Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Niezatarta pamięć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 stycznia 2026
2463 pkt
punktów Virtualo

Niezatarta pamięć - ebook

ONA pamięta wszystko.

Przyszła na świat jako nieudany eksperyment swojego stwórcy. Darakaczi postanowił jednak ją ocalić – i tym samym rozpoczął jej nieskończoną podróż przez czas, przestrzeń i kolejne wcielenia.

Dziewczyna obdarzona pamięcią, która nigdy nie blaknie, raz po raz doświadcza miłości, straty i samotności. Od zarania dziejów aż po współczesność szuka odpowiedzi na pytania, których inni nie potrafią nawet zadać. Jednak jedno spotkanie z tajemniczym mężczyzną – pozornie zwyczajne – zmienia
wszystko, co dotąd wiedziała o sobie i swoim przeznaczeniu…

„Niezatarta pamięć” to niezwykła opowieść o ludzkich ścieżkach splatających się ponad czasem. Historia, która skłania do refleksji na temat prawdziwej natury człowieka oraz jego celu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-151-7
Rozmiar pliku: 887 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Pa­mięć jest se­lek­tyw­na. Ca­łe ludz­kie ży­cie i oso­bo­wość kształ­tu­ją się na pod­sta­wie wy­biór­czo za­pa­mię­ta­nych ob­ra­zów. Tych do­brych al­bo tych bar­dzo złych. Wszyst­ko, co jest po­mię­dzy ni­mi, zo­sta­je wy­rzu­co­ne w nie­pa­mięć. Se­lek­cja do nie­pa­mię­ci od­by­wa się cał­kiem przy­pad­ko­wo. Al­bo przy­naj­mniej tak nam się wy­da­je.

Ja je­stem in­na. Pa­mię­tam wszyst­ko. I nie mó­wię tu tyl­ko o jed­nym ży­ciu. Pa­mię­tam mo­je wszyst­kie ży­cia, od po­cząt­ku tej Zie­mi, na któ­rej mnie stwo­rzo­no.

A stwo­rzo­no mnie ja­ko eks­pe­ry­ment, i to nie­zbyt uda­ny. Cał­kiem przy­pad­ko­wo wy­ło­ni­łam się z pró­bów­ki. Do dziś wy­raź­nie pa­mię­tam nie­za­do­wo­le­nie na twa­rzy Da­ra­ka­czie­go. Przez chwi­lę pa­trzył na mnie zza szkla­nej ścian­ki. Po­tem, znie­chę­co­ny, od­wró­cił się od sto­łu. Wziął pró­bów­kę, chcąc wy­rzu­cić ją do za­sy­sa­cza wy­sy­ła­ją­ce­go śmie­ci w prze­strzeń mię­dzy­ga­lak­tycz­ną. Stał już nad otwo­rem, gdy po raz ostat­ni rzu­cił okiem na nie­for­tun­ne na­czy­nie. Wte­dy mnie za­uwa­żył. Mo­ja świa­do­mość by­ła jesz­cze w za­rod­ku, nie mia­łam po­ję­cia, ja­kie gro­zi mi nie­bez­pie­czeń­stwo. Uśmie­cha­łam się do nie­go nie­win­nie, nie wie­dząc, czym jest zło lub do­bro, nie ma­jąc po­ję­cia o war­to­ściach rzą­dzą­cych ludz­ko­ścią. Zresz­tą skąd mo­głam o tym wie­dzieć? Cy­wi­li­zo­wa­nej ludz­ko­ści wów­czas jesz­cze nie by­ło. A gdy­by Da­ra­ka­czi się wte­dy nie za­wa­hał, nie by­ło­by nas wca­le.

Nie ma sen­su gdy­bać. Oto je­ste­śmy. Z nie­uda­ne­go eks­pe­ry­mentu sta­łam się pu­pil­ką. By­ło to dziw­ne uczu­cie. Za­czął się czas in­ten­syw­nej na­uki: cho­dze­nia, je­dze­nia, mó­wie­nia i w koń­cu my­śle­nia. Mój stwór­ca był bar­dzo za­do­wo­lo­ny z na­szych wspól­nych osią­gnięć, ni­g­dy jed­nak nie da­wał się po­no­sić emo­cjom. Rzad­ko do­strze­ga­łam uśmiech na je­go twa­rzy. Ni­g­dy wię­cej nie wi­dzia­łam u nie­go nie­za­do­wo­le­nia. Na sa­mym po­cząt­ku by­łam tyl­ko ja, z cza­sem po­ja­wi­li się in­ni, po­dob­ni do mnie; Da­ra­ka­czi na­zwał ich mo­imi brać­mi i sio­stra­mi. Sie­bie na­to­miast okre­ślał ja­ko na­sze­go oj­ca. Po­cząt­ko­wo na­zwy te nie mia­ły dla nas żad­ne­go zna­cze­nia. Aż do mo­men­tu roz­sta­nia.ROZ­DZIAŁ 1

Na Zie­mi by­wa­li­śmy czę­sto; to by­ło na­sze po­dwór­ko, tam uczy­li­śmy się sta­wiać pierw­sze kro­ki, a tak­że roz­po­zna­wać in­ne isto­ty ży­ją­ce. Da­ra­ka­czi zdra­dził mi kie­dyś, że wie­le z nich stwo­rzył przede mną. One tak­że by­ły kie­dyś je­go eks­pe­ry­men­ta­mi. Nie zdzi­wi­ło mnie to wy­zna­nie. Przy­po­mniał mi się wy­raz znie­chę­ce­nia, ja­kim przy­wi­tał mnie na sa­mym po­cząt­ku. Za­py­ta­łam, czy osią­gnął to, cze­go chciał. Nie od­po­wie­dział od ra­zu. Za­pa­trzył się w nie­bo i wes­tchnął głę­bo­ko.

– Tak – od­po­wie­dział po chwi­li. Ni­g­dy wię­cej już nie roz­ma­wia­li­śmy na ten te­mat.

Je­go od­po­wiedź nie prze­ko­na­ła mnie. Czę­sto za­sta­na­wia­łam się, czy po­wie­dział mi wte­dy praw­dę. Im wię­cej ziem­skich żyć mi­ja­ło, tym bar­dziej wąt­pi­łam w je­go szcze­rość. My­ślę, że chciał­by, że­by­śmy by­li do nie­go bar­dziej po­dob­ni. Na­wet ze­wnętrz­nie nie wy­glą­da­li­śmy tak jak on i ci, z któ­ry­mi przy­był. My, je­go uko­cha­ne dzie­ci, mie­li­śmy gru­bą, po­ro­śnię­tą wło­sa­mi skó­rę z wi­docz­ny­mi mię­śnia­mi i ży­ła­mi. Po­ci­li­śmy się przy wy­sił­ku. On miał skó­rę gład­ką i bia­łą jak chmu­ry na nie­bie, bez ja­kich­kol­wiek nie­do­sko­na­ło­ści czy prze­bar­wień. By­ła mięk­ka w do­ty­ku i za­wsze mia­ła tę sa­mą tem­pe­ra­tu­rę, bez wzglę­du na oto­cze­nie. My od­czu­wa­li­śmy zim­no i go­rą­co. Na­sze oczy by­ły ciem­ne i po­trze­bo­wa­ły cza­su, aby oswo­ić się z róż­ny­mi in­ten­syw­no­ścia­mi świa­tła; je­go by­ły pra­wie prze­zro­czy­ste, z wy­jąt­kiem czar­nych kro­pek na sa­mym środ­ku. Nie by­li­śmy ide­ała­mi. I tyl­ko dla­te­go, dzię­ki tej nie­do­sko­na­ło­ści, by­li­śmy w sta­nie uwie­rzyć, że je­ste­śmy do­sko­na­li.

Kie­dy nad­szedł dzień roz­sta­nia, Da­ra­ka­czi po­pro­sił tyl­ko, że­by­śmy po­stę­po­wa­li we­dług za­sad, któ­re dla nas usta­lił. Po­wie­dział, że je­ste­śmy go­to­wi na sa­mo­dziel­ne ży­cie.

– Do­kąd idziesz? Dla­cze­go z na­mi nie zo­sta­niesz? – za­py­tał Ka­ima­ni. Był z nas wszyst­kich naj­młod­szy i naj­bar­dziej do­cie­kli­wy. Je­go ciem­no­brą­zo­wa skó­ra świe­ci­ła w słoń­cu i kon­tra­sto­wa­ła z bia­ły­mi spodnia­mi, któ­re miał na so­bie. Mię­śnie ra­mion spi­na­ły się i roz­luź­nia­ły, jak­by prę­żył się do sko­ku i w ostat­niej chwi­li zmie­niał zda­nie.

– Wra­cam do mo­je­go świa­ta. Mój czas z wa­mi do­bie­ga koń­ca – od­po­wie­dział oj­ciec.

– Gdzie jest twój świat? Dla­cze­go nie mo­że­my wy­ru­szyć z to­bą? – drą­żył Ka­ima­ni.

– Mój świat… – Da­ra­ka­czi roz­ma­rzył się przez chwi­lę. – Mój świat jest wie­le lat dro­gi stąd. A wy zo­sta­li­ście stwo­rze­ni po to, by po­zo­stać tu­taj. Wa­sze miej­sce jest na Zie­mi. Stwo­rzy­łem was, że­by­ście na niej ży­li, dba­li o nią i przy­go­to­wa­li ją na nasz po­wrót.

Po­pa­trzył po nas, a w je­go oczach po­ja­wi­ła się wo­da. Wte­dy po raz pierw­szy zo­ba­czy­li­śmy łzy. Opo­wia­dał nam już o nich, ale ni­g­dy jesz­cze nie wi­dzie­li­śmy ich na­praw­dę. Oj­ciec opo­wia­dał, że po­ja­wia­ją się one, kie­dy jest się bar­dzo smut­nym al­bo bar­dzo szczę­śli­wym. Szczę­ście już nam kie­dyś po­ka­zał. Na­uczy­li­śmy się roz­po­zna­wać cie­pło roz­cho­dzą­ce się ze splo­tu sło­necz­ne­go i pro­mie­niu­ją­ce na ca­łe cia­ło. Da­ra­ka­czi za­wsze wte­dy po­wta­rzał, że to dar je­go oj­ca, wiel­kie­go In­ti. Pa­trzy­li­śmy na nie w za­dzi­wie­niu, nie­pew­ni, jak na­le­ży się za­cho­wy­wać w obec­no­ści łez.

– Dla­cze­go pła­czesz? – za­py­ta­łam.

Oj­ciec wy­cią­gnął do mnie rę­kę. Gdy ją chwy­ci­łam, przy­tu­lił mnie i prze­lał we mnie ca­ły swój smu­tek. Ten zwy­czaj­ny gest wy­star­czył, że­by w mo­ich oczach też po­ja­wi­ły się łzy. Bra­cia i sio­stry wy­da­li z sie­bie okrzyk zdzi­wie­nia. Ka­ima­ni miał jesz­cze mnó­stwo py­tań. Oj­ciec za­uwa­żył to i wy­cią­gnął dru­gą dłoń. Te­raz mój naj­młod­szy brat też przy­tu­lał się do oj­ca i pła­kał. Po chwi­li wszy­scy ze­bra­li się wo­kół nas i po­łą­czy­li­śmy się w jed­nym uści­sku. Coś nie­zro­zu­mia­łe­go roz­dzie­ra­ło nam ser­ca.

– Te­go uczu­cia chcia­łem wam oszczę­dzić do sa­me­go koń­ca. Nie­ste­ty nie mo­głem już dłu­żej zwle­kać.

Oj­ciec i wszy­scy in­ni, któ­rzy z nim by­li, od­le­cie­li jesz­cze te­go sa­me­go wie­czo­ru. Choć miesz­ka­li­śmy na Zie­mi już od wie­lu lat i wie­dzie­li­śmy do­sko­na­le, co ma­my ro­bić, na­gle po­czu­li­śmy się bez­bron­ni. Wszy­scy zwró­ci­li się do mnie, ocze­ku­jąc, że za­de­cy­du­ję o na­szych dal­szych lo­sach.

Przed odej­ściem oj­ciec dał mi sa­kiew­kę ze spe­cjal­nym prosz­kiem. Po­wie­dział, że dzię­ki nie­mu mo­gę się z nim kon­tak­to­wać w waż­nych spra­wach. Na­uczył mnie rów­nież, jak zro­bić ten pro­szek z mie­szan­ki ro­ślin i ja­du wę­ża. Ści­ska­łam sa­kiew­kę i bar­dzo chcia­łam, że­by oj­ciec był tu z na­mi. Choć ota­cza­li mnie bra­cia i sio­stry, czu­łam, że żad­ne z nich nie prze­ży­wa te­go sa­me­go co ja. To po­czu­cie in­no­ści by­ło dla mnie cał­kiem no­we. Przy­po­mnia­łam so­bie, że oj­ciec wspo­mi­nał kie­dyś o ta­kim zja­wi­sku jak „sa­mot­ność”. Chy­ba tym wła­śnie by­ło to dziw­ne uczu­cie, któ­re ogar­nę­ło mnie po odej­ściu oj­ca. Prze­by­wa­jąc z nim przez dłu­gi czas, na­uczy­łam się wy­ła­py­wać sy­gna­ły prze­sy­ła­ne z od­le­głych miejsc od istot, któ­rych ni­g­dy nie po­zna­łam, i od­czy­ty­wać zna­cze­nia głęb­sze od rze­czy ma­te­rial­nych. Gdy oj­ciec był jesz­cze z na­mi, za­wsze czu­łam się pew­na sie­bie i ni­g­dy nie mu­sia­łam się za­sta­na­wiać, co ro­bić. Po­nie­waż by­łam naj­star­sza i po­nie­waż oj­ciec na­uczył mnie wię­cej niż któ­re­kol­wiek in­ne swo­je dziec­ko, to na mnie spa­dła od­po­wie­dzial­ność za de­cy­zję o na­szych dal­szych po­czy­na­niach.

Po­lan­ka, na któ­rej zo­sta­wił nas oj­ciec, znaj­do­wa­ła się w ide­al­nym miej­scu na za­ło­że­nie wio­ski, nie­da­le­ko rze­ki i na lek­kim wznie­sie­niu. Kil­ku bra­ci wy­sła­łam do la­su po ma­te­ria­ły na wy­bu­do­wa­nie sza­ła­sów. In­ni po­szli na po­lo­wa­nie, jesz­cze in­ni za­ję­li się roz­nie­ca­niem ognia. Sio­stry za­czę­ły przy­rzą­dzać je­dze­nie na wie­czor­ną ucztę. Po­sta­no­wi­łam, że za­cznie­my od uro­czy­sto­ści na cześć Da­ra­ka­czie­go. Jed­nym z je­go głów­nych na­ka­zów by­ła pa­mięć o nim. Każ­de­go dnia o brza­sku mie­li­śmy dzię­ko­wać słoń­cu za to, że wscho­dzi, a co wie­czór mie­li­śmy wspo­mi­nać oj­ca i pro­sić go, by nad na­mi czu­wał.

Nasz pierw­szy sa­mo­dziel­ny wie­czór mi­nął spo­koj­nie. Zje­dli­śmy dwie dzi­kie świ­nie upo­lo­wa­ne przez bra­ci. Kie­dy wszy­scy by­li­śmy już na­je­dze­ni, opo­wie­dzia­łam ro­dzeń­stwu hi­sto­rię na­sze­go stwo­rze­nia. Gdy do­szłam do czę­ści, w któ­rej oj­ciec chciał wy­lać pró­bów­kę ze mną w środ­ku, wszy­scy za­czę­li się śmiać. Je­dy­nie Ma­re­na, jed­na ze środ­ko­wych sióstr, w za­my­śle­niu wpa­try­wa­ła się w ogień.

– Je­ste­śmy dzie­łem przy­pad­ku – po­wie­dzia­ła, gdy śmiech ucichł. Jej twarz lśni­ła bla­skiem, któ­ry nie po­cho­dził od ognia. Ma­re­na róż­ni­ła się od nas, mia­ła ja­śniej­szą ce­rę i zie­lo­ne oczy. Jej wło­sy by­ły ko­lo­ru mo­krej gli­ny; gęst­sze niż na­sze, wi­ły się ni­by lia­ny wo­kół pni. Mia­ła naj­szczu­plej­szą syl­wet­kę i by­ła naj­wyż­sza ze wszyst­kich. Oj­ciec po­wie­dział mi kie­dyś, że Ma­re­na po­wsta­ła z in­nej zie­mi, ale po­za tym jest do­kład­nie ta­ka sa­ma jak my.

To wła­śnie Ma­re­na sta­ła się obiek­tem po­dzi­wu i czci, kie­dy pa­rę dni póź­niej na­tknę­li­śmy się na in­nych. Nadzy, drob­ni męż­czyź­ni o lśnią­cych, mie­dzia­nych cia­łach wy­glą­da­li jak ma­łe dzie­ci przy mo­ich bra­ciach, wyż­szych od nich o gło­wę. Przy­glą­da­li nam się z nie­uf­no­ścią.

By­li­śmy w dżun­gli. Słoń­ce z tru­dem prze­dzie­ra­ło się przez gę­ste czub­ki drzew. Po­wie­trze by­ło tak cięż­kie, że moż­na by­ło je zbie­rać gar­ścia­mi. Kro­pel­ki po­tu zdo­bi­ły na­sze cia­ła. Naj­od­waż­niej­szy z męż­czyzn, chy­ba wódz, pod­szedł do Ta­ru­ka, naj­star­sze­go z bra­ci, peł­nią­ce­go funk­cję do­wód­cy, i po­cią­gnął za no­gaw­kę je­go spodni. De­li­kat­ny ma­te­riał ro­ze­rwał się i od­sło­nił moc­ne, brą­zo­we udo Ta­ru­ka. In­ny cof­nął się z prze­ra­że­niem i padł na zie­mię, cho­wa­jąc gło­wę w ra­mio­nach. Wszy­scy je­go lu­dzie, jak je­den mąż, po­szli za je­go przy­kła­dem. Wódz mam­ro­tał coś z za­dzi­wia­ją­cą pręd­ko­ścią. Ta­ruk na­chy­lił się nad nim i naj­ła­god­niej, jak tyl­ko po­tra­fił, po­mógł mu wstać. Wódz na po­cząt­ku opie­rał się, ale naj­wi­docz­niej strach przed tym wiel­kim, po­waż­nym przy­by­szem wziął nad nim gó­rę. Męż­czy­zna wstał i nie­śmia­ło po­wiódł po nas wzro­kiem. (...)

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij