Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Nigdy nie będę twoja - ebook

Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 września 2022
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Nigdy nie będę twoja - ebook

Połączenie romansu chwytającego za serce i trzymającego w napięciu thrillera.

Położona w górzystej części północnej Szkocji luksusowa posiadłość Ardnoch staje się wymarzoną kryjówką dla impulsywnej Amerykanki, Regan Penhaligon. Wizyta u mieszkającej tam siostry, Robyn, być może pozwoli jej naprawić życiowy błąd i ukryć się przed darzącym ją obsesyjnym uczuciem niebezpiecznym prześladowcą. Regan postanawia uporządkować swoje życie i odbudować siostrzaną więź.

Wkrótce otrzymuje interesującą propozycję pracy od wdowca Thane’a Adaira. Thane potrzebuje niani dla dwojga swoich dzieci, a widząc, jak bardzo polubiły one Regan, proponuje jej posadę niani. W miarę upływu czasu przystojny Szkot coraz lepiej poznaje prawdziwą naturę Regan, nie potrafi jednak stłumić budzącego się w nim uczucia wobec ślicznej Amerykanki.

Regan nie spodziewała się, że nowy pracodawca wywoła w niej tak intensywne emocje. Nie potrafi się oprzeć sile przyciągającej ją do Szkota, a także miłości do jego dzieci. Kiedy pojawia się postać z przeszłości Thane’a i zagraża jego rodzinie, Regan postanawia wspierać swojego pracodawcę z całych sił. Niestety, Thane podchodzi do niej nieufnie, a to może zburzyć nadzieję na wspólną szczęśliwą przyszłość. Co gorsza, pojawienie się prześladowcy, przed którym Regan uciekła aż do Ardnoch, może pozbawić ją wszelkiej przyszłości.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8251-283-0
Rozmiar pliku: 972 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Regan

Szkockie krajobrazy są wyjątkowe. Połacie soczystej zieleni pięknie kontrastują z ziemią w odcieniach brązu i bursztynu. Za łagodną linią wzgórz nagle wyrastają poszarpane, strome szczyty. Na mnie jednak ta oszałamiająca sceneria nie robiła żadnego wrażenia, kiedy taksówka wiozła mnie z Inverness do hrabstwa Sutherland. Do zamku Ardnoch. Ogarniałam wzrokiem otaczające mnie widoki, ale ich piękno nie poruszało mojego serca. Czułam jedynie nerwowy ucisk w żołądku.

Waga mojej decyzji o ucieczce z Bostonu do Szkocji dotarła do mnie, dopiero kiedy samolot z Londynu podchodził do lądowania w Inverness. Lotnisko było położone w niezwykle malowniczej okolicy. Otoczone pięknymi wzgórzami pobliskie jezioro, czyli _loch_, jak się tutaj mówi, stanowiło kwintesencję pejzażu północnej Szkocji.

A jednak kiedy samolot z lekkim szarpnięciem usiadł na pasie do lądowania, miałam ochotę zwymiotować.

Teraz nerwowo patrzyłam, jak na zegarku w telefonie upływają minuty, i starałam się wyrównać oddech. Jazda krętymi drogami potęgowała mdłości.

– Daleko jeszcze? – zapytałam taksówkarza.

Kolejny raz.

Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym.

– Do Ardnoch zostało jakieś dziesięć minut. – Zmarszczył czoło. – Na pewno tam panią wpuszczą? To długa droga i głupio by było, gdyby odprawili panią z kwitkiem.

Pytał o to trzeci raz. I nie bez powodu. Zmierzaliśmy do posiadłości Ardnoch, w której mieścił się ekskluzywny klub dla elity przemysłu filmowego i telewizyjnego. Wstęp mieli tam tylko członkowie i to dopiero po zapłaceniu kosmicznej opłaty za wejście, oczywiście oprócz rocznej składki. Właścicielem tego interesu był Lachlan Adair, szkocki aktor, do niedawna hollywoodzka gwiazda filmów akcji. Kiedyś posiadłość była siedzibą jego rodziny, ale on przekształcił ją w prestiżowy klub dla wybranych.

A wiedziałam to wszystko, ponieważ moja starsza siostra była w związku z Lachlanem.

– Na pewno mnie wpuszczą – powtórzyłam.

Na myśl o Robyn znów poczułam ucisk w żołądku. Nie mogłam się doczekać, kiedy ją zobaczę, a jednocześnie na myśl o tej chwili ogarniał mnie strach. Popełniłam tak wiele błędów i nie wiedziałam, jak je naprawić.

Przyznanie się do pomyłki zawsze przychodziło mi z trudem. Nie umiałam przepraszać i rozwiązywać konfliktów. Kiedyś Robyn służyła mi wsparciem i radami, ale to się skończyło.

Do ucisku w żołądku dołączył ostry, palący ból w piersi.

– Jeszcze nigdy nie wiozłem nikogo do Ardnoch. Żona mnie przemagluje, żebym opowiedział jej wszystko ze szczegółami, mówię pani. Fascynuje ją życie gwiazd i takich tam, _ye ken_. Często muszę ją tu przywozić, bo ma nadzieję, że zobaczy jakiegoś celebrytę, a może nawet samego Adaira. Jesteśmy z Macduff, to na północny wschód stąd, ale przeprowadziliśmy się do Sneck – to w hrabstwie Inverness, _ye ken_ – żeby być bliżej dzieciaków i wnuków, ale czasami sobie myślę, że żona chciała zamieszkać bliżej Ardnoch. – Parsknął śmiechem i zupełnie mu nie przeszkadzało, że nie rozumiałam połowy z tego, co mówił.

Czy w Szkocji wszyscy mają taki niezrozumiały akcent? Jeśli tak, to już po mnie.

– Udało się pani trafić na piękny dzień. Można dziś podziwiać szkockie góry w całej ich krasie. Ale pogoda potrafi tu być okropna, a lato szybko się kończy – mówił pośpiesznie, z silnym miejscowym akcentem. – Przydadzą się gumiaki i ciepły sweter. W mgnieniu oka ładny dzień może się zamienić w szarugę i zawieruchę. Mam nadzieję, że spakowała pani coś więcej niż letnie szmatki?

Wyczułam, że zadał mi jakieś pytanie.

– Tak, tak – odrzekłam.

– A, to dobrze. Zapobiegliwa dziewczyna. To lubię. – Zerknął na mnie w lusterku. – Dobrze się pani czuje? Wygląda pani mizerniutko.

Zrozumiałam mniej więcej połowę.

– Nic mi nie jest.

Właściwie nie kłamałam. Cholernie się bałam spotkania z Robyn, ale jednocześnie czułam ulgę, że nie jestem już w Bostonie i jadę do jednej z najbardziej strzeżonych posiadłości na świecie. Środki ostrożności jeszcze zaostrzono od czasu, gdy była członkini klubu chciała zamordować Lachlana i moją siostrę.

Na myśl o tym drgnęłam nerwowo. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że mogło jej się coś stać. I właśnie dlatego nasze stosunki przybrały katastrofalny obrót.

Zdecydowałam się odwiedzić Robyn o wiele za późno. Nie miałam na to żadnego usprawiedliwienia.

Robyn – moja starsza siostra, moja idolka, najbliższa mi istota – najprawdopodobniej teraz mnie nienawidziła.

Co mogłam zrobić?

Jak zacząć?

Zachować się jak zwykle, beztrosko i niefrasobliwie?

A może powinnam paść na kolana i błagać o wybaczenie?

Ta druga wizja sprawiła, że mimowolnie się skrzywiłam. Nie miałam skłonności do przepraszania na kolanach. A przecież nikt bardziej nie zasługiwał na przeprosiny niż Robyn. Ostatnie półtora roku to był najtrudniejszy okres jej życia. A gdzie wtedy byłam ja?

Ukrywałam się.

Jak ostatni tchórz.

Zagryzłam wargę, by powstrzymać łzy, i niewidzącym wzrokiem patrzyłam na las przewijający się za oknem taksówki. Nigdy nie trafiła mi się lepsza okazja, żeby przetestować swoje zdolności aktorskie.

– Jesteśmy prawie na miejscu – oznajmił taksówkarz.

Usłyszałam sygnał włączonego migacza, a po chwili samochód skręcił w prawo, na krótki żwirowy podjazd. Niespodziewanie drogę zagrodził nam wysoki ceglany mur z solidną bramą z kutego żelaza.

– Co teraz? – zapytałam.

– Ni wim. – Odwrócił głowę i spojrzał na mnie badawczo. – Ma pani numer telefonu do kogoś w środku?

Miałam. Znałam numer telefonu Robyn, którego używała do rozmów międzynarodowych, ale jeszcze nigdy z niego nie korzystałam. Miałam też nadzieję, że nie będzie pierwszą osobą, którą zobaczę po przekroczeniu bramy. Liczyłam na to, że otworzy mi na przykład wujek Mac.

Myśl o wuju wywołała we mnie sprzeczne uczucia. Cieszyłam się, że poznam biologicznego ojca Robyn, ale jednocześnie nadal go nienawidziłam za to, że ją opuścił i naraził na cierpienie.

Jesteśmy z Robyn siostrami przyrodnimi. Mój tata to Seth Penhaligon, detektyw z Bostonu. Tata Robyn, Mac, jest Szkotem i poznał naszą mamę, Stacey, kiedy przyjechał do Stanów w odwiedziny do krewnego. Skłamał na temat swojego wieku – miał wtedy zaledwie piętnaście lat! Mama, młoda studentka, zaszła z nim w ciążę. Wkrótce potem się rozstali, a Mac przedstawił mamie mojego tatę. Wtedy wujek był już policjantem, tak samo jak tata, chociaż Mac w końcu opuścił szeregi policji i zaczął pracę w firmie ochroniarskiej.

Uwielbiałam wujka Maca. Był rosłym, przystojnym Szkotem, znającym mnóstwo niesamowitych historii. Kiedy miałam osiem lat, a Robyn dwanaście, zaczął pracować w zespole ochroniarskim młodego aktora hollywoodzkiego, Lachlana Adaira. Jeszcze raz odwiedził Robyn, kiedy miała czternaście lat, ale potem zniknął na dobre.

Zobaczyła go dopiero pół roku temu, kiedy przyjechała do Szkocji, żeby go odszukać. Mac był wtedy przełożonym pracowników ochrony w Ardnoch.

A Robyn spotkało tu więcej dramatycznych wydarzeń, niż mogła się spodziewać.

Wyrzuty sumienia zabolały mnie niczym nóż wbity w serce.

– To jak? – zapytał taksówkarz.

– Nooo… – Zerknęłam na telefon.

Cholera jasna. Spodziewałam się, że przy bramie będzie jakaś budka ze strażnikiem. Zanim zdążyłam otworzyć usta, żeby mętnie się wytłumaczyć, dlaczego nie chcę zadzwonić do kogoś, kto mógłby zagwarantować mi wstęp do posiadłości, taksówkarz znów się odezwał:

– Ktoś jedzie.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam czarnego range rovera, który zbliżał się do nas żwirową drogą, otoczoną z obu stron ciemnym lasem. Samochód się zatrzymał i wysiadł z niego jakiś mężczyzna. Jak na pracownika ochrony był ubrany zbyt elegancko, w czarne spodnie i pięknie skrojoną koszulę w tym samym kolorze. Na nosie miał modne okulary przeciwsłoneczne. W jego lewym uchu zauważyłam słuchawkę.

– Kolej na panią – powiedział taksówkarz.

Wzięłam głęboki oddech i wysiadłam z samochodu, nie zważając na to, że moje wysokie szpilki wbijają się w żwir. Wyprostowałam się, przywołałam na twarz szeroki uśmiech i chwiejnie, ale z wdziękiem ruszyłam do bramy.

– To jest teren prywatny. Muszę poprosić panią o opuszczenie posesji – odezwał się mężczyzna zza bramy.

Miał delikatny szkocki akcent, ale przynajmniej mogłam go zrozumieć.

– Nic z tego, przystojniaku – odrzekłam z uśmiechem, opierając dłoń na pręcie bramy. – Przyjechałam w odwiedziny do siostry.

Wyraz jego twarzy się nie zmienił, chociaż przez ciemne okulary nie mogłam być tego pewna.

– A ta siostra to kto?

– Twoja szefowa, przystojniaku.

– Proszę wyjaśnić.

Chociaż byłam zdenerwowana, uśmiechnęłam się szczerze. Facet chyba żartował.

– Jestem Regan Penhaligon. Siostra Robyn.

Nie miałam pewności, ale chyba dostrzegłam lekką zmianę w jego podejściu.

– Ma pani jakiś dokument?

– Mam paszport.

– Muszę go zobaczyć.

– Widzę, że ochrona w Ardnoch bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki, prawda?

„I bardzo mi to odpowiada”, pomyślałam wracając do taksówki po paszport.

– Wszystko w porządku? – spytał kierowca, kiedy otworzyłam drzwi pasażera.

– Terminator przy bramie żąda potwierdzenia mojej tożsamości – wyjaśniłam, przeszukując torebkę.

Taksówkarz parsknął śmiechem, a ja w końcu znalazłam dokument.

Miałam ochotę pobiec sprintem do bramy. Teraz, kiedy do spotkania z siostrą zostało tak niewiele czasu, chciałam już mieć je z głowy. Musiałam się dowiedzieć, czy mnie znienawidziła, czy może jeszcze mamy szansę o wszystkim zapomnieć. Zachowałam jednak zimną krew i spokojnym krokiem podeszłam do ochroniarza.

– Proszę bardzo. – Podałam mu paszport między dekoracyjnymi prętami bramy.

Wziął go ode mnie, otworzył i szybko przebiegł wzrokiem odpowiednią stronę.

– Proszę chwilę zaczekać – nakazał.

Przywarłam do bramy, a on podszedł do SUV-a, pochylił się i powiedział coś niezrozumiałego do kogoś w środku. Wrócił po kilku sekundach.

– Poproszę panią i taksówkarza o oddanie wszelkich urządzeń nagrywających – telefonów, aparatów fotograficznych i tym podobnych.

– Mówisz poważnie?

Popatrzył na mnie z kamienną twarzą.

Mówił poważnie.

Z westchnieniem oddałam mu komórkę i wróciłam do taksówki, żeby przekazać wiadomość kierowcy. To żądanie nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.

– Nie denerwuje to pana? – zapytałam cicho.

– Nie, skąd. Mogli pani kazać się przesiąść. Ale najwyraźniej chcą, żebym to ja wwiózł panią do środka. Niewiele osób ma możliwość przekroczyć bramę tej posiadłości. Żona oszaleje, jak to usłyszy!

– Dobra, niech będzie.

Zadowolona, że taksówkarz zachował dobry humor, zaniosłam jego telefon ochroniarzowi.

– Proszę powiedzieć swojemu kierowcy, że brama za chwilę się otworzy – poinstruował mnie. – Ma jechać za mną i nigdzie nie skręcać. Kiedy dostarczymy panią na miejsce, odeskortujemy go z powrotem do bramy i wtedy będzie mógł odebrać telefon.

Jego zasadniczy ton tak bardzo mnie rozbawił, że niemal przestałam się denerwować spotkaniem z Robyn.

– Tak jest, panie sierżancie – odrzekłam służbiście i wsiadłam do samochodu, żeby przekazać informację taksówkarzowi.

Po chwili oczekiwania zobaczyłam, że range rover zawrócił, a brama się otworzyła.

Znów poczułam ucisk w żołądku, jeszcze silniejszy niż przedtem.

– Moja Carolann w to nie uwierzy. Szkoda, że zabrali mi telefon. Przydałoby się pstryknąć kilka fotek.

Nie potrafiłam wydusić żadnej odpowiedzi.

Przycisnęłam czoło do szyby. Taksówka wolno jechała szutrową drogą, otoczoną gęstym lasem. Światło przedzierało się przez korony drzew, kładąc się jasnymi smugami przed samochodem. Upłynęło sporo czasu, zanim wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie jaskrawe słońce oświetlało starannie wypielęgnowane trawniki. Ciągnęły się kilometrami, najpierw na płaskim terenie, a dalej, za jakimś olbrzymim gmaszyskiem, na łagodnie wznoszących się wzgórzach. W oddali dostrzegłam niewielkie chorągiewki, charakterystyczne dla pola golfowego.

Żwirowy podjazd wiódł do wielkiej budowli, wznoszącej się teraz przed nami.

Nie była to zwykła budowla, tylko zamek.

Prawdziwy zamek.

Facet mojej siostry był właścicielem cholernego zamku.

Z wieżyczkami i takimi tam.

– O w mordę! – szepnęłam, kiedy podjechaliśmy bliżej.

Zamczysko miało sześć pięter wysokości i wyglądało na bardzo stare. Przypominało Downton Abbey, ale było większe. Myśl o Downton Abbey przypomniała mi czasy, kiedy oglądałam ten serial wraz z Robyn po kilka odcinków z rzędu, zarywając noce. Znów poczułam przeszywający ból w piersi i nerwowe skurcze żołądka. Przyglądając się zdobieniom na frontonie zamku i powiewającej na wietrze szkockiej fladze z krzyżem św. Andrzeja, wzięłam głęboki oddech.

Dopiero wtedy zauważyłam kilkoro ludzi przed majestatyczną budowlą, którzy czekali na nasze przybycie.

Czekali na mnie.

Taksówka się zatrzymała, a ja skupiłam wzrok na siostrze.

Robyn.

Stała przytulona do boku obejmującego ją ramieniem mężczyzny i wpatrywała się w taksówkę. Miała na sobie strój sportowy, twarz niemal bez makijażu i włosy związane w koński ogon.

Wyglądała przepięknie.

Zalała mnie fala wspomnień, co sprawiło, że miałam ochotę wyskoczyć z samochodu, rzucić się siostrze w ramiona, powierzyć jej wszystkie swoje troski i oddać się pod jej opiekę.

Wiedziałam jednak, że w obecnej sytuacji byłoby to niemożliwe.

Wobec czego przywołałam na twarz wymuszony uśmiech, z rozmachem otworzyłam drzwi i wysiadłam z taksówki. Oparłam dłoń na biodrze, przechyliłam wdzięcznie głowę i uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, żeby na moich policzkach ukazały się dołeczki.

– Cześć, siostrzyczko! – Puściłam do niej oko. – Stęskniłaś się za mną?ROZDZIAŁ DRUGI

Regan

Po zirytowanej minie Robyn poznałam, że powitałam ją w najgorszy możliwy sposób.

Znałam siostrę jak nikogo innego na świecie.

Wiedziałam, że pod złością kryje ból.

Spoważniałam i ignorując dwóch towarzyszących jej mężczyzn, podeszłam bliżej.

– Bo ja się za tobą stęskniłam – wyznałam.

Robyn wyswobodziła się z objęć Lachlana Adaira – oczywiście to był on – i skrzyżowała ramiona na piersi w obronnym geście.

– To dziwne, bo przez ostatnie półtora roku wcale na to nie wyglądało. Nie odezwałaś się po tym, jak mnie postrzelono, ani po tym, jak mój ojciec został ugodzony nożem, ani nawet po tym, jak Lucy Wainwright próbowała zamordować Lachlana i mnie.

Z wysiłkiem przełknęłam ślinę, starając się zachować spokój. Moja siostra była policjantką i została ranna na służbie. Od tego momentu życie wyrwało mi się spod kontroli. Robyn odeszła z policji, zajęła się biznesem fotograficznym i mniej więcej po roku od wypadku wyjechała do Szkocji, żeby odnaleźć ojca, Maca Galbraitha, i uregulować swoje kontakty z nim. Mama i tata twierdzili, że udało im się wszystko sobie wyjaśnić, chociaż przy okazji Robyn zakochała się w szefie i najlepszym przyjacielu Maca, Lachlanie Adairze.

Jeśli natomiast chodzi o Lucy Wainwright, to była ona słynną aktorką, zdobywczynią Oscara, członkinią klubu i przyjaciółką Lachlana. Z opowieści mamy wynikało, że Lucy chciała od Lachlana czegoś więcej niż przyjaźń, a kiedy się okazało, że nic z tego, zaczęła zostawiać w całej posiadłości wiadomości z pogróżkami. Sprawy przybrały dramatyczny obrót, kiedy przyłączył się do niej mechanik, jeden z pracowników posiadłości. To on ugodził Maca nożem, zaatakował Robyn, spychając jej samochód z drogi, a potem pomógł Lucy porwać Lachlana. Robyn odnalazła Adaira i z pomocą miejscowego farmera udało im się ujść cało prześladowcom. Mechanik nie miał tyle szczęścia. Lucy zabiła go tuż przed tym, jak podjęła próbę zamordowania mojej siostry. Aktorka stanęła przed sądem, co oznaczało, że Robyn również musiała brać udział w procesie, jako świadek.

Przez cały ten czas byłam nieobecna w jej życiu i nie miałam na to żadnego usprawiedliwienia.

W każdym razie żadnego przekonującego usprawiedliwienia.

Robyn była bardzo dzielna. Ja byłam zwykłym tchórzem.

– Ale teraz przyjechałam. – Otoczyłam ją ramionami i uściskałam.

Łzy zapiekły mnie pod powiekami, więc zamknęłam oczy. Wyczułam, że siostra zmieniła perfumy. Przez długie lata używała tego samego zapachu. Teraz pachniała inaczej.

I w ogóle robiła wrażenie innej osoby.

W moich objęciach pozostała sztywna i wyprostowana.

Dawno, dawno temu uścisk Robyn nie miał sobie równych.

Zdałam sobie sprawę, że nie odwzajemni mojego gestu, i z bólem serca wypuściłam ją z objęć. Wtedy ona wydała cichy, stłumiony jęk i objęła mnie mocno.

Łzy popłynęły mi z oczu, oparłam policzek o jej ramię i przywarłam do niej kurczowo. Przytuliła mnie tak ciasno, że ledwo mogłam oddychać, ale wcale mi to nie przeszkadzało.

– Czasami miałam ochotę cię zamordować – wyszeptała ochryple.

Usłyszałam ból w jej głosie, otworzyłam oczy i napotkałam chłodny wzrok Lachlana. Jego błękitne oczy się zwęziły, a mina ze srogiej zmieniła się w zatroskaną. Najwyraźniej dostrzegł coś w mojej twarzy. Zmieszana uwolniłam się z uścisku Robyn i żartobliwie klepnęłam ją w ramię.

– Gdybyś to zrobiła, na świecie zapanowałaby nuda.

Siostra przyglądała mi się uważnie swoimi przenikliwymi oczami. Zawsze zazdrościłam jej, że odziedziczyła po Macu takie piękne oczy. Podobnie jak moje, były duże i owalne, ale choć zwykle wydawały się piwne, ich kolor zmieniał się w zależności od nastroju Robyn i od otaczających ją kolorów. Moje były zwyczajnie brązowe.

– Nie chcę przeszkadzać, ale licznik tyka, _ya ken_ – zawołał taksówkarz przez okno samochodu.

– Słucham? – Znów nie wszystko zrozumiałam.

– Licznik. Tyka. _Ya. Ken_ – powtórzył głośno i dobitnie, jakbym była głucha.

Trzeba przyznać, że kiedy usłyszałam to wypowiedziane wolno i donośnie, wyłowiłam słowo „licznik” i dzięki temu domyśliłam się, o co mu chodzi.

– Cholera. Jasne. – Zerknęłam na Robyn. – Poczekaj, muszę mu zapłacić. – Ściszyłam nieco głos. – On jest trochę dziwny. Przez całą drogę gadał o jakimś Kenie. Jakby myślał, że wiem, co to za jeden.

Nagle w oczach Robin pojawiła się wesołość. Cicho parsknęła śmiechem.

– O co chodzi?

Znów parsknęła wesoło i wyjaśniła głosem drżącym z rozbawienia:

– On mówi „no wiesz”. _Ken_ to po szkocku „wiedzieć”.

Roześmiałam się głośno z własnego błędu. Patrzyłyśmy na siebie szczerze rozbawione.

Po chwili na twarzy Robyn pojawiło się coś w rodzaju nieufności, a wesołe iskierki zgasły tak szybko, jak przed chwilą rozbłysły.

– Jock ureguluje rachunek. – Lachlan podszedł do nas i skinął głową do kogoś za moimi plecami.

Odwróciłam się i zobaczyłam Sierżanta sprzed Żelaznej Bramy, najwyraźniej znanego tu jako Jock. Właśnie płacił taksówkarzowi. Jakiś człowiek ubrany w nowoczesną wersję liberii wyjmował moją walizkę z bagażnika. Tutaj naprawdę było jak w Downton Abbey albo przynajmniej jak w jednej z posiadłości opisywanych w moich ukochanych romansach historycznych.

– Zostawiłam torebkę na tylnym siedzeniu – oznajmiłam, ale facet w liberii już ją wyjął z samochodu. – Dziękuję! – Pomachałam taksówkarzowi, a ten pożegnał mnie szerokim uśmiechem.

– Wiesz, wystarczyło po prostu odpowiadać na moje telefony – powiedziała Robyn. – Nie musiałaś się tłuc taki szmat drogi do Szkocji.

– Ależ musiałam. Chciałam się upewnić, że u ciebie wszystko w porządku. I musiałam sprawdzić, co cię tutaj tak urzekło. – Ukryłam, że jej wyprowadzka z Bostonu bardzo mnie zraniła.

Czy w ogóle o mnie pomyślała, kiedy postanowiła wyjechać na inny kontynent?

Własny egoizm czasami napawał mnie niesmakiem. Robyn nie była mi nic winna.

Na pewno przede wszystkim urzekł ją Lachlan, którego widziałam milion razy w różnych filmach. Mierzył ponad metr osiemdziesiąt i miał sylwetkę gwiazdy filmów akcji, podkreśloną przez dobrze dobrany strój. Obrazu dopełniały blond włosy w odcieniu piaskowym, policzki z lekkim zarostem i surowe rysy twarzy. Jednym słowem: ciacho.

Napotkałam wzrok wujka Maca.

Poczułam, że sztywnieję.

Wyglądał… zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. Na pewno o wiele młodziej. Ale w końcu miał tylko jakieś czterdzieści pięć lat. Jednak nie wyglądał nawet na tyle. Równie wysoki i barczysty jak Lachlan, chyba jeszcze bardziej umięśniony, miał na sobie obcisły czarny T-shirt, który podkreślał zalety jego sylwetki. Szpakowate włosy lekko wiły się na karku. Podobnie jak Lachlan, nosił modny trzydniowy zarost.

Bardzo przypominał tego gościa, który grał w serialach _Czysta krew_ i _Magic_ _Mike_. Nie wydawał się ani o rok starszy niż Adair.

Nie mogłam mówić do niego „wujku”. Brzmiałoby to dziwacznie.

– Rany, Mac, nie widziałam cię od wieków, a ty nic a nic się nie postarzałeś. – Z namysłem oszacowałam go wzrokiem. – Skoro Robyn ci przebaczyła, to pewnie i ja powinnam?

– Upłynęło wiele czasu, Regan. Martwiliśmy się o ciebie – odrzekł poważnie.

Mój uśmiech nieco zbladł.

– Martwiliście się o mnie? Ale po co? U mnie wszystko fantastycznie. – Zakręciłam pirueta i wskazałam na zamek. – I najwyraźniej u Robyn też. – Zerknęłam na siostrę. – Ma chłopaka z zamkiem. Fajnie.

– Narzeczonego – sprostowała Robyn, unosząc lewą dłoń.

Brylant na jej palcu zaiskrzył oślepiająco w słońcu.

Zatkało mnie.

Robyn się zaręczyła.

Miała wyjść za mąż za Lachlana Adaira.

Moja siostra zamierzała wziąć ślub, a ja nic o tym nie wiedziałam?

Już nigdy nie wróci do Bostonu.

Miałam ochotę na nią nawrzeszczeć, a Lachlanowi powiedzieć, żeby spierdalał. Dlaczego nie mógł sobie wybrać jakiejś innej z milionów kobiet, które dałyby się posiekać za znajomość z nim?

Prawdę mówiąc, wiedziałam dlaczego.

Takiej drugiej jak Robyn nie znalazłby na całym świecie.

Była wyjątkowa.

A ten drań złowił ją i zatrzymał dla siebie.

Teraz patrzył na mnie ostro, badawczo. Szybko opanowałam gniew, wzruszyłam ramionami i wyrzuciłam ręce w górę.

– Z takiej okazji należy otworzyć szampana! – zawołałam trochę zbyt piskliwie.

Moja siostra nie miała racji, kiedy przekonywała mnie, żebym nie uciekała do Nowego Jorku, żeby zostać aktorką. Byłaby ze mnie prawdziwa gwiazda sceny i ekranu.

Robyn i Lachlan nie poczęstowali mnie szampanem, tylko zapakowali do innego range rovera wraz z bagażem i powiadomili, że zatrzymam się w domu Adaira. Ta niemiła wiadomość zdenerwowała mnie, ale starannie ukryłam niepokój. W swojej naiwności założyłam, że Lachlan mieszka na terenie klubu.

Na terenie ściśle strzeżonym.

Tak nie było.

Nawet nie oprowadzili mnie po posiadłości, tylko od razu wywieźli poza teren klubu.

Stałam na skraju tylnego dziedzińca domu Lachlana – na trawiastym klifie wznoszącym się nad morzem – i przetrawiałam uczucie, którego się wstydziłam.

Zazdrość.

Rześki, chłodny wiatr owiewał moje ciało, szarpiąc i niebezpiecznie unosząc skraj krótkiej sukienki. Nie przejmowałam się tym. Kto mógł mnie tu zobaczyć? Dom narzeczonego mojej siostry znajdował się gdzieś na końcu świata. Gdyby nie to, że nieopodal stał identyczny dom, mogłabym pomyśleć, że trafiłam w najodleglejszy, całkowicie opustoszały zakątek planety.

„Narzeczony mojej siostry”.

Znów poczułam bolesną kluchę w gardle.

Napływające do oczu łzy sprawiały, że poczułam się mała i infantylna. Nie mogłam wyrzucić z pamięci obrazu Robyn tulącej się do Lachlana, kiedy ja czekałam na tylnym siedzeniu SUV-a. On pochylił ku niej czoło i powiedział coś cicho. Najwyraźniej chciał się upewnić, czy nic jej nie jest.

Nie usłyszałam, co odpowiedziała, ale to chyba nie była pozytywna odpowiedź. Pocałowali się przelotnie, ale z takim uczuciem, że musiałam odwrócić wzrok. Poczułam się jak podglądacz.

Nie chodziło o niezwykłe otoczenie, w jakim się znalazłam. Najbardziej wytrącał mnie z równowagi widok Robyn i Lachlana razem. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby była z kimś tak blisko. Patrzyła na niego, jakby był całym jej światem. A on odwzajemniał się tym samym.

Stłumiłam zazdrość.

Nie zazdrościłam jej, że odnalazła takie uczucie – zawsze jej tego życzyłam. Pragnęłam, żeby miała najwspanialsze, najbardziej spełnione życie, jakie można sobie wyobrazić. Jednak teraz poczułam, że tracę ją jeszcze bardziej niż dotychczas.

Narzeczony.

– Kiedy się zaręczyliście? – spytałam, gdy wsiedli do samochodu.

– Oświadczyłem się całkiem niedawno – odrzekł Lachlan.

Nastrój nieco mi się poprawił. Wcześniej podejrzewałam, że być może powiedziała rodzicom, ale zabroniła im przekazać tę nowinę mnie. Bolała mnie myśl, że mogłaby nie podzielić się ze mną tak ważną wiadomością.

Czyniło to ze mnie totalną hipokrytkę, ponieważ ja od ponad roku ukrywałam przed nią różne rzeczy.

Mimo wszystko. Robyn wychodziła za mąż.

I to na dodatek za samego Lachlana Adaira.

Wiedziałam, jaką kiedyś darzyła go niechęcią – winiąc go za to, że Mac ją porzucił – dlatego przeżyłam wstrząs, kiedy rodzice powiedzieli mi, że jest z nim w związku i zamieszkała w Szkocji.

Nasze drogi się rozeszły.

Życie potrafi zaskoczyć, prawda?

– Kto ty jesteś?

Drgnęłam zaskoczona.

Wysoki, dziecięcy głosik rozległ się gdzieś po prawej stronie.

Dziedziniec domu Lachlana nie był oddzielony ogrodzeniem od posesji sąsiada. Wydało mi się to dziwne. Jego piękny dom, starannie zaprojektowany w nowoczesnym stylu, stał nad wodą, tuż za terenem Ardnoch, w wiosce, którą Lachlan nazwał Caelmore.

Potrzebowałam chwili oddechu. Nie chciałam też, żeby siostra poznała, jak bardzo udawany jest mój beztroski nastrój. Zostawiłam więc bagaż w luksusowym pokoju gościnnym, do którego zaprowadził mnie Lachlan, zrzuciłam buty i przez szerokie, rozsuwane przeszklone drzwi na tyłach olbrzymiego salonu wyszłam na taras, który kończył się schodami prowadzącymi na trawnik ciągnący się aż na skraj klifu.

Wzdłuż brzegu urwiska pobudowano barierę zabezpieczającą. Spojrzałam na dwoje małych dzieci, które przyglądały mi się ciekawie, i domyśliłam się, że wzniesiono ją dla ich bezpieczeństwa. Oboje mieli ciemne włosy i byli ubrani w jasnoniebieskie sweterki z wyszytym na froncie emblematem. Dziewczynka miała na sobie niebiesko-czarną plisowaną spódniczkę, a chłopiec czarne spodenki. Mundurki szkolne.

– Cześć. – Uśmiechnęłam się szeroko i podeszłam bliżej. – Jestem Regan.

Chłopiec wyprostował się, mężnie wypiął pierś i chwycił młodszą dziewczynkę za rękę.

– Niestety, nie wolno nam rozmawiać z obcymi. – Mówił z ładnym angielskim akcentem, przez który tylko czasami przebijał szkocki ton, zwłaszcza kiedy wymawiał „t”.

Skinęłam głową, starając się nie roześmiać.

– To bardzo mądra zasada. Ale to wy pierwsi mnie zaczepiliście.

Chłopiec spojrzał zirytowany na swoją towarzyszkę.

– To wina Eilidh. – _Ejli_. Tak wymówił jej imię. – Eilidh, dobrze wiesz, że nie wolno nam tego robić.

Mała zupełnie nie zwróciła na niego uwagi. Gapiła się na moje stopy.

– Gdzie masz buty?

Poruszyłam palcami w chłodnej trawie i gestem wskazałam na dom.

– Zostawiłam je w środku.

Chłopiec zmarszczył czoło.

– Znasz wujka Lachlana i ciocię Robyn?

Poczułam się tak, jakbym dostała cios w żołądek.

– Ciocię Robyn? – powtórzyłam cicho.

Malec skinął głową.

– Zostanie żoną wujka, więc wolno nam ją tak nazywać.

Coś mnie ścisnęło w piersi.

– Mieszkacie tu obok?

Chłopiec rzucił mi podejrzliwe spojrzenie.

– Chyba nie powinienem odpowiadać na to pytanie. Nadal jesteś obca.

Roześmiałabym się w głos, gdyby nie to, że właśnie walczyłam z paraliżującą zazdrością i poczuciem krzywdy. Moja siostra wyjechała na koniec świata i stworzyła tu sobie nowe życie, w którym nie było dla mnie miejsca.

– Eilidh, Lewis! – dobiegł mnie niski męski głos, co rozproszyło moją uwagę.

Zmierzał ku nam wysoki, barczysty mężczyzna o nieco zaniedbanym wyglądzie. Stanął za dziećmi i opiekuńczo położył dłonie na ich ramionach.

– Kogo my tutaj mamy? – spytał, mierząc mnie wzrokiem.

Zbliżyłam się do niego i spostrzegłam, że jego spojrzenie powędrowało ku moim bosym stopom. Mogłabym przysiąc, że wargi mu zadrżały z rozbawienia, ale trudno było to stwierdzić z pewnością, ponieważ jego usta otaczała gęsta broda w kolorze brązu.

– Hej. – Wyciągnęłam ku niemu dłoń. – Jestem Regan Penhaligon.

Jego niebieskoszare oczy nieco się zwęziły, ale szybko ujął moją rękę i uścisnął ją mocnym, zdecydowanym ruchem. Wyczułam, że skórę dłoni ma stwardniałą i szorstką.

– Jesteś siostrą Robyn?

– Owszem. – „A ty?”.

– Nazywam się Thane i jestem bratem Lachlana – odpowiedział na moje niezadane pytanie. – A to moje dzieci: Eilidh i Lewis. Mieszkamy tu obok. Robyn nie wspominała, że masz przyjechać.

Z uśmiechem wzruszyłam ramionami.

– Zrobiłam jej niespodziankę – odrzekłam beztrosko.

Jego oczy zmieniły kolor na chłodny błękit.

– Rozumiem – odrzekł.

Odniosłam wrażenie, że rzeczywiście rozumie sytuację.

Ze wstydu chciałam zapaść się pod ziemię.

Nie byłam głupia. Nie tylko Robyn odnosiła się do mnie z chłodną rezerwą. Mac i Lachlan traktowali mnie równie ozięble. Zasłużyłam sobie, ale i tak było to okropne. Najwyraźniej Robyn powiedziała Lachlanowi i Macowi, jak ją zawiodłam, a Lachlan pewnie rozgłosił tę wieść wśród swojej rodziny.

– Czy to nie cudownie? – Uśmiechnęłam się nieszczerze. – Pierwszy raz jestem w Szkocji. A tak przy okazji, te domy są wspaniałe.

– Tata je zaprojektował – wtrącił Lewis. – Jest arki… architektem. Ja też kiedyś zostanę architektem, jak tata!

Ho, ho!

Zobaczyłam Thane’a w nowym świetle. Z wyglądu przypominał raczej drwala. Miał gęste blond włosy w odcieniu piaskowym, ciemniejszą brodę, zdecydowanie wymagającą przystrzyżenia, i niedbały strój, który nie miał wiele wspólnego z szykiem, jakiego się oczekuje od właściciela wiejskiej posiadłości. Robiony grubym ściegiem sweter swoje najlepsze dni miał już za sobą, a dżinsy były tak wyblakłe i znoszone, że aż dziw, że się nie rozpadły. Na nogach miał zabłocone buty trekkingowe.

Trudno było przypuszczać, że to niezwykle utalentowany architekt.

Jednak kto jak kto, ale ja powinnam pamiętać, że nie należy sądzić ludzi po pozorach.

– Są niesamowite – rzekłam z niekłamanym zachwytem. – Te domy są naprawdę piękne. – Sąsiadujące ze sobą posesje były niemal identyczne, choć na każdej, oprócz głównego domu, stał drugi budynek innej wielkości, zbudowany z takich samych materiałów.

Ten na terenie Thane’a był trochę większy i wyglądał na domek dla gości.

– Dziękuję – odparł niepewnie.

– Tatusiu, czy ja też mogę zdjąć buty? – zapytała go nagle córka.

– Chodzenie boso jest całkiem przyjemne – powiedziałam z uśmiechem.

– Przeziębisz się. – Thane potrząsnął głową. – Zresztą już pora na podwieczorek. – Poprowadził dzieci w stronę domu.

Zaciekawiło mnie, gdzie jest ich matka. Czy czeka na nich w domu z herbatą?

– Thane! – Głos Lachlana niósł się daleko i donośnie.

– Wujek Lachlan! – Eilidh pomknęła przed siebie jak strzała.

Lachlan szybko zbiegł ze schodów tarasu i chwycił bratanicę w ramiona. Przez silny wiatr nie słyszałam, co mówili, ale cokolwiek to było, wywołało u dziewczynki nieopanowany wybuch śmiechu. Lachlan wziął ją na ręce i z uśmiechem ruszył ku nam. Teraz wyglądał jak znany z ekranów gwiazdor o uroczym, chłopięcym uśmiechu. Znów przypomniałam sobie, że narzeczony mojej siostry jest sławny, a to, jak odnosił się do swojej małej bratanicy, dodało mu tonę wdzięku.

– Widzę, że poznałeś już Regan? – zapytał Thane’a.

Kiedy bracia stanęli obok siebie, zauważyłam, jacy są podobni. Lachlan był o kilka centymetrów wyższy, miał bardziej niebieskie oczy, ale obaj wyróżniali się surową, skandynawską urodą. Podejrzewałam, że w ich szkockich żyłach płynie trochę krwi wikingów.

Spojrzeli na siebie, porozumiewając się bez słów, ale ja jestem bardziej spostrzegawcza, niż się powszechnie uważa. Moje przybycie ich nie ucieszyło. Poznałam to po zaciśniętych szczękach Lachlana i podejrzliwej minie Thane’a.

Udając, że mam to gdzieś, uśmiechnęłam się do Eilidh. Siedziała zadowolona na rękach u wujka i wpatrywała się we mnie swoimi pięknymi, wielkimi, niebieskoszarymi oczami. Podniosła małą rączkę, jakby chciała dotknąć mojego policzka.

– Co się dzieje z twoimi policzkami, kiedy się uśmiechasz?

– Niby co? – zapytałam, choć dobrze wiedziałam, o czym mówi.

Po ojcu odziedziczyłam dołeczki.

– To! – Chichocząc, wskazała na mój lewy policzek.

– Eilidh, to są dołeczki – wyjaśnił jej Thane.

– Ale skąd się biorą? – dociekała.

Może przez to, że byłam w Szkocji i ludzie wokół mówili ze szkockim akcentem, przypomniała mi się historyjka, z której pomocą Mac kiedyś wyjaśnił pochodzenie moich dołeczków.

– Podarowały mi je wróżki. Kiedy przybywają do naszego świata z Zaczarowanej Krainy, nie chcą, żeby ludzie je rozpoznali. A łatwo je rozpoznać po czarodziejskim pyle, który stale noszą przy sobie. Stworzyły więc w moich policzkach te małe dołeczki, żeby chować w nich czarodziejski pył.

– Naprawdę? – Eilidh patrzyła na mnie zdumiona.

Skinęłam głową.

– Wcale nie – zaprotestował Lewis. – Wróżki nie istnieją.

– A właśnie że istnieją! – gwałtownie zaprotestowała dziewczynka. – Wujek Mac mi mówił!

Starałam się nie zdenerwować tym, że Mac, zostawiwszy Robyn w Bostonie, rozpoczął nowe życie w Szkocji, gdzie obce dzieci nazywały go wujkiem.

– To właśnie Mac opowiedział mi o wróżkach i zaczarowanym pyle. – Napotkałam ostre spojrzenie Lachlana i mój uśmiech zbladł.

Odwróciłam wzrok i dostrzegłam w oczach Thane’a błyski zaciekawienia.

– Wiecie co, jestem trochę głodna. – Ruszyłam w stronę domu.

– Właśnie dlatego tu przyszedłem. – Lachlan zwrócił się do Thane’a. – Robyn zamówiła tyle jedzenia, że moglibyśmy nakarmić całą armię. Chcesz do nas dołączyć z dziećmi? Zamówiła wszystko, od chińszczyzny po nuggetsy.

– Nuggetsy! – wykrzyknęła Eilidh z żywiołowym entuzjazmem.

Od lat nie doświadczyłam takiego uczucia. Lachlan skrzywił się lekko, ale ramiona trzęsły mu się ze śmiechu.

– Jesteś pewien, że powinniśmy? – zapytał go brat, na moment zatrzymując na mnie wzrok.

– Ależ oczywiście. Dzięki obecności dzieci Robyn oderwie się od swoich kłopotów.

Czyli ode mnie?

Zabolało.

– Sam nie wiem.

– Tato, proszę. – Lewis pociągnął go za sweter.

– Nuuuggeeetsy – zawołała Eilidh z zabawnie zmienionym niskim głosem i wbiła świdrujący wzrok w ojca. – Z kuuurczaaaka!

Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, a napięcie gdzieś się ulotniło.

Może rzeczywiście dzieci to świetny sposób na oderwanie się od kłopotów.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij