Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nigdy Twoja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 czerwca 2026
E-book: EPUB, PDF
39,99 zł
Audiobook
24,99 zł
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Nigdy Twoja - ebook

Jayden nie powinien żyć. Zakazany krwawy rytuał wiąże jego duszę z ciemnością, z której się narodził – i przywraca go światu odmienionego. Potężnego. Ściganego. Z szeptem w głowie, który nie należy do niego i nie zamierza milczeć. Clare wie, jak to jest tracić kawałki samej siebie. Nie mówi o przeszłości ani o czystokrwistym potworze, który zostawił w niej blizny zbyt głębokie, by kiedykolwiek zniknęły. Nie miała już nigdy go zobaczyć. Los – i okrutny, pradawny zakład – mają inne plany. Im silniejsze staje się ich połączenie, tym bardziej pęka coś w środku Jaydena. Coś bardzo starego budzi się pod jego skórą. Coś zimnego, zaborczego i chorobliwie zapatrzonego w nią. Potwór, który pamięta jej imię. Stworzono go po to, by ją kochał – nawet jeśli ma to zniszczyć ich oboje. Mroczny paranormalny dark romance: obsesja, przemoc, toksyczna relacja, moralnie szare decyzje. Dla czytelniczek gotowych na intensywny, niejednoznaczny romans z potworem zamiast księcia z bajki.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 5,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Pełnia wisiała nisko, ciężka jak moneta, zalewając Stellis zimnym, srebrnym światłem. ​Jayden szedł przez centralny park, wilgotna od rosy trawa tłumiła kroki. Wiatr niósł zapachy z nocnego targu trzy przecznice dalej — cynamon, kardamon, coś ostrzejszego, bardziej metalicznego. Stellis w nocy udawało pocztówkę. Jayden szedł przez nie jak przez dekorację.

​– Ach. – Słowo uleciało z jego ust jak oddech, ledwie słyszalne. Księżyc szarpał go od środka — za mostkiem, głębiej niż serce.

Przez krótki moment, kątem oka dostrzegł coś niebieskiego w powietrzu.

Mrugnął i tego już nie było.

Ból rozerwał mu kark. Kły, ostre jak brzytwy, przebiły skórę z chirurgiczną precyzją. Zimny oddech napastnika owiał mu ucho, język trafił w metaliczny smak własnej krwi, a świat przechylił się w mdłą smugę. Pod strachem zaczęło się drżenie — nie ból, coś innego, i natychmiast chciał to cofnąć.

​– _Do zobaczenia… później._ – Głos wyszeptał mu do ucha — miękki, a jednak zimny, jak ręka kogoś, kto już dawno przestał być żywy.

Strach zadrapał go od środka, wspinając się po gardle.

​– Nie… ​– Nogi się pod nim ugięły.

Trawa wystrzeliła mu naprzeciw, źdźbła łaskotały policzek, gdy świadomość migotała jak dogasający płomień. Przez mgłę bólu i utraty krwi zdołał jeszcze uchwycić sylwetkę napastnika ​– złote włosy łapiące księżycowy blask, jasną skórę, która bardziej go pochłaniała, niż odbijała, i oczy, które patrzyły na niego tak, jakby go rozpoznawały. Jakby robiły to od dawna. Rysy jak jego własne — ale starsze, zimniejsze, jakby ktoś zabrał ten sam materiał i zrobił z niego coś innego.

​– Co…? ​​– Słowa zgasły mu na ustach, gdy ciemność go dopadła.

​Dźwięk uderzenia rozdarł nocny spokój parku. Ciało napastnika wbiło się w pień starego dębu z siłą łamiącą kości, drzewo jęknęło pod tym ciosem. Kora odpadła płatami, a pień zatrząsł się od korzeni po sam czubek.

Poruszyła się jak woda cofająca się przed kamieniem — bez pośpiechu, bez straty. Ciemne włosy obijały jej policzki, a broń już była w dłoniach, stabilna i gotowa.

Broń znalazła cel bez zawahania, stabilna jak skała, wymierzona prosto w postać, która właśnie odklejała się od zniszczonego pnia.

​Napastnik odwrócił się, złote oczy spotkały się z jej spojrzeniem ponad dzielącą ich przestrzenią. Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu pozbawionym ciepła, za to pełnym rozpoznania i czegoś, co mogło być rozbawieniem. Krew plamiła mu wargi ​– i nie zrobił nawet gestu, by ją otrzeć.

​​– Musiałaś to być ty… ​​– Jego głos był piękny i straszny jednocześnie.

​Przez jej twarz przemknął cień zdziwienia, krótkotrwały jak błysk pioruna, ale wyraźny. Przez moment poczuła dziwne ukłucie w środku, niczym puls.

Uścisk na broni ani drgnął, jednak coś w wyrazie jej oczu pękło ​– drobna rysa w masce lodowatej profesjonalistki.

Ruszyła w stronę leżącej postaci, nie spuszczając z blondyna ani na sekundę wzroku ani lufy. Z każdym krokiem zbliżała się do młodego mężczyzny krwawiącego na trawę, jego zmienione przemianą rysy pozostawały bezwładne w nieprzytomności.

​Słowo wyrwało się z jej gardła jak odłamki szkła, szorstkie od emocji, na które rzadko pozwalała samej sobie.

​– Kurwa… przepraszam. ​– Przeprosiny zawisły w powietrzu. Księżyc patrzył na to ze swojej wysokości i nic nie powiedział.

​​– _Jayden…_​​– Echo szeptało w ciemności ​​– _Jayden…_​​–

Świadomość wróciła nierówno — najpierw dźwięk, potem ból, potem reszta. Oczy Jaydena otworzyły się gwałtownie, źrenice rozszerzyły, próbując ogarnąć obce otoczenie. Miękkie, kremowe ściany, minimum mebli, skórzana kurtka przewieszona przez oparcie krzesła mówiła więcej o praktyczności niż o dekoracjach. To nie była jego sypialnia. Żadne miejsce, które rozpoznawał.

​Dłoń odruchowo powędrowała mu do szyi, palce szukały ran, które powinny tam być. Gładka skóra. Ani śladu po kłach, po rozszarpanym karku. A jednak ból pulsował tuż pod powierzchnią — zakończenia nerwowe pamiętały to, czego skóra już nie miała.

​​– Co… gdzie ja jestem? ​​– Oddech przyspieszył, klatka piersiowa unosiła się i opadała w szalonym rytmie, kiedy adrenalina zalała organizm.

Pod strachem odezwało się coś innego. Nie ból — ciągnienie. Gdzieś pod żebrami, głębiej niż powinno sięgać cokolwiek znajomego. Nie jedzenia pragnął, tylko ciepła pulsującego pod skórą ​– fantomowego smaku czegoś gęstego, miedziano‑słodkiego, czegoś, co nie powinno wydawać się znajome, a jednak było.

​Podniósł się do siadu, ruchy miał szarpane, pełne ledwo trzymanej w ryzach paniki. Drzwi sypialni stały lekko uchylone, wpuszczając wąski pasek światła z innego pomieszczenia. Nogi zaniosły go ku wyjściu jakby stawy miały cudzy rozmiar.

​Salon otworzył się przed nim ​– oszczędny, funkcjonalny, w tym samym minimalnym stylu co sypialnia. W rogu stał niewielki aneks kuchenny, białe róże na stole, za oknami rozciągała się panorama Stellis. Żadnej podpowiedzi, gdzie jest i jak się tu znalazł.

​​– W końcu się obudziłeś. ​​– Głos przeciął jego myśli jak kubeł lodowatej wody. Jayden odwrócił się gwałtownie w stronę dźwięku, mięśnie napięły mu się od nagłej, nieznanej wcześniej gotowości do ataku. Kobieta siedziała w cieniu przy oknie, ciemne włosy okalały rysy wyrzeźbione z kamienia i cienia. Siedziała bez ruchu, ręce luźne na udach — spokój kogoś, kogo gotowość jest stanem domyślnym.

​​– Kim jesteś?! ​​– Słowa wyrwały się z niego, dzikie, zachrypnięte. Zanim zdążył pomyśleć, ciało ruszyło. Skoczył w jej stronę, siła eksplodowała w mięśniach z zaskakującą mocą. Świat rozmazał się w ruchu. Ciało wiedziało, co robi, zanim on zdążył pomyśleć.

Usunęła się spod ataku jak woda. Jeden, oszczędny ruch. Jej dłoń złapała go za ramię, przekierowując impet, zanim druga dłoń z pełną premedytacją wbiła się w jego klatkę piersiową. Uderzenie wyrwało go z równowagi, stopy oderwały się od podłogi, a chwilę później ciało runęło na deski z siłą zdolną wybić powietrze z płuc.

​​– Puść mnie!!! ​​– Głos pękł mu od krzyku.

​​– Nie. ​​– Poruszyła się z drapieżną gracją, usiadła okrakiem na jego plecach, przygniatając go własnym ciężarem. Palce wplątała w jego włosy, nie brutalnie, ale wystarczająco mocno, by unieruchomić. Jej oddech musnął mu ucho, gdy pochyliła się bliżej. ​​– A jakbyś tak się, kurwa, uspokoił?

​– Uspokoił…? ​​– Syczał słowa przez zaciśnięte zęby, każda sylaba ociekała jadem. Furia płynęła w nim jak płynny ogień, a gdzieś z tyłu głowy cichy głos powtarzał, że to nie jest normalne, że to nie on. Tyle że ta racjonalna część zdążyła już utonąć w rozszalałej fali emocji.

​​– Porwałaś mnie!! ​​– Oskarżenie eksplodowało z jego ust, prawie jak warknięcie. Własny głos go przestraszył ​– kiedy stał się tak niski? Kiedy jego ciało zaczęło być zdolne do takiej siły jak przed chwilą?

Wcisnęła jego twarz głębiej w drewnianą podłogę, uchwyt ani na moment nie zelżał, mimo jego szarpania. Ten pokaz siły nie miał prawa być możliwy ​– nie wyglądała na szczególnie dużą, nie przypominała kulturystki ani zawodowej fighterki. A jednak trzymała go przy ziemi tak łatwo, jakby trzymała dziecko.

​​– Chłopcze, mówiłam, żebyś się uspokoił. Nie porwałam cię. ​​– Jej głos miał w sobie ciężar rozkazu.Westchnęła cicho, a w tym dźwięku zabrzmiało zmęczenie kogoś, kto przerabiał ten numer już wcześniej.

​​– Przemieniasz się.

Słowa uderzyły go jak fizyczny cios. Głód skręcił mu wnętrzności, domagając się odpowiedzi, których nie miał, i zaspokojenia, którego nie umiał sobie nawet wyobrazić.

​​– Kim jesteś? ​​– Pytanie wyszło ostrzej, niż planował, najeżone gniewem, który ledwo mieścił się w jego ciele. Nic w tej sytuacji nie miało sensu. ​​– O czym ty, kurwa, mówisz?

​– Jestem Clare. ​​– Jej uścisk nieco zelżał, ale wciąż była gotowa przycisnąć go z powrotem.. Imię nic mu nie mówiło, nie niosło za sobą żadnych skojarzeń. A jednak w jej obecności było coś niebezpiecznie znajomego, jak echo snu, który prawie pamiętał.

​Zmrużył oczy, patrząc na nią jak na zagadkę, której nikt nie tłumaczy. W jej rysach widział przemoc i sekrety, życie przeżyte w cieniu. Jej spojrzenie nie uciekło od jego, chłodne, oceniające.

​​– Jayden. ​​– Imię zabrzmiało pewniej, niż się czuł ​– mała kotwica tożsamości wrzucona w sam środek chaosu. Głód zabił mocniej, jakby chciał mu przypomnieć, że nie do końca.

​Clare wbiła w niego spojrzenie, jak ktoś, kto czyta mapę, szukając punktów orientacyjnych na zupełnie obcym terenie. Na jej czole pojawiła się zmarszczka, a w wyrazie twarzy coś się przesunęło ​– może rozpoznanie, może coś jak cień niepokoju.

Cisza między nimi nie była pusta.

Jayden odwrócił wzrok pierwszy.

​​– Rozejm? ​​– Clare podniosła się z podłogi jednym, płynnym ruchem, w którym nie było ani grama zbędnego gestu. Jayden wciąż klęczał na deskach, mięśnie miał napięte jak struna, skóra ciągnęła go we wszystkich kierunkach naraz, jakby przestała należeć do niego. Podniósł się powoli, stawy zaprotestowały przy ruchu, jakby ciało nie nadążało za tym, czym stał się w środku.

Jej zimne oczy lustrowały go z uwagą drapieżnika szacującego potencjalną ofiarę, a on musiał walczyć z odruchem, by nie zwiać albo nie rzucić się znowu.

A jednak stał tu, rozdarty między ucieczką a atakiem.

​​– Co pamiętasz z wczorajszej nocy? – W jej głosie nie było ani krzty ciepła. Ocena w jej spojrzeniu sprawiła, że skóra zaczęła go swędzieć od środka; ramiona opadły mu lekko, jakby chciał się zasłonić.

​Jayden zmarszczył brwi, sięgając pamięcią w coś poszarpanego, obcego. Obrazy zamigotały za powiekami ​– księżyc na trawie, zapach nocnych kwiatów, cicha samotność rozszarpana przez​–

​​– Ja… ​​– Dłoń powędrowała znowu do karku, palce szukały skóry, która powinna być rozdarta, poszarpana, zbrukana śmiercią.

​​– Coś uderzyło mnie w kark…? Myślałem, że umrę, ale najwyraźniej… żyję? ​​– Niepewność we własnym głosie przeraziła go bardziej niż cokolwiek innego. Wszystko było nie takie ​– światło inaczej łapało mu oczy, serce biło jakoś dziwnie… o ile w ogóle biło. ​Clare westchnęła ciężko, dźwięk był jak stwierdzenie faktu, nie jak pocieszenie.

​– Umarłeś. To akurat prawda.

Jayden gwałtownie zaczerpnął powietrza, dźwięk zabrzmiał ostro w cichym pokoju, po czym z głębi klatki piersiowej wydostał się chichot ​– pusty, ostry, zupełnie nie jego.

​​– No tak, a to ma być, kurwa, życie po śmierci?

– To by robiło ze mnie kostuchę. – Ani na chwilę nie spuściła z niego oczu, jakby czytała każdy, najmniejszy tik. – Jayden Silverstein. Umarłeś.

Jego nazwisko spłynęło z jej ust z taką swobodą, że aż zesztywniał.

_Skąd wiedziała, kim jest?_

Myśli rozsypały się jak szkło, każda kolejna ostrzejsza od poprzedniej.

​– Jeśli to jest żart, to chujowy.

– Też bym wolała, żeby był. ​​– Westchnęła jeszcze raz, odwracając się w stronę kuchni. Patrzył, jak się porusza – każdy krok przemyślany, każda czynność oszczędna. Z szuflady wyjęła nóż z taką swobodą, jakby sięgała po łyżkę. Ostrze złapało światło, błysnęło jak krótki uśmiech.

​– Jesteś wampirem, Jayden. ​– Bez ceremonii przecięła ostrzem własną dłoń. Krew wypłynęła natychmiast, gęsta, głęboka czerwień. Zapach uderzył go w pierś jak młot.

Głód zawył wewnątrz, budząc się na nowo – drapał go od środka, domagał się.

Nim zdążył pomyśleć, ciało ruszyło. Dystans między nimi zniknął – stał przy salonie, a już był przy niej, ponad jej uniesioną dłonią, każda komórka organizmu wyła o to, co kapało z rany.

​– Co… co się dzieje?! ​​– Ręce mu drżały od samego wysiłku, by się nie rzucić, by nie przycisnąć jej dłoni do ust, nie spijać tego, czego pragnęło całe jego nowe ciało.

​Rana na jej dłoni zamknęła się na jego oczach. Skóra zrosła się nienaturalnie szybko, zostawiając tylko blady różowy ślad, który też zaczął znikać. Ten pokaz niemożliwego powinien go zszokować, ale głód był głośniejszy.

​– Mówiłam przecież. ​– Jej głos pozostał równy, kliniczny. Starannie wytarła nóż, po czym odłożyła go z powrotem. W jej spojrzeniu nie było strachu, mimo jego drapieżnego szarpnięcia w jej stronę, jakby widziała to już tyle razy, że przestało robić wrażenie.

​– Możesz mi nie wierzyć. ​– Ruszyła w stronę łazienki, tym samym płynnym krokiem, a on podążył za nią, nawet nie rejestrując, że to robi. Stopy same niosły go za nią, podczas gdy głowa wciąż próbowała ogarnąć to, co właśnie się wydarzyło. Głód nie znikł — tylko cofnął się o krok, jak pies na smyczy.

​Lustro w łazience odbiło twarz obcego. Kości policzkowe, nos, linia szczęki – wszystko jego.

Ale oczy…

​– Co…? Złote?

Pochylił się nad umywalką, wpatrując się w tę parę oczu jarzących się jak stopiony metal. To nie były jego oczy. Jego były…

Jakie _były?_

Wspomnienie ześlizgiwało się z myśli jak mokry kamień z dłoni.

​– Co… co jest?!

Odbicie patrzyło na niego z nieludzką intensywnością, a on nie mógł odwrócić wzroku. Wszystko w tym obrazie było nie tak, a jednocześnie boleśnie prawdziwe. Ta twarz należała do niego, czy tego chciał, czy nie.

​– Cały czas ci mówię. Wczoraj zaatakował cię jeden z nich. ​​– Głos Clare doleciał z salonu, spokojny, rzeczowy, jakby mówiła o prognozie pogody. Stał dalej przed lustrem, obserwując, jak jego własne usta poruszają się bezgłośnie, gdy próbował poukładać na nowo świat, który właśnie spłonął.

​Świat, w którym wampiry _nie istniały._

– Nie ma czegoś takiego jak wampir. – Jayden skrzywił się, słowa drapały mu gardło jak odłamki szkła. Złote oczy w lustrze jakby z niego kpiły, świeciły nienaturalnym blaskiem, który bardziej pasował do koszmaru niż do rzeczywistości.

​– Dlaczego kłamiesz?

Odbicie Clare pojawiło się za nim w lustrze, twarz jak wykuta z kamienia. Żadnego współczucia, żadnej ulgi w uderzeniu prawdy.

​– Wiesz, że nie kłamię.

Te słowa trafiły dokładnie tam, gdzie nie chciał ich poczuć. Klatka ścisnęła mu się bez ostrzeżenia. Głód, który go pochłaniał na widok jej krwi, niemożliwa szybkość, własna twarz obca we własnych oczach.

​– To nie… to nie może być prawda! – Głos złamał mu się na ostatnim słowie, emocje wystrzeliły w górę. ​– Co to w ogóle jest wampir?! – Łzy zamgliły mu obraz, gorące, upokarzające. Miał dwadzieścia lat, nie był już dzieciakiem, a jednak stał tu i ryczał w łazience obcej kobiety, patrząc na oczy, które nie należały do człowieka.

​– Moja rodzina… Muszę wrócić… ​​– Obraz domu – ciepła kuchnia matki, śmiech Laury, gabinet ojca pełen kodeksów – szarpnął nim tak mocno, że aż zabolało. Na pewno go szukali. Na pewno się martwili. Musieli wiedzieć, że żyje.

​– Nie. – Głos Clare przeciął jego myśli jak nóż. Ostry. Ostateczny. Bez miejsca na negocjacje. ​– Nie możesz. Jesteś teraz zbyt niebezpieczny.

Odwrócił się do niej gwałtownie, złote oczy buchnęły oburzeniem, które nie do końca było jego.

– Przez mojego ojca? Wymyślasz te bzdury, bo chcesz pieniędzy? – Ludzie zawsze chcieli czegoś od jego rodziny, od ojca – wpływów, kasy, nazwiska. To było prostsze do przełknięcia niż wampiry i inne nadprzyrodzone bzdury.

​– Niesamowite… – syknęła bardziej do siebie, niż do niego. Palce zabębniły jej o ramię, jak u kogoś, komu właśnie kończy się cierpliwość.

​Jayden nie był w stanie dłużej ustać w miejscu. Ściany zaczęły się na niego zamykać, powietrze zgęstniało. Potrzebował wyjścia. Czegokolwiek aby uciec od tego szaleństwa. Drzwi wejściowe wzywały jak wybawienie.

​Palce zacisnęły się na klamce. Otworzył, zrobił krok do przodu​–

– Co?! – Odruchowo cofnął się. Za drzwiami nie było korytarza, windy, niczego, czego się spodziewał. Zamiast tego stał znowu obok Clare, patrząc, jak drzwi domykają się spokojnym kliknięciem. ​– Co…?

– Portal. – Przewróciła oczami, jakby chodziło o coś tak przyziemnego jak światła na skrzyżowaniu. ​– Nie mogę pozwolić ci biegać luzem, Jayden.

Wampiry. Portale. Jak popierdolona baśń, w którą ktoś kazał mu uwierzyć pod groźbą śmierci. Jego racjonalny mózg szukał jakiegoś innego wytłumaczenia, czegokolwiek, byle nie magii.

_​Ale głód…_

Gryzł go od środka jak żywe stworzenie, drapał od środka żebra. Spojrzał na Clare, próbując skupić się na jej słowach, ale jedyne, co widział, to smukła linia jej szyi. Nowe zmysły rysowały mu ją z obsceniczną dokładnością – równy puls, cienką warstwę skóry, którą wiedział, że potrafiłby przebić.

​– Ja… ​​– Świat zwęził się do jednego punktu.

_Jej szyja._

Życie pulsujące tuż pod skórą, wołające do czegoś dzikiego, rozpaczliwego w nim.

Strach mówił: _uciekaj._

Instynkt mruczał pod spodem: _zostań._

_Co jeśli…by podszedł…trochę bliżej…co jeśli by tylko…_

​Zorientował się, że znowu stoi tuż obok niej. Nie pamiętał, kiedy przeszedł tę odległość. Jej szyja była na wyciągnięcie ręki, głód zaryczał.

– Głodny? – Jej głos polał się po jego myślach jak lód. Poruszyła się jak płynny metal, zsunęła się z jego zasięgu jednym, płynnym ruchem. Nagły brak jej ciepła, jej zapachu, jej pulsu uderzył go jak fizyczne odcięcie.

​– Tak… Czuję się, jakbym umierał z głodu. ​– Słowa smakowały porażką. Ale kłamstwo nie miało sensu, skoro ciało już dawno go zdradziło.

​Clare wyciągnęła telefon, kilka szybkich ruchów palców i ustawiła przedni aparat, tak by mógł zobaczyć siebie.

Odbicie Jaydena patrzyło na niego z ekranu. Tym razem oczy nie były złote. Płonęły czystą, krwistą czerwienią, drapieżne. Taki wzrok pasował do bestii, nie do studenta z przedmieść Novaterry.

​– Co…? ​– Dreszcze przeszły mu po plecach, patrzył na potwora w swojej twarzy. Strach wspiął się po kręgosłupie i zwinął lodowatą kulą pod mostkiem. – To… ja? Co się ze mną dzieje…?

– Przecież powtarzam. Jesteś wampirem, Jayden. – Clare opuściła telefon, mówiąc to tonem lekarki podającej diagnozę. – Wczoraj umarłeś. Użyłam krwi tamtego wampira, żeby cię utrzymać przy życiu… i się przemieniłeś. Niespodzianka, bo taka przemiana potrafi człowieka zabić.

Każda sylaba przesuwała granice świata dalej i dalej od tego, co znał.

Jayden Silverstein już nie istniał.

Zostało coś, co patrzyło na jej szyję i wiedziało dokładnie, dlaczego.

​ROZDZIAŁ 2

Westchnął. Nie chciał jej wierzyć, ale oczy w lustrze i głód w żyłach nie pytały o zgodę. Podszedł i usiadł na jej kanapie, chłodna skóra tapicerki ciągnęła ciepło z jego dłoni.

​– Załóżmy… że ci wierzę. ​– Odwrócił wzrok, nie był w stanie dłużej patrzeć w te brązowe oczy, które zdawały się widzieć przez niego na wskroś. – Czym jestem?

Clare przyglądała mu się uważnie. Jego twarz… wciąż nie mogła tego ogarnąć.

Prawie _identyczna._

Te same kości policzkowe, ten sam kąt nosa — materiał identyczny, ale czas zrobił z nim coś innego. Zimniejszego.

_Ta sama twarz. Raz martwa na trawie, raz siedząca na jej kanapie._

​– Wampirem. – Clare wyrwało się, gdy opadła na krzesło naprzeciwko niego, utrzymując między nimi dystans. Od chłopaka biła energia, która cierpła jej skórę. Wszystkie łowieckie instynkty zadziałały bez pytania.

​– Nieśmiertelną istotą. A te twoje złote oczy… znaczą, że jesteś czystokrwistym.

– To znaczy? – Jayden zapytał. Słowa brzmiały jak wyrok śmierci owinięty w ładne opakowanie.

​– To znaczy, że jesteś czymś w rodzaju wampirzej elity. Silniejszy, potężniejszy od zwykłych. ​– Wyjaśnienie zabrzmiało w jej ustach pusto.

​– Świetnie, po prostu świetnie. ​– Jayden zmarszczył brwi, a jego rysy ściemniały. Czuł się, jakby rzeczywistość postanowiła urządzić sobie z niego wyjątkowo złośliwy żart. Wczoraj był studentem martwiącym się egzaminami i oczekiwaniami ojca. Dzisiaj był wampirzą „arystokracją”.

​– To znaczy, że jestem też bardziej głodny niż normalne wampiry? Bo ja naprawdę umieram z głodu. ​– Dłonie zacisnęły mu się w pięści na udach, kostki zbielały od napięcia.

​Clare zmarszczyła brwi. Wiedziała, że wampir to problem. Ale wygłodzony wampir był czymś o wiele gorszym. Tracili kontrolę, zamieniali się w bezmyślne drapieżniki pchane tylko jednym – potrzebą żerowania. Nienawidziła wampirów, a jednak… jeden z nich siedział teraz u niej.

Gdyby była lepsza, szybsza, chłopak zostałby człowiekiem.

​Podniosła się i ruszyła w jego stronę, każdy krok odmierzała ostrożnie. Wyciągnęła dłoń w jego stronę, wnętrzem do góry.

Spojrzał na nią zdezorientowany, złote oczy śledziły każdy jej ruch z drapieżną uwagą, od której aż ścisnęło jej żołądek.

— Po prostu ugryź i zaufaj instynktowi. — Słowa smakowały jej popiołem. Wszystko w niej krzyczało przeciwko temu.

Przez dłuższą chwilę tylko na nią patrzył, jakby czegoś w niej szukał, czegoś, czego sama nie potrafiła nazwać. W końcu jego palce zacisnęły się na jej nadgarstku, przyciągając dłoń do ust z zaskakującą delikatnością.

Nie miał pojęcia, co robi, a jednak ciało ułożyło go do tego ruchu, jakby znało drogę. Wciągnął powietrze nosem. Zapach uderzył natychmiast — ciepły, metaliczny, żywy.

Kły przebiły miękką skórę jej dłoni.

_Och. Ta słodka krew._

Smak eksplodował mu w ustach jak płynny ogień. Ślina napłynęła gwałtownie, język sam odnalazł ranę, a świat odpadł na obrzeżach, jakby ktoś skręcił w nim światło do jednego punktu.

Coś w nim… _osiadło._

Poczuł puls serca..

Głód cofnął się jak odpływ — zostawiając po sobie tylko ciszę. I coś innego: wrażenie, że to nie był pierwszy raz.

Chciał więcej.

_Dużo więcej._

Uścisk na jej nadgarstku wzmocnił się, przyciągnął ją bliżej — jakby ktoś w środku liczył jej puls i odmierzał, ile jeszcze może wziąć.

— Wystarczy. — Jej głos przeciął to jak trzask bicza. Szarpnęła dłonią, zrywając kontakt i zostawiając go z ciężkim oddechem, z pustką w ustach.

Wpatrywał się w jej dłoń, obserwując, jak z małych ran po kłach wypływają krople szkarłatnej krwi. Część jego — cofnęła się od tego odruchowo, z obrzydzeniem, z nagłą gorączką w policzkach.

Ale ta druga część, teraz silniejsza, chciała tylko jednego: złapać ją znowu i pić, dopóki głód nie zniknie. Przeraziło go, jak łatwo mógłby przestać udawać, że tego nie pragnie.

​– I co teraz…? — W jego głosie zabrzmiał ciężar kogoś, komu w kilka godzin zawalił się cały świat. Smak krwi Clare wciąż czuł na języku, metaliczny i odurzający, przypomnienie tego, czym się stał.

​– Chodź. — Clare odwróciła się w stronę drzwi, których wcześniej nie zauważył.

​Razem zeszli w dół wąskimi schodami, drewno skrzypiało pod ich ciężarem. Zapach trafił go pierwszy — piwo, jedzenie, ciepło ludzkiej masy stłoczonej blisko. Potem śmiech, brzęk szkła, niski szum rozmów

​Jayden zatrzymał się na dole, mrugając zaskoczony.

Przed nimi rozciągał się pub – ciepłe, drewniane boazerie, mosiężne detale. Klienci okupowali niedopasowane stoły i krzesła, twarze mieli zaróżowione od alkoholu i dobrego nastroju.

​Jakim cudem cały ten pub mieścił się pod mieszkaniem Clare, a on nic nie poczuł?

​— Kolejna magia? — mruknął pod nosem.

Clare zignorowała komentarz, przeciskając się między stolikami z wprawą kogoś, kto robi to na co dzień. Barman, mężczyzna koło pięćdziesiątki, o jasnobrązowych włosach przyprószonych srebrem, uniósł wzrok, gdy podeszli. Twarz rozjaśnił mu uśmiech, który naprawdę sięgał oczu.

— Ach, Clare. ​– Jego spojrzenie przesunęło się na Jaydena, z tym samym uważnym błyskiem kogoś, kto widział już w życiu niejedno.

​Barman zniknął za drzwiami z napisem „Biuro”, a Clare skinieniem głowy wskazała Jaydenowi, by poszedł za nim. Zastali go za biurkiem zawalonym papierami i księgami.

​– Musisz być Jayden. Jestem Terry. ​– Ciepło Terry'ego było szczere — nie to skrojone pod nazwisko.

​– Widzę, że wszyscy wiedzą, kim jestem. – W jego głos wkradła się gorycz, większa, niż zamierzał.

​– Nie wszyscy. I niech tak zostanie. ​– Terry zaśmiał się cicho, dźwięk był miękki, uspokajający. Sięgnął do szuflady i wyciągnął niewielki plik dokumentów. Przesunął je po blacie z wprawą kogoś, kto robił to już dziesiątki razy.

​Jayden sięgnął po pierwszą kartę – dowód tożsamości ze swoim zdjęciem, ale z innym nazwiskiem.

– Jayden Reed? Co to ma znaczyć? ​– Palcem przesunął po obcym nazwisku, po urzędowej pieczęci, która tę fikcję zamieniała w oficjalną prawdę. Plastik zdawał się ważyć więcej, niż powinien, naładowany konsekwencjami, których nie chciał sobie nawet wyobrażać.

​– To, że od teraz masz zapomnieć o Jaydenie Silversteinie. ​– Głos Terry’ego złagodniał, przybrał ton kogoś, kto podaje gorzkie lekarstwo, bo musi. – Przykro mi, chłopcze.

Słowa uderzały jak pięści.

​– Moja rodzina będzie mnie szukać. ​– Desperacja podniosła mu głos, napinając go od środka.

​– Zajmiemy się tym. ​– Obietnica Terry'ego zabrzmiała jak fakt, nie jak pocieszenie. – I nie martw się, nic złego ich nie spotka.

– Skąd mam wiedzieć, że mogę wam zaufać? ​– Pytanie wyrwało mu się.

​– Nie masz zbyt wielkiego wyboru. ​– Głos Clare przeciął przestrzeń między nimi z brutalną szczerością. ​– Ale jednego mogę ci obiecać. Zajmę się tobą. Bo to wszystko moja wina.

Ton Clare zatrzymał go.

Uniósł głowę.

W brązowych oczach zobaczył głębię żalu, której wcześniej nie dostrzegał, wstyd wyżłobił drobne linie wokół ust, napiął ramiona.

Wielka Sala stała w blasku pełni — zimne światło przez łukowate okna kładło się na twarzach jak lakier, nie jak ciepło. Kamienne mury tłumiły każdy dźwięk — głosy zbierały się pod sklepieniem i opadały zmienione, gęstsze.

​Alicia przeciskała się przez tłum wampirów, ich złote oczy błyszczały odbitym blaskiem księżyca. Zwyczajowa elegancja Gniazda była dziś jak naciągnięta za mocno struna. Wypatrzyła charakterystyczne białe włosy Dragany przy ozdobnym kominku; mag krwi stała nieco z boku, z dala od skupisk wzburzonych czystokrwistych.

​– Nauczycielko. ​– Głos Alicii ledwie przebił się przez szmer rozmów, kiedy podeszła. Czerwone oczy Dragany wbiły się w nią z dobrze znaną intensywnością. – Co się dzieje?

– Dobre pytanie, mała. ​– Zmarszczka na czole Dragany pogłębiła się. Długie palce przesuwały kolejny koralik po nitce, jeden za drugim — systematycznie, jak odliczanie. – Augustin zniknął.

Słowa uderzyły Alicię jak policzek. Usta rozchyliły jej się w niemym „oh”, złote oczy rozszerzyły, próbując objąć to, co właśnie usłyszała. Najpotężniejszy czystokrwisty w Zachodniej Novaterrze, ten, który jednym spojrzeniem wymuszał szacunek, a strachem cementował posłuszeństwo… po prostu zniknął?

​– Co? ​– Westchnienie wymknęło jej się zanim zdążyła je powstrzymać. – To niemożliwe.

Jej głos zabrzmiał słabo, zagłuszany przez narastający gwar spekulacji. Niezależnie od tego, co kto myślał o Augustinie – czy popierali jego bezwzględne metody, czy potajemnie ich nienawidzili – jego władza była faktem. Jego obecność była tak stała jak księżyc nad Gniazdem.

​Tłum nagle zamilkł. Sofia Bellerose wkroczyła do sali. Jej srebrne włosy przechwyciły księżycowy blask, kiedy sunęła przez Wielką Salę z gracją kogoś, kto pamięta jeszcze dwory sprzed wieków. Za nią kroczyły Lydia i Sylvia, dwie cienie w idealnie skrojonych sukniach, twarze miały jak maski, zbyt gładkie, by ukryć napięcie w ramionach.

​– Moi drodzy.​ – Głos Sofii niósł się wyraźnie po Sali, nie potrzebował podniesionego tonu, by domagać się uwagi. Jej akcent, zazwyczaj miękki, dziś miał w sobie stal, która cięła przez nerwową energię jak nóż. ​– Jak zapewne już słyszeliście, mój syn zaginął. Obawiamy się, że… Augustin został zamordowany.

Cisza była nagła, kompletna.

Sala rozpadła się na głosy naraz, wampiry usiłowały na różne sposoby oswoić to, co usłyszały. W niektórych głosach brzmiało niedowierzanie, w innych czysty strach, a w kilku pobrzmiewała ledwo tłumiona ekscytacja na myśl o pustym tronie.

​– Cisza! ​– Rozkaz Sofii przeciął wrzawę jak trzask bicza. Jej złote oczy przesuwały się po twarzach zebranych — wolno, bez pośpiechu, zatrzymując się na tyle długo, żeby każdy to poczuł. – Jeszcze nic nie wiemy, jednak od tej chwili… ja przejmuję obowiązki głowy rodziny i Gniazda. Do czasu, aż znajdziemy odpowiedzialnych za śmierć mojego syna.

Bez kolejnego słowa odwróciła się i ruszyła ku wyjściu, córki dołączyły do niej jednym płynnym ruchem, jak dwórki odprowadzające królową.

​Gdy tylko zniknęły za łukiem, sala znowu wybuchła mieszaniną głosów.

​– Nie mogę w to uwierzyć. ​– Szept Alicii utonął w kakofonii. Umysł próbował ułożyć sobie świat bez Augustina, bez jego żelaznego uścisku zaciskającego się na czystokrwistych rodach.

​Dragana stała nieruchomo, blada twarz wydawała się teraz rzeźbą z kamienia. Wpatrywała się w miejsce, gdzie przed chwilą stała Sofia.

Augustin martwy?

Dragana przeżuła to słowo i nie potrafiła go połknąć.ROZDZIAŁ 4

Mężczyzna szedł korytarzem równym krokiem, długi płaszcz Głównego Dowódcy Straży falował za nim jak ciekły cień. Rytmiczny stuk wypastowanych butów o wypolerowany beton odbijał się echem w wąskiej przestrzeni. Za nim szedł ktoś jeszcze — cichy szelest czarno‑białej tkaniny, kroki które nie chciały być słyszane.

​Nie sądził, że doczeka czegoś takiego. Kiedy wczoraj przyszło zgłoszenie z Dywizji Wywiadu, nie był w stanie uwierzyć.

Jarzeniówki wyostrzały rysy jego twarzy — wąskie usta, kąt szczęki, chłód który nie wyglądał jak spokój. Błękitne oczy — kolor lodu na głębokiej wodzie, a biało srebrne włosy łapały sterylne światło.

​Weszli do dolnego, chronionego poziomu; tylko ci z najwyższymi uprawnieniami mieli prawo tu schodzić. Skaner zamrugał na zielono, gdy system odczytał jego przepustkę. Za nim szła jego towarzyszka; w jej szarych oczach jarzeniówki odbijały się ostrym blaskiem, blada cera kontrastowała z ciemnym makijażem. Burgundowe usta zaciśnięte były w wąską linię, gdy schodzili coraz głębiej, tam, gdzie Zakon ukrywał swoje największe sekrety.

​Arthur, Kapitan Dywizji Wywiadu, szedł przed nimi, od razu zaczynając raport, gdy przekroczyli próg sterylnej sali.

– Ciało znaleziono w jednym z parków w Złotej Dzielnicy Stellis – jego głos miał płaską, zawodową barwę człowieka, który już widział za dużo. Poszarzała od siwizny broda nie maskowała napięcia w szczęce. – Żadnych wyraźnych ran, żadnych śladów walki. Tylko… jedno postrzałowe. Tak zakładamy.

​W powietrzu unosił się zapach środka dezynfekującego i czegoś jeszcze – metalicznej nuty, która nie znikała mimo sterylności pomieszczenia. Białe ściany odbijały światło z chirurgiczną dokładnością, bardziej laboratorium niż kostnica. W rogach cicho brzęczał sprzęt, systemy monitorujące tych, którzy żyli – i potwierdzające nieobecność życia u tych, którzy już nie.

​Na środku stała kapsuła przypominająca trumnę z szklaną pokrywą.

Jednostka zabezpieczająca błyszczała pod lampami. Górę tworzyła wzmocniona szyba, gruba na tyle, by wytrzymać wybuch, nie mówiąc o tym, co leżało pod nią. Wzdłuż krawędzi pulsowały czerwone diody – nieme ostrzeżenie, że nawet martwy obiekt w środku pozostaje niebezpieczny.

​– Wszystkie parametry życiowe nieaktywne – dodał Arthur.

Mężczyzna podszedł bliżej, poruszał się płynnie mimo napięcia w barkach. Pod szkłem złote włosy łapały światło jak przędza z metalu, okalając rysy jak z renesansowego obrazu bardziej niż z policyjnego raportu. Nawet w śmierci twarz miała w sobie to nieludzkie piękno, które zdradzało wieki przeżyte i władzę sprawowaną bez litości.

​– Nie do wiary – wyszeptała kobieta, jej akcent z rejonu Espanica, wlał w słowa nutę niedowierzania. – Sam Augustin. — W głosie pobrzmiewał respekt zmieszany z czymś ciemniejszym.

Stanęła obok towarzysza, srebrne oczy miała wlepione w nieruchomą sylwetkę. Czerń i biel eleganckiego stroju pasowały do tego miejsca zawieszonego między życiem a śmiercią – ona sama była jak żywy kontrast.

Pierwszy Kapitan nachylił się nad kapsułą.

Wampir, którego bało się tylu… był teraz tylko ciałem.

Blada skóra pozbawiona była jakiegokolwiek ciepła. Klatka piersiowa leżała nieruchomo, bez najmniejszego śladu oddechu. Złote oczy pozostawały zamknięte – spojrzenie, które przez dekady wbijało strach w serca istot nocy, już nigdy nie miało się otworzyć. Usta, które z taką elegancją wydawały wyroki śmierci, zamilkły.

​– Jest w ogóle szansa, że on wróci? – odezwała się kobieta.

Arthur pokręcił głową, choć w spojrzeniu mignęła niepewność.

– Raczej nie, ale nie możemy powiedzieć tego na sto procent. W końcu to czystokrwisty.

Słowa zawisły w powietrzu. Nikt im nie zaprzeczył. Nawet Kapitan Wywiadu, człowiek operujący faktami, nie potrafił zebrać się na pełną pewność. Czystokrwiści istnieli wbrew prawom natury – śmierć mogła okazać się dla nich równie elastyczna co życie.

​Twarz mężczyzny ściemniała, lodowaty błękit oczu zwęził się niebezpiecznie. Pod pancerną kontrolą coś zacisnęło się — krótko, ostro.

Patrząc na tego jednego, nienawiść wyostrzyła się — jakby u źródła każdego błędu w jego życiu stała ta para złotych oczu.

​Nigdy go nie spotkał twarzą w twarz, a jednak… chętnie sam by go zabił. Złamałby mu kark i sprawdził, czy to cokolwiek zmienia. Nie miał żadnego logicznego powodu, żeby przypisać temu czystokrwistemu całe swoje dawne rozdarcia – a jednak stojąc tu, czuł, że to groteskowo trafny symbol.

​– Dobrze. Oby umarli pozostali martwi. ​– Wypowiedział to z jadem, którym można by zatruć armię. Bez kolejnego spojrzenia na kapsułę odwrócił się i wyszedł, płaszcz rozwinął się za nim jak skrzydła osądu. Jego towarzyszka ruszyła za nim, jej kroki były cichsze, ale równie zdecydowane.

​Światła jarzeniowe dalej jednostajnie buczały, rzucając twarde cienie na szklaną „trumnę” i jej milczącego lokatora.

​Korytarz przed nimi ciągnął się jak sterylny kanion, jarzeniówki rzucały ostre cienie tańczące po gładkich ścianach. Buty Oliviera uderzały w podłogę z mechaniczną precyzją, echo niosło się za nimi z kostnicy. Za jego plecami Justinia dotrzymywała mu kroku, jej kroki były jak szept po betonie.

​– Ciężko w to uwierzyć. — Słowa wyrwały mu się, nim pomyślał. Miały w sobie ton, którego nie chciał nazwać – niedowierzanie, może rozczarowanie, że nie on zadał ostatni cios.

– Mówimy o „wszechpotężnym” czystokrwistym. — Głos Justinii kapał sarkazmem, każdy wyraz miał ostrą krawędź. Jej akcent tylko zaostrzał drwinę. W szarych oczach nie było współczucia, tylko chłodna satysfakcja z upadku legendy.

​– Jeden otwór po kuli. — Obraz palił mu się pod powiekami – doskonałe, blade ciało naznaczone tylko jednym punktem. Żadnych śladów szamotaniny, żadnego chaosu, który powinien towarzyszyć śmierci takiej istoty. Augustin Bellerose, postrach świata istot nocy, powalony czymś, co wyglądało jak zwykły strzał.

​Coś skręciło mu się w środku – rodzaj niepokoju, który nie dawał się rozplątać. Czystokrwiści nie umierali tak łatwo. Jedna kula nie powinna wystarczyć.

_Nie jemu._

​– Ja tam nie narzekam. – Justinia uśmiechnęła się krzywo, jej burgundowe usta nabrały drapieżnego wyrazu. Czerń i biel stroju łamały światło w ostrych plamach, podkreślając jej chorobliwą bladość. – Jeden królewski skurwiel mniej.

– Widzę, że masz dobry humor, Justi.

Jego krótki śmiech zabrzmiał szczerze, mimo wszystkiego. Jako pani kapitan Drugiej Dywizji była jego najpewniejszym partnerem. Prawą ręką. Jej lojalność nie miała warunków ani gier zakulisowych, które tak zatruwały resztę Zakonu.

Przypomniało mu _to kogoś._

Myśl przyszła jak nóż między żebra. Kiedyś czuł dokładnie to samo. Tę gotowość, by iść w ogień, stanąć naprzeciw niemożliwemu, tylko dlatego, że ona o to poprosiła. Egzekutorka potrafiła sprawić, że ludzie szli za nią w ogień, zanim zdążyli zapytać o cenę – samą tylko obecnością, pięknem przemocy, magnesem przekonania.

_​Tytania._

Nawet pomyślenie imienia zostawiało po sobie ślad. Tamta zdrada dalej piekła jak rana, która nie chce się zabliźnić. Kiedy Zakon zażądał jej głowy, zawahał się – na jedno uderzenie serca, wystarczająco długo, by wszystko spłonęło. Nie był w stanie wówczas wydać rozkazu, nie umiał posłać ostrza po jej krew – i do dziś miewał noce, w które budził się z fantomowym ciężarem rękojeści w dłoni i widmem kwiatowych ostrzy rozsypujących się wokół niej jak płatki, które nigdy nie opadły.

Była dla niego punktem stałym — a to ona rozniosła go w pył.

A on wybrał Zakon.

Szczęka mu drgnęła, mięsień szarpnął pod bladą skórą. Rebelia zmieniła wszystko. Zmieniła jego. Człowiek, który biegł za Egzekutorką jak wierny pies, nie żył. Został pogrzebany pod warstwami starannie utrzymanego autorytetu i wyrachowanego okrucieństwa.

​Nigdy więcej.

Nigdy więcej nie dopuścić nikogo tak blisko ostrza. Nigdy więcej nie stawiać osoby ponad Zakon – ani Zakonu ponad osobę – tylko po to, by na końcu stracić jedno i drugie.

Nie ma już nikogo, za kim mógłby iść.

Nie jest już Gromem, którym kiedyś był.

​Grymas ściągnął mu rysy, gdy zatrzymali się przed drzwiami do gabinetu. Za nim kroki Justinii zwolniły.

– Zaparzę nam kawę. – W głosie zabrzmiało to specyficzne, espańskie ciepło, które zostawiała tylko dla niego. Szare oczy, które potrafiły mrozić wrogów w miejscu, kiedy patrzyły na niego, łagodniały. Olivier skinął głową bez większej uwagi, już popychając ciężkie, drewniane drzwi prowadzące do jego królestwa.

​Gabinet przywitał go znajomym mrokiem i zapachem starej skóry. Okna od podłogi po sufit dawały panoramiczny widok na Stellis, miasto leżało pod nim jak zdobyte terytorium. Biurko dominowało w centrum – wypolerowane drewno odbijało blade światło wpadające przez wzmocnione szkło.

​Usiadł w wysokim fotelu, palce wystukały nerwowy rytm na blacie, myśli skręcały uparcie w kierunki, których wolałby nie odwiedzać. Wiedział, że Justi jest lojalna do szpiku kości. Widział to w każdym geście, każdym spojrzeniu, którego jego rzekomo nie zauważał. W tym, jak o ułamek sekundy za długo zatrzymywała wzrok, gdy składała raport. Jak dopieszczała drobiazgi, które miały znaczenie tylko dla niego.

Powinno go to satysfakcjonować.

Zamiast tego siedział z tym jak z kamieniem na mostku. Była piękna ale dla niego była tylko tłem.

Strażnicy mogli czuć pociąg – biologia nie znikała od rytuału naznaczenia. Ale uczucia? Miłość? To były luksusy, na które Zakon nie mógł sobie pozwolić. Emocje robiły z ludzi miękkie cele, otwierały pola do manipulacji i zdrady.

​Tę lekcję opłacił krwią jedenaście lat temu.

Uczucia były ofiarą składaną na ołtarzu obowiązku. Wiedział aż za dobrze, że kończą się tylko bólem. Zdradzić mógł go tylko sojusznik. Wrogowie przynajmniej mieli przyzwoitość mówić wprost, z której strony nadchodzi cios.

Zapach kawy zaczął powoli wypełniać gabinet, ciepły, znajomy. Justinia zaraz wróci, usiądzie na krześle naprzeciwko z perfekcyjną postawą i uważnym spojrzeniem. Będzie chłonąć każde jego słowo, wykonywać rozkazy bez pytania, pójdzie za nim w taką ciemność, jaką Zakon uzna za stosowną.

Tak jak on kiedyś szedł za kimś innym.

Cykl trwał. Lojalność. Zaufanie. Nóż między żebra, kiedy się tego nie oczekujesz. Przysiągł, że już nigdy nie będzie ofiarą.

Tylko co to z niego teraz robiło?

​Tak jest prościej. Trzymać uczucia w czasie przeszłym, tam, gdzie nie sięgają już krwawymi rękami i nie zmieniają ci celu w ostatniej sekundzie.

Ekran telefonu świecił mu w twarz jak zimny reflektor: 3:42. Przewrócił się na bok, a cisza w mieszkaniu Clare ani drgnęła. Myśli mieliły wszystko naraz – przemianę, krew, odkrycie, że całe jego dotychczasowe życie stało na kłamstwie. Przekręcił się na bok i sięgnął po smukły czarny telefon, który Clare wręczyła mu wcześniej.

_„Ze starego już nie możesz korzystać. Ten ma dostęp do tego, co ci będzie potrzebne.”_

Urządzenie leżało w dłoni jak coś, czego wolałby nie dotykać. Po odblokowaniu przywitał go obcy interfejs – ciemny, elegancki. W centrum pulsowała jedna ikona: _„Jaskinia Łowców”._

​Stuknął.

Przed nim otworzyła się sieć informacji, przy której stare social media wyglądały jak zabawka. Złote oczy sunęły po ekranie, próbując objąć ten skondensowany chaos świata, o którego istnieniu jeszcze niedawno nie miał pojęcia. ​Nie mogąc się powstrzymać, kliknął w zakładkę „Strażnicy”.

Strona załadowała się serią postów, dyskusji, ostrzeżeń. Nienawiść było czuć nawet przez ekran. Wątek za wątkiem opisywał spotkania ze Strażą, każde bardziej niepokojące od poprzedniego.

_„Trzecia Dywizja wyrżnęła całą rodzinę hybryd w Zenorze. Dzieci też.”_

_„Ktoś wie, dlaczego tak agresywnie rekrutują? Widziałem, jak zabrali dziecko maga z sierocińca.”_

_„Kuzynka próbowała uciec. Znaleźli ją po trzech dniach.”_

Żołądek Jaydena skręcił się, gdy przewijał dalej. Palec zatrzymał mu się na ekranie.

​Potem zobaczył to: przypięty post z dobrze znajomą twarzą.

OLIVIER „GROM” JONES – GŁÓWNY DOWÓDCA STRAŻY,

PIERWSZA DYWIZJA

Status: Aktywny

Poziom zagrożenia: Ekstremalny

Moce: Hybryda Pioruna

Znane powiązania: Justinia Rossi (2 Dywizja), Tytania (martwa), Sebastian Steele (marwy), Evelyn Jones (martwa), Thomas Weiss (3 Dywizja)

Uwaga: _Zachować najwyższą ostrożność. Obiekt nie okazuje litości Istotom Nocy._

​Nie znał go osobiście. A mimo to w środku podniósł się impuls czysty, natychmiastowy: nie. Ciało reagowało na tę twarz zanim głowa zdążyła zadać pytanie. Palce zacisnęły mu się w pięści, paznokcie wbite w skórę.

​Najmłodszy Dowódca Straży — ten sam, o którym jego ojciec mówił przy kolacji z podziwem. Erik Silverstein nazywał Oliviera „przyszłością służb porządkowych” i „genialnym taktykiem”. Myśl, że ojciec podziwiał właśnie jego, zacisnęła Jaydenowi gardło… ale to nie była pierwsza iskra. Pierwsza przyszła wcześniej, ślepa i pewna — jakby ktoś w nim splunął w stronę tej twarzy, zanim on sam zdążył zrozumieć, na co patrzy.

​Ojciec wiedział.

To zrozumienie uderzyło jak uderzenie w pierś. Każda rozmowa przy stole, każdy komplement pod adresem Straży, każda polityczna umowa – to wszystko opierało się na systematycznym prześladowaniu takich jak on teraz.

​Czy matka też wiedziała? Laura? Czy cała jego rodzina była częścią tego, podczas gdy on żył w błogiej nieświadomości?

– Moje życie było jednym wielkim kłamstwem – wyszeptał w pusty pokój.

Przewinął dalej.

Kolejny profil:

TYTANIA – KAPITAN DRUGIEJ DYWIZJI

Status: martwa

Poziom zagrożenia: Ekstremalny – X – zaginiona/martwa

Moce: Hybryda Ziemi

Znane powiązania: Matt Petrović (martwy), Olivier Jones (1 Dywizja), Sebastian Steele (martwy), Evelyn Jones (martwa)

Tytania — imię obok Oliviera, zimnym drukiem. Na widok tego zestawienia język przypomniał mu smak metalu. Przesunął kciuk po ekranie, ale palec zwolnił sam, jakby nie chciał dotknąć tych liter jeszcze raz.

Wypuścił powietrze nosem, krótko, bezgłośnie, i dopiero wtedy zauważył, że zaciska szczękę.

Ostrzeżenie: _Status X – nieznany._

​_X? Co to miało znaczyć?_ Jayden zmarszczył brwi.

– Jakiś profil bez danych? – mruknął i stuknął w symbol. Okazało się, że część profili Strażników miała to oznaczenie – „martwy”, ale z dopiskiem X. Sprawa niewyjaśniona.

Dłonie mu lekko drżały, gdy wycofywał się ze strony Zakonu i przechodził do katalogu Łowców.

Jego profil już tam był, ze zdjęciem i podstawowymi danymi:

JAYDEN REED

Ranga: Pięć Gwiazdek

Moce: Wampir

Status: Aktywny

Wykonane misje: 0

Reputacja: Nieznana

​Przeklikał kolejne wpisy, szybko znalazł Vincenta i Lily. Oboje mieli imponujące liczby – Vincent z czterdziestoma siedmioma wykonanymi zleceniami, Lily z trzydziestoma dziewięcioma. Ich reputacja była solidna – system oznaczał ich jako pewnych Łowców.

​Potem znalazł profil Clare.

CLARE WESTWOOD

Ranga: Jedna Gwiazdka

Gatunek: Hybryda

Status: Aktywna

​Brak konkretów go zaintrygował. Każdy inny profil miał podaną dokładną liczbę. U niej – tylko klauzula. Sekcja komentarzy za to puchła: jedne pełne podziwu, inne podszyte lękiem.

_„Zawsze dowozi.”_

_„Słyszałem, że sama skasowała całe gniazdo wampirów.”_

_„Pies obronny Johnny’ego. Nie wchodź jej w drogę.”_

​– Wygląda na to, że jest całkiem popularna wśród łowców – mruknął, przesuwając dalej.

Była zagadką. W krótkich rozmowach pokazała mu trochę suchego humoru i nieoczekiwanej troski – jedzenie, tłumaczenie zasad, obietnica, że go nauczy. Ale czasem maska jej opadała.

​Kiedy myślała, że nie patrzy, brązowe oczy robiły się odległe, kalkulujące. Z twarzy znikało ciepło, zostawał tylko drapieżny chłód. Komentarze nie wspominały o niczym tak przyziemnym jak przyjaciele czy kochankowie – tylko o wynikach, strachu i pół szeptanym szacunku.

​Najbardziej przerażał go ten dysonans. Uratowała go, obiecała pomóc przeżyć to nowe „życie”. A komentarze jasno sugerowały, że słynie z eliminowania wampirów, nie z ich ochrony.

​Przypomniał sobie ich rozmowę w piwnicy, to, jak spięła się, gdy mowa zeszła na jego status czystokrwistego. Jak unikała jego wzroku, gdy tłumaczyła, jakie zagrożenia na niego czekają.

Odłożył telefon i spojrzał przez okno na śpiące Stellis. Cisza miała ciężar. Lodówka pracowała w kącie, cicho i równo. Jayden przełknął — nagle zbyt świadomy własnego oddechu, tętna, wdechu, który nikomu tu nie był potrzebny.

– Dlaczego mnie uratowała? – zmarszczył brwi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij