Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Niewidzialny etat - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 czerwca 2026
14,99
1499 pkt
punktów Virtualo

Niewidzialny etat - ebook

Jest szósta dwadzieścia rano. Jeszcze nie wstałaś, a w głowie już lecą: klej dla pierwszaka, faktura, prezent dla teściowej, jogurt, który ktoś musi wyjąć z lodówki. Witaj w pracy, której nikt nie zlecił, nikt nie widzi i nikt nie płaci za nadgodziny. Lena Soren nazywa po imieniu to, co większość kobiet nosi w głowie jako mgłę „mam dużo na głowie". Pokazuje pięć pięter niewidzialnego etatu — planowanie, pamiętanie, przewidywanie, pilnowanie i łagodzenie emocji wszystkich dookoła — i tłumaczy, dlaczego wraca się z urlopu bardziej zmęczoną, niż się wyjechało. To nie jest kolejna książka o tym, że trzeba się lepiej ogarnąć, oddychać i pobrać aplikację do medytacji. To książka o tym, jak powoli, obszar po obszarze, zejść wreszcie ze zmiany — i odzyskać siebie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Psychologia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398144407
Rozmiar pliku: 293 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1. SZÓSTA DWADZIEŚCIA, A TY JUŻ MASZ ZA SOBĄ PIERWSZĄ ZMIANĘ.

Jest szósta dwadzieścia, kiedy Magda otwiera oczy.

To znaczy — formalnie otwiera oczy o szóstej dwadzieścia. Faktycznie otworzyła je już jakieś cztery minuty wcześniej, bo przypomniała sobie, że wczoraj nie zamówiła kleju dla pierwszaka, a rano z szafy ma wyjść model układu słonecznego, zrobiony własnoręcznie i gotowy do przetransportowania tramwajem numer siedem. Jowisz będzie z pomarańczy, Saturn z rolki papieru toaletowego, a jego pierścienie z resztek folii aluminiowej, bo okazało się, że w tym domu nikt nie kupił żadnej sensownej tektury od czasów pandemii.

Magda leży jeszcze chwilę. Ciało próbuje udawać, że śpi. Głowa już nie. Głowa jest na planie otwartym - działa centrala, sortuje.

Klej. Tramwaj. Podpis pod zgodą na wycieczkę. Ten mail do pani Ani, którą trzeba grzecznie zapytać o coś, o co grzecznie pytać już nie wypada, bo to trzeci raz. Termin odbioru paczki w paczkomacie — dziś ostatni dzień. Prezent dla teściowej, której urodziny są w czwartek. Jedzenie dla kota — wczoraj skończyła się ostatnia saszetka. Odezwać się do siostry, która obraziła się w niedzielę, chociaż nadal nie do końca wiadomo o co, ale wiadomo, że jeśli Magda nie napisze pierwsza, to do weekendu zrobi się z tego międzynarodowy incydent dyplomatyczny.

Obok, pod kołdrą śpi Tomek. Śpi z tą szczególną gracją mężczyzny, który poszedł spać z przekonaniem, że „wszystko jest ogarnięte". Oddycha miarowo. Ma twarz człowieka, który wierzy, że Jowisz wisi na sznurku w szafie już od trzech dni i czeka na swoją kolej. Kiedyś Magda pozazdrościła mu tego snu — takiego pewnego, grubego, nieprzeszkadzanego. Potem przestała zazdrościć i zaczęła się zastanawiać, czy mężczyźni mają jakiś przycisk, którego kobietom nie zainstalowano przy narodzinach, czy po prostu nikt im nie powiedział, że trzeba w nocy myśleć o jogurcie.

Jeśli czytasz to o szóstej rano i właśnie obudziłaś się, bo przypomniał ci się termin u dentysty — witaj. Siadaj wygodniej. Znasz to.

Jowisz nie wisi na sznurku. Jowisz dopiero będzie. Jowisz będzie, ponieważ o szóstej trzydzieści siedem Magda wstanie, zrobi kawę, zje pół kromki chleba, pobiegnie do osiedlowego sklepu po klej i tekturę. Pomiędzy klejeniem Jowisza a przygotowaniem kanapek do szkoły, zanim jeszcze ktokolwiek w tym domu zacznie istnieć, zdąży jeszcze przypomnieć sobie, że w piątek jest zebranie w pracy i że trzeba do jutra przygotować tabelkę.

* * *

Nikt jej nigdy nie zatrudnił do tej pracy.

Nikt nie powiedział: słuchaj, Magda, od trzeciego marca dwa tysiące szesnastego, czyli od dnia, w którym urodziłaś Anię, będziesz pełniła funkcję centrali operacyjnej życia. Do twoich obowiązków należy: pamiętanie, przewidywanie, planowanie, pilnowanie i łagodzenie. Pensja: zero. Urlop: żaden. Oczekiwanie: że dasz radę. Jeśli się zgadzasz, prosimy podpisać.

Nic takiego nie miało miejsca. A jednak Magda pracuje na tym etacie od dziewięciu lat.

I teraz, kiedy leży o szóstej dwadzieścia cztery pod kołdrą, nie myśli o tym, że jest zmęczona życiem. Myśli, że jest zmęczona sobą. Bo taka jest obowiązująca wersja: inni jakoś dają radę, tylko ja widocznie nie. Coś jest ze mnie nie tak. Za mało mnie. Trzeba się lepiej ogarnąć.

To jest najbardziej podstępne zdanie współczesnego kobiecego poranka.

Trzeba się lepiej ogarnąć.

Brzmi jak rozwiązanie. W rzeczywistości jest tylko cichą umową z samą sobą, że nadal będzie się ciągnęło to wszystko dalej, tylko trochę sprawniej i bez marudzenia. Jest jak obietnica, którą pracownik daje pracodawcy w zamian za brak podwyżki: ja po prostu będę lepiej pracował.

Tyle że Magda od dawna pracuje bardzo dobrze. Problem nie polega w jakości jej pracy. Problem polega na tym, że nie ma drugiej zmiany, która by ją zluzowała.

* * *

Ktoś mógłby pomyśleć: no tak, klasyka, matka z małym dzieckiem.

Tylko że w tym samym mieście, w zupełnie innym mieszkaniu, jest teraz szósta dwadzieścia osiem i Aga — trzydzieści cztery lata, singielka, bez dzieci, psa też nie ma, bo „nie chce się wiązać” — też leży z otwartymi oczami i prowadzi w głowie podobną odprawę.

Lista jest inna, ale taśma ta sama.

Opłacić ZUS do dziesiątego. Wysłać fakturę klientowi, który spóźnia się z odpowiedzią tak stylowo, że aż chce się go zablokować, ale nie można, bo płaci. Pogadać z mamą — ostatni raz dzwoniła w zeszłą środę, zaraz będzie awantura. Kupić prezent na wieczór panieński Karoliny, bo to w piątek, bo przecież jak się nie kupi, to będzie się kupowało w przejściu podziemnym. Księgowa. Przegląd auta. Ta dziwna plamka na brodzie, z którą miała pójść do dermatologa jeszcze we wrześniu.

Aga mieszka sama, więc nikt od niej nie wymaga Jowisza z pomarańczy. Za to wszystko inne jest jej. Całe życie — jej. Dosłownie wszystko. Nie ma opcji, żeby ktoś przypadkiem kupił papier toaletowy, bo nikt inny tu nie mieszka. Nie ma opcji, żeby ktoś zapomniał o urodzinach szwagra, bo szwagra nie ma, ale za to jest brat i brat ma żonę i żona brata jutro ma urodziny, a Aga jest tą, która to pamięta, bo brat nie pamięta nigdy.

W Szwecji, skąd pochodzę, jest takie słowo: ensam. Oznacza jednocześnie „sam" i „samotny". Aga powiedziałaby, że jest ensam — w tym pierwszym znaczeniu. Ale ta lista o szóstej rano, lista, którą nosi sama — ta lista ciągnie ją niebezpiecznie blisko drugiego znaczenia.

Niewidzialny etat nie pyta o stan cywilny. Nie pyta o wiek. Nie pyta nawet, czy masz pralkę. Jedyne pytanie, jakie zadaje, brzmi: kto tu widzi, co trzeba zrobić? I na to pytanie zgłaszamy się co rano na ochotnika, bo nikt inny się nie zgłosił. A jak nikt się nie zgłosił — to my. Zawsze my.

* * *

Jeszcze jedna scena, dla pełności obrazu. Sobota, godzina trzynasta. Ewa, pięćdziesiąt jeden lat, dwoje dorosłych dzieci, małżeństwo dwadzieścia sześć lat, właśnie siada na kanapie z książką. Ma wolne. Nikt nic od niej nie chce. W teorii.

W praktyce Ewa czyta pierwsze zdanie: Elizabeth wsiadła do powozu. Czyta drugie: w powietrzu unosił się zapach drewna i skóry. Czyta trzecie i w tym momencie głowa mówi: a Krzysiek miał zadzwonić w piątek i nie zadzwonił. Ewa zamyka książkę na palcu. Sprawdza telefon. Nic nie ma. Przez chwilę rozważa, czy napisać, czy jeszcze nie pisać. Jeśli napisze teraz, wyjdzie, że się martwi. Jeśli nie napisze, to w niedzielę w ogóle nie będzie wiadomo, jak się sprawy mają i czy on się nie obraził o tamto.

Otwiera książkę. Elizabeth wsiadła. I w tym momencie przypomina sobie, że rachunek za prąd zawsze przychodził po tygodniu od odczytu, a dzisiaj mija już jedenasty dzień.

Dwadzieścia minut ppóźniej Ewa siedzi na tej samej kanapie, z tą samą książką, ale jakoś czyta ją inaczej niż czytałaby ją człowiek, który faktycznie odpoczywa. Czyta ją jak ktoś, kto ustawił książkę na ekranie, ale w tle działa trzynaście zakładek, antywirus i jedna aktualizacja, której nie da się anulować.

Formalnie Ewa odpoczywa.

Faktycznie Ewa wciąż jest w pracy. W tej pracy, której nikt nie widzi, nie liczy i nie płaci za nadgodziny.

Znasz to? Kiedy czytasz dwie strony książki i ją odkładasz? Kiedy włączasz serial i po dziesięciu minutach nie wiesz, co się dzieje, bo w tle tyka lista? Kiedy ktoś ci mówi „odpocznij" i chciałabyś wytłumaczyć, że odpoczywasz, tylko odpoczynek nie chce się na ciebie nałożyć, bo pod nim zawsze jest jeszcze jedno piętro. Jeśli to znasz — o tym właśnie jest ta książka.

* * *

Chcę powiedzieć jedną rzecz od razu, zanim ruszymy dalej.

Ta książka nie jest o tym, że trzeba być bardziej zorganizowaną. Nie jest też o tym, że trzeba odpuścić, oddychać i założyć sobie w telefonie aplikację do medytacji z czerwonym kubeczkiem kawy w logo. Takich książek jest już dużo. Niektóre są bardzo ładne. Nie pomagają, ale są ładne. Znam jedną, w której autorka radzi, żeby „raz w tygodniu zrobić sobie dzień dla siebie". Ja nie wiem, jak autorka sobie wyobraża mój wtorek, ale wtorek, w którym robię sobie dzień dla siebie, to wtorek, w którym trzy inne osoby nie jedzą obiadu i kolacji.

Ta książka jest o czymś innym.

Jest o tej bardzo konkretnej, bardzo nudnej, bardzo kobiecej pracy, którą wykonujesz codziennie w głowie, zanim ktokolwiek zacznie w ogóle pić kawę. Pracy, która nie zostawia po sobie stosu dokumentów ani pustej lodówki do ponownego zapełnienia. Zostawia tylko zmęczenie — takie, którego nie chce się traktować poważnie, bo „przecież nic nie robiłaś”.

No właśnie. Robiłaś. Tylko że w miejscu, do którego nikt nie zagląda.

* * *

Wróćmy na chwilę do Magdy.

Jest pięć po siódmej. Jowisz wisi. Śniadanie trwa. Tomek — który w tym wszystkim naprawdę nie jest złym człowiekiem (trzeba to powiedzieć uczciwie) — wstał, ubrał się, zrobił sobie kawę i zapytał, jak może pomóc.

Trzeba było powiedzieć — odpowiedział, kiedy się okazało, że Magda od szóstej dwadzieścia robi za centrum misji kosmicznej.

Trzeba było powiedzieć.

Przez trzy sekundy Magda stoi w kuchni z łyżką w ręku i dzieje się w niej coś, czego nie umie jeszcze nazwać. To nie jest wściekłość. Na wściekłość nie ma sił. To jest taki szczególny rodzaj poranka, w którym człowiek stoi i próbuje zrozumieć, dlaczego to zdanie, zupełnie przecież rozsądne, tak bardzo kłuje.

Kłuje dlatego, że jest w nim cały mechanizm.

Trzeba było powiedzieć znaczy: ja nie muszę zauważać. Ja nie muszę pamiętać. Ja nie muszę planować. Ja jestem tu w roli klienta. Klient zamawia, klient dostaje, klient mówi „dzięki”. A ktoś w tej restauracji musi być kucharką, kierowniczką zmiany, dostawcą, księgową i osobą, która pamięta, że w środę kończy się umowa na prąd.

Tą osobą od lat jest Magda.

Tyle że Magda nawet się nie kłóci. Uśmiecha się. Macha ręką. Mówi: „nic, daj spokój, spóźnimy się”. I idzie po kurtki. Bo w tym zawodzie nawet awantury nie ma kiedy zrobić. Awantura to osobny projekt — trzeba znaleźć czas, ustawić kontekst, mieć siłę na konsekwencje, potem posprzątać emocje. A tu jest siódma trzydzieści i Ania musi być w szkole. I Jowisz nie może spaść.

Więc idzie. I niesie to dalej. I niesie to dalej, bo zawsze niosła. Bo niosła, kiedy miała grypę, kiedy miała gorączkę, kiedy rozbił się jej telefon i cały kalendarz z nim, kiedy leciało jej z nosa i jednocześnie z oczu, bo akurat teściowa powiedziała coś wrednego, a Tomek nie stanął po jej stronie, bo nawet nie zauważył. I niesie to dalej, bo nie ma nikogo, komu by to odstawiła. Nie ma szatni. Nie ma wyjścia z sali. Nie ma dzwonka na koniec zmiany. Jest tylko kurtka, i szkoła, i tramwaj, i Jowisz.

* * *

Po co ci ta scena?

Bo chciałabym, żebyś przy tym pierwszym rozdziale nie czytała jeszcze żadnej teorii. Żebyś po prostu zobaczyła trzy kobiety: Magdę, Agę, Ewę. Zupełnie różne życia. Zupełnie różne godziny. Jedna pod kołdrą, druga przy ekspresie do kawy, trzecia na kanapie z książką.

A pod spodem ten sam silnik. Ten sam dźwięk w tle. Ta sama taśma, która nie daje się wyłączyć.

Jeśli którąś z nich rozpoznałaś — cześć, witam, jest nas sporo. Jeśli rozpoznałaś wszystkie trzy w różnych latach własnego życia, tym bardziej zapraszam dalej.

Bo przez lata wmawiano ci, że to jest twój temperament. Że tak masz. Że jesteś z tych bardziej odpowiedzialnych. Że po prostu szybciej wszystko widzisz. Że masz takie szczęśliwe skrzywienie: nie umiesz odpuścić.

Może i nie umiesz. Ale w następnym rozdziale chciałabym pokazać, że to nie do końca twoje skrzywienie. Ktoś ci je bardzo starannie wbił do głowy przez dwadzieścia parę lat. I ktoś z niego bardzo wygodnie korzysta.

To jest trochę jak z tą sceną, w której ktoś wchodzi do twojej kuchni i mówi: „o, ale u ciebie zawsze czysto”. I szczerze cię chwali. Ale oboje wiecie, że jeśli następnym razem nie będzie czysto, to nie powie: „no trudno, miałaś dużo pracy”. Powie: „a, widzę, że dziś jakoś nie dałaś rady”.

To nie jest komplement.

To jest praca.

* * *

Na razie nie proszę cię, żebyś cokolwiek robiła. Nie będzie ćwiczenia z kartką. Nie musisz nic odpuszczać, delegować, rozmawiać z partnerem ani stawiać granic. To wszystko przyjdzie dużo później i w dużo mniej patetycznej formie, niż byś się spodziewała.

Teraz proszę tylko o jedną rzecz.

Jutro rano, kiedy otworzysz oczy, zauważ, kiedy dokładnie zaczyna się pierwsza zmiana. Nie wstawanie. Nie kawa. Ten moment, w którym głowa włącza centralę i zaczyna listę.

Czy to naprawdę było „po obudzeniu”?

Czy może jednak wcześniej?

Trzy minuty przed budzikiem?

Pięć minut przed budzikiem?

Może w środku nocy, o trzeciej dziesięć, kiedy wstałaś do łazienki i zanim zdążyłaś dojść z powrotem do łóżka, już ci się przypomniało, że w lodówce kończy się masło?

Zobacz, kiedy naprawdę schodzisz ze zmiany. Albo raczej: zobacz, czy w ogóle z niej schodzisz. Nie pisz tego, nie rozkładaj na tabelki. Po prostu przez jeden dzień pobądź świadkiem swojej własnej taśmy.

Bo dopiero wtedy naprawdę zobaczysz, jak wielki jest ten zakład, w którym od lat pracujesz na całodobowym etacie bez pensji.

A jak się już to zobaczy, to trudniej jest powiedzieć, że to tylko charakter.ROZDZIAŁ 2. PIĘĆ PIĘTER, CZYLI Z CZEGO WŁAŚCIWIE SKŁADA SIĘ TA PRACA.

Jest czwartek, siedemnasta czterdzieści, i Magda stoi w Rossmannie.

Miało być „tylko po jedną rzecz". Po krem do rąk dla teściowej, bo jej urodziny są w sobotę i trzeba coś dokupić do głównego prezentu, żeby nie wyglądał samotnie w torebce. W międzyczasie przypomniało się, że Ania nie ma szamponu dla dzieci — tego pachnącego truskawką, bo innego nie chce. Że kończy się pasta do zębów. Że w sumie Tomek wspominał coś o swoim żelu pod prysznic. Że była promocja na te tampony, które zwykle kupuje, i głupio by było nie skorzystać. Że szczerze mówiąc, sobie też mogłaby coś kupić, na przykład krem na twarz, ale patrzy na półkę i nie pamięta, jaki krem, bo już dawno nie była w dobrych warunkach do myślenia o swojej twarzy.

Wychodzi siedem minut później z pełnym koszykiem, w którym na początku miała być jedna rzecz, a teraz jest ich tam dziewięć.

Jeśli kiedykolwiek wchodziłaś do Biedronki po chleb i wychodziłaś z czterema reklamówkami, bo przy wejściu była promocja na płyn do naczyń, a przy kasie przypomniało ci się, że syn nie ma kredek, a na stoisku z ubraniami widziałaś skarpetki, a skarpetki się młodemu kończą, a tak w ogóle — o chlebie zapomniałaś — to wiesz dokładnie, o czym teraz mówię.

I to jest właśnie ten moment, w którym ktoś mógłby powiedzieć: no widzisz, nie umiesz się ograniczyć.

Otóż nie. To nie jest o tym.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij