Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 sierpnia 2013
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny - ebook

Najnowszą książkę Andrzeja Szczeklika czyta się, jak i poprzednie, z zachwytem i podziwem dla erudycji i stylu Profesora, ale też ze ściśniętym sercem - oto czytamy dzieło wydane pośmiertnie, niezwykłym zbiegiem okoliczności zatytułowane przez Autora Nieśmiertelność. Podtytuł Prometejski sen medycyny mówi o marzeniach Wielkiego Lekarza, które podzielał ze swoimi słynnymi poprzednikami oraz badaczami współczesnymi - o ludzkim pragnieniu nieśmiertelności.

Andrzej Szczeklik był obserwatorem, świadkiem, a także współtwórcą niebywałego postępu, jaki za jego życia dokonał się w medycynie. O najnowszych badaniach nad klonowaniem, genomem i osiągnięciach medycyny nuklearnej pisał w sposób porywający i zrozumiały dla zwykłych śmiertelnych - podobnie jak o mitologii i magii, medycynie starożytnych Egipcjan i Greków, rytuałach Azteków i szamanów syberyjskich. Etyczne dylematy nauki współczesnej postrzegał z perspektywy człowieka głęboko zakorzenionego w kulturze i wartościach.

Nieśmiertelność pozostanie testamentem wielkiego humanisty, który współczesna medycyna powinna - w swoim i naszym interesie - odczytać i wypełnić.

Kategoria: Filozofia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-2261-8
Rozmiar pliku: 3,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ANDRZEJ WAJDA

WSTĘP

Pod koniec zeszłego roku w Krakowie, w czasie mojej kolejnej wizyty lekarskiej, Andrzej Szczeklik wdał się ze mną w rozmowę o swojej nowej książce, nad którą wtedy intensywnie pracował.

Patrząc na mego Przyjaciela, często myślałem, dlaczego to właśnie jemu, znakomitemu i tak znanemu lekarzowi, nie wystarcza medycyna, ciekawi go tyle spraw i szuka odpowiedzi na tyle pytań. Jako lekarz był przecież świadkiem chwil natchnienia częściej niż artyści, doznawał zdumiewających skojarzeń i niespodziewanych odkryć. Przecież medycyna – jak pisał – jest Sztuką. Może tu właśnie kryje się tajemnica jego niezwykłej osobowości.

A choć moja lekarska wizyta i tak się już przedłużyła – nie spieszył się z zakończeniem naszej rozmowy. Widziałem, jak wiele się po tym, co napisał, tym razem spodziewa. Do jednego pytania powracał – tytuł książki, _Nieśmiertelność_, budził jego niepokój i niepewność.

– Czy to nie za wiele obiecuje? – pytał kilkakrotnie…

Może to niewłaściwe skojarzenie, ale ja sam, kiedy przed laty po raz pierwszy zasiadłem w fotelu po Fellinim w gronie Nieśmiertelnych Francuskiej Akademii – nie byłem pewien, czy nie czynię czegoś niestosownego, przyjmując ten tytuł.

Ale dręczy mnie przypuszczenie, że Andrzej myślał o Nieśmiertelności z punktu widzenia nie literatury czy sztuki, lecz medycyny.

W żadnej z jego dotychczasowych książek nie czytałem tylu tak szczegółowych rozważań o postępie medycyny jak w tej, i o tylu dowodach na jej skuteczność i szanse rozwoju. Potwierdzenia szukał w wydłużającym się w ostatnich latach tak znacznie ludzkim życiu.

Cóż z tego – ta Nieśmiertelność, jak zawsze, znika z naszych oczu i dzisiaj.

Mój przyjaciel i lekarz przywołał na stronach swego ostatniego dzieła postacie szczególnie zasłużone dla Dobrej Śmierci: Brata Alberta – Adama Chmielowskiego, Matkę Teresę, Cicely Saunders i Alberta Schweitzera. Jeśli Nieśmiertelność się oddala, potrzebujemy już nie lekarzy, ale mocnej i niezawodnej ręki, która pomaga nam uchylić drzwi Nieśmiertelności – nie tej, którą zostawiamy tutaj dzięki swoim dokonaniom, a których nieśmiertelności zagraża słaba i ułomna ludzka pamięć – ale tej prawdziwej, z którą się już nie rozstaniemy.

Może dlatego tę książkę, po tak niespodziewanym odejściu Andrzeja, czytamy ze ściśniętym gardłem.

_Warszawa 21.02.12_MIT

Choroby szły z człowiekiem przez dzieje. Jedne wypełniały tysiąclecia, inne – zjawiały się i znikały. Za mojego życia lekarskiego odeszła kiła i niektórzy mówią, że wtedy zaczął się naprawdę… schyłek sztuki. Znikła gorączka reumatyczna, a z nią młodzieńcze wady serca, od których tłoczno było w szpitalach. Obie wymazała penicylina.

Jakże się medycyna, za mojego życia, zmieniła!

Pierwsze lata studiów. Dziecięcy oddział zakaźny. Mali pacjenci zamknięci w potężnych metalowych skrzyniach. Sterczą tylko główki i nóżki. Żelazne płuca cisną na drobne porażone piersi, które nie potrafią same oddychać. Respiratorów nie znano, leczenia też nie. Nie ma dziś choroby Heinego-Medina, próżno szukać żelaznych płuc.

Kończę studia. Do kliniki zwożą zawały serca, jeden za drugim. Kładziemy chorych do łóżka, zabraniamy wstawać przez cztery tygodnie, podajemy morfinę. To wszystko, czym dysponujemy. Ach, jeszcze upust krwi. Wielu nie przeżywa. Dziś, kiedy rano w klinice odbieram raport, dyżurny lekarz melduje mi: w nocy przyjęliśmy siedemdziesięciopięcioletniego mężczyznę ze świeżym zawałem, wykonaliśmy koronarografię, otworzyliśmy zamkniętą tętnicę wieńcową balonikiem i zabezpieczyliśmy trzema stentami. Po czterech dniach ten chory o własnych siłach opuszcza szpital.

Zaczynam dyżurować. We Wrocławiu skutym zimą stulecia przywożą nam o trzeciej nad ranem mężczyznę znalezionego nad Odrą. Zamarzł w temperaturze minus trzydzieści pięć stopni Celsjusza. Sztywny i zimny jak sopel lodu, nie oddycha, serce nie bije. Rzucamy się na niego z pielęgniarką. Ona oddycha „usta-usta”, ja masuję serce, tak jak to pierwszy raz opisano w Stanach Zjednoczonych kilka miesięcy wcześniej. Wśród oparów denaturatu wraca życie. Nazajutrz chory opuszcza klinikę, na własnych nogach, zwymyślawszy mnie wcześniej za to, że zginęła mu paczka papierosów Ekstra Mocnych.

Mija kilka lat. Uczę się do specjalizacji. Czytam najprzeróżniejsze teorie powstania wrzodu żołądka, z którego powikłaniami leży co piąty, szósty chory na oddziale. O te same teorie pytam parę lat później studentów. Upłynie jednak dwadzieścia lat i okaże się, że przyczyną choroby jest bakteria. Wprowadzone zostaną arcyskuteczne leki i dziś trudno nawet takich chorych znaleźć – studentom do pokazania. Znikają też poreumatyczne wady serca. A przecież to były, od wieków, klasyki. Jeśli student na egzaminie nie wysłuchał wady serca – zwężenia zastawki dwudzielnej – jeśli jednym tchem nie wyrecytował, iż cechuje ją: akcentacja tonu, szmer rozkurczowy presystoliczny i trzask otwarcia – to egzamin kończył się dla niego fatalnie. Mnie o to pytano, ja tego pytałem, a dziś nikt o to nie pyta. Bo nie widzi się już takich chorych. I duża krakowska Klinika Wad Serca została po prostu zamknięta.

Wraz z całym światem czekam na wiadomości z Kapsztadu, gdzie 3 grudnia 1967 roku Christiaan Barnard wyjął z piersi chorego serce zniszczone przez zawały i wszył w to miejsce serce kobiety, która zginęła w wypadku. Dwa zespoły operowały równocześnie, jak w transie, zaczarowane muzyką. Z głośników na sale operacyjne płynął tęskny motyw powracający w nowych barwach, rozpięty na pulsującym rytmie, wznoszący się _crescendo_, wciąż wyżej i wyżej – ku kulminacji. Grano _Bolero_ Ravela. Dziś tysiące ludzi chodzi z przeszczepionym sercem. U osiemdziesięciu procent z nich średni czas życia po operacji przekracza pięć lat.

Jestem już po specjalizacji, po habilitacji. Nie wiem jeszcze, że w najbliższych latach wejdą do kliniki ultrasonografy i echokardiografy, a za nimi tomograf komputerowy i wreszcie – rezonans magnetyczny. Ruszą badania kliniczne DNA, zejdziemy na głębszy poziom poznania, medycyna – przyswoiwszy sobie biochemię – zacznie nabierać barw molekularnych. Czas życia w XX wieku wydłuży się o dwadzieścia pięć lat. Wylęgną się jednak nowe choroby czyniące spustoszenie, by wspomnieć choćby o wirusowych – HIV, zapaleniu wątroby, raku szyjki macicy i wielu innych.

Wreszcie wkraczamy w nowe milenium. Z odczytanym genomem. Z niebotycznymi nadziejami. Marzymy o medycynie regeneracyjnej, o implantowaniu komórek macierzystych, zdolnych zastąpić każdą – wydaje się – komórkę uszkodzonego narządu. I nawet problemy etyczne związane z klonowaniem czy użyciem zarodków ludzkich odejdą – sądzimy – niedługo w cień. Od niedawna bowiem potrafimy reprogramować dojrzałe, wykształcone komórki. Przemieniamy komórki ze skóry twarzy czy ręki w komórki najmłodsze, macierzyste. Cofamy wskazówki zegara do najwcześniejszego okresu ich istnienia, by zaczęły swoje życie od nowa. Jesteśmy świadkami fenomenalnego, nieznanego dotąd w historii rozwoju biologii i medycyny. I można śmiało powiedzieć, iż podczas gdy w skali wszechświata żyjemy w czasie po Wielkim Wybuchu (_Big Bang_), to na naszej planecie czas znaczy eksplozja medycyny.

Zmienia się relacja między lekarzem a chorym. Odszedł paternalizm dominujący jeszcze przed ćwierć wiekiem. Nie zostawiono na nim suchej nitki. Paternalizm to postawa lekarza nawiązująca do roli ojca rodziny, który troszczy się o dobro swoich dzieci, nie uwzględniając ich zdania. Autorytarne podejście do chorego zostaje uznane za sprzeczne z imperatywem emancypacji – współczesnej tendencji do wyzwolenia człowieka z jego społecznych, kulturowych, a nawet biologicznych ról. Lansuje się model konsumpcyjny. Lekarz jest w nim sprzedawcą usług medycznych, podobnie jak sprzedaje się inne usługi handlowe na wolnym rynku. Ma być neutralny, może radzić – i to lepiej z dystansu – ale nie wpływać na decyzję chorego. Zresztą nawet radzić nie bardzo ma już kiedy. Spętany siecią obowiązków administracyjnych, wtłoczony w tryby machiny „służby zdrowia” coraz rzadziej znajduje czas na rozmowę z chorym. Na ten upośledzony kontakt żalą się pacjenci. To ich najczęstsza skarga, nawet w bogatych krajach, gdzie opieka zdrowotna stoi wysoko. Substancja medycyny zostaje naruszona tak dalece, iż słyszy się głosy, że Hipokrates nie poznałby we współczesnych medykach swoich uczniów. A równocześnie ta eksplozja wiedzy lekarskiej, ten fenomenalny rozwój, to otwarcie perspektyw na skalę dotychczas niewyobrażalną…

Jeśli lekarz zanurzony jest w zmienności, jeśli za życia jednej generacji, za mojego życia, zmieniają się radykalnie choroby i sposoby ich leczenia, a nawet relacje z chorym, to co w medycynie trwa? Czy ma ona swój _constans_? Swoją stałą struktury subtelnej – ten fundament, jaki mają fizycy teoretycy? Coś, co ją drąży, krąży w niej, jak sok w roślinie, i pcha ją w jednym kierunku? Urzeczenie, które ją w sobie więzi? Mit, co ma moc prawodawczą i nie tylko kształtuje świat, ale także zmusza do takiego, a nie innego w nim postępowania? Słowem, mit, który nosi w swojej krwi, o którym śni medycyna. Ten sen, jeśli istnieje, należałoby zrozumieć. Gdyby tu był z nami biblijny Józef, syn Jakuba, nazwany „królem snów”! Ale i bez niego warto się nad tym snem zatrzymać. Bo przecież – jak czytamy w Talmudzie – „Niezrozumiany sen jest jak nieodczytany list”.

Książka ta stara się ów sen odczytać i zrozumieć. Szuka jego wytłumaczenia w antycznej Grecji, u syberyjskich oraz azteckich szamanów i w Egipcie faraonów, by przenieść się w czas współczesny, do wydarzeń, których autor nieraz był świadkiem. Z nieprzebranego skarbca medycyny wybiera historie i ludzi o olśniewającym blasku, którzy zapadli na trwałe w pamięć piszącego te słowa.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij