Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Niewierny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 kwietnia 2026
3910 pkt
punktów Virtualo

Niewierny - ebook

Doskonale pamiętam dzień, w którym zdradziłem swoją żonę…

Tomasz Malczewski na pozór ma wszystko: kochającą rodzinę, dobrą pracę, stabilizację i wygodne życie. Brakuje mu tylko jednego: emocji, które wyrwałyby go z bezpiecznej rutyny. Ani kursy wspinaczkowe, ani skoki ze spadochronem nie są w stanie wypełnić tej pustki. Wszystko się zmienia, kiedy Tomasz poznaje Dominikę, a ich romans wybucha równie gwałtownie, co niespodziewanie. Nowe, intensywne uczucie i ognisty seks wyrywają go z codziennej monotonii i dają potężny zastrzyk ekscytacji. Aż do czasu…

Zdrada będzie miała znacznie poważniejsze konsekwencje, niż Tomasz mógłby przypuszczać. Wtajemniczony w jego romans przyjaciel, Karol, ginie w wypadku samochodowym. Okoliczności tego zdarzenia nie są jasne, więc komisarz Burski, który prowadzi śledztwo, szybko włącza Malczewskiego w krąg podejrzanych. Czy Tomaszowi uda się uratować swoje dotychczasowe życie? I kto tak naprawdę stoi za śmiercią Karola?

Niewiernyto duszny, trzymający w napięciu thriller, w którym nic nie jest takie, jak może się wydawać – a przeszłość nigdy nie jest zamkniętym rozdziałem.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68543-22-3

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Doskonale pamiętam dzień, w którym zdradziłem swoją żonę.

Pamiętam, ponieważ ten feralny wieczór rozpoczął ciąg brzemiennych w skutki tragicznych wydarzeń i gdybym tylko mógł cofnąć czas… Cóż, mam nadzieję, że potrafiłbym się wówczas zachować przyzwoicie, choć nie wiem tego na pewno. W końcu nikt nie zna samego siebie tak dogłębnie, jak mu się wydaje.

W momencie, gdy skończyłem pisać ostatniego służbowego maila, była dokładnie 17.37. Od rana siedziałem w pracy jak na szpilkach i wyczekiwałem końca obowiązków. Nie potrafiłem się skupić na zebraniach ani wideokonferencjach, rozmowy z innymi osobami w biurze wyjątkowo mnie nużyły, a uwielbiana zwykle kawa wypita naprędce miała tamtego dnia posmak popiołu zmieszanego z błotem. Nawet lunch jadłem machinalnie, bujając przy tym w obłokach. Mój wzrok co chwila wędrował w róg monitora na widoczny tam zegar, jakbym siłą woli próbował zmusić czas, by biegł choć trochę szybciej. W głowie wciąż pobrzmiewała mi wiadomość od Dominiki, którą dostałem tego ranka: Czekam na Ciebie w moim biurze o 18.30. Pragnę Cię. Nie spóźnij się…

Jednocześnie przez cały dzień czułem podekscytowanie, a nawet rodzaj tremy – jak to przed spotkaniem z osobą już trochę znajomą, ale jeszcze obcą, gdy łączą się obietnica z tajemnicą. Byłem więc rozdarty pomiędzy skrajnymi uczuciami. Nie mogłem się doczekać, a zarazem chciałem zatrzymać czas. Napięcie niemal buzowało w powietrzu. Trzy kropki na końcu SMS-a zwiastowały wieczór pełen ekscytujących wrażeń i zmysłowych doznań. Niecierpliwość dodatkowo wzmagało poczucie, że sięgam po zakazany owoc. Od czternastu lat byłem bowiem żonaty z Anną – fantastyczną kobietą, bratnią duszą, która wspierała mnie w każdej sytuacji i na którą zawsze mogłem liczyć. Przetrwaliśmy niejedno zawirowanie i niemało kryzysów. Ufaliśmy sobie i przyjaźniliśmy się, dzieliliśmy troski i pomnażaliśmy radości.

Wydawałoby się, że znaleźliśmy receptę na udany związek. Nie powinienem był więc nawet myśleć o romantycznym angażowaniu się w relację z kimś innym, nie powinienem był flirtować z Dominiką, nie powinienem był wymieniać z nią dziesiątek wiadomości i zdecydowanie nie powinienem był zgadzać się na wieczorne spotkanie w jej biurze po godzinach pracy.

A jednak robiłem wszystkie te rzeczy. Zaangażowałem się, flirtowałem i zamierzałem się z nią spotkać. Spodziewałem się, do czego to doprowadzi, a mimo wszystko, niczym ćma wabiona blaskiem świecy, w płomieniu którego dokona żywota, leciałem ku swojej zgubie. Mało tego – cieszyłem się jak diabli. Ba, łaknąłem tego całym sobą.

Z ulgą zamknąłem laptop i wstałem od biurka. Wziąłem szybki prysznic – szczęśliwie miałem taką możliwość w biurze – włożyłem czyste ubranie, które specjalnie przywiozłem ze sobą z domu i przeczesałem włosy przed lustrem. Nieźle, oceniłem.

Narzuciłem lekką kurtkę i skierowałem się do wyjścia. Skinąłem głową dwóm osobom, które jeszcze siedziały wpatrzone w monitory, i stanąłem przed drzwiami do windy. Wtedy wyjąłem z kieszeni komórkę, wybrałem kontakt do mojego przyjaciela Karola i zadzwoniłem.

Odebrał po trzecim sygnale.

– No, brachu? Gotowy? – spytał bez zbędnych słów.

Pytanie!

– Owszem – odparłem z największą powściągliwością, na jaką było mnie stać, ale usta miałem suche jak kamień na pustyni.

– Czekam na dole – odparł i się rozłączył.

Zjechałem windą na parter, machnąłem do ochroniarza siedzącego za biurkiem w recepcji i opuściłem biurowiec.

Spostrzegłem w oddali Karola. Oparty o maskę niebieskiego Volva stał z założonymi na piersiach rękami i uśmiechał się tym swoim krzywym uśmiechem, który działał na kobiety jak kolorowe płatki kwiatów na pszczoły. Doskonale zdawał sobie sprawę z wrażenia, jakie robił na przedstawicielkach płci pięknej. Jego wysoka sylwetka wręcz krzyczała, że zna od podszewki każde urządzenie na siłowni. Na mój widok wyszczerzył się jeszcze bardziej.

– Aleś się odstawił, Tomeczku! – zawołał, sięgając do kieszeni dżinsowej kurtki po kluczyki od samochodu. Trzymał je tam razem z portfelem, a ja zawsze się zastanawiałem, jak to możliwe, że ich nie gubi. – Do ostatniej chwili obstawiałem, że spękasz – rzekł. – Łap!

I powinienem był wówczas spękać! Naprawdę!

– Coś ty! – odparłem, chwytając kluczyki zręcznym ruchem.

Karol wycofał się na chodnik i wskazał kciukiem samochód.

– Zaparkuj go tam, gdzie się umówiliśmy, a kluczyki zatrzaśnij w środku. Później go odbiorę. Teraz muszę skoczyć do banku. – Poklepał mnie po ramieniu. – I powodzenia, ogierze! Dominika to świetna dupeczka! Seksowna, inteligentna… Zazdroszczę, Tomeczku, zazdroszczę!

– Pieprz się, Karol – odgryzłem się żartobliwie. Nie cierpię, gdy ktoś zdrabnia moje imię. Nikt tak do mnie nie mówi, o czym mój przyjaciel doskonale wiedział. – I w razie czego pamiętaj: gdyby Ania dzwoniła, jestem u ciebie!

– Jasna sprawa. – Pomachał mi na pożegnanie i oddalił się śpiesznym krokiem. W pewnym momencie odwrócił się i zawołał: – Nie zdążyłem zatankować. Skoczysz po drodze na stację benzynową?

Potwierdziłem skinieniem głowy i wsiadłem do samochodu. Można pomyśleć, że przesadzałem z ostrożnością, jadąc na potajemne spotkanie pożyczonym od przyjaciela samochodem, ale przezorności nigdy za wiele. Karol miał mnie kryć przed Anną, gdyby akurat chciała sprawdzić, gdzie spędzam popołudnie i wieczór, zresztą sam zaproponował, bym wziął jego Volvo. Oficjalnie umówiłem się z przyjacielem na męski piątek, czyli film, pizzę i gadanie o życiu, wszechświecie i całej reszcie. Co jakiś czas zdarzały nam się takie nasiadówy, więc moja żona nie powinna nic podejrzewać. No i nie przepadała za Karolem, zatem ewentualny telefon do niego wydawał się mało prawdopodobny. Ale wiecie, strzeżonego… i tak dalej.

Wsiadłem do samochodu i spoconymi dłońmi ująłem kierownicę. Kątem oka dostrzegłem turlającą się po podłodze szklaną pustą butelkę po wodzie mineralnej Perlage. Karol pijał tylko taką, nawet jeśli wiązało się to z nocną wycieczką do supermarketu. Pokręciłem głową z ironią.

Płynnie włączyłem się do ruchu i skierowałem we właściwą stronę. Serce tłukło mi się tak, jakbym miał w klatce piersiowej kolibra, który dodatkowo napił się nektaru z amfetaminą. Sprawdziłem godzinę – do spotkania zostało czterdzieści minut. Dominika pracowała w biurowcu niedawno wzniesionym na skraju miasta. Oceniłem, że bez problemu zdążę, wliczając wizytę na stacji benzynowej.

Jechałem, nie mogąc doczekać się celu podróży, a w odtwarzaczu CD rozbrzmiały słowa piosenki Romeo and Juliett z repertuaru Dire Straits. Cóż za prześmiewczy w zaistniałej sytuacji utwór…

A lovestruck Romeo sang the streets a serenade…

W pewnej chwili usłyszałem za oknem rytmiczny stukot. Opuściłem szybę i wydał się jeszcze głośniejszy. Dobiegał z tyłu samochodu i miałem wrażenie, że jego źródło jest zlokalizowane w pobliżu koła. Zakląłem. Na szczęście stacja benzynowa znajdowała się dwa kilometry dalej.

Zajechałem pod dystrybutor, zatankowałem i zanim poszedłem zapłacić, uklęknąłem i zajrzałem pod samochód. Natychmiast dojrzałem przyczynę hałasu. W podwoziu zaklinował się niewielki patyk i to zapewne on uderzał w rurę wydechową. Sięgnąłem i po mocnym pociągnięciu wyrwałem go. Jakimś cudem udało mi się przy tym nie ubrudzić. Wyrzuciłem winowajcę do kosza, uiściłem należność i po chwili znów pędziłem, pogwizdując radosną melodię. W głębi duszy czułem wielką ekscytację, niczym groupie przed wejściem za kulisy.

***

Gdy dojechałem na miejsce pod przeszklony budynek banku, zadzwoniłem do Dominiki. Powiedziała, że w biurowcu pracuje jeszcze kilka osób, a strażnik na dole został przez nią powiadomiony, że dzisiaj będzie miała ważnego kontrahenta. Regularnie siedziała w robocie do późna na spotkaniach biznesowych, więc takie wizyty nie budziły niczyich podejrzeń. Zdjąłem obrączkę i zostawiłem ją w samochodzie w skrytce na rękawiczki.

Do księgi gości wpisałem fałszywe nazwisko (dzięki poręczeniu od Dominiki strażnik nie zażądał dowodu), dostałem przepustkę, wjechałem windą na górę i krótkim korytarzem dotarłem pod jej gabinet. Nie pogubiłem się tylko dlatego, że dokładnie wytłumaczyła mi, jak do niego trafić. Wziąłem kilka głębokich oddechów, nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka.

Stała tam, przodem do drzwi, z lekko przechyloną głową. Ciemne włosy częściowo przesłaniały jej twarz. Wpatrywała się we mnie, a usta pociągnięte krwistoczerwoną szminką miała delikatnie rozchylone. Promienie zachodzącego słońca sprawiły, że mimo panującego w pomieszczeniu półmroku dostrzegłem delikatny uśmiech Dominiki. Ubrana w doskonale dopasowany czarny żakiet, spod którego wychylał się dekolt jasnej bluzki, spódnicę do kolan, w czarnych rajstopach i szpilkach, robiła piorunujące wrażenie. Zauważyłem również okrągły medalion sięgający piersi. W jednej chwili zrobiło mi się gorąco.

– Cześć – rzuciłem, unosząc w uśmiechu kącik suchych jak trawnik w lato stulecia ust.

– Zdążyłeś – powiedziała bez słowa powitania. – Podoba mi się to.

Nie wykonała żadnego ruchu. Czekała.

Wciąż się w nią wpatrując, zamknąłem drzwi, popychając je biodrami. Dłonią namacałem blokadę i przekręciłem ją.

Zrobiłem krok w stronę Dominiki. Oddech miałem przyspieszony. Patrzyłem jej w oczy. Ona wwiercała spojrzenie w moje.

I wtedy rzuciliśmy się na siebie. Przywarła do mnie całym ciałem. Objąłem ją. Niezdarnymi ruchami zdjąłem kurtkę, a Dominika zrzuciła żakiet. Wciąż się całując i łapczywie błądząc dłońmi po swoich ciałach, pozbyliśmy się reszty ubrań.

Po chwili oderwała się ode mnie, podeszła do swojego biurka i gwałtownym ruchem zrzuciła z niego większość rzeczy. Kilka długopisów, jakieś kartki i zszywacz z impetem spadły na podłogę. Usiadła na blacie, rozchyliła uda i rzucając mi przeciągłe, pełne pożądania spojrzenie, szepnęła:

– Na co czekasz?

Nie trzeba było mi powtarzać. Doskoczyłem do niej i zaczęliśmy się kochać. Namiętnie i wyczerpująco, aż do spełnienia. Była diabelsko seksowna, ognista, na przemian czuła i wulgarna. Jęczała rozkosznie i czasem nadawała tempo, a niekiedy pozwalała się prowadzić jak w tańcu. Wiła się pode mną, by po chwili dominować, wbijając mi dłonie w klatkę piersiową. Podziwiałem jej gibkie ciało i jędrne piersi ze sterczącymi sutkami, między którymi podskakiwał okrągły wisiorek. Szczyt osiągnęliśmy jednocześnie. Krzyknęła, po czym zadrżała i opadła na mnie.

Zrobiliśmy to jeszcze dwa razy – raz wziąłem ją od tyłu, przy oknie, z którego roztaczała się panorama na całe miasto i później w fotelu Dominiki, gdy mnie dosiadła i ujeżdżała, aż jej ciałem wstrząsnęły spazmy rozkoszy, podobnie jak moim. Spoceni, ciężko dysząc i nadal się obejmując, opadliśmy na wykładzinę obok biurka.

Po kilku minutach oddechy nam się uspokoiły. Siedzieliśmy nadzy, oparci plecami o biurko. Piliśmy łapczywie wodę z butelki, którą Dominika wyciągnęła z szuflady. Nasze ciała wciąż rezonowały po zmysłowych zapasach.

– Twoja żona się nie domyśla? – spytała w pewnym momencie.

Dopiero teraz pomyślałem o Annie. Dziwne, ale nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. Zapewne niesiony upojeniem.

– A twój mąż? – odpowiedziałem pytaniem.

Wzruszyła ramionami.

– Nie sądzę, jest zbyt zajęty pracą. – W jej odpowiedzi kryła się lekka nuta irytacji.

Wiedziałem, że Dominika nie darzy męża uczuciem, mówiła mi o tym i chyba była szczera. Tkwiła w małżeństwie ze względu na wysoki status materialny, który jej zapewniało.

Tymczasem Ania darzyła mnie równie silnym uczuciem, co czternaście lat wcześniej, w dniu ślubu…

Nie byłem dobrym mężem. Ale w tamtej chwili nie zamierzałem tego rozważać. Czułem się wspaniale. I chciałem, by tak pozostało. Przynajmniej jeszcze przez chwilę.

Dominika jakby czytała w moich myślach.

– Dawno nie było mi tak dobrze – powiedziała zmysłowym głosem. – Musimy to kiedyś powtórzyć.

Ująłem jej twarz w dłonie.

– Po co czekać?

***

Gdy wciągałem spodnie i zakładałem koszulę, zegar w telefonie pokazywał, że minęła północ. Dominika zaskakująco szybko doprowadziła się do ładu, co zakrawało na wyczyn niemalże olimpijski, biorąc pod uwagę, w jakim stanie znajdowały się chwilę wcześniej jej fryzura i makijaż.

– A lovestruck Romeo sang the streets a serenade… – zanuciłem.

Dominika uśmiechnęła się uwodzicielsko, bo jakżeby inaczej.

– Jesteś tak skrajnie różny od mojego męża, że bardziej już się chyba nie da. On nie cierpi Dire Straits. Nie może słuchać, gdy grają jakiś ich utwór.

Zapiąłem pasek od spodni.

– Utkwiło mi w głowie. Karol ich uwielbia. A ja po prostu lubię – wyjaśniłem, choć niepotrzebnie.

W pomieszczeniu rozbrzmiał jej perlisty śmiech.

– Dobra, Romeo. Wyjdź pierwszy – poleciła, otwierając laptop – a ja odczekam godzinę.

Uniosłem brwi.

– Będziesz teraz pracować?

Rzuciła mi ironiczne spojrzenie.

– Pojebało cię? – Uwielbiałem, gdy przeklinała. – Serial sobie puszczę!

Pocałowałem ją żarliwie i mało brakowało, a znów pozbylibyśmy się ubrań. Po chwili jechałem windą na dół. Wysłałem SMS do Karola, ale nie odpowiedział. Być może już spał. Za to ja czułem się wyśmienicie, jakbym złapał świat za jaja i dyktował mu swoje warunki!

Podszedłem do Volva i wsiadłem. Zerknąłem jeszcze tęsknie w górę – w gabinecie Dominiki dostrzegłem poświatę. Ciekawe, jaki serial ogląda.

Wyludnionymi ulicami dotarłem do centrum, zaparkowałem auto Karola w umówionym miejscu, przesiadłem się do swojego samochodu – wysłużonej, ale wiernej granatowej Toyoty – i wróciłem do domu.

Ania spała, a nasza nastoletnia córka oglądała jakiś film. Tak sądzę, bo przez matową szybę drzwi docierało migotające światło ekranu laptopa. Wziąłem szybki prysznic i położyłem się koło żony.

Przez sen spytała, jak minął mi wieczór, więc odparłem, że dobrze i pocałowałem ją w czoło. Chwilę później, zmęczony, również zasnąłem.

Nadal nie odczuwałem wyrzutów sumienia.

***

Rankiem spostrzegłem, że zapomniałem z powrotem włożyć obrączkę. Została w Volvie Karola, w schowku obok kierownicy. Od razu chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do przyjaciela. Nie odebrał.

Do sypialni zajrzała Ania.

– O, śpiąca królewna wstała – powiedziała z figlarnym błyskiem w oku. – Wieczór się udał?

Starając się nie okazywać zdenerwowania, wyszczerzyłem się do niej.

– No pewnie!

Uniosła jedną brew. Zawsze mi się to podobało.

– Jakieś dziewczynki wpadły?

Rzuciłem jej spojrzenie pełne litości.

– Znasz Karola, od niego dziewczynki nie wychodzą – odparłem z poważną miną, dziękując bogom wszystkich religii świata, że panujący w pokoju półmrok ukrył rumieńce na moich policzkach.

– Niestety znam – roześmiała się. – Co chcesz na śniadanie?

– Jakieś dwie kanapki.

Gdy Ania poszła do kuchni, by przyrządzić posiłek, napisałem do Karola SMS. Najwyraźniej poprzedniego wieczoru nieźle zabalował. Tak czy inaczej, musiałem odzyskać obrączkę. I to natychmiast.ROZDZIAŁ II

Komisarz Maciej Burski walnął pięścią w stojący na komendzie od niepamiętnych czasów automat z kawą. Od zawsze wymagał siłowej zachęty, by wypluć do papierowego kubka czarną i gęstą jak błoto substancję. Stały sposób zadziałał i Burski wrócił do swojego biurka z parującym napojem. Usiadł i zamierzał wziąć pierwszy łyk, gdy zadzwoniła jego komórka. Zerknął na wyświetlacz. Szef. Skoro kontaktował się z nim w sobotę, musiało chodzić o coś ważnego.

– No? – rzucił do słuchawki.

Nadinspektor Adam Rogucki od razu przeszedł do rzeczy.

– Pojedziesz na ulicę Bielską.

– Po co?

Burski nawet nie krył irytacji. Nie chciało mu się jechać taki kawał, to już prawie obrzeża Mysłowic. A miał kilka raportów do sporządzenia. Tylko dlatego siedział w robocie w weekend.

– Bo daję ci taki rozkaz, do kurwy nędzy! – zapieklił się Rogucki. – Ładuj dupę do samochodu i zapieprzaj!

Wybuch szefa nie zrobił na Burskim żadnego wrażenia. To był zwyczajowy język dowódcy, z którym się zresztą przyjaźnili. Upił łyk kawy i powtórzył swoje pytanie:

– Po co mam tam jechać?

Rogucki wziął głęboki wdech.

– Wypadek samochodowy. Jedna ofiara. Strażacy i technicy już badają sprawę. Mają kilka ciekawostek, którymi chcą się podzielić. Tyle informacji ci wystarczy, czy potrzebujesz jeszcze kopa na rozruch?

Burski wziął kolejny duży łyk. Zerknął na zegarek.

– Będę tam za pół godziny. Prokurator?

Rogucki nie musiał się zastanawiać.

– Sprawą zajmuje się Kosa. To on o ciebie poprosił.

Burski skinął głową, choć nadinspektor nie mógł tego widzieć. Kosa, czyli Marek Kosecki, był doświadczonym i skrupulatnym funkcjonariuszem wymiaru sprawiedliwości, godnie reprezentującym powagę piastowanego urzędu. W przeszłości często pracowali razem i komisarz dobrze to wspominał. Darzyli się szacunkiem i łączyła ich szorstka, męska przyjaźń.

Zakręcił kawą w kubku.

– Zaraz się zbieram.

– Świetnie, melduj mi potem o wszystkim. Skoro Kosa chce w to zaangażować mojego najlepszego człowieka, coś musi być na rzeczy.

– Jasne, bez odbioru – odparł Burski i przerwał połączenie.

Dopił kawę i wyrzucił kubek do kosza, po czym od razu wyszedł z komisariatu.

***

Na miejsce dotarł dwadzieścia minut później. Po obu stronach drogi ciągnął się gęsty las. Komisarz już z daleka zauważył kordon służb – straż pożarną, dwa radiowozy i karetkę pogotowia. Dostrzegł również wóz transmisyjny popularnej stacji telewizyjnej. Wokół stało kilku gapiów, w tym jeden rowerzysta. Burski zaparkował w pobliżu i spokojnym krokiem ruszył ku zbiegowisku. W oczy rzuciło mu się dwóch mężczyzn ubranych we flizelinowe kombinezony. Dokonywali pomiarów, szukali śladów, a także sporządzali dokumentację fotograficzną.

Jeszcze zanim podszedł do taśmy oddzielającej miejsce zdarzenia, usłyszał zdecydowany głos Kosy:

– Nie mam teraz mediom nic do powiedzenia!

– Ale… – próbował protestować dziennikarz.

Prokurator nie należał do ludzi, którzy się patyczkują.

– Niech pan da mi spokój, bo oskarżę pana o utrudnianie śledztwa! Rzecznik prasowy wyda oświadczenie w stosownym momencie!

Wtedy Kosa spostrzegł Burskiego i machnął mu na powitanie. Maciej przeszedł pod taśmą ograniczającą miejsce zdarzenia i znalazł się obok Marka. Wyprostowany jak struna, w dopasowanym garniturze, eleganckich skórzanych butach i ze starannie ułożonymi włosami, doskonale uosabiał majestat pełnionego urzędu.

Za jego plecami Burski zobaczył spalony wrak samochodu. Obok, na osmalonym kawałku asfaltu, leżał czarny worek. Nie trzeba tu było Sherlocka Holmesa, by odgadnąć, co kryje.

– Cześć. Ciężki poranek? – zagadnął komisarz.

Prokurator obrzucił odchodzącego dziennikarza niechętnym spojrzeniem.

– Ano. Pijawki szukają tylko sensacji. – Przeniósł wzrok na Burskiego. – I tym razem mogą mieć nosa.

Burski nadstawił ucha. Cenił Kosę między innymi za to, że ten od razu przechodził do rzeczy bez zbędnej gadki szmatki. Poza tym lubił go słuchać, ponieważ prokurator miał bardzo staranną, aktorską niemal dykcję.

Komisarz wskazał wrak.

– Rogucki mówił, że była ofiara.

Kosa pokiwał głową.

– Tak. Prawdopodobnie mężczyzna, przypuszczalnie około czterdziestki.

– Prawdopodobnie?

– Stopień uszkodzenia ciała, czy też w tym przypadku zwęglenia zwłok uniemożliwia, przynajmniej na razie, wysnuwanie konkretniejszych wniosków.

Burski zmarszczył czoło.

– Wypadek?

Kosa wciągnął głęboko powietrze.

– Możliwe. Robocza hipoteza zakłada, że kierowca jechał za szybko, stracił panowanie nad samochodem, wypadł z drogi i grzmotnął w stojące na poboczu betonowe zapory zagradzające wjazd do lasu. Uderzył w pierwszą z nich, obróciło pojazdem, po czym walnął w drugą. Zaklinował się i stanął w płomieniach. Ofiara miała pecha, bo to jedyne takie obiekty w okolicy…

Jeden z gapiów krzyknął coś do stojącej obok niego kobiety, wskazując wrak. Burski przyglądał się dorodnym sosnom rosnącym obok drogi.

– Las się nie zajął?

– To szczęście w nieszczęściu, że stały te betonowe przeszkody – ciągnął Kosa. – Gdyby samochód wpadł między drzewa, mielibyśmy na dokładkę ogromny pożar. Jak widzisz, zatrzymał się na resztce asfaltu. Dalej jest już tylko leśna droga.

Burski zbliżył się do miejsca wypadku, ale stanął wystarczająco daleko, by nie zatrzeć ewentualnych śladów lub przeszkodzić technikom w pracy. Wydawało się jednak, że już kończyli, na co wskazywało wyciągnięte z wraku i nakryte czarnym workiem ciało.

– Jakieś podejrzenia odnośnie do przyczyny wypadku? Błąd ludzki? Awaria?

Kosa pokręcił głową.

– Za wcześnie na wnioski, ale za chwilę technicy powinni skończyć wstępne oględziny. Może będą już coś wiedzieć.

– Marka samochodu?

– Volvo V40, niebieskie.

– Byli świadkowie?

Kosa zaprzeczył ruchem głowy.

– Niestety. Wypadek zdarzył się w nocy, a to mało uczęszczana droga. Pierwszy kierowca przejeżdżał tędy jakieś kilkadziesiąt minut po zdarzeniu, gdy wrak mocno już się palił, a ofiara była martwa. To on wezwał służby.

Rowerzysta najwyraźniej uznał, że już wystarczająco się napatrzył i raźno popedałował w stronę Mysłowic.

– Zatrzymaliście tego kierowcę? Mogę z nim porozmawiać?

Prokurator przymknął na moment oczy.

– Tak. Stoi tam, przy wozie strażackim. Gadaj śmiało. Nazywa się – zajrzał do notesu – Kamil Karski.

Burski przyjrzał się mężczyźnie. Łysiejący, w średnim wieku i nieco przy kości.

Gdyby przeciętność potrzebowała zdjęcia do portfolio, to człowiek ten idealnie nadawałby się na modela. Wolnym krokiem ruszył w jego stronę.

– Dzień dobry, komisarz Maciej Burski – przedstawił się, stając przed Karskim. – Czy mogę zadać panu kilka pytań?

Świadek spojrzał na policjanta umęczonym wzrokiem zza okularów w grubych oprawkach.

– Słucham – rzekł cierpiętniczym tonem. – Ten widok będzie mi się śnił po nocach – dodał.

Burski chrząknął.

– To pan zawiadomił służby?

– Tak.

– Proszę opisać, jak to wyglądało.

Karski westchnął i skrzywił się, ale zaczął mówić:

– Wczoraj w nocy… to znaczy dzisiaj nad ranem… około czwartej wracałem od brata. Miał urodziny. Postanowiłem wybrać krótszą drogę, choć zazwyczaj tędy nie jeżdżę. Wie pan, zwierzęta mogą z lasu na drogę wyskoczyć i wtedy nietrudno o wypadek. Kiedyś widziałem…

Burski uniósł dłoń, przerywając potok słów mężczyzny.

– Proszę, niech pan trzyma się tego, co istotne – poprosił łagodnie.

– Tak, tak, przepraszam – zmitygował się Karski. – No więc wracałem nad ranem drogą przez las, gdy nagle zauważyłem w oddali łunę. Gdy podjechałem bliżej, okazało się, że to ogień. I że na poboczu płonie samochód.

Urwał na moment, rozpamiętując wydarzenia.

– Zatrzymałem się i podbiegłem do wraku. Nie mogłem podejść zbyt blisko, bo było strasznie gorąco. Ale wydawało mi się, że… że… – głos zaczął mu się łamać – ten człowiek… płonął… – Karski ukrył twarz w dłoniach.

– Czy ofiara żyła? Ruszała się? Krzyczała? – spytał po chwili Burski.

Kątem oka zauważył, że prokurator rozmawia z technikami, którzy wskazują wrak.

– Nie – odpowiedział świadek po dłuższej chwili. – Po prostu rozpoznałem ludzki kształt w środku samochodu. Leżał na kierownicy, lecz nie miałem żadnych wątpliwości, że to człowiek.

Burski szczycił się dobrą pamięcią, ale zawsze nosił ze sobą niewielki notatnik i długopis. Zapisał w nim teraz fakty, które podawał świadek.

– Zadzwoniłem po straż pożarną, a potem próbowałem ugasić pożar, ale gaśnica samochodowa… – Znów urwał.

– Czy widział pan tu kogoś jeszcze?

Karski zamrugał.

– Nie rozumiem.

– Czy zanim przyjechały służby, widział pan kogoś w pobliżu? Jakiś inny samochód? Innych ludzi?

Mężczyzna pokręcił przecząco głową.

– W porządku – powiedział Burski. – A czy przypomina pan sobie coś ponadto? Każdy szczegół może okazać się ważny.

Świadek zastanowił się chwilę.

– Nie… Chyba nie. Zaraz… Pamiętam, że gdy podbiegłem do płonącego samochodu, bardzo silnie pachniało benzyną.

Burski zanotował ten fakt, choć nie wydało mu się to dziwne. Przy takim stopniu zniszczenia bak został zapewne przebity.

– To wszystko?

Karski zdecydowanie przytaknął.

– W porządku. Na razie dziękuję. W najbliższych dniach będę chciał jeszcze z panem porozmawiać – odparł Burski.

Wrócił do prokuratora.

– Przesłuchałem świadka – oznajmił. – I prawdę mówiąc, nie wiem, po co mnie tu ściągnąłeś. Sprawa wydaje się jasna.

Prokurator miał zagadkowy wyraz twarzy, a na niej ledwo dostrzegalny uśmieszek.

– No właśnie nie do końca.

Burski poczuł nagłe zainteresowanie.

– Co masz na myśli?

Kosa dał sobie jeszcze chwilę, by zwiększyć napięcie.

– Technicy twierdzą, że przewód hamulcowy został przecięty – rzekł w końcu.

W oddali rozległo się krakanie. Zupełnie jakby ptaszyska tylko czekały na odpowiedni moment, pomyślał Burski.

– Są tego pewni? Z wraku niewiele zostało…

– Raczej tak. Konsultowali to ze strażakami. Zresztą poczekaj, niech sami się wypowiedzą.

Machnął na jednego z techników. Ten zauważył gest Kosy i podszedł do nich nadal odziany w kombinezon ochronny. Zdjął maskę.

Burski przywitał mężczyznę, który miał na imię Wiktor, znał go z widzenia. Prokurator poprosił:

– Niech pan opowie komisarzowi o przewodach hamulcowych.

Technik najpierw wyjął z torby butelkę wody i wypił kilka dużych łyków.

– Strasznie się człowiek poci w tych przeklętych kombinezonach – wyjaśnił, po czym zwrócił się do Burskiego: – Wszystko wskazuje na to, że tylny przewód hamulcowy został przecięty.

Komisarz lekko przekrzywił głowę na bok:

– Skąd ten wniosek?

– Zbadaliśmy wrak. Najpierw sądziliśmy, że przewód przerwał się podczas wypadku. Ale nie, ma zbyt równe krawędzie.

Burski zastanowił się przez chwilę.

– Nie stopił się?

Technik zaprzeczył.

– Podczas pożaru we wnętrzu auta panuje temperatura około tysiąca stopni Celsjusza, i to głównie w górnej części kabiny. Przy podłodze jest niższa, choć może się zdarzyć, że pod koniec dochodzi do jakichś dziewięciuset stopni. Ale nie na zewnątrz. Tam wynosi o jakieś trzysta stopni mniej. Za mało, żeby stopić materiał, z którego robi się te przewody, a zazwyczaj są wykonane z miedzi, niklu lub mosiądzu.

Burski zanotował te spostrzeżenia w notesie.

– Dużo pan wie o pożarach – zauważył.

Technik machnął dłonią.

– Nie do końca. Rozmawiałem wcześniej ze strażakami. Zresztą obiecali, że raport i opinię przyślą w ciągu kilku dni.

Kosa kiwnął głową z aprobatą.

– A coś innego nie mogło przeciąć tego przewodu przy uderzeniu? Jakaś ostra gałąź albo kamień? – spytał Burski, patrząc na Kosę.

Tym razem technik potrzebował chwili do namysłu.

– Gałąź nie, ale kamień… Teoretycznie to możliwe. Choć mało prawdopodobne.

Nagle od strony wraku dobiegł okrzyk. Wszyscy jak na komendę zwrócili głowy w tamtym kierunku. Okazało się, że drugi z laborantów coś znalazł.

We trójkę zbliżyli się do wołającego, który właśnie podnosił z ziemi jakiś nadpalony materiał. Posypały się z niego fragmenty szyby.

– Wygląda na kurtkę – orzekł. – Dżinsową.

Kosa ocenił odległość od wraku.

– Mogła wypaść przez okno w wyniku zderzenia z barierą – zasugerował.

Burski wyobraził sobie tę scenę.

– Jeśli pękła przednia szyba, to faktycznie. Ale leży za daleko…

– I nie byłaby nadpalona – uzupełnił Kosa.

Wtrącił się technik.

– Niekoniecznie. Gdyby po uderzeniu w przeszkodę wypadła przez okno i leżała obok wraku, to podmuch ognistego powietrza po eksplozji opony, co ma często miejsce w takim przypadku, mógłby ją zmieść nieco dalej.

Nikt nie zaoponował, więc przyjęto taką hipotezę.

– Sprawdź kieszenie – polecił Kosa.

Technik przeszukał kurtkę.

– Wygląda na to, że mamy szczęście – powiedział i zaraz się zreflektował. – Yyyy, znaczy, pomoże nam to w śledztwie – dodał szybko, po czym, by zamaskować niezręczny dobór słów, wydobył z kieszeni kurtki portfel.

– Są dokumenty? – zainteresował się Burski.

– Tak – odparł technik i ostrożnie wyciągnął ze skórzanego portfela dowód osobisty. – Karol Moczar – odczytał.

Odruchowo spojrzeli na leżące obok wraku ciało. Burski zapisał w notesie nazwisko denata.

– Trzeba zbadać ten wrak dokładnie. I wykonać sekcję zwłok – zaordynował prokurator. – Wygląda na to, że mamy tu do czynienia z zabójstwem.

Burski zamknął swój notes i wsunął go do kieszeni.

– Mówiłeś prawdę – zwrócił się do Kosy. – Dziennikarskie hieny rzeczywiście zwietrzyły pismo nosem.

Prokurator zrobił zrezygnowaną minę.

– No tak, jeszcze oni… – jęknął, przypominając sobie o mediach.

Komisarz ruszył w stronę swojego samochodu.

– Będziemy w kontakcie – rzucił do Kosy przez ramię.

Burski, choć nie chciał tu przyjeżdżać, cieszył się na nowe śledztwo. Bo niczego tak nie kochał jak swojej pracy. Miał tylko ją i poświęcał się jej bez reszty. Tym razem też zamierzał przeznaczyć na nią wszystkie siły. A jeśli potwierdzą się pierwsze hipotezy i doszło tu do zabójstwa, to ktoś powinien ponieść karę.

I na pewno ją poniesie, pomyślał Burski, wsiadając do samochodu.ROZDZIAŁ III

Przez cały weekend nie mogłem się skupić. Wysłałem do Karola chyba ze dwadzieścia SMS-ów i wykorzystałem każdą okazję, by do niego zadzwonić. Nie odebrał. Co gorsza, miał wyłączoną komórkę. W pewnej chwili zagadnęła mnie Ania:

– Co ty się tak wgapiasz w ten telefon? – W jej głosie pobrzmiewała kpina. – Bo jeszcze pomyślę, że masz kochankę! – I pogroziła mi palcem.

Nadludzkim wysiłkiem udało mi się nawet zażartować:

– Jedną? Co najmniej trzy!

Ale nie było mi do śmiechu.

Nadeszło poniedziałkowe przedpołudnie i siedziałem w biurze nad jakimś niesamowicie nudnym raportem od handlowców, zastanawiając się jednocześnie, co też tym razem nawywijał Karol. Zdarzało mu się znikać na kilka dni i wcale by mnie to nie martwiło, gdyby nie fakt, że musiałem odzyskać obrączkę. Wprawdzie Ania uwierzyła, że zostawiłem ją w pracy, ale nie mogłem tego kłamstwa ciągnąć w nieskończoność. Postanowiłem podjechać później do Karola.

Wspominałem też moją piątkową schadzkę z Dominiką, i te myśli zdecydowanie należały do przyjemnych. Rozpamiętywałem każdy gest, słowo i dotyk dziewczyny. Oszałamiające perfumy zmieszane z zapachem jej ciała, jedwabistą skórę, wygięte w łuk plecy, kropelki potu między jędrnymi piersiami… Wysłałem kochance serię pikantnych wiadomości i odpowiedzi dostałem w podobnym tonie, więc zapowiadało się, że w najbliższym czasie spędzimy więcej takich ognistych chwil.

Nadal nie czułem wyrzutów sumienia, choć oczywiście zdawałem sobie sprawę, że podły ze mnie człowiek. W zasadzie sam nie rozumiałem, dlaczego uwikłałem się w ten romans. To znaczy, jak każdemu facetowi, zawsze podobały mi się atrakcyjne kobiety, ale wcześniej jakoś mnie nie ciągnęło, by przekuć to na skok w bok. Przez wszystkie te lata naprawdę dobrze dogadywaliśmy się z Anią. Potrafiliśmy rozmawiać na każdy temat i nigdy nie wyrósł między nami mur obojętności. Dogryzaliśmy sobie i przekomarzaliśmy się, ale w sposób charakterystyczny dla dobrze dobranych i pasujących do siebie ludzi. No i kochaliśmy naszą córkę, która jakiś czas temu weszła w wiek nastoletni, co pociągnęło za sobą typowe dla tego okresu problemy.

Coś jednak zaczęło się we mnie zmieniać, gdy przekroczyłem czterdziestkę, czyli niecałe trzy lata temu. Wcześniej miałem marzenia czy jeszcze niezrealizowane cele, które odkładałem na później. I nadszedł taki moment, gdy zdałem sobie sprawę, że może nie być żadnego „później”, że trzeba spełniać je teraz. Odhaczyć te wszystkie pozycje z bucket list. Nauka tańca wciąż znajdowała się w planach, ale kurs wspinaczki już zaliczyłem. Podobnie jak skok na spadochronie i lot szybowcem. Na liście widniało jeszcze kilka punktów, które chciałem sukcesywnie realizować, na przykład szereg miejsc do odwiedzenia, były wśród nich Australia i Sahara. Zdrady oczywiście nie planowałem. Ta wyszła przypadkiem. Nadarzyła się okazja i skorzystałem z niej. Nie zamierzałem jednak pudrować prawdy i się oczyszczać. Przynajmniej na tyle starczyło mi przyzwoitości.

Wróciłem myślami do teraźniejszości. Po raz chyba tysięczny spróbowałem przeczytać sprawozdanie handlowców, na podstawie którego miałem sporządzić raport. Jako manager w firmie zajmującej się sprzedażą akcesoriów biurowych odpowiadałem za całą południową Polskę. W ciągu ostatnich dwóch lat popyt na nasze produkty znacznie się zwiększył, więc przedsiębiorstwo dobrze przędło, a i mnie powodziło się nieźle. Dodatkowo chodziły słuchy, że wkrótce przejmiemy konkurencję. Właściciele rywalizującej z nami do niedawna spółki chcieli przejść w niedługim czasie na emeryturę i pragnęli się zabezpieczyć na starość, sprzedając swój biznes. Podobno rozmowy trwały i zmierzały do szczęśliwego finału. Zarząd potrzebował mojego raportu między innymi po to, żeby jego członkowie wiedzieli, jakie środki mają do dyspozycji, gdyby doszło do sfinalizowania rozmów.

Zmuszałem się, by znów podejść do analizy tych wszystkich tabelek i wykresów, ale mój mózg nie potrafił zdecydować, na co woli tracić energię: na martwienie się, czy znajdę obrączkę u Karola, czy też wspominanie upojnych chwil z Dominiką. Uczciwie przyznam, że górę brała druga opcja.

Rozmyślania przerwał mi dzwonek komórki. Zerknąłem na wyświetlacz z nadzieją, że przyjaciel w końcu raczył oddzwonić. Ale nie, telefonował mój przełożony, Artur Dębicki. Odebrałem.

– Cześć, Tomku, możesz się do mnie pofatygować?

Odczułem pewną ulgę, gdy zdałem sobie sprawę, że przez jakiś czas nie będę musiał przeglądać tych nudziarstw od handlowców. Dodatkowo zapowiadało się na jakieś dobre wieści. Mój szef miał bowiem pewną charakterystyczną cechę. Jeśli zamierzał dać komuś podwyżkę, premię lub inną formę gratyfikacji, zawsze robił to w swoim gabinecie. Natomiast w przypadku, gdy musiał pracownika zwolnić lub udzielić mu reprymendy, wybierał inne miejsca w biurze – taras, pokój socjalny, kuchnia – albo po prostu opieprzał delikwenta przy wszystkich. Wielu się to oczywiście nie podobało, ale Artur nic sobie z tego nie robił, a że, jak to się mówi, wykręcał dobre wyniki, zarząd nie zamierzał domagać się od niego zmiany zachowania.

– Jasne, zaraz będę.

Z przyjemnością wstałem i mocno się przeciągnąłem, aż mi w kościach strzyknęło. Wiek robi swoje, choć jak dotąd trzymałem się całkiem nieźle. Opuściłem swój gabinet i ruszyłem do królestwa Artura. Siedział teraz za wielkim biurkiem niczym pan i władca. Salę tronową umeblowano bez fajerwerków, ale z klasą: szafka na dokumenty, dodatkowe krzesło dla gościa, wieszak na ubrania i imponujący fikus stojący w rogu.

– Siadaj. – Wskazał mi krzesło.

Surowe rysy jego twarzy czasem rozjaśniał uśmiech, a siwe, starannie uczesane włosy, takież wąsy i szczupła, niemal żylasta sylwetka wskazywały na człowieka uparcie dążącego do celu. Bywał wymagający, ale starał się rządzić sprawiedliwie. Zazwyczaj mu się udawało, choć miał skłonność do gwałtownych wybuchów gniewu.

Rozsiadłem się wygodnie.

– Chciałeś mnie widzieć – zacząłem.

– Owszem. Co tam u Ani? W porządku?

Skinąłem głową.

– A u Małgosi? Też OK? – Zawsze w ten sposób zdrabniał imię mojej córki, choć ona dostałaby furii, gdyby to usłyszała.

Ponowne skinienie.

– Świetnie. – Uśmiechnął się, po czym położył dłonie na blacie i podjął: – Wezwałem cię, bo mam dla ciebie zadanie. Ważne zadanie.

Nie wykonałem żadnego ruchu. Już nie raz w przeszłości przeprowadzałem z nim podobne rozmowy. Pozwoliłem mu mówić, nie przerywając. Na pytania przyjdzie czas później.

– Jak zapewne wiesz, przymierzamy się do kupna Biurexu. Od kilku miesięcy trwają intensywne rozmowy i oprócz nas ofertę złożyły jeszcze dwie firmy.

Po raz trzeci skinąłem głową.

– Ale wszystko wskazuje, że to nasza zostanie wybrana – oświadczył z zadowoleniem.

– Super – oceniłem. – Kiedy będzie wiadomo na pewno?

Zerknął na kalendarz biurkowy, po czym wydął wargi i przeniósł wzrok na mnie.

– To właśnie zależy od ciebie.

Tego się nie spodziewałem. Zmarszczyłem brwi i pochyliłem się do przodu.

– Chyba nie rozumiem.

– Właściciele firmy to stare małżeństwo Golawskich, Jadwiga i Jerzy. Dość konserwatywne i wrażliwe na punkcie… – urwał na moment, jakby szukał właściwego słowa – …tradycyjnych wartości. Liczy się dla nich rodzina i nie tolerują żadnych nieuczciwych praktyk u siebie w pracy. Chcą mieć pewność, że sprzedadzą firmę komuś, kto według nich będzie tego godny.

Zamrugałem. Wiedziałem już przynajmniej, dlaczego Golawscy wybrali nasze przedsiębiorstwo – Artur również uznawał wzorzec rodziny, w którym to on żywi jej członków, a kobieta zajmuje się domem. Oczywiście nie ma w tym nic złego, o ile obie strony przystają na taki model małżeństwa. Sęk w tym, że do końca nie wiedziałem, czy żona mojego szefa uczestniczyła w podjęciu tej decyzji.

– Nadal nie rozumiem.

Artur złączył dłonie palcami.

– Przyjadą tu na jeden dzień i pragną zobaczyć, jak wygląda u nas kultura pracy. Pokażesz im wszystko.

Odezwałem się dopiero po chwili:

– Dlaczego ja?

Miał tę kwestię dokładnie przemyślaną, bo od razu podał odpowiedź:

– Większość naszych pracowników to albo rozwodnicy, albo ludzie młodzi, którzy dopiero zaczynają karierę i nie założyli jeszcze rodziny. Pozostali nie mają odpowiedniej prezencji. Zresztą opiekunem naszych przyszłych kontrahentów nie może być ktoś poniżej szczebla menadżerskiego, sam rozumiesz.

Rozumiałem.

– Tak więc – ciągnął Artur – gdy przyjadą do nas z wizytą, pokażesz im, co i jak. Oczywiście będę cię przez ten czas wspierał. Później zapewne urządzimy jakąś kolację biznesową, a ty przyjdziesz z żoną. To będzie dobrze wyglądało, dobrana z was para, żadnych ekscesów. Idealny przykład rodziny wyznającej tradycyjne wartości, gdzie na pierwszym miejscu jest miłość.

Natychmiast pomyślałem o jędrnym ciele Dominiki… Dobrze, że nic nie jadłem, bo niechybnie bym się zakrztusił.

– No, widzę, że pomysł przypadł ci do gustu. – Artur uniósł palec wskazujący. – A to jeszcze nie koniec!

– Tak… – zdołałem wypowiedzieć.

– Jeśli interes pójdzie zgodnie z planem i sprzedadzą nam Biurex, będzie to w dużej mierze twoja zasługa. Co wiąże się ze sporą podwyżką, a może i z awansem do zarządu – kusił.

Dałem sobie chwilę do namysłu. Istotnie brzmiało to bardzo interesująco.

– Jak sporą?

Kąciki jego ust uniosły się w ledwie dostrzegalnym uśmiechu:

– O połowę.

Prawie gwizdnąłem. Ania się ucieszy, przemknęło mi przez myśl.

– Ufam ci, Tomek – powiedział poważnie Artur. – Daję to zadanie tobie, bo wiem, że ty tego nie spieprzysz. Zależy nam na tym kontrakcie. Mnie szczególnie – urwał na moment, po czym dodał: – Oczywiście możesz odmówić. Bez żadnych konsekwencji.

Obaj wiedzieliśmy, że się zgodzę. To była przecież dla mnie ogromna szansa, przy niewielkim w zasadzie wysiłku. Powinienem pogadać z Anią przed podjęciem takiej decyzji, choć nie chodziło przecież o żaden wyjazd na pół roku czy coś w tym guście.

– Kiedy przyjeżdżają Golawscy? – Uśmiechnąłem się szeroko.

***

Wróciłem za swoje biurko w nieco lepszym nastroju, choć nadal nie miałem najmniejszej ochoty zajmować się tym przeklętym raportem. Roztrząsałem w myślach znaczenie dopiero co odbytej rozmowy z Arturem. Dostałem szansę od losu i zamierzałem z niej skorzystać. Dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą. Może w końcu będziemy mogli całą rodziną pojechać na wycieczkę do Nowej Zelandii. I gdy tak o tym myślałem, w mojej głowie pojawił się obraz Dominiki. Fajnie byłoby gdzieś się z nią wybrać…

Przymknąłem oczy zły na samego siebie. To tylko skok w bok. Chwila rozkoszy bez większego znaczenia. Nawet nie żaden wielki romans. A że pragnąłem więcej? No cóż, seks był cudowny, świeży, namiętny i pełen pasji. Tak jak na początku z Anią… Nie mogłem jednak przekreślić kilkunastu lat udanego małżeństwa tylko dlatego, że poznałem jakąś inteligentną, piękną i chętną kobietę…

Moje rozważania przerwało wibrowanie komórki. Przekonany, że to wiadomość od Karola, natychmiast po nią sięgnąłem. Myliłem się. To był SMS od Dominiki. „Jutro po pracy. U mnie w biurze” – odczytałem.

Momentalnie poczułem gorąco. W wyobraźni ujrzałem sceny z naszego piątkowego spotkania. Uświadomiłem sobie, że tego dnia nie dam już rady przeczytać raportu. Natomiast nowe zadanie od Artura dawało mi pretekst, by jutro zostać dłużej w pracy. A właściwie, by taką wizję przedstawić Ani.

Muszę przyznać, że nie poznawałem samego siebie. Może to się wydać nieprawdopodobne, ale kochałem swoją żonę. Chciałem jedynie poczuć, niemożliwą do przywrócenia w długoletnim związku, świeżość. No i nie bez znaczenia pozostawał fakt, że Dominika, atrakcyjna dziewczyna, pragnęła mnie. To zawsze działa na męskie ego i próżność. Doskonale wiedziałem, że postępuję podle i historia z Dominiką nie skończy się dobrze. Ktoś ostatecznie zostanie skrzywdzony. Pół biedy, jeśli tylko ja. Czułem się tak, jakbym siedział w sportowym, rozpędzonym samochodzie i zmierzał w stronę przepaści…

Niejako wbrew sobie, ale jednocześnie bardzo pragnąc kolejnego spotkania z Dominiką, odpisałem na jej wiadomość, potwierdzając schadzkę. Następnie rozparłem się w fotelu i założyłem ręce za głowę. Na moment oddaliłem troski i wyrzuty sumienia. W tamtej chwili chciałem żyć pełnią życia. Choć przez krótki czas.

***

Dałem radę jakoś dotrwać do końca dnia, choć nie spędziłem produktywnie ani chwili. Siedziałem za biurkiem, bezmyślnie przeglądając wiadomości w internecie, zamieniłem kilka słów ze współpracownikami, ale tylko przeciągałem czas do zakończenia pracy. Wysłałem też kolejne wiadomości do Karola. Bez odpowiedzi. W końcu nadeszła godzina opuszczenia biura i przywitałem ją z prawdziwą ulgą.

Po chwili siedziałem już w samochodzie. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, wrzuciłem bieg i wyjechałem na jedną z głównych arterii miasta. Przed powrotem do domu chciałem zajrzeć w jeszcze jedno miejsce.

Droga do celu zabrała mi prawie pół godziny. Zaparkowałem na Bażantowie przy dużym kompleksie sportowym. Kolejne pięć minut zajęło mi dotarcie przed jeden z szeregowców. Zatrzymałem się pod numerem 135. Od razu rzuciło mi się w oczy, że na podjeździe nie ma auta. Bez wielkich nadziei podszedłem do drzwi i nacisnąłem dzwonek. Rozległ się wyjątkowo irytujący dźwięk. Zgodnie z moim przeczuciem Karol nie otworzył. Postałem tam jeszcze kilka minut, nie wiadomo zresztą po co. Ostatecznie skapitulowałem i ruszyłem z powrotem do samochodu, a następnie, już bez żadnych przystanków, do domu.

Ania skończyła dzisiaj wcześniej i przyrządziła szybki, ale pyszny obiad dla całej naszej trójki. Zjedliśmy ze smakiem, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Opowiedziałem żonie o propozycji Artura i bardzo jej się spodobała. Dodała, że jest ze mnie dumna, i że nie dziwi jej fakt, iż to właśnie ja zostałem wybrany. Tak, miałem wspaniałe żonę i córkę…

Małgorzata umówiła się z koleżankami. Miały iść do kina, a potem nocować u jednej z nich i następnego dnia pójść razem do szkoły. Dostaliśmy z Anią po buziaku i nasza córka błyskawicznie się ulotniła. Wpatrywałem się w drzwi, za którymi zniknęła, dłuższą chwilę. W ostatnim czasie często nachodziła mnie myśl, że moja mała dziewczynka dorasta, wywołując sprzeczne uczucia: dumy, nostalgii, radości i smutku. Cóż, życie.

Z przyjemnością usiadłem na kanapie, by odsapnąć chwilę. Uwielbiam delektować się ciszą, szczególnie w spokojne popołudnie po pracy.

Tym razem chwila wytchnienia została brutalnie przerwana.

– Wciąż nie masz obrączki? – zagadnęła Ania.

W jej głosie nie słyszałem złości ani irytacji, jedynie ciekawość.

– Zapomniałem wziąć ją z biura. Dużo się działo, wiesz, rozmowa z szefem…

Modliłem się w duchu, by brzmiało to przekonująco. Na szczęście Ania nie należała do osób, które przywiązują wagę do podobnych drobnostek. Pogroziła mi tylko żartobliwie palcem i wróciła do czytania książki.

Odpoczywałem jeszcze kilka minut, w końcu usiadłem przy biurku i włączyłem laptop. Chciałem poczytać coś o firmie, którą chcemy kupić, i może też o jej właścicielach. Zawsze lepiej wiedzieć takie rzeczy. Spróbowałem przedtem po raz chyba setny skontaktować się z Karolem, ale bez efektu. Odłożyłem komórkę i uruchomiłem przeglądarkę internetową.

Postanowiłem najpierw sprawdzić wiadomości. Wszedłem na stronę jednego z popularnych portali informacyjnych. Naprędce przejrzałem fakty ze świata polityki. Tradycyjnie jedni kłócili się z drugimi, a pewien minister zrobił z siebie kompletnego idiotę. Nic nowego. Sport ominąłem, nigdy mnie nie interesował. Zatrzymałem się na dłużej przy sekcji o filmach i rozrywce. Zajrzałem jeszcze do wiadomości lokalnych. Odszukałem odpowiedni dział na stronie i przeczytałem nagłówki. Jakiś protest w centrum miasta, zbliżał się koncert światowej sławy muzyka, drogowcy zaczynali remont ruchliwej ulicy, więc władze ostrzegały przed korkami. Słowem – nic nadzwyczajnego.

Nagle mój wzrok padł na słowa, które sprawiły, że mimowolnie drgnąłem: „Tragiczny wypadek. Z Volva nic nie zostało”.

Kliknąłem w odnośnik i wczytałem się w treść. Z każdym zdaniem włos coraz bardziej jeżył mi się na głowie.

Do tragicznego wypadku doszło w nocy z piątku na sobotę na ulicy Bielskiej, na granicy Katowic i Mysłowic. Z niewyjaśnionych przyczyn samochód osobowy marki Volvo zjechał z drogi i uderzył w betonową zaporę na poboczu. Pojazd stanął w płomieniach. W środku znajdowała się jedna osoba, prawdopodobnie mężczyzna. Przybyłym na miejsce służbom niestety nie udało się go uratować. Nasz reporter zdołał ustalić…

W tym miejscu przerwałem czytanie. Do artykułu dołączono bowiem zdjęcia spalonego wraku. Mimo całkowitego zniszczenia samochodu na niewielkim ocalałym fragmencie karoserii dostrzegłem kolor lakieru.

Był niebieski.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij