Facebook - konwersja
Nieznane przykazanie - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Nieznane przykazanie - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-62405-78-7
Język:
Polski
Data wydania:
25 lipca 2012
Rozmiar pliku:
1,0 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
19,00
Cena w punktach Virtualo:
1900 pkt.

Nieznane przykazanie - opis ebooka

"Nieznane przykazanie" odkrywa przed czytelnikami wstrząsające fakty z przeszłości kobiet z rodu słynnego amerykańskiego pisarza - skandalisty, którego bestsellerowa powieść uznana została za atak na podstawy Kościoła Katolickiego w świecie, wyjaśniając jednocześnie motywy, które były przyczyną napisania książki.

Mieszkający w Boston znany dziennikarz i piękna fotoreporterka, tworząc zlecony im artykuł o rodzicach pisarza, natrafiają na ślad spisku,którego skutki mogą okazać się nieobliczalne zarówno dla Kościoła jak i dla świata. Bohaterowie toczą śmiertelny bój z pełniącą w nim kluczową rolę, pragnącą ich zniszczyć matką pisarza, Konstancją, wspomaganą przez szatana oraz nie cofającego się przed niczym, cynicznego służącego, Leona Moreno. Watykan nie jest zainteresowany pomocą i pomimo wymowy faktów,lekceważy zagrożenie. Czy Markowi i Carli uda się wygrać z bezwzględnym,nie cofającym się przed niczym, przeciwnikiem?

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział I

Wio­sna za­wi­ta­ła do Sa­lem w 1692 ro­ku bar­dzo póź­no. Cięż­kie, ciem­no­po­pie­la­te chmu­ry, nie­sio­ne po­ry­wi­stym wia­trem, nie­mal do po­ło­wy kwiet­nia co ra­no wi­sia­ły ni­sko na nie­bie, za­po­wia­da­jąc ko­lej­ny śnież­ny dzień i ni­we­cząc tym sa­mym na­dzie­ję miesz­kań­ców na ry­chłą zmia­nę po­go­dy. Sro­gi mróz, któ­ry już na po­cząt­ku li­sto­pa­da skuł ca­łe Mas­sa­chu­setts, też nie za­mie­rzał ustą­pić, trzy­ma­jąc wiel­kie po­ła­cie lą­du w lśnią­cych ni­by dia­ment oko­wach. Zi­ma tłu­mi­ła w za­rod­ku wszel­kie pró­by na­brzmia­łych pą­ków kwia­to­wych i za­wiąz­ków li­sto­wia, by na­resz­cie prze­bić się na ze­wnątrz, za­kosz­to­wać do­bro­dziejstw cie­płe­go słoń­ca, okryć ga­łę­zie de­li­kat­ny­mi płat­ka­mi i przy­stro­ić je w buj­ną zie­leń.

A gdy już bra­kło opa­łu do ogrza­nia do­mostw i za­czę­to la­men­to­wać, że zbyt dłu­ga zi­ma z pew­no­ścią za­szko­dzi zbio­rom, przy­no­sząc nie­uro­dzaj i gro­żąc klę­ską gło­du, słoń­ce na­gle za­świe­ci­ło, a wręcz za­czę­ło pa­rzyć nie­mal już za­po­mnia­nym cie­płem, jak­by chcia­ło ogrzać zzięb­nię­tych miesz­kań­ców ca­łej oko­li­cy, wy­na­gra­dza­jąc im opóź­nie­nie po­wra­ca­ją­cą na­dzie­ją i chę­cią do ży­cia.

Zmia­na by­ła gwał­tow­na. Każ­dy ko­lej­ny dzień niósł ze so­bą prze­obra­że­nia kra­jo­bra­zu do­ko­nu­ją­ce się za­zwy­czaj w o wie­le dłuż­szym cza­sie. Gru­ba war­stwa śnie­gu na­wet nie pró­bo­wa­ła się bro­nić, zni­ka­jąc w cią­gu kil­ku dni bez śla­du, a w miej­sce dróg i ście­żek ze­szklo­nych lo­dem za­wi­ta­ły wiel­kie ka­łu­że i po­to­ki wo­dy. Przy­ro­da rzu­ci­ła się do go­rącz­ko­we­go od­ra­bia­nia za­le­gło­ści, po­spiesz­nie przy­wdzie­wa­jąc od­mien­ną sza­tę. Jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki nie­daw­ny ma­je­stat śnież­nej, zim­nej bie­li za­stą­pi­ła wszech­obec­na ży­wa zie­leń. Na­tu­ra nie zre­zy­gno­wa­ła z ko­lo­ru śnie­gu, te­raz jed­nak prze­nio­sła go z pól na ga­łę­zie drzew, ma­lu­jąc nim, de­li­kat­nym ró­żem i bla­dą żół­cią płat­ki kwia­tów. Wy­so­ko na nie­bie roz­brzmia­ły śpie­wy pta­ków, ra­do­śnie wiesz­czą­cych bu­dzą­ce się na no­wo ży­cie.

Był pięk­ny, nie­dziel­ny, ma­jo­wy po­ra­nek. Kon­stan­cja szła po­wo­li i ocię­ża­le przez roz­mię­kłe po­le, sta­ra­jąc się ostroż­nie sta­wiać sto­py na kęp­kach tra­wy oraz zbi­tych gru­dach zie­mi. Od­stęp­stwo od tej za­sa­dy rów­na­ło się na­tych­mia­sto­we­mu ugrzęź­nię­ciu w bło­cie po kost­ki i ubru­dze­niu od­święt­ne­go stro­ju, a do­dat­ko­wo gro­zi­ło bó­lem. Chło­nę­ła cie­pły za­pach pa­ru­ją­cej zie­mi, prze­mie­sza­ny z cierp­kim i nie­co gorz­kim, lecz przy­jem­nym aro­ma­tem po­ja­wia­ją­cych się tu i ów­dzie po­lnych kwia­tów. Wkrót­ce las, łą­ki i po­la wy­peł­nią się ro­ślin­no­ścią, a za­ra­zem wró­ci czar let­nich, upa­ja­ją­cych za­pa­chem wie­czo­rów. Cie­ka­we, czy ona bę­dzie mo­gła jesz­cze po­ja­wić się tu kie­dy­kol­wiek, po­wra­ca­jąc do ulu­bio­nych ziół i zbóż. Za­czę­ła li­czyć w my­ślach dni, gdy na­gle do­biegł ją z bo­ku głos mło­dej ko­bie­ty.

– Kon­stan­cjo, po­cze­kaj! Pój­dzie­my ra­zem.

Od­wró­ci­ła się nie­chęt­nie. Tak jak się spo­dzie­wa­ła, Ma­ry nie by­ła sa­ma. Obok niej szli uśmiech­nię­ci Jo­seph i Geo­r­ge. Na jej wi­dok skrzy­wi­li się.

– Ale ja nie mo­gę iść szyb­ciej – po­wie­dzia­ła. – Wczo­raj zwich­nę­łam no­gę. Po­za tym jest jesz­cze wcze­śnie. Nie ma się co spie­szyć.

Jak­by na za­prze­cze­nie tych słów zza drzew da­ły się sły­szeć ude­rze­nia ko­ściel­ne­go dzwo­nu. Ma­ry po­de­szła bli­żej.

– Zo­sta­ło tyl­ko pięt­na­ście mi­nut do roz­po­czę­cia na­bo­żeń­stwa. Po­spiesz się. Wiesz, że pa­stor nie lu­bi, gdy się ktoś spóź­nia. A dziś gu­ber­na­tor ma przed ka­za­niem wy­gło­sić ja­kąś bar­dzo waż­ną mo­wę w związ­ku ze spra­wą cór­ki pa­sto­ra i jej ku­zyn­ki. Mó­wią, że te ich dziw­ne za­cho­wa­nia to był efekt cza­rów – wy­szep­ta­ła Ma­ry, zbli­ża­jąc kon­fi­den­cjo­nal­nie usta do jej ucha. – W mie­ście krą­żą po­gło­ski, że chcą roz­po­cząć pro­ce­sy aresz­to­wa­nych.

– Mó­wi­łam ci, że nie mo­gę iść szyb­ciej – burk­nę­ła. – Nie cze­kaj­cie na mnie. Zresz­tą, co mnie to wszyst­ko ob­cho­dzi. Niech ro­bią z ni­mi to, na co za­słu­ży­ły.

Ma­ry mach­nę­ła rę­ką i zwró­ci­ła się do męż­czyzn:

– Trud­no. Ja chcę zdą­żyć na czas. Idzie­cie ze mną czy zo­sta­je­cie z Kon­stan­cją?

– Ma się ro­zu­mieć, że idzie­my z to­bą – od­po­wie­dział je­den z nich, od­święt­nie ubra­ny, i wzru­szył ra­mio­na­mi. – Przy­naj­mniej ja. Chy­ba że Geo­r­ge do­trzy­ma to­wa­rzy­stwa Kon­stan­cji. Pa­su­je do niej. Też wy­stro­jo­ny, jak­by szedł do ślu­bu. Zo­sta­jesz, Geo­r­ge?

Chło­pak po­pa­trzył na nie­go z nie­skry­wa­ną nie­chę­cią, od­po­wia­da­jąc po­iry­to­wa­nym gło­sem:

– Daj mi spo­kój. Ja idę z Ma­ry. Zresz­tą, obie­ca­ła mi, że wie­czo­rem wy­bie­rze się ze mną na tań­ce. Od­czep się ode mnie i przy oka­zji od niej. Sam zo­stań z tą… – skrzy­wił się – tą pięk­no­ścią. Ze swo­ją pro­stac­ką gę­bą to ty do niej bar­dziej pa­su­jesz niż ja.

Ma­ry zro­bi­ło się żal Kon­stan­cji. Da­li­by jej w koń­cu spo­kój. Cóż ona win­na swo­jej brzy­do­cie. Chcia­ła coś po­wie­dzieć i ob­ró­ci­ła się w kie­run­ku mło­dej ko­bie­ty. Tam­ta jed­nak zo­sta­ła już do­bre dwa­dzie­ścia me­trów za ni­mi. Ma­ry wi­dzia­ła jej krę­pą po­stać, po­ru­sza­ją­cą się nie­zgrab­nie i po­wo­li, ze wzro­kiem wbi­tym w czub­ki czy­stych, wy­po­le­ro­wa­nych bu­tów. Dziew­czy­na nie pa­trzy­ła w ich stro­nę. Ma­ry przy­szło do gło­wy, że na ca­łe szczę­ście Kon­stan­cja chy­ba nie sły­sza­ła za­koń­cze­nia ich roz­mo­wy. Przy­spie­szy­ła kro­ku, zwra­ca­jąc się po­jed­naw­czo do męż­czyzn:

– Na za­ba­wie bę­dę tań­czy­ła z wa­mi oby­dwo­ma. Nie kłóć­cie się. Chodź­my szyb­ciej. Cie­ka­we, co tam wy­my­śli­li. – Uję­ła obu pod ra­mio­na, uśmie­cha­jąc się do nich za­lot­nie.

Kon­stan­cja zwol­ni­ła jesz­cze bar­dziej, wlo­kąc się te­raz no­ga za no­gą. Fa­la nie­zno­śne­go go­rą­ca, któ­ra wraz z do­zna­nym nie wie­dzieć któ­ry raz upo­ko­rze­niem ude­rzy­ła jej do gło­wy i za­la­ła po­licz­ki pur­pu­rą, po­wo­li opa­da­ła. Za­ci­snę­ła zę­by i wy­szep­ta­ła pod no­sem:

– Jesz­cze mnie po­pa­mię­ta­cie. Od­pła­cę wam za wszyst­ko. Wi­dzę, że cią­gle wam ma­ło.

Po­wo­li do­szła do ka­pli­cy, do­łą­cza­jąc do gru­py zgro­ma­dzo­nych wier­nych. Pa­sto­ra ani za­po­wie­dzia­ne­go gu­ber­na­to­ra jesz­cze nie by­ło. Ko­bie­ty, na­wet te znacz­nie star­sze, na jej wi­dok roz­stą­pi­ły się. Po­de­szła więc do przo­du, roz­glą­da­jąc się za swo­im miej­scem w ław­ce. By­ło wol­ne – po­mi­mo tło­ku nikt nie ośmie­lił się go za­jąć. Wie­dzia­no po­wszech­nie, że jest pu­pil­ką pa­sto­ra i je­go dys­tyn­go­wa­nej żo­ny. Co wię­cej, sie­dzą­cy obok ści­snę­li się te­raz usłuż­nie, choć na twa­rzach męż­czyzn po­ja­wi­ły się kpią­ce uśmie­chy. Któ­ryś z nich szep­nął do ko­le­gi:

– Wo­lał­bym chy­ba prze­spać się z wła­sną ja­łów­ką. Po­patrz na nią. Szka­rad­na jak noc. A ja­ka wy­stro­jo­na i jak się pu­szy!

Są­siad nie od­po­wie­dział, bo w tym sa­mym mo­men­cie z za­kry­stii wy­szedł gu­ber­na­tor Phips, a za nim czci­god­ny Sa­mu­el Par­ris, tu­tej­szy pa­stor. Wska­zał gu­ber­na­to­ro­wi miej­sce w fo­te­lu, sam zaś wszedł na mów­ni­cę. Prze­że­gnał się, po czym po­wie­dział:

– Niech Chry­stus was bło­go­sła­wi! Wi­tam wszyst­kich tu zgro­ma­dzo­nych. Ze­bra­li­śmy się dziś, aby mo­dli­twą po­dzię­ko­wać Bo­gu za to, że da­je nam cie­szyć się pięk­ną wio­sną. Bę­dzie­my pro­sić go o bło­go­sła­wień­stwo przy za­sie­wach i o to, by po­zwo­lił przy­ro­dzie prze­mie­nić je w tak nam po­trzeb­ne ob­fi­te plo­ny. Ale za­nim to uczy­ni­my, mu­si­my wró­cić pa­mię­cią do nie­daw­nych wy­da­rzeń. Wie­cie za­pew­ne, co mam na my­śli. I spra­wa nie dla­te­go jest tak bul­wer­su­ją­ca, że do­tknę­ła mię­dzy in­ny­mi mo­ją cór­kę i sio­strze­ni­cę, ale że w opi­nii wie­lu spo­śród nas stoi za tym sza­tan.

Wśród zgro­ma­dzo­nych roz­le­gły się szep­ty i po­mru­ki. Więk­szość obec­nych my­śla­ła tak, jak pa­stor. Star­szy, ele­ganc­ko ubra­ny męż­czy­zna z roz­wi­chrzo­ny­mi si­wy­mi wło­sa­mi i ta­ką sa­mą bro­dą krzyk­nął:

– Pod sąd z ni­mi! A po­tem na szu­bie­ni­cę!

Pa­stor uniósł rę­kę, uci­sza­jąc ro­sną­cy gwar. Jed­no­cze­śnie wska­zał na Wil­lia­ma Phip­sa, mó­wiąc z em­fa­zą:

– Jest z na­mi na szczę­ście wy­bra­ny nie­daw­no sza­now­ny pan gu­ber­na­tor. Po­zwól­my za­tem, aby to on za­brał głos w spra­wie tak waż­nej dla na­szej spo­łecz­no­ści. Pro­si­my, sir Wil­lia­mie! – za­koń­czył pa­te­tycz­nie, po czym za­kla­skał, da­jąc przy­kład in­nym.

Roz­le­gły się nie­śmia­łe bra­wa, ale dość szyb­ko uci­chły. W po­wie­trzu czuć już by­ło ocze­ki­wa­nie na sło­wa naj­waż­niej­szej w ca­łym Mas­sa­chu­setts oso­by. Gu­ber­na­tor wstał z fo­te­la i pod­szedł do mów­ni­cy, dzię­ku­jąc ski­nie­niem gło­wy za sło­wa po­wi­ta­nia. Był męż­czy­zną słusz­ne­go wzro­stu, o okrą­głej, nie­co na­la­nej twa­rzy, miał dłu­gie, ciem­ne, sta­ran­nie ufry­zo­wa­ne wło­sy. Bla­dość nie­do­kład­nie po­kry­tych ró­żem po­licz­ków i nie­ustan­ne zie­wa­nie zda­wa­ły się zdra­dzać skłon­no­ści przed­sta­wi­cie­la wła­dzy do noc­ne­go ży­cia i moc­niej­szych trun­ków. Nie wy­glą­dał na ko­goś po­dzie­la­ją­ce­go emo­cje roz­go­rącz­ko­wa­ne­go tłu­mu. Ode­zwał się, wa­żąc każ­de sło­wo:

– Zo­sta­łem pierw­szym gu­ber­na­to­rem tej kra­iny za­le­d­wie dwa ty­go­dnie te­mu. Da­no mi upo­waż­nie­nie do sa­mo­dziel­ne­go de­cy­do­wa­nia o waż­kich spra­wach tu­tej­szej mło­dej spo­łecz­no­ści oraz sta­no­wie­nia pra­wa. Nie mo­gę jed­nak w tym przy­pad­ku tak wła­śnie po­stą­pić. Spra­wa jest nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­na i wy­ma­ga wa­szej zbio­ro­wej mą­dro­ści. Do­sze­dłem więc do wnio­sku, że je­dy­nym słusz­nym roz­wią­za­niem jest po­wo­ła­nie spe­cjal­ne­go są­du. Ten bez­stron­nie i mą­drze oce­ni ko­bie­ty oskar­żo­ne o wy­wo­ła­nie tych dziw­nych przy­pa­dło­ści czy, jak chcą nie­któ­rzy, przy­pad­ków opę­ta­nia, któ­re do­tknę­ły kil­ku dziew­cząt. Pi­smo po­wo­łu­ją­ce sąd wraz z li­stą wy­bra­nych prze­ze mnie je­go człon­ków zo­sta­nie za­raz wy­wie­szo­ne na ta­bli­cy ogło­szeń. Oso­by te gwa­ran­tu­ją so­bą naj­wyż­szy stan­dard mo­ral­ny, a tym sa­mym i bez­stron­ność w spra­wie – z ty­mi sło­wa­mi po­dał kart­kę z wy­pi­sa­ny­mi kil­ko­ma na­zwi­ska­mi mło­de­mu męż­czyź­nie sie­dzą­ce­mu w pierw­szym rzę­dzie. Ten wstał z miej­sca i po­wie­sił li­stę.

Na­tych­miast oto­czył go wia­nu­szek za­cie­ka­wio­nych lu­dzi. Kon­stan­cja pa­trzy­ła na to z uda­ną obo­jęt­no­ścią, ale wi­dząc, że nie­któ­re oso­by po prze­czy­ta­niu li­sty pod­no­szą wzrok na nią, do­my­śli­ła się, że jej na­zwi­sko tam wid­nie­je. Mu­sia­ło wid­nieć. Któż bo­wiem jak nie ona, wy­mie­nia­na wie­lo­krot­nie przez czci­god­ne­go pa­sto­ra ja­ko wzór do na­śla­do­wa­nia za­rów­no dla mło­dych, jak i star­szych ko­biet, miał­by się na niej zna­leźć? Czy jed­nak mo­gła mieć sa­tys­fak­cję, sły­sząc sło­wa, ja­ki­mi ją opi­sy­wał? Czy by­ła dum­na, że jest „wzo­rem dzie­wi­czej czy­sto­ści, przy­kła­dem te­go, co naj­cno­tliw­sze, nie­ska­zi­tel­ne i naj­bar­dziej cen­ne u nie­wia­sty?”. Nie. Żad­na do­bie­ga­ją­ca trzy­dziest­ki, nie­za­męż­na, nie­wzbu­dza­ją­ca na­wet w naj­mniej­szym stop­niu mę­skich emo­cji ko­bie­ta nie ode­bra­ła­by tych po­zor­nych kom­ple­men­tów z za­do­wo­le­niem. W re­ak­cji na pu­ste, nie­wie­le war­te, po­wta­rza­ne przez sta­re ma­tro­ny fra­ze­sy ro­bi­ła wy­nio­sło-obo­jęt­ną mi­nę, pa­trząc z uda­wa­ną wyż­szo­ścią na roz­chi­cho­ta­ne pan­ny, któ­re ki­wa­ły zgod­nie gło­wa­mi nad rze­ko­my­mi war­to­ścia­mi god­ne­go, cno­tli­we­go ży­cia bez męż­czy­zny, aby za­raz po­tem wy­mknąć się na ze­wnątrz, do pu­ka­ją­cych w okno mło­dzień­ców. Po­tem jed­nak, po po­wro­cie do do­mu, kry­jąc się przed ca­łym świa­tem, na­wet przed wła­sną mat­ką, łka­ła dłu­go w po­dusz­kę. Wie­dzia­ła, że jej nikt ni­g­dy nie ze­chce, i ta myśl prze­szy­wa­ła ją bó­lem.

Zda­rzy­ło się kie­dyś, pod­czas po­po­łu­dnio­wej po­ga­węd­ki przy dro­dze, że trzy­krot­nie za­męż­na Brid­get Bi­shop ni­by w żar­tach stwier­dzi­ła, że le­piej być bo­ga­tą niż pięk­ną, „bo ko­bie­ta, któ­ra ma pie­nią­dze, i tak ku­pi każ­de­go męż­czy­znę, któ­re­go so­bie wy­bie­rze. A je­śli nie ze­chce się wią­zać na sta­łe, stać ją, by za­pła­cić choć­by za za­spo­ko­je­nie swo­ich po­trzeb”. Od tej po­ry tam­ta sta­ła się jej śmier­tel­nym wro­giem. Nie za­sta­na­wia­ła się na­wet nad tym, czy mia­ła na my­śli ją, czy też by­ło to uogól­nie­nie. Jej, a wła­ści­wie mat­ki ma­ją­tek, ni­g­dy nie był trak­to­wa­ny przez Kon­stan­cję ja­ko źró­dło, któ­re mia­ło­by po­słu­żyć zna­le­zie­niu to­wa­rzy­sza ży­cia.

Te­raz jed­nak czu­ła ro­dzaj du­my. Bę­dzie mo­gła za­de­cy­do­wać o czy­imś lo­sie i od­pła­cić za la­ta do­zna­wa­nych po­ni­żeń i upo­ko­rzeń. Przy­po­mnia­ła so­bie znów aresz­to­wa­ną nie­daw­no Brid­get Bi­shop. Zro­bi wszyst­ko, że­by to ona za­wi­sła na szu­bie­ni­cy pierw­sza. Ma prze­cież pra­wo rzu­cić oskar­że­nie, na ko­go ze­chce. Tym więk­sza wia­ry­god­ność za­rzu­tów, je­śli stoi za ni­mi au­to­ry­tet, a ten bę­dzie nie by­le czyj, bo jej, Kon­stan­cji Gre­en. I choć nie­mal wszyst­kich moż­na oskar­żyć o rzu­ca­nie cza­rów na mło­de ko­bie­ty w Sa­lem, sa­ma jest po­za wszel­ki­mi po­dej­rze­nia­mi. Ja­ko jed­na z nie­licz­nych.

Roz­po­czę­ło się na­bo­żeń­stwo. Kon­stan­cja jed­nak nie mo­gła już sku­pić się na ni­czym in­nym prócz my­śle­nia o swym ry­chłym udzia­le w pra­cach są­du. Gdy pa­stor przy­stą­pił do wy­gła­sza­nia ka­za­nia, w któ­rym go­rą­co za­chę­cał obec­nych do da­ro­wa­nia wi­ny wro­gom, słu­cha­ła go z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi. Jej to nie do­ty­czy­ło. Mia­ła­by wy­ba­czyć ko­muś kpi­ny z sie­bie? Któ­re – wie­dzia­ła to do­brze – ni­g­dy nie usta­ną?

Gdy jed­nak pa­dły sło­wa o sza­ta­nie, pra­gną­cym za­szcze­pić w ludz­kiej du­szy nie­na­wiść i przez to w niej za­miesz­kać, wzbu­rze­nie, któ­re ją wy­peł­nia­ło, ustą­pi­ło miej­sca za­cie­ka­wie­niu. Czy je­go za­mia­rem jest na­praw­dę opę­tać czło­wie­ka i za­wład­nąć nim cał­ko­wi­cie?

Sza­tan… Nie wąt­pi­ła, że ist­nie­je, chcia­ła jed­nak wie­dzieć o nim jak naj­wię­cej. Ja­ki na­praw­dę jest? Peł­ne eks­pre­sji, prze­ra­ża­ją­ce sło­wa pa­sto­ra, opi­su­ją­ce­go go ja­ko śmier­tel­ne­go wro­ga czło­wie­ka, pra­gną­ce­go je­go zgu­by i szy­ku­ją­ce­go mu strasz­ne cier­pie­nia w pie­kle, nie prze­ko­ny­wa­ły jej w naj­mniej­szym stop­niu. Jak zresz­tą wie­le in­nych. Czy moż­na bo­wiem wie­rzyć ko­muś, kto za­chę­ca­jąc pod­czas po­ran­ne­go ka­za­nia do mi­ło­ści i wier­no­ści mał­żeń­skiej, kil­ka go­dzin póź­niej szu­ka do­znań cie­le­snych z mło­dy­mi dziew­czę­ta­mi nad po­to­kiem, kry­jąc się przed ludz­ki­mi ocza­mi w za­ro­ślach?

Jej uważ­ny wzrok umiał go jed­nak do­się­gnąć. Przy­po­mnia­ła so­bie prze­ra­żo­ne mi­ny dwój­ki przy­ła­pa­nych lu­dzi, gdy sze­lesz­cząc umyśl­nie krza­ka­mi, sta­nę­ła kil­ka me­trów da­lej, uda­jąc, że nie do­strze­ga pod­cią­gnię­tej spód­ni­cy dziew­czy­ny i opusz­czo­nych spodni du­chow­ne­go. Po­sta­ła tak chwi­lę, po czym ode­szła bez sło­wa, zo­sta­wia­jąc pa­sto­ra zmie­sza­ne­go i nie­pew­ne­go, zda­ne­go od­tąd na jej do­brą i złą wo­lę. Nie po­wie­dzia­ła o tym ni­ko­mu, pa­trzy­ła jed­nak na nie­go z po­gar­dą i wyż­szo­ścią. Przyj­mo­wa­ła je­go fał­szy­wy, prze­sło­dzo­ny sza­cu­nek i uzna­nie ja­ko coś cał­ko­wi­cie jej na­leż­ne­go, ale je­go sło­wa prze­sta­ły mieć dla niej ja­ką­kol­wiek war­tość. Po­dob­nie by­ło te­raz. Opis sza­ta­na za­miast stra­chu bu­dził w niej wy­łącz­nie cie­ka­wość. Cie­ka­wość po­łą­czo­ną z dziw­nym po­żą­da­niem. Du­sza… Cóż jej po du­szy? Ona od daw­na by­ła go­to­wa od­dać swo­ją ko­mu­kol­wiek, ra­zem z cia­łem lub sa­mą, by­le tyl­ko ktoś ze­chciał z nią być. To­wa­rzy­szyć jej i prze­rwać tę prze­raź­li­wą, lo­do­wa­tą, po­nu­rą jak dłu­ga zi­mo­wa noc sa­mot­ność.



To zda­rzy­ło się tam­te­go la­ta, gdy cięż­kie, doj­rza­łe ła­ny zbóż ście­li­ły się zło­tem, schy­la­jąc już kło­sy ni­czym gło­wy przy­go­to­wa­ne do ścię­cia. Błą­dzi­ła jak zwy­kle po po­lach i łą­kach, chło­nąc ich nie­zwy­kły aro­mat speł­nie­nia i doj­rze­wa­nia, kie­dy to bę­dą­ca w peł­ni roz­kwi­tu przy­ro­da czu­je, że obec­ne dni na­le­żą do niej i wła­śnie te­raz jest u szczy­tu płod­no­ści, do­sko­na­ło­ści i pięk­na. I chlu­biąc się tym, wo­ła dum­nie: „Spójrz na mnie!”.

Uwiel­bia­ła ten na­strój póź­no­sierp­nio­wych wie­czo­rów. Sia­da­ła na mie­dzy, czu­jąc zjed­no­cze­nie z tak na­ma­cal­nym ma­je­sta­tem na­tu­ry i sta­jąc się jak­by je­go cząst­ką. Tu wie­dzia­ła, że jest we wła­ści­wym miej­scu.

Pew­ne­go ra­zu w ta­kiej wła­śnie chwi­li zry­wa­ła doj­rza­łe kło­sy ży­ta, roz­ko­szu­jąc się sma­kiem wy­sku­by­wa­nych z nich świe­żych zia­ren. Kło­sy by­ły gdzie­nie­gdzie po­prze­ty­ka­ne ob­ły­mi dro­bin­ka­mi w kształ­cie ma­lut­kich roż­ków. Czar­nych, z lek­kim od­cie­niem fio­le­tu. Z wy­glą­du przy­po­mi­na­ły ziar­na, ale by­ły od nich dłuż­sze, nie­zwy­kłe i nie­po­dob­ne do wszyst­kich in­nych.

Z cie­ka­wo­ści wzię­ła jed­ną dro­bin­kę do ust. Żu­ła chwi­lę, ale wy­da­ło jej się, że nie czu­je sma­ku wy­star­cza­ją­co moc­no. Ode­rwa­ła więc z kło­sa kil­ka czar­nych roż­ków i roz­gnia­ta­jąc je mię­dzy zę­ba­mi, znów pró­bo­wa­ła się go do­szu­kać. Był ole­isty i przy­wo­dził na myśl grzy­by. Kon­stan­cja po­wtó­rzy­ła pró­bę. Tym ra­zem ob­sku­ba­ła ca­ły kłos i wy­mie­sza­ła czar­ne dro­bin­ki z ziar­na­mi ży­ta, po czym peł­ną garść tak przy­go­to­wa­nej mie­szan­ki wło­ży­ła do ust i za­czę­ła roz­gry­zać. Wsta­ła, by na­zbie­rać kwia­tów do bu­kie­tu. Po­czer­wie­nia­łe słoń­ce za­czy­na­ło wła­śnie skry­wać się za ho­ry­zont.

Po­czu­ła dziw­ne pod­nie­ce­nie, po­łą­czo­ne z lek­kim oszo­ło­mie­niem i sen­no­ścią. Nie za­nie­po­ko­iło jej to jed­nak. Od ra­na by­ła na po­lu, skła­da­ła za­tem owe do­zna­nia na karb zmę­cze­nia i świe­że­go po­wie­trza. Po­my­śla­ła, że po­ło­ży się na chwi­lę na po­bli­skiej łą­ce, by tro­chę od­po­cząć. Zro­bi­ła tak, kie­ru­jąc swój wzrok ku wiel­kiej, czer­wo­nej już te­raz tar­czy sło­necz­nej, do­ty­ka­ją­cej kra­wę­dzią ho­ry­zon­tu.

Nie­spo­dzie­wa­nie i z ogrom­nym zdzi­wie­niem do­strze­gła, że krwi­sta po­wierzch­nia za­czy­na fa­lo­wać, a na myśl przy­szła jej ta­fla wo­dy. Czas nie wia­do­mo dla­cze­go od te­go mo­men­tu sta­nął w miej­scu. Kon­stan­cja nie czu­ła jed­nak z te­go po­wo­du lę­ku, tyl­ko wiel­kie za­cie­ka­wie­nie, do­zna­jąc jed­no­cze­śnie wra­że­nia nie­zwy­kłe­go wy­ostrze­nia zmy­słów.

Po­tem usły­sza­ła dziw­ną mu­zy­kę. Two­rzył ją głos świersz­czy i re­chot ol­brzy­mich ro­puch, któ­rych za­wsze by­ło peł­no w po­bli­skim ba­jo­rze i do­cie­ra­ły cza­sem aż na łą­kę, te­raz zaś spo­glą­da­ły na nią z czer­wo­nej głę­bi. Wzię­ła jed­ną z nich do rę­ki, ale stwo­rze­nie by­ło ośli­złe i wy­pa­dło na tra­wę, a je­go re­chot po­ła­sko­tał ją w udo. Za­sko­czy­ło ją to, że dźwię­ki ist­nie­ją fi­zycz­nie. Że też wcze­śniej te­go nie za­uwa­ży­ła! Wy­pły­wa­jąc z gar­dzie­li stwo­rzeń, struż­ka­mi wle­wa­ły się do jej uszu. Mia­ły pur­pu­ro­wo­zło­ty ko­lor, a w ich brze­gi ktoś po­wty­kał czar­ne roż­ki z fio­le­to­wym po­ły­skiem, ta­kie sa­me jak te, któ­re przed chwi­lą gry­zła. A mo­że nie gry­zła ich, tyl­ko słu­cha­ła, i stąd dźwię­ki, któ­re roz­brzmie­wa­ły w uszach?

By­ła za­cie­ka­wio­na, czy mu­zy­ki moż­na skosz­to­wać. Spró­bo­wa­ła jej ję­zy­kiem, ob­li­zu­jąc okle­jo­ne ślu­zem z ro­puch dło­nie, lecz ni­cze­go nie mo­gła po­czuć. Już wie­dzia­ła, po­my­li­ła się, to te czar­ne dro­bin­ki, zia­ren­ka mia­ły smak. Wła­śnie jed­no z nich odłą­czy­ło się od resz­ty, chwi­lę wi­ru­jąc, aby w koń­cu znie­ru­cho­mieć na­prze­ciw jej oczu. Tu za­czę­ło roz­ra­stać się i po­wo­li za­kry­ło jej ca­łe po­le wi­dze­nia.

Te­raz oto­czy­ła ją ciem­na prze­strzeń, do któ­rej wrzu­co­no zło­te, skrzą­ce się ziar­na zbo­ża. By­ły pięk­ne. Wy­cią­gnę­ła rę­kę, by po­chwy­cić jed­no z nich, ale znaj­do­wa­ło się za da­le­ko i mi­mo wy­sił­ków nie po­tra­fi­ła go do­się­gnąć. Przy­szło jej jed­nak na myśl, że prze­cież jest w sta­nie zro­bić wszyst­ko, cze­go za­pra­gnie. Mo­że po pro­stu ku nie­mu po­pły­nąć. Od­bi­ła się więc od zie­mi i po­ru­sza­jąc mia­ro­wo rę­ka­mi, tak jak to ro­bi­ła w rze­ce, wy­pły­nę­ła w ma­je­sta­tycz­ną, ta­jem­ni­czą ciem­ność prze­stwo­rzy. My­śli jed­nak plą­ta­ły się i po chwi­li nie wie­dzia­ła już, po co tu się zna­la­zła, cze­go po­szu­ku­je w tej bez­kre­snej, pul­su­ją­cej czer­ni.

Po­my­śla­ła, że czerń jest gorz­ka i sa­mot­na. Czu­ła te­raz jej smak w ustach i na ję­zy­ku. A wła­ści­wie to nie ona, tyl­ko ktoś dru­gi, kim ona jesz­cze by­ła, choć nie mu­sia­ła. Te­raz zro­zu­mia­ła, że za­wsze by­ło ich dwie. Odej­dzie więc, zo­sta­wia­jąc tam­tą dru­gą, wraz z prze­szy­wa­ją­cym, nie­zno­śnym smut­kiem i go­ry­czą, wy­peł­nia­ją­cy­mi ją do­tąd po brze­gi. Odej­dzie i spró­bu­je zna­leźć coś, cze­go od tak daw­na szu­ka. Te­raz już wie, że mo­że to zro­bić.

Spoj­rza­ła na sa­mą sie­bie, po­zo­sta­ją­cą tu i za­ra­zem od­pły­wa­ją­cą, czy mo­że uno­szą­cą się w po­wie­trzu, wol­ną od do­tych­cza­so­wych smut­ków i peł­ną eu­fo­rii. Uj­rza­ła rów­no­cze­śnie, jak te po­zo­sta­wio­ne smut­ki łą­czą się w wiel­kie kro­ple, po­wo­li ście­ka­jąc płacz­li­wy­mi struż­ka­mi i two­rząc fan­ta­zyj­nie zdo­bio­ną wschod­nią ma­kat­kę, wi­szą­cą u wez­gło­wia jej łóż­ka. Nie, nie chcia­ła na nią pa­trzeć. Ani oglą­dać wię­cej miej­sca, w któ­rym spę­dzi­ła sa­mot­nie ty­le bez­sen­nych no­cy, łka­jąc bez­gło­śnie, gdy jej roz­pa­lo­ne cia­ło pra­gnę­ło wy­rwać się, nie wie­dząc, do­kąd. Te­raz wie, że to miej­sce ist­nie­je i jest wła­śnie gdzieś tu­taj. Mu­si pły­nąć da­lej i je zna­leźć. A rów­no­cze­śnie te­go, któ­ry tam na nią cze­ka. Mo­że on zresz­tą już tu jest, wy­star­czy tyl­ko się ro­zej­rzeć i wy­ło­wić go z wi­ru­ją­cych wo­kół tę­czo­wych kłę­bów?

Na­gle do­świad­czy­ła uczu­cia, że nie jest sa­ma, a gdy po­czu­ła na swo­im cie­le czyjś do­tyk, nie zdzi­wi­ła się. Ogar­nę­ło ją to sa­mo pra­gnie­nie, któ­re­go do­zna­wa­ła ca­ła drżą­ca w nie­zna­nym ocze­ki­wa­niu, le­żąc w swo­im po­ko­ju i ma­jąc za je­dy­ne to­wa­rzy­stwo tam­tą ma­kat­kę nad gło­wą, gdy przy­zy­wa­ła do sie­bie ko­go­kol­wiek, by­le­by tyl­ko ze­chciał się po­ja­wić. Choć­by na­wet miał nim być ten, któ­re­go imie­nia ba­ła się wy­po­wie­dzieć. Ale te­raz ma­kat­ki ani za­wie­szo­ne­go na niej krzy­ża już nie ma. Tym ra­zem bę­dzie więc ina­czej.

Wy­cią­gnę­ła dłoń w kie­run­ku te­go do­ty­ku, a po­tem za­to­nę­ła w czy­ichś ob­ję­ciach. Pa­lą­ce ogniem war­gi do­tknę­ły jej ust, a dło­nie za­czę­ły pie­ścić ją ca­łą, spra­gnio­ną i roz­pa­lo­ną do nie­przy­tom­no­ści. Od­nio­sła wra­że­nie, że tym, co ją obej­mu­je i wcią­ga, jest czerń. Tak, to wła­śnie ona pa­li­ła ją nie­zna­nym ogniem. Ogniem nie­moż­li­wym do uga­sze­nia. Gdzieś na obrze­żach jej świa­do­mo­ści po­ja­wi­ła się pach­ną­ca pio­łu­nem myśl, że czerń jest jed­nak in­na, niż są­dzi­ła. Gorz­ka, ale i słod­ka za­ra­zem. Od­ra­ża­ją­ca, lecz rów­nież pięk­na. Strasz­na i po­cią­ga­ją­ca.

Od­cho­dząc od zmy­słów, po­pły­nę­ła w nią, aby w koń­cu za­paść się bez resz­ty. Z jej ust wy­do­był się czar­ny, spa­zma­tycz­ny, roz­pacz­li­wy jęk szczę­ścia i prze­ra­że­nia. A po­tem za­to­nę­ła w nie­zro­zu­mia­łej prze­strze­ni i nie czu­ła już nic…

Obu­dzi­ło ją przej­mu­ją­ce zim­no rześ­kie­go po­ran­ka. Słoń­ce sta­ło już dość wy­so­ko na nie­bie, a ona le­ża­ła wciąż na łą­ce, ca­ła mo­kra od po­ran­nej ro­sy. Pod­nio­sła się i ro­zej­rza­ła wo­kół. By­ła sa­ma. Czu­ła lek­kie oszo­ło­mie­nie, ucisk z ty­łu gło­wy i su­chość w ustach, ale po­za tym nic jej nie bo­la­ło. Po­my­śla­ła, że po­win­na iść do do­mu. Mat­ka mu­sia­ła się już de­ner­wo­wać. Ow­szem, cza­sem koń­czy­ła wy­pra­wy w po­la rów­no z bla­skiem wscho­dzą­ce­go słoń­ca, jed­nak za­wsze do­tąd wra­ca­ła na noc. Co się z nią wczo­raj dzia­ło?

Mo­gła przy­jąć, że ten dziw­ny stan, w ja­kim się zna­la­zła, spo­wo­do­wa­ło zje­dze­nie czar­nych roż­ków wy­dłu­ba­nych z zia­ren ży­ta. Przy­po­mnia­ła so­bie, co mia­ło miej­sce póź­niej, tę wcią­ga­ją­cą ją, nie­sa­mo­wi­tą czerń i uczu­cie, któ­re­go do­zna­ła na koń­cu. Na tę myśl za­drża­ła i za­krę­ci­ło się jej w gło­wie tak sil­nie, że mu­sia­ła usiąść. Chwi­lę tkwi­ła bez ru­chu, pró­bu­jąc uspo­ko­ić bi­ją­ce sza­leń­czo ser­ce i uwol­nić się od na­pły­wa­ją­ce­go po­now­nie fa­la­mi do jej cia­ła po­żą­da­nia. Wte­dy po­czu­ła ból na ple­cach. Ta­ki, jak po sil­nym za­dra­pa­niu. By­ła pew­na, że to od ca­ło­noc­ne­go le­że­nia na łą­ce peł­nej źdźbeł szorst­kiej tra­wy i sztyw­nych ło­dyg ziół. Po chwi­li jed­nak do­tknę­ła bo­lą­ce­go miej­sca i wy­czu­ła sze­ro­ką, dłu­gą prę­gę, ma­ją­cą po­czą­tek na ło­pat­ce i bie­gną­cą wzdłuż cia­ła aż po bio­dro. Tu­taj jej dłoń, okle­jo­na ja­kimś dziw­nym, za­schłym ślu­zem, na­tra­fi­ła na ko­lej­ne dwie sze­ro­kie szra­my, cią­gną­ce się od bio­dra w po­przek le­we­go uda.

Pod­sko­czy­ła jak ra­żo­na gro­mem, stwier­dza­jąc jed­no­cze­śnie, że na dru­gim udzie ma po­dob­ne pod­bie­gnię­te krwa­wo śla­dy. We­szła więc w po­bli­skie za­ro­śla i ścią­gnąw­szy su­kien­kę, po­czę­ła do­kład­nie oglą­dać ca­łe cia­ło. Pa­trzy­ła i nie mo­gła uwie­rzyć wła­snym oczom. Skó­ra na jej pier­siach, brzu­chu, bio­drach, po­ślad­kach i udach wy­glą­da­ła tak, jak­by ja­kiś zwierz po­ry­so­wał ją pa­zu­ra­mi.

Sie­dzia­ła na łą­ce, dy­go­cząc spa­zma­tycz­nie. Na­gle do gło­wy przy­szła jej prze­ra­ża­ją­ca myśl. Z wa­ha­niem i oba­wą spoj­rza­ła na bie­li­znę. Nie my­li­ła się. Wszę­dzie pla­my za­krze­płej krwi. Te­raz do­pie­ro zda­ła so­bie spra­wę, że jej od­czu­cia mu­sia­ły być czymś wię­cej, niż po­cząt­ko­wo są­dzi­ła, skła­da­jąc noc­ne prze­ży­cia na karb po­bu­dzo­nej wy­obraź­ni.



Tak… To by­ło za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy te­mu… Wra­ca­jąc te­raz my­ślą do tam­tych chwil, by­ła zu­peł­nie pew­na, że pa­stor nie mo­że mieć ra­cji, mó­wiąc o nim w ten spo­sób. On wca­le nie był strasz­ny. Gdy­by to by­ła praw­da, czy ze­chciał­by ofia­ro­wać jej ten wspa­nia­ły dar? Chwi­le szczę­ścia i wspól­ne­go sta­pia­nia się w bez­kre­sną, słod­ką czerń?

Na­gle sie­dzą­ca obok w ław­ce ko­bie­ta szep­nę­ła jej do ucha:

– Pa­stor py­ta człon­ków są­du, czy przy­się­gną przed Bo­giem, że bę­dą rze­tel­nie wy­peł­nia­li swo­je obo­wiąz­ki.

Kon­stan­cja ze­rwa­ła się z miej­sca, od­zy­sku­jąc świa­do­mość. Lu­dzie pa­trzy­li na nią, a pa­stor uśmie­chał się za­chę­ca­ją­co, ge­stem rę­ki przy­zy­wa­jąc ją do sie­bie. Po­de­szła do mów­ni­cy i po­wtó­rzy­ła sło­wa ślu­bo­wa­nia.

– Ja, w peł­ni świa­do­ma na­ło­żo­nych mi przez spo­łecz­ność obo­wiąz­ków, w imię Bo­ga przy­rze­kam wy­peł­niać po­wie­rzo­ną mi mi­sję uczci­wie, spra­wie­dli­wie i roz­waż­nie. Nie po­zwo­lę, aby mój umysł i ser­ce zo­sta­ły do­tknię­te grze­chem bra­ku roz­sąd­ku. Tak mi do­po­móż Bóg.

Wra­ca­jąc na swo­je miej­sce w ław­ce, po­czu­ła ogar­nia­ją­ce ją prze­ra­że­nie. Czy Stwór­ca, wi­dząc wnę­trze jej ser­ca i ob­ser­wu­jąc, co prze­ży­wa, nie ze­śle na nią ka­ry za strasz­ne grze­chy i kłam­stwa?

Ale za­raz na­szła ją in­na myśl. Stwór­ca jej nie ko­cha. Ni­g­dy jej nie ko­chał. Ją ko­chał ktoś in­ny. I to je­mu po­zo­sta­nie wier­na na za­wsze. Zro­bi dla nie­go wszyst­ko, cze­go tam­ten za­pra­gnie.



Był z nią. Cho­ciaż jej rę­ce na­tra­fia­ły na pust­kę, gdy ma­jąc przed oczy­ma je­go ciem­ną po­stać chcia­ła się do nie­go przy­tu­lić. Mi­mo że przy­pra­wiał ją o utra­tę zmy­słów, nie mo­gła doj­rzeć ni­cze­go, na­wet je­go twa­rzy. Jej mi­łość by­ła obłą­ka­na i sza­lo­na. W dzień drża­ła na myśl o nim, ale gdy przy­cho­dzi­ła noc, łak­nę­ła go prze­raź­li­wie. I za­czął się po­ja­wiać na jej we­zwa­nia. A te­raz dzię­ki nie­mu czu­ła w so­bie ru­chy bu­dzą­ce­go się ży­cia, choć jesz­cze nikt się te­go nie do­my­ślał. Dziś to je­mu za­tem skła­da przy­się­gę, szep­cząc:

– Je­stem ca­ła two­ja… Zro­bię wszyst­ko, cze­go ode mnie za­żą­dasz…

•Rozdział II

Ro­bi­ło się co­raz ciem­niej. Czer­wo­na tar­cza słoń­ca ze­szła bar­dzo ni­sko i już więk­szą czę­ścią kry­ła się za ho­ry­zon­tem, reszt­ka­mi ga­sną­cej pur­pu­ry ła­miąc głę­bo­ką czerń nie­ba. Fe­eria zdo­bią­cych drze­wa wrze­śnio­wych ko­lo­rów, rdza­wo­czer­wo­ne­go, żół­te­go oraz po­zo­sta­łej tu i ów­dzie ży­wej zie­le­ni, któ­re jesz­cze przed mo­men­tem two­rzy­ły fan­ta­stycz­ny po­kaz na tle ciem­nie­ją­ce­go błę­ki­tu, te­raz po­sęp­nia­ła, przy­kry­wa­na płasz­czem czer­ni, jak­by chcąc przy­po­mnieć, że wszyst­ko co pięk­ne, prze­mi­ja. Sza­rość chmur i sre­bro ob­ło­ków gna­nych w ten je­sien­ny wie­czór przez wzma­ga­ją­cy się wiatr do­peł­nia­ły ma­je­sta­tycz­ne­go po­ka­zu na­tu­ry. W po­wie­trzu prze­sy­co­nym wil­got­nym, choć jesz­cze cie­płym za­pa­chem wcze­sno­je­sien­nej mgły i dy­mu z ognisk czu­ło się już na­strój me­lan­cho­lii, któ­ra wy­sy­ła­ła wy­raź­ne sy­gna­ły, że czas let­niej bez­tro­ski do­bie­ga koń­ca, że te­raz to wła­śnie ona ma za­miar zdo­mi­no­wać świat i na­są­czyć go smęt­ny­mi cie­nia­mi.

Mark je­chał sa­mo­cho­dem przez nie­co już sen­ne o tej po­rze ulicz­ki nie­wiel­kie­go Ba­xter. Otwo­rzył okno i na­pa­wał się nie­zwy­kłym wi­do­kiem, pró­bu­jąc do­strzec i za­cho­wać na póź­niej jak naj­wię­cej śla­dów ucie­ka­ją­ce­go cie­pła. Za­trzy­mać je na te dni, gdy wci­ska­ją­ca się wszę­dzie, na­wet w naj­szczel­niej opa­tu­lo­ne cia­ło li­sto­pa­do­wa plu­cha od­bie­rze chęć nie tyl­ko do opusz­cza­nia do­mu, ale wręcz do ży­cia. Za­pa­mię­tać je, by da­wa­ły na­dzie­ję, że po­dob­nie jak kie­dyś do­bre, tak te­raz złe chwi­le wresz­cie się­gną kre­su.

Za­my­ślił się. Czy miał jesz­cze do te­go pra­wo? Czy po tym, co go spo­tka­ło, mógł wciąż cze­kać na po­wrót lep­szych chwil? Czy ca­ły za­pas szczę­ścia nie wy­czer­pał się zu­peł­nie wraz z odej­ściem Chri­sti­ne?

Miej­sce, do któ­re­go wy­słał go Pe­ter Jack­son, bar­dzo róż­ni­ło się od Bo­sto­nu. Po­grą­żył się we wspo­mnie­niach.



Wy­da­rze­nia, któ­re zmie­ni­ły je­go ży­cie, ro­ze­gra­ły się za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni wcze­śniej. Wła­ści­wie ro­zu­miał, dla­cze­go zde­cy­do­wa­ła się za­mie­nić go na star­sze­go od sie­bie po­nad dwa­dzie­ścia lat wi­ce­pre­ze­sa fir­my in­for­ma­tycz­nej z Krze­mo­wej Do­li­ny. Da­vid Blunt, obec­ny od dłu­gie­go cza­su na li­ście stu naj­bo­gat­szych lu­dzi w Sta­nach „For­be­sa”, mógł za­pew­nić jej w koń­cu to, cze­go on, Mark, nie miał szans jej dać i o czym tak na­praw­dę ni­g­dy na­wet nie ma­rzył – at­mos­fe­rę luk­su­su i prze­py­chu. A ona – pięk­ne, pla­ty­no­we, dłu­go­no­gie bó­stwo, przy­cią­ga­ją­ce na każ­dym kro­ku nie tyl­ko spoj­rze­nia za­chwy­co­nych męż­czyzn, ale i nie­na­wist­ny wzrok za­zdro­snych ko­biet – bez te­go spra­wia­ła wra­że­nie ry­by po­zba­wio­nej wo­dy. Na­tu­ra stwo­rzy­ła ją, by kró­lo­wa­ła na wy­bie­gach, uży­cza­ła swo­je­go olśnie­wa­ją­ce­go wi­ze­run­ku pra­sie i fir­mom ko­sme­tycz­nym lub by­ła po­dzi­wia­na w ja­ki­kol­wiek in­ny spo­sób. A mał­żeń­stwo z nim naj­wi­docz­niej ją ogra­ni­cza­ło.

Po­zna­li się, gdy to on, Mark Wells, ja­śnie­ją­ca co­raz moc­niej­szym bla­skiem gwiaz­da dzien­ni­kar­stwa, wy­so­ki, przy­stoj­ny, do­brze zbu­do­wa­ny trzy­dzie­sto­dwu­let­ni blon­dyn w ty­pie mło­de­go Se­ana Con­ne­ry’ego przy­cią­gał wzrok ko­biet, a Chri­sti­ne, młod­sza o dzie­więć lat, pięk­na tłu­macz­ka fran­cu­skie­go pra­cu­ją­ca w se­kre­ta­ria­cie re­dak­cji zwró­ci­ła na nie­go uwa­gę i zde­cy­do­wa­ła się go uwieść.

Czy go ko­cha­ła? Pew­nie tak, ale chy­ba przede wszyst­kim mia­ła na­dzie­ję, że przy nim jej uro­da roz­kwit­nie i że otwo­rzą się przed nią no­we moż­li­wo­ści – choć­by za­pre­zen­to­wa­nia się sze­ro­kie­mu świa­tu. Nie my­śla­ła jesz­cze o ka­rie­rze mo­del­ki. Tkwią­cy w niej po­ten­cjał był jak cen­ny klej­not, któ­ry chce się po­ka­zać in­nym, nie­ko­niecz­nie my­śląc o tym, by czer­pać z nie­go wy­mier­ne ko­rzy­ści. To przy­szło znacz­nie póź­niej.

Przez ja­kiś czas oboj­gu wy­da­wa­ło się, że są ze so­bą szczę­śli­wi. On za­ra­biał bar­dzo do­brze i po­dob­nie jak Chri­sti­ne lu­bił cie­szyć się ży­ciem. Ona nie chcia­ła mieć dzie­ci, uwa­ża­jąc, że jest jesz­cze za mło­da i nie mo­że mar­no­wać na ich wy­cho­wa­nie naj­pięk­niej­szych chwil ży­cia. Obo­je mie­li więc mnó­stwo cza­su dla sie­bie. Mo­gli po­dró­żo­wać, cha­dzać do re­stau­ra­cji, dys­ko­tek i na za­ku­py, a że sta­no­wi­li wy­jąt­ko­wo atrak­cyj­ną pa­rę, wzbu­dza­li nie­ustan­nie za­in­te­re­so­wa­nie za­rów­no ko­biet, jak i męż­czyzn, czę­sto by­wa­jąc w to­wa­rzy­stwie, dla któ­re­go li­czy­ły się po­dob­ne war­to­ści. W efek­cie wła­śnie wte­dy Chri­sti­ne tak na­praw­dę za­czę­ła do­strze­gać ry­su­ją­ce się przed nią per­spek­ty­wy, i to sta­ło się po­cząt­kiem koń­ca ich mał­żeń­stwa.

Pro­ces roz­pa­du nie na­stą­pił gwał­tow­nie, przy­po­mi­nał ra­czej ero­zję, po­wol­ne, nie­do­strze­gal­ne, ale i nie­ubła­ga­ne nisz­cze­nie ele­men­tów spa­ja­ją­cych ich w jed­ną ca­łość. Wte­dy też da­ło się za­uwa­żyć, że po­wo­li ich ro­le się zmie­nia­ją i Chri­sti­ne sta­je się oso­bą waż­niej­szą w tym tan­de­mie. Do­tąd to ona by­ła to­wa­rzysz­ką ży­cia zna­ne­go dzien­ni­ka­rza, te­raz jed­nak Mark za­czął od­cho­dzić w cień, sta­jąc się za­le­d­wie tłem dla zja­wi­sko­wej ko­bie­ty.

Trwa­ło to trzy dłu­gie i nu­żą­ce la­ta, pod­czas któ­rych w oboj­gu po­głę­bia­ła się świa­do­mość, że per­spek­ty­wy ich mał­żeń­stwa są bar­dzo ogra­ni­czo­ne i że prze­zna­cze­niem Chri­sti­ne jest coś wię­cej niż ro­la to­wa­rzysz­ki ży­cia zwy­kłe­go, acz zna­ne­go dzien­ni­ka­rza. Po­trzeb­ny był tyl­ko im­puls, ten ka­myk wy­zwa­la­ją­cy la­wi­nę.

Co cie­ka­we, gdy już po­ja­wił się w po­sta­ci pierw­sze­go kon­trak­tu re­kla­mo­we­go, któ­ry Chri­sti­ne pod­pi­sa­ła w przed­dzień rocz­ni­cy ich związ­ku, on w za­sa­dzie był go­tów za­ak­cep­to­wać ży­cie u bo­ku żo­ny mo­del­ki. Ko­cha­jąc ją, go­dził się z jej czę­sty­mi nie­obec­no­ścia­mi w do­mu. Wie­dział, że chcąc być z nią, mu­si za­pła­cić ja­kąś ce­nę za swo­je uczu­cie, na­wet je­śli tą ce­ną jest ko­niecz­ność dzie­le­nia się żo­ną z in­ny­mi.

Nie sta­no­wił za­tem za­gro­że­nia dla trwa­ło­ści ich związ­ku. Sta­ła się nim – pa­ra­dok­sal­nie – lo­jal­ność sa­mej Chri­sti­ne wo­bec nie­go. Wie­dzia­ła, że świat, o któ­rym ma­rzy, nie­sie z so­bą tak wie­le po­kus, iż zo­sta­wio­na sa­ma so­bie nie bę­dzie w sta­nie się im prze­ciw­sta­wić, a ro­la nie­wier­nej żo­ny wte­dy jesz­cze nie wcho­dzi­ła w ra­chu­bę. W efek­cie, re­ali­zu­jąc pierw­szą umo­wę dla Dio­ra, na­kło­ni­ła Mar­ka do wspól­nej po­dró­ży do Pa­ry­ża, gdzie wy­stą­pił w cha­rak­te­rze jej me­na­dże­ra. Mu­siał wte­dy po­rzu­cić pra­cę dzien­ni­ka­rza eko­no­micz­ne­go w „Bo­ston Glo­be”.

Po kil­ku mie­sią­cach obo­je mie­li jed­nak do­syć tej mę­ki. Gdy więc jak z rę­ka­wa za­czę­ły sy­pać się na­stęp­ne pro­po­zy­cje, po­wie­dział, że nie bę­dzie wię­cej jej to­wa­rzy­szył.

Chri­sti­ne nie pro­te­sto­wa­ła. Zresz­tą, wza­jem­ne tor­tu­ro­wa­nie się nie mia­ło sen­su. Mark nie mógł znieść kon­tak­tu z wiecz­nie za­chwy­co­ny­mi nią męż­czy­zna­mi, któ­rzy nie pró­bo­wa­li na­wet kryć fa­scy­na­cji pięk­ną dziew­czy­ną. Wię­cej, zda­wa­li się otwar­cie oka­zy­wać, że oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzą sie­bie bu­dzą­cych się ra­no w jej to­wa­rzy­stwie i że są skłon­ni od­dać swe for­tu­ny wła­śnie za ta­ką moż­li­wość. Ona zaś by­ła roz­dar­ta co­raz sil­niej po­mię­dzy bez­na­dziej­ną, nie­no­wo­cze­sną lo­jal­no­ścią i wier­no­ścią mę­żo­wi, a ro­sną­cą po­ku­są sko­rzy­sta­nia z któ­rejś z tych ofert, sta­no­wią­cych prze­pust­kę do świa­ta bo­gac­twa i nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści. Świa­ta, któ­re­go smak znaj­do­wał się na wy­cią­gnię­cie rę­ki, za­pra­sza­jąc ją do sie­bie.

Nie trze­ba by­ło ge­niu­sza, aby to zro­zu­mieć i wie­dzieć, ja­ki bę­dzie fi­nał. Je­go na­dzie­je stop­nio­wo roz­pły­wa­ły się więc ni­by lód top­nie­ją­cy pod wpły­wem pro­mie­ni sło­necz­nych i roz­pły­nę­ły osta­tecz­nie, kie­dy w koń­cu Chri­sti­ne po po­wro­cie z któ­re­goś z wie­lu wy­jaz­dów za­pro­si­ła go na uro­czy­stą ko­la­cję.

Prze­czu­wał, że bę­dzie to sty­pa z oka­zji roz­pa­du ich mał­żeń­stwa. Nie chciał ni­g­dzie wy­cho­dzić. Po­wie­dział, że wo­li wy­słu­chać te­go, co ma do za­ko­mu­ni­ko­wa­nia, w do­mu.

Nie my­lił się. Zdzi­wił się tyl­ko nie­co, gdy pa­dło z jej ust na­zwi­sko Blunt, ja­ko że nic na te­mat ich związ­ku nie prze­do­sta­ło się do pra­sy, choć roz­pi­sy­wa­no się o ku­li­sach je­go roz­wo­du. Blunt mu­siał jed­nak na­praw­dę osza­leć na punk­cie Chri­sti­ne. Bru­kow­ce do­no­si­ły, że roz­wód z żo­ną miał kosz­to­wać go ni mniej, ni wię­cej tyl­ko okrą­głe sto mi­lio­nów do­la­rów.

Chri­sti­ne zo­sta­wi­ła Mar­ko­wi ca­ły ich wspól­ny ma­ją­tek – prze­szło trzy mi­lio­ny do­la­rów na kon­cie oraz nie­omal ty­le sa­mo wart mie­rzą­cy dwie­ście me­trów kwa­dra­to­wych pen­tho­use. Miesz­ka­nie by­ło du­mą ich oboj­ga. Wy­po­sa­żo­no je we wszyst­ko, co moż­na so­bie wy­ma­rzyć, łącz­nie z ko­min­kiem na gaz i drew­no, mar­mu­ro­wym ho­lem, kuch­nią, naj­wyż­szej kla­sy sprzę­tem i gra­ni­to­wy­mi bla­ta­mi, a tak­że ol­brzy­mim ta­ra­sem. Pod­ło­gi w po­ko­jach pysz­ni­ły się ma­ho­niem i wi­śnią, a z ol­brzy­mie­go okna – ścia­ny ze szkła – roz­cią­gał się prze­pięk­ny wi­dok na Atlan­tyk i Bo­ston. Wie­le ra­zy po­dzi­wia­li stąd noc­ną pa­no­ra­mę roz­świe­tlo­ne­go mia­sta, za­sta­na­wia­jąc się, co przy­nie­sie przy­szłość.

Mark po­cząt­ko­wo nie chciał przy­jąć od niej te­go pre­zen­tu, czy ra­czej re­kom­pen­sa­ty. Mo­że dla­te­go, że miesz­ka­nie by­ło bo­le­snym wspo­mnie­niem pięk­nych chwil. Uległ jed­nak w koń­cu go­rą­cym proś­bom żo­ny. Wy­da­wa­ło mu się, że być mo­że ona chce dzię­ki te­mu ge­sto­wi po­zo­sta­wić so­bie ja­kąś furt­kę do ewen­tu­al­ne­go po­wro­tu w ra­zie nie­po­wo­dzeń w no­wym ży­ciu. Czuł, że wciąż w je­go ser­cu jest miej­sce dla Chri­sti­ne.

Roz­sta­li się za­tem jak…

.

.

.

(frag­ment)
mniej..

BESTSELLERY