekarze. Jak ja…
Budynek z zewnątrz zrobił na mnie ogromne wrażenie tylko ze względu na to, jaką pełnił funkcję. Środek jednak…
Wow.
Rozdziawiłam usta, stając w przejściu jak wryta. Ktoś na mnie wpadł, ale zaraz zniknął bez słowa. Znów poszłam za innymi. Chłonęłam każdy szczegół – wysokie sufity, szerokie schody niczym w pałacu, zdobione balustrady, żyrandole i marmury. Dużo marmurów. Przestrzeń wypełniały podekscytowane głosy studentów.
A we mnie ekscytacja mieszała się z przerażeniem. Obawiałam się, że popełniam olbrzymi błąd. W głębi duszy wiedziałam, że tak.
Nie trafiłam na Warszawski Uniwersytet Medyczny w odpowiednim charakterze…
Miałam sprecyzowany cel, wiedziałam, kim chcę zostać – chirurgiem. Kusiła mnie też pediatria. Pragnęłam jednak przede wszystkim otwierać klatki piersiowe, a nie je osłuchiwać. Można by połączyć jedno z drugim, wybierając chirurgię dziecięcą. Ale wykluczyłam ją dawno temu. Byłam na to za miękka. Zresztą to i tak nie miało teraz znaczenia. Jeśli musiałabym nazwać rzeczy po imieniu, stwierdziłabym, że z każdym schodkiem, który właśnie pokonywałam, grzebałam swoje marzenia. Wmawiałam sobie, że ten zawód to tylko iluzoryczne pragnienie, że naoglądałam się zbyt wielu seriali. Z całą pewnością miałam świadomość, że moje wyobrażenia zniekształcały rzeczywistość pracy w służbie zdrowia – wiedziałam, że życie nie wygląda jak na filmach i że lekarze zderzają się z tak frustrującymi formalnościami, że ich pierwotna, altruistyczna chęć niesienia pomocy w pewnym momencie wyparowuje, a w jej miejscu pojawia się permanentna znieczulica.
I to właśnie stanowiło dla mnie wyzwanie, które zdecydowałam się podjąć – pokazać wszystkim, że da się pozostać wybitnym specjalistą z sercem na dłoni. Nie byłam święta, skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie miałam w sobie pewnej próżności. Pragnęłam prestiżu, podziwu, by ludzie zaczęli postrzegać mnie jako kogoś na kształt Boga. Biały kitel, drewniaki i stetoskop przewieszony przez szyję tworzą tę majestatyczną aurę, której potrzebowałam dla docenienia własnych wysiłków i zwieńczenia sukcesu – bo wyrwanie się z głębokiej wsi do stolicy dla większości znanych mi ludzi było niemal jak oszukanie przeznaczenia, a studia medyczne to już w ogóle abstrakcja. Nikt poza mamą nigdy nie wierzył, że mi się uda. Gdy byłam mała, chciałam udowodnić coś sceptykom, ale szybko zaczęły mi przyświecać inne wartości. Pragnęłam uratować choć jedno ludzkie życie. Ten właśnie cel determinował mnie przez ostatnie lata, pozwalając mi pokonać najtrudniejsze przeszkody, a tych napotkałam dużo.
Pochodziłam z maleńkiej wsi, w której rzecz jasna nie było szkół. Musiałam dojeżdżać rozlatującym się autobusem czterdzieści minut w jedną stronę, a zimą i godzinę.
Przez całe liceum, które w żadnym wypadku nie należało do dobrych, kułam. Nie płakałam z powodu braku jakiegokolwiek życia towarzyskiego. Oszczędzałam każdy grosz i uniknęłam brania korepetycji. Sama natomiast udzielałam odpłatnie lekcji młodszym rocznikom. Jedna rodzina zatrudniła mnie, bym uczyła języka angielskiego ich dziecko, właściwie niemowlaka. Miałam mu tylko czytać książki, obojętnie jakie. Nieważne, że połowy tekstu sama nie rozumiałam ani że dziecko spało. Jego rodzice życzyli sobie, żebym czytała. Taniej wyszłoby im puszczenie audiobooka, ale nagranie nie pilnowałoby przy okazji ich pociechy. To była rozkoszna praca. W porównaniu z następną, która zmieniła wszystko…
Moje horyzonty trochę się poszerzyły. Specjalizacja przestała być istotna. Wiedziałam tylko, że już nigdy nie chcę tyrać fizycznie tak jak przez ostatnie cztery miesiące. Spędziłam je w Anglii. Ten wyjazd sam w sobie był niezwykle ryzykowny dla samotnej osiemnastolatki, ale postawiłam wszystko na jedną kartę i ostatecznie zarobiłam pieniądze pozwalające mi przetrwać w stolicy przez najbliższe pół roku. Osiągnęłam to, pracując na dwie zmiany w dwóch różnych fabrykach.
Gdyby nie determinacja, by studiować, nie wytrzymałabym tygodnia. Żyłam jak zombie. Byłam pewna, że widok niewyspanych ludzi czekających na autobus o świcie już zawsze będzie wzbudzał we mnie litość i sprawiał, że poczuję olbrzymią pokorę. Nie chciałam, żeby moje życie wyglądało w ten sposób. To jak koszmar, który codziennie zaczyna się od nowa. Poza tym rosłam, obserwując zaharowującą się mamę, i tyle wystarczyło, aby przepełniły mnie duże ambicje.
A teraz bałam się, że popełniam błąd, wykorzystując zgromadzone środki i niwecząc te wszystkie wysiłki na jakiś plan B. Mimo że złożyłam podanie na kilka uniwerków w Polsce, nigdzie nie dostałam się na kierunek lekarski. Przyjęto mnie za to na kierunek lekarsko-dentystyczny, zwany potocznie stomą czy też lek-dentem.
Bez wątpienia stomatolog to lekarz, ale…
„Co robi dentysta, gdy zasłabnie mu pacjent? Dzwoni po lekarza”.
Jeszcze nawet nie rozpoczęłam pierwszych zajęć, a ten żart usłyszałam w tle już parę razy…
Doskonale wiedziałam, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I z każdą sekundą prześladowało mnie to coraz bardziej. W głowie huczało, że przecież nie wszystko skończone. Mogłam zrobić sobie przerwę, wykorzystać ją na naukę, pracę i odłożenie większej ilości gotówki, a następnie poprawić maturę i dostać się na wymarzone studia za rok. Przeszłam samą siebie, żeby osiągnąć cel, jakim było dostatnie się tutaj. Czy naprawdę powinnam całkiem porzucić pierwotne marzenie?
Jednocześnie stomatologia miała ogromne plusy. Edukacja o rok krótsza niż na lekarskim. Tu po pięciu latach robiło się dwunastomiesięczny płatny staż i tym samym zaczynało się pracę w zawodzie. Studenci lekarskiego w tym czasie dopiero kończyli studia, by potem zacząć staż, a po nim wieloletnią specjalizację. Na chirurgię mogły pozwolić sobie dzieciaki, których wspierali rodzice. Ja na wszystko musiałam zarobić sama, a nastawiałam się na tak dużo nauki, że obawiałam się o możliwości dorabiania. Ale nie użalałam się nad sobą. Nigdy.
Brałam na klatę to, co przynosił los, i starałam się iść do przodu.
Stomatologia to dobry wybór, Julka – przemówiłam sobie do rozsądku.
Mimo to tlił się we mnie pewien zawód…
Decyzja, którą chyba już podjęłam, miała rzutować na całe moje życie. Stać się moim przyszłym życiem.
A więc stomatologia?
To pytanie błąkało mi się w umyśle, kiedy zastygłam na widok przeludnionego korytarza na piętrze.
To z tymi ludźmi spędzę najbliższe pięć lat…3
Nestor
Przez środek jej czoła biegła pionowo wypukła żyła i było to tak niespotykanie urocze, że wryło mi się w mózg. Ten moment zaintrygował mnie na długo…
Przez całe zajęcia uporczywie myślałem o tym, że chciałbym jeszcze raz zerknąć na twarz dziewczyny. Kiedy jednak ponownie poczułem na sobie jej wzrok, nie odwzajemniłem spojrzenia. Prędzej zdobyłbym Mount Everest w klapkach, niż to zrobił. Florian, który obiecał czekać na mnie przed salą, twierdził, że moja nieśmiałość nie zna granic, i pewnie miał trochę racji. Prawda była natomiast inna. Nie mogłem zdradzić jej nikomu. Znałem ją bowiem wyłącznie ja i dosłownie paraliżowała mnie ona do tego stopnia, że automatycznie pokręciłem głową, by przepędzić nagłą nieproszoną myśl. Został mi po niej przyspieszony oddech i uczucie, którego nie mogłem znieść.
Błagam, niech to minie. Niech to minie i nie wraca.
Nieprzyjemny stan towarzyszył mi dalej, gdy wspinałem się po schodach ku wyjściu z auli, ale widok znajomej twarzy w końcu przyniósł ulgę.
Uścisnęliśmy sobie z przyjacielem dłonie, mimo że widzieliśmy się rano. Mieszkaliśmy razem od początku wakacji, a teraz studiowaliśmy na tej samej uczelni. On był już na czwartym roku, dlatego dzięki jego opowieściom wcale nie czułem, jakbym dopiero zaczynał swoją przygodę.
– I jak pierwsze zajęcia? – Jego głos przebił się przez harmider.
– W porządku. Idziemy?
Zrobiłem krok, a Florian się roześmiał.
– Jak nie poznasz ich od razu, to potem będzie trudniej.
Wiem, no!
– Chodź. – Wbiłem w niego naglący wzrok. Kątem oka widziałem katastrofę, nim ta jeszcze przybrała kształt i zyskała dźwięk…
– Hejka. Klaudia. – Dziewczyna wyciągnęła rękę, a zaraz za nią druga.
– Paula.
W pierwszej chwili zdębiałem, jak zawsze. Na szczęście mój kompan przejął kontrolę nad sytuacją.
– Cześć. Florian, a to Nestor – powiedział, wymieniając uściski dłoni. Ja tymczasem wypuściłem z siebie westchnienie rezygnacji i zamierzałem przyjrzeć się intruzkom, ale mój wzrok przykuła dziewczyna z żyłą na czole.
Jezu, jaka ona chuda…
Aż się prosiła, żeby zabrać ją na obiad.
– W której grupie jesteście?
– Ja jestem już na czwartym roku, a Nestor…
Słyszałem w tle wymianę zdań. Przynajmniej dopóki nie zostałem przyłapany na przyglądaniu się.
Spanikowałem.
– Spieszymy się – wypaliłem. Jednocześnie złapałem Floriana za łokieć i pospiesznie go pociągnąłem, byle jak najdalej stąd.
– Luz! Wpadnijcie potem do Medyka!
– Do zobaczenia! – krzyknął Florian.
– Już wolę iść na Schodki – bąknąłem. Z dwojga złego lepiej w tę stronę.
– Jedno nie wyklucza drugiego, przyjacielu. Zadbam, żebyś poznał każdy aspekt studenckiego życia!