-
nowość
-
promocja
Niezatarta pamięć - ebook
Niezatarta pamięć - ebook
ONA pamięta wszystko.
Przyszła na świat jako nieudany eksperyment swojego stwórcy. Darakaczi postanowił jednak ją ocalić – i tym samym rozpoczął jej nieskończoną podróż przez czas, przestrzeń i kolejne wcielenia.
Dziewczyna obdarzona pamięcią, która nigdy nie blaknie, raz po raz doświadcza miłości, straty i samotności. Od zarania dziejów aż po współczesność szuka odpowiedzi na pytania, których inni nie potrafią nawet zadać. Jednak jedno spotkanie z tajemniczym mężczyzną – pozornie zwyczajne – zmienia
wszystko, co dotąd wiedziała o sobie i swoim przeznaczeniu…
„Niezatarta pamięć” to niezwykła opowieść o ludzkich ścieżkach splatających się ponad czasem. Historia, która skłania do refleksji na temat prawdziwej natury człowieka oraz jego celu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-151-7 |
| Rozmiar pliku: | 887 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pamięć jest selektywna. Całe ludzkie życie i osobowość kształtują się na podstawie wybiórczo zapamiętanych obrazów. Tych dobrych albo tych bardzo złych. Wszystko, co jest pomiędzy nimi, zostaje wyrzucone w niepamięć. Selekcja do niepamięci odbywa się całkiem przypadkowo. Albo przynajmniej tak nam się wydaje.
Ja jestem inna. Pamiętam wszystko. I nie mówię tu tylko o jednym życiu. Pamiętam moje wszystkie życia, od początku tej Ziemi, na której mnie stworzono.
A stworzono mnie jako eksperyment, i to niezbyt udany. Całkiem przypadkowo wyłoniłam się z próbówki. Do dziś wyraźnie pamiętam niezadowolenie na twarzy Darakacziego. Przez chwilę patrzył na mnie zza szklanej ścianki. Potem, zniechęcony, odwrócił się od stołu. Wziął próbówkę, chcąc wyrzucić ją do zasysacza wysyłającego śmieci w przestrzeń międzygalaktyczną. Stał już nad otworem, gdy po raz ostatni rzucił okiem na niefortunne naczynie. Wtedy mnie zauważył. Moja świadomość była jeszcze w zarodku, nie miałam pojęcia, jakie grozi mi niebezpieczeństwo. Uśmiechałam się do niego niewinnie, nie wiedząc, czym jest zło lub dobro, nie mając pojęcia o wartościach rządzących ludzkością. Zresztą skąd mogłam o tym wiedzieć? Cywilizowanej ludzkości wówczas jeszcze nie było. A gdyby Darakaczi się wtedy nie zawahał, nie byłoby nas wcale.
Nie ma sensu gdybać. Oto jesteśmy. Z nieudanego eksperymentu stałam się pupilką. Było to dziwne uczucie. Zaczął się czas intensywnej nauki: chodzenia, jedzenia, mówienia i w końcu myślenia. Mój stwórca był bardzo zadowolony z naszych wspólnych osiągnięć, nigdy jednak nie dawał się ponosić emocjom. Rzadko dostrzegałam uśmiech na jego twarzy. Nigdy więcej nie widziałam u niego niezadowolenia. Na samym początku byłam tylko ja, z czasem pojawili się inni, podobni do mnie; Darakaczi nazwał ich moimi braćmi i siostrami. Siebie natomiast określał jako naszego ojca. Początkowo nazwy te nie miały dla nas żadnego znaczenia. Aż do momentu rozstania.ROZDZIAŁ 1
Na Ziemi bywaliśmy często; to było nasze podwórko, tam uczyliśmy się stawiać pierwsze kroki, a także rozpoznawać inne istoty żyjące. Darakaczi zdradził mi kiedyś, że wiele z nich stworzył przede mną. One także były kiedyś jego eksperymentami. Nie zdziwiło mnie to wyznanie. Przypomniał mi się wyraz zniechęcenia, jakim przywitał mnie na samym początku. Zapytałam, czy osiągnął to, czego chciał. Nie odpowiedział od razu. Zapatrzył się w niebo i westchnął głęboko.
– Tak – odpowiedział po chwili. Nigdy więcej już nie rozmawialiśmy na ten temat.
Jego odpowiedź nie przekonała mnie. Często zastanawiałam się, czy powiedział mi wtedy prawdę. Im więcej ziemskich żyć mijało, tym bardziej wątpiłam w jego szczerość. Myślę, że chciałby, żebyśmy byli do niego bardziej podobni. Nawet zewnętrznie nie wyglądaliśmy tak jak on i ci, z którymi przybył. My, jego ukochane dzieci, mieliśmy grubą, porośniętą włosami skórę z widocznymi mięśniami i żyłami. Pociliśmy się przy wysiłku. On miał skórę gładką i białą jak chmury na niebie, bez jakichkolwiek niedoskonałości czy przebarwień. Była miękka w dotyku i zawsze miała tę samą temperaturę, bez względu na otoczenie. My odczuwaliśmy zimno i gorąco. Nasze oczy były ciemne i potrzebowały czasu, aby oswoić się z różnymi intensywnościami światła; jego były prawie przezroczyste, z wyjątkiem czarnych kropek na samym środku. Nie byliśmy ideałami. I tylko dlatego, dzięki tej niedoskonałości, byliśmy w stanie uwierzyć, że jesteśmy doskonali.
Kiedy nadszedł dzień rozstania, Darakaczi poprosił tylko, żebyśmy postępowali według zasad, które dla nas ustalił. Powiedział, że jesteśmy gotowi na samodzielne życie.
– Dokąd idziesz? Dlaczego z nami nie zostaniesz? – zapytał Kaimani. Był z nas wszystkich najmłodszy i najbardziej dociekliwy. Jego ciemnobrązowa skóra świeciła w słońcu i kontrastowała z białymi spodniami, które miał na sobie. Mięśnie ramion spinały się i rozluźniały, jakby prężył się do skoku i w ostatniej chwili zmieniał zdanie.
– Wracam do mojego świata. Mój czas z wami dobiega końca – odpowiedział ojciec.
– Gdzie jest twój świat? Dlaczego nie możemy wyruszyć z tobą? – drążył Kaimani.
– Mój świat… – Darakaczi rozmarzył się przez chwilę. – Mój świat jest wiele lat drogi stąd. A wy zostaliście stworzeni po to, by pozostać tutaj. Wasze miejsce jest na Ziemi. Stworzyłem was, żebyście na niej żyli, dbali o nią i przygotowali ją na nasz powrót.
Popatrzył po nas, a w jego oczach pojawiła się woda. Wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy łzy. Opowiadał nam już o nich, ale nigdy jeszcze nie widzieliśmy ich naprawdę. Ojciec opowiadał, że pojawiają się one, kiedy jest się bardzo smutnym albo bardzo szczęśliwym. Szczęście już nam kiedyś pokazał. Nauczyliśmy się rozpoznawać ciepło rozchodzące się ze splotu słonecznego i promieniujące na całe ciało. Darakaczi zawsze wtedy powtarzał, że to dar jego ojca, wielkiego Inti. Patrzyliśmy na nie w zadziwieniu, niepewni, jak należy się zachowywać w obecności łez.
– Dlaczego płaczesz? – zapytałam.
Ojciec wyciągnął do mnie rękę. Gdy ją chwyciłam, przytulił mnie i przelał we mnie cały swój smutek. Ten zwyczajny gest wystarczył, żeby w moich oczach też pojawiły się łzy. Bracia i siostry wydali z siebie okrzyk zdziwienia. Kaimani miał jeszcze mnóstwo pytań. Ojciec zauważył to i wyciągnął drugą dłoń. Teraz mój najmłodszy brat też przytulał się do ojca i płakał. Po chwili wszyscy zebrali się wokół nas i połączyliśmy się w jednym uścisku. Coś niezrozumiałego rozdzierało nam serca.
– Tego uczucia chciałem wam oszczędzić do samego końca. Niestety nie mogłem już dłużej zwlekać.
Ojciec i wszyscy inni, którzy z nim byli, odlecieli jeszcze tego samego wieczoru. Choć mieszkaliśmy na Ziemi już od wielu lat i wiedzieliśmy doskonale, co mamy robić, nagle poczuliśmy się bezbronni. Wszyscy zwrócili się do mnie, oczekując, że zadecyduję o naszych dalszych losach.
Przed odejściem ojciec dał mi sakiewkę ze specjalnym proszkiem. Powiedział, że dzięki niemu mogę się z nim kontaktować w ważnych sprawach. Nauczył mnie również, jak zrobić ten proszek z mieszanki roślin i jadu węża. Ściskałam sakiewkę i bardzo chciałam, żeby ojciec był tu z nami. Choć otaczali mnie bracia i siostry, czułam, że żadne z nich nie przeżywa tego samego co ja. To poczucie inności było dla mnie całkiem nowe. Przypomniałam sobie, że ojciec wspominał kiedyś o takim zjawisku jak „samotność”. Chyba tym właśnie było to dziwne uczucie, które ogarnęło mnie po odejściu ojca. Przebywając z nim przez długi czas, nauczyłam się wyłapywać sygnały przesyłane z odległych miejsc od istot, których nigdy nie poznałam, i odczytywać znaczenia głębsze od rzeczy materialnych. Gdy ojciec był jeszcze z nami, zawsze czułam się pewna siebie i nigdy nie musiałam się zastanawiać, co robić. Ponieważ byłam najstarsza i ponieważ ojciec nauczył mnie więcej niż którekolwiek inne swoje dziecko, to na mnie spadła odpowiedzialność za decyzję o naszych dalszych poczynaniach.
Polanka, na której zostawił nas ojciec, znajdowała się w idealnym miejscu na założenie wioski, niedaleko rzeki i na lekkim wzniesieniu. Kilku braci wysłałam do lasu po materiały na wybudowanie szałasów. Inni poszli na polowanie, jeszcze inni zajęli się rozniecaniem ognia. Siostry zaczęły przyrządzać jedzenie na wieczorną ucztę. Postanowiłam, że zaczniemy od uroczystości na cześć Darakacziego. Jednym z jego głównych nakazów była pamięć o nim. Każdego dnia o brzasku mieliśmy dziękować słońcu za to, że wschodzi, a co wieczór mieliśmy wspominać ojca i prosić go, by nad nami czuwał.
Nasz pierwszy samodzielny wieczór minął spokojnie. Zjedliśmy dwie dzikie świnie upolowane przez braci. Kiedy wszyscy byliśmy już najedzeni, opowiedziałam rodzeństwu historię naszego stworzenia. Gdy doszłam do części, w której ojciec chciał wylać próbówkę ze mną w środku, wszyscy zaczęli się śmiać. Jedynie Marena, jedna ze środkowych sióstr, w zamyśleniu wpatrywała się w ogień.
– Jesteśmy dziełem przypadku – powiedziała, gdy śmiech ucichł. Jej twarz lśniła blaskiem, który nie pochodził od ognia. Marena różniła się od nas, miała jaśniejszą cerę i zielone oczy. Jej włosy były koloru mokrej gliny; gęstsze niż nasze, wiły się niby liany wokół pni. Miała najszczuplejszą sylwetkę i była najwyższa ze wszystkich. Ojciec powiedział mi kiedyś, że Marena powstała z innej ziemi, ale poza tym jest dokładnie taka sama jak my.
To właśnie Marena stała się obiektem podziwu i czci, kiedy parę dni później natknęliśmy się na innych. Nadzy, drobni mężczyźni o lśniących, miedzianych ciałach wyglądali jak małe dzieci przy moich braciach, wyższych od nich o głowę. Przyglądali nam się z nieufnością.
Byliśmy w dżungli. Słońce z trudem przedzierało się przez gęste czubki drzew. Powietrze było tak ciężkie, że można było je zbierać garściami. Kropelki potu zdobiły nasze ciała. Najodważniejszy z mężczyzn, chyba wódz, podszedł do Taruka, najstarszego z braci, pełniącego funkcję dowódcy, i pociągnął za nogawkę jego spodni. Delikatny materiał rozerwał się i odsłonił mocne, brązowe udo Taruka. Inny cofnął się z przerażeniem i padł na ziemię, chowając głowę w ramionach. Wszyscy jego ludzie, jak jeden mąż, poszli za jego przykładem. Wódz mamrotał coś z zadziwiającą prędkością. Taruk nachylił się nad nim i najłagodniej, jak tylko potrafił, pomógł mu wstać. Wódz na początku opierał się, ale najwidoczniej strach przed tym wielkim, poważnym przybyszem wziął nad nim górę. Mężczyzna wstał i nieśmiało powiódł po nas wzrokiem. (...)
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.