Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nieznajomy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
51,90
5190 pkt
punktów Virtualo

Nieznajomy - ebook

Primeton University miał być dla Summer spełnieniem marzeń, początkiem nowego życia, z dala od rodzinnego domu. Elitarne zajęcia, nowe znajomości, szansa, by wreszcie udowodnić sobie, że potrafi iść własną drogą. Zamiast tego już pierwszego dnia poczuła na karku czyjś oddech.

Nixon Harland. Legenda kampusu. Chłopak, o którym mówi się szeptem, bezwzględny, wpływowy, zawsze o krok przed innymi. Dla wielu nieosiągalny ideał. Dla niej, cień, który nie znika nawet w pełnym świetle dnia. Gdy staje się celem jego gry, Summer musi zdecydować, jak długo wytrzyma. On zna jej słabości. Ona uczy się walczyć. Im bardziej próbuje trzymać się od niego z daleka, tym mocniej los popycha ich ku sobie.

A kiedy nienawiść zaczyna mieszać się z fascynacją, granica między pragnieniem a koszmarem niebezpiecznie się zaciera. To nie jest historia o bajkowej miłości. To opowieść o obsesji, władzy i uczuciu, które może zniszczyć, albo ocalić.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368657654
Rozmiar pliku: 796 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Summer

Czarny Mercedes zatrzymał się pod klubem, który – elegancko to ujmując – w Bloomington uchodził za najlepsze młodzieżowe centrum prosperujące w godzinach nocnych. Za to moja kuzynka nazwała go w obecności mojego ojca zajebistą dyskoteką i to nie było najlepsze określenie, którego mogła użyć przy człowieku tego pokroju. Czasami zastanawiałam się, kto miał większy mózg: mój szalony chomik Luck czy Martha, choć większość argumentów przemawiała za gryzoniem.

Mój tata wysiadł z auta razem z nami i doskonale wiedziałam, że strzeli jakąś pogadankę o bezpieczeństwie, ale między innymi za to go kochałam. Nie był sztywnym typem jak większość ojców – wręcz przeciwnie. Zawsze znalazł sposób na to, żebyśmy się dogadali, a z większością problemów zwracałam się właśnie do niego. Czasami nawet żartowałam z mamy, że jeśli chce mieć własne dziecko, powinni postarać się o brata dla mnie, ale na szczęście ciągle pozostawałam jedynaczką.

Mimo średniej renomy tego miejsca wybłagałam ojca o małe wyjście. Smutne oczka nadal działały – nieważne, czy miałam sześć lat, czy szesnaście. Tatę czekało spotkanie z kontrahentem w restauracji obok i zgodził się nas tutaj podrzucić na godzinę. Martha była w moim wieku, ale jej brat niedawno został osiemnastolatkiem i miał robić za niańkę, choć byłam pewna, że porzuci nas, gdy tylko wspólnie przekroczymy próg.

– Summer, tylko uważaj na siebie, dobra? – powiedział tata tym bardziej stanowczym tonem.

Na co dzień mieszkaliśmy w spokojnej i bezpiecznej dzielnicy Lakeville. Było tam całkiem inaczej niż w tętniącym życiem Bloomington, gdzie tylko przez dwa dni odwiedzaliśmy rodzinę – jak zawsze, gdy wujek wracał z pobytu w swojej firmie za granicą.

– Tak, tato, będę – zadeklarowałam, ale duża ręka i tak owinęła się wokół moich ramion.

Taylor Laurent był bardzo postawnym facetem, miał dopiero trzydzieści siedem lat i choć zapewne byłam wpadką, to nadal ukochaną córeczką tatusia.

– Tylko nie mów mamie, że cię tutaj przywiozłem, bo oboje będziemy mieli przechlapane. Pamiętaj, gdyby coś się działo, to jeden przycisk na zegarku i odbiorę.

– Pamiętam – zapewniłam.

– Wujek, to sprawdzona miejscówka, wyluzuj.

– Twój ojciec też tak zawsze mówił i doskonale pamiętam, co się działo później. Też kiedyś byłem młody, Mateo. Macie się pilnować – zarządził tym swoim tonem szefa, a niebieska koszula i ciemnogranatowe spodnie tylko dodawały mu powagi.

– Dobra, idziemy – westchnęła moja kuzynka, więc tylko pomachałam tacie na pożegnanie.

Weszliśmy do ciemnego klubu, w którym dudniła muzyka techno. Lokal nie był duży, ale prócz długiego baru i parkietu na dole miał usytuowaną wyżej strefę do siedzenia. Stamtąd po przejściu kilkunastu schodów można było obserwować parkiet. Boczne kinkiety dawały niewielką ilość niebieskiego światła, a jedynym wyraźnym elementem był neon na ścianie, którego litery tworzyły nazwę klubu Blue Emotions.

– Chodźcie, gówniary, zamówię wam piwo i spadam do znajomych.

– W końcu jakaś normalna propozycja – stwierdziła Martha, kiedy szłyśmy za Mateo do baru.

Czułam na sobie świdrujące spojrzenie barmana i przez chwilę myślałam, że poprosi nas o dowód. Impreza wieczorową porą może i była od szesnastu lat, ale alkohol można było kupić od dwudziestu jeden. Na szczęście młody mężczyzna tylko zmierzył nas wzrokiem i podał dwie Corony, jak powiedział Mateo. Sobie za to zamówił butelkę wódki…

– Zero trzydzieści trzy? Poważnie? Ludzie z mojej klasy wciągają koks na takich imprezach, a ty mi kupujesz małe piwo? – Martha się skrzywiła.

– Omijam opierdol od Taylora, podziękuj Summer. A ty się pilnuj, młoda – rzucił do mnie i ruszył na górę. Odprowadziłam go wzrokiem i wzruszyłam ramionami.

– Całkiem miły ten twój brat…

– Właśnie nas olał… – powiedziała wkurzona.

– To był sarkazm. Wiem, że nas olał. Chodź na parkiet – zachęciłam ją i ruszyłyśmy na zatłoczony fragment podłogi, gdzie tańczyłyśmy, popijając zimne piwo.

Martha była ładną dziewczyną, miała proste rude włosy, które odziedziczyła po ciotce, i jasną karnację w opozycji do mojej śniadej, którą w genach przekazała mi mama. Krótka czarna sukienka opinała jej szczupłe ciało i choć nie była tak odkryta jak mój standardowy strój cheerleaderski, to ja wybrałam dziś zwykłe jeansy i bluzkę na ramiączkach. W takich miejscach czułam się niepewnie, nie byłam u siebie, a w Lakeville życie toczyło się zupełnie inaczej. Wiele osób po prostu znałam, a jeśli nie, to kojarzyłam. Prywatna szkoła zabierała większość mojego czasu, a weekendy spędzaliśmy raczej przy ogniskach lub na domówkach niż na takich imprezach. Tutaj życie nastolatków kręciło się głównie wokół tego.

– Chodź, widzę znajomego z klasy wyżej. Coś nam ogarnie. Masz hajs? – wykrzyczała mi kuzynka przy uchu, bo dookoła wybrzmiewała muzyka.

Na to pytanie tylko skinęłam głową, a ona zaśmiała się i pociągnęła mnie za rękę w stronę baru.

– To dobrze, bo ja nie.

Zaczęła rozmawiać z jakimś blondynem zaraz po tym, jak podałam jej dwudziestodolarówkę, a moją uwagę przykuło zbiorowisko na górze, gdzie jednym z dyskutujących chłopaków był Mateo. W dodatku mój telefon zaczął dzwonić i tylko rzuciłam wzrokiem na zegarek, że to tata.

– Trzymaj! – Kuzynka przesunęła w moim kierunku piwo. Krople spływały po zaparowanej z zimna szklanej butelce, zostawiając na blacie mokry ślad.

– Mateo chyba ma kłopoty – wymamrotałam, kiwając głową w stronę schodów prowadzących na górę. Kuzynka tylko prychnęła pod nosem, jakby to była standardowa sytuacja.

– Ten debil wiecznie ma kłopoty, radzę ci się nie wtrącać.

Miałam złe przeczucie. Jak na złość między stolikami wywiązała się jakaś szamotanina, ktoś przewrócił krzesło, rozległ się trzask tłuczonego szkła, a ja straciłam go z oczu.

– Chodź, przecież może coś mu się stać – zażądałam, chwytając Marthę za rękę.

– Nigdzie nie idę.

Zignorowała mnie i odwróciła się do znajomego, popijając piwo, jakby nic się nie działo. Miałam ochotę wołać o pomstę do nieba z wkurwienia, ale w końcu ruszyłam sama w stronę schodów, jednocześnie odbierając na smartwatchu połączenie od taty.

– Czekam, córciu.

– Mateo z kimś rozmawia, pójdę po niego i za pięć minut będziemy – obiecałam, nieco zdegustowana, że musiałam minąć się z prawdą.

– Pięć minut – oznajmił tata, po czym się rozłączył.

Weszłam na górę, gdzie zapach dymu papierosowego gryzł w gardło. Mateo właśnie odepchnął jakiegoś bruneta, nieco niższego od siebie, a tamten rzucił się na niego ponownie, jak w transie – odwzajemnił to z zawzięciem. Kilku kolegów uważnie śledziło wzrokiem mojego kuzyna, jakby byli gotowi wkroczyć do akcji, ale naliczyłam ich zaledwie czterech, podczas gdy po drugiej stronie rywal miał przy sobie co najmniej ośmiu.

– Mateo! – zawołałam. – Chodź, musimy już się zwijać!

Rozmowy ucichły, a muzyka z dołu była jakby przytłumiona, gdy kilkanaście par oczu skierowało się właśnie na mnie.

– Idź na dół, Summer. Zaraz przyjdę – polecił Mateo, patrząc na mnie błagalnie, jakbym pogorszyła jego sytuację i moja obecność tylko dolała oliwy do ognia. Zacisnęłam pięści, wahając się, co robić.

Dobra, kurwa, idę po ojca, zanim będzie gorzej.

Odwróciłam się, żeby stamtąd zejść, ale gdy pokonałam ostatni stopień, ktoś odepchnął mnie pod schody. W ciemnej przestrzeni moje plecy przylgnęły do zimnej ściany. Ręce nieznajomego ułożyły się po obu stronach mojej głowy. Jego oczy błyszczały w ciemności, studiując dokładnie moją twarz, a zaraz po tym ciało. Wpatrywał się w każdą moją reakcję. Jego nozdrza delikatnie się rozszerzyły, kiedy pociągnął nosem przy mojej szyi. Poczułam jego oddech na swojej skórze – zimny, z nutą papierosowego dymu i morskiego wiatru.

– Czego chcesz? – wyszeptałam, drżąc.

Prawie nic nie widziałam… Typ był ode mnie o głowę wyższy, a jego twarz częściowo skrywały cienie. Dostrzegłam tylko zarys szczęki i niewielki uśmiech na jego wargach.

– Ciebie – odpowiedział cicho, na co moje ciało spięło się w panice. – Nikt cię tu nie usłyszy… Nikt nie znajdzie.

Jego głos był tak pozbawiony jakichkolwiek emocji, że zaledwie chwile dzieliły mnie od tego, żeby się rozpłakać.

– Mylisz się – odparłam, resztkami sił zachowując spokój. – Mój tata już po mnie idzie. Nie chciałabym być tobą, gdy tu się zjawi.

Jego cichy, gardłowy śmiech przeszył powietrze tuż przy moim uchu. Moje serce biło ze strachu jak szalone. Nie mogłam się nawet ruszyć. Tkwiłam przyciśnięta do ściany. Znajdowałam się w martwym, ciemnym punkcie, uwięziona przez jakiegoś psychopatę.

Pierwsze łzy popłynęły po moich policzkach, a jego wzrok dokładnie je śledził, jakby się tym delektował. Chyba czerpał z tego jakąś chorą przyjemność.

– Podoba mi się sposób, w jaki płaczesz. Tak bezgłośnie – wyszeptał, zaciskając dłoń na mojej szyi. – Nauczę cię płakać głośniej, Summer, zapamiętasz każdą chwilę.

Złapałam go za nadgarstek, próbowałam odepchnąć, ale nic z tego. Ciężar jego ciała przyciskał mnie mocniej. Łapałam resztki powietrza, popadając w coraz większą panikę. W jego pustym wzroku czaił się jakiś demon.

– Będę twoim koszmarem, pamiętaj o tym – wycedził przy moim uchu, aż w końcu zwolnił uścisk, znikając w ciemności.

Zrobiłam kilka kroków, ocierając łzy i łapiąc upragnione hausty powietrza.

W mojej głowie kłębiły się myśli o kuzynie i w panice rozglądałam się nerwowo… Nigdzie go nie widziałam. Ruszyłam w stronę baru, żeby znaleźć Marthę, ale nagle na kogoś wpadłam i odskoczyłam jak poparzona.

– Summer, hej, co się stało? – usłyszałam głos taty. Wpadłam w jego ramiona, przytłoczona lękiem.

– Nie mogę znaleźć Mateo i Marthy.

– Są już w samochodzie – powiedział spokojnie, nieco się odsuwając, by spojrzeć w moje oczy. – Mieliście się nie rozdzielać. Co się dzieje?

– Nic… Po prostu się zgubiłam i spanikowałam – odpowiedziałam, próbując uspokoić głos. W co ten cholerny Mateo się wplątał?

Tata tylko skinął głową i utorował mi drogę do wyjścia. Szybko zajęłam miejsce z tyłu samochodu obok kuzyna. Spojrzałam na niego oskarżycielsko, ale odważyłam się zadać pytanie dopiero, gdy tata ruszył.

– Co to miało być? – wyszeptałam w złości.

– Nie wiem, o czym mówisz – odparł Mateo. – Trzymaj się od Harlanda z daleka. To jebany świr, więc jeśli nie chcesz mieć problemów, zapomnij, że dzisiaj tu byliśmy. To był ostatni raz.

– O co chodzi? – szepnęłam i ściągnęłam brwi zaskoczona.

– Nie mam, kurwa, pojęcia…

Skierował niespokojne spojrzenie w stronę bocznej szyby. Popatrzyłam na Marthę, która jakby nigdy nic śpiewała piosenkę lecącą w radiu, a we wstecznym lusterku mój wzrok spotkał się z badawczym spojrzeniem taty. Posłałam mu lekki uśmiech, starając się ukryć swoje roztrzęsienie i chęć potarcia szyi, żeby zminimalizować ryzyko powstania na niej siniaków. Wzięłam głęboki wdech, lecz za każdym razem, gdy zamykałam oczy, czułam tę dłoń na skórze, odcinającą mi dopływ powietrza. Zaczęłam szukać jakiegoś jasnego punktu w swoich myślach.

To przecież był tylko nieznajomy, którego nigdy więcej nie spotkam.Rozdział 1

Summer

Wakacje minęły szybciej, niż tego chciałam – nie tylko ze względu na to, że po każdych musiałam wracać do swoich obowiązków, ale też dlatego, że te kończyły pewien etap. Skończyłam liceum, a co za tym idzie – zaczynałam college. Najlepszą prywatną uczelnię w Bloomington i akademik, z dala od domu rodziców. Z jednej strony mnie to cieszyło, a z drugiej cholernie chciało mi się płakać, że będę ich widywała sporadycznie.

– Pokój jest całkiem przytulny – stwierdziła mama, kiedy tata wniósł bagaże do środka. Znajdowały się tutaj dwa stykające się ze sobą biurka, usytuowane pod oknem, a obok każdego z nich stało jednoosobowe łóżko. Szafy po obu stronach pomieszczenia rozdzielało wejście do ciasnej łazienki, ale nie liczyłam na żadne luksusy. Było w porządku, chociaż przy cenie tych studiów zdecydowanie przeciętnie.

College miał cholernie dobrą renomę, a pracodawcy chętnie oferowali zatrudnienie z takim wpisem w aktach. Ciężko było się tutaj dostać, duże znaczenie miały wyniki egzaminów SAT, punkty z liceum i uniwersytecki test wstępny, a mimo to płaciło się grubą kasę. Na szczęście moich rodziców było na to stać. Jak się trochę tutaj zadomowię i będę dawała radę z nauką, to może ogarnę jakąś pracę. Pełno było ofert dla studentów na pół etatu, więc powinnam znaleźć coś przyzwoitego z moim niewielkim doświadczeniem, bo dotychczas pracowałam wyłącznie jako ratowniczka na basenie. Potrzebowali chętnych z drużyny pływackiej i razem z kilkoma innymi osobami dorabiałam sobie w wakacje na nowo otwartej pływalni w Lakeville.

– Jest w porządku – zapewniłam. – Ciekawe, jaką dostanę współlokatorkę. Oby nie jakąś świruskę – westchnęłam, na co tata się zaśmiał.

– Nie? Chyba byście się dogadały.

– Tato! Właśnie mnie tu zostawiacie, jakbyście od dawna rozważali oddanie mnie do okna życia, i jeszcze na koniec mówisz, że jestem świruską?

– Rozważaliśmy to co roku, Summer, a kiedy się zdecydowaliśmy, przestałaś się do niego mieścić. Będziemy mieli dom dla siebie, czekaliśmy na to osiemnaście lat – dołożyła mama, na co posłałam jej podirytowane spojrzenie.

– Dobra, chyba jednak jestem świruską, bo przy takich genach ciężko wyjść na normalnego człowieka – burknęłam.

– Małolato, dostałaś taki zestaw genów, że mogłabyś bez przygotowania startować na Miss USA, więc wypraszam to sobie – roześmiała się mama, odrzucając do tyłu falowane włosy w identycznym orzechowym kolorze jak moje. Miała trzydzieści siedem lat i wyglądała tak pięknie, że dałabym jej co najwyżej trzydziestkę. Jej duże czekoladowe oczy przyciągały wzrok, ale uwielbiałam też swoje, bo głęboką zieleń tęczówek odziedziczyłam po tacie.

– Mógłbym się założyć, że wzięliby nas za studentów. – Tata uniósł dwukrotnie brwi pod ciemnymi włosami, które zawsze miał krótko przystrzyżone jak jakiś żołnierz, mimo że pracował w nieruchomościach. To było głupie, że gdy szliśmy razem na zakupy, to obce dziewczyny oglądały się za nim.

– Chyba za upierdliwych wykładowców – bąknęłam. – Dobra, idźcie już, zanim zdecyduję się wrócić na chatę i być na waszym utrzymaniu do końca życia.

– Taylor, wychodzimy – popędziła go mama, na co pokręciłam głową z dezaprobatą. – Żartowałam, no chodź tutaj. – Mama uścisnęła mnie mocno, mrugając przy tym nieregularnie. – Dbaj o siebie, dzwoń do nas, opowiadaj, jak ci idzie, wysyłaj zdjęcia na naszą grupę i przyjeżdżaj, kiedy tylko będziesz mogła.

– Chcesz się pochwalić koleżankom, że wysłałaś dzieciaka do prywatnego college’u? Na zdjęcie w birecie musisz poczekać kilka lat – przypomniałam ze śmiechem.

– Już się pochwaliłam – prychnęła. – Zawsze jestem z ciebie dumna, zarozumiała księżniczko.

Mama prowadziła agencję projektową, sama była architektem i czasami wydawało mi się, że jej koleżanki z pracy wiedzą o moim życiu więcej niż cała rodzina razem wzięta. Poniekąd wychowywałam się w tej agencji i wszystkie pracownice były jak moje ciotki, ale to mama zaszczepiła we mnie miłość do architektury.

Jennifer Laurent była w tym doskonała, zdobyła wiele prestiżowych nagród i czasami robiłyśmy jakieś wspólne projekty. Twierdziła, że mam do tego smykałkę, więc od dziecka pokazywała mi praktyczne aspekty projektów. Gdy miałam siedem lat, pozwoliła mi samej zaprojektować swój domek na drzewie, nie odzywając się ani słowem. Tata go zbudował, a później okazało się, że był to taki większy karmik z drzwiami zamiast otworu. Został do dziś, przypominając mi, jak ważna jest wyobraźnia przestrzenna. Przynajmniej zimą dokarmialiśmy ptaki.

– Po tobie jest taka zarozumiała – stwierdził tata, jak zwykle zamykając mnie w swoich ramionach. – Moja malutka księżniczko, będziesz mieszkała sama. Wiesz, że gdyby coś się działo, to wystarczy jeden telefon?

– Tak, tato, nadal mam cię w kontakcie alarmowym na smartwatchu. Pamiętacie w ogóle, że będę pół godziny drogi od was? To nie drugi koniec świata.

Jeszcze w czerwcu myślałam, że będę uczęszczała do państwowej uczelni w Minneapolis, gdzie również dostałam się na architekturę. Moje plany uległy jednak nieoczekiwanej zmianie i ku zadowoleniu rodziców trafiłam do zacnego Primeton University w pobliskim Bloomington.

– Wiesz, że nie przestaniemy się martwić z dnia na dzień. Daj ojcu trochę czasu – zachichotała mama, na co jej zawtórowałam.

– Przypomnę ci to wieczorem – westchnął, na co posłała mu groźne spojrzenie.

W końcu po kolejnych uściskach wyszli, a ja usiadłam na łóżku i wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się nie rozpłakać. Zajęcia zaczynały się w poniedziałek i większość studentów miała przyjechać dopiero jutro, ale chciałam po prostu wcześniej się rozejrzeć po kampusie i zorientować, co i gdzie się znajdowało.

Podeszłam do okna, żeby wpuścić więcej świeżego powietrza, ale kiedy je otworzyłam, mój wzrok utkwił na dużym zielonym trawniku między budynkami, przy którym stali moi rodzice. Mama trzęsła się z płaczu, wtulona w tatę, który gładził dłonią jej plecy i mówił coś do ucha.

Dłużej i ja nie mogłam się powstrzymać. Tama łez puściła i słone krople, jedna po drugiej, spływały mi po policzkach. Mój wzrok na chwilę powędrował do mężczyzny nieopodal, który jakby bacznie im się przyglądał, kiedy ruszyli chodnikiem w stronę głównej bramy. Palił papierosa, oparty o główny budynek akademicki, ubrany w czarne jeansy i polówkę tego samego koloru, która opinała jego ramiona.

Rodzice zniknęli za budynkami, więc wyciągnęłam telefon i napisałam na naszej małej rodzinnej grupie, że ich kocham. Kiedy wróciłam wzrokiem do nieznajomego, poczułam się cholernie dziwnie, bo teraz patrzył wprost na mnie. Trwało to może kilka sekund, ale wypuściłam oddech z płuc dopiero, gdy odwrócił się i zniknął między fasadami zabudowań.

Rozpakowanie rzeczy zajęło mi niecałą godzinę i miałam nadzieję, że moja współlokatorka nie będzie miała obiekcji, że wybrałam łóżko bliżej wyjścia. Zapadał już wieczór, ale nie miałam zamiaru siedzieć w pokoju. Wzięłam wydrukowaną mapę kampusu, który wyglądał jak małe miasto, i wybrałam się na zwiedzanie, a przynajmniej chciałam zapamiętać drogę do najważniejszych wydziałów, gdzie będę miała zajęcia.

Łącznie naliczyłam na mapie ponad sto pięćdziesiąt budynków, z czego siedem stanowiło akademiki mieszkalne. Główny budynek akademicki Prime Club znajdował się w centrum i był ogromny. Wewnątrz podobno znajdowały się restauracje, miejsca do wypoczynku, pokoje do nauki, biblioteki, sale komputerowe i audiowizualne, prywatne pomieszczenia kół naukowych, nawet siedziba zarządu studenckiego czy sale konferencyjne. Istny obłęd i koniecznie chciałam zwiedzić wszystko, ale drzwi miały zostać otwarte dopiero wraz z rozpoczęciem roku akademickiego.

Minęłam pozostałe budynki oraz kilka przypadkowych osób i zgodnie z mapą byłam na terenie pięknego prywatnego parku należącego do kampusu, gdzie przebiegała cała sieć ścieżek z idealnie ułożonej kostki, prowadząca w różnych kierunkach. Podobało mi się to, że każda z dróżek miała swoją nazwę, podobnie jak każdy budynek. Mój wydział nazywał się Le Corbusier College, na cześć jednego z wybitnych architektów, który był twórcą koncepcji proporcji. Uśmiechnęłam się pod nosem, czytając nazwy pobocznych budynków wydziału: Frank, Walter, Ludwig, Jean, Daniel, Norman… Z każdym imieniem kojarzył mi się konkretny architekt, co było wspaniałe. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam do rodziców, myśląc o tym, czy studenci innych wydziałów też dokonali takiego odkrycia i czy na przykład przyszli matematycy mieli budynek o nazwie Pitagoras? Później to sprawdzę.

Z mapą w ręku dotarłam pod główny budynek wydziału architektury, skąd miałam bezpośredni widok na wydział prawa. Największy był chyba wydział humanistyczny, usytuowany po ukosie, ale centrum stanowił ogromny plac oraz budynek rekreacyjno-restauracyjny, z którego studenci korzystali podczas przerw w zajęciach, bo do najbliższego akademika było co najmniej dziesięć minut piechotą. Wszystko było przemyślane i zorganizowane – pomału zaczynałam rozumieć te gigantyczne kwoty czesnego.

Zdążył już zapaść zmrok, więc postanowiłam przejść się jeszcze tylko obok dwóch miejsc. Głównego budynku Prime Hall, który wyglądem przypominał nowoczesny Panteon, a czerwona litera P widniała w logo uczelni. Był tam cały dziekanat i najważniejsze sale, w których odbywały się najistotniejsze akademickie uroczystości.

Najcenniejszym punktem było jednak dla mnie akademickie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które kilka lat temu współprojektowała moja mama. Stanowiło jedno z wielu muzeów należących do kampusu, ale też najnowsze i naprawdę imponujące, mimo odległej lokalizacji od części akademickiej.

Zanim to wszystko obeszłam, minęła kolejna godzina. Następnego dnia w pierwszej kolejności chciałam zobaczyć pływalnię i słynne pole do minigolfa, o którym wspomniał tata. Zerknęłam jeszcze raz, czy podążałam odpowiednią ścieżką – nazwa zgadzała się z tabliczką obok, więc schowałam mapę do kieszeni jeansów i ruszyłam przed siebie ciemnym parkiem.

Nagle ciszę przerwał szmer. Odwróciłam głowę, lecz niczego nie dostrzegłam. Byłam sama… a przynajmniej tak mi się wydawało.

Powoli zaczynało mi się tutaj podobać. Może niefortunna rezygnacja z Minneapolis wyjdzie mi na dobre… Pogrążyłam się w myślach o moim byłym chłopaku i dawnej przyjaciółce, choć milion razy powtarzałam sobie, że zostawię to za sobą. Zastanawiałam się, czy faktycznie będą razem studiować – Erica była na liście rezerwowej uczelni, a jedno miejsce sama zwolniłam.

Raptownie się zatrzymałam, kiedy drogę zagrodziła mi duża postać ubrana na czarno. Mężczyzna miał ręce włożone w kieszenie bluzy z logiem uniwersytetu i patrzył na mnie z góry, pochylając mocno zarysowany podbródek.

– Tatuś cię nie nauczył, żeby nie chodzić samej po nocy? – zapytał.

– A twój, że nie zaczepia się nieznajomych? – odpowiedziałam twardo. Ostrzegali mnie przed starszymi studentami, grunt to nie dać się zastraszyć.

– To ja jestem nieznajomym, Summer – oznajmił, a na zimny ton jego głosu przeszły mnie ciarki. Dałabym sobie rękę uciąć, że gdzieś już go słyszałam. W dodatku, kurwa, znał moje imię, mimo że na tej uczelni studiowało ponad siedem tysięcy ludzi…

– Świetnie, więc zostań nieznajomym, bo nie interesuje mnie, kim jesteś. A teraz się odsuń, bo zamierzam tędy przejść.

– Nie będziesz miała życia na tej uczelni. Sama zrezygnujesz, a teraz proszę bardzo – powiedział, odsuwając się o krok.

– Nie zrezygnuję – mruknęłam, mijając go. Nie bałam się ludzi ukazujących swoje oblicze, bardziej tych, którzy je ukrywali…

– Chcesz się założyć? Daję ci miesiąc.

– Nie masz nic, co mógłbyś mi zaoferować. A co jeśli wytrzymam miesiąc? – prychnęłam.

– Wtedy dam ci spokój.

Zaśmiałam się w duchu. Co za kretyn.

– Świetnie, mistrzem zakładów to ty chyba nie jesteś, co? – rzuciłam, widząc, jak jego kącik ust nieznacznie się uniósł.

– Więc przyjmujesz zakład?

– Jasne, a tak dla jasności: albo wytrzymam miesiąc i dasz mi spokój, albo nie wytrzymam i zrezygnuję. A raczej przeniosę się na inną uczelnię – powiedziałam dosadnie jak do idioty. – Marny sposób dokuczania pierwszorocznym.

– W ciągu trwającego roku nie można zmienić uczelni, wyłącznie po zakończonym semestrze, przy okazji realizując różnice programowe. Dodatkowo trzeba mieć list polecający od dziekana uczelni – zakpił. – A ty możesz być pewna, że go nie dostaniesz. Takie braki w wiedzy, zatrważające.

– Dobra, nie chce mi się z tobą gadać, dziwaku.

– Mamy zakład, Summer. Możesz go też przerwać w dowolnym momencie.

– Super, przerywam – odparłam coraz bardziej zirytowana jego irracjonalnym zachowaniem.

– Nie tak. Jeśli chcesz go przerwać, to wyłącznie wtedy, gdy dopiszę cię do listy swoich pierwszorocznych zdobyczy. Tylko ustaw się w kolejce.

– Niby mam się z tobą przespać? – wyrzuciłam w złości, na co tylko pewnie skinął głową. – W twoich snach! – dodałam i ruszyłam przed siebie, nie patrząc już w jego stronę.

– Albo w twoich koszmarach.

Zabrzmiał tak pewnie, że naprawdę zaczęłam się obawiać, co będzie, jeśli to nie jest tylko jakiś pojebany żart.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij