Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Niewygodne płótno - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 sierpnia 2026
14,90
1490 pkt
punktów Virtualo

Niewygodne płótno - ebook

Monika myślała, że przeszłość zostawiła za sobą na korytarzach warszawskiej ASP. Prawda okazała się jednak cieniem, który czekał na odpowiedni moment, by uderzyć. Marek zna jej słabość i ma dowód, który w kilka minut może zniszczyć jej idealne małżeństwo i reputację. Zaczyna się od jednej wiadomości. Jednego adresu. Jednej decyzji podjętej w paraliżującym strachu. Każde kolejne ustępstwo zacieśnia jednak pętlę na jej szyi, wciągając Monikę w ciąg coraz bardziej brutalnych żądań i bezwzględnych przekroczeń granic. W mrocznej praskiej pracowni, w otoczeniu stęchłej farby i dymu, malarka przejdzie przez najgorszy sprawdzian uległości. Czy z pętli szantażu można się wyrwać, nie tracąc własnej duszy?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

CHAPTER 1

Zapach oleju lnianego, terpentyny i gęstego, chłodnego pyłu pigmentowego był dla Moniki jedyną rzeczą, która pozwalała jej pamiętać, że pod skórą wciąż ma krew, a nie bezbarwny płyn ustrojowy.

Jej pracownia mieściła się na poddaszu przedwojennej kamienicy, którą kupili z Robertem sześć lat temu. Wysokie, chłodne pomieszczenie z wielkim, ukośnym oknem wychodzącym na północ miało w sobie coś z kaplicy i laboratorium. Pod ścianami stały dziesiątki zagraconych płócien – niektóre skończone, zastygłe w gęstych, mięsistych zieleniach i brudnej ochrze, inne zaledwie zamalowane gruntem, czekające na pomysł, który od miesięcy nie nadchodził.

Monika stała przed sztalugą ze szpachlą w dłoni. Mazała po płótnie szerokimi, agresywnymi ruchami. Miała na sobie za dużą, męską koszulę poplamioną zaschniętą farbą i dresowe spodnie wyciągnięte na kolanach. Jej ciemne włosy, spięte spinką z tworzywa, powoli wymykały się z upięcia, opadając na kark. W wieku czterdziestu dwóch lat wyglądała dokładnie tak, jak wygląda kobieta, która przestała przeglądać się w lustrach z ciekawości, a zaczęła jedynie z obowiązku.

Przeciągnęła szpachlą po szorstkim płótnie, zostawiając grubą, wypukłą kreskę głębokiej czerni. Zapatrzyła się w ten ślad. W sztuce szukała kiedyś wolności, dynamicznego dialogu z własnym wnętrzem. Dzisiaj malowanie przypominało raczej próby przebicia się przez grube, matowe szkło.

Z dołu, z parteru ich dwupoziomowego mieszkania, dobiegł dźwięk obracanego w zamku klucza, a zaraz potem ciche, rytmiczne pisknięcie domowego systemu alarmowego.

Robert wrócił do domu.

Nie musiał nic mówić, by wnieść ze sobą zapach swojego świata – chłodną, absolutną czystość, bezwonność zdematerializowanego świata bitów i bajtów, przełamaną jedynie bardzo drobną nutą kawy z ekspresu i drogich, cytrusowych perfum. Robert był architektem oprogramowania, starszym inżynierem i współwłaścicielem dynamicznie rozwijającego się software house’u. Jego życie składało się ze złożonych struktur kodu, przewidywalnych algorytmów, ciągłej integracji i czystej logiki, w której każdy błąd miał swój numer, opis i był możliwy do usunięcia za pomocą kilku odpowiednich linijek komend.

Monika usłyszała jego kroki na drewnianych schodach. Szedł powoli, stabilnie. Robert nie biegał, nie spieszył się. On zarządzał czasem tak, jak zarządzał zasobami procesora – z wyliczoną chłodno wydajnością.

Zatrzymał się w progu pracowni. Jak zwykle nie wszedł na surowy, poplamiony farbami parkiet. Zawsze zatrzymywał się dokładnie na linii łączenia paneli korytarza z deskami poddasza, jakby obawiał się, że przypadkowy pył pigmentu czy odrobina rozpuszczalnika mogłaby brudzić jego idealnie skrojony, szary sweter z merymosa i obcisłe, ciemne jeansy.

– Jeszcze na górze? – zapytał, spoglądając na zegarek na nadgarstku. Był to Apple Watch o tytanowej kopercie, którego ekran mignął na zielono, informując o zamkniętych pierścieniach aktywności. – Monika, dochodzi dziewiętnasta. Za półtorej godziny musimy wyjść. Pamiętasz o kolacji z ludźmi z funduszu? Przyjeżdżają inwestorzy ze Sztokholmu.

Monika zastygła ze szpachlą w dłoni. Spojrzała na wielki, staroświecki zegar wiszący na ceglanej ścianie. Wskazówki rzeczywiście nieubłaganie minęły siódmą.

– Przepraszam – powiedziała cicho, odkładając narzędzie na krawędź słoika ze spienioną terpentyną. – Zapomniałam. Zeszłam tu rano i… po prostu straciłam poczucie czasu.

Robert westchnął. Nie był to gest złości ani poirytowania. W jego westchnieniu kryła się dobrze naoliwiona, zorganizowana pobłażliwość – taka sama, jaką okazuje się dorosłemu dziecku albo roztargnionemu artyście, którego utrzymuje się w domu dla ocieplenia wizerunku.

– Ty zawsze tracisz poczucie czasu, Moni – odpowiedział, podchodząc w końcu o krok bliżej. Stanął za jej plecami, nie dotykając jej, jakby obawiał się, że brudne ubranie przeniesie na niego chaos. Przechylił głowę, przyglądając się obrazowi na sztaludze. – Co to jest?

– Pejzaż. Chyba. – Wytarła dłonie w poplamioną szmatkę. – A przynajmniej próba zrobienia czegoś z przestrzenią.

– Ciemne – zauważył, mrużąc oczy z eksperckim wyrazem twarzy, choć o malarstwie wiedział dokładnie tyle, ile przeczytał na tabliczkach w Muzeum Narodowym podczas wycieczek integracyjnych. – Za dużo tej czerni i brudnej zieleni. Ludzie, którzy kupują obraz do salonu, wolą rzeczy, które wnoszą światło. Jasne, pastele, przestrzeń. Coś, co nie przytłacza pomieszczenia. Zresztą… twoje ostatnie rzeczy sprzedawały się gorzej, prawda? Galeria w Sopocie odesłała trzy płótna dwa tygodnie temu.

Słowa Roberta były jak małe, szklane kulki uderzające w ciało – niby nie raniły do krwi, ale zostawiały ciche, podskórne siniaki.

– Malarstwo to nie jest optymalizacja kodu, Robert – odpowiedziała, opuszczając wzrok na swoje powalane farbą palce. U nasady paznokci wciąż miała czarne smugi od ugoru. – Nie produkujemy rzeczy według specyfikacji klienta.

– Wszystko jest usługą albo produktem, moja droga – odparł spokojnie, gładząc się po idealnie przyciętym, siwiejącym zaroście. – Kwestia tego, czy umiesz zdefiniować wartość dla odbiorcy. Ale nieważne. Umyj się i przebierz. Naprawdę zależy mi na tej kolacji. Szwedzi rozważają dokapitalizowanie naszego nowego modułu AI na poziomie czterech milionów euro. Wolę, żebyśmy pojawili się tam sprawnie i wyglądali jak zgrany zespół.

Monika opuściła głowę.

– Dobrze. Daj mi dwadzieścia minut.

gdy zbierała się do wyjścia z pracowni, Robert uniósł z małego stolika przy schodach białą, sztywną kopertę, która leżała tam od południa.

– A, przyszedł list – rzucił, obracając papierek w palcach. – Do ciebie. Z Akademii.

Monika zamarła w pół kroku. Odwróciła się powoli.

– Z Akademii?

– Wygląda jak zaproszenie na zjazd – rzekł Robert, podając jej kopertę bez większego zainteresowania. – Dwieście dwadzieścia lat wydziału, czy coś w tym stylu. Twój rocznik. Dwudziestolecie ukończenia studiów.

Kobieta wzięła gruby, papierowy kwadrat. Na froncie widniało tłoczone logo Akademii Sztuk Pięknych oraz jej panieńskie nazwisko wypisane kaligraficznym pismem: _Monika Stawska_.

Poczuła nagłe, gwałtowne ukłucie w klatce piersiowej. Dwadzieścia lat. Dokładnie dwie dekady od momentu, gdy obroniła dyplom z wyróżnieniem, trzymając w ręku kieliszek taniego szampana i wierząc, że świat leży u jej stóp, a jej imię będzie wymieniane w katalogach najważniejszych galerii w kraju.

– Dwudziestolecie… – wymruczała pod nosem. – Boże, to było całe życie temu.

– Jedziesz? – zapytał Robert, sprawdzając już jakieś powiadomienie na telefonie. Ekran rzucał na jego gładką twarz zimne, błękitne światło.

– Sama nie wiem. Czy to ma sens? Większość z nas pewnie rzuciła malarstwo. Albo robi grafiki do gier komputerowych, albo projektuje ulotki dla dyskontów. Pewnie będziemy mierzyć się wzrokiem i sprawdzać, komu wyrosły brzuchy, a kto dorobił się mieszkania na kredyt.

– Jedź – rzekł Robert niespodziewanie, nie podnosząc wzroku spod ekranu. – Szczerze ci to doradzam. Ostatnio ciągle siedzisz w tej klatce na górze. Zamknęłaś się w sobie, Monika. Nic cię nie cieszy. Zrobisz sobie mały reset, napijesz się wina, posłuchasz głupot o starych czasach. Ja i tak mam w przyszłym tygodniu pełen wdrożeniowy sprint i wylot do Londynu na dwa dni, więc nie będzie mnie w domu.

Słowo „reset” w jego ustach brzmiało jak komenda systemowa. Przeładowanie pamięci podręcznej, wyczyszczenie ciasteczek, powrót do ustabilizowanych parametrów pracy.

– Przemyślę to – powiedziała, ściągając z głowy spinkę. Włosy opadły jej na ramiona.

Przeszła do sypialni na dolnym poziomie. Ich mieszkanie było arcydziełem nowoczesnego minimalizmu. Płaszczyzny surowego betonu połączone z ocieplającym, jasnym drewnem, ukryte listwy oświetleniowe, brak jakichkolwiek niepotrzebnych przedmiotów. Żadnych drobiazgów na komodach, żadnych pamiątek z podróży, żadnych zdjęć w ramkach – poza jednym, niewielkim portretem z ich ślubu dziesięć lat temu, stojącym w gabinecie Roberta.

Monika weszła do łazienki, odkręciła kran i zaczęła szorować dłonie szczoteczką z twardym włosiem. Mydło pieniło się na szaro od osiadłego pigmentu. Wpatrywała się w swoje odbicie w wielkim, podświetlanym od tyłu lustrze.

Była ładną kobietą – miała szlachetne, wysokie kości policzkowe, głęboko osadzone, szare oczy i jasną cerę, która jednak od pewnego czasu sprawiała wrażenie przezroczystej, pozbawionej blasku. Patrzyła na siebie i próbowała odnaleźć w tym odbiciu dziewczynę sprzed dwudziestu lat. Tamta Monika była głośna, nosiła za duże swetry kupowane w lumpeksach, pachniała tanimi papierosami i farbą olejną, a przede wszystkim – czuła tak gwałtownie i intensywnie, że czasem brakowało jej tchu.

Co z niej zostało?

Żona cenionego architekta oprogramowania. Kobieta, która mieszkała w bezszumnym, sterylnym domu, gdzie nie miało prawa wydarzyć się nic niespodziewanego. Robert zaplanował ich życie tak, jak planuje się bezpieczną architekturę systemu: wielopoziomowe kopie zapasowe, zero ryzyka, stały dochód, coroczne wakacje w sprawdzonych resortach na Południu, kolacje z ludźmi, którzy inwestowali w przyszłość technologii.

W tym świecie nie było miejsca na chaos. Ale nie było też miejsca na pasję.

Monika ubrana w elegancką, małą czarną z jedwabiu i klasyczne szpilki zeszła na dół. Robert czekał przy drzwiach, trzymając w dłoni jej płaszcz. Spojrzał na nią tak, jak sprawdza się stan realizacji zadania.

– Wyglądasz bardzo dobrze – powiedział z aprobatą. – Stonowanie, z klasą. Szwedzi to docenią.

– Dziękuję – odparła cicho, pozwalając, by nałożył jej płaszcz na ramiona.

Gdy wychodzili, Robert upewnił się, że zamek szyfrowy kliknął, a alarm przeszedł w tryb czuwania.

Subtelny zapach starych parkietów, terpentyny, wilgotnego tynku i dymu tytoniowego wsiąkniętego w mury kilkadziesiąt lat temu przywitał Monikę zaraz po przekroczeniu progu głównego budynku Akademii.

Hotel, w którym zorganizowano dwudniowy zjazd połączony z bankietem, znajdował się na obrzeżach małego, podwarszawskiego miasteczka, w zabytkowym pałacyku otoczonym zaniedbanym parkiem. Miejsce to niegdyś służyło jako dom pracy twórczej dla studentów i profesorów. To tutaj, na trzecim roku, spędzili trzy tygodnie na kultowym plenerze malarskim – trzy tygodnie wolności, nieustających dyskusji o sztuce do świtu, taniego wina i pierwszych wielkich dramatów miłosnych.

Monika szła wąskim korytarzem na drugim piętrze, ciągnąc za sobą niewielką walizkę na kółkach. Podłoga skrzypiała przy każdym kroku. Z dołu, z wielkiej sali balowej, dobiegał już gwar: brzęk tłuczonych szkieł, wybuchy głośnego śmiechu i dźwięk gitary akustycznej, na której ktoś próbował zagrać stary utwór z przełomu wieków.

Zatrzymała się pod drzwiami pokoju numer 214. Włożyła tradycyjny, mosiężny klucz do zamka – tutaj nikt nie pomyślał o elektronicznych kartach – i pchnęła skrzypiące drewno.

Pokój był skromny, niemal ascetyczny. Dwa wąskie łóżka z drewnianymi oparciami, małe biurko przy oknie i stara, skrzypiąca szafa. Monika postawiła walizkę pod ścianą i podeszła do okna. Wyjrzała na zewnątrz.

Za szybą gęstniał zmrok. Park spowity był lekką, jesienną mgłą. Przez chwilę stała w ciszy, chłonąc ten chłód.

Trzy dni. Dwa noclegi. Dwa dni bez Roberta. Bez jego przemyślanych komunikatów, bez powiadomień rzucanych przez domowe urządzenia smart, bez rozmów o rundach finansowania i wydajności serwerów.

Przebrała się w luźną, ciemnozieloną sukienkę z miękkiej dzianiny, rozpuściła włosy i poprawiła delikatny makijaż. Gdy schodziła po szerokich, dębowych schodach na dół, czuła, jak w jej klatce piersiowej narasta dziwny, dawno zapomniany niepokój – mieszanka ekscytacji i lęku.

Sala bankietowa tonęła w półmroku. Światło reflektorów skupiało się na zaimprowizowanej scenie, na której wisiał baner: _20 LAT PÓŹNIEJ. ROCZNIK 2006_. Przy długich stołach nakrytych białymi obrusami siedziały dziesiątki ludzi.

Monika zatrzymała się na progu, skanując twarze. Część z nich rozpoznała natychmiast, mimo siwiejących włosów, łysiny czy dodatkowych kilogramów. Inni zmienili się tak bardzo, że musiała w pamięci nakładać na ich dzisiejsze rysy zakurzone, czarno-białe zdjęcia z legitymacji studenckich.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij