Niezapomniani. Przeznaczenie - ebook
Niezapomniani. Przeznaczenie - ebook
Midgard nigdy nie uchodził za krainę piękna i beztroski. To świat potworów, wojen, poświęceń i piekielnej żądzy władzy. Na tym zbudowano jego fundamenty. A jednak – nawet w najciemniejszych zakątkach pojawia się iskierka nadziei. Mały płomień w bezkresnym mroku. Taka właśnie jest Nees – a przynajmniej chciałaby taka być.
Wraz z towarzyszami próbuje odnaleźć swoje miejsce w tym brutalnym świecie. Z czasem stają się znaczącymi figurami na krwawej planszy. Doświadczyli na własnej skórze, czym są prawdziwe fundamenty człowieczeństwa. Każdy z nich przeszedł swój osobisty koszmar. Ale czym właściwie jest koszmar? Może to początek, który musi nadejść? Zapowiedź lepszego, naprawionego świata? A może to niezbędne, choć bolesne doświadczenie? Prolog do mrocznej wędrówki, w której każdy szuka własnego światła?
Koszmar... Koszmar zawsze pozostaje koszmarem.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8308-948-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wszędzie było go pełno… Sam w nocy? Do lasu?… Nigdy nie był rozsądny… Wiesz, ludzie zawsze gadają… Może to i lepiej… Przez wilki? Takiego chłopa? Może Vinry? Szkoda dziewczyny… Widziałem go, cały rozszarpany… Nie, tylko jego ciało tam było… Gdybyś widział to miejsce…
Nad ranem takie strzępy rozmowy usłyszała Nees – zamknięta na górze, w swoim pokoju, dziesięcioletnia dziewczynka, która mieszkała wraz z rodzicami w chatce na uboczu. Wiedziała, co się stało, zanim matka weszła do pokoju. Mówiono, że rozszarpały go wilki, jednak mimo swojego młodego wieku nie uwierzyła w to. Jej ojciec? Jak takiego dużego chłopa mogły rozszarpać wilki, a on sam nie zabił ani jednego? Nie bronił się? Może na tym mu zależało…? Nie chciał już tu być? Nie, przecież to nie mogły być wilki… Jakaś bestia?
Takie pytania bez odpowiedzi dręczyły Nees. Usiadła przy marmurowym kominku zdobionym ich rysunkami. Zawsze gdy ojciec wracał z polowania, razem zasiadali przy kominku i go malowali. Były to obrazy różnych potworów i demonów, a choć było ich pełno, to jednak ludzie widzieli światełko w tunelu: byli nim oni – ci stający naprzeciw bestiom. Nees popatrzyła w rozżarzony ogień, w buchające z kominka płomienie. Nagle coś poczuła, coś niezrozumiałego. Jej źrenice zrobiły się białe i zemdlała. Po chwili obudziła się, a gdy otworzyła oczy, zawiesiła wzrok na gorących płomieniach.
Po trzech długich dniach pełnych płaczu i strachu Nees obudziła się w samym środku nocy. Odrzuciła na bok ciepłe skóry, podniosła się i zaczęła patrzeć z łóżka przez okno. Widziała spadającą z nieba złotą gwiazdę.
– Tata zawsze mi opowiadał, że spadające gwiazdy przynoszą szczęście i trzeba pomyśleć życzenie – powiedziała sama do siebie cichutkim głosem.
Tak też zrobiła i popatrzyła w leśny horyzont. Zobaczyła dziwne światła, które zdawały się wychodzić z lasu. Wtedy zrozumiała, że widzi wiele płonących pochodni.
– Musimy uciekać! – krzyknęła mama, otwierając i trzaskając drzwiami do jej pokoju.
– Dlaczego? – zapytała mała dziewczynka.
– Duże wilki chcą nam zrobić krzywdę – odpowiedziała jej. – Weź ten niebieski kwiatek do rąk i nie puszczaj go.
Matka wzięła dziewczynkę na ręce. W mgnieniu oka zeszła po schodach i przeszła przez tylne drzwi. Zaczęła biec w kierunku przeciwnym do niespodziewanych gości. Po kilku chwilach było słychać wybijanie szyb i dobijanie się do drzwi.SZPONY
_DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ…_
Nees przez ostatnie siedem lat uczyła się walki mieczem – była to jej pasja. Tak duża, że potrafiła porzucić wszystko i wszystkich, aby tylko stawić się na treningu. Mistrzem dla Nees był jej przyjaciel David. Chodzili na długie spacery oraz rozmawiali na wszystkie tematy, jakie tylko nasunęły się im na język. Nieraz zdarzało się tak, że zafascynowani rozmową nawet nie zauważali, że minęły kolejne godziny z ich życia, zupełnie jakby czas w ogóle dla nich nie istniał. Łączyła ich więź. Przyjacielska, miłosna lub jeszcze jakaś inna – Nees sama nie wiedziała, czym to wszystko jest.
Pewnej nocy, podczas pełni księżyca, Nees obudził głos, który ją wołał – był spokojny i hipnotyzujący. Wołał ją do lasu, a ona nie mogła się mu oprzeć. Las był okropnym miejscem: gdzieniegdzie wisiały liny na drzewach lub poszarpane kawałki ubrań. Często było widać krew na drodze oraz ślady walki. Drzewa przypominały strachy na wróble. Krocząc pośród drzew i mroku, od czasu do czasu widziała chowające się za drzewami postacie, które nie wyglądały jak z tego świata. Patrzyły się na nią.
Jedno z okropieństw stanęło jej na drodze. Była to zjawa. Unosiła się nad ziemią bez najmniejszego problemu. Stały od siebie na odległość nieświeżego oddechu. Patrzyły sobie w oczy. Te zjawy były puste, a w nich kryła się otchłań mroku, w której można by było się zgubić. Twarz zjawy była przerażająca. Miała poszarpaną skórę oraz blizny na całej powierzchni. Gdy zjawa powiedziała strasznym i przerażającym tonem słowo: „Kolejna…”, to wtedy Nees włosy stanęły dęba, zdrętwiała i przeszły ją ciarki. Nie wiedziała, co powinna teraz zrobić. Po wypowiedzeniu tego słowa zjawa poleciała w głąb lasu i zniknęła. Z oddali było słychać upiorny śmiech.
Po chwili Nees odzyskała możliwość ruchu, otrząsnęła się i ruszyła dalej po ścieżce. Głos zaprowadził ją prosto do jaskini. Wzięła pochodnię, która wisiała tuż przy wejściu, i ruszyła w głąb. Odniosła wrażenie, że idzie na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Na ścianach były umieszczone różnego rodzaju napisy oraz malowidła, które przedstawiały postacie, jednak nie takie zwyczajne. Były tam istoty przypominające przerośnięte wilki, kostuchy, demony i inne stwory.
Kilka ze stworzeń dziewczyna rozpoznała od razu. Były tam istoty, które rysowała wraz z ojcem. Z kolei każdy rysunek, na którym byli przedstawieni ludzie, miał coś ze sobą wspólnego. Zostały na nim wyryte cztery pionowe kreski, przypominające pozostałości po cięciach pazurami. Teksty były napisane takim językiem, jakiego jeszcze nigdy nie widziała.
Dotarła do końca jaskini. Nic tam nie było. Kompletnie nic, pustka. Nie wiedziała, co ma zrobić. Przecież coś ją ewidentnie tu przyprowadziło. Coś musiało tutaj być. Chodziła wzdłuż ścian, szukając czegokolwiek. Na jednej z nich spostrzegła otwór, a nad nim kamienny przycisk, ledwo widoczny. Nacisnęła go. Na samym środku jaskini z podłoża wysunął się piedestał, na którym spoczywał miecz.
Gdy zbliżyła się do miecza, zaczął on świecić tak oślepiającym światłem, że nie potrzebowała żadnej pochodni. Chwyciła mocno za rękojeść i podniosła broń. Ostrze miecza lśniło swoim własnym blaskiem. A jednak nic się nie stało. Liczyła na magię, tajne przejście, głosy w głowie. Cokolwiek.
Włożyła ostrze miecza w dziurę pod przyciskiem. Miecz idealnie tam pasował. Nagle ze wszystkich ścian zaczęła płynąć gęsta krew. Wyglądało to tak, jakby cała rzeka zebrała się dookoła niej. Wciąż trzymając miecz, niespodziewanie poczuła ból. Taki ból, którego nie da się wyobrazić. Jej całe ciało wręcz płonęło, a ją przykrył krwawy całun. Straciła przytomność.
Obudziła się przed jaskinią po kilku godzinach. Wschodziło już słońce, a obok niej leżał miecz, lecz nie świecił jak wcześniej. Zajrzała do środka jaskini. Po krwi nie było żadnego śladu. Z kolei na jej ręce pojawił się znak. Były to szramy po czterech pazurach, znajdujące się blisko siebie, w równej odległości, o tej samej długości i takiej precyzji, że to nie mogło być żadne przetarcie. Znak był dokładnie taki sam jak ten, który widniał na ścianach, więc to nie mógł być przypadek.
Usłyszała szum rzeki, którą przekroczyła zeszłej nocy. Zbliżyła się do wody, uklękła, umyła ręce i przemyła twarz. Gdy wycierała oczy, zobaczyła swoje odbicie w tafli. Zobaczyła siebie – piękną kobietę z długimi, ciemnymi jak noc włosami i przepięknymi, niebieskimi oczami, ubraną w czarną, lnianą koszulę. Jej delikatne rysy twarzy były subtelne, choć nie aż tak, jak mogłyby być u baśniowych, nieskazitelnych księżniczek.
Rozejrzała się wokół. Ruszyła przez ten sam las, lecz jasność i brak głosu, który ją prowadził, sprawiły, że ujrzała to miejsce inaczej. W lesie spostrzegła kilka vinrów i obóz, w którym się znajdowali. Mieli kilka namiotów, ognisko i suszarki na mięso. Zachowała ostrożność. Vinry byli zagadką taką samą jak ludzie: jedni ci pomogą, a drudzy nabiją nago na pal. Vinry to wielkie, włochate, humanoidalne wilki, poruszające się w głównej mierze na dwóch łapach. Ich umaszczenie było różne. Jedni byli biali, inni czarni, a jeszcze inni szarzy czy brązowi. Mieli wielkie szpony i długi pysk z kłami w środku. Najbardziej zastanawiające było jednak to, że po śmierci ich ciała pełne futra zamieniały się w zwykłego martwego człowieka. Vinry najczęściej można było spotkać w małych, zdziczałych grupach.
Podeszła bliżej, jednocześnie chowając się za wzgórzem. Wolała pozostać w ukryciu. Obserwowała. Dwójka vinrów wyszła z namiotu, ciągnąc za sobą człowieka, mężczyznę. Rzucili nim o ziemię, drwili z niego. Jeden z vinrów wyglądał inaczej. Miał na sobie poszarpany, czarny płaszcz z futra, w takim samym kolorze kapelusz i wykałaczkę na końcu pyska. Z kolei umięśniony mężczyzna miał liczne rany na ciele i wyraźne ślady pobicia. Jego koszula i spodnie były poszarpane. Wyglądało to tak, jakby jeden z vinrów włożył jego odzienie – tłumaczyłoby to jego odmienny wygląd i poszarpany płaszcz.
Vinr podszedł do człowieka z szorstkim, wręcz sarkastycznym uśmiechem na pysku. Pojmany mężczyzna wstał. Nie miał założonych żadnych lin wiążących mu dłonie.
Popatrzyli sobie wzajemnie w oczy.
– Nie jest fajnie, jak się na ciebie poluje, co? – zapytał ponuro vinr.
Mężczyzna uderzył vinra w pysk. Wyleciała z niego wykałaczka. Delikatnie kulejąc, człowiek zaczął uciekać w głąb lasu.
Vinr spokojnie podniósł wykałaczkę i popatrzył w stronę słońca.
– Siedem… trzy, dwa, jeden. Polowanie rozpoczęte… – powiedziała ubrana bestia.
Cała trójka skoczyła na cztery łapy. Zaczęli gonić zbiega. Przerażona Nees położyła się na ziemi i leżała tak kilka minut, zastanawiając się, czy to działo się naprawdę, czy tylko jej się to przywidziało. Wstała. Zobaczyła, że to nie było złudzenie. Dawno nie widziała żadnego vinra i to jeszcze tak blisko jej domu.
Zaczęła biec w przeciwnym kierunku, niż udali się pozostali. Po wielu ciągnących się dla niej chwilach zobaczyła wyczekiwany skraj lasu, a na jego końcu jej własny dom. Gdy wróciła do domu, zastała swojego przyjaciela Davida siedzącego przy stole i opierającego się o swój miecz. Była zaskoczona, widząc go tak wcześnie, i to bez wcześniejszej zapowiedzi.
– Co tutaj robisz? – zapytała, nie kryjąc zdziwienia w głosie.
David wstał od stołu i popatrzył na nią smutnym wzrokiem, a po chwili milczenia oznajmił:
– Wiem, co się z tobą działo.
Podwinął rękaw. Na skórze miał taki sam symbol, jaki teraz miała Nees. Wcześniej go nie zauważyła. Zastanawiała się, czy może w ogóle go tam nie było.
Podeszła do niego i przytuliła się z całych sił.
– Co tu się właściwie dzieje? – zapytała.
Usiedli razem przy stole. David zaczął jej opowiadać wszystko od początku. Powiedział, że ta historia rozpoczęła się wiele, wiele lat temu, a było to mniej więcej tak…
Hjalmar był prostym człowiekiem, zajmował się budową i naprawą statków. Był jednym z najlepszych szkutników w całym Midgardzie. Pewnego dnia Jarl Lothrakson poprosił Hjalmara, aby ten zbudował mu statek. W zamian miał zostać sowicie wynagrodzony, lecz jeśli by go zawiódł, to nikt więcej miał nie usłyszeć imienia szkutnika. Hjalmar popatrzył na Jarla, a na jego twarzy wymalował się delikatny, lecz pewny siebie uśmiech. Szkutnik podjął się wyzwania.
Nie była to pierwsza lepsza robota, do wykonania miał tytaniczną pracę. Łódź ta miała być w stanie przepłynąć każde morze i każdy ocean. Statek miał być wykonany z takiego materiału, jakiego Hjalmar na oczy jeszcze nie widział. Drzewo, z którego pochodził materiał, miało mieć nazwę Drzewa Panów, niektórzy mówią, że tym drzewem mogło być Yggdrasil. Na początku pomyślał sobie, że skoro ma materiał, który tak dostojnie się nazywa, to praca z nim pójdzie gładko, jednak się pomylił. Drewno było oporne. Cięcie materiału trwało kilka razy dłużej niż przy innych drzewach, a wyginanie go dla własnych celów można było zaliczyć do cudów.
Po trzech tygodniach wycieńczony i ledwo żywy Hjalmar osiągnął to, co było w jego głowie. Machina była gotowa. Przyszedł do niego Jarl. Lothrakson dokładnie przyjrzał się dziełu szkutnika, popatrzył w każdą lukę, każdą jedną rysę przejechał swoim palcem. Na końcu wskoczył na statek, popatrzył na horyzont i zaczął się głośno śmiać. W tym samym czasie wyciągnął zza pasa gigantyczny mieszek wypełniony monetami i zapłacił za pracę. Była to tylko próba. Chciał się upewnić, jakim tak naprawdę człowiekiem będzie Hjalmar. Czy go oszuka? Wykorzysta inny materiał? Statek będzie w nagannym stanie?
Nastała noc. Była pełnia księżyca. Hjalmara nieoczekiwanie coś obudziło. Wołał go głos. Poszedł za nim. Kierował go na plażę, w stronę klifów. Będąc u podnóża klifu, zauważył jaskinię, której wcześniej zdawało się tam nie być. Nad nią wisiała przywiązana kobieta. Nie żyła. Ciało miała poszarpane. Hjalmar, będąc w transie, poszedł do jaskini. W środku na małym piedestale zobaczył butelkę z eliksirem.
– Wypij mnie… Wypij… – Wodzący głos w jego głowie nie dawał mu spokoju. Nic nie mógł zrobić, poza byciem mu posłusznym.
Opróżnił całą buteleczkę. Głos ucichł, a on wyszedł z transu, znowu był sobą. Nic się nie stało. Rzucił butelką w jedną ze ścian jaskini, a wtedy ta się rozbiła. Wybiegł z pieczary. Przed jaskinią czekał Lothrakson.
– Jesteś gotów – powiedział Jarl.
– Gotów? Na co? – zapytał zdezorientowany Hjalmar.
– Na to, żeby nam pomóc.
W tym momencie zauważył, że kilku rosłych mężczyzn zaczęło się ustawiać wokół niego. Poczuł ukłucie w szyi. Został uśpiony.
Obudził się po kilku minutach. Otworzył oczy, a pierwsze, co zobaczył, to swoją rękę, na której miał znak cięcia pozostawiony po czterech pazurach. Spojrzał przed siebie – przy ognisku tuż obok niego siedziały cztery włochate bestie.
– Usiądź – powiedziała jedna z nich, patrząc na niego swoim krwawym spojrzeniem.
Wszyscy na niego czekali. Powoli podszedł do nich, usiadł na ziemi, przełknął głośno ślinę i przypatrzył się im. Byli oni wielkimi bestiami, podobnymi do vinrów. Jednego z nich poznał od razu, były to te same błękitne oczy, jakie miał Jarl – a ten, patrząc na Hjalmara, skinął głową. Lothrakson zwrócił się do niego z prośbą o założenie klanu. Klanu, który będzie im pomagał z walką ze złymi stworami i anomaliami świata. Hjalmar prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widział vinra. A może ich jeszcze wtedy tu nie było? Wytłumaczył mu, że istniało wiele takich potworów jak on na tym świecie, jednak nie wszystkie były złe. Zdarzało się, że takie bestie były bardziej człowiecze od niektórych ludzi, a ten świat potrzebował tego. Potrzebował swoich ludzi. Ludzi, którzy go kiedyś uratują.
Hjalmar wstał, popatrzył w płomienie ogniska, a później na błękitne oczy bestii. Wyciągnął przed siebie rękę, którą Lothrakson uścisnął. Jarl rzekł, że najsilniejsi członkowie będą się pojawiać raz na kilka lat. Właśnie tak powstał Klan Szponów. Członkowie klanu szybciej regenerowali się po odniesionych ranach, a ich przeznaczeniem było przedzieranie się przez mrok – bez względu na okoliczności i bez patrzenia na własne korzyści.
Po opowieści Davida Nees zrozumiała, o co chodzi. To było jej przeznaczenie, które zostało zapoczątkowane dawno, dawno temu.
– To nie jest wszystko. Mamy ukryte miasto w górze, które zostało zbudowane między innymi właśnie przez Hjalmara – powiedział David.
– Dopiero teraz mi to mówisz?! Zaprowadzisz mnie tam? – zapytała zaciekawiona.
– Dużo już przeżyłaś jak na jeden dzień. Jutro pójdziemy. Wyśpij się, odpocznij. Twoja warta dopiero się rozpoczyna.
Nees odprowadziła przyjaciela do drzwi i pożegnała się z nim. Poszła do łóżka i położyła miecz obok siebie.
Próbowała zasnąć, jednak nie potrafiła. Cały czas jej wzrok był skierowany w stronę miecza. Patrząc na niego, myślała o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło: o jaskini, w której była, o widzianych vinrach i historii samego Hjalmara. Nie mogła uwierzyć, że to się działo naprawdę. W końcu zmrużyła oczy. Zasnęła. Miała koszmar. Pierwszy raz od dawna. Widziała śmierć swojego ojca. Przed oczami miała jedynie przebłyski całej historii. Widziała zamazaną postać, która obaliła jej ojca. Stała obok. Nic nie mogła zrobić. Była sparaliżowana. Po chwili udało jej się chwycić za miecz, lecz było już za późno. Widziała ojca w kałuży krwi. Zaczęła krzyczeć. Obudziła się z tym samym krzykiem. Wstała z łóżka. Była wściekła. Przewróciła stół i rzuciła krzesłem o ścianę. Po chwili usiadła na łóżku. Popatrzyła na miecz i zaczęła płakać.DROGA DO VICHRA
Kilka godzin później David szybkim ruchem otworzył drzwi i wszedł do środka, po czym rozejrzał się, upewniając się, że nikogo za nim nie było. Nees cały czas siedziała na łóżku, trzymając miecz na kolanach.
– Pora się zbierać. Vinry na nas polują – powiedział poważnym głosem.
Nees wzięła miecz. Uciekli z domu w stronę lasu.
David wziął do ręki kilka kwiatów łzy i kazał Nees się nimi wysmarować, aby vinry nie wyczuły ich zapachu. Kwiat ten był niepozorny. Wyglądał jak zwykły niebieski kwiatek. Jednak miał cenną właściwość: niwelował zapachy. Taki sam kwiatek dała jej matka, kilka lat temu. W tej chwili usłyszeli wycie. Wiedzieli, że już nie uciekną. Schowali się za drzewami, trzymali blisko siebie, aby przygotować zasadzkę. Po kilku sekundach usłyszeli tupot łap. Vinry biegły w ich stronę.
Była ich dwójka. Zaczęli krążyć wokół domu Nees. Futro jednego było jak czyste srebro, a ubarwienie drugiego było kruczoczarne. Bestie stanęły kilka kroków przed nimi. Szukały ich tropu po zapachu. Po chwili srebrzysty podszedł do nich. Przeszedł pomiędzy drzewami, za którymi skryli się David i Nees. Wtedy oboje wykonali – w tym samym momencie – szybki ruch, przebijając mieczami płuca bestii. Ta wyła straszliwie, ale po chwili leżała na ziemi, nie ruszając się. Jej ciało przemieniło się, stała się człowiekiem. Wcześniejszy vinr teraz wyglądał jak zwykły mężczyzna z ranami od mieczy na brzuchu.
Czarny, słysząc wycie swojego towarzysza, ruszył na nich z furią i tlącym się żarem w oczach. Podbiegł do nich. Rozpoczęła się walka. Bestia zaczęła ciąć szponami w kierunku Davida. Udało mu się uskoczyć. Nees podbiegła do vinra, zamachnęła się i cięła kawałek pleców bestii. Nie była to poważna rana. Bestia odwróciła się i uderzyła Nees w twarz. Ta upadła, lecz cały czas trzymała miecz w dłoni.
Bestia szybko odwróciła się w stronę Davida i kontynuowała atak. Poszarpała kawałek jego ręki i choć była to bardzo bolesna rana, to jednak nie przeszkadzała Davidowi w dalszej walce. Przyjacielowi Nees udało się zrobić kontratak. Zamachnął się i odciął jedną z łap bestii. Ta zawyła niemiłosiernie, po czym chwyciła w drugą łapę większy kawałek kłody leżącej na ziemi i uderzyła Davida w skroń. Zemdlał, odlatując kilka metrów dalej.
Nees była już na nogach. Zaczęła atakować vinra. Wielki wilk z kłodą w ręce wybił z jej dłoni miecz. Dziewczyna mogła tylko patrzeć w krwiste oczy i na sączącą się ślinę z pyska. Bestia powoli się do niej zbliżała z zamiarem dokończenia swojego dzieła, aż zamachnęła się i głośno zaryczała. Niespodziewanie strzała przebiła jej głowę. Vinr upadł na bok, a po chwili się przemienił.
Zobaczyła trzy osoby biegnące w ich stronę.
– Kim-m jesteście? – zapytała Nees, u której na twarzy malowało się zaskoczenie.
– Wszyscy tutaj jesteśmy z tego samego klanu – odparł jeden z nich, uśmiechając się szeroko.
Byli to trzej członkowie Klanu Szponów. Usłyszeli wycie, więc przybiegli, żeby zobaczyć, co się dzieje. Uratowali Davidowi i Nees życie.
– Dziękuję za uratowanie nas – powiedziała Nees, dobiegając do poranionego przyjaciela.
David zaczął się budzić, ale z rany cały czas leciała krew. Podeszli również pozostali członkowie klanu. David rozpoznał ich od razu i się uśmiechnął.
– Nic was nie omija, co? – zapytał ze śmiechem.
Znał ich od początku swojej przygody z klanem, która rozpoczęła się blisko dekadę temu.
– David znowu w potrzebie? – spytał z drwiną i życzliwością w głosie najmniejszy z nich. Był to krasnolud, który natychmiast wyciągnął małą baryłkę zza pazuchy. Podszedł do Davida, popatrzył na ranę, napił się i zaczął opatrywać. Rana nie była głęboka, ale trzeba była się nią zająć. Wszyscy klęczeli wokół Davida, który siedział oparty o drzewo.
Zaczęli przedstawiać się po kolei. Pierwszy przemówił Arfus, który to zdradził swoje imię oraz powiedział, że na co dzień zajmuje się łowiectwem. To właśnie on zabił vinra jedną strzałą. Drugi to Ihnis, który w tym momencie opatrywał ranę Davida. Krasnolud w głównej mierze był płatnerzem, ale i równie doświadczonym w boju wojem. Udał się z Arfusem po potrzebne do wykucia pancerza materiały ze zwierząt. Trzecim był Thorn – mistrz areny w Vichrze, mieście członków Klanu Szponów – któremu powaga nieczęsto schodziła z twarzy. Wyruszył z pozostałą dwójką na wyprawę, ponieważ nikt nie był już dla niego wyzwaniem w mieście. Szukał nowych przygód.
Po kilku minutach David wstał, rozejrzał się wokół i wziął głęboki wdech. Wszyscy razem poszli w kierunku Vichra. Zbliżała się noc, a do miasta zostało jeszcze kilka dobrych godzin drogi. Zatrzymali się przed lasem. Postanowili odpocząć do wschodu słońca. Rozłożyli koce i rozpalili ognisko. Wszyscy razem usiedli i zaczęli opowiadać przeróżne historie.
Nees uznała, że zdradzi nieco o swoim życiu, jak to się stało, że zamieszkała sama pośrodku niczego. Jej matka, kilka dni przed jej osiemnastymi urodzinami, odeszła, nie mówiąc żadnego słowa i zostawiając jedynie mieszek wypełniony monetami. Dzięki niemu oraz amatorskiemu polowaniu udawało jej się wiązać koniec z końcem.
Thorn opowiadał, jak to piętnaście lat temu stoczył pojedynek z samym Odynem. Pojedynek ten odbywał się w Valhalli, do której dostał zaproszenie od jednej z Valkyr, której pomógł bezinteresownie kilka lat wcześniej. Mówił, że Valhalla jest pięknym miejscem, ponieważ gdzie nie popatrzył, tam toczył się jakiś pojedynek, a także były tam najpiękniejsze kobiety, jakie w swoim życiu widział. Pojedynek miał proste zasady i polegał na dwóch zwycięstwach. W Valhalli każdy był wręcz nieśmiertelny. Regenerował się po walce, więc nie trzeba było się martwić o rany. Pierwsza runda polegała na walce dwoma mieczami jednocześnie. W tym starciu bezdyskusyjnie wygrał Odyn, przebijając korpus Thorna i rzucając nim o odległą ścianę. Druga runda była pojedynkiem z wykorzystaniem miecza i tarczy. Tę rundę wygrał Thorn, który obalił tarczą Odyna i leżącego już na ziemi przebił mieczem. W trzeciej rundzie zmienili sposób walki, używali łuków i strzał. Byli oddaleni od siebie na odległość stu metrów. Chowali się za kamiennymi pozostałościami po murach. Zwycięzcą całego pojedynku okazał się Thorn, który zdołał trafić prosto w oko Odyna, wychylającego się zza barykady. Nagrodą Thorna była drewniana tarcza Odyna. Pokazał ją swoim towarzyszom, oznajmiając, że wykonano ją z materiału tak trwałego, że nikt i nic nie mogło jej przebić ani choćby naruszyć.
Ihnis i Arfus opowiadali o swojej pracy. Mówili, że bycie zarówno płatnerzem, jak i łowczym nie było łatwe, ale obaj byli zadowoleni, ponieważ robili coś, w czym nikt im nie dorównywał. Krasnolud wspomniał również o swojej niechęci do elfów.
Ostatnią historią była ta opowiedziana przez Davida. Pewnego dnia dostał wiadomość od Mroźnego Anioła. Postać była podobna do Valkyr, lecz zamiast emanować światłością, pozostawiała po sobie delikatną mroczną smugę, a powietrze wokół stawało się mroźniejsze. Wiadomość zawierała treść, której David się nie spodziewał. Władczyni Niflheimu, krainy mgły i lodu, potrzebowała jego pomocy. Bez wahania zgodził się jej tej pomocy udzielić. Został wysłany tam z misją zabicia Ognistego Giganta, który najechał tamtejszą ziemię. Giganta nie dało się zabić zwykłym ostrzem. Aby go pokonać, uprzednio musiał wykuć Szpony Mrozu z materiałów, które wykopał w owej krainie u zbocza jednej z wysokich gór. Były to szpony, którymi mógł wyciągnąć serce giganta – to miało być jego trofeum. Musiał zanieść je władczyni tamtych regionów. Królowa uprzednio rzuciła na niego czar, aby ten chronił go tymczasowo od wszelkiego rodzaju ognia. Przynajmniej tak właśnie na początku myślał. Okazało się, że faktycznie czar chroni przed ogniem, ale jeśli nie zostanie ściągnięty po upływie kilku godzin, to jego serce na początku przestanie bić, a później zmieni się w lód, aby służyć królowej do końca swoich dni.
David wykorzystał kilka podległych władczyni zmor i poświęcił je, aby bezszelestnie podejść od tyłu do giganta. Gdy David się zakradał, one podeszły od przodu do olbrzyma. Ten bez żadnego problemu zdeptał je, a jedną chwycił i rozerwał na pół. Gdy David wbił szpon w giganta, ten zaczął straszliwie krzyczeć, wywracać się, robić wszystko, byle tylko zrzucić z siebie człowieka. Na Davidzie nie robiło to większego wrażenia, więc wspinał się dalej. Gdy doszedł na sam szczyt jego pleców i przeszedł przez bark, to ruszył w stronę serca. Wbił szpony w okolice miejsca, gdzie serce miało się znajdować, ale okazało się, że go tam nie było. Nic, kompletna pustka. Potwór zaryczał, a David szukał dalej. Poczuł dosłownie delikatne uderzenie serca – jedno bicie. Myślał, że mu się wydawało, ale skorzystał z okazji i sprawdził to miejsce. Ruszył w stronę głowy giganta i tam rzeczywiście znalazł serce. Szybko je wyciągnął. Gigant stanął w bezruchu, a po chwili runął na ziemię. Zamarzł całkowicie w ciągu kilku sekund. David przyniósł tamtejszej władczyni jego serce, a ona nie mogła wyjść z podziwu. Nie wierzyła, że mu się uda, więc zrobiło to na niej wrażenie.
– Powiedz mi, Davidzie, dlaczego mam cię teraz wypuścić? A co, jeśli nie chcę cofnąć swojego czaru, a chcę, żebyś został przy mnie, służąc mi po kres swych dni?
– Pani, moje przeznaczenie nie jest tutaj. Wykonałem powierzone mi wyzwanie – odparł stanowczo.
Hel popatrzyła na niego, a jeden z jej kącików ust poszedł do góry.
– Jeszcze się spotkamy – powiedziała bogini.
W nagrodę dostał miksturę łez. Miksturę, która była w stanie przywrócić do życia osobę, której ostatni oddech mógł być słyszany nawet przez przodków. Przy ognisku David pokazał swoim towarzyszom małą fiolkę. Właśnie w niej miała się znajdować owa mikstura. Opuszczając krainę, musiał zostawić wykute wcześniej szpony, na znak hojności, aby być w stanie się stamtąd wydostać.
Po skończeniu opowieści przez Davida wszyscy poszli spać, oprócz Thorna, który miał nad nimi czuwać. W okolicach godziny czwartej usłyszał dziwne syczenie dochodzące z lasu. Syczenie zaczynało być coraz głośniejsze, więc zaniepokojony obudził swoich towarzyszy. Wzięli oręż w ręce i czekali. Po chwili z lasu wyłoniło się pięć postaci, których ręce kształtem przypominały ludzkie, ale te stworzenia odznaczały się tym, że miały ogon cały pokryty łuskami, tak jak ich ciała. Wyglądem przypominały węże o wzroście dorosłego człowieka. Postacie te nosiły miecze jak ludzie. Gdy zobaczyły Nees i jej kompanów, to natychmiast ruszyły do ataku.
Arfus chwycił za łuk. Zanim stworzenia zdążyły do nich dojść, ustrzelił jedną z bestii, trafiając w szyję. Jeden z węży rzucił się na Nees. Ta sparowała atak i uskoczyła, po czym zamachnęła się i uderzyła ostrzem swojego miecza w broń węża z taką siłą, że ta wypadła mu z ręki. Nie tracąc czasu, Nees wzięła kolejny zamach, tym razem odcinając głowę węża. Ihnisa zaatakował najprawdopodobniej ich przywódca – był większy od reszty. Krasnolud czekał na niego z uśmiechem na twarzy i dwustronnym toporem trzymanym w dłoniach.
– Dawaj, skurwysynie! – krzyknął Ihnis i ruszył na przeciwnika.
Obydwoje zbliżali się do siebie rozpędzeni. Krasnolud w ostatnim momencie schylił się, przeleciał pomiędzy nogami bestii i uderzył toporem w ogon. Atak nie był na tyle mocny, aby go odciąć. Ihnis wskoczył bestii na plecy i wspinał się do jego głowy, trzymając topór w zębach. Bestia nie była dłużna. Wierzgała, skakała, obracała się, wymachiwała mieczem za plecami, aby zrzucić z siebie płatnerza. Jednak jemu udało się wspiąć i szybkim, silnym uderzeniem odciął głowę bestii, która to poleciała w dół wzgórza, tocząc się. Bestia upadła na kolana, a Ihnis z zabójczym śmiechem krzyknął:
– KTÓRY, KURWA, NASTĘPNY?!?
Po czym rzucił toporem w przeciwnika Davida, uderzając go śmiertelnie w plecy.
W tym samym momencie Thorn toczył walkę z ostatnią bestią. Z łatwością parował miecz swoją tarczą i zadawał ciosy, jednak pojedynek szybko się skończył, bo Arfus strzelił przeciwnikowi prosto w głowę.
– Kim oni byli? – zapytała Nees ze zmęczeniem słyszalnym w głosie.
– Sekressy. Pół chuje, pół ludzie – odparł Ihnis.
– W sensie pół węże, pół ludzie – dopowiedział David.
– Nienawidzę węży – mruknął krasnolud.
– Wschodzi już słońce – rzekł Thorn. – Nie ma na co czekać, czas wyruszać w dalszą podróż do miasta.
Po kilku kwadransach zatrzymali się przed jednym z lasów, z którego wydobywała się nienaturalnie mgła.
– Banshee… – powiedział Ihnis, zagryzając wargę.
– Słuchaj, Nees. – Arfus zwrócił się bezpośrednio do dziewczyny. – To nie jest taki zwykły las, jak te wszystkie poprzednie, w których byłaś w swoim życiu. Na to miejsce ludzie mówią Las Zguby. Duch kobiety przejął nad nim władanie. Gdy wchodzisz do środka, wszystko się zmienia. Zaczynasz widzieć rzeczy, które cię dręczą, zaczynasz widzieć złe duchy, właśnie Banshee. Musisz się do tego przyzwyczaić, a także pamiętać, że to wszystko jest tylko w twojej głowie. To tak naprawdę nie istnieje, a jak istnieje, to nie może cię skrzywdzić. Zrozumiałaś? My tyle razy musieliśmy przez to przejść, że dla nas to już w sumie norma. Ale że to będzie twój pierwszy raz, to uważaj. Będziemy cały czas blisko ciebie.
– Ciągle dowiaduję się nowych rzeczy. Dobra, dam radę – odpowiedziała pewna siebie Nees.
Cała drużyna weszła do lasu.
_KILKA MINUT PÓŹNIEJ…_
– Czekajcie, też to widzicie? – zapytała Nees, wskazując na postać naprzeciwko nich, która wyszła zza drzew.
– Taaaa… widzimy to – odpowiedział pewnie Thorn.
– Co, do chuja?! – krzyknął zdezorientowany Ihnis. – Przecież nigdy nie widujemy razem tych wizji i pierwszy raz widzę taką Banshee. Zwykle to duża postać kobiety, ubrana w delikatnie przezroczystą i koronkową suknię, a ta sama unosi się nad ziemią, świecąc zielonym ogniem, jak moje oczy, gdy się opiję tego pysznego piwka… takiego wiecie… prosto z beczki, a to wszystko później zagryzę takim świeżym udźcem z dzika, takim wiecie…
– Wystarczy, Ihnis! – powiedział stanowczo David.
– Dobrze, już dobrze, tak się tylko rozmarzyłem.
– Czekajcie, co ona robi? – zapytała niepewnym głosem Nees.
Banshee machnęła ręka i zaczęli doznawać wizji.
– Gdzie my… jesteśmy? To nie ten las – powiedział Arfus.
– Wiem, gdzie jesteśmy – odparła Nees. – Ten las… on jest nieopodal domu, w którym mieszkałam z matką, gdy byłam jeszcze dzieckiem – doprecyzowała.
Z daleka było słychać wycie przerośniętego wilka oraz było widać nadbiegającego z tego samego kierunku mężczyznę.
– Tatoo…? – zapytała przerażonym głosem Nees, wyciągając rękę przed siebie.
Wizja sprawiała, że sylwetka mężczyzny była mglista, niewyraźna. Ciężko było rozpoznać, kim tak naprawdę był ów człowiek. Jednak Nees wiedziała, że to był jej ojciec. Mężczyzna przebiegł przez nią jak przez powietrze i pobiegł dalej.
– Pamiętaj, nas wszystkich tak naprawdę tu nie ma – oznajmił David.
– Chodźcie za nim! – krzyknęła Nees.
– Nosz kurwa… dopiero co usiadłem – powiedział z uśmiechem na ustach Ihnis. – Idziemy – dodał, wstając.
Drużyna ruszyła w stronę, w którą udał się mężczyzna. Nagle się zatrzymał i popatrzył w kierunku Nees. Dziewczyna pomyślała, że ją zauważył, jednak tam, gdzie stała, szarżował rozpędzony vinr, z którym ewidentnie było coś nie tak. Połowa jego ciała wyglądała jak szkielet z fragmentami poszarpanego w kilku miejscach mięsa oraz z płonącym na zielono futrem, a reszta była taka, jaką Nees wcześniej widziała, zabijając przed swoim domem podobne stworzenie. Mężczyzna wyciągnął swój miecz i zaczął walczyć. Unikał szarży vinra i przeciął bok jego „żywej” strony, a zrobił to na tyle głęboko, że rana zdawała się śmiertelna.
– Musimy mu pomóc! – krzyknęła Nees.
– Zrozum, nic nie możesz zrobić, to tylko wizja! – David starał się przemówić jej do rozsądku.
Nees opuściła swój miecz z wielkim smutkiem. Tymczasem nieruchoma bestia upadła kilka metrów dalej.
– Ta postać nie wydaje ci się znajoma? – zapytał Ihnis, patrząc na Thorna.
– Nie wiem – odpowiedział Thorn. – Być może.
Po sekundzie vinr wstał i odwrócił się do mężczyzny, rycząc. W tej samej chwili rana całkowicie się zagoiła, jakby nigdy nic się nie stało. Bestia zaczęła biec w stronę mężczyzny. Nie zdążył wykonać uniku. Wymachując łapą, vinr rzucił nim o stare drzewo. Ojciec Nees leżał pod nim z mieczem w ręku, lecz nie miał siły, aby go podnieść. Vinr podszedł do niego i szybkim ciosem swych szponów rozciął mu korpus tak mocno, że mężczyzna zaczął się wykrwawiać w zastraszającym tempie. Bestia zaryczała i odbiegała od niego.
Ostatnie wyszeptane słowa Reigna, jej ojca, brzmiały:
– Jeszcze niee…
Mężczyzna spojrzał w kierunku dziewczyny. Z ust wyleciała mu krew. Nees mogła tylko patrzeć, jak umierał.
– Nieeee!!! – krzyknęła ze łzami w oczach, podbiegając do niego. – Dlaczego… on…?
Nees uklękła przed ojcem, opierając się o swój miecz i płacząc przy tym tak jak nigdy. Ihnis wraz z Thornem podeszli do niej i złapali ją za bark. W tej chwili wizja zniknęła. Nees odwróciła się i przytuliła Ihnisa. Po chwili otarła łzy i powiedziała pełnym smutku, ponurym głosem:
– Nie wiem… czy chciałam wiedzieć, co się stało.
– Lepiej wiedzieć, niż się zadręczać do końca życia – odpowiedział Ihnis, klepiąc ją po plecach.
Chwilę później pojawiła się Banshee, znowu machnęła ręką, a towarzysze wrócili do miejsca, gdzie zobaczyli ją po raz pierwszy.
– Chodźcie już, ruszajmy dalej. Nie ma co się zadręczać, przeszłości nie zmienimy. Za to przyszłość możemy – rzekł Thorn.
Reszta wędrówki przebiegła spokojnie. Nie było żadnych niespodzianek, więc dotarli do miasta.