Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nieznajoma z parku - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 sierpnia 2026
4079 pkt
punktów Virtualo

Nieznajoma z parku - ebook

Najpierw widywał ją tylko z daleka. Z czasem los zbliżył ich do siebie.

Po bolesnym rozstaniu Jack T. Gordon, zamożny właściciel agencji ochrony JT Security, znajduje ukojenie w obserwowaniu pobliskiego parku z okna swojego gabinetu. Pewnego dnia jego uwagę przykuwa młoda kobieta. Wkrótce wypatrywanie nieznajomej staje się najważniejszym momentem jego codzienności. Gdy dziewczyna pojawia się coraz rzadziej, Jack nie potrafi pozbyć się niepokoju. Nie przypuszcza, że już niebawem ich drogi ponownie się przetną, tym razem w jego agencji.

Liz Blackley zjawia się w JT Security z nietypową prośbą. Nie ma pojęcia, że mężczyzna, z którym zetknie ją los, od dawna nie potrafił oderwać od niej wzroku. Jedno spotkanie wystarczy, by całkowicie odmienić ich życie. Czy można uciec przed przeznaczeniem, gdy życie po raz kolejny stawia na naszej drodze tę samą osobę?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-622-2
Rozmiar pliku: 916 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

*

W ten wtor­ko­wy ra­nek Jack obu­dził się z odrę­twia­łym kar­kiem. Zszedł do biu­ra, po­pra­co­wał parę go­dzin, ale ze­sztyw­nia­ła szy­ja co­raz bar­dziej mu do­ku­cza­ła. _Do­brze mi zro­bi, je­śli pój­dę tro­chę po­ćwi­czyć_, po­my­ślał i zde­cy­do­wał, że w po­rze lun­chu po­tre­nu­je i pój­dzie do sau­ny. Zi­gno­ro­wał zdzi­wio­ne spoj­rze­nie Tess, gdy wy­szedł od sie­bie i za­ko­mu­ni­ko­wał jej, że bę­dzie na si­łow­ni.

_Ko­niec z tym_, po­wta­rzał so­bie, wy­ci­ska­jąc cię­żar­ki i pe­da­łu­jąc na ro­we­rze. _Ko­niec z tym_, mru­czał przez za­ci­śnię­te zęby oto­czo­ny kłę­ba­mi pary w sau­nie. _Ko­niec z tym_, my­ślał ze sta­now­czo­ścią, wy­cie­ra­jąc się ener­gicz­nie ręcz­ni­kiem. Po­mo­gło o tyle, że spię­te mię­śnie wresz­cie się roz­luź­ni­ły. Po­czuł się tro­chę le­piej.

Wła­śnie z ręcz­ni­kiem na ra­mio­nach wra­cał ko­ry­ta­rzem do swo­je­go biu­ra. Trze­ba było jesz­cze tyl­ko przejść przez prze­szklo­ne drzwi do głów­ne­go hal­lu. Pod­niósł gło­wę, spoj­rzał przed sie­bie i na­gle za­trzy­mał się jak wry­ty w pół kro­ku. Za oszklo­ny­mi drzwia­mi sta­ła ona! Jego dziew­czy­na z par­ku!

Ty­sią­ce my­śli prze­bie­gły mu na­gle przez gło­wę. Co ona tu robi? Czyż­by do­wie­dzia­ła się w ja­kiś spo­sób, że on…? Czy Char­lie coś zro­bił? Bo chy­ba nie Tess ani Szef! Miał na­wet ir­ra­cjo­nal­ną ocho­tę od­wró­cić się i uciec. Ale już w na­stęp­nej chwi­li ochło­nął. Spoj­rzał na nią. Dziew­czy­na nie mo­gła go zo­ba­czyć, bo drzwi były z we­nec­kich lu­ster, pa­trząc w jego stro­nę, mu­sia­ła wi­dzieć tyl­ko wła­sne od­bi­cie. On za to wi­dział ją do­brze. Ubra­na w lek­ki, be­żo­wy pro­cho­wiec sta­ła w hal­lu, roz­glą­da­jąc się nie­pew­nie. Może na­wet bar­dziej niż nie­pew­nie. Ro­bi­ła wra­że­nie zu­peł­nie za­gu­bio­nej. Pierw­szy raz wi­dział ją z tak bli­ska. Była wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­na. Po­czuł bo­le­sny ucisk – więc jed­nak coś złe­go ją spo­tka­ło! _To dla­te­go nie przy­cho­dzi­ła!_ Nie­świa­do­mie za­ci­snął pię­ści i zwarł szczę­ki. Po­czuł gniew, że przy­da­rzy­ło jej się coś przy­kre­go. W tej chwi­li go­tów był wal­czyć z ca­łym świa­tem, byle tyl­ko po­móc nie­zna­jo­mej dziew­czy­nie. Jego nie­zna­jo­mej dziew­czy­nie.

W tej sa­mej chwi­li Nie­zna­jo­ma po­krę­ci­ła gwał­tow­nie gło­wą, jak­by cze­muś prze­cząc, za­gry­zła war­gę i od­wró­ci­ła się szyb­ko w stro­nę win­dy.

_Ona chce wyjść!_, po­my­ślał z prze­ra­że­niem Jack. _Uciec stąd!_ Bły­ska­wicz­nie pod­szedł do drzwi i na­ci­snął klam­kę. Był zde­cy­do­wa­ny zro­bić wszyst­ko, by za­trzy­mać dziew­czy­nę! Do­wie­dzieć się, co złe­go ją spo­tka­ło, i zro­bić wszyst­ko, by jej po­móc.

Szczęk otwie­ra­nych drzwi spra­wił, że Nie­zna­jo­ma pod­sko­czy­ła gwał­tow­nie i od­wró­ci­ła się w jego stro­nę. Wiel­kie sza­re oczy spoj­rza­ły wprost na Jac­ka z prze­stra­chem i zmie­sza­niem.

Jack miał wra­że­nie, że ser­ce mu top­nie­je. Była taka spło­szo­na! On tym­cza­sem mógł się nie­co uspo­ko­ić, bo w jej spoj­rze­niu ja­sno wy­czy­tał, że dziew­czy­na wca­le go nie zna i że on jest dla niej zu­peł­nie ob­cym czło­wie­kiem. Więc to jed­nak nie spi­sek któ­re­goś z przy­ja­ciół.

Nie­zna­jo­ma tym­cza­sem uśmiech­nę­ła się do nie­go bla­dym, prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem, szyb­ko wy­cią­gnę­ła rękę i na­ci­snę­ła gu­zik win­dy. Wciąż wy­glą­da­ła na ogrom­nie spię­tą.

Jack nie zdą­żył za­re­ago­wać, nie zdą­żył nic zro­bić. Wście­kły na sie­bie za wła­sną nie­udol­ność, po­sta­no­wił, że nie po­peł­ni wię­cej błę­dów. Z pew­no­ścią nie po­zwo­li jej wejść do tej win­dy! Pod­szedł parę kro­ków bli­żej i wkła­da­jąc wie­le wy­sił­ku w to, by wy­glą­dać na­tu­ral­nie, uśmiech­nął się do niej spo­koj­nie i za­chę­ca­ją­co.

– Dzień do­bry. – Cu­dow­nie! Jest w sta­nie wy­po­wie­dzieć dwa sło­wa! I na­wet głos mu nie drży!

– Dzień do­bry – od­po­wie­dzia­ła ci­cho dziew­czy­na, nie­spo­koj­nie się krę­cąc.

Wy­raź­nie pra­gnę­ła, by win­da przy­je­cha­ła jak naj­szyb­ciej. W ca­łej jej po­sta­wie wi­dać było, że chce uciec stąd jak naj­prę­dzej.

– Czy mogę w czymś po­móc? – za­py­tał uprzej­mie Jack, pod­cho­dząc parę ko­lej­nych kro­ków. Sta­rał się od­gro­dzić Nie­zna­jo­mej dro­gę do win­dy.

– Nie! – od­par­ła szyb­ko, krę­cąc gło­wą. Zbyt szyb­ko i zbyt ostro. – Nie – po­wtó­rzy­ła raz jesz­cze, tym ra­zem mięk­ko. Jej głos lek­ko się za­ła­mał.

Jack zro­bił w jej stro­nę ko­lej­ny krok i dziew­czy­na cof­nę­ła się tro­chę od win­dy. Z bli­ska była jesz­cze ład­niej­sza, niż gdy wi­dział ją ostat­nio przez lu­ne­tę. Tyl­ko bla­da i za­uwa­żył, że ma ciem­ne ob­wód­ki wo­kół oczu. Wciąż wy­czu­wał jej ogrom­ne na­pię­cie. Ro­zej­rza­ła się ner­wo­wo, wi­dział, że chcia­ła­by po­dejść bli­żej do drzwi win­dy, ale on te­raz już cał­ko­wi­cie blo­ko­wał jej dro­gę. Jej wiel­kie oczy rzu­ca­ły nie­spo­koj­ne spoj­rze­nia na hall, jak­by w po­szu­ki­wa­niu in­nej dro­gi uciecz­ki. Na­gle jej twarz drgnę­ła – zo­ba­czy­ła drzwi z na­pi­sem „scho­dy” i zro­bi­ła pół kro­ku w tył w ich kie­run­ku.

– Może jed­nak mógł­bym w czymś pani po­móc? – na­le­gał ła­god­nie Jack, ma­jąc na­dzie­ję, że brzmi to spo­koj­nie i nie spło­szy dziew­czy­ny jesz­cze bar­dziej. Prze­su­wał się te­raz tak, by od­gro­dzić jej dro­gę rów­nież do scho­dów.

Z ci­chym szu­mem nad­je­cha­ła w koń­cu win­da, ale Nie­zna­jo­ma mu­sia­ła­by te­raz przejść tuż obok nie­go, by się do niej do­stać. Po­krę­ci­ła ner­wo­wo gło­wą i znów cof­nę­ła się parę kro­ków. Jack bo­kiem po­dą­żył za nią.

– Nie… ja prze­pra­szam… to była po­mył­ka… ja tyl­ko… – bą­ka­ła nie­pew­nie, usi­łu­jąc prze­su­wać się co­raz bli­żej wyj­ścia. Obie dło­nie unio­sła lek­ko do góry w obron­nym ge­ście, jak­by chcąc go od sie­bie od­su­nąć.

Była te­raz na­praw­dę bli­sko drzwi i Jack w pa­ni­ce pró­bo­wał wy­my­ślić ja­kieś roz­sąd­na sło­wa, by ją za­trzy­mać, gdy na­gle otwo­rzy­ły się drzwi z prze­ciw­le­głe­go ko­ry­ta­rza i wy­szli stam­tąd, kłó­cąc się za­wzię­cie i po­sy­ku­jąc na­wza­jem na sie­bie, Char­lie i Nat. Byli tak sobą za­ję­ci, że przez mo­ment nie do­strze­gli sto­ją­cej w na­pię­ciu dziew­czy­ny ani czy­ha­ją­ce­go na nią Jac­ka. Po­tem jed­nak i oni za­mar­li w bez­ru­chu na wi­dok dziw­nej sy­tu­acji w hal­lu. Na­tha­lie sta­ła, nie ro­zu­mie­jąc, co się dzie­je, za to Char­lie, choć w pierw­szym mo­men­cie w jego oczach od­bi­ło się kom­plet­ne zdu­mie­nie, po chwi­li spoj­rzał na Jac­ka i jak­by te­le­pa­tycz­nie od­czy­tu­jąc jego ży­cze­nie, na­tych­miast ru­szył w stro­nę drzwi pro­wa­dzą­cych na scho­dy i za­blo­ko­wał Nie­zna­jo­mej z Par­ku dro­gę uciecz­ki.

Dziew­czy­na, za­nie­po­ko­jo­na i lek­ko oszo­ło­mio­na, spo­glą­da­ła na gru­pę ota­cza­ją­cych ją lu­dzi. Po chwi­li jed­nak opa­no­wa­ła się i ru­szy­ła w stro­nę win­dy, wprost na Jac­ka.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła i wska­za­ła na drzwi win­dy, do któ­rych Jack cał­ko­wi­cie blo­ko­wał jej przej­ście. – Mogę?

Miał pust­kę w gło­wie. Cał­ko­wi­te przy­ćmie­nie. Mi­nę­ło parę se­kund, a on nie był w sta­nie nic po­wie­dzieć ani ru­szyć się z miej­sca.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzy­ła dziew­czy­na, te­raz już tro­chę nie­cier­pli­wie. Z tru­dem pa­no­wa­ła nad swo­im zde­ner­wo­wa­niem, ale była zde­cy­do­wa­na wyjść stam­tąd naj­szyb­ciej, jak to moż­li­we.

I wte­dy, na szczę­ście dla Jac­ka, otwo­rzy­ły się drzwi ga­bi­ne­tu Sze­fa i wy­szli stam­tąd Tess i Ja­mes. Obo­je spoj­rze­li na sto­ją­cą w hal­lu grup­kę i zdę­bie­li. Wszy­scy obec­ni pa­trzy­li na sie­bie w zdu­mie­niu i da­lej trwa­ła krę­pu­ją­ca ci­sza. Aż w pew­nym mo­men­cie win­da ci­cho zgrzyt­nę­ła i zje­cha­ła na dół. Jack ode­tchnął. Od razu też wró­ci­ła mu zdol­ność lo­gicz­ne­go my­śle­nia.

– Sze­fie – zwró­cił się do Ja­me­sa – my­ślę, że ta pani po­trze­bu­je na­szej po­mo­cy.

Dziew­czy­na rzu­ci­ła mu nie­chęt­ne spoj­rze­nie i na­tych­miast za­prze­czy­ła:

– Nie, to nie tak. Bar­dzo prze­pra­szam… – pró­bo­wa­ła się wy­tłu­ma­czyć. – To po­mył­ka… Ja wca­le… Nie po­win­nam była tu przy­cho­dzić… – do­da­ła z po­nu­rą roz­pa­czą w gło­sie.

– Ależ pro­szę! Za­pra­szam do mo­je­go ga­bi­ne­tu. – Ja­mes też w koń­cu ochło­nął i był już pa­nem sy­tu­acji. Otwo­rzył sze­ro­ko drzwi do swo­je­go po­ko­ju i ge­stem za­pra­szał Nie­zna­jo­mą. – Pro­szę bar­dzo. – I uśmiech­nął się swo­im naj­cie­plej­szym, oj­cow­skim uśmie­chem.

– Nie… na­praw­dę… – opie­ra­ła się dziew­czy­na, ale wte­dy cał­ko­wi­cie już opa­no­wa­ny Jack roz­ło­żył ra­mio­na tak, że prak­tycz­nie nie zo­sta­wił jej wy­bo­ru i mu­sia­ła pójść tam, gdzie ją pro­wa­dził.

– Przy­go­tu­ję her­ba­tę – za­pro­po­no­wa­ła Tess, prze­pusz­cza­jąc Nie­zna­jo­mą w drzwiach i uśmie­cha­jąc się do niej ser­decz­nie.

– Och, nie… dzię­ku­ję, nie, pro­szę so­bie nie ro­bić kło­po­tu. – Dziew­czy­na znów była tak samo za­gu­bio­na jak na po­cząt­ku. Z ocią­ga­niem wlo­kła się tam, gdzie po­stę­pu­ją­cy pół kro­ku za nią z roz­ło­żo­ny­mi ra­mio­na­mi Jack ją pro­wa­dził.

*

_Co ja tu ro­bię?! Po co ja tu w ogó­le przy­szłam?!_, bia­da­ła w du­chu Liz Blac­kley, roz­glą­da­jąc się ner­wo­wo po pu­stym hal­lu jed­nej z po­noć lep­szych agen­cji ochro­ny. Jej wzrok padł na dwu­skrzy­dło­we drzwi z lu­ster. Uj­rza­ła swo­ją bla­dą, prze­stra­szo­ną twarz i do­tar­ło do niej ze zdwo­jo­ną mocą, ja­kie głup­stwo wła­śnie pró­bu­je po­peł­nić. Po­krę­ci­ła gło­wą. _Trze­ba stąd wyjść! I to jak naj­prę­dzej!_ Za­nim ktoś ją za­uwa­ży! Jed­nak do­brze się sta­ło, że se­kre­ta­riat był za­mknię­ty! Od­wró­ci­ła się w stro­nę win­dy. I wte­dy z boku otwo­rzy­ły się drzwi. Liz była tak zde­ner­wo­wa­na, że aż pod­sko­czy­ła z prze­stra­chu. Spoj­rza­ła w tam­tą stro­nę i zo­ba­czy­ła ja­kie­goś wy­so­kie­go, po­tęż­ne­go, ciem­no­wło­se­go męż­czy­znę w spodniach dre­so­wych, bia­łym T-shir­cie i ręcz­ni­ku na ra­mio­nach, idą­ce­go wprost na nią. Po­czu­ła się jesz­cze bar­dziej zmie­sza­na. _Po co ja tu w ogó­le przy­cho­dzi­łam?! Trze­ba stąd uciec, i to już!_ Szyb­ko wy­cią­gnę­ła rękę i na­ci­snę­ła przy­cisk win­dy. Oby przy­je­cha­ła od razu!

Tym­cza­sem fa­cet przy­wi­tał ją i chciał po­móc. _Do­bre so­bie!_ Szko­da, że nie wie, po co tu przy­szła! _Och, niech­że ta win­da wresz­cie przy­je­dzie!_ Fa­cet pod­szedł jesz­cze bli­żej. Na­wet nie zda­wa­ła so­bie z tego spra­wy, ale czu­ła, że musi się przed nim cof­nąć. Onie­śmie­lał ją jesz­cze bar­dziej niż cała ta ab­sur­dal­na sy­tu­acja. Zno­wu pod­szedł bli­żej. Zu­peł­nie jak­by chciał ją od­go­nić od win­dy! Liz czu­ła, że ser­ce bije jej jak osza­la­łe. Bo też to, co chcia­ła zro­bić, było prze­cież czy­stym sza­leń­stwem. I te­raz ktoś przy­ła­pał ją na go­rą­cym uczyn­ku. _Cze­mu ten ochro­niarz tak mnie… za­ga­nia? Jak… jak ja­kiś owcza­rek owce. Wła­śnie, owcza­rek! A ja je­stem_ _głu­pią owcą! Gdzie ta win­da?_

Liz znów mu­sia­ła się cof­nąć parę kro­ków. Le­d­wo nad sobą pa­no­wa­ła, tak strasz­nie wsty­dzi­ła się tego, że tu przy­szła. A te­raz jesz­cze oka­zu­je się, że wca­le nie tak ła­two stąd wyjść. Ten „owcza­rek” za­gro­dził jej dro­gę do win­dy! Żeby otwo­rzyć drzwi, mu­sia­ła­by go chy­ba prze­sta­wić! _Cze­go on chce?_ Ro­zej­rza­ła się zno­wu ner­wo­wo. _O! Scho­dy!_ Jest wyj­ście, za­raz stąd wyj­dzie. Chy­ba jesz­cze ni­g­dy się tak nie de­ner­wo­wa­ła. Mia­ła wra­że­nie, że jest na skra­ju hi­ste­rii. Już nie my­śla­ła lo­gicz­nie, to ja­sne, bo wy­da­wa­ło jej się, że ten obcy fa­cet robi wszyst­ko, żeby jej nie wy­pu­ścić.

W koń­cu przy­je­cha­ła win­da. Tyle że Liz była już parę me­trów od niej, a nie­zna­ny ol­brzym z ręcz­ni­kiem za­gra­dzał jej przej­ście. Coś jej mó­wi­ło, że on nie ma naj­mniej­szej ocho­ty jej prze­pu­ścić. _Trud­no, zej­dę scho­da­mi._ Zno­wu ode­zwał się „owcza­rek”, da­lej chciał jej „po­ma­gać”. Ner­wo­wo ob­li­za­ła war­gi.

– Nie… ja prze­pra­szam… to była po­mył­ka… ja tyl­ko… – _No wła­śnie, co „ja tyl­ko”? Je­stem naj­więk­szą kre­tyn­ką pod słoń­cem?_, my­śla­ła zgnę­bio­na Liz, co­fa­jąc się do scho­dów.

„Owcza­rek” wciąż po­dą­żał za nią.

Na­gle otwo­rzy­ły się drzwi z dru­giej stro­ny hal­lu i wy­szli stam­tąd kłó­cą­cy się ko­bie­ta i męż­czy­zna. Zdzi­wi­li się na jej wi­dok, a po­tem ten dru­gi męż­czy­zna, nie­mal tak samo wy­so­ki i bar­czy­sty jak pierw­szy, na­gle pod­szedł do drzwi pro­wa­dzą­cych na scho­dy i za­ta­ra­so­wał jej przej­ście!

_Czy ta­kie za­cho­wa­nie jest nor­mal­ne w agen­cjach ochro­ny? Wszyst­kich tu tak trak­tu­ją?_ W koń­cu ona nie jest żad­nym prze­stęp­cą! Po­win­ni po­zwo­lić jej nor­mal­nie stąd wyjść! I to win­dą, a nie scho­da­mi. Prze­cież jest do­ro­słą ko­bie­tą, dla­cze­go więc je­den fa­cet, co praw­da po­tęż­nie zbu­do­wa­ny, tak ją spe­szył, że aż za­czę­ła przed nim ucie­kać? Po­trze­bo­wa­ła ca­łej swo­jej siły woli, by się opa­no­wać i po­dejść w stro­nę win­dy. Pro­sto na tego wła­śnie wiel­kie­go go­ścia z ręcz­ni­kiem.

– Prze­pra­szam. – Boże, niech tyl­ko głos tak się jej nie ła­mie! – Mogę? – Czu­ła, że ugi­na­ją się pod nią ko­la­na, a „owcza­rek” na­wet nie drgnął.

_Och, uciec stąd! W nogi! Jak naj­da­lej!_, my­śla­ła prze­ra­żo­na, pod­czas gdy nie­zna­jo­my, wiel­ki fa­cet pa­trzył na nią bez­na­mięt­nie. Da­lej się nie ru­szył. _Chcę stąd wyjść!_, krzy­cza­ła roz­pacz­li­wie w du­chu Liz. _Mu­szę stąd wyjść, za­nim się roz­pła­czę. Nie, tyl­ko nie to, nie zro­bię z sie­bie jesz­cze więk­szej idiot­ki!_

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzy­ła tak moc­no, jak tyl­ko było ją na to stać.

I wte­dy otwo­rzy­ły się ko­lej­ne drzwi, gdzieś na­prze­ciw win­dy, i wy­szli stam­tąd ko­lej­ni pra­cow­ni­cy agen­cji – star­szy, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny męż­czy­zna (_Naj­wy­raź­niej inni tu nie pra­cu­ją_, zdą­ży­ła po­my­śleć po­nu­ro Liz) i tro­chę młod­sza od nie­go, bar­dzo sym­pa­tycz­nie wy­glą­da­ją­ca ko­bie­ta. Oni też się zdzi­wi­li, gdy na nią spoj­rze­li.

*

Może gdy­by Liz nie była tak przy­gnę­bio­na całą tą sy­tu­acją i nie sku­pia­ła się tak bar­dzo na so­bie, na swo­im zde­ner­wo­wa­niu i pró­bach ukry­cia zmie­sza­nia, może wte­dy za­uwa­ży­ła­by wszyst­kie te zdu­mio­ne spoj­rze­nia, któ­re sku­pia­ły się na niej, a po­tem krzy­żo­wa­ły nad jej gło­wą. Może do­strze­gła­by szok i nie­do­wie­rza­nie od­bi­ja­ją­ce się w oczach naj­pierw Jac­ka, po­tem Char­lie­go, a w koń­cu Tess i Ja­me­sa. Ale Liz była zbyt za­ję­ta pró­ba­mi uspo­ko­je­nia swo­je­go tłu­ką­ce­go głu­cho ser­ca i przy­spie­szo­ne­go od­de­chu. Nie do­strze­gła py­ta­ją­cych spoj­rzeń czwór­ki wta­jem­ni­czo­nych ani nie­me­go po­ro­zu­mie­nia, któ­re za­war­li od razu po tym, jak Jack po­wie­dział, że jest „pa­nią po­trze­bu­ją­cą po­mo­cy”.

Od razu za to za­uwa­ży­ła, że „owcza­rek” da­lej speł­nia swo­ją rolę i tym ra­zem „za­ga­nia” ją w kie­run­ku „za­gro­dy”, to zna­czy ga­bi­ne­tu swo­je­go sze­fa. Nie moż­na po­wie­dzieć, by po­my­śla­ła o nim cie­pło, gdy prak­tycz­nie wpy­chał ją do tego po­ko­ju, nie zwa­ża­jąc na jej słow­ne pro­te­sty. Nie do­tknął jej, ale pod­cho­dził tak bli­sko, że czu­ła się zmu­szo­na po­ru­szyć, by unik­nąć kon­tak­tu z nim. No i mu­sia­ła iść do­kład­nie tam, gdzie on chciał, by po­szła. _A niech go!_, my­śla­ła mści­wie, gdy do­pro­wa­dził do tego, że prze­stą­pi­ła w koń­cu próg ga­bi­ne­tu. Naj­wy­raź­niej na tym wła­śnie po­le­ga jego pra­ca. I nie­ste­ty jest w tym bar­dzo do­bry.

Onie­śmie­lo­na Liz ro­zej­rza­ła się po prze­stron­nym, ja­snym po­ko­ju. Duże biur­ko, kil­ka krze­seł, sza­fy i szaf­ki, a przy oknie sta­ra, roz­sta­wio­na na trój­no­gu lu­ne­ta. W tym mo­men­cie drzwi za nią się za­mknę­ły. Star­szy męż­czy­zna pod­szedł do niej i się przed­sta­wił:

– Na­zy­wam się Ja­mes Tar­ling­ton. A to jest Jack Gor­don. – Wska­zał na wciąż sto­ją­ce­go nie­co z boku za jej ple­ca­mi „owczar­ka”. – Pro­szę usiąść. – Pod­pro­wa­dził ją do krze­sła i do­pil­no­wał, by usia­dła. Po czym ob­szedł biur­ko i sam też usiadł. – W czym mo­że­my pani po­móc?

_Ja­mes Tar­ling­ton, jak JT Se­cu­ri­ty, Szef, a więc wła­ści­ciel agen­cji_, po­my­śla­ła jesz­cze bar­dziej przy­bi­ta Liz, zer­k­nę­ła też na „owczar­ka”, któ­ry naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił zo­stać, trzy­ma­jąc się z tyłu, i stał te­raz z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi opar­ty o szaf­kę nie­co za jej ple­ca­mi. A więc przy­jął ją sam wła­ści­ciel, a ona tu przy­szła z tak głu­pią spra­wą!

– Prze­pra­szam, ja na­praw­dę nie chcia­łam na­ro­bić ta­kie­go za­mie­sza­nia – mó­wi­ła sła­bym gło­sem, gar­dło ści­ska­ło się jej co­raz bar­dziej, a wstyd spra­wił, że na bla­dych po­licz­kach po­ja­wił się le­d­wo wi­docz­ny ru­mie­niec. – To był błąd… Nie po­win­nam była tu w ogó­le przy­cho­dzić. – Czu­ła się na­praw­dę ża­ło­śnie.

Szef tym­cza­sem spo­glą­dał na nią swo­imi ja­sny­mi, za­tro­ska­ny­mi oczy­ma.

– Moja dro­ga – jego głos brzmiał te­raz bar­dzo ser­decz­nie – wi­dać, że ma pani ja­kiś pro­blem. A my je­ste­śmy od tego, by po­ma­gać lu­dziom w pro­ble­mach.

W tym mo­men­cie drzwi ci­cho się otwo­rzy­ły i we­szła Tess, nio­sąc tacę z her­ba­tą. Po­de­szła do biur­ka i usta­wi­ła trzy fi­li­żan­ki, po czym spoj­rza­ła cie­pło na Liz, a gdy ta jej po­dzię­ko­wa­ła, uśmiech­nę­ła się do niej krze­pią­co i wy­co­fa­ła się do swo­je­go po­ko­ju. Liz po­my­śla­ła z ża­lem, że wo­la­ła­by po­roz­ma­wiać z tą ko­bie­tą lub przy­naj­mniej, by to ona zo­sta­ła z nimi w po­ko­ju, a nie ten „owcz…” Jack. Ale nie­ste­ty Tess już nie było.

– Pro­szę po­wie­dzieć, jak mo­że­my pani po­móc? – Ja­mes znów ła­god­nie pró­bo­wał ją za­chę­cić do zwie­rzeń.

Liz pod­nio­sła na nie­go wzrok, wes­tchnę­ła… i nie­pew­nie po­krę­ci­ła gło­wą. To kom­plet­nie bez sen­su. __ Prze­cież nie może tego wszyst­kie­go po­wie­dzieć sze­fo­wi tak du­żej fir­my. Ośmie­szy się tyl­ko. Oni zaj­mu­ją się tu po­waż­ny­mi spra­wa­mi, a nie ta­ki­mi hi­sto­ryj­ka­mi jak jej.

– Bar­dzo pana prze­pra­szam, na­praw­dę nie po­win­nam była zaj­mo­wać panu tyle cza­su – po­wie­dzia­ła Liz i wsta­ła z krze­sła. – Bar­dzo prze­pra­szam.

Tar­ling­ton też od razu się po­de­rwał, Liz od­wró­ci­ła się i chcia­ła wyjść, ale „owcza­rek” bły­ska­wicz­nie ode­rwał się od swo­jej szaf­ki i sta­nął te­raz tuż przed nią, ko­lej­ny raz blo­ku­jąc jej przej­ście. Pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła na nie­go. Miał tak za­cię­ty wy­raz twa­rzy, że pra­wie ją to zmro­zi­ło. Nie za­mie­rzał jej prze­pu­ścić.

Wie­le razy w swo­im ży­ciu Liz ża­ło­wa­ła, że nie jest parę cen­ty­me­trów wyż­sza, i te­raz też był taki mo­ment. Może gdy­by nie mu­sia­ła tak moc­no za­dzie­rać gło­wy, by móc na nie­go spoj­rzeć, czu­ła­by się tro­chę pew­niej? Może gdy­by tak przy­tła­cza­ją­co nad nią nie gó­ro­wał, nie czu­ła­by się tak ża­ło­śnie bez­bron­na? Ani nie zda­wa­ła­by so­bie tak bo­le­śnie spra­wy z tego, że gdy­by tyl­ko chciał, ten po­tęż­ny fa­cet mógł­by ją za­trzy­mać jed­ną ręką. A może na­wet jed­nym pal­cem.

Jack nie miał naj­mniej­szej ocho­ty wy­pu­ścić jej z po­ko­ju. Nie po tym, co zo­ba­czył w jej oczach. Wy­da­wa­ła się nie­szczę­śli­wa, jak­by przy­gnia­tał ją wiel­ki cię­żar. Szef musi ją tu za­trzy­mać i wy­cią­gnąć z niej, co ją gnę­bi.

Ja­mes wi­dział, że dziew­czy­na jest wy­jąt­ko­wo spię­ta i oba­wia się za­cząć roz­mo­wę, ale nie przy­szła tu prze­cież bez po­wo­du. Od razu zo­rien­to­wał się też, że nikt z wta­jem­ni­czo­nych nie miał z tym nic wspól­ne­go. A te­raz, gdy pró­bo­wa­ła wyjść, zo­ba­czył, że Jack go­tów jest prę­dzej siłą ją tu za­trzy­mać niż po­zwo­lić odejść.

– Ależ na­praw­dę… pro­szę się uspo­ko­ić. I usiąść. Pro­szę się na­pić her­ba­ty. Pani jest zde­ner­wo­wa­na… Nie wy­pu­ści­my pani w ta­kim sta­nie. – Sta­rał się mó­wić spo­koj­nie, choć sam co­raz bar­dziej się de­ner­wo­wał, czy zdo­ła prze­ko­nać Nie­zna­jo­mą, by zo­sta­ła. – Pro­szę. – Raz jesz­cze za­pro­sił ją ge­stem.

Liz roz­glą­da­ła się wciąż nie­zde­cy­do­wa­na. Ochro­niarz nie od­stę­po­wał swo­jej po­zy­cji, a wła­ści­ciel agen­cji na­praw­dę szcze­rze ją za­pra­szał… W koń­cu się pod­da­ła i z po­wro­tem usia­dła.

Do­brze, że nie zo­ba­czy­ła wte­dy ulgi na twa­rzach Jac­ka i Ja­me­sa, bo z pew­no­ścią wzbu­dzi­ło­by to jej czuj­ność.

– Na­praw­dę nie wiem, od cze­go mam za­cząć… – po­wie­dzia­ła wresz­cie po chwi­li Liz. – To taka głu­pia, nie­zręcz­na sy­tu­acja… – Po­tar­ła czo­ło ręką, nie była w sta­nie ukryć swo­je­go zde­ner­wo­wa­nia.

– Naj­le­piej jest za­cząć od po­cząt­ku – za­chę­cił spo­koj­nie Ja­mes.

Nie­zna­jo­ma spoj­rza­ła na nie­go chmur­nie, a jej wzrok wy­raź­nie mó­wił „ła­two ci po­wie­dzieć…”_._ Ale po chwi­li raz jesz­cze głę­bo­ko ode­tchnę­ła i za­czę­ła ci­cho opo­wia­dać:

– Na­zy­wam się Eli­za­beth Blac­kley… Liz… – do­da­ła.

_Liz! Liz­zy!_, na­tych­miast po­my­ślał Jack. Na­resz­cie po­znał jej imię.

– Ja­kieś pół roku temu uda­ło mi się zna­leźć lep­szą, le­piej płat­ną pra­cę. Nie­da­le­ko stąd – wska­za­ła od­ru­cho­wo gło­wą w bok – w agen­cji re­kla­mo­wej Brew­ster & March. W ban­ku wresz­cie zgo­dzi­li się przy­znać mi kre­dyt i uda­ło mi się ku­pić miesz­ka­nie. Nic wiel­kie­go… – spoj­rza­ła na Sze­fa nie­mal prze­pra­sza­ją­co – ale w bez­piecz­nej oko­li­cy… I by­łam taka szczę­śli­wa, że wszyst­ko za­czę­ło mi się le­piej ukła­dać, pra­ca, dom… A po­tem … –
Opu­ści­ła gło­wę i już nie pa­trzy­ła na swo­je­go roz­mów­cę. – Ja… – była co­raz bar­dziej za­że­no­wa­na – za­uwa­ży­łam, że mój szef cza­sem dziw­nie na mnie pa­trzy… my­śla­łam, że może tyl­ko mi się tak wy­da­je… ale po­tem za­czął mnie wszę­dzie ze sobą za­bie­rać. – Liz krę­ci­ła nie­spo­koj­nie gło­wą, z tru­dem wy­po­wia­da­ła każ­de sło­wo.

Ja­mes z Jac­kiem wy­mie­ni­li szyb­kie spoj­rze­nie. A więc to tak!

– To było na­wet na­tu­ral­ne – cią­gnę­ła Liz – bo jego asy­stent­ka jest w cią­ży i pew­nie już nie wró­ci do pra­cy. Za­bie­ra mnie te­raz na każ­dy lunch z klien­ta­mi, na każ­de spo­tka­nie. I nie mogę mu nic za­rzu­cić! – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i zer­k­nę­ła szyb­ko na Ja­me­sa. – Za­cho­wu­je się… to zna­czy ni­g­dy nie pró­bo­wał… tak na­praw­dę to tyl­ko te spoj­rze­nia i fakt, że wszę­dzie mnie za­bie­ra… może to mi się tyl­ko wy­da­je… nie wiem. – Ner­wo­wo ba­wi­ła się pal­ca­mi.

Wes­tchnę­ła i spoj­rza­ła na mil­czą­cych męż­czyzn nie­pew­na, co po­wie­dzieć da­lej.

– On jest żo­na­ty, ale cho­dzą plot­ki, że się wy­pro­wa­dził z domu i miesz­ka te­raz sam. Cza­sem wy­da­je mi się, że on mnie ob­ser­wu­je… – Ru­mie­niec na po­licz­kach dziew­czy­ny zro­bił się te­raz wy­raź­niej­szy. – Ja wiem, jak głu­pio to brzmi… – spoj­rza­ła bła­gal­nie na Ja­me­sa – ale za­wsze przy nim czu­ję się nie­spo­koj­na… to ir­ra­cjo­nal­ne, ale… czu­ję się jak­by… jak­by osa­czo­na… i boję się, że… on…

– Pro­szę się uspo­ko­ić. To do­brze, że pani do nas przy­szła. – Ja­mes pa­trzył na nią po­waż­nym i sku­pio­nym wzro­kiem.

Jack po­czuł, że gdy­by te­raz dane mu było spo­tkać tego sze­fa Liz, to pew­nie nie był­by w sta­nie nad sobą za­pa­no­wać i od razu wal­nął­by go w szczę­kę. Co za świ­nia!

Liz nie­pew­nie spoj­rza­ła przez biur­ko na wła­ści­cie­la agen­cji. Nie wy­śmiał jej, nie po­wie­dział, że ma pew­nie ja­kieś przy­wi­dze­nia. Da­lej chciał jej słu­chać. To ją tro­chę ośmie­li­ło i pod­nio­sło na du­chu. Sko­ro za­brnę­ła już tak da­le­ko… cóż, może war­to jed­nak po­wie­dzieć wszyst­ko?

– Wiem, że po­win­nam zmie­nić pra­cę… ale te­raz nie tak ła­two o do­brą i do­brze płat­ną… No i tak wła­ści­wie to nie mam żad­nych do­wo­dów, że on… tyl­ko raz wi­dzia­łam… to zna­czy wy­da­wa­ło mi się, że wi­dzia­łam… – za­plą­ta­ła się Liz.

– Co pani wi­dzia­ła? – za­py­tał Ja­mes.

Dziew­czy­na krę­ci­ła się nie­spo­koj­nie na krze­śle. Parę razy otwie­ra­ła usta, ale nie umia­ła za­cząć. Zno­wu ode­tchnę­ła głę­bo­ko.

– Kie­dyś w domu póź­no wie­czo­rem po­szłam po ciem­ku do kuch­ni i gdy zer­k­nę­łam przez okno, zo­ba­czy­łam… chy­ba zo­ba­czy­łam… tam stał taki sam sa­mo­chód jak jego… i on tam sie­dział… przez chwi­lę wi­dzia­łam jego twarz, bo za­pa­lał pa­pie­ro­sa… tak mi się wy­da­je… było ciem­no… – Cały czas nie­spo­koj­nie spla­ta­ła pal­ce.

– Czy mó­wi­ła pani o tym ko­muś? – za­py­tał ła­god­nie Ja­mes. – To jest już po­waż­niej­sza spra­wa. Po­win­na była pani to zgło­sić.

– Ale co tak na­praw­dę mogę mu za­rzu­cić? – spy­ta­ła głu­cho Liz. – Nie mam żad­nych do­wo­dów. Tyl­ko moje „wra­że­nia”. – Zro­bi­ła w po­wie­trzu znak cu­dzy­sło­wu. – On za­cho­wu­je się przy­zwo­icie i w pra­cy nikt wcze­śniej się na nie­go nie skar­żył. Co mam po­wie­dzieć? Że nie po­do­ba mi się spo­sób, w jaki na mnie pa­trzy? – Była już te­raz mniej spię­ta, a w jej gło­sie sły­chać było roz­go­ry­cze­nie. – Ni­g­dy, poza uści­skiem ręki, na­wet mnie nie do­tknął.

Jack wy­pu­ścił z płuc po­wie­trze, któ­re od ja­kie­goś cza­su nie­świa­do­mie wstrzy­my­wał.

– Ale wte­dy, w nocy, wi­dzia­ła pani pod swo­im do­mem wła­śnie jego, praw­da? Jego sa­mo­chód? – do­cie­kał Tar­ling­ton.

– Tak… tak… – wes­tchnę­ła – ale to prze­cież też nie jest ża­den do­wód. Było ciem­no, mo­głam się po­my­lić. A na­wet je­śli to był on, to prze­cież moż­na po­wie­dzieć, że prze­jeż­dżał przy­pad­kiem…

Ja­mes po­pra­wił się wy­god­niej na krze­śle i ką­tem oka zer­k­nął na Jac­ka, któ­ry choć mil­czał od wej­ścia do po­ko­ju, wciąż in­ten­syw­nie wpa­try­wał się w dziew­czy­nę z par­ku. Ja­mes nie mu­siał go py­tać, by wie­dzieć, że go­tów jest zro­bić wszyst­ko, by jej po­móc. Cóż, on sam też czuł, że tak trze­ba.

– Ro­zu­miem, że przy­szła pani do nas, by­śmy za­ję­li się nim? Chcia­ła­by pani, że­by­śmy go ob­ser­wo­wa­li, tak? I ochra­nia­li pa­nią? – za­py­tał w koń­cu wprost Szef.

Oczy Liz zro­bi­ły się na­gle okrą­głe ze zdzi­wie­nia, a po­tem szyb­ko za­mru­ga­ła, spe­szo­na.

– Nie… na­praw­dę, nie… nie po to przy­szłam… – Spoj­rza­ła na nie­go za­wsty­dzo­na.

Te­raz to Ja­mes się zdzi­wił. Je­śli nie po to, to…? O co tu cho­dzi?

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij