Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Niezwiązana. Tom 2. Póki świat nie spłonie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
47,90
4790 pkt
punktów Virtualo

Niezwiązana. Tom 2. Póki świat nie spłonie - ebook

Stare zasady upadły – nadszedł czas na ustalenie nowych.

Po wydarzeniach z zimy świat Strażników i czarownic legł w gruzach, a poskładanie go z powrotem leży w rękach Storma. Nie jest to łatwe zadanie, kiedy jednocześnie trzeba walczyć z anomaliami i Przeklętymi polującymi na ludzi. Tymczasem Lav nosi w sobie klątwę, która powoli odbiera jej wolę, a przeznaczenie wymaga od niej... Nie, Storm nie chce nawet myśleć o tym, co czeka jego ukochaną.

Lav spróbuje uciec od wspomnień, Storm nie będzie mógł dotrzymać obietnic, a Ash… wyjątkowo mocno zajdzie Stormowi za skórę. Podziały znikną, pojawią się nowe sekrety, a plany Przeklętych okażą się groźniejsze, niż ktokolwiek przewidywał.

I wtedy świat stanie w płomieniach.

Kontynuacja porywającej historii o młodej czarownicy próbującej okiełznać budzącą się w niej magię.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368592672
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWNICZEK

Wszechświat – źródło życia i mocy, wszystko, co stanowi naturę.

Mrok – magia pochodząca z ciemności i nocy. Jest wynaturzona, dzięki niej można zrobić tak naprawdę wszystko, nawet jeśli przeczy to prawom przyrody. By używać jej zgodnie z naturą, każde zaklęcie należy poprzedzić odpowiednią ofiarą krwi. Wpływa również na stan fizyczny wiedźmy, powodując zmęczenie, a w ekstremalnych przypadkach może doprowadzić do śmierci. Używanie Mroku bez ofiary rozstraja naturę – prowadzi do kataklizmów i anomalii.

Światło – magia pochodząca od jasności i dnia. Opiera się na tym, co znane i możliwe w naturze. Dzięki Światłu czarownice mogą wzmocnić działanie roślin oraz posługiwać się drobnymi zaklęciami, nieingerującymi w ład Wszechświata. Magia ta w porównaniu z Mrokiem jest ograniczona, słaba i nie niesie za sobą żadnych konsekwencji.

Umysł – magia polegająca na ingerowaniu w umysły innych w każdy możliwy sposób: od odczytywania myśli, poprzez ich kontrolowanie, po kompletne wyczyszczenie. Konsekwencję jej używania stanowi powoli postępujące szaleństwo.

Czarownice – kobiety zrzeszone w kowenach lub innych społecznościach. Zamknęły Mrok w kamieniu podczas Rytuału Związania. Posługują się wyłącznie Światłem. Raczej obawiają się Mroku.

Wiedźmy – kobiety posługujące się Mrokiem. Zazwyczaj żyją i działają w pojedynkę, czasem tworzą swoje koweny. Wiedźmy dzielą się na te, które używają Mroku zgodnie z prawami Wszechświata, składając ofiarę krwi, oraz te, które tej ofiary nie składają, zaburzając tym samym równowagę.

Kowen – określenie wspólnoty zrzeszającej głównie czarownice i/lub wiedźmy. Zazwyczaj są to kilkunastoosobowe grupy, które żyją razem, by wspierać się w praktykowaniu magii, celebrować wspólnie święta i odprawiać rytuały. Do kowenów należą niekiedy również Strażnicy.

Strażnicy – głównie mężczyźni, funkcjonują w społecznościach jako rządowa organizacja odpowiedzialna za kontrolowanie istot magicznych oraz zapobieganie kataklizmom wywołanym przez zaburzenie równowagi świata. Dzielą się na tych, którzy aktywnie uczestniczą w misjach, oraz tych, którzy należą do kowenów i społeczności, a do ich zadań należy ochrona czarownic i raportowanie o zagrożeniach. Władają mocą żywiołów.

Wiedźmiarze – mężczyźni, którzy nie należą do żadnej społeczności ani kowenu. Również kontrolują żywioły, ale w przeciwieństwie do Strażników wiodą życie w odosobnieniu i często zrzeszają się we własnych grupach. Buntują się przeciwko prawom przyjętym przez społeczności, ponieważ chcą używać magii swobodnie, bez kontroli Strażników. Nie obchodzi ich ludzki los, a ich celem jest zaprzestanie życia w ukryciu i podporządkowanie sobie ludzi. Bardziej radykalne grupy dążą do zagłady ludzkości i przejęcia władzy nad światem. Nie przejmują się równowagą Wszechświata, często działają specjalnie na niekorzyść ładu, pragnąc ustanowić nowy – własny. W ich szeregi wstępują również wiedźmy.

Niezwiązana – rodzi się w trudnych dla Wszechświata czasach, by go uporządkować. Jej zadaniem jest przywrócenie równowagi i walka z tymi, którzy chcą ją zaburzyć. Posiada moc potężniejszą od mocy jakiejkolwiek wiedźmy. Jako jedyna oprócz Światła i Mroku może również posługiwać się Umysłem.

Przeklęta – wiedźma, w której płynie krew torturowanych, a następnie straconych podczas procesów w Salem w latach 1692–1693. Nazwa pochodzi od klątwy, którą skazane zrodziły i przekazały wszystkim dziewczynkom w następnych pokoleniach. Przeklęta nawołuje do zemsty na ludziach za to, co im zrobili.1
MAM CIĘ, LAV

Lavender

Moje mięśnie, gardło i płuca płoną. Całe ciało krzyczy, błaga o ratunek, jest na granicy wytrzymałości. Ale ja wiem, że jeszcze dam radę, jeszcze uda mi się…

– Cholera jasna, Lavi, zatrzymaj się w tej chwili!

Hamuję dopiero po kilku metrach, zapierając się mocno piętami w mokrej, pokrytej śniegiem glebie. Zanim zginam się wpół i zaczynam kaszleć, wypuszczając przed siebie kłęby pary, udaje mi się jedynie odwrócić, by zobaczyć Asha z głową między kolanami siedzącego na ziemi. Nie mogę wyrównać oddechu, aż wreszcie upadam na kolana i dłonie.

– Lavi?! Kurwa, powiedz coś, proszę! – słyszę spanikowany ton przyjaciela i czuję, że znajduje się gdzieś obok, ale mija kilka długich sekund, nim w końcu zaczynam odzyskiwać panowanie nad ciałem i mogę unieść głowę.

– Nic mi nie jest – mówię, a kiedy słyszę swój charczący głos, mimowolnie się krzywię.

– Jasne, nic a nic. To całkiem normalne, że doprowadzasz organizm do takiego stanu. Nie ma w tym absolutnie nic dziwnego i niepokojącego.

Chłopak stara się brzmieć sarkastycznie, ale nerwowa nuta w jego tonie zdradza, że naprawdę go wystraszyłam. Nie do końca rozumiem, dlaczego wciąż tak reaguje. Przecież nasz bieg zawsze kończy się w ten sposób i jeszcze nigdy nic mi się nie stało. Dochodzę do siebie w kilka minut. No i sam parę tygodni temu zasugerował, że bieganie może mi pomóc – dzięki temu będę w stanie wyciszyć myśli, emocje i wspomnienia, a zarazem utrzymać klątwę głęboko uśpioną.

To naprawdę działa. Może męczę ciało do granic możliwości, ale za to głowa odpoczywa jedynie wtedy, kiedy mogę mknąć przed siebie przez cichy las, czuć ból w nogach, ogień w płucach i szczypanie mrozu na policzkach.

– Zobacz – rzucam, a potem prostuję się i rozkładam ręce. – Już… mi… lepiej…

– Dlatego po każdym słowie musisz brać głęboki oddech, a twoja twarz przypomina buraka?

Mrużę oczy i mogę się założyć, że gdyby nie kompletne zmęczenie, właśnie w tej chwili, w odpowiedzi na zaczepkę przyjaciela, moja klątwa załaskotałaby mnie od środka.

Wzdycham.

– Wszystko jest w porządku – powtarzam. – Możemy spróbować?

Ash wstaje i sięga do kieszeni spodni. Wyciąga z niej nierówną bryłkę.

– Na pewno nie uda ci się zdobyć większego? – pytam.

– Nie, jeśli nikt ma nie zauważyć. Obecnie zapotrzebowanie na onyks jest większe niż kiedykolwiek.

Bez żadnej nadziei, że zadziała, sięgam po kamień. W ciągu ostatnich tygodni już kilka razy próbowaliśmy sprawdzić, czy coś się może zmieniło. Liczyliśmy na to, że klątwa zagłuszyła energię Niezwiązanej na tyle, by onyks zaczął blokować moc. Całą sobą czuję, jak ta złota, czysta i jasna energia należąca do tej części mnie pozostaje wycofana i zachwiana od momentu, w którym Cam zdjęła zaklęcie blokujące przeklętą naturę. A mimo to nadal nie możemy znaleźć żadnego sposobu, by całkiem pozbawić mnie mocy.

– I co? – pyta Ash.

W jego myślach odpowiadam:

– _Nico._

Na każdą inną wiedźmę działa zwykły onyks – kiedy przebywa w jego pobliżu, moc jest osłabiona. Na mnie jednak, jak się okazuje, nie działa nic, nawet specjalna, magiczna odmiana – onyks głębinowy, którego, przynajmniej w teorii, zaledwie odłamek przytknięty do ciała kompletnie odcina moc każdej magicznej istoty.

Już raz udało mi się spod niego wyrwać. Zrobiłam to jednak jeszcze pod wpływem magicznej anty-klątwowej blokady. Musiałam wykorzystać lukę i łut szczęścia, licząc, że Wszechświat rozpozna moje prawdziwe, dobre intencje i pozwoli mi się uwolnić, by powstrzymać Marcela… Mojego ojca, który postanowił uczynić ze mnie własną broń w walce z ludzkością i każdym, kto mu przeszkodzi.

Był tak blisko spełnienia swojego planu… Zbyt blisko.

Bo jesteśmy słabi, a zwłaszcza wiedźmy i cholerne czarownice. Nie potrafimy nic prócz chowania się za plecami Strażników, nie potrafimy nawet obronić samych siebie i…

– Lavi, musisz wyluzować. Widać je.

Patrzę na Asha, a potem unoszę ręce. Pod moją skórą wędrują cienie, a niebieskawe żyłki przy nadgarstku robią się czarne, jakby płynęła w nich sama kwintesencja Mroku.

– Potrzebujemy zdobyć onyks głębinowy – wycedzam przez zaciśnięte od wysiłku zęby. Muszę się naprawdę mocno skupić, by wreszcie się uspokoić i uśpić klątwę.

– Nie wiem, czy to możliwe. Już próbowałem…

– To nasza ostatnia nadzieja – przerywam mu. – Obiecałeś, że mi pomożesz.

Na twarzy chłopaka maluje się żal. W końcu kiwa głową.

– Postaram się.

– Musimy powoli zacząć myśleć, co zrobić, nawet jeśli on nie zadziała – dodaję, po czym odwracam się, gotowa, by wracać.

Ruszam przed siebie w stronę lekko wydeptanej ścieżki prowadzącej w dół wzgórza. Mimo że już któryś tydzień biegam po otaczających siedzibę lasach, nadal nie mam zielonego pojęcia, jak się po nich poruszać bez Asha, dlatego nie dziwi mnie, kiedy zaraz chłopak mnie woła.

– Hej, musimy wrócić tędy.

Wskazuje w kierunku, z którego wbiegliśmy na wzgórze, a ja znowu oglądam się na prowadzącą między zaroślami ścieżkę.

– Jesteś pewny, że tą drogą nie udałoby nam się dotrzeć do domu? Z chęcią nadłożę trochę trasy.

– Nie, to zupełnie w inną stronę.

Marszczę brwi, kiedy wyczuwam w zachowaniu i głosie chłopaka coś, co nie daje mi spokoju. Muszę się powstrzymać przed chęcią zajrzenia do jego głowy, by sprawdzić, o co chodzi.

– No, dalej – ponagla. – Niedługo zaczyna się impreza, a ja jeszcze obiecałem Stormowi, że z nim potrenuję. Słowo daję, że wykończy mnie to trzymanie was w ryzach. – Ostatnie słowa burczy pod nosem, jakby zwracał się bardziej do siebie.

– Trzymać nas w ryzach? – pytam, kiedy w końcu ruszam za nim z powrotem do siedziby.

– Ty codziennie wyciągasz mnie na godzinny bieg po lesie, a Storm wyżywa się na mnie na siłowni.

– Wspominał coś, że musicie ciężej trenować – przyznaję.

– Ta, o to właśnie chodzi – odpiera markotnie, a ja postanawiam go tym razem nie ciągnąć za język. Po pierwsze widzę, że jest w kiepskim humorze, a po drugie… nie chcę tego robić.

Moja relacja ze Stormem od powrotu jest dość… napięta. Choć odpowiedniejszym określeniem byłoby „nieswoja”. Wpływa na to wiele rzeczy. Między innymi fakt, że Storm rzadko bywa w domu, bo pochłaniają go obowiązki, które spadły na niego razem z rolą przywódcy. Nie pomaga nam też to, że wymusiłam na jego najlepszym przyjacielu obietnicę pozbycia się mnie w momencie, w którym stanę się zagrożeniem. A na domiar złego wraz z powrotem do społeczności jeszcze bardziej uderzyła mnie świadomość, że nie udało mi się sprostać temu, czego wszyscy ode mnie oczekiwali…

Że tak naprawdę Pearl zginęła, by nas ratować, podczas gdy to było przecież moje zadanie.

To przeze mnie siostra Storma nie żyje. Zawiodłam i nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie pogodzić się z tym uczuciem. Wszyscy zresztą popełniliśmy mnóstwo błędów i nie doceniliśmy przeciwników… Ale to ja miałam być tym czymś, co da nam przewagę. Miałam stać się legendarną Niezwiązaną, która będzie w stanie przenosić góry i wszystkich ocalić, a przez dwa miesiące nie byłam w stanie wydostać się z cholernej celi.

Torturowano mnie, zniszczono na wiele sposobów, a ja nie potrafiłam zrobić absolutnie nic. Leżałam dniami i nocami na zimnej posadzce, starając się pozostać jak najbardziej nieprzytomną, by tylko uniknąć bólu. Byłam słaba, beznadziejna i rozczarowująca. Byłam…

– Lavi, kurde. Co dziś z tobą? Znowu cienie wyszły na wierzch.

Tym razem nie muszę patrzeć na swoje ręce, by widzieć ciemne plamy, bo czuję je od wewnątrz, jak jakąś uporczywą podskórną swędzącą wysypkę. Biorę kilka głębokich oddechów i drażniące uczucie mija.

– To pewnie przez to, że dziś mamy równonoc. Magia wokół takich wydarzeń zawsze jest wtedy silniejsza i trochę kapryśna. Wygląda na to, że podobnie dzieje się z klątwą.

– Chcesz biec z powrotem? Pomoże ci to?

– Sama już nie wiem – stwierdzam zrezygnowana. – Chyba nie mam siły na nic poza marszem.

Idziemy dłuższą chwilę w kompletnej ciszy, kiedy Ash wreszcie mówi:

– Ogarnia mnie tak ogromna frustracja na myśl, że nie wiem, jak ci pomóc, aż mam ochotę coś rozwalić. Nie wyobrażam sobie, co musi przeżywać Storm.

Przełykam ślinę, którą niemal się dławię.

_Czy Ash może mieć rację? Może Storm mnie unika, żeby nie musiał się mierzyć z własną bezsilnością?_

_Albo po prostu przypominam mu o tym, że jego siostra nie żyje_.

Ash odprowadza mnie pod sam dom, który – tak jak się spodziewałam – jest pusty. Kiedy żegnam się z przyjacielem i wchodzę do środka, nigdzie nie zastaję nawet Luny. Moja kotka ostatnio również większość czasu spędza poza czterema ścianami, głównie na wędrówkach po naszej siedzibie. Cieszę się, że nowe miejsce jej się podoba, ale… jestem samotna, zupełnie jak kiedyś, kiedy zostałam wyrzucona z kowenu i w czasach, zanim poznałam chłopaków. Może ostatnią godzinę spędziłam z Ashem, lecz oprócz biegów z przyjacielem i śniadań w pośpiechu ze Stormem tak naprawdę nie widuję nikogo. Pam parę razy zapraszała mnie do siebie, ale nie odważyłam się jej odwiedzić, chociażby przez wzgląd na to, że czasem kręcą się u niej różne wiedźmy, a ja… wolę ich unikać.

_No bo co, jeśli któraś wyczułaby coś dziwnego i mrocznego wewnątrz mnie? Co, jeśli jakaś sytuacja wyprowadziłaby mnie z równowagi, a na moim ciele pojawiłyby się cienie?_

_Co, jeśli Pam zaczęłaby przy mnie płakać z tęsknoty za córką?_

Nie poradziłabym sobie z tym. Ledwo udało mi się przetrwać ceremonię pożegnania, podczas której pogrzebaliśmy prochy Pearl. Nigdy nie wybaczę sobie , że nie byłam w stanie iść później ze Stormem i jego rodziną do domu. Nie wybaczę sobie tego, że musiał sam pocieszać matkę po stracie córki.

_Czy wytłumaczył jej, co dokładnie się wydarzyło? Czy wyznał, że Pearl poderżnęła sobie gardło, by nas uratować? Że była naszym wybawieniem? I co powiedział Markowi?_

Podczas ceremonii widziałam oczy chłopca – czerwone od powstrzymywanego płaczu. Przyglądałam mu się i wiem, że nie uronił ani jednej łzy, podobnie jak Storm. Stali po obu stronach swojej mamy, zupełnie jakby za wszelką cenę chcieli być jej podporą.

_Tylko kto będzie tą podporą dla nich? Czy istnieje jeszcze choć cień szansy, że to ja będę nią mogła kiedyś zostać? Czy naprawdę jest jakaś nadzieja, że zwyciężę klątwę lub chociaż nauczę się nad nią panować na tyle, by wypełnić przeznaczenie Niezwiązanej? Czy ta piękna, ciepła, złota moc, która znacząco się wycofała, gdy tylko Camellia pozbyła się zaklęcia blokującego klątwę, odważy się znowu mi zaufać?_

Głośne burczenie w brzuchu wyrywa mnie z plątaniny dobijających myśli i pytań bez odpowiedzi. Ruszam pod prysznic, myję się w ekspresowym tempie, a potem owinięta ręcznikiem schodzę na dół, do kuchni, i biorę z lodówki kokosowy jogurt pitny – jedną z niewielu rzeczy, które jestem w stanie zjeść… Cóż, przynajmniej zazwyczaj, bo nawet to czasem zdarza mi się zwrócić. Ostrożnie i powoli upijam kilka pierwszych łyków, krzywiąc się przy tym. Do dziś nie wiem, jakimi dokładnie czarami wiedźmiarze i współpracujące z nimi wiedźmy podtrzymywali mnie przy życiu, ale cokolwiek to było, sprawia, że teraz trudno mi przetrawić zwyczajne jedzenie.

Udaje mi się wmusić w siebie zaledwie połowę opakowania jogurtu, a resztę odkładam z powrotem do lodówki i ruszam na górę, by wyszykować się na dzisiejsze obchody równonocy wiosennej. Szybko ogarnia mnie panika, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie mam pojęcia, co włożyć.

_Może wypadałoby wybrać coś eleganckiego? A może w ogóle nie powinnam tam iść?_

Potrząsam głową, by pozbyć się tej ostatniej myśli. Nie wiem, jak tego typu celebracje wyglądają w społeczności, ale nie mogę ominąć dzisiejszego wydarzenia. Muszę się na nim pokazać jako Niezwiązana, muszę się zachowywać, jakbym była częścią tutejszego kowenu. Poza tym według tego, co mówiła niegdyś Camellia, wspólne rytuały mogą mi pomóc z uziemieniem magii, a ta przez energię tego dnia jest wyjątkowo trudna do okiełznania. Liczę jedynie na to, że Ash wywiąże się z obietnicy i będzie mi towarzyszył, by pilnować, czy nie mam nagle ochoty kogoś zamordować.

Storm również ma się zjawić, tak jak wielu innych Strażników. Podobno w największych celebracjach biorą udział wszyscy członkowie naszej społeczności, nawet ludzkie kobiety. To kłóci się nieco z tym, co wyniosłam ze swojego kowenu – Saphire i Rosemary bardzo pilnowały, by żaden ze Strażników nie towarzyszył nam podczas uroczystości i rytuałów. Twierdziły, że te wydarzenia są intymne dla czarownic, a zapraszanie do nich obcych, zwłaszcza mężczyzn, byłoby świętokradztwem. Teraz jednak skłaniam się ku stwierdzeniu, że to kolejny chory pogląd mający na celu tworzenie podziałów, podczas gdy od samego początku powinniśmy współpracować.

Nie byłaby to jednak jedyna bzdura, którą mi wpajały.

Suszę włosy i z żalem zauważam, że już całkiem wypłukał się z nich fioletowy kolor, a to z kolei pozostawia we mnie niekomfortowe uczucie, którego jednak nie jestem na razie gotowa analizować. Na dzisiejszy wieczór – lub raczej noc, bo wszystko rozpoczyna się chwilę przed północą i będzie trwało aż do świtu – wybieram ostatecznie bieliznę termiczną. Na nią wkładam legginsy i przylegającą kurtkę – ta ochroni mnie przed wiatrem i śniegiem, a w dodatku ma przedłużane, zakładane na kciuki rękawy, dzięki którym spora część mojego ciała będzie cały czas zakryta, łącznie z makabrycznie wyglądającymi bliznami wokół nadgarstków. Na stopy wsuwam ciepłe skarpety i botki… które później zmieniam na trampki, następnie kalosze, aż wreszcie wybieram trapery. Zwlekam z wyjściem, bo liczę, że może w międzyczasie wróci Storm albo Luna, ale nic z tego. Znając jednak kocicę, zaraz wyczai, że coś się dzieje, i dołączy do nas przy ognisku. Może Storm również mnie tam odnajdzie?

W końcu wychodzę z domu, a potem ruszam do niewielkiej polany na skraju lasu, zaraz przy strumyku. Kiedy ostre powietrze boleśnie mnie przeszywa, zasuwam zamek kurtki pod samą szyję. Wlepiam wzrok w błyszczącą od szronu wybrukowaną ścieżkę i zaspy po jej bokach. Temperatura wciąż utrzymuje się sporo poniżej zera, mimo że właśnie oficjalnie zaczyna się wiosna. Nic w tym jednak dziwnego, bo świat już kompletnie się rozregulował, przez co meteorolodzy pewnie wyrywają sobie włosy z głowy.

Im bliżej miejsca docelowego, tym głośniejsza staje się muzyka i wrzawa rozmów, a gdy wreszcie mijam ostatnie budynki i moim oczom ukazuje się polana, przystaję.

Wiedziałam, że nasza społeczność ostatnio przyjęła w swoje szeregi sporo nowych osób, ale nie miałam pojęcia, że jest ich aż tyle. Częściowo pewnie przez fakt, że w ciągu dnia, kiedy toczy się tu życie, prawie w ogóle nie opuszczam domu, a jeśli już to robię – przemykam niezauważona bocznymi ścieżkami. Na polanie mieści się spokojnie setka bawiących się w najlepsze ludzi, a do tego kolejne osoby co chwilę dołączają do reszty. Liczebność w naszym już nie tak małym osobliwym miasteczku musiała się zwiększyć co najmniej trzykrotnie.

_Gdzie oni w ogóle mieszkają?_

– Lav! – słyszę nagle i zamieram, jakby to miało sprawić, że stanę się niewidzialna.

Niestety – niespodzianka – nic z tego.

_Dalej, Lav, wiedziałaś, że dziś będziesz musiała się ze wszystkimi zmierzyć. Nie możesz się ciągle chować. Dasz sobie radę._

– Hej, Mark – rzucam sztywno, odwracając się do biegnącego w moją stronę chłopca, którego udawało mi się unikać przez ostatnie tygodnie.

_Co zrobi? Czy zacznie na mnie krzyczeć, bo nie uratowałam jego siostry? Czy zacznie okładać mnie swoimi drobnymi pięściami i wybuchnie płaczem, który tak długo i dzielnie powstrzymywał? Czy…_

Nim zdążę dokończyć myśl, chłopiec wpada w moje ramiona. Dłuższą chwilę zajmuje mi ocknięcie się z szoku, ale w końcu również obejmuję chłopca i klepię go niezręcznie po plecach.

– Tak dawno cię nie widziałem, Lavi – mówi, wciąż we mnie wtulony. – Tęskniłem. Storm powiedział, że potrzebujesz czasu, by dojść do siebie, ale ja tak bardzo chciałem cię zobaczyć.

Przełykam ślinę, by nawilżyć wysuszone gardło.

– Też za tobą tęskniłam, mały – odpowiadam.

Mark odsuwa się nieco i unosi głowę, żeby mi się przyjrzeć. Jego mina wyraża konsternację.

– Dlaczego tak dziwnie brzmisz?

Chrząkam.

– Mam chore gardło – wyznaję z nadzieją, że nie będzie drążył tematu.

– Okej – stwierdza tylko chłopiec, po czym robi krok w tył i patrzy na mnie z szerokim uśmiechem. – Też jesteś podekscytowana dzisiejszą imprezą?

Jakaś część mnie jest odrobinę zniesmaczona tym, że zarówno Ash, jak i Mark, a także zapewne wielu innych Strażników odnosi się do dzisiejszej celebracji równonocy jako imprezy. To coś więcej niż zwykła zabawa przy ognisku. Świętujemy nowy sezon, nowy początek, odrodzenie natury, która ponownie zacznie budzić się do życia. Czy są tego świadomi? Czy te kwestie choć przejdą przez ich myśli?

Kiedy czuję lekkie łaskotanie pod skórą, wciskam dłonie głęboko do kieszeni. Biorę kilka głębszych oddechów i odliczam w myślach do dziesięciu.

– Lavi, na pewno wszystko w porządku? – zagaduje Mark, a ja zdążyłam już zapomnieć, że przecież zadał mi pytanie.

Jeśli ośmiolatek, którego uwielbiam, jest w stanie rozbudzić moją klątwę, to mam złe przeczucia na temat dzisiejszego wieczoru.

– Tak, też jestem podekscytowana – kłamię i nawet zdobywam się na uśmiech.

Obejmuję chłopca ramieniem i razem ruszamy w stronę ogromnego zbiorowiska. Kiedy przy postawionym z boku stole zauważam Pam wśród innych wiedźm przygotowujących wszystko do rytuału, nagle się zatrzymuję.

– Pójdę po coś do picia – mówię. – Zobaczymy się później, dobrze?

– Jasne – odpowiada chłopiec, po czym rusza do mamy, a ja odwracam się i kieruję do blatów zastawionych jedzeniem i napojami.

Od samego patrzenia na kanapki, czipsy i inne przekąski robi mi się niedobrze. Biorę więc pierwszą lepszą butelkę i dopiero po chwili orientuję się, że to piwo.

_Czy powinnam pić alkohol? Czy to zaszkodzi, czy raczej pomoże mi utrzymać klątwę uśpioną?_

Upijam kilka łyków i krzywiąc się od cierpkiego smaku, rozglądam się dookoła. _Gdzie jest Ash?_ Przeczesuję wzrokiem wszystkich zebranych, ale nigdzie nie mogę dostrzec przydługiej blond czupryny przyjaciela.

Nie mogę stać w miejscu jak kołek, bo to tylko kwestia czasu, kiedy ktoś podejdzie i do mnie zagada, a wolę sama zdecydować o tym, z kim wejdę w interakcję. Może jednak powinnam zatrzymać Marka przy sobie…

– Lavender – słyszę niespodziewanie i cała się spinam.

Ściskam butelkę tak mocno, że słowo daję, słyszę, jak szkło pęka.

Kiedy dostrzegam, że zbliża się do mnie Meg, nieco się rozluźniam.

Tylko raz miałam okazję rozmawiać z tą wiedźmą, ale do dziś pamiętam ten moment. Dwa dni po powrocie z Bostonu zwołaliśmy obrady, podczas których trzymałam się z boku, starając się po prostu nie stracić nad sobą kontroli. Byłam zdziwiona, kiedy zauważyłam, że do pomieszczenia weszła kobieta ubrana w strój typowy dla Strażników. Zasiadła u szczytu stołu, zaraz przy Stormie, i cały czas brała udział w dyskusji, a mnie oczarowała jej osoba. Mówiła pewnie, zdecydowanie, reprezentując wiedźmy. Zobowiązała się nawet, że sama zadba o to, by zorganizować intensywne treningi dla każdej z nas, byśmy mogły brać czynny udział w walce z tym, co nadchodzi.

Dawno nikt nie wprawił mnie w tak ogromny podziw, dlatego kiedy po wszystkim do mnie podeszła, by się przedstawić, osłupiałam. Czułam się jeszcze bardziej słaba i beznadziejna, kiedy Meg oznajmiła, że jest Strażniczką. Jako jedyna wiedźma ze społeczności regularnie wyrusza z innymi Strażnikami na misje i do tego opanowała magię Mroku do perfekcji. Zaproponowała mi nawet pomoc w szkoleniu mocy…

W skrócie – Meg jest wszystkim, czym sama chciałabym być.

Kiedy tego dnia po naradzie wróciliśmy do domu, Storm dodatkowo oznajmił mi, że kobieta przyjaźni się z jego mamą i jest dla niego niczym ciocia. To sprawiło, że do podziwu dołączyło poczucie ciepła wobec niej.

– Hej, Meg – witam się, a mój głos od wdychania mroźnego powietrza wybrzmiewa wyjątkowo chropowato, na co od razu się krzywię.

– Chcesz dołączyć do rytuału? Przy ognisku jest dużo cieplej – rzuca kobieta, nie zwracając na to uwagi.

Przełykam ślinę i przytakuję, a potem odkładam niedopite piwo.

Koniec uciekania. Potrzebuję tego rytuału. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała zmierzyć się z Pam – stanowi część naszej rodziny, nie mogę wiecznie jej unikać. Nie mogę wiecznie unikać jej smutku i wiążącego się z nim mojego poczucia winy.

– W takim razie chodź, wszystko jest już prawie gotowe.

Kobieta wyciąga rękę, by objąć mnie w podobny sposób, jak ja wcześniej objęłam Marka, ale nagle się powstrzymuje i splata dłonie za sobą, a wyraz jej twarzy wyraża zakłopotanie. Ludzie wiedzą, co mi się przydarzyło. Wiedzą o torturach, a niektórzy nawet widzieli moje blizny, kiedy odkryłam je podczas swojego wielkiego przemówienia w Bostonie. Mimo to nie jestem roztrzaskaną dziewczyną, którą każdy dotyk będzie z powrotem zapędzał do tej zimnej, ciemnej celi.

_Przecież nikt nie musiał mnie nawet dotykać, by sprawiać mi ból._

Dlatego sama wyciągam rękę i sięgam do dłoni kobiety. Ściskam ją, posyłając jej krótki uśmiech, a ona przytakuje ze zrozumieniem. Odebrała to, co chciałam jej przekazać – moją niemą prośbę, by traktowała mnie normalnie.

W końcu ruszamy do wiedźm, które już ustawiły się wokół wielkiego ogniska. Zmierzamy prosto do Pam. Kobieta mnie zauważa, a na jej twarzy pojawia się pełen ciepła wyraz, przez co gardło mocno mi się zaciska. Otwiera usta, by coś powiedzieć, ale nim zdąży wydobyć chociażby słowo, inna, nieznana mi starsza wiedźma zaczyna przemawiać:

– Nigdy nie było nam dane celebrować w tak wielkim gronie. Moje blisko wiekowe serce raduje się na ten widok, ten obraz zjednoczenia i rewolucji. Znowu jesteśmy razem, stoimy jedna za drugą, jakby nic nie mogło nas ruszyć ani zniszczyć… – Urywa, a potem spuszcza głowę i smutno się uśmiecha. – Cóż, do tego nam jeszcze daleko. Wykorzystajmy więc dzisiejszą okazję i wyjątkową energię odrodzenia, by się wzmocnić i zaznaczyć, że wraz z naturą my również powstaniemy na nowo, silniejsze niż kiedykolwiek – kontynuuje. – Wiele z was pochodzi z innych społeczności i zakątków. Wiem, że macie własne sposoby na odbycie tego rytuału, więc nie będziemy nic nikomu narzucać. Przeżyjcie to po swojemu, tak głęboko i prawdziwie, jak tylko potraficie.

Wiedźmy pogrążają się w rytuale – jedne zamykają oczy, drugie łapią się za dłonie, inne zaczynają coś do siebie szeptać, a parę z nich nawet tańczy i śpiewa, podczas gdy ja… Po prostu stoję jak kołek, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nigdy nie byłam pozostawiona sama sobie podczas rytuału. W nielicznych, w których brałam udział, to Camellia wszystkim przewodziła.

– Wystarczy, że wejdziesz w stan medytacji. Wszechświat cię poprowadzi – mówi Meg, łapiąc moją dłoń, a potem posyła mi uśmiech.

Potakuję. Kiedy kobieta zaciska powieki, a jej twarz zaczyna się rozluźniać, postanawiam jej zaufać i robię to samo. Problem w tym, że w momencie, w którym próbuję wyciszyć swoje myśli, wciąż słyszę ją. Klątwa zdaje się szeptać, mruczeć, próbuje wykorzystać tę okazję, by sięgnąć do mojej świadomości, obezwładnić mnie… Gdy tylko się orientuję, co się dzieje, szeroko otwieram oczy. Rozglądam się dookoła i wyciągam dłoń z uścisku Meg, by schować ją głęboko w kieszeni.

Potem znowu badam wzrokiem otoczenie, by ustalić, czy ktoś przypadkiem nie zobaczył cieni. Niemal już oddycham z ulgą, bo wszyscy wydają się w pełni pogrążeni w rytuale, kiedy po przeciwnej stronie dostrzegam Wintera stojącego tuż obok swojej córki. Przygląda mi się, przekrzywiając głowę.

_Czy mógł coś zobaczyć w samym świetle rzucanym przez ognisko? Strażnicy mają wyczulone zmysły, ale czy naprawdę aż tak?_

Panika zaczyna kiełkować w moim wnętrzu, gdy mężczyzna nie spuszcza ze mnie swojego świdrującego wzroku i gdy na nowo czuję łaskotanie pod skórą. Opuszczam głowę z nadzieją, że włosy zasłonią cienie, które mogłyby pojawić się na twarzy. Zaczynam się trząść, bo trzymanie wszystkiego w ryzach w tym momencie kosztuje mnie resztki pokładów energii i samokontroli. I kiedy już myślę, że to koniec – zaraz wybuchnę i zranię wszystkich w zasięgu wzroku – czuję, jak wokół mnie oplata się silne ramię, a chwilę później zostaję przyciśnięta do twardego torsu, podczas gdy leśny zapach wypełnia mi nozdrza.

– Mam cię, Lav. Jestem tu.

_Storm._

– Zabierz mnie stąd, proszę – szepczę.3
TO TY TUTAJ WYDAJESZ ROZKAZY

Lavender

Nie wiem, jak długo Storm zmierza do przodu, ale kiedy się zatrzymuje, nie stawia mnie na ziemi, tylko jeszcze mocniej do siebie dociska, a potem siada z impetem, sadzając mnie na swoich kolanach. Bierze moją twarz w dłonie i wędruje po niej wzrokiem, aż w końcu z ulgą wypuszcza powietrze i wspiera czoło na moim.

– Widział je – chrypię. – Winter je widział.

– To nie ma znaczenia. Było ciemno, łatwo będzie mu wmówić, że coś sobie wyobraził.

Przełykam ślinę, by zwilżyć i rozluźnić ściśnięte gardło.

– Tym nagłym wyparowaniem stamtąd i moim dziwnym zachowaniem trochę potwierdziliśmy, że coś jest na rzeczy.

Storm odsuwa ode mnie głowę, ale tylko na tyle, by móc spojrzeć mi w oczy.

– Nie przejmuj się tym, okej? Zajmę się wszystkimi plotkami.

Spuszczam głowę. _Tego tylko brakowało, bym dołożyła mu kolejnej roboty i zmartwień._

– Niepotrzebnie tu przychodziłam. Myślałam, że rytuał pomoże mi trochę okiełznać klątwę, ale zamiast tego wszystko pogorszyłam.

– Skąd miałaś wiedzieć? Nie obwiniaj się o to, Lav.

Posyła mi uśmiech, ale jest on podszyty zmartwieniem. A ja tak bardzo nie chcę go dłużej martwić swoim stanem…

Odsuwam się powoli i ostrożnie, po czym staję na wciąż rozedrganych nogach.

– Powinnam tam wrócić, by pokazać, że wszystko w porządku – oznajmiam, a kiedy Storm również się podnosi, widzę, że ma ochotę się ze mną nie zgodzić. Zanim zdąży coś powiedzieć, dodaję: – Zwalę wszystko na to, co działo się na wyspie. Ludzie wiedzą, co przeszłam, niech pomyślą, że miałam zwykłe załamanie nerwowe spowodowane traumą czy coś takiego. Ty też używaj właśnie tego wyjaśnienia, kiedy ktoś cię o mnie zapyta, dobrze?

Jego twarz wykrzywia się w żalu.

– Nie musisz tam wracać – mówi. – Naprawdę mogę zająć się wszystkim sam.

Kręcę głową.

– Winter ci nie uwierzy. Musi mnie zobaczyć, by się upewnić, że jestem normalna, zanim zacznie coś podejrzewać. – Milknę na chwilę i splatam przed sobą ramiona. – Może uda mi się wejść do jego głowy, żeby sprawdzić, czy już nie nabrał podejrzeń…

– Nie, nie ma mowy – protestuje od razu Storm, a ja patrzę na niego zdumiona.

– Dlaczego? – pytam.

– Nie powinnaś nadużywać Umysłu.

Unoszę lekko brew.

– Upewnienie się, czy mężczyzna, którego przodkowie założyli zakon specjalizujący się w tępieniu Przeklętych, nie podejrzewa, że jestem jedną z nich, nie wydaje się nadużyciem, tylko koniecznością.

Storm wzdycha ciężko.

– Czy to nie pogorszy twojego stanu? – drąży, a gdy patrzę na niego, unosząc brew, dodaje: – Ash wspomniał, że szczególnie dziś trudniej przychodzi ci panowanie nad klątwą. Czy używanie Umysłu nie sprawi, że będziesz jeszcze bardziej… – Urywa, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.

Dlatego kończę za niego:

– Szalona?

Jego twarz się marszczy.

– Nie jesteś szalona.

– Trochę jestem – przyznaję. – A zwłaszcza tej nocy. Gdy nastanie ranek, powinno być lepiej.

_Taką przynajmniej mam nadzieję._

Oglądam się przez ramię na zebranych przy ognisku ludzi, a na myśl, że mam tam wrócić, ogarnia mnie niepokój.

_Może mogę poczekać jeszcze chwilę…_

Nie zwracając uwagi na to, że zaraz moje ubrania całkiem przemokną, kładę się na śniegu i wzbijam wzrok w niebo.

– Byłem wcześniej u mamy – zaczyna Storm z ostrożnością w głosie. – Dała mi spróbować szarlotki, którą upiekła na dzisiejszy wieczór. Powinna być gdzieś na stołach pośród tony innego jedzenia. Masz ochotę? Mogę ci przynieść.

Ściągam brwi na te dziwne podchody. Przyglądam mu się kątem oka, odpowiadając:

– Zjem później.

Chłopak się spina i znowu ciężko wzdycha.

– No wyduś to z siebie – ponaglam.

– Muszę cię o coś zapytać – stwierdza. – I proszę, nie wymiguj się. – Kuca przy mnie, bada nieufnie moją twarz, aż wreszcie wypala: – Czy ty jesz odpowiednio dużo? Wiem, że miałaś problem z przyjmowaniem jedzenia, ale myślałem, że te objawy już ustąpiły… W tej chwili jednak nie jestem co do tego przekonany.

Podnoszę się na łokciach i patrzę na niego zdezorientowana. Krew w uszach zaczyna mi szumieć, ale szybko doprowadzam się do porządku i odwracam wzrok, a potem pozbywam się z twarzy grymasu zaskoczenia. Doskonale jednak zdaję sobie sprawę z tego, że ta reakcja jest już dość wymowną odpowiedzią.

– Staram się – wyszeptuję mimo to, ciągle unikając jego spojrzenia. – Ale mój żołądek nadal niezbyt dobrze radzi sobie z jedzeniem. Nawet jeśli jakimś cudem uda mi się powstrzymać wymioty, boli mnie później brzuch.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? Mógłbym…

– Nie chciałam dokładać ci zmartwień – wchodzę mu w zdanie. – No i nie zawsze jest źle. Są gorsze i lepsze dni, a zawsze, gdy nadchodzą te lepsze, mam nadzieję, że już tak zostanie.

Zamyśla się na chwilę, po czym kładzie obok na śniegu i przyciska mnie do swojego ciała, a ja wtulam się w niego, czując ulgę, jakbym w jego ramionach naprawdę mogła na chwilę zapomnieć o całym Wszechświecie.

– Musisz mi mówić, kiedy dzieje się coś takiego – szepcze, po czym całuje mnie w skroń. – Nie mogę uwierzyć, że tego nie zauważyłem.

Unoszę głowę i patrząc mu prosto w oczy, pewnym tonem mówię:

– To nie twoja wina. Dobrze to ukrywam.

Czuję cierpki posmak w ustach, gdy wypowiadam następne słowa:

– Zawsze musiałam trzymać w sobie wszystko, co było ze mną nie tak. Chwilę zajmie mi przywyknięcie do rzeczywistości, w której nie muszę tego robić, przynajmniej nie przy wszystkich. A ty musisz pamiętać, że nic z tego nie jest twoją winą.

Jestem z siebie dumna, bo mój głos ani razu nie zadrżał ani się nie zawahał, mimo że dłuższe wypowiedzi wciąż sprawiają mi problem.

To daje mi nadzieję, że może kiedyś faktycznie w pełni dojdę do siebie.

Zauważam, że zsuwam niżej rękawy kurtki dopiero wtedy, gdy Storm klęka przede mną, bierze moje nadgarstki w dłonie i unosi je do ust, by zaraz potem złożyć na nich pocałunki. Uśmiecham się, ale gardło pozostaje ściśnięte.

– Już zawsze będziesz to robił?

– Za każdym razem, kiedy zauważę, że się nimi martwisz lub się ich wstydzisz – oznajmia, a potem wstaje, ciągnąc mnie za sobą. – A teraz chodź. Zrobimy szybką rundę po polanie, żeby każdy zobaczył, że wszystko z tobą w porządku. Ja odbębnię kilka powinności i wrócimy do domu. A jutro z samego rana zaprowadzę cię do Anniki. To nasza Uzdrowicielka, która specjalizuje się też w tych… bardziej magicznych przypadkach.

– Uzdrowicielka? – Kiedyś Storm wypowiedział przy mnie to słowo, ale ono nadal stanowi dla mnie nowość. – Brzmi trochę jak postać wyciągnięta z jakiejś gry wideo.

Śmieje się, a mnie uderza fakt, że nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałam ten dźwięk. Jego też musiało to zdziwić, bo nagle milknie i chrząka.

– Głównie społeczności Strażników mają w swoich szeregach Uzdrowicielki. Pomagają nam, kiedy doznajemy jakichś obrażeń. Są też kimś na wzór lekarza rodzinnego dla naszych mieszkańców.

Przytakuję, a później łapię jego wyciągniętą w moją stronę dłoń i razem wracamy do reszty zgromadzonych. Kilka ciekawskich par oczu od razu nas odnajduje i bez skrępowania się nam przygląda, ale staram się z całej siły ignorować wszystkich poza Stormem i jego kciukiem, który zatacza uspokajające kręgi na wierzchu mojej dłoni.

– Tu jesteście! – woła znajomy głos, a po chwili dostrzegam Reeda idącego do nas szybkim krokiem. – Nie mogłem was nigdzie znaleźć.

– Co się stało? – pyta od razu zaalarmowany Storm.

Kiedy przyglądam się uważniej twarzy młodego Strażnika, również dostrzegam, że coś musi być na rzeczy, bo wydaje się spięty. Rozgląda się dookoła, wyznając:

– Dwa koweny zostały zaatakowane i ograbione. Zginął jeden Strażnik oraz czarownica, która próbowała mu pomóc. Była jego żoną.

Moje serce przestaje bić na kilka sekund. Storm klnie pod nosem.

– Lokalizacje? – rzuca krótko.

– Główny kowen w Kentucky i jeden na południu Idaho.

– Wśród nas jest Strażnik z okolic Idaho – wtrącam, przypominając sobie, że Ash wspominał mi o chłopaku imieniem Dez, z którym jakiś czas temu był na krótkiej misji.

– Zgadza się – mówi Reed. – Pochodzi właśnie z tej zaatakowanej społeczności. Został już wezwany do głównego budynku. Ash, Blaze, Winter, Flint już tam na nas czekają.

– Zaraz przyjdę, odprowadzę tylko Lav…

– Nie – przerywam mu. – Chcę iść z wami.

Storm ściąga brwi.

– Jesteś pewna? Winter…

– Nie boję się go. Poza tym zginęła czarownica… – Kręcę głową i przełykam twardą gulę, która uformowała się w moim gardle. – Zginęła jedna z nas. Muszę tam być. Znajdźcie też Meg.

Reed zerka na Storma, jakby czekał, aż przywódca to zatwierdzi, a on przytakuje i mówi:

– Słyszałeś rozkaz.

Policzki zaczynają mnie szczypać od nagłego rumieńca, a kiedy Reed nas zostawia, rzucam:

– To ty tutaj wydajesz rozkazy.

– Ty również. Zapomniałaś, kto jest moją lewą ręką?

Moje serce omija jedno uderzenie.

– W takim razie ruszajmy.

Kiedy docieramy do głównego gmachu, a przy schodach prowadzących do wejścia dostrzegam małą futrzaną kulkę, szeroko się uśmiecham.

– Luna! Co ty tu robisz? – pytam, a kocica od razu wskakuje mi w ramiona.

– Mogę się założyć, że przyszła tu za Ashem – odpowiada Storm. – Bardzo się ostatnio polubili.

W pewnym sensie Luna stała się kotem należącym do wszystkich. Parę dni temu Storm wspomniał, że wpadła na śniadanie do Pam, a innym razem odwiedziła naszego sklepikarza i cały dzień obserwowała, jak pracuje.

– Myślisz, że mogę wziąć ją do środka? Nie chcę, żeby czekała na mnie na mrozie.

– Jasne.

Zmierzamy do znajdującej się na parterze sali obrad, a Luna wtula się w moją kurtkę. W środku brakuje jedynie Deza, Meg oraz Reeda, który prawdopodobnie szuka wiedźmy wśród innych celebrujących na polanie.

– A ona co tu robi? – rzuca Winter, zanim zdążymy chociażby się przywitać.

Na brzmienie jego wrogiego głosu kotka syczy i zeskakuje z moich rąk. Później wchodzi na stół, a następnie na parapet, gdzie zwija się w kłębek.

– Nie mam dziś ani czasu, ani ochoty na twoje humory, więc jeśli coś ci się nie podoba, to możesz wyjść – odpiera bez zawahania Storm, na co były przywódca mierzy go gniewnym spojrzeniem.

Już wcześniej stosunki między tymi dwoma pozostawały dość napięte, ale podczas mojej kilkutygodniowej… nieobecności coś dodatkowo musiało je zaostrzyć. Z pewnością głównym powodem jest fakt, że stanowisko Wintera objął akurat Storm – syn jego poprzednika, mający skrajnie odmienne poglądy – ale może chodzi o coś jeszcze?

– Myślę, że to ona powinna wyjść.

Widzę, jak były przywódca świdruje mnie wzrokiem, jak uważnie skanuje moją skórę w miejscach, w których jest odsłonięta, a niepokój zaczyna coraz szybciej we mnie kiełkować. Nie potrzebuję dodatkowego potwierdzenia, że Winter zobaczył cienie. Nie zwlekając ani chwili, wchodzę do jego głowy, ale od razu odbijam się od bariery. Mrugam intensywnie, bo wzrok mi się rozmazał, a gdy zauważam na twarzy mężczyzny uśmiech satysfakcji, muszę się odwrócić, w obawie, że czarne plamy znowu wykwitną mi na skórze.

A później przypominam sobie, kim jestem.

– Lavi? – rzuca niepewnym głosem stojący z boku Ash. – Wszystko w porzą… – Milknie, kiedy uciszam go palcem.

Odwracam się z powrotem do reszty, patrząc prosto na Wintera.

– Jest jakiś konkretny powód, że postanowiłeś kazać córce albo innej wiedźmie rzucić na swój umysł zaklęcie bariery? – pytam.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij