Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nigdy nie będę Twoja - ebook

Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 lipca 2026
3299 pkt
punktów Virtualo

Nigdy nie będę Twoja - ebook

Regan Penhaligon przyjeżdża do malowniczego Ardnoch w Szkocji, mając nadzieję na nowy początek i naprawienie relacji z siostrą Robyn. Chce zostawić za sobą mroczne cienie przeszłości i prześladowcę, który zamienił jej bostońskie życie w koszmar.

Na miejscu Regan zostaje nianią dzieci Thane’a Adaira, przystojnego architekta. Dziewczyna nie potrafi się oprzeć jego urokowi. Wzajemne przyciąganie między obojgiem wkrótce staje się faktem. Thane jednak, wciąż noszący w sobie ból po stracie żony i jej zdradzie, boi się ponownego zranienia. Proponuje Regan układ i żadnych obietnic na przyszłość.

Niestety w świecie Adairów nic nie jest proste. Kiedy demony z przeszłości Regan dopadają ją na północy Szkocji, a bezpieczeństwo dzieci staje pod znakiem zapytania, Thane musi zdecydować, czy strach przed utratą znów przejmie kontrolę nad jego życiem. Czy ich tymczasowy układ przetrwa próbę ognia, a Regan udowodni, że jest warta ryzyka, którego Thane tak bardzo się boi?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-962-6
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PODZIĘKOWANIA

Życie w Ard­noch z rodzeń­stwem Ada­irów na­dal jest dla mnie cudowną ucieczką od trud­nych cza­sów i mam nadzieję, że będzie rów­nie wspa­nia­łym wytchnie­niem dla moich czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków.

Pisa­nie to w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze samot­ni­cza praca, ale wyda­nie książki wymaga współ­pracy. Ser­decz­nie dzię­kuję mojej cudow­nej redak­torce Jen­ni­fer Som­mersby Young za to, że zawsze, naprawdę zawsze wspie­rała mnie i uczyła, jak lepiej pisać i two­rzyć opo­wie­ści.

Podzię­ko­wa­nia dla Julie Deaton, która dołą­czyła do zespołu i zro­biła korektę tej powie­ści dosłow­nie w ostat­nich godzi­nach! Jestem jej bar­dzo wdzięczna za wyło­wie­nie pod­stęp­nych zwro­tów, uży­wa­nych tylko w bry­tyj­skiej angielsz­czyź­nie, które od czasu do czasu wkra­dały się do dia­lo­gów ame­ry­kań­skich postaci.

Dzię­kuję też mojej przy­ja­ciółce i zna­ko­mi­tej asy­stentce Ash­leen Wal­ker, że zaj­mo­wała się wszel­kimi dro­bia­zgami i wspie­rała mnie na każ­dym kroku. Bar­dzo Ci jestem za to wdzięczna. Kocham Cię ogrom­nie!

Skła­dam ogromne podzię­ko­wana Cathe­rine Cow­les, która nie tylko pozwa­lała mi tygo­dniami roz­wo­dzić się nad losami Regan i Thane’a, lecz także szczo­drze poświę­ciła swój czas na prze­czy­ta­nie wcze­snej wer­sji ich romansu. W świe­cie ksią­żek (i poza nim) jesteś praw­dzi­wym świa­teł­kiem, nio­są­cym wspar­cie i dobroć! Dzię­kuję, że obda­rzasz mnie przy­jaź­nią!

Życie pisa­rza nie ogra­ni­cza się do two­rze­nia ksią­żek. Nasza praca wykra­cza poza słowo pisane. Zaj­mu­jemy się mar­ke­tin­giem, reklamą, pro­jek­to­wa­niem gra­ficz­nym, zarzą­dza­niem kon­tami w mediach spo­łecz­no­ścio­wych i innymi podob­nymi spra­wami. Pomoc ludzi, któ­rzy się na tych zagad­nie­niach znają, jest bez­cenna. Wyrazy olbrzy­miej wdzięcz­no­ści dla Niny Grin­stead z Valen­tine PR, firmy z branży public rela­tions, za słowa zachęty, wspar­cie, prze­ni­kli­wość i rady. Jesteś praw­dziwą gwiazdą!

Wiel­kie dzięki dla wszyst­kich blo­ge­rów, insta­gra­me­rów i miło­śni­ków powie­ści, któ­rzy pomo­gli mi roz­gła­szać infor­ma­cje o moich książ­kach. Wszyst­kich Was ogrom­nie cenię! Podob­nie ser­decz­nie dzię­kuję wspa­nia­łym czy­tel­ni­kom z mojej pry­wat­nej grupy face­bo­oko­wej, Sam’s Clan McBo­okish. Jeste­ście naj­bar­dziej wyjąt­ko­wymi, naj­wspa­nial­szymi odbior­cami, jakich może sobie zaży­czyć autorka! Wasze nie­usta­jące wspar­cie wzbu­dza mój podziw i moją wdzięcz­ność.

Jestem nie­zmier­nie wdzięczna Hang Le, która kolejny raz stwo­rzyła zachwy­ca­jącą okładkę, dosko­nale odda­jącą atmos­ferę tej powie­ści i całej serii. Nie prze­sta­jesz mnie zadzi­wiać!

Jak zwy­kle wyrazy wdzięcz­no­ści dla mojej agentki Lau­ren Abramo, która umoż­li­wiła moim sło­wom dotar­cie do czy­tel­ni­ków na całym świe­cie. Jesteś nad­zwy­czajna i mam wiel­kie szczę­ście, że na Cie­bie tra­fi­łam!

Prze­ogromne podzię­ko­wa­nia dla mojej rodziny i przy­ja­ciół za nie­usta­jące wspar­cie, słowa otu­chy oraz za słu­cha­nie moich cza­sem zbyt poplą­ta­nych wywo­dów na temat świa­tów, w któ­rych żyję.

Na koniec chcę podzię­ko­wać Tobie za prze­czy­ta­nie tej książki. To jest dla mnie naj­waż­niej­sze.1

Regan

Szkoc­kie kra­jo­brazy są wyjąt­kowe. Poła­cie soczy­stej zie­leni pięk­nie kon­tra­stują z zie­mią w odcie­niach brązu i bursz­tynu. Za łagodną linią wzgórz nagle wyra­stają poszar­pane, strome szczyty. Na mnie jed­nak ta osza­ła­mia­jąca sce­ne­ria nie robiła żad­nego wra­że­nia, kiedy tak­sówka wio­zła mnie z Inver­ness do hrab­stwa Suther­land. Do zamku Ard­noch. Ogar­nia­łam wzro­kiem ota­cza­jące mnie widoki, ale ich piękno nie poru­szało mojego serca. Czu­łam jedy­nie ner­wowy ucisk w żołądku.

Waga mojej decy­zji o ucieczce z Bostonu do Szko­cji dotarła do mnie, dopiero kiedy samo­lot z Lon­dynu pod­cho­dził do lądo­wa­nia w Inver­ness. Lot­ni­sko było poło­żone w nie­zwy­kle malow­ni­czej oko­licy. Oto­czone pięk­nymi wzgó­rzami pobli­skie jezioro, czyli _loch_, jak się tutaj mówi, sta­no­wiło kwin­te­sen­cję pej­zażu pół­noc­nej Szko­cji.

A jed­nak kiedy samo­lot z lek­kim szarp­nię­ciem usiadł na pasie do lądo­wa­nia, mia­łam ochotę zwy­mio­to­wać.

Teraz ner­wowo patrzy­łam, jak na zegarku w tele­fo­nie upły­wają minuty, i sta­ra­łam się wyrów­nać oddech. Jazda krę­tymi dro­gami potę­go­wała mdło­ści.

– Daleko jesz­cze? – zapy­ta­łam tak­sów­ka­rza.

Kolejny raz.

Spoj­rzał na mnie w lusterku wstecz­nym.

– Do Ard­noch zostało jakieś dzie­sięć minut. – Zmarsz­czył czoło. – Na pewno tam panią wpusz­czą? To długa droga i głu­pio by było, gdyby odpra­wili panią z kwit­kiem.

Pytał o to trzeci raz. I nie bez powodu. Zmie­rza­li­śmy do posia­dło­ści Ard­noch, w któ­rej mie­ścił się eks­klu­zywny klub dla elity prze­my­słu fil­mo­wego i tele­wi­zyj­nego. Wstęp mieli tam tylko człon­ko­wie, i to dopiero po zapła­ce­niu kosmicz­nej opłaty za wej­ście, oczy­wi­ście oprócz rocz­nej składki. Wła­ści­cie­lem tego inte­resu był Lachlan Adair, szkocki aktor, do nie­dawna hol­ly­wo­odzka gwiazda fil­mów akcji. Kie­dyś posia­dłość była sie­dzibą jego rodziny, ale on prze­kształ­cił ją w pre­sti­żowy klub dla wybra­nych.

A wie­dzia­łam to wszystko, ponie­waż moja star­sza sio­stra była w związku z Lachla­nem.

– Na pewno mnie wpusz­czą – powtó­rzy­łam.

Na myśl o Robyn znów poczu­łam ucisk w żołądku. Nie mogłam się docze­kać, kiedy ją zoba­czę, a jed­no­cze­śnie na myśl o tej chwili ogar­niał mnie strach. Popeł­ni­łam tak wiele błę­dów i nie wie­dzia­łam, jak je napra­wić.

Przy­zna­nie się do pomyłki zawsze przy­cho­dziło mi z tru­dem. Nie umia­łam prze­pra­szać i roz­wią­zy­wać kon­flik­tów. Kie­dyś Robyn słu­żyła mi wspar­ciem i radami, ale to się skoń­czyło.

Do uci­sku w żołądku dołą­czył ostry, palący ból w piersi.

– Jesz­cze ni­gdy nie wio­złem nikogo do Ard­noch. Żona mnie prze­ma­gluje, żebym opo­wie­dział jej wszystko ze szcze­gó­łami, mówię pani. Fascy­nuje ją życie gwiazd i takich tam, _ye ken_. Czę­sto muszę ją tu przy­wo­zić, bo ma nadzieję, że zoba­czy jakie­goś cele­brytę, a może nawet samego Ada­ira. Jeste­śmy z Mac­duff, to na pół­nocny wschód stąd, ale prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Sneck – to w hrab­stwie Inver­ness, _ye ken_ – żeby być bli­żej dzie­cia­ków i wnu­ków, ale cza­sami sobie myślę, że żona chciała zamiesz­kać bli­żej Ard­noch. – Par­sk­nął śmie­chem i zupeł­nie mu nie prze­szka­dzało, że nie rozu­mia­łam połowy z tego, co mówił.

Czy w Szko­cji wszy­scy mają taki nie­zro­zu­miały akcent? Jeśli tak, to już po mnie.

– Udało się pani tra­fić na piękny dzień. Można dziś podzi­wiać szkoc­kie góry w całej ich kra­sie. Ale pogoda potrafi tu być okropna, a lato szybko się koń­czy – mówił pośpiesz­nie, z sil­nym miej­sco­wym akcen­tem. – Przy­da­dzą się gumiaki i cie­pły swe­ter. W mgnie­niu oka ładny dzień może się zamie­nić w sza­rugę i zawie­ru­chę. Mam nadzieję, że spa­ko­wała pani coś wię­cej niż let­nie szmatki?

Wyczu­łam, że zadał mi jakieś pyta­nie.

– Tak, tak – odrze­kłam.

– A, to dobrze. Zapo­bie­gliwa dziew­czyna. To lubię. – Zer­k­nął na mnie w lusterku. – Dobrze się pani czuje? Wygląda pani mizer­niutko.

Zro­zu­mia­łam mniej wię­cej połowę.

– Nic mi nie jest.

Wła­ści­wie nie kła­ma­łam. Cho­ler­nie się bałam spo­tka­nia z Robyn, ale jed­no­cze­śnie czu­łam ulgę, że nie jestem już w Bosto­nie i jadę do jed­nej z naj­bar­dziej strze­żo­nych posia­dło­ści na świe­cie. Środki ostroż­no­ści jesz­cze zaostrzono od czasu, gdy była człon­kini klubu chciała zamor­do­wać Lachlana i moją sio­strę.

Na myśl o tym drgnę­łam ner­wowo. Nie chcia­łam dopu­ścić do sie­bie myśli, że mogło jej się coś stać. I wła­śnie dla­tego nasze sto­sunki przy­brały kata­stro­falny obrót.

Zde­cy­do­wa­łam się odwie­dzić Robyn o wiele za późno. Nie mia­łam na to żad­nego uspra­wie­dli­wie­nia.

Robyn – moja star­sza sio­stra, moja idolka, naj­bliż­sza mi istota – naj­praw­do­po­dob­niej teraz mnie nie­na­wi­dziła.

Co mogłam zro­bić?

Jak zacząć?

Zacho­wać się jak zwy­kle, bez­tro­sko i nie­fra­so­bli­wie?

A może powin­nam paść na kolana i bła­gać o wyba­cze­nie?

Ta druga wizja spra­wiła, że mimo­wol­nie się skrzy­wi­łam. Nie mia­łam skłon­no­ści do prze­pra­sza­nia na kola­nach. A prze­cież nikt bar­dziej nie zasłu­gi­wał na prze­pro­siny niż Robyn. Ostat­nie pół­tora roku to był naj­trud­niej­szy okres jej życia. A gdzie wtedy byłam ja?

Ukry­wa­łam się.

Jak ostatni tchórz.

Zagry­złam wargę, by powstrzy­mać łzy, i nie­wi­dzą­cym wzro­kiem patrzy­łam na las prze­wi­ja­jący się za oknem tak­sówki. Ni­gdy nie tra­fiła mi się lep­sza oka­zja, żeby prze­te­sto­wać swoje zdol­no­ści aktor­skie.

– Jeste­śmy pra­wie na miej­scu – oznaj­mił tak­sów­karz.

Usły­sza­łam sygnał włą­czo­nego miga­cza, a po chwili samo­chód skrę­cił w prawo, na krótki żwi­rowy pod­jazd. Nie­spo­dzie­wa­nie drogę zagro­dził nam wysoki ceglany mur z solidną bramą z kutego żelaza.

– Co teraz? – zapy­ta­łam.

– Nie wiem. – Odwró­cił głowę i spoj­rzał na mnie badaw­czo. – Ma pani numer tele­fonu do kogoś w środku?

Mia­łam. Zna­łam numer tele­fonu Robyn, któ­rego uży­wała do roz­mów mię­dzy­na­ro­do­wych, ale jesz­cze ni­gdy z niego nie korzy­sta­łam. Mia­łam też nadzieję, że nie będzie pierw­szą osobą, którą zoba­czę po prze­kro­cze­niu bramy. Liczy­łam na to, że otwo­rzy mi na przy­kład wujek Mac.

Myśl o wuju wywo­łała we mnie sprzeczne uczu­cia. Cie­szy­łam się, że poznam bio­lo­gicz­nego ojca Robyn, ale jed­no­cze­śnie na­dal go nie­na­wi­dzi­łam za to, że ją opu­ścił i nara­ził na cier­pie­nie.

Jeste­śmy z Robyn sio­strami przy­rod­nimi. Mój tata to Seth Pen­ha­li­gon, detek­tyw z Bostonu. Tata Robyn, Mac, jest Szko­tem i poznał naszą mamę, Sta­cey, kiedy przy­je­chał do Sta­nów w odwie­dziny do krew­nego. Skła­mał na temat swo­jego wieku – miał wtedy zale­d­wie pięt­na­ście lat! Mama, młoda stu­dentka, zaszła z nim w ciążę. Wkrótce potem się roz­stali, a Mac przed­sta­wił mamie mojego tatę. Wtedy wujek był już poli­cjan­tem, tak samo jak tata, cho­ciaż Mac w końcu opu­ścił sze­regi poli­cji i zaczął pracę w fir­mie ochro­niar­skiej.

Uwiel­bia­łam wujka Maca. Był rosłym, przy­stoj­nym Szko­tem, zna­ją­cym mnó­stwo nie­sa­mo­wi­tych histo­rii. Kiedy mia­łam osiem lat, a Robyn dwa­na­ście, zaczął pra­co­wać w zespole ochro­niar­skim mło­dego aktora hol­ly­wo­odz­kiego, Lachlana Ada­ira. Jesz­cze raz odwie­dził Robyn, kiedy miała czter­na­ście lat, ale potem znik­nął na dobre.

Zoba­czyła go dopiero pół roku temu, kiedy przy­je­chała do Szko­cji, żeby go odszu­kać. Mac był wtedy prze­ło­żo­nym pra­cow­ni­ków ochrony w Ard­noch.

A Robyn spo­tkało tu wię­cej dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń, niż mogła się spo­dzie­wać.

Wyrzuty sumie­nia zabo­lały mnie niczym nóż wbity w serce.

– To jak? – zapy­tał tak­sów­karz.

– Nooo… – Zer­k­nę­łam na tele­fon.

Cho­lera jasna. Spo­dzie­wa­łam się, że przy bra­mie będzie jakaś budka ze straż­ni­kiem. Zanim zdą­ży­łam otwo­rzyć usta, żeby męt­nie się wytłu­ma­czyć, dla­czego nie chcę zadzwo­nić do kogoś, kto mógłby zagwa­ran­to­wać mi wstęp do posia­dło­ści, tak­sów­karz znów się ode­zwał:

– Ktoś jedzie.

Pod­nio­słam wzrok i zoba­czy­łam czar­nego Range Rovera, który zbli­żał się do nas żwi­rową drogą, oto­czoną z obu stron ciem­nym lasem. Samo­chód się zatrzy­mał i wysiadł z niego jakiś męż­czy­zna. Jak na pra­cow­nika ochrony był ubrany zbyt ele­gancko, w czarne spodnie i pięk­nie skro­joną koszulę w tym samym kolo­rze. Na nosie miał modne oku­lary prze­ciw­sło­neczne. W jego lewym uchu zauwa­ży­łam słu­chawkę.

– Kolej na panią – powie­dział tak­sów­karz.

Wzię­łam głę­boki wdech i wysia­dłam z samo­chodu, nie zwa­ża­jąc na to, że moje wyso­kie szpilki wbi­jają się w żwir. Wypro­sto­wa­łam się, przy­wo­ła­łam na twarz sze­roki uśmiech i chwiej­nie, acz z wdzię­kiem ruszy­łam do bramy.

– To jest teren pry­watny. Muszę popro­sić panią o opusz­cze­nie pose­sji – ode­zwał się męż­czy­zna zza bramy.

Miał deli­katny szkocki akcent, ale przy­naj­mniej mogłam go zro­zu­mieć.

– Nic z tego, przy­stoj­niaku – odrze­kłam z uśmie­chem, opie­ra­jąc dłoń na prę­cie bramy. – Przy­je­cha­łam w odwie­dziny do sio­stry.

Wyraz jego twa­rzy się nie zmie­nił, cho­ciaż przez ciemne oku­lary nie mogłam być tego pewna.

– A ta sio­stra to kto?

– Twoja sze­fowa, przy­stoj­niaku.

– Pro­szę wyja­śnić.

Cho­ciaż byłam zde­ner­wo­wana, uśmiech­nę­łam się szcze­rze. Facet chyba żar­to­wał.

– Jestem Regan Pen­ha­li­gon. Sio­stra Robyn.

Nie mia­łam pew­no­ści, ale chyba dostrze­głam lekką zmianę w jego podej­ściu.

– Ma pani jakiś doku­ment?

– Mam pasz­port.

– Muszę go zoba­czyć.

– Widzę, że ochrona w Ard­noch bar­dzo poważ­nie trak­tuje swoje obo­wiązki, prawda?

„I bar­dzo mi to odpo­wiada”, pomy­śla­łam, wra­ca­jąc do tak­sówki po pasz­port.

– Wszystko w porządku? – spy­tał kie­rowca, kiedy otwo­rzy­łam drzwi pasa­żera.

– Ter­mi­na­tor przy bra­mie żąda potwier­dze­nia mojej toż­sa­mo­ści – wyja­śni­łam, prze­szu­ku­jąc torebkę.

Tak­sów­karz par­sk­nął śmie­chem, a ja w końcu zna­la­złam doku­ment.

Mia­łam ochotę pobiec sprin­tem do bramy. Teraz, kiedy do spo­tka­nia z sio­strą zostało tak nie­wiele czasu, chcia­łam już mieć je z głowy. Musia­łam się dowie­dzieć, czy mnie znie­na­wi­dziła, czy może jesz­cze mamy szansę o wszyst­kim zapo­mnieć. Zacho­wa­łam jed­nak zimną krew i spo­koj­nym kro­kiem pode­szłam do ochro­nia­rza.

– Pro­szę bar­dzo. – Poda­łam mu pasz­port mię­dzy deko­ra­cyj­nymi prę­tami bramy.

Wziął go ode mnie, otwo­rzył i szybko prze­biegł wzro­kiem odpo­wied­nią stronę.

– Pro­szę chwilę zacze­kać – naka­zał.

Przy­war­łam do bramy, a on pod­szedł do SUV-a, pochy­lił się i powie­dział coś nie­zro­zu­mia­łego do kogoś w środku. Wró­cił po kilku sekun­dach.

– Popro­szę panią i tak­sów­ka­rza o odda­nie wszel­kich urzą­dzeń nagry­wa­ją­cych – tele­fo­nów, apa­ra­tów foto­gra­ficz­nych i tym podob­nych.

– Mówisz poważ­nie?

Popa­trzył na mnie z kamienną twa­rzą.

Mówił poważ­nie.

Z wes­tchnie­niem odda­łam mu komórkę i wró­ci­łam do tak­sówki, żeby prze­ka­zać wia­do­mość kie­rowcy. To żąda­nie nie zro­biło na nim naj­mniej­szego wra­że­nia.

– Nie dener­wuje to pana? – zapy­ta­łam cicho.

– Nie, skąd. Mogli pani kazać się prze­siąść. Ale naj­wy­raź­niej chcą, żebym to ja wwiózł panią do środka. Nie­wiele osób ma moż­li­wość prze­kro­czyć bramę tej posia­dło­ści. Żona osza­leje, jak to usły­szy!

– Dobra, niech będzie.

Zado­wo­lona, że tak­sów­karz zacho­wał dobry humor, zanio­słam jego tele­fon ochro­nia­rzowi.

– Pro­szę powie­dzieć swo­jemu kie­rowcy, że brama się za chwilę otwo­rzy – poin­stru­ował mnie. – Ma jechać za mną i ni­gdzie nie skrę­cać. Kiedy dostar­czymy panią na miej­sce, ode­skor­tu­jemy go z powro­tem do bramy i wtedy będzie mógł ode­brać tele­fon.

Jego zasad­ni­czy ton tak bar­dzo mnie roz­ba­wił, że nie­mal prze­sta­łam się dener­wo­wać spo­tka­niem z Robyn.

– Tak jest, panie sier­żan­cie – odrze­kłam służ­bi­ście i wsia­dłam do samo­chodu, żeby prze­ka­zać infor­ma­cję tak­sów­ka­rzowi.

Po chwili ocze­ki­wa­nia zoba­czy­łam, że Range Rover zawró­cił, a brama się otwarła.

Znów poczu­łam ucisk w żołądku, jesz­cze sil­niej­szy niż przed­tem.

– Moja Caro­lann w to nie uwie­rzy. Szkoda, że zabrali mi tele­fon. Przy­da­łoby się pstryk­nąć kilka fotek.

Nie potra­fi­łam wydu­sić żad­nej odpo­wie­dzi.

Przy­ci­snę­łam czoło do szyby. Tak­sówka wolno jechała szu­trową drogą, oto­czoną gęstym lasem. Świa­tło prze­dzie­rało się przez korony drzew, kła­dąc się jasnymi smu­gami przed samo­cho­dem. Upły­nęło sporo czasu, zanim wyje­cha­li­śmy na otwartą prze­strzeń, gdzie jaskrawe słońce oświe­tlało sta­ran­nie wypie­lę­gno­wane traw­niki. Cią­gnęły się kilo­me­trami, naj­pierw na pła­skim tere­nie, a dalej, za jakimś olbrzy­mim gma­szy­skiem, na łagod­nie wzno­szą­cych się wzgó­rzach. W oddali dostrze­głam nie­wiel­kie cho­rą­giewki, cha­rak­te­ry­styczne dla pola gol­fo­wego.

Żwi­rowy pod­jazd wiódł do wiel­kiej budowli, wzno­szą­cej się teraz przed nami.

Nie była to zwy­kła budowla, tylko zamek.

Praw­dziwy zamek.

Facet mojej sio­stry był wła­ści­cie­lem cho­ler­nego zamku.

Z wie­życz­kami i takimi tam.

– O w mordę! – szep­nę­łam, kiedy pod­je­cha­li­śmy bli­żej.

Zamczy­sko miało sześć pię­ter wyso­ko­ści i wyglą­dało na bar­dzo stare. Przy­po­mi­nało Down­ton Abbey, ale było więk­sze. Myśl o Down­ton Abbey przy­po­mniała mi czasy, kiedy oglą­da­łam ten serial wraz z Robyn po kilka odcin­ków z rzędu, zary­wa­jąc noce. Znów poczu­łam prze­szy­wa­jący ból w piersi i ner­wowe skur­cze żołądka. Przy­glą­da­jąc się zdo­bie­niom na fron­to­nie zamku i powie­wa­ją­cej na wie­trze szkoc­kiej fla­dze z krzy­żem Świę­tego Andrzeja, wzię­łam głę­boki wdech.

Dopiero wtedy zauwa­ży­łam kil­koro ludzi przed maje­sta­tyczną budowlą, któ­rzy cze­kali na nasze przy­by­cie.

Cze­kali na mnie.

Tak­sówka się zatrzy­mała, a ja sku­pi­łam wzrok na sio­strze.

Robyn.

Stała przy­tu­lona do boku obej­mu­ją­cego ją ramie­niem męż­czy­zny i wpa­try­wała się w tak­sówkę. Miała na sobie strój spor­towy, twarz nie­mal bez maki­jażu i włosy zwią­zane w koń­ski ogon.

Wyglą­dała prze­pięk­nie.

Zalała mnie fala wspo­mnień, co spra­wiło, że mia­łam ochotę wysko­czyć z samo­chodu, rzu­cić się sio­strze w ramiona, powie­rzyć jej wszyst­kie swoje tro­ski i oddać się pod jej opiekę.

Wie­dzia­łam jed­nak, że w obec­nej sytu­acji byłoby to nie­moż­liwe.

Wobec czego przy­wo­ła­łam na twarz wymu­szony uśmiech, z roz­ma­chem otwo­rzy­łam drzwi i wysia­dłam z tak­sówki. Opar­łam dłoń na bio­drze, prze­chy­li­łam wdzięcz­nie głowę i uśmiech­nę­łam się jesz­cze sze­rzej, żeby na moich policz­kach uka­zały się dołeczki.

– Cześć, sio­strzyczko! – Puści­łam do niej oko. – Stę­sk­ni­łaś się za mną?2

Regan

Po ziry­to­wa­nej minie Robyn pozna­łam, że powi­ta­łam ją w naj­gor­szy moż­liwy spo­sób.

Zna­łam sio­strę jak nikogo innego na świe­cie.

Wie­dzia­łam, że pod zło­ścią kryje się ból.

Spo­waż­nia­łam i igno­ru­jąc dwóch towa­rzy­szą­cych jej męż­czyzn, pode­szłam bli­żej.

– Bo ja się za tobą stę­sk­ni­łam – wyzna­łam.

Robyn wyswo­bo­dziła się z objęć Lachlana Ada­ira – oczy­wi­ście to był on – i skrzy­żo­wała ramiona na piersi w obron­nym geście.

– To dziwne, bo przez ostat­nie pół­tora roku wcale na to nie wyglą­dało. Nie ode­zwa­łaś się po tym, jak mnie postrze­lono, ani po tym, jak mój ojciec został ugo­dzony nożem, ani nawet po tym, jak Lucy Wainw­ri­ght pró­bo­wała zamor­do­wać Lachlana i mnie.

Z wysił­kiem prze­łknę­łam ślinę, sta­ra­jąc się zacho­wać spo­kój. Moja sio­stra była poli­cjantką i została ranna na służ­bie. Od tego momentu życie wymknęło mi się spod kon­troli. Robyn ode­szła z poli­cji, zajęła się biz­ne­sem foto­gra­ficz­nym i mniej wię­cej po roku od wypadku wyje­chała do Szko­cji, żeby odna­leźć ojca, Maca Gal­bra­itha, i ure­gu­lo­wać swoje kon­takty z nim. Mama i tata twier­dzili, że udało im się wszystko sobie wyja­śnić, cho­ciaż przy oka­zji Robyn zako­chała się w sze­fie i naj­lep­szym przy­ja­cielu Maca, Lachla­nie Ada­irze.

Jeśli nato­miast cho­dzi o Lucy Wainw­ri­ght, to była ona słynną aktorką, zdo­byw­czy­nią Oscara, człon­ki­nią klubu i przy­ja­ciółką Lachlana. Z opo­wie­ści mamy wyni­kało, że Lucy chciała od Lachlana cze­goś wię­cej niż przy­jaźń, a kiedy się oka­zało, że nic z tego, zaczęła zosta­wiać w całej posia­dło­ści wia­do­mo­ści z pogróż­kami. Sprawy przy­brały dra­ma­tyczny obrót, kiedy przy­łą­czył się do niej mecha­nik, jeden z pra­cow­ni­ków posia­dło­ści. To on ugo­dził Maca nożem, zaata­ko­wał Robyn, spy­cha­jąc jej samo­chód z drogi, a potem pomógł Lucy porwać Lachlana. Robyn odna­la­zła Ada­ira i z pomocą miej­sco­wego far­mera udało im się ujść cało prze­śla­dow­com. Mecha­nik nie miał tyle szczę­ścia. Lucy zabiła go tuż przed tym, jak pod­jęła próbę zamor­do­wa­nia mojej sio­stry. Aktorka sta­nęła przed sądem, co ozna­czało, że Robyn rów­nież musiała brać udział w pro­ce­sie jako świa­dek.

Przez cały ten czas byłam nie­obecna w jej życiu i nie mia­łam na to żad­nego uspra­wie­dli­wie­nia.

W każ­dym razie żad­nego prze­ko­nu­ją­cego uspra­wie­dli­wie­nia.

Robyn była bar­dzo dzielna. Ja byłam zwy­kłym tchó­rzem.

– Ale teraz przy­je­cha­łam. – Oto­czy­łam ją ramio­nami i uści­ska­łam.

Łzy zapie­kły mnie pod powie­kami, więc zamknę­łam oczy. Wyczu­łam, że sio­stra zmie­niła per­fumy. Przez dłu­gie lata uży­wała tego samego zapa­chu. Teraz pach­niała ina­czej.

I w ogóle robiła wra­że­nie innej osoby.

W moich obję­ciach pozo­stała sztywna i wypro­sto­wana.

Dawno, dawno temu uścisk Robyn nie miał sobie rów­nych.

Zda­łam sobie sprawę, że nie odwza­jemni mojego gestu, i z bólem serca wypu­ści­łam ją z objęć. Wtedy ona wydała cichy, stłu­miony jęk i objęła mnie mocno.

Łzy popły­nęły mi z oczu, opar­łam poli­czek o jej ramię i przy­war­łam do niej kur­czowo. Przy­tu­liła mnie tak cia­sno, że ledwo mogłam oddy­chać, ale wcale mi to nie prze­szka­dzało.

– Cza­sami mia­łam ochotę cię zamor­do­wać – wyszep­tała ochry­ple.

Usły­sza­łam ból w jej gło­sie, otwo­rzy­łam oczy i napo­tka­łam chłodny wzrok Lachlana. Jego błę­kitne oczy się zwę­ziły, a mina ze sro­giej zmie­niła się w zatro­skaną. Naj­wy­raź­niej dostrzegł coś w mojej twa­rzy. Zmie­szana uwol­ni­łam się z uści­sku Robyn i żar­to­bli­wie klep­nę­łam ją w ramię.

– Gdy­byś to zro­biła, na świe­cie zapa­no­wa­łaby nuda.

Sio­stra przy­glą­dała mi się uważ­nie swo­imi prze­ni­kli­wymi oczami. Zawsze zazdro­ści­łam jej, że odzie­dzi­czyła po Macu takie piękne oczy. Podob­nie jak moje, były duże i owalne, ale choć zwy­kle wyda­wały się piwne, ich kolor zmie­niał się w zależ­no­ści od nastroju Robyn i od ota­cza­ją­cych ją kolo­rów. Moje były zwy­czaj­nie brą­zowe.

– Nie chcę prze­szka­dzać, ale licz­nik tyka, _ya ken!_ – zawo­łał tak­sów­karz przez okno samo­chodu.

– Słu­cham? – Znów nie wszystko zro­zu­mia­łam.

– Licz­nik. Tyka. _Ya. Ken_ – powtó­rzył gło­śno i dobit­nie, jak­bym była głu­cha.

Trzeba przy­znać, że kiedy usły­sza­łam to wypo­wie­dziane wolno i dono­śnie, wyło­wi­łam słowo „licz­nik” i dzięki temu domy­śli­łam się, o co mu cho­dzi.

– Cho­lera. Jasne. – Zer­k­nę­łam na Robyn. – Pocze­kaj, muszę mu zapła­cić. – Ści­szy­łam nieco głos. – On jest tro­chę dziwny. Przez całą drogę gadał o jakimś Kenie. Jakby myślał, że wiem, co to za jeden.

Nagle w oczach Robin poja­wiła się weso­łość. Cicho par­sk­nęła śmie­chem.

– O co cho­dzi?

Znów par­sk­nęła wesoło i wyja­śniła gło­sem drżą­cym z roz­ba­wie­nia:

– On mówi „no wiesz”. _Ken_ to w dia­lek­cie szkoc­kim „wie­dzieć”.

Roze­śmia­łam się gło­śno z wła­snego błędu. Patrzy­ły­śmy na sie­bie szcze­rze roz­ba­wione.

Po chwili na twa­rzy Robyn poja­wiło się coś w rodzaju nie­uf­no­ści, a wesołe iskierki zga­sły tak szybko, jak przed chwilą roz­bły­sły.

– Jock ure­gu­luje rachu­nek. – Lachlan pod­szedł do nas i ski­nął głową do kogoś za moimi ple­cami.

Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam Sier­żanta sprzed Żela­znej Bramy, naj­wy­raź­niej zna­nego tu jako Jock. Wła­śnie pła­cił tak­sów­ka­rzowi. Jakiś czło­wiek ubrany w nowo­cze­sną wer­sję libe­rii wyj­mo­wał moją walizkę z bagaż­nika. Tutaj naprawdę było jak w Down­ton Abbey albo przy­naj­mniej jak w jed­nej z posia­dło­ści opi­sy­wa­nych w moich uko­cha­nych roman­sach histo­rycz­nych.

– Zosta­wi­łam torebkę na tyl­nym sie­dze­niu – oznaj­mi­łam, ale facet w libe­rii już ją wyjął z samo­chodu. – Dzię­kuję! – Poma­cha­łam tak­sów­ka­rzowi, a ten poże­gnał mnie sze­ro­kim uśmie­chem.

– Wiesz, wystar­czyło po pro­stu odpo­wia­dać na moje tele­fony – powie­działa Robyn. – Nie musia­łaś się tłuc taki szmat drogi do Szko­cji.

– Ależ musia­łam. Chcia­łam się upew­nić, że u cie­bie wszystko w porządku. I musia­łam spraw­dzić, co cię tutaj tak urze­kło. – Ukry­łam, że jej wypro­wadzka z Bostonu bar­dzo mnie zra­niła.

Czy w ogóle o mnie pomy­ślała, kiedy posta­no­wiła wyje­chać na inny kon­ty­nent?

Wła­sny ego­izm cza­sami napa­wał mnie nie­sma­kiem. Robyn nie była mi nic winna.

Na pewno przede wszyst­kim urzekł ją Lachlan, któ­rego widzia­łam milion razy w róż­nych fil­mach. Mie­rzył ponad metr osiem­dzie­siąt i miał syl­wetkę gwiazdy fil­mów akcji, pod­kre­śloną przez dobrze dobrany strój. Obrazu dopeł­niały blond włosy w odcie­niu pia­sko­wym, policzki z lek­kim zaro­stem i surowe rysy twa­rzy. Jed­nym sło­wem: cia­cho.

Napo­tka­łam wzrok wujka Maca.

Poczu­łam, że sztyw­nieję.

Wyglą­dał… zupeł­nie ina­czej, niż się spo­dzie­wa­łam. Na pewno o wiele mło­dziej. Ale w końcu miał tylko jakieś czter­dzie­ści pięć lat. Jed­nak nie wyglą­dał nawet na tyle. Rów­nie wysoki i bar­czy­sty jak Lachlan, chyba jesz­cze bar­dziej umię­śniony, miał na sobie obci­sły czarny T-shirt, który pod­kre­ślał zalety jego syl­wetki. Szpa­ko­wate włosy lekko wiły się na karku. Podob­nie jak Lachlan, nosił modny trzy­dniowy zarost.

Bar­dzo przy­po­mi­nał tego gościa, który grał w seria­lach _Czy­sta krew_ i _Magic Mike_. Nie wyda­wał się ani o rok star­szy niż Adair.

Nie mogłam mówić do niego „wujku”. Brzmia­łoby to dzi­wacz­nie.

– Rany, Mac, nie widzia­łam cię od wie­ków, a ty nic a nic się nie posta­rza­łeś. – Z namy­słem osza­co­wa­łam go wzro­kiem. – Skoro Robyn ci prze­ba­czyła, to pew­nie i ja powin­nam?

– Upły­nęło wiele czasu, Regan. Mar­twi­li­śmy się o cie­bie – odrzekł poważ­nie.

Mój uśmiech nieco zbladł.

– Mar­twi­li­ście się o mnie? Ale po co? U mnie wszystko fan­ta­stycz­nie. – Zakrę­ci­łam piru­eta i wska­za­łam na zamek. – I naj­wy­raź­niej u Robyn też. – Zer­k­nę­łam na sio­strę. – Ma chło­paka z zam­kiem. Faj­nie.

– Narze­czo­nego – spro­sto­wała Robyn, uno­sząc lewą dłoń.

Bry­lant na jej palcu zaiskrzył ośle­pia­jąco w słońcu.

Zatkało mnie.

Robyn się zarę­czyła.

Miała wyjść za mąż za Lachlana Ada­ira.

Moja sio­stra zamie­rzała wziąć ślub, a ja nic o tym nie wie­dzia­łam?

Już ni­gdy nie wróci do Bostonu.

Mia­łam ochotę na nią nawrzesz­czeć, a Lachla­nowi powie­dzieć, żeby spier­da­lał. Dla­czego nie mógł sobie wybrać jakiejś innej z milio­nów kobiet, które dałyby się posie­kać za zna­jo­mość z nim?

Prawdę mówiąc, wie­dzia­łam dla­czego.

Takiej dru­giej jak Robyn nie zna­la­złby na całym świe­cie.

Była wyjąt­kowa.

A ten drań zło­wił ją i zatrzy­mał dla sie­bie.

Teraz patrzył na mnie ostro, badaw­czo. Szybko opa­no­wa­łam gniew, wzru­szy­łam ramio­nami i wyrzu­ci­łam ręce w górę.

– Z takiej oka­zji należy otwo­rzyć szam­pana! – zawo­ła­łam tro­chę zbyt piskli­wie.

* * *

Moja sio­stra nie miała racji, kiedy prze­ko­ny­wała mnie, żebym nie ucie­kała do Nowego Jorku, żeby zostać aktorką. Byłaby ze mnie praw­dziwa gwiazda sceny i ekranu.

Robyn i Lachlan nie poczę­sto­wali mnie szam­pa­nem, tylko zapa­ko­wali do innego Range Rovera wraz z baga­żem i powia­do­mili, że zatrzy­mam się w domu Ada­ira. Ta nie­miła wia­do­mość zde­ner­wo­wała mnie, ale sta­ran­nie ukry­łam nie­po­kój. W swo­jej naiw­no­ści zało­ży­łam, że Lachlan mieszka na tere­nie klubu.

Na tere­nie ści­śle strze­żo­nym.

Tak nie było.

Nawet nie opro­wa­dzili mnie po posia­dło­ści, tylko od razu wywieźli poza teren klubu.

Sta­łam na skraju tyl­nego podwó­rza domu Lachlana – na tra­wia­stym kli­fie wzno­szą­cym się nad morzem – i prze­tra­wia­łam uczu­cie, któ­rego się wsty­dzi­łam.

Zazdrość.

Rześki, chłodny wiatr owie­wał moje ciało, szar­piąc i nie­bez­piecz­nie uno­sząc skraj krót­kiej sukienki. Nie przej­mo­wa­łam się tym. Kto mógł mnie tu zoba­czyć? Dom narze­czo­nego mojej sio­stry znaj­do­wał się gdzieś na końcu świata. Gdyby nie to, że nie­opo­dal stał iden­tyczny dom, mogła­bym pomy­śleć, że tra­fi­łam w naj­od­le­glej­szy, cał­ko­wi­cie opu­sto­szały zaką­tek pla­nety.

„Narze­czony mojej sio­stry”.

Znów poczu­łam bole­sną klu­chę w gar­dle.

Napły­wa­jące do oczu łzy spra­wiały, że poczu­łam się mała i infan­tylna. Nie mogłam wyrzu­cić z pamięci obrazu Robyn tulą­cej się do Lachlana, kiedy ja cze­ka­łam na tyl­nym sie­dze­niu SUV-a. On pochy­lił ku niej czoło i powie­dział coś cicho. Naj­wy­raź­niej chciał się upew­nić, czy nic jej nie jest.

Nie usły­sza­łam, co odpo­wie­działa, ale to chyba nie była pozy­tywna odpo­wiedź. Poca­ło­wali się prze­lot­nie, ale z takim uczu­ciem, że musia­łam odwró­cić wzrok. Poczu­łam się jak pod­glą­dacz.

Nie cho­dziło o nie­zwy­kłe oto­cze­nie, w jakim się zna­la­złam. Naj­bar­dziej wytrą­cał mnie z rów­no­wagi widok Robyn i Lachlana razem. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam, żeby była z kimś tak bli­sko. Patrzyła na niego, jakby był całym jej świa­tem. A on odwza­jem­niał się tym samym.

Stłu­mi­łam zazdrość.

Nie zazdro­ści­łam jej, że odna­la­zła takie uczu­cie – zawsze jej tego życzy­łam. Pra­gnę­łam, żeby miała naj­wspa­nial­sze, naj­bar­dziej speł­nione życie, jakie można sobie wyobra­zić. Jed­nak teraz poczu­łam, że tracę ją jesz­cze bar­dziej niż dotych­czas.

Narze­czony.

– Kiedy się zarę­czy­li­ście? – spy­ta­łam, gdy wsie­dli do samo­chodu.

– Oświad­czy­łem się cał­kiem nie­dawno – odrzekł Lachlan.

Nastrój nieco mi się popra­wił. Wcze­śniej podej­rze­wa­łam, że być może powie­działa rodzi­com, ale zabro­niła im prze­ka­zać tę nowinę mnie. Bolała mnie myśl, że mogłaby nie podzie­lić się ze mną tak ważną wia­do­mo­ścią.

Czy­niło to ze mnie totalną hipo­krytkę, ponie­waż ja od ponad roku ukry­wa­łam przed nią różne rze­czy.

Mimo wszystko. Robyn wycho­dziła za mąż.

I to na doda­tek za samego Lachlana Ada­ira.

Wie­dzia­łam, jaką kie­dyś darzyła go nie­chę­cią – winiąc go za to, że Mac ją porzu­cił – dla­tego prze­ży­łam wstrząs, kiedy rodzice powie­dzieli mi, że jest z nim w związku i zamiesz­kała w Szko­cji.

Nasze drogi się roze­szły.

Życie potrafi zasko­czyć, prawda?

– Kto ty jesteś?

Drgnę­łam zasko­czona.

Wysoki, dzie­cięcy gło­sik roz­legł się gdzieś po pra­wej stro­nie.

Dzie­dzi­niec domu Lachlana nie był oddzie­lony ogro­dze­niem od pose­sji sąsiada. Wydało mi się to dziwne. Jego piękny dom, sta­ran­nie zapro­jek­to­wany w nowo­cze­snym stylu, stał nad wodą, tuż za tere­nem Ard­noch, w wio­sce, którą Lachlan nazwał Cael­more.

Potrze­bo­wa­łam chwili odde­chu. Nie chcia­łam też, żeby sio­stra poznała, jak bar­dzo uda­wany jest mój bez­tro­ski nastrój. Zosta­wi­łam więc bagaż w luk­su­so­wym pokoju gościn­nym, do któ­rego zapro­wa­dził mnie Lachlan, zrzu­ci­łam buty i przez sze­ro­kie, roz­su­wane prze­szklone drzwi na tyłach olbrzy­miego salonu wyszłam na taras, który koń­czył się scho­dami pro­wa­dzą­cymi na traw­nik cią­gnący się aż na skraj klifu.

Wzdłuż brzegu urwi­ska pobu­do­wano barierę zabez­pie­cza­jącą. Spoj­rza­łam na dwoje małych dzieci, które przy­glą­dały mi się cie­ka­wie, i domy­śli­łam się, że wznie­siono ją dla ich bez­pie­czeń­stwa. Oboje mieli ciemne włosy i byli ubrani w jasno­nie­bie­skie swe­terki z wyszy­tym na fron­cie emble­ma­tem. Dziew­czynka miała na sobie nie­bie­sko-czarną spód­niczkę w kratę, a chło­piec czarne spodnie. Mun­durki szkolne.

– Cześć. – Uśmiech­nę­łam się sze­roko i pode­szłam bli­żej. – Jestem Regan.

Chło­piec wypro­sto­wał się, męż­nie wypiął pierś i chwy­cił młod­szą dziew­czynkę za rękę.

– Nie­stety, nie wolno nam roz­ma­wiać z obcymi. – Mówił z ład­nym angiel­skim akcen­tem, przez który tylko cza­sami prze­bi­jał szkocki ton, zwłasz­cza kiedy wyma­wiał „t”.

Ski­nę­łam głową, sta­ra­jąc się nie roze­śmiać.

– To bar­dzo mądra zasada. Ale to wy pierwsi mnie zacze­pi­li­ście.

Chło­piec spoj­rzał ziry­to­wany na swoją towa­rzyszkę.

– To wina Eilidh. – _Ejli_. Tak wymó­wił jej imię. – Eilidh, dobrze wiesz, że nie wolno nam tego robić.

Mała zupeł­nie nie zwró­ciła na niego uwagi. Gapiła się na moje stopy.

– Gdzie masz buty?

Poru­szy­łam pal­cami w chłod­nej tra­wie i gestem wska­za­łam na dom.

– Zosta­wi­łam je w środku.

Chło­piec zmarsz­czył czoło.

– Znasz wujka Lachlana i cio­cię Robyn?

Poczu­łam się tak, jak­bym dostała cios w żołą­dek.

– Cio­cię Robyn? – powtó­rzy­łam cicho.

Malec ski­nął głową.

– Zosta­nie żoną wujka, więc wolno nam ją tak nazy­wać.

Coś mnie ści­snęło w piersi.

– Miesz­ka­cie tu obok?

Chło­piec rzu­cił mi podejrz­liwe spoj­rze­nie.

– Chyba nie powi­nie­nem odpo­wia­dać na to pyta­nie. Na­dal jesteś obca.

Roze­śmia­ła­bym się w głos, gdyby nie to, że wła­śnie wal­czy­łam z para­li­żu­jącą zazdro­ścią i poczu­ciem krzywdy. Moja sio­stra wyje­chała na koniec świata i stwo­rzyła tu sobie nowe życie, w któ­rym nie było dla mnie miej­sca.

– Eilidh, Lewis! – dobiegł mnie niski męski głos, co roz­pro­szyło moją uwagę.

Zmie­rzał ku nam wysoki, bar­czy­sty męż­czy­zna o nieco zanie­dba­nym wyglą­dzie. Sta­nął za dziećmi i opie­kuń­czo poło­żył dło­nie na ich ramio­nach.

– Kogo my tutaj mamy? – spy­tał, mie­rząc mnie wzro­kiem.

Zbli­ży­łam się do niego i spo­strze­głam, że jego spoj­rze­nie powę­dro­wało ku moim bosym sto­pom. Mogła­bym przy­siąc, że wargi mu zadrżały z roz­ba­wie­nia, ale trudno było to stwier­dzić z pew­no­ścią, ponie­waż jego usta ota­czała gęsta broda w kolo­rze brązu.

– Hej. – Wycią­gnę­łam ku niemu dłoń. – Jestem Regan Pen­ha­li­gon.

Jego nie­bie­sko­szare oczy nieco się zwę­ziły, ale szybko ujął moją rękę i uści­snął ją moc­nym, zde­cy­do­wa­nym ruchem. Wyczu­łam, że skórę dłoni ma stward­niałą i szorstką.

– Jesteś sio­strą Robyn?

– Ow­szem. – „A ty?”.

– Nazy­wam się Thane i jestem bra­tem Lachlana – odpo­wie­dział na moje nie­za­dane pyta­nie. – A to moje dzieci: Eilidh i Lewis. Miesz­kamy tu obok. Robyn nie wspo­mi­nała, że masz przy­je­chać.

Z uśmie­chem wzru­szy­łam ramio­nami.

– Zro­bi­łam jej nie­spo­dziankę – odrze­kłam bez­tro­sko.

Jego oczy zmie­niły kolor na chłodny błę­kit.

– Rozu­miem – odrzekł.

Odnio­słam wra­że­nie, że rze­czy­wi­ście rozu­mie sytu­ację.

Ze wstydu chcia­łam zapaść się pod zie­mię.

Nie byłam głu­pia. Nie tylko Robyn odno­siła się do mnie z chłodną rezerwą. Mac i Lachlan trak­to­wali mnie rów­nie ozię­ble. Zasłu­ży­łam sobie, ale i tak było to okropne. Naj­wy­raź­niej Robyn powie­działa Lachla­nowi i Macowi, jak ją zawio­dłam, a Lachlan pew­nie roz­gło­sił tę wieść wśród swo­jej rodziny.

– Czy to nie cudow­nie? – Uśmiech­nę­łam się nie­szcze­rze. – Pierw­szy raz jestem w Szko­cji. A tak przy oka­zji, te domy są wspa­niałe.

– Tata je zapro­jek­to­wał – wtrą­cił Lewis. – Jest arki… archi­tek­tem. Ja też kie­dyś zostanę archi­tek­tem, jak tata!

Ho, ho!

Zoba­czy­łam Thane’a w nowym świe­tle. Z wyglądu przy­po­mi­nał raczej drwala. Miał gęste blond włosy w odcie­niu pia­sko­wym, ciem­niej­szą brodę, zde­cy­do­wa­nie wyma­ga­jącą przy­strzy­że­nia, i nie­dbały strój, który nie miał wiele wspól­nego z szy­kiem, jakiego się ocze­kuje od wła­ści­ciela wiej­skiej posia­dło­ści. Robiony gru­bym ście­giem swe­ter swoje naj­lep­sze dni miał już za sobą, a dżinsy były tak wybla­kłe i zno­szone, że aż dziw, że się nie roz­pa­dły. Na nogach miał zabło­cone buty trek­kin­gowe.

Trudno było przy­pusz­czać, że to nie­zwy­kle uta­len­to­wany archi­tekt.

Jed­nak kto jak kto, ale ja powin­nam pamię­tać, że nie należy sądzić ludzi po pozo­rach.

– Są nie­sa­mo­wite – rze­kłam z nie­kła­ma­nym zachwy­tem. Te domy są naprawdę piękne. – Sąsia­du­jące ze sobą pose­sje były nie­mal iden­tyczne, choć na każ­dej, oprócz głów­nego domu, stał drugi budy­nek innej wiel­ko­ści, zbu­do­wany z takich samych mate­ria­łów.

Ten na tere­nie Thane’a był tro­chę więk­szy i wyglą­dał na domek dla gości.

– Dzię­kuję – odparł nie­pew­nie.

– Tatu­siu, czy ja też mogę zdjąć buty? – zapy­tała go nagle córka.

– Cho­dze­nie boso jest cał­kiem przy­jemne – powie­dzia­łam z uśmie­chem.

– Prze­zię­bisz się. – Thane potrzą­snął głową. – Zresztą już pora na pod­wie­czo­rek. – Popro­wa­dził dzieci w stronę domu.

Zacie­ka­wiło mnie, gdzie jest ich matka. Czy czeka na nich w domu z her­batą?

– Thane! – Głos Lachlana niósł się daleko i dono­śnie.

– Wujek Lachlan! – Eilidh pomknęła przed sie­bie jak strzała.

Lachlan szybko zbiegł ze scho­dów tarasu i chwy­cił bra­ta­nicę w ramiona. Przez silny wiatr nie sły­sza­łam, co mówili, ale cokol­wiek to było, wywo­łało u dziew­czynki nie­opa­no­wany wybuch śmie­chu. Lachlan wziął ją na ręce i z uśmie­chem ruszył ku nam. Teraz wyglą­dał jak znany z ekra­nów gwiaz­dor o uro­czym, chło­pię­cym uśmie­chu. Znów przy­po­mnia­łam sobie, że narze­czony mojej sio­stry jest sławny, a to, jak odno­sił się do swo­jej małej bra­ta­nicy, dodało mu tonę wdzięku.

– Widzę, że pozna­łeś już Regan? – zapy­tał Thane’a.

Kiedy bra­cia sta­nęli obok sie­bie, zauwa­ży­łam, jacy są podobni. Lachlan był o kilka cen­ty­me­trów wyż­szy, miał bar­dziej nie­bie­skie oczy, ale obaj wyróż­niali się surową, skan­dy­naw­ską urodą. Podej­rze­wa­łam, że w ich szkoc­kich żyłach pły­nie tro­chę krwi wikin­gów.

Spoj­rzeli na sie­bie, poro­zu­mie­wa­jąc się bez słów, ale ja jestem bar­dziej spo­strze­gaw­cza, niż się powszech­nie uważa. Moje przy­by­cie ich nie ucie­szyło. Pozna­łam to po zaci­śnię­tych szczę­kach Lachlana i podejrz­li­wej minie Thane’a.

Uda­jąc, że mam to gdzieś, uśmiech­nę­łam się do Eilidh. Sie­działa zado­wo­lona na rękach u wujka i wpa­try­wała się we mnie swo­imi pięk­nymi, wiel­kimi, nie­bie­sko­sza­rymi oczami. Pod­nio­sła małą rączkę, jakby chciała dotknąć mojego policzka.

– Co się dzieje z two­imi policz­kami, kiedy się uśmie­chasz?

– Niby co? – zapy­ta­łam, choć dobrze wie­dzia­łam, o czym mówi.

Po ojcu odzie­dzi­czy­łam dołeczki.

– To! – Chi­cho­cząc, wska­zała na mój lewy poli­czek.

– Eilidh, to są dołeczki – wyja­śnił jej Thane.

– Ale skąd się biorą? – docie­kała.

Może przez to, że byłam w Szko­cji i ludzie wokół mówili ze szkoc­kim akcen­tem, przy­po­mniała mi się histo­ryjka, z któ­rej pomocą Mac kie­dyś wyja­śnił pocho­dze­nie moich dołecz­ków.

– Poda­ro­wały mi je wróżki. Kiedy przy­by­wają do naszego świata z Zacza­ro­wa­nej Kra­iny, nie chcą, żeby ludzie je roz­po­znali. A łatwo je roz­po­znać po cza­ro­dziej­skim pyle, który stale noszą przy sobie. Stwo­rzyły więc w moich policz­kach te małe dołeczki, żeby cho­wać w nich cza­ro­dziej­ski pył.

– Naprawdę? – Eilidh patrzyła na mnie zdu­miona.

Ski­nę­łam głową.

– Wcale nie! – zapro­te­sto­wał Lewis. – Wróżki nie ist­nieją.

– A wła­śnie, że ist­nieją! – gwał­tow­nie zapro­te­sto­wała dziew­czynka. – Wujek Mac mi mówił!

Sta­ra­łam się nie zde­ner­wo­wać tym, że Mac, zosta­wiw­szy Robyn w Bosto­nie, roz­po­czął nowe życie w Szko­cji, gdzie obce dzieci nazy­wały go wuj­kiem.

– To wła­śnie Mac opo­wie­dział mi o wróż­kach i zacza­ro­wa­nym pyle. – Napo­tka­łam ostre spoj­rze­nie Lachlana i mój uśmiech zbladł.

Odwró­ci­łam wzrok i dostrze­głam w oczach Thane’a bły­ski zacie­ka­wie­nia.

– Wie­cie co, jestem tro­chę głodna. – Ruszy­łam w stronę domu.

– Wła­śnie dla­tego tu przy­sze­dłem. – Lachlan zwró­cił się do Thane’a. – Robyn zamó­wiła tyle jedze­nia, że mogli­by­śmy nakar­mić całą armię. Chcesz do nas dołą­czyć z dziećmi? Zamó­wiła wszystko, od chińsz­czy­zny po nug­getsy.

– Nug­getsy! – wykrzyk­nęła Eilidh z żywio­ło­wym entu­zja­zmem.

Od lat nie doświad­czy­łam takiego uczu­cia. Lachlan skrzy­wił się lekko, ale ramiona trzę­sły mu się ze śmie­chu.

– Jesteś pewien, że powin­ni­śmy? – zapy­tał go brat, na moment zatrzy­mu­jąc na mnie wzrok.

– Ależ oczy­wi­ście. Dzięki obec­no­ści dzieci Robyn ode­rwie się od swo­ich kło­po­tów.

Czyli ode mnie?

Zabo­lało.

– Sam nie wiem.

– Tato, pro­szę. – Lewis pocią­gnął go za swe­ter.

– Nuuug­ge­eetsy! – zawo­łała Eilidh z zabaw­nie zmie­nio­nym niskim gło­sem i wbiła świ­dru­jący wzrok w ojca. – Z kuuur­cza­aaka!

Wszy­scy wybuch­nę­li­śmy śmie­chem, a napię­cie gdzieś się ulot­niło.

Może rze­czy­wi­ście dzieci to świetny spo­sób na ode­rwa­nie się od kło­po­tów.5

Regan

Obtarte pięty i palce pie­kły mnie nie­mi­ło­sier­nie, kiedy w końcu skrę­ci­łam w wąską wiej­ską drogę, pro­wa­dzącą do widocz­nych w oddali impo­nu­ją­cych, nowo­cze­snych domów braci Ada­irów. Usły­sza­łam szum morza i poczu­łam zapach soli w powie­trzu.

Kiedy jecha­łam samo­cho­dem, odle­głość dzie­ląca mia­steczko Ard­noch od Cael­more nie wyda­wała się duża. Wła­śnie dla­tego upar­łam się, kiedy Robyn pod­wio­zła mnie rano do mia­steczka, że wrócę pie­chotą. Pro­po­no­wała, żebym wło­żyła jej buty trek­kin­gowe, ale odmó­wi­łam, gdyż miała stopy o numer więk­sze od moich i sądzi­łam, że nie będzie mi się w nich wygod­nie szło. Myli­łam się. Na myśl o butach tury­stycz­nych, które zosta­wi­łam w Bosto­nie razem z połową mojego dobytku, jęk­nę­łam cicho, ale dalej kuś­ty­ka­łam pobo­czem pry­wat­nej wiej­skiej drogi.

– Pie­przyć to! – Zrzu­ci­łam buty i ode­tchnę­łam z ulgą, kiedy moje spuch­nięte, obo­lałe stopy zetknęły się z chłodną zie­mią.

Schy­li­łam się i pod­nio­słam buty z pasecz­kiem. Wło­ży­łam je, ponie­waż uzna­łam, że będą wygod­niej­sze niż szpilki. Prze­kli­na­łam w duchu swoją miłość do sukie­nek i wyso­kich obca­sów. Paku­jąc się w pośpie­chu, popeł­ni­łam głupi błąd i zosta­wi­łam wszyst­kie spor­towe ciu­chy. Tani bilet lot­ni­czy ogra­ni­czał ilość bagażu, który mogłam zabrać. Wzię­łam więc małą walizkę, do któ­rej nie zmie­ściła się ani jedna para teni­só­wek czy pła­skich butów. Jeśli mia­łam tu zostać, zde­cy­do­wa­nie musia­łam uzu­peł­nić gar­de­robę.

Żeby jed­nak zostać na dłu­żej, musia­łam jak naj­szyb­ciej zna­leźć pracę, na co się nie zano­siło. Od rana aż do wcze­snego popo­łu­dnia odwie­dzi­łam każdy sklep, kawiar­nię i restau­ra­cję w mia­steczku, sta­ra­jąc się ocza­ro­wać wła­ści­cieli.

Ard­noch oka­zało się naj­bar­dziej uro­kli­wym miej­scem, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

W cen­trum znaj­do­wał się główny rynek, a na nim par­king dla gości. Pod­czas mojej wyprawy poszu­ki­waw­czej odkry­łam, że sklepy, restau­ra­cje, hotele i pen­sjo­naty można było zna­leźć na wszyst­kich ulicz­kach Ard­noch oto­czo­nych ślicz­nymi dom­kami i kamie­nicz­kami.

Histo­ryczna archi­tek­tura mia­steczka zachwy­cała. Przed przy­jaz­dem podej­rza­łam nowe zdję­cia na Insta­gra­mie Robyn, zatem mia­łam oka­zję zoba­czyć Ard­noch przez jej obiek­tyw. Oglą­dane na wła­sne oczy oka­zało się jesz­cze pięk­niej­sze. Z pod­pi­sów pod foto­gra­fiami na Insta­gra­mie wie­dzia­łam, że wszyst­kie domy pocho­dzą co naj­mniej z pierw­szej połowy XX wieku, a kate­dra wzno­sząca się nie­opo­dal Glo­aming, naj­więk­szego tutej­szego pen­sjo­natu, została wybu­do­wana w śre­dnio­wie­czu. Prze­ci­na­jąca mia­steczko główna ulica nosiła nazwę Castle Street, zapewne dla­tego, że bie­gła do „Ard­noch Castle and Estate” – czyli zamku i posia­dło­ści Ard­noch.

Przy Castle Street stały jed­na­kowe, dzie­więt­na­sto­wieczne sze­re­gowce z man­sar­do­wymi oknami. Wiele domów miesz­kal­nych zmie­niono w butiki, kawiar­nie i gospody. Na tyłach Castle Street cią­gnęły się rzędy iden­tycz­nych uli­czek, ale mniej tu było skle­pów i lokali gastro­no­micz­nych. Odwie­dzi­łam wszyst­kie w pro­mie­niu czte­rech prze­cznic od głów­nej ulicy.

Dalej domy miały cha­rak­ter wyłącz­nie miesz­kalny.

Nikt nie szu­kał pra­cow­nika.

Lato się koń­czyło i wkrótce osoby zatrud­nione tylko na sezon tury­styczny miały zostać zwol­nione. Jak to moż­liwe, żeby w całym mia­steczku nikt nie potrze­bo­wał kogoś nowego do pracy? Ani kel­ne­rek, ani sprze­daw­czyń, ani sprzą­ta­czek. Nikogo!

Pod­czas week­endu mię­dzy mną a sio­strą pano­wała tro­chę napięta, nie­zręczna atmos­fera, doszłam więc do wnio­sku, że powin­nam zna­leźć pracę i wypro­wa­dzić się z domu Lachlana. Wie­dzia­łam, że Robyn chce, żebym została, ale moim zda­niem nie był to dobry pomysł.

Lachlan nie mówił wiele. Na­dal nie potra­fi­łam go roz­gryźć. Wie­dzia­łam tylko, że patrzy na Robyn jak ktoś, kto jest gotów poświę­cić dla niej życie. Przy mnie rów­nież był mało­mówny i uważny, ale w inny spo­sób.

Cza­sami wyda­wało mi się, że za dużo widzi i wie.

Na przy­kład to, że jestem tchó­rzem.

Na­dal nie potra­fi­łam zebrać się na odwagę i wytłu­ma­czyć Robyn, dla­czego się do niej nie odzy­wa­łam. Teraz przy­naj­mniej ze mną roz­ma­wiała.

A co będzie, jeśli po moich tłu­ma­cze­niach mnie znie­na­wi­dzi? Może uzna, że moje roz­terki i wąt­pli­wo­ści to tylko żało­sna wymówka? Prze­cież ja sama tak uwa­ża­łam.

Prze­kona się, jaki mam słaby cha­rak­ter.

Jak mało we mnie odwagi.

Nie jest łatwo być tchó­rzem, a co dopiero, gdy się ma nie­ustra­szoną sio­strę.

Ona rów­nież uni­kała tego trud­nego tematu, cho­ciaż było oczy­wi­ste, że cały czas wisi on nad nami. Kiedy zda­łam sobie z tego sprawę, zde­ner­wo­wa­łam się jesz­cze bar­dziej. Jedyna dobra rzecz, jaka wyni­kała z tej sytu­acji, to fakt, że odcią­gała moje myśli od sukin­syna, który od ośmiu mie­sięcy zatru­wał mi życie.

Wzdry­gnę­łam się na samą o nim myśl, posta­no­wi­łam więc zmie­nić temat roz­my­ślań i sku­pić się na czymś innym. Pomógł mi w tym war­kot samo­chodu za ple­cami. Obej­rza­łam się i zoba­czy­łam zie­lo­nego Defen­dera, suną­cego wolno w moją stronę. Zasta­na­wia­jąc się, kto może nim jechać, zeszłam na bok i sta­nę­łam na tra­wie pora­sta­ją­cej pobo­cze. Na ile mogłam, odchy­li­łam się do tyłu, żeby samo­chód mógł prze­je­chać swo­bod­nie. Tym­cza­sem on zwol­nił, a za jego kie­row­nicą zoba­czy­łam nie­znaną mi blon­dynkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij