-
nowość
-
promocja
Nieznajoma z parku - ebook
Nieznajoma z parku - ebook
Najpierw widywał ją tylko z daleka. Z czasem los zbliżył ich do siebie.
Po bolesnym rozstaniu Jack T. Gordon, zamożny właściciel agencji ochrony JT Security, znajduje ukojenie w obserwowaniu pobliskiego parku z okna swojego gabinetu. Pewnego dnia jego uwagę przykuwa młoda kobieta. Wkrótce wypatrywanie nieznajomej staje się najważniejszym momentem jego codzienności. Gdy dziewczyna pojawia się coraz rzadziej, Jack nie potrafi pozbyć się niepokoju. Nie przypuszcza, że już niebawem ich drogi ponownie się przetną, tym razem w jego agencji.
Liz Blackley zjawia się w JT Security z nietypową prośbą. Nie ma pojęcia, że mężczyzna, z którym zetknie ją los, od dawna nie potrafił oderwać od niej wzroku. Jedno spotkanie wystarczy, by całkowicie odmienić ich życie. Czy można uciec przed przeznaczeniem, gdy życie po raz kolejny stawia na naszej drodze tę samą osobę?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-622-2 |
| Rozmiar pliku: | 916 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W ten wtorkowy ranek Jack obudził się z odrętwiałym karkiem. Zszedł do biura, popracował parę godzin, ale zesztywniała szyja coraz bardziej mu dokuczała. _Dobrze mi zrobi, jeśli pójdę trochę poćwiczyć_, pomyślał i zdecydował, że w porze lunchu potrenuje i pójdzie do sauny. Zignorował zdziwione spojrzenie Tess, gdy wyszedł od siebie i zakomunikował jej, że będzie na siłowni.
_Koniec z tym_, powtarzał sobie, wyciskając ciężarki i pedałując na rowerze. _Koniec z tym_, mruczał przez zaciśnięte zęby otoczony kłębami pary w saunie. _Koniec z tym_, myślał ze stanowczością, wycierając się energicznie ręcznikiem. Pomogło o tyle, że spięte mięśnie wreszcie się rozluźniły. Poczuł się trochę lepiej.
Właśnie z ręcznikiem na ramionach wracał korytarzem do swojego biura. Trzeba było jeszcze tylko przejść przez przeszklone drzwi do głównego hallu. Podniósł głowę, spojrzał przed siebie i nagle zatrzymał się jak wryty w pół kroku. Za oszklonymi drzwiami stała ona! Jego dziewczyna z parku!
Tysiące myśli przebiegły mu nagle przez głowę. Co ona tu robi? Czyżby dowiedziała się w jakiś sposób, że on…? Czy Charlie coś zrobił? Bo chyba nie Tess ani Szef! Miał nawet irracjonalną ochotę odwrócić się i uciec. Ale już w następnej chwili ochłonął. Spojrzał na nią. Dziewczyna nie mogła go zobaczyć, bo drzwi były z weneckich luster, patrząc w jego stronę, musiała widzieć tylko własne odbicie. On za to widział ją dobrze. Ubrana w lekki, beżowy prochowiec stała w hallu, rozglądając się niepewnie. Może nawet bardziej niż niepewnie. Robiła wrażenie zupełnie zagubionej. Pierwszy raz widział ją z tak bliska. Była wyraźnie zdenerwowana. Poczuł bolesny ucisk – więc jednak coś złego ją spotkało! _To dlatego nie przychodziła!_ Nieświadomie zacisnął pięści i zwarł szczęki. Poczuł gniew, że przydarzyło jej się coś przykrego. W tej chwili gotów był walczyć z całym światem, byle tylko pomóc nieznajomej dziewczynie. Jego nieznajomej dziewczynie.
W tej samej chwili Nieznajoma pokręciła gwałtownie głową, jakby czemuś przecząc, zagryzła wargę i odwróciła się szybko w stronę windy.
_Ona chce wyjść!_, pomyślał z przerażeniem Jack. _Uciec stąd!_ Błyskawicznie podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Był zdecydowany zrobić wszystko, by zatrzymać dziewczynę! Dowiedzieć się, co złego ją spotkało, i zrobić wszystko, by jej pomóc.
Szczęk otwieranych drzwi sprawił, że Nieznajoma podskoczyła gwałtownie i odwróciła się w jego stronę. Wielkie szare oczy spojrzały wprost na Jacka z przestrachem i zmieszaniem.
Jack miał wrażenie, że serce mu topnieje. Była taka spłoszona! On tymczasem mógł się nieco uspokoić, bo w jej spojrzeniu jasno wyczytał, że dziewczyna wcale go nie zna i że on jest dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Więc to jednak nie spisek któregoś z przyjaciół.
Nieznajoma tymczasem uśmiechnęła się do niego bladym, przepraszającym uśmiechem, szybko wyciągnęła rękę i nacisnęła guzik windy. Wciąż wyglądała na ogromnie spiętą.
Jack nie zdążył zareagować, nie zdążył nic zrobić. Wściekły na siebie za własną nieudolność, postanowił, że nie popełni więcej błędów. Z pewnością nie pozwoli jej wejść do tej windy! Podszedł parę kroków bliżej i wkładając wiele wysiłku w to, by wyglądać naturalnie, uśmiechnął się do niej spokojnie i zachęcająco.
– Dzień dobry. – Cudownie! Jest w stanie wypowiedzieć dwa słowa! I nawet głos mu nie drży!
– Dzień dobry – odpowiedziała cicho dziewczyna, niespokojnie się kręcąc.
Wyraźnie pragnęła, by winda przyjechała jak najszybciej. W całej jej postawie widać było, że chce uciec stąd jak najprędzej.
– Czy mogę w czymś pomóc? – zapytał uprzejmie Jack, podchodząc parę kolejnych kroków. Starał się odgrodzić Nieznajomej drogę do windy.
– Nie! – odparła szybko, kręcąc głową. Zbyt szybko i zbyt ostro. – Nie – powtórzyła raz jeszcze, tym razem miękko. Jej głos lekko się załamał.
Jack zrobił w jej stronę kolejny krok i dziewczyna cofnęła się trochę od windy. Z bliska była jeszcze ładniejsza, niż gdy widział ją ostatnio przez lunetę. Tylko blada i zauważył, że ma ciemne obwódki wokół oczu. Wciąż wyczuwał jej ogromne napięcie. Rozejrzała się nerwowo, widział, że chciałaby podejść bliżej do drzwi windy, ale on teraz już całkowicie blokował jej drogę. Jej wielkie oczy rzucały niespokojne spojrzenia na hall, jakby w poszukiwaniu innej drogi ucieczki. Nagle jej twarz drgnęła – zobaczyła drzwi z napisem „schody” i zrobiła pół kroku w tył w ich kierunku.
– Może jednak mógłbym w czymś pani pomóc? – nalegał łagodnie Jack, mając nadzieję, że brzmi to spokojnie i nie spłoszy dziewczyny jeszcze bardziej. Przesuwał się teraz tak, by odgrodzić jej drogę również do schodów.
Z cichym szumem nadjechała w końcu winda, ale Nieznajoma musiałaby teraz przejść tuż obok niego, by się do niej dostać. Pokręciła nerwowo głową i znów cofnęła się parę kroków. Jack bokiem podążył za nią.
– Nie… ja przepraszam… to była pomyłka… ja tylko… – bąkała niepewnie, usiłując przesuwać się coraz bliżej wyjścia. Obie dłonie uniosła lekko do góry w obronnym geście, jakby chcąc go od siebie odsunąć.
Była teraz naprawdę blisko drzwi i Jack w panice próbował wymyślić jakieś rozsądna słowa, by ją zatrzymać, gdy nagle otworzyły się drzwi z przeciwległego korytarza i wyszli stamtąd, kłócąc się zawzięcie i posykując nawzajem na siebie, Charlie i Nat. Byli tak sobą zajęci, że przez moment nie dostrzegli stojącej w napięciu dziewczyny ani czyhającego na nią Jacka. Potem jednak i oni zamarli w bezruchu na widok dziwnej sytuacji w hallu. Nathalie stała, nie rozumiejąc, co się dzieje, za to Charlie, choć w pierwszym momencie w jego oczach odbiło się kompletne zdumienie, po chwili spojrzał na Jacka i jakby telepatycznie odczytując jego życzenie, natychmiast ruszył w stronę drzwi prowadzących na schody i zablokował Nieznajomej z Parku drogę ucieczki.
Dziewczyna, zaniepokojona i lekko oszołomiona, spoglądała na grupę otaczających ją ludzi. Po chwili jednak opanowała się i ruszyła w stronę windy, wprost na Jacka.
– Przepraszam – powiedziała i wskazała na drzwi windy, do których Jack całkowicie blokował jej przejście. – Mogę?
Miał pustkę w głowie. Całkowite przyćmienie. Minęło parę sekund, a on nie był w stanie nic powiedzieć ani ruszyć się z miejsca.
– Przepraszam – powtórzyła dziewczyna, teraz już trochę niecierpliwie. Z trudem panowała nad swoim zdenerwowaniem, ale była zdecydowana wyjść stamtąd najszybciej, jak to możliwe.
I wtedy, na szczęście dla Jacka, otworzyły się drzwi gabinetu Szefa i wyszli stamtąd Tess i James. Oboje spojrzeli na stojącą w hallu grupkę i zdębieli. Wszyscy obecni patrzyli na siebie w zdumieniu i dalej trwała krępująca cisza. Aż w pewnym momencie winda cicho zgrzytnęła i zjechała na dół. Jack odetchnął. Od razu też wróciła mu zdolność logicznego myślenia.
– Szefie – zwrócił się do Jamesa – myślę, że ta pani potrzebuje naszej pomocy.
Dziewczyna rzuciła mu niechętne spojrzenie i natychmiast zaprzeczyła:
– Nie, to nie tak. Bardzo przepraszam… – próbowała się wytłumaczyć. – To pomyłka… Ja wcale… Nie powinnam była tu przychodzić… – dodała z ponurą rozpaczą w głosie.
– Ależ proszę! Zapraszam do mojego gabinetu. – James też w końcu ochłonął i był już panem sytuacji. Otworzył szeroko drzwi do swojego pokoju i gestem zapraszał Nieznajomą. – Proszę bardzo. – I uśmiechnął się swoim najcieplejszym, ojcowskim uśmiechem.
– Nie… naprawdę… – opierała się dziewczyna, ale wtedy całkowicie już opanowany Jack rozłożył ramiona tak, że praktycznie nie zostawił jej wyboru i musiała pójść tam, gdzie ją prowadził.
– Przygotuję herbatę – zaproponowała Tess, przepuszczając Nieznajomą w drzwiach i uśmiechając się do niej serdecznie.
– Och, nie… dziękuję, nie, proszę sobie nie robić kłopotu. – Dziewczyna znów była tak samo zagubiona jak na początku. Z ociąganiem wlokła się tam, gdzie postępujący pół kroku za nią z rozłożonymi ramionami Jack ją prowadził.
*
_Co ja tu robię?! Po co ja tu w ogóle przyszłam?!_, biadała w duchu Liz Blackley, rozglądając się nerwowo po pustym hallu jednej z ponoć lepszych agencji ochrony. Jej wzrok padł na dwuskrzydłowe drzwi z luster. Ujrzała swoją bladą, przestraszoną twarz i dotarło do niej ze zdwojoną mocą, jakie głupstwo właśnie próbuje popełnić. Pokręciła głową. _Trzeba stąd wyjść! I to jak najprędzej!_ Zanim ktoś ją zauważy! Jednak dobrze się stało, że sekretariat był zamknięty! Odwróciła się w stronę windy. I wtedy z boku otworzyły się drzwi. Liz była tak zdenerwowana, że aż podskoczyła z przestrachu. Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła jakiegoś wysokiego, potężnego, ciemnowłosego mężczyznę w spodniach dresowych, białym T-shircie i ręczniku na ramionach, idącego wprost na nią. Poczuła się jeszcze bardziej zmieszana. _Po co ja tu w ogóle przychodziłam?! Trzeba stąd uciec, i to już!_ Szybko wyciągnęła rękę i nacisnęła przycisk windy. Oby przyjechała od razu!
Tymczasem facet przywitał ją i chciał pomóc. _Dobre sobie!_ Szkoda, że nie wie, po co tu przyszła! _Och, niechże ta winda wreszcie przyjedzie!_ Facet podszedł jeszcze bliżej. Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, ale czuła, że musi się przed nim cofnąć. Onieśmielał ją jeszcze bardziej niż cała ta absurdalna sytuacja. Znowu podszedł bliżej. Zupełnie jakby chciał ją odgonić od windy! Liz czuła, że serce bije jej jak oszalałe. Bo też to, co chciała zrobić, było przecież czystym szaleństwem. I teraz ktoś przyłapał ją na gorącym uczynku. _Czemu ten ochroniarz tak mnie… zagania? Jak… jak jakiś owczarek owce. Właśnie, owczarek! A ja jestem_ _głupią owcą! Gdzie ta winda?_
Liz znów musiała się cofnąć parę kroków. Ledwo nad sobą panowała, tak strasznie wstydziła się tego, że tu przyszła. A teraz jeszcze okazuje się, że wcale nie tak łatwo stąd wyjść. Ten „owczarek” zagrodził jej drogę do windy! Żeby otworzyć drzwi, musiałaby go chyba przestawić! _Czego on chce?_ Rozejrzała się znowu nerwowo. _O! Schody!_ Jest wyjście, zaraz stąd wyjdzie. Chyba jeszcze nigdy się tak nie denerwowała. Miała wrażenie, że jest na skraju histerii. Już nie myślała logicznie, to jasne, bo wydawało jej się, że ten obcy facet robi wszystko, żeby jej nie wypuścić.
W końcu przyjechała winda. Tyle że Liz była już parę metrów od niej, a nieznany olbrzym z ręcznikiem zagradzał jej przejście. Coś jej mówiło, że on nie ma najmniejszej ochoty jej przepuścić. _Trudno, zejdę schodami._ Znowu odezwał się „owczarek”, dalej chciał jej „pomagać”. Nerwowo oblizała wargi.
– Nie… ja przepraszam… to była pomyłka… ja tylko… – _No właśnie, co „ja tylko”? Jestem największą kretynką pod słońcem?_, myślała zgnębiona Liz, cofając się do schodów.
„Owczarek” wciąż podążał za nią.
Nagle otworzyły się drzwi z drugiej strony hallu i wyszli stamtąd kłócący się kobieta i mężczyzna. Zdziwili się na jej widok, a potem ten drugi mężczyzna, niemal tak samo wysoki i barczysty jak pierwszy, nagle podszedł do drzwi prowadzących na schody i zatarasował jej przejście!
_Czy takie zachowanie jest normalne w agencjach ochrony? Wszystkich tu tak traktują?_ W końcu ona nie jest żadnym przestępcą! Powinni pozwolić jej normalnie stąd wyjść! I to windą, a nie schodami. Przecież jest dorosłą kobietą, dlaczego więc jeden facet, co prawda potężnie zbudowany, tak ją speszył, że aż zaczęła przed nim uciekać? Potrzebowała całej swojej siły woli, by się opanować i podejść w stronę windy. Prosto na tego właśnie wielkiego gościa z ręcznikiem.
– Przepraszam. – Boże, niech tylko głos tak się jej nie łamie! – Mogę? – Czuła, że uginają się pod nią kolana, a „owczarek” nawet nie drgnął.
_Och, uciec stąd! W nogi! Jak najdalej!_, myślała przerażona, podczas gdy nieznajomy, wielki facet patrzył na nią beznamiętnie. Dalej się nie ruszył. _Chcę stąd wyjść!_, krzyczała rozpaczliwie w duchu Liz. _Muszę stąd wyjść, zanim się rozpłaczę. Nie, tylko nie to, nie zrobię z siebie jeszcze większej idiotki!_
– Przepraszam – powtórzyła tak mocno, jak tylko było ją na to stać.
I wtedy otworzyły się kolejne drzwi, gdzieś naprzeciw windy, i wyszli stamtąd kolejni pracownicy agencji – starszy, potężnie zbudowany mężczyzna (_Najwyraźniej inni tu nie pracują_, zdążyła pomyśleć ponuro Liz) i trochę młodsza od niego, bardzo sympatycznie wyglądająca kobieta. Oni też się zdziwili, gdy na nią spojrzeli.
*
Może gdyby Liz nie była tak przygnębiona całą tą sytuacją i nie skupiała się tak bardzo na sobie, na swoim zdenerwowaniu i próbach ukrycia zmieszania, może wtedy zauważyłaby wszystkie te zdumione spojrzenia, które skupiały się na niej, a potem krzyżowały nad jej głową. Może dostrzegłaby szok i niedowierzanie odbijające się w oczach najpierw Jacka, potem Charliego, a w końcu Tess i Jamesa. Ale Liz była zbyt zajęta próbami uspokojenia swojego tłukącego głucho serca i przyspieszonego oddechu. Nie dostrzegła pytających spojrzeń czwórki wtajemniczonych ani niemego porozumienia, które zawarli od razu po tym, jak Jack powiedział, że jest „panią potrzebującą pomocy”.
Od razu za to zauważyła, że „owczarek” dalej spełnia swoją rolę i tym razem „zagania” ją w kierunku „zagrody”, to znaczy gabinetu swojego szefa. Nie można powiedzieć, by pomyślała o nim ciepło, gdy praktycznie wpychał ją do tego pokoju, nie zważając na jej słowne protesty. Nie dotknął jej, ale podchodził tak blisko, że czuła się zmuszona poruszyć, by uniknąć kontaktu z nim. No i musiała iść dokładnie tam, gdzie on chciał, by poszła. _A niech go!_, myślała mściwie, gdy doprowadził do tego, że przestąpiła w końcu próg gabinetu. Najwyraźniej na tym właśnie polega jego praca. I niestety jest w tym bardzo dobry.
Onieśmielona Liz rozejrzała się po przestronnym, jasnym pokoju. Duże biurko, kilka krzeseł, szafy i szafki, a przy oknie stara, rozstawiona na trójnogu luneta. W tym momencie drzwi za nią się zamknęły. Starszy mężczyzna podszedł do niej i się przedstawił:
– Nazywam się James Tarlington. A to jest Jack Gordon. – Wskazał na wciąż stojącego nieco z boku za jej plecami „owczarka”. – Proszę usiąść. – Podprowadził ją do krzesła i dopilnował, by usiadła. Po czym obszedł biurko i sam też usiadł. – W czym możemy pani pomóc?
_James Tarlington, jak JT Security, Szef, a więc właściciel agencji_, pomyślała jeszcze bardziej przybita Liz, zerknęła też na „owczarka”, który najwyraźniej postanowił zostać, trzymając się z tyłu, i stał teraz z założonymi rękami oparty o szafkę nieco za jej plecami. A więc przyjął ją sam właściciel, a ona tu przyszła z tak głupią sprawą!
– Przepraszam, ja naprawdę nie chciałam narobić takiego zamieszania – mówiła słabym głosem, gardło ściskało się jej coraz bardziej, a wstyd sprawił, że na bladych policzkach pojawił się ledwo widoczny rumieniec. – To był błąd… Nie powinnam była tu w ogóle przychodzić. – Czuła się naprawdę żałośnie.
Szef tymczasem spoglądał na nią swoimi jasnymi, zatroskanymi oczyma.
– Moja droga – jego głos brzmiał teraz bardzo serdecznie – widać, że ma pani jakiś problem. A my jesteśmy od tego, by pomagać ludziom w problemach.
W tym momencie drzwi cicho się otworzyły i weszła Tess, niosąc tacę z herbatą. Podeszła do biurka i ustawiła trzy filiżanki, po czym spojrzała ciepło na Liz, a gdy ta jej podziękowała, uśmiechnęła się do niej krzepiąco i wycofała się do swojego pokoju. Liz pomyślała z żalem, że wolałaby porozmawiać z tą kobietą lub przynajmniej, by to ona została z nimi w pokoju, a nie ten „owcz…” Jack. Ale niestety Tess już nie było.
– Proszę powiedzieć, jak możemy pani pomóc? – James znów łagodnie próbował ją zachęcić do zwierzeń.
Liz podniosła na niego wzrok, westchnęła… i niepewnie pokręciła głową. To kompletnie bez sensu. __ Przecież nie może tego wszystkiego powiedzieć szefowi tak dużej firmy. Ośmieszy się tylko. Oni zajmują się tu poważnymi sprawami, a nie takimi historyjkami jak jej.
– Bardzo pana przepraszam, naprawdę nie powinnam była zajmować panu tyle czasu – powiedziała Liz i wstała z krzesła. – Bardzo przepraszam.
Tarlington też od razu się poderwał, Liz odwróciła się i chciała wyjść, ale „owczarek” błyskawicznie oderwał się od swojej szafki i stanął teraz tuż przed nią, kolejny raz blokując jej przejście. Podniosła głowę i spojrzała na niego. Miał tak zacięty wyraz twarzy, że prawie ją to zmroziło. Nie zamierzał jej przepuścić.
Wiele razy w swoim życiu Liz żałowała, że nie jest parę centymetrów wyższa, i teraz też był taki moment. Może gdyby nie musiała tak mocno zadzierać głowy, by móc na niego spojrzeć, czułaby się trochę pewniej? Może gdyby tak przytłaczająco nad nią nie górował, nie czułaby się tak żałośnie bezbronna? Ani nie zdawałaby sobie tak boleśnie sprawy z tego, że gdyby tylko chciał, ten potężny facet mógłby ją zatrzymać jedną ręką. A może nawet jednym palcem.
Jack nie miał najmniejszej ochoty wypuścić jej z pokoju. Nie po tym, co zobaczył w jej oczach. Wydawała się nieszczęśliwa, jakby przygniatał ją wielki ciężar. Szef musi ją tu zatrzymać i wyciągnąć z niej, co ją gnębi.
James widział, że dziewczyna jest wyjątkowo spięta i obawia się zacząć rozmowę, ale nie przyszła tu przecież bez powodu. Od razu zorientował się też, że nikt z wtajemniczonych nie miał z tym nic wspólnego. A teraz, gdy próbowała wyjść, zobaczył, że Jack gotów jest prędzej siłą ją tu zatrzymać niż pozwolić odejść.
– Ależ naprawdę… proszę się uspokoić. I usiąść. Proszę się napić herbaty. Pani jest zdenerwowana… Nie wypuścimy pani w takim stanie. – Starał się mówić spokojnie, choć sam coraz bardziej się denerwował, czy zdoła przekonać Nieznajomą, by została. – Proszę. – Raz jeszcze zaprosił ją gestem.
Liz rozglądała się wciąż niezdecydowana. Ochroniarz nie odstępował swojej pozycji, a właściciel agencji naprawdę szczerze ją zapraszał… W końcu się poddała i z powrotem usiadła.
Dobrze, że nie zobaczyła wtedy ulgi na twarzach Jacka i Jamesa, bo z pewnością wzbudziłoby to jej czujność.
– Naprawdę nie wiem, od czego mam zacząć… – powiedziała wreszcie po chwili Liz. – To taka głupia, niezręczna sytuacja… – Potarła czoło ręką, nie była w stanie ukryć swojego zdenerwowania.
– Najlepiej jest zacząć od początku – zachęcił spokojnie James.
Nieznajoma spojrzała na niego chmurnie, a jej wzrok wyraźnie mówił „łatwo ci powiedzieć…”_._ Ale po chwili raz jeszcze głęboko odetchnęła i zaczęła cicho opowiadać:
– Nazywam się Elizabeth Blackley… Liz… – dodała.
_Liz! Lizzy!_, natychmiast pomyślał Jack. Nareszcie poznał jej imię.
– Jakieś pół roku temu udało mi się znaleźć lepszą, lepiej płatną pracę. Niedaleko stąd – wskazała odruchowo głową w bok – w agencji reklamowej Brewster & March. W banku wreszcie zgodzili się przyznać mi kredyt i udało mi się kupić mieszkanie. Nic wielkiego… – spojrzała na Szefa niemal przepraszająco – ale w bezpiecznej okolicy… I byłam taka szczęśliwa, że wszystko zaczęło mi się lepiej układać, praca, dom… A potem … –
Opuściła głowę i już nie patrzyła na swojego rozmówcę. – Ja… – była coraz bardziej zażenowana – zauważyłam, że mój szef czasem dziwnie na mnie patrzy… myślałam, że może tylko mi się tak wydaje… ale potem zaczął mnie wszędzie ze sobą zabierać. – Liz kręciła niespokojnie głową, z trudem wypowiadała każde słowo.
James z Jackiem wymienili szybkie spojrzenie. A więc to tak!
– To było nawet naturalne – ciągnęła Liz – bo jego asystentka jest w ciąży i pewnie już nie wróci do pracy. Zabiera mnie teraz na każdy lunch z klientami, na każde spotkanie. I nie mogę mu nic zarzucić! – Wzruszyła ramionami i zerknęła szybko na Jamesa. – Zachowuje się… to znaczy nigdy nie próbował… tak naprawdę to tylko te spojrzenia i fakt, że wszędzie mnie zabiera… może to mi się tylko wydaje… nie wiem. – Nerwowo bawiła się palcami.
Westchnęła i spojrzała na milczących mężczyzn niepewna, co powiedzieć dalej.
– On jest żonaty, ale chodzą plotki, że się wyprowadził z domu i mieszka teraz sam. Czasem wydaje mi się, że on mnie obserwuje… – Rumieniec na policzkach dziewczyny zrobił się teraz wyraźniejszy. – Ja wiem, jak głupio to brzmi… – spojrzała błagalnie na Jamesa – ale zawsze przy nim czuję się niespokojna… to irracjonalne, ale… czuję się jakby… jakby osaczona… i boję się, że… on…
– Proszę się uspokoić. To dobrze, że pani do nas przyszła. – James patrzył na nią poważnym i skupionym wzrokiem.
Jack poczuł, że gdyby teraz dane mu było spotkać tego szefa Liz, to pewnie nie byłby w stanie nad sobą zapanować i od razu walnąłby go w szczękę. Co za świnia!
Liz niepewnie spojrzała przez biurko na właściciela agencji. Nie wyśmiał jej, nie powiedział, że ma pewnie jakieś przywidzenia. Dalej chciał jej słuchać. To ją trochę ośmieliło i podniosło na duchu. Skoro zabrnęła już tak daleko… cóż, może warto jednak powiedzieć wszystko?
– Wiem, że powinnam zmienić pracę… ale teraz nie tak łatwo o dobrą i dobrze płatną… No i tak właściwie to nie mam żadnych dowodów, że on… tylko raz widziałam… to znaczy wydawało mi się, że widziałam… – zaplątała się Liz.
– Co pani widziała? – zapytał James.
Dziewczyna kręciła się niespokojnie na krześle. Parę razy otwierała usta, ale nie umiała zacząć. Znowu odetchnęła głęboko.
– Kiedyś w domu późno wieczorem poszłam po ciemku do kuchni i gdy zerknęłam przez okno, zobaczyłam… chyba zobaczyłam… tam stał taki sam samochód jak jego… i on tam siedział… przez chwilę widziałam jego twarz, bo zapalał papierosa… tak mi się wydaje… było ciemno… – Cały czas niespokojnie splatała palce.
– Czy mówiła pani o tym komuś? – zapytał łagodnie James. – To jest już poważniejsza sprawa. Powinna była pani to zgłosić.
– Ale co tak naprawdę mogę mu zarzucić? – spytała głucho Liz. – Nie mam żadnych dowodów. Tylko moje „wrażenia”. – Zrobiła w powietrzu znak cudzysłowu. – On zachowuje się przyzwoicie i w pracy nikt wcześniej się na niego nie skarżył. Co mam powiedzieć? Że nie podoba mi się sposób, w jaki na mnie patrzy? – Była już teraz mniej spięta, a w jej głosie słychać było rozgoryczenie. – Nigdy, poza uściskiem ręki, nawet mnie nie dotknął.
Jack wypuścił z płuc powietrze, które od jakiegoś czasu nieświadomie wstrzymywał.
– Ale wtedy, w nocy, widziała pani pod swoim domem właśnie jego, prawda? Jego samochód? – dociekał Tarlington.
– Tak… tak… – westchnęła – ale to przecież też nie jest żaden dowód. Było ciemno, mogłam się pomylić. A nawet jeśli to był on, to przecież można powiedzieć, że przejeżdżał przypadkiem…
James poprawił się wygodniej na krześle i kątem oka zerknął na Jacka, który choć milczał od wejścia do pokoju, wciąż intensywnie wpatrywał się w dziewczynę z parku. James nie musiał go pytać, by wiedzieć, że gotów jest zrobić wszystko, by jej pomóc. Cóż, on sam też czuł, że tak trzeba.
– Rozumiem, że przyszła pani do nas, byśmy zajęli się nim? Chciałaby pani, żebyśmy go obserwowali, tak? I ochraniali panią? – zapytał w końcu wprost Szef.
Oczy Liz zrobiły się nagle okrągłe ze zdziwienia, a potem szybko zamrugała, speszona.
– Nie… naprawdę, nie… nie po to przyszłam… – Spojrzała na niego zawstydzona.
Teraz to James się zdziwił. Jeśli nie po to, to…? O co tu chodzi?
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.