Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Niespotykane piękno - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
10 kwietnia 2019
Czytaj fragment
Pobierz fragment
38,33
Cena w punktach Virtualo:
3833 pkt.

Niespotykane piękno - ebook

Pod słodkim różem sukni skrywa doświadczenia wojny… a będzie ją czekać kolejna.

Pospolitej urody Eleonora Braddock uważa, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Jedynym, co nadaje sens jej życiu, jest chęć odnalezienia wdowy po żołnierzu, którego słowa słyszała tuż przed jego śmiercią. Zmagając się z trudnościami i opieką nad ojcem, przyjeżdża do rezydencji Belmont, do ciotki Adelicii Acklen, najbogatszej kobiety w Ameryce… Eleonora dobrze wie, co podpowiada jej serce, ale także… że ciotka nigdy nie pochwali jej wysiłków…

Arcyksiążę Marcus Gottfried ucieka od życia, w którym musi spełniać oczekiwania wynikające z jego urodzenia. Zataja pochodzenie, pragnąc poświęcić się pasji przyrodniczej i architekturze. Lecz współpraca z klientem może być trudna… Choć sam klient – a właściwie klientka – okazuje się bratnią duszą. Czy jednak skrywane tajemnice pozwolą o sobie zapomnieć?

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66297-21-0
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Powieść ta, choć w większości fikcyjna, zawiera też wiele faktów i prawdziwych postaci. Jednym z przykładów jest rezydencja Belmont w mieście Nashville, która została wzniesiona w 1853 roku, stoi tam do dziś i jest otwarta dla zwiedzających. Również pani Adelicia Acklen, jedna z bohaterek powieści, która była energiczną kobietą wyprzedzającą swoją epokę, rzeczywiście zamieszkiwała tamten dom.

Oprócz Adelicii Acklen także wiele innych postaci zostało zainspirowanych rzeczywistymi osobami żyjącymi w tamtych czasach – ludźmi, którzy mieszkali i pracowali w Belmont. Natomiast charaktery tych postaci i wydarzenia przedstawione w książce są w zupełności wytworem mojej wyobraźni i tak też należy je rozumieć.

Kiedy po raz pierwszy przekroczyłam próg Belmont i dowiedziałam się o Adelicii, jej wyjątkowej osobowości oraz niezwykłym życiu, wiedziałam, że będę chciała stworzyć powieść, w której znajdzie się ona, jej wspaniały dom oraz ten szczególny czas w historii naszego kraju. Zapraszam Was, byście razem ze mną po raz kolejny otworzyli wrota historii i wkroczyli w inne miejsca i wieki.

Dziękuję, że ofiarowaliście mi swój czas. To dla mnie bardzo ważny dar – doceniam to i staram się nigdy nie traktować go jako coś oczywistego.

TameraProlog

15 grudnia 1864

Polowy szpital konfederatów, nieopodal linii walk

Nashville, Tennessee

Eleonora Braddock aż podskoczyła, gdy jakiś żołnierz chwycił jej dłoń. Jego uścisk był zadziwiająco mocny, a dłoń wilgotna od krwi i potu. Zaciskając powieki, przylgnął do niej, jakby była ostatnim człowiekiem na ziemi. Bo w zasadzie była... dla niego.

Odruchowo zerknęła na lewą kieszeń żołnierskiego munduru, żeby odczytać nazwisko, ale materiał – szara, przesiąknięta krwią tkanina – był rozerwany na strzępy przez pocisk z armaty, podobnie jak reszta jego ciała. Dobrze, że jeszcze przed chwilą był nieprzytomny, kiedy badał go lekarz. Przynajmniej oszczędzono mu tego widoku, gdy doktor tylko lakonicznie pokręcił głową.

– Siostro...

Szukał wzrokiem jej oczu. Słysząc w oddali grad wystrzałów z karabinów i armat, Eleonora gotowa była już na to pytanie, które miało nadejść. Niezależnie od tego, jak wiele razy musiała na nie odpowiadać, za każdym razem było jej tak samo trudno powiedzieć człowiekowi, że zaraz umrze.

Równie trudno, jak na to patrzeć.

– Tak? – zapytała łagodnie. Nawet nie poprawiała jego błędu w kwestii jej medycznego wykształcenia, a w zasadzie braku takowego.

– Czy może... mi siostra powiedzieć... – Zakaszlał. Jego zarośnięta szczęka zadrżała z zimna lub bólu. Albo z obu naraz. Z jego gardła dobył się jakiś bulgot. – Czy... zdobyliśmy wzgórze?

Zaskoczona, że mężczyzna pyta o przebieg bitwy, a nie o swoje życie, i poruszona tą pełną napięcia nadzieją, jaka kryła się za jego pytaniem, Eleonora poczuła, że w gardle narasta jej gula.

– Tak – odpowiedziała bez wahania, chociaż nie miała bladego pojęcia, która ze stron ma przewagę w bitwie. Teraz wiedziała jedynie, że niedaleko stąd mordowano niezliczone zastępy mężczyzn – ojców, synów, mężów... braci. A ten człowiek zasługiwał, żeby umrzeć w pokoju, wierząc, że jego życie nie poszło na marne. – Tak... zdobyliście. – Próbowała się uśmiechnąć. – Generał Lee będzie bardzo zadowolony.

W oczach żołnierza błysnął ślad dumy, ale przede wszystkim ulgi. Opuścił powieki. Z trudem próbował wziąć oddech i widać było, że wiele go to kosztowało. Eleonora modliła się w duchu, by jego zmagania szybko się skończyły. Widywała jednak mężczyzn, którzy z podobnymi ranami konali przez długie godziny, raz popadając, raz wychodząc z agonii.

Nie był taki młody – na pewno po trzydziestce. Stopy wystawały mu trochę poza łóżko polowe. Oba buty miał przetarte na palcach. W jego głosie słyszała nietutejszą nutę. Jakąś odległą, która zawsze jej się podobała.

Przyglądnęła mu się uważnie, zastanawiając się, jakie wiódł życie przed wojną i jak to się stało, że znalazł się na tym niewesołym polu bitwy gdzieś w Tennessee. Z zapadłych policzków wyróżniały się szczególnie wystające kości policzkowe i Eleonora żałowała, że nie ma już bulionu wołowego, który gotowała wczoraj dla walczących, tak jak to czyniła codziennie wieczorem. Nawet pomimo tego, że go rozwadniała, jak tylko to możliwe, mężczyźni i tak szybko wypili go ze smakiem.

– Od wielu miesięcy nie pilim niczego tak dobrego – mówili, opróżniając garnuszki.

Zawsze lubiła gotować. A widok pacjentów jedzących, choćby tak skromne porcje, sprawiał, że robiło jej się lepiej na sercu. Nigdy wcześniej, zanim zaczęła służyć rannym i umierającym, nie znała tego uczucia.

Podniosła się i w tej samej chwili uścisk żołnierza stał się mocniejszy.

Mężczyzna skrzywił się i zacisnął zęby, jęknąwszy, jakby bardzo starał się powstrzymać i nie płakać jak inni.

Eleonora spojrzała na puste buteleczki po laudanum stojące na pobliskim stoliku. Żałowała, że nie ma już mu co podać. Ostatnie leki przeciwbólowe, w tym także morfina, chloroform i eter, zostały wydzielone dzisiaj rano, zanim dowiedzieli się, że spodziewana dostawa lekarstw nie dotrze... dzięki Armii Unii. Potrafiłaby zrozumieć przechwycenie dostaw amunicji czy pieniędzy, może zapasów żywności... ale dostawy leków? Nawet wojna powinna rządzić się jakimiś prawami.

W oddali rozległ się huk wybuchu armatniego. Wnętrze namiotu szpitala polowego przeciął lodowaty wiatr. Dało się słyszeć jęki oraz krzyki rannych i umierających. Eleonorę przeszył dreszcz. Choć to absurdalne, była pewna, że czuje, jak ziemia warczy i napręża się pod jej stopami. Zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie się ciągnąć ten obłęd. Z pewnością tak właśnie wygląda piekło... A jednak, gdy tylko pomyślała o potwornościach, które rozgrywały się na wzgórzu, uświadomiła sobie, że ona tu, w tych namiotach, doświadcza tylko przedsionka piekła.

Jak to możliwe, że przeżyła dwadzieścia sześć lat, nie zdając sobie sprawy z tego, jak cenne i delikatne jest życie? I jak wątła jest granica pokoju. Nigdy do tej pory nie zastanawiała się, czy nie zdarzało jej się trwonić swoich dni. Kiedy jednak porównywała własne doświadczenie z tym, co widziała i uczyniła w tych ostatnich miesiącach... trwonienie wydawało się aż do bólu właściwym określeniem.

Przesunęła wzrokiem po rzędach żołnierzy ułożonych po obu stronach namiotu. Ilu jeszcze musi umrzeć, zanim te dwie wrogie sobie strony uznają, że została wylana wystarczająca ilość krwi?

Gdy pierwszy raz przeczytała w gazecie lokalnej Murfreesboro ogłoszenie zachęcające „przeciętne z wyglądu kobiety w wieku pomiędzy 35 a 50 rokiem życia” do pracy w ramach wolontariatu w szpitalach polowych i namiotach operacyjnych, zastanawiała się, czy jej wiek nie stanie się przeszkodą. Ale zapotrzebowanie na wolontariuszki było tak wielkie, a pierwszy warunek spełniała bez dwóch zdań, więc szybko ją przyjęto. Jedyne, co ją zdziwiło, to zdanie o tym, że „niewymagane jest żadne specjalistyczne szkolenie medyczne ani doświadczenie”. Wkrótce jednak zrozumiała dlaczego i uświadomiła sobie, że nie doceniła powagi zadania, do jakiego się zgłosiła.

Po tym, jak jej brat zaciągnął się, tak jak większość jej rówieśników i przyjaciół, wiedziała, że ona nie może tak po prostu siedzieć w domu i nic nie robić. Szczególnie że jej podeszły już wiekiem ojciec był takim zagorzałym zwolennikiem Konfederacji.

Zamknęła na chwilę oczy. Zmęczenie i troski dawały się we znaki. Nad wyraz dobrze potrafiła sobie wyobrazić, że jej młodszy brat leży gdzieś na polu bitwy, ranny, zmarznięty i samotny, a jego cenna krew leje się strumieniami. Przeszył ją niemiły dreszcz.

Nie wiedziała, czy umiałaby znieść, jeśli cokolwiek stałoby się Teddy’emu. Ani czy jej ojciec udźwignąłby ciężar takiej straty. Fizycznie posiadał siłę dwa razy młodszego od siebie mężczyzny. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt, co stanowiło tylko dziesięć centymetrów więcej od niej. Potrafił stać wyprostowany jak struna, a jednak jego umysł słabł. Śmierć matki prawie dziesięć lat temu, Panie, świeć nad jej duszą, była szczególnie trudnym doświadczeniem dla ojca. Bardzo długo przeżywał żałobę, opłakując odejście żony. Ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy Eleonora zauważyła wyraźną zmianę w jego pamięci i zdolności przypominania sobie ostatnich szczegółów.

Do namiotu wdarł się nagły podmuch wiatru i kobieta przez chwilę obawiała się, że jego siła wyrwie paliki.

Z dalekiego gwaru bitwy dało się wyłuskać tętent i skrzypienie kół, zwiastujące przyjazd kolejnego ambulansu. Pozostałe dwie wolontariuszki przeszły na koniec namiotu, żeby pomóc wyładowywać rannych mężczyzn. Eleonora wiedziała, że powinna zrobić to samo i że dostanie reprymendę od doktora Rankina za to, że zbyt dużo czasu poświęca jednemu pacjentowi. Jednak gdy myślała o Teddym, o tym, że może on jest gdzieś tak przerażony, ranny i samotny... nie potrafiła się zmusić, by odejść od tego żołnierza. O ile w ogóle puściłby jej dłoń, a wcale się na to nie zanosiło.

„Pamiętaj, Eleonoro, większość naszych obaw nigdy się nie ziści”. Usłyszała w głowie radę ojca sprzed lat i wiedziała, że gdyby tu był, powiedziałby jej, aby się nie martwiła wytworami wyobraźni. „Umysł potrafi być zdradziecki. Musisz być, córeczko, wyczulona, żeby nie poddać się pełnej niepokoju naturze, która często jest udziałem kobiet. Skup się na tym, co widzisz, a nie na tym, co podsuwa ci wyobraźnia”.

Wiedziała z doświadczenia, że ojciec miał rację, ale czasem jej wytwory wyobraźni były tak przekonujące, że trudno było się im oprzeć. Jej troski podsycał fakt, iż w pewnym stopniu obawy te rzeczywiście się realizowały. Najlepszym dowodem na to był ten prowizoryczny oddział szpitalny.

– Doktor... – rozległ się chrypliwy szept.

Zobaczyła, że żołnierz znów na nią patrzy.

– Wie pani może, kie... – Zacisnął zęby, a jego blade policzki stały się jeszcze bledsze. Dopiero po chwili podjął: – Kiedy będzie... obchód?

Eleonora nienawidziła tej bezsilności, ale zmusiła się, aby odpowiedzieć pewnym głosem. Szkolenie, które otrzymała wraz z innymi kobietami z zespołu, było krótkie, ale jednoznaczne, szczególnie w przypadku umierających: „Nie zasypujcie żołnierzy pytaniami, gdy ich koniec jest już bliski. Jesteście tam, by nieść pociechę. I przede wszystkim, jeśli zapyta o swój stan, zawsze mówcie prawdę”. Eleonora z całego serca zgadzała się z tą ostatnią regułą... teoretycznie. Ale teoria i praktyka to zupełnie różne rzeczy.

– W zasadzie... – Starała się ubrać to w łagodne słowa. – Doktor już u pana był. – Uścisnęła jego dłoń. – Tak mi przykro, ale... nie da się już nic zrobić.

Żołnierz powoli zmrużył oczy. Następnie z wysiłkiem i błyskiem niedowierzania w oczach, uniósł głowę i spojrzał na swoje poturbowane ciało. Rzeczywistość odebrała mu dech. Eleonora delikatnie położyła jego głowę na posłaniu. Z kącika jego oka popłynęła pojedyncza łza, a ramiona zaczęły się trząść. A jednak nie wydał z siebie ani jednego dźwięku.

Chciała mu powiedzieć, że może płakać, że to nie wstyd. Ale coś ją powstrzymywało, mówiło jej, że gdyby wyszeptała mu to do ucha, wcale by go nie pocieszyła. A chciała nieść pocieszenie.

Gdyby tylko miała co mu podać, aby ulżyć śmiertelnym cierpieniom, coś co mogłoby zatrzymać...

Jej uwagę przyciągnął dzban wody i blaszany kubek na tacy obok pustych buteleczek po lekach. Nagle wpadła na pomysł. Szybko, zanim uznałaby, że to bez sensu albo odczułaby wyrzuty sumienia, wysunęła dłoń z jego uścisku, nalała do kubka trochę wody i przechyliła buteleczkę laudanum nad krawędzią, jakby dodawała lekarstwo. Zrobiła to wszystko tak, żeby żołnierz mógł ją widzieć, mając nadzieję, że nikt poza nim nie zauważy, a następnie zamieszała zawartość w kubku i przystawiła do jego ust.

– Proszę – wyszeptała powściągliwym tonem. – Ale tylko trochę. To bardzo mocne.

Aż ścisnęło się jej serce, gdy patrzyła, jak mężczyzna walczył, aby przełknąć. Łapiąc z trudem powietrze, wypił wszystko do ostatniej kropli. Jednak zrobił to zbyt szybko i kaszląc, wypluł trochę. Otarła mu usta i brodę. Chusteczka była zakrwawiona.

– Och, dziękuję pani. Dziękuję – szeptał w kółko to samo, jakby podała mu eliksir życia.

Przez dłuższy czas patrzył w górę. Ciężko oddychał, a jego ciałem wstrząsały dreszcze. Eleonora stała blisko mężczyzny, czekając na ten charakterystyczny błysk w oku, gdy dotrze do niego, co zrobiła. Albo co przynajmniej próbowała zrobić. Zaraz jednak, stopniowo, jego napięte rysy twarzy zaczęły łagodnieć i ku jej zaskoczeniu oraz niedowierzaniu całe ciało się rozluźniło. Ojciec miał rację – umysł potrafi być zdradziecki.

Żołnierz wziął wdech, trzymając rękę na piersi, i w jego spojrzeniu widać było wyraźne poruszenie.

– Żałuję, że nie poradziłem sobie lepiej – wycedził przez zęby. – Ż-żałuję, że... – Urwał w pół zdania i sięgnął ponownie po jej dłoń.

– Ciii... – Eleonora przysunęła się bliżej. – Będzie dobrze.

– Nie... – Mięśnie jego szyi wyraźnie nabrzmiały. – Muszę to powiedzieć... póki oddycham.

Zamilkła, by dać mu szansę skończyć, i tylko odgarnęła włosy z jego czoła w taki sposób, który jeszcze kilka miesięcy temu wydawałby jej się zbyt poufały. Ale wojna zmieniała wymogi etykiety.

– Żałuję... – Łzy płynęły mu strużkami po skroniach. Jego twarz wyrażała teraz jeszcze większe skupienie i determinację. – Żałuję, że... że nie uczyniłem dla ciebie... tego, co ci obiecywałem, moja Mary. Tak jak obiecałem... przed odjazdem. – W jego westchnieniu czuć było tęsknotę. – Każdego dnia... w głowie układałem sobie...

Przejął go dławiący szloch i żołnierz wyciągnął rękę, jak gdyby próbował dotknąć jej twarzy, ale Eleonora wiedziała, że to nie ją teraz widział. Ujęła w dłonie jego dłoń i z oczu mężczyzny popłynęły na nowo łzy.

– Co takiego? – zachęcała go delikatnie. Widziała ból w wyrazie jego twarzy i podejrzewała, że jeśli wypowie na głos swój żal, to mu pomoże.

Zaczął szukać czegoś przy krawędzi swojego płaszcza i Eleonora zrozumiała, co chciał uczynić. Pomogła mu wyciągnąć małe zawiniątko z kieszeni, po czym ostrożnie je rozpakowała.

Haftowana chusteczka przesiąknięta krwią. A w jej zagięciu zasuszona róża.

– Nosiłem to przy sobie, moja słodka Mary – wyszeptał. – Tak jak prosiłaś. – Jego wargi drżały, a w niebieskich oczach błysnął uśmiech. – Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś moja, najdroższa. Że powiedziałaś „tak”... takiemu jak ja.

Eleonora zamrugała szybko i dopiero wtedy poczuła, że ma łzy pod rzęsami. Nigdy nie zrażał jej widok krwi. Asystowała w namiocie chirurgicznym przy operacjach, gdzie wielki drewniany stół był przez wiele dni czerwony, i widziała, jak powoli wytacza się ciężki wóz pełen amputowanych kończyn. Ale to...

Słuchając tego ostatniego wyznania, tego, co ten człowiek szeptem wylewał wprost z serca wobec obcej osoby... nie potrafiła powstrzymać płaczu. Kimkolwiek jest ta kobieta – ta jego Mary – Eleonora modliła się, by wiedziała, jak bardzo jest kochana. Albo... była kochana.

Ani przez chwilę się nie wahając, pochyliła się nad mężczyzną, aby mógł ją dobrze słyszeć.

– Jestem dumna z tego, że jestem twoja. I zawsze byłam – rzekła, starając się wyobrazić sobie, jakby to było być tak kochaną. Ale nie potrafiła.

Spojrzała ponownie na chusteczkę i pomyślała o tym, jak krótkie jest życie, i o tym wszystkim, czego jeszcze nie zrobiła... Nikt nigdy jej nie pocałował, nie wyszła za mąż ani nie miała dzieci. Nigdy nie wyjechała poza Tennessee ani nie widziała fal oceanu. Gdy dorastała, nigdy nie trzymała za rękę żadnego chłopaka poza Teddym i nigdy nie leżała całą noc pod rozgwieżdżonym niebem, czekając, aż słońce zacznie swoją wędrówkę. W głowie kłębiły jej się liczne rzeczy, które się nie wydarzyły, a jednak... jakże odległe i mało istotne wydawały się teraz w zestawieniu z tym światem, który ją otaczał.

– Jesteś dumna z tego, że jesteś moja – wyszeptał, jakby chciał się dodatkowo nacieszyć tą myślą, choć trudno mu było ją przyjąć. – Jest już za późno, moja Mary, wiem o tym, ale... – Jego czoło przecięły głębokie zmarszczki. – Gdybym mógł, to... – Skrzywił się i ze świstem zaczerpnął powietrza.

Eleonora czuła w piersi ciężar żalu tego człowieka. Włożyła chusteczkę w jego dłoń.

– To co? – wyszeptała, ściskając jego rękę i czując, jak mężczyzna odchodzi. – Co byś zrobił?

Spojrzał jej prosto w oczy.

– Och, moja najdroższa Mary... Zrobiłbym, co ci obiecałem i...

Podmuch zimna poruszył ścianami namiotu. Tym razem jednak Eleonora poczuła też, że ziemia trzęsie się pod jej stopami, i wiedziała, że to nie był wiatr.

– Panno Braddock!

Odwróciła się i zobaczyła, że w jej stronę biegnie doktor Rankin. Za nim panował chaos.

– Szybko! – zawołał. – Do ambulansów! Wojska federalne zdobyły wzgórze!

Powietrze przeszył piskliwy świst i w kolejnej chwili... świat wybuchł. Doktor Rankin chwycił ją za ramię, by nie upadła. Namiot wypełnił się dymem. Zrobiło się gęsto od gryzącego zapachu prochu.

– Już, panno Braddock! Wszystkie wolontariuszki do ambulansów. Natychmiast!

– Ale... nie możemy zostawić ludzi!

– Zabieramy tych, których się da. – Odwrócił się. – Jeśli zaraz nie uciekniemy, będziemy tu razem z nimi martwi!

Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że... żołnierz puścił jej dłoń. Spojrzała na niego i zobaczyła nieruchome usta, a w jego wyrazie twarzy jakiś niespotykany spokój...

Usłyszała znów serię wystrzałów i w pośpiechu dotknęła policzka mężczyzny, mając nadzieję, że ten niewysłowiony żal dotyczący czegoś, czego nie zdołał zrobić w tym życiu, zostanie jakoś zrekompensowany w przyszłym. Już się odwróciła, aby odejść... Gdy nagle sobie przypomniała.

Rozpaczliwie szukała chusteczki w dłoni żołnierza. Wzdrygnęła się, słysząc kolejne wystrzały. Nie było jej. Pragnienie, by zatrzymać ten kawałek materiału, nie miało sensu, ale Eleonora wiedziała, jak wiele to dla niego znaczyło, i wydawało jej się, że nie może pozwolić, by ją podeptano i zapomniano.

W końcu dostrzegła zakrwawioną chusteczkę na podłodze i natychmiast ją chwyciła. Brakowało jednak róży. Kobieta nigdy nie przepadała za kwiatami i odruchowo chciała zlekceważyć jej brak, ale szybko wspomniała na żołnierza, który niósł ze sobą do walki tę różę od jego Mary.

Serce waliło jej nieznośnie. Słyszała wybuchy armatnie na zewnątrz, ale uklęknęła na ziemi i choć czuła się głupio, i sama sobie mówiła, że to bez sensu, szukała róży. Na pewno gdzieś tu... Jest! Zamknęła w dłoni delikatny, zasuszony kwiat, którego płatki zaczęły się rozpadać od jej uścisku. Włożyła go ostrożnie do chusteczki, a potem do kieszeni. Kiedy odwróciła się do wyjścia, zobaczyła w namiocie pozostałych rannych. Tak wielu...

Dostrzegła żołnierza, który próbował wstać. To był mężczyzna, którego doktor Rankin wyznaczył do operacji. Zbierając w sobie jakieś siły, o które nawet by się nie podejrzewała, Eleonora pomogła mu stanąć i zarzuciła sobie jego rękę na ramiona, a potem na wpół go niosąc, a na wpół wlekąc za sobą, pomogła mu dostać się do ambulansu. Ktoś z tyłu podciągnął ją w górę i wsadził na wóz, akurat w tej chwili, gdy ponad ich głowami rozległ się kolejny przenikliwy pisk.

Eleonora zasłoniła rękami głowę i przygotowała się na uderzenie. Myślała tylko o Teddym i modliła się, by nie okazało się, że jest już martwy. Obiecywała sobie, że jeśli wyjdzie z tego żywa, jak tylko ta przeklęta wojna się skończy, będzie się starała trzymać możliwie najdalej od śmierci i umierania. Postara się żyć lepiej, niż to robiła do tej pory. Sprawi, że jej życie będzie się liczyło. I odnajdzie żonę tego żołnierza, jego Mary, kimkolwiek ona jest. I powie jej, co mówił, oraz zapyta ją, o co mu chodziło.1

2 września 1868

Nashville, Tennessee

Eleonora była w głębi serca przekonana, że to, co robi, jest dobre... Dlaczego więc jej serce stawiało opór właśnie teraz, kiedy w końcu nadszedł ten dzień.

Siedzący naprzeciw niej w powozie ojciec patrzył przez okno. Był poważny. Ręce miał złożone na kolanach. Jeszcze przed chwilą, gdy wjechali do Nashville, sprawiał zupełnie inne wrażenie. Kiedy kareta wiozła ich przez centrum miasta, przypominał pełne entuzjazmu dziecko.

Poprosiła stangreta, by zatrzymał się najpierw przed pocztą. Powinno jej to zająć tylko chwilę. Wolała już mieć podpisaną umowę w dłoni przed spotkaniem, jakie czekało ją dziś po południu. A właściciel budynku, z którym wymieniała korespondencję w ciągu minionych tygodni, oświadczył, że zostawi jej tu dokument.

– Jadę tam, żeby odpocząć – stwierdził cicho ojciec, ale w jego tonie dało się słyszeć raczej powątpiewanie niż pewność.

Eleonora od razu zrozumiała, o czym mówi, więc tylko skinęła.

– Tak... Tato, tak. I tylko na jakiś czas. – Zmusiła się do uśmiechu, żeby jej słowa brzmiały pewniej. Modliła się w duchu, aby przewidywania lekarza się sprawdziły.

Sama nie potrafiła powiedzieć, w którym momencie jej rola córki zmieniła się w rolę opiekunki. Kiedy jednak patrzyła na siedzącego po drugiej stronie karety potężnego mężczyznę, którego prawdopodobnie ubóstwiała dużo bardziej niż powinna, coś w środku niej tęskniło, by mogła znów być tą małą dziewczynką, która, patrząc w serdeczne brązowe oczy ojca, wie, że wszystko będzie dobrze. I że jest bezpieczna. I że życie ma sens. Ale nie było już tej małej dziewczynki. Ani tamtego ojca.

Powóz zwolnił i Eleonora dostrzegła przed sobą pocztę.

– Tato, muszę szybko coś załatwić. Zaraz wrócę.

Wyjrzał przez okno.

– Może powinienem z tobą pójść. Mógłbym pomóc...

– Nie ma takiej potrzeby – odparła, chyba trochę zbyt prędko, i od razu tego pożałowała. Sięgnęła po jego książkę. – Może poczekasz tu i poczytasz od tego miejsca, gdzie razem skończyliśmy. A potem omówimy ten fragment, gdy już ruszymy dalej.

Nie wyglądał na przekonanego, gdy przyglądał się książce włożonej mu w dłonie, ale w końcu pokiwał głową.

– Ale wrócisz... prawda?

– Oczywiście, że wrócę, tato. – Uścisnęła jego dłoń na potwierdzenie. Mimo to poczucie winy, które lekko ją prześladowało, teraz uderzyło z całą mocą.

Stangret otworzył drzwi powozu i Eleonora wyszła pospiesznie na pocztę. Przystanęła zaraz za drzwiami i oglądnęła się za siebie, sprawdzając, czy ojciec czyta, czemu zawsze towarzyszył ruch warg. Nie chciała ryzykować, że pójdzie za nią, przede wszystkim dlatego, że bała się tych ataków, które ostatnio pojawiały się coraz częściej. Miał tak nieprzewidywalny temperament.

Tłum klientów był większy, niż się spodziewała, i kolejka sięgała prawie do samych drzwi. Zerknęła na zegarek zawieszony przy sukni na szatelence . Miała jeszcze trochę czasu do umówionego spotkania ojca i tak bardzo potrzebowała zdobyć tę umowę.

Jak na jej gust kolejka przesuwała się dużo za wolno. Po jakiejś chwili wyjrzała przez główne okno w stronę karety i zamarła, bo nie dostrzegła w niej ojca.

Wyciągnęła mocniej szyję, aby lepiej widzieć. Może po prostu się przesiadł. Podczas podróży z Murfreesboro dwukrotnie się uparł, by to uczynić, tłumacząc, że jazda w jednym kierunku przez cały czas przynosi pecha. Zaraz jednak zobaczyła drzwi. Uchylone!

Wybiegła z powrotem na zewnątrz i zastała stangreta na górze powozu... pustego powozu. Ojca nigdzie nie było widać.

– Armsteadzie! – zawołała do stangreta. – Mój ojciec! Zniknął!

Mężczyzna stanął tuż obok niej zdumiony.

– Przepraszam, panno Braddock. Jeszcze przed chwilą tu był.

– Proszę iść w tamtą stronę – powiedziała, wskazując kierunek. – I jeśli się znajdzie... proszę go nie denerwować. Nie chcemy wywoływać skandalu.

– Dobrze, proszę pani!

Eleonora ruszyła w przeciwnym kierunku, zaglądając do środka sklepów i firm, które mijała. Starała się nawet nie myśleć o ostatnich wybrykach ojca ani o tym, co mogłoby się stać, jeśli ktoś stawiłby mu czoła i ojciec by się zdenerwował.

Najpierw jej uwagę przyciągnął przenikliwy, wysoki śmiech. Zaraz potem go zobaczyła. Po drugiej stronie ulicy. Wpatrującego się w witrynę pasmanterii.

Przemykając przed wozem z towarami i jakąś karetą, udało jej się przejść przez jezdnię. Jednak tuż przedtem ojciec zdążył wejść do sklepu i wziąć szpulę wstążki z półki oraz parę nożyczek.

Zauważył córkę.

– Eleonoro! Zobacz, czyż nie jest piękna? Pomyślałem, że ci się spodoba. Ty tak lubisz wpinać wstążki we włosy.

Udało jej się wyjąć mu nożyczki z ręki, ale ojciec zdążył już włożyć szpulę do kieszeni.

– Tato, jest piękna, ale... ja już nie noszę wstążek, pamiętasz?

Eleonora wyjęła szpulę i odłożyła na miejsce na półce. Zaraz potem dostrzegła mężczyznę, zapewne właściciela sklepu, który szedł w ich stronę. Na jego twarzy malowała się konsternacja.

Spojrzał ostro najpierw na ojca, a potem na nią.

– W czym mogę pomóc?

Eleonora starała się ukryć swoje zażenowanie.

– My tylko się rozglądaliśmy, sir. A teraz... – Ujęła ojca za ramię. – Jeśli pan wybaczy...

Czując uważny wzrok właściciela na swoich plecach, kobieta wyszła szybko na zewnątrz. Z ulgą zauważyła, że w ich stronę zmierza już Armstead. Z jego pomocą udało jej się usadowić ojca z powrotem w karecie, unikając kolejnych incydentów.

– Tym razem będę go miał na oku, panno Braddock – zapewnił stangret. – Proszę iść na pocztę, jeśli pani chce.

Mając na uwadze to, co czekało ją tego popołudnia, Eleonora czuła, że nie ma zbyt wielkiego wyboru.

Marcus Geoffrey westchnął ciężko. Spieszył się i kolejny raz nie mógł zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależało mu wcześniej na tym doświadczeniu życia normalnych ludzi. Kolejka na poczcie sięgała prawie samego wejścia i ocenił, że to co najmniej dziesięć minut stania. Wyglądało na to, że musi się nauczyć cierpliwości.

Drzwi na pocztę za jego plecami otworzyły się i do środka niepewnym krokiem weszła lekko przygarbiona starsza kobieta. W tej samej chwili wiatr szarpnął drzwiami. Kobieta chciała sięgnąć po klamkę... i potknęła się. Marcus złapał ją i zdążył zatrzymać drzwi, zanim uderzyły w ścianę.

– Och, dziękuję panu. – Położyła dłoń na jego ręce, którą trzymał na jej ramieniu, i złapała równowagę. – Nie jestem już taka dziarska jak dawniej.

– A kto z nas jest, proszę pani?

Posłała mu wdzięczne spojrzenie i Marcus, myśląc o własnej, matce, która tak wcześnie odeszła, wskazał skinieniem głowy, by starsza pani stanęła przed nim w kolejce, po czym wyciągnął notes i pióro z kieszeni marynarki. Postanowił wykorzystać ten czas, aby naszkicować plan składu remontowanego przez jego ekipę. Wpadł na pewien pomysł dzisiaj rano, ale nie miał czasu, żeby...

– Tak, zgadza się. Ten pan powiedział, że mi to tu zostawi – powiedziała kobieta gdzieś przed nim. – Czy mógłby pan jeszcze raz sprawdzić?

Marcus powoli uniósł głowę, ciekawy osoby, do której należał ten urzekający głos.

– Tak, proszę pana – mówiła dalej. – Przynajmniej tak to zrozumiałam.

Marcus popatrzył w stronę okienka i zauważył kobietę – albo raczej orgię różu, pod którą ginęła ta dama – rozmawiającą z urzędnikiem pocztowym. Miała akcent charakterystyczny dla ludzi z Nashville, ale oprócz tego było też w nim coś miłego dla ucha, wręcz zmysłowego. Ale ten jej strój... Żakiet i spódnica były nieźle skrojone, jednak wyróżniały się mocno w porównaniu do odcieni czerni, szarości i granatów noszonych przez większość pozostałych klientów.

– Przykro mi, proszę pani, ale tu nie ma nic takiego do pani. Nie odnotowaliśmy także, by coś podobnego było wysyłane ostatnio do Belmont.

Westchnęła i przygarbiła się lekko.

Nawet patrząc na nią jedynie z tyłu i bez tego zaszczytu, aby ją mu przedstawiano, Marcus wiedział, kim była. Prawie codziennie osobiste interesy sprowadzały go do majątku jej ciotki i podsłyszał któregoś razu, gdy pani Adelicia Acklen Cheatham mówiła o przyjeździe tej damy, wyrażając żarliwe pragnienie, by nawiązała kontakty ze wszystkimi w Belmont.

On jednak spotkał już wystarczająco dużo bogatych pań pochodzących z dobrych domów, nad wyraz gorliwych w poszukiwaniu męża – nawet jeśli ta wyróżniała się wzrostem od całej reszty i była bratanicą najzamożniejszej kobiety w Ameryce. Nie miał więc ochoty zabiegać o takie znajomości ani tym bardziej ich utrzymywać. Stwierdził, że jeśli owa dama będzie się starała zdobyć jego zainteresowanie, zachowa się życzliwie, a nawet przyjaźnie, głównie ze względu na to, że Adelicia Acklen okazała się dla niego swego rodzaju dobrodziejką. Ale zdecydowanie, choć z wyczuciem, odrzuci wszelkie próby flirtu ze strony tej młodej kobiety.

W tym momencie odwróciła się i ruszyła prosto na niego.

Przywołał swą dobrze wyćwiczoną nonszalancką minę, a w głowie przewijało mu się tylko... „zdecydowanie, choć z wyczuciem”.

Kobieta ledwie na niego spojrzała i minęła go.

Marcus, postawiony od razu do pionu – co nie było zbyt miłym uczuciem – patrzył, jak dama opuszcza urząd pocztowy. Nie był przyzwyczajony do tego, by go lekceważono. Jej uwaga była wyraźnie skupiona gdzie indziej. Przyglądał się jej, gdy szła w stronę czekającej na nią karety. Stangret czekał już przy drzwiach.

Ta wysoka blondynka w niczym nie przypominała swojej ciotki – drobnej brunetki. Nawet po osiągnięciu dojrzałego wieku Adelicia Acklen Cheatham była niesamowitą, ciemnowłosą pięknością. Jej bratanica z kolei, choć niezupełnie nieatrakcyjna, nie miała tak wspaniałych rysów, przynajmniej z pewnością nie tak delikatnych. W jej twarzy widać było więcej siły. Ktoś mógłby nawet określić ją przystojną. No i podejrzewał, że była starsza, niż mu się na początku wydawało...

– Proszę pana?

Marcus się odwrócił.

Starsza kobieta, której wcześniej pomógł, stała jakiś metr przed nim w kolejce. Uśmiechnęła się i zaprosiła go gestem, by podszedł.

Czując się nieco nieswojo, Marcus ruszył przed siebie, ale zerknął jeszcze raz przez okno, akurat w momencie, gdy różowa dama wsiadała do oczekującej na nią karety.

Już dawno nie zdarzyło mu się spotkać kobiety, która, będąc tak blisko, nie odwzajemniała jego zainteresowania. Oczywiście w ogóle o to nie zabiegał. Tłumaczył sobie, że gdyby tylko się postarał, na pewno by zauważyła. Przecież to wcale nic dla niego nie znaczyło. W końcu i tak miał już dość tego typu kobiet. A tej, która była obecnie jego kobietą, wcale nie chciał. Ale... Wypuścił powoli powietrze z płuc. Nic, cokolwiek by zrobił, nie mogło tego zmienić.

Kilka minut później dotarł do okienka.

– Dzień dobry, panie Geoffrey – przywitał go urzędnik pocztowy, wstając. – Mamy coś dla pana. Przyjechało dzisiaj rano.

Marcus czekał z zadowoleniem. Kiedy jednak dostrzegł kopertę zamiast pudła albo skrzyni, jego zadowolenie zniknęło.

– Nic poza tym? – zapytał.

Urzędnik zaprzeczył ruchem głowy.

– Tylko tyle. Przykro mi, proszę pana.

Marcus zmusił się do miłej odpowiedzi i odszedł na bok, bawiąc się w palcach listem. Stempel zdradził mu pochodzenie przesyłki, jeszcze zanim zdołał odczytać adres zwrotny. Rozdarł kopertę i w środku znalazł kolejną. Kiedy ujrzał królewską pieczęć odciśniętą w wosku, od razu ukrył list, jakby poczuł niewidzialny stryczek zaciskający się na jego szyi.

Wuj Franz nigdy do tej pory nie pisał do niego i Marcus aż nazbyt dobrze przeczuwał, kto go do tego nakłonił. Już miał schować list, żeby przeczytać go później, ale pomyślał o wątłym zdrowiu swojego ojca i zmienił zdanie. Przeszedł w ustronne miejsce ruchliwego urzędu pocztowego i otworzył kopertę.

Jego wzrok padł na pozdrowienie i pierwsze zdanie. Od razu uświadomił sobie, że stan ojca wcale nie jest tu główną kwestią. List dotyczył czegoś innego.

Do Arcyksięcia Gerharda Marcusa Gottfrieda von Habsburga...

Formalne adresowanie ze strony wuja i użycie oficjalnego tytułu wcale nie zapowiadały nic dobrego. W tym momencie Marcus poczuł jeszcze większą radość z faktu, że obecnie od tego, co zostawił za sobą, dzielił go cały ocean.

Skierował wzrok niżej, na to, co następowało po oficjalnym zwrocie.

Z nadejściem czerwca, Gerhardzie, kończy się okres łaski, jaki Ci został przyznany. Zgodnie z naszą umową do tego czasu stawisz się w domu, by wypełnić swoje obowiązki wobec korony i ojczyzny. Ci, którzy urodzili się z przywilejami, muszą wypełniać obowiązki z prawym sercem i honorem, nie zważając na własne uczucia i swoje...

Marcus złożył z powrotem list i wsunął go do koperty. Żałował, że nie potrafi równie łatwo zlekceważyć opinii swojego wuja – cesarza Austrii – podczas osobistej konfrontacji. Znał już na pamięć te przemowy. Słyszał je wielokrotnie jako chłopiec, gdy był trzeci w kolejce do austriackiego tronu, tuż za swoim ojcem i starszym bratem. A w ostatnich tygodniach przed wyjazdem do Ameryki, kiedy austriackie gazety rozpisywały się o tym, że nagle stał się drugi wskutek „wyjątkowych okoliczności”, słyszał je jeszcze częściej.

Nigdy nie zależało mu na tronie i nawet nie brał pod uwagę tego, że pewnego dnia mógłby na nim zasiąść. Nadal w to nie wierzył. Jego wuj był zdrowy, silny i wciąż starał się o syna. Marcus miał nadzieję, a czasem nawet modlił się o to, żeby Wszechmogący Bóg wynagrodził mu owocnie te królewskie wysiłki.

Trudno mu było uwierzyć, że minął już prawie rok, od kiedy wyjechał z ojczyzny. Wciąż był trochę zaskoczony, że wuj i ojciec pozwolili na ten wyjazd do Ameryki. Ale po śmierci Rutgera... wszystko się zmieniło. I on się zmienił.

Zarówno wuj, jak i ojciec zgodzili się, że pewien dystans będzie dla niego wskazany. Dla niego i dla domu Habsburgów ze względu na plotki, które krążyły wokół śmierci Rutgera. „Lepiej, żeby nie widywano cię przez jakiś czas publicznie, Gerhardzie” – radził wuj Franz. „Niech skandal ucichnie, a potem zniknie, tak jak się to zwykle dzieje dzięki upływowi czasu i jeszcze czemuś, co zajmie opinię publiczną. I przede wszystkim... jeśli musisz się wyszumieć, rób to dyskretnie. Ostatnie, czego nam potrzeba, to jakiś dodatkowy amerykański skandal”.

Ostatni list od ojca potwierdzał, że przewidywania wuja Franza się sprawdziły. Plotki cichły, ludzie zapominali o tym, co się wydarzyło. Ale Marcus nigdy nie będzie umiał zapomnieć.

Gdyby w kraju panowały jakieś zawirowania polityczne, jego wuj i ojciec w życiu nie zgodziliby się, aby wyjechał z Europy. Ale niestabilne lata wojny mieli już za sobą, a rok wcześniej przyjęto Kompromis, który zapoczątkował istnienie dualistycznej monarchii z Węgrami i okres pokoju dla cesarstwa. Sprawy państwa wypłynęły na spokojne wody, więc wuj zadecydował o wyjeździe bratanka.

Marcus zerknął na list. A jednak... wuj Franz wciąż najwyraźniej odczuwał potrzebę, by przypominać mu o jego obowiązkach. Jakby w ogóle mógł o nich nie pamiętać. Kochał swój kraj, swoją rodzinę, choć przeżarta była chciwością i ambicją. To nie z powodu braku miłości lub honoru wymigiwał się od korony. On po prostu nie pragnął rządzić tym krajem. Poznał dobrze tę stronę życia. A teraz chciał zobaczyć tę drugą.

Po wyjściu z poczty Marcus nabrał w płuca świeżego powietrza, w którym dało się wyczuć nutkę jesieni. Rozejrzał się po głównej ulicy za karetą... i bratanicą pani Cheatham, przypominając sobie jej afront i zaczęło go to bawić. Być może tracił już swój wpływ na kobiety.

Albo raczej bratanica Adelicii była do niej bardziej podobna, niż mu się na początku wydawało. Uśmiechnął się. Adelicia Cheatham to wyjątkowa kobieta. Widywał ją wcześniej w mieście. Szła z wysoko uniesioną głową, nie rozglądając się ani na prawo, ani na lewo. Była nieczuła na naciski społeczne.

Po swoim spotkaniu Marcus miał jechać do Belmont, aby sprawdzić rośliny w oranżerii. Być może, kiedy tam będzie, nadarzy się okazja, żeby poznać się z jej bratanicą. Oczywiście jedynie na gruncie towarzyskim. Można by rzec, jako nawiązanie relacji międzynarodowych.

Wstąpił jeszcze do swojego pokoju, który wynajmował w pensjonacie, i schował list od wuja w cedrowej skrzyni stojącej u stóp łóżka. Kiedy zamykał wieko, zatrzymał dłonie na misternym ornamencie. Z oczywistych względów nie przywiózł z Austrii wielu elementów wyposażenia, ale nie wyobrażał sobie, że miałby zostawić tę skrzynię.

Jego dziadek ze strony matki – skromny, spokojny człowiek – miał niesamowity talent do rzeźbienia. To coś, czego Marcus niestety nie odziedziczył. Przesunął dłonią wzdłuż krawędzi skrzyni, z łatwością odróżniając mistrzowską pracę od mniej udanych prób dziewięcioletniego chłopca. Pieczołowicie przechowywał pamięć o tym człowieku, który bardziej cenił sobie czas spędzony z wnukiem niż perfekcjonizm.

Wstał, ciesząc się, że przywiózł ze sobą tę pamiątkę. Bardzo tu pasowała. Przyzwyczaił się, a nawet zaczął sobie chwalić skromne wyposażenie swojego obecnego mieszkania, któremu daleko było do pałacu i prywatnych rezydencji jego rodziny. Po przyjeździe do Nashville mógł wynająć albo nawet kupić cały dom. Ale wtedy sprzeciwiłby się własnej decyzji, którą podjął, zanim tu przyjechał... Chciał doświadczyć tego, jak żyją normalni ludzie, i w trakcie tego eksperymentu wiele się o sobie dowiadywał. I nie wszystko wprawiało go w zadowolenie.

Wuj przestrzegał go, by nie wywoływał skandalu w tym kraju, ale to była ostatnia rzecz, o jaką mógłby się martwić. Marcus skończył z tym etapem swojego życia. Koniec zdobywania kobiet i koniec z trunkami... przynajmniej z ich nadmiarem. Koniec z marnowaniem życia, bo wreszcie do niego dotarło, co naprawdę robił.

Zamknął ten temat rozważań i ruszył w stronę budynku administracji miasta. Czuł z tyłu głowy nadchodzące bolesne pulsowanie. Może to przeciążenie pracą. Miał nadzieję, że jego ekipa, która zajmowała się renowacją składu bławatnego po drugiej stronie miasta, utrzyma tempo prac. Mieli już tygodniowe wyprzedzenie w stosunku do planu i chciał, by to się nie zmniejszyło.

Szedł spacerowym krokiem, zapatrzony w niekończący się błękit bezchmurnego nieba. Następnie jego wzrok spoczął na bujnie porośniętych wzgórzach otaczających miasto, ale oczami wyobraźni zobaczył pokryte śniegiem szczyty ojczystych Alp.

Gdy patrzył wstecz na swoje życie, uświadamiał sobie, jak wiele czasu zmarnował i jak długo żył pod dyktando innych. Dorastał wśród przywilejów, to prawda, i miał wiele możliwości nauki i kształcenia. Ale miał też obowiązki. Zawsze te obowiązki!

Nawet sobie nie wyobrażał, że południe Ameryki będzie aż tak zniszczone przez wojnę oraz okres powojenny. Ale mógł wykorzystać tu swoje talenty. To było tak odmienne i wyzwalające doświadczenie, że chwilami zapominał prawie o tym życiu, jakie za sobą zostawił. Kiedy był jeszcze małym chłopcem, chciał już wtedy przyjechać do Ameryki. Zapragnął tego od chwili, gdy z ust swojego nauczyciela po raz pierwszy usłyszał o „trzynastu dzielnych, małych koloniach”. Ale dopiero kiedy jego najlepszy nauczyciel zaznajomił go z publikacjami Luthera Burbanka, a potem Marcus mógł poznać botanika osobiście i jeszcze później sam odwiedził szkółkę gromadzącą tysiące roślin – jego marzenie zaczęło się realizować. Jakkolwiek krótkoterminowe by ono nie było.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: