-
nowość
Nightshade - ebook
Nightshade - ebook
On spaliłby dla niej cały świat... ale ona planuje najpierw zrównać jego świat z ziemią.
Ukryty w szkockich Highlands Uniwersytet Sorrowsong przyjmuje tylko dzieci elit. Ophelia Winters nie pasuje do tego świata, ale przyznane jej stypendium daje idealną okazję, by zbadać „przypadkową” śmierć swoich rodziców w pobliżu zamkowych murów.
Początek nie należy do łatwych – Ophelia natychmiast popada w konflikt z Alexem Corbeau-Greenem, synem jej głównego podejrzanego. Dla niej jest on tylko młodszą wersją swojego ojca miliardera – potworem skrytym pod piękną fasadą.
Jednak kiedy nieznany prześladowca zaczyna śledzić Ophelię, Alex niespodziewanie staje się jej sojusznikiem. A gdy ona zaczyna zakochiwać się w jego wrażliwym sercu, ukrytym pod twardą powłoką, pragnienie zemsty po raz pierwszy zaczyna słabnąć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368592504 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Bardzo Wam dziękuję za wybranie właśnie Nightshade.
Wiedzcie, że książka ta stanowi pierwszą część dylogii i że historia Ophelii i Alexa zostanie dokończona w części drugiej. Nie polecam jej lektury, jeśli nie przepadacie za zakończeniem w postaci cliffhangera.
Ta książka jest kierowana do czytelników 18+ i pojawiają się w niej motywy morderstwa, depresji, żałoby, tonięcia, myśli samobójczych, pogarszającego się zdrowia rodzica i przemocy, jak również treści o charakterze seksualnym.PROLOG
ANONIM
Annalise należała do mnie. Moje słodkie ukojenie. Moja angielska róża. Miłowałem ją ogniem nieposkromionym, żarem wypalającym od środka.
Była moja i powinno tak być od zawsze.
Moja miłość do niej to choroba, a choroba nie wie, czym są granice. Nie zna żadnych praw ani skruchy. Nie obchodzi jej, kto należy do kogo; bez chwili namysłu przecina rodzinne więzy.
I właśnie ta choroba zakradła się do mojej duszy, po czym gniła i jątrzyła się w klatce, którą to o n dla niej stworzył. To znaczy do czasu, aż przegryzła się przez kraty i przeniknęła do każdej żyły, mięśnia i kości w moim ciele. Do czasu, aż pozostał jedynie potwór – on zawsze jej powtarzał, że się w niego zamienię.
Ja i Annalise mieliśmy być razem do końca świata. Miała zostawić wszystko za sobą i trzymać w dłoni moje krwawiące serce, dopóki pęknięcia nie zaczną się zrastać.
Ale ona wybrała j e g o. Obie to zrobiły, Annalise i ta dziewczyna.
Annalise była moim skarbem. Nagrodą, na którą nigdy nie zasłużyłem. I choć wyciągałem po nią palce, zawsze pozostawała poza moim zasięgiem. A wiecie, co nasi przodkowie robili ze skarbami, z których nie mogli korzystać?
Zakopywali je.
Więc tak właśnie zrobiłem.
A Annalise pozostaje taka, jaka powinna być od początku – na zawsze moja.ROZDZIAŁ 1
OPHELIA
W tygodniu, kiedy zabito mojego ojca, obiecałam mu, że moja noga nigdy nie postanie na Uniwersytecie Sorrowsong.
Złożyłam mu mnóstwo obietnic, od tych nudnych i zwyczajnych po abstrakcyjne i emocjonalne. Że nie będę zostawiać zapalonego światła w swoim pokoju, że będę podążać za wszystkimi moimi marzeniami. Że nie będę zbyt długo brała prysznica, że zawsze będę kochać siebie.
Moja obecność tutaj symbolizuje upadek ostatniej kostki domina w szeregu niedotrzymanych obietnic.
Brama prowadząca na teren uczelni zdaje się we mnie wpatrywać, rzucając mi wyzwanie, abym zrobiła jeszcze jeden krok. Mewy nad moją głową odfruwają wraz z żałosnym krzykiem, mając na tyle rozumu, aby oddalić się od wybudowanego w dolinie zamku szybciej niż ja.
Dreszcz przeszywa mnie na wskroś, gdy od strony jeziora zaczyna napływać gęsta mgła, a słońce bezskutecznie próbuje się przebić przez zasnuwające niebo szare chmury. Pomimo pogody i tak daję radę odczytać napis pod herbem uczelni.
Scientia potentia est. Wiedza to potęga.
Moje parsknięcie staje się białą smugą w mroźnym powietrzu. Dla uniwersytetu to nie jest zaskakujące motto. Tyle że w Sorrowsong oznacza coś innego niż na pozostałych uczelniach. Tutaj nie chodzi o lek na raka albo szybsze sposoby na dotarcie na księżyc, lecz o szantaż. Papierowe teczki wymieniane w mrocznych alejkach, interesy prowadzone w podziemiu.
W Sorrowsong najbogatszych synów i córki świata kształtuje się na podobieństwo zdemoralizowanych rodziców, a powietrze przesyca woń zmarnowanego potencjału.
Plecak podróżny z całym moim dobytkiem wydaje z siebie niespokojne westchnienie, kiedy stawiam go na ziemi, aby rozmasować bolesne odciski na ramionach. Mimo wycia wiatru i dziwnie kojącego bębnienia deszczu o liście słyszę w oddali gwar innych nowych studentów zmierzających przez most zwodzony w stronę fasady zamku. Jestem już spóźniona, kiedy jednak brama się otwiera, nie potrafię się zmusić, aby przez nią przejść.
Na dnie mojej świadomości kryje się przygnębiająca prawda. W ogóle nie chcę tu być.
Ale nie mam wyboru.
Decyzja nie należała do mnie. Nie jest tak, że stanęłam na rozstaju dróg i starannie wybrałam swoją ścieżkę. Los sprowadził mnie pod te misternie zdobione, czarne wrota. Teraz to ode mnie zależy, czy je przekroczę.
Żyją we mnie dwie dziewczyny: jedna trzyma się kurczowo resztek nadziei, druga zaś pragnie puścić z dymem cały świat. Jedna ciągnie mnie do tyłu, druga pcha w przód.
Stoję jak wrośnięta w ziemię.
Z wewnętrznej debaty wyrywa mnie głośny klakson samochodu, a na wyboistym terenie przede mną pojawia się mój cień. Odwracam się szybko i w zacinającym deszczu staję twarzą w twarz z dwoma jasnymi światłami, z każdą sekundą coraz bliżej mnie. Spanikowana zamieram i zamykam oczy, szykując się na uderzenie.
Tyle że do niego nie dochodzi. Rozlega się jedynie pisk hamulców, a moje uda delikatnie całuje chłodny metal. Unoszę powieki i moje spojrzenie napotyka… anioła? Pochylającą się przede mną kobietę odzianą w srebrną szatę.
Ducha Ekstazy.
Figurka jest delikatna, niemal przepraszająca, nie tak jak reszta klasycznego Rolls-Royce’a Phantoma, którego centymetry dzieliły od wgniecenia mnie w błotnistą drogę. Kurtyna deszczu w blasku reflektorów czyni kierowcę anonimowym, lecz dobiegający zza opuszczonej szyby głęboki, pełen gniewu głos sprawia, że jeżą mi się włoski na karku.
– Co ty, do kurwy nędzy, wyprawiasz? Próbujesz się zabić?
Próbuję? Może i tak. Nie da się ukryć, że moje próby przechodzenia przez tory kolejowe i wyciągania racuszków z tostera są ostatnimi czasy dość nieporadne.
– Co j a wyprawiam?! A co t y wyprawiasz, pędząc tak wąską drogą we mgle?! – odkrzykuję, podnosząc z mokrym plaśnięciem plecak i schodząc na bok.
Czarny Phantom podjeżdża odrobinę, tak że lusterka boczne równają się z moją trzęsącą się postacią. Pochylam się, aby zobaczyć kierowcę, i drżącą dłonią osłaniam oczy przed deszczem.
Na jego widok mój żołądek fika koziołka, a gdzieś w oddali miga znak ostrzegawczy.
Facet za kierownicą wcale nie uspokaja mojego dudniącego serca. Wygląda tak, jakby wcześniej tego ranka został wyciągnięty z sali zarządu na Wall Street. W koszuli tak świeżej jak otaczające mnie powietrze i z linią żuchwy ostrą jak brzytwa wystukuje wiadomość w telefonie, jak gdyby fakt, że o mało mnie nie zabił, stanowił jedynie kolejną niedogodność w jego grafiku.
Kiedy jednak baczniej mu się przyglądam, dostrzegam skazy na wizerunku bankiera inwestycyjnego, jaki dla niego stworzyłam. Spod podwiniętych rękawów koszuli wylewa się czarny atrament. Na muskularnych przedramionach tańczą pnącza, kwiaty i kruki, a spod rozpiętej pod szyją koszuli wygląda skrzydło kolejnego ptaka. Ciemne włosy ma potargane i opadające falami na czoło. Wygląda na trochę ode mnie starszego.
Dreszcz niepokoju przebiega mi po karku i na moment paraliżuje mnie spojrzenie intensywnie zielonych oczu, w których irytacja zamienia się w ciekawość, kiedy odkłada telefon do schowka między siedzeniami i dostrzega, w jak opłakanym stanie jestem.
Między nami rozciąga się cisza i nieznajomy pochyla lekko głowę, aby lepiej mi się przyjrzeć. W posępnym świetle deszczowego dnia wygląda niemal jak istota nie z tego świata.
Coś głęboko w mojej piersi krzyczy, abym uciekała.
Jego spojrzenie przenosi się ze mnie na ponurą ścieżkę, po czym znowu wraca do mnie. Ciekawość ustępuje miejsca emocji, przed którą instynktownie cofam się o krok.
– Wolisz zginąć niż tam wejść? – pyta.
Na jego twarzy pojawia się swobodny uśmiech. Aksamitny baryton jego głosu budzi we mnie niepokój – nie współgra ani z jego aurą, ani z szelmowskim błyskiem w oku. Jego akcent pozostaje dla mnie zagadką.
Odklejam od ust mokre pasmo włosów, mierząc go nieufnym spojrzeniem.
– Coś w tym stylu.
Dwoma palcami wrzuca wsteczny bieg.
– Cofnę się. Mogę zrobić tak, aby wyglądało to na wypadek. Byłabyś trzecią, którą dziś załatwiłem.
Uśmiechnęłabym się, gdybym twarzy nie miała tak wysmaganej przez przejmujący wiatr.
– Fantastycznie. Tylko po wszystkim zepchnij mnie, proszę, z mostu.
– Słyszałem, że rybom przyda się karma. – Idealnie skrojona koszula opina szeroką klatkę piersiową nieznajomego, kiedy ten się odchyla, aby odblokować drzwi od strony pasażera. A kiedy leniwie opiera rękę o opuszczoną szybę od swojej strony, mojemu spojrzeniu nie umyka znajdujący się na nadgarstku zegarek Patek Philippe. – Wskakuj.
Pośród woni mokradeł i skąpanego w deszczu lasu uderza mnie fala zapachu skóry i dymu. Cała jego postać wręcz krzyczy starym bogactwem i reprezentuje on sobą dokładnie taki typ człowieka, którego miałam unikać zgodnie z obietnicą złożoną matce i ojcu. Na dnie świadomości pojawia się ponury cień żałoby, lecz uderzenie plecaka o plecy, gdy zarzucam go na ramię, przywraca mi na tyle rozsądku, aby odejść.
Jednak od razu dogania mnie spojrzenie zielonych oczu i arogancki uśmiech, a niecierpliwe palce bębnią o drzwi samochodu.
– Co się stało, rybia karmo? Boisz się tego, jak jeżdżę?
Zatrzymuję się i odwracam w jego stronę.
– Czy jest jakiś powód, dla którego tak desperacko pragniesz zwabić do swojego auta niewinną dziewczynę?
– Niewinną – powtarza.
Testuje to słowo. Pozwala, aby wisiało między nami, i czeka, aż ugnę się pod ciężarem mojego kłamstewka. Mamroczę pod nosem przekleństwo i macham na pożegnanie, ale samochód z cichym pomrukiem silnika rusza do przodu i zatrzymuje się na mojej ścieżce. Jako że droga odwrotu jest teraz zablokowana, zerkam na las znajdujący się po obu stronach błotnistej drogi.
W Posępnym Lesie czają się złe rzeczy, Ophelio. Nigdy tam nie chodź.
Złe rzeczy czają się także w luksusowych samochodach, mamo, ale nie ma cię tu teraz, abyś mogła mi pomóc.
Odwracam się tyłem do nieznajomego i obchodzę maskę auta, krzywiąc się na widok każdego kamienia, kałuży i gałązki. Dźwięk otwieranych drzwi sprawia, że serce podchodzi mi do gardła. Spanikowana oglądam się przez ramię. Chłopak z gracją pantery wyślizguje się z samochodu.
Powinnam była wybrać las.
W moją stronę zmierza ponad metr osiemdziesiąt mięśni, a każdy ruch jest płynny i przemyślany. Odruchowo sięgam po kryjący się w kieszeni scyzoryk. Dwa czarne buty zatrzymują się tuż przed moimi i czuję, jak ucho łaskocze mi gorący oddech nieznajomego.
– Tak z ciekawości: gdzie byś mnie dźgnęła?
Utrzymuję niewzruszony ton, choć serce trzepocze mi niespokojnie. Nawet go nie pytam, skąd wiedział o scyzoryku. Sprawia wrażenie osoby, przed którą czoło chyli samo przeznaczenie.
– Przypuszczalnie w krtań. To chyba jedyny sposób, abyś się w końcu zamknął.
Jego śmiech, ciepły i gęsty niczym miód, łagodzi uczucie chłodu na mojej skórze. Nim zdążę zareagować, cztery palce wsuwają się pod pasek plecaka i jednym ruchem przerzucają go na tylne siedzenie samochodu. Dłonie w kieszeniach kurtki zaciskam w pięści.
– Oddaj mi go.
– Wsiadaj do auta.
– Przejdę się.
Przygryza wargę, zduszając w ten sposób uśmiech, a w moim brzuchu tańczą motyle. Przysięgam, że tam, gdzie się wychowałam, nie ma mężczyzn, którzy tak wyglądają.
– A co to robi ze mnie? Bagażowego?
– Robi to z ciebie złodzieja.
– Wolałbym być porywaczem – odpowiada, wskazując na drzwi od strony pasażera.
Zaczynam iść w stronę zamku, coś mnie jednak zatrzymuje. W plecaku mam telefon. Przez przyciemnioną szybę dostrzegam kołyszący się na uchwycie szczęśliwy brelok od taty i wiem już, że ta walka jest przegrana. Wolę stracić dumę niż ten drobiazg, który mi po nim pozostał.
Burczę pod nosem obelgę, na tyle jednak głośno, aby usłyszał, i siadam na fotelu pasażera, pozwalając, aby moje mokre włosy zmoczyły kremową skórę. Krzywię się na widok moich butów, po czym otrzepuję z nich błoto na beżową wycieraczkę.
Kiedy nieznajomy zajmuje miejsce obok mnie, unosi ciemną brew.
– A teraz co? Naplujesz do schowka?
Patrzę mu w oczy.
– Nie, nasram na deskę rozdzielczą.
Kolejny śmiech, tym razem głośniejszy i niebezpiecznie atrakcyjny. Dotyka kilku przycisków i wtedy tapicerka pod moim udami zaczyna się rozgrzewać, a z głośników sączą się ciche dźwięki fortepianu. Jest to komfortowe, ale nie pozwalam sobie na odprężenie. Jest w nim coś, co przypomina gumkę, czekającą tylko, by pęknąć.
– Mam wrażenie, że musi istnieć w tym przypadku jakiś pośredni krok, rybia karmo. Nasranie na deskę rozdzielczą jest czymś ekstremalnym, mogłabyś chociaż…
– Nasikać do uchwytu na kubek?
Nadal nie ruszył z miejsca. To był błąd. Kiepsko będę wyglądać w gazetach. Dziewczyna ginie w szkockiej dolinie po tym, jak wsiadła do samochodu nieznajomego.
Unosi jedną rękę, podczas gdy drugą wrzuca pierwszy bieg.
– Otóż to. W dzisiejszych czasach wszyscy strasznie szybko popadają w skrajności. – Samochód nadal stoi w miejscu, a jego kierowca prześlizguje się spojrzeniem po moim sfatygowanym stroju i plecaku. – Przebrałaś się za Olivera Twista?
– Pierdol się. – Lustruję jego niedorzecznie elegancki ubiór. – A ty kto jesteś, Artful Dodger?
Kątem oka dostrzegam jego przebiegły uśmiech.
– Inteligentny i czarujący?
– Nie, po prostu irytujący.
Sięgam do klamki, aby wysiąść, ale on w geście poddania unosi obie ręce i powoli zaczyna jechać. Jego sposób bycia może wydawać się swobodny, jest w nim jednak coś niepokojącego. W tych zielonych oczach kryje się coś, co nie jest ani rozbawieniem, ani irytacją. To coś głębszego. Coś mrocznego i nienasyconego.
Z kieszeni na drzwiach od strony pasażera wystaje szkicownik. Aż mnie korci, aby go dotknąć, aby zajrzeć w głąb umysłu, który nie jest moim.
– Nie.
– Nie zamierzam krytykować twojego fanartu z Myszką Miki.
Parska śmiechem i nie odrywając wzroku od drogi, omija zwalony konar.
– Jestem fanem Minnie.
– Co tam jest?
Błysk w jego oku budzi mój strach.
– Rysunki przedstawiające wszystkie moje dotychczasowe ofiary.
No cóż, sama sobie jestem winna.
– Rozwiedzione, ze ściętą głową, nieżywe?
Posyła mi wilczy uśmiech, pozbawiony ciepła i otuchy.
– A potem rozwiedzione i ponownie pozbawione głowy. Możliwe więc, że przy odrobinie szczęścia tobie uda się przeżyć.
Fantastycznie.
Samochód jedzie płynnie po wyboistej drodze wiodącej do kampusu. Dopiero teraz mam okazję dokładnie się wszystkiemu przyjrzeć. Mijane przez nas gargulce płaczą deszczem, a każdy kolejny sprawia wrażenie coraz bardziej udręczonego. Posępny Las otoczono żelaznym ogrodzeniem zwieńczonym kolcami. Gdyby jednak ktoś miał ochotę przedostać się do lasu, w ogóle by go to nie powstrzymało.
Ja nie mam.
Wzdłuż pleców przebiega mi dreszcz i dopiero teraz, po siedmiogodzinnej podróży pociągiem i trzech godzinach spędzonych w autobusie, dociera do mnie, jak bardzo to miejsce jest odcięte od świata.
Nad nami góruje Zamek Sorrowsong, kilkusetletnia twierdza wtapiająca się w górskie zbocze. Z grubych kamiennych murów wyrastają wieżyczki, dumnie podtrzymując pokryty gontem dach pod grafitowym niebem. Żywioły sponiewierały okolicę, ale zamek trwa niewzruszenie ponad rzeką, jeziorem i drzewami o szarych pniach. Jest tak, jakby stworzycielowi świata zabrakło tutaj farby. Nawet trawa ma zgaszony odcień zieleni.
Czuję ściskanie w żołądku, kiedy wyciągam telefon z kałuży, jaka się tworzy na dnie mojego plecaka. Brak zasięgu. Co prawda nie mam nikogo na liście kontaktów, ale i tak robi mi się niedobrze.
Trzy lata. Muszę tu przetrwać trzy lata, potem zaś moja noga nigdy już nie postanie w tym miejscu.
Jedna wielka dłoń spoczywa na kierownicy, natomiast druga stuka w udo, kiedy nieznajomy przerywa krępującą ciszę.
– Nie powiedziałaś, jak masz na imię, rybia karmo.
– A ty nie zdradziłeś mi swojego.
Skręca z nierównej drogi tak nagle, że uderzam wilgotną dłonią o zimną szybę. Samochód wjeżdża na jedno z dwóch miejsc ze złotymi tabliczkami z napisem „Rektor” i mój nowy znajomy – który szczerze wątpię, aby był rektorem – gasi silnik.
– Alex. Mam na imię Alex.
Alex. Coś w nim wydaje się znajome. Gdzieś w moim umyśle zapala się czerwona lampka, ale nie potrafię rozgryźć przyczyny. Nie bez powodu moja dłoń nie puściła w kieszeni scyzoryka; muszę po prostu rozpracować, o co chodzi.
Umilkł pomruk silnika i trzask gałązek pod oponami, towarzyszy mi teraz jedynie ciche bębnienie deszczu w przednią szybę. Po raz pierwszy spojrzenie Alexa omiata mnie całą, leniwie ślizgając się po widocznym spod kurtki fragmencie mokrej koszuli. Po chwili wraca do moich oczu, a kiedy z metalowego pudełka w desce rozdzielczej wyjmuje papierosa, kącik jego ust unosi się w uwodzicielskim uśmiechu. Wkłada go między wargi, a płomyk zapalniczki podkreśla jeszcze szelmowski błysk w jego oczach.
– Może porównanie do Olivera Twista było nieco zbyt surowe.
Pociągam lekko za skraj spódniczki, po czym sięgam po plecak i torbę. Nie patrząc na Alexa, mamroczę słowa pożegnania i wysiadam. Puszczam się biegiem w stronę prowadzącej do zamku bramy. Czuję z tyłu głowy jego palące spojrzenie, wcale mnie to jednak nie cieszy.
Nie zjawiłam się tutaj po to, aby kręcić z facetami, którzy są wręcz nieprzyzwoicie przystojni. Jestem tu wyłącznie z dwóch powodów: ukończyć jedyną uczelnię wyższą na tej planecie, która miała dla mnie miejsce, i dowiedzieć się, dlaczego moi rodzice zginęli półtora kilometra od miejsca, w którym się teraz znajduję.ROZDZIAŁ 3
OPHELIA
Gdzieś pomiędzy dwudziestą a trzydziestą minutą przemowy rektora Carmichaela serce zwalnia mi na tyle, abym w końcu była go w stanie słuchać. Jego głos, niewzruszony i zimny, monotonnie opowiada o spuściźnie byłych studentów, o tym, co naprawdę oznacza bycie absolwentem Sorrowsong, i że wszelkie uchybienia w osiągnięciach akademickich spotkają się z surową karą.
– Ta instytucja nie ma problemów finansowych. Choć może to zabrzmieć surowo, wszystkich was tutaj nie potrzebuję. Nie będę opłakiwał utraty jednego z was, dwojga czy nawet i dziesięciorga. Jeśli nam nie udowodnicie, że przyjęcie was tutaj nie było błędem, zostaniecie skreśleni z listy studentów.
Pozwalając, aby jego głos stał się białym szumem, skupiam się na znajdujących się z przodu formularzach z zapisami do drużyn sportowych. W drużynie pływackiej są dostępne cztery miejsca i jedno z nich należy do mnie. Potrzebuję tego o wiele bardziej niż większość tych dzieciaków z funduszami powierniczymi. To pierwszy szczebel drabiny prowadzącej do faktycznego ukończenia tej uczelni.
Kończąc, Carmichael przypomina nam, że wkrótce spotkają się z nami kierownicy dworów, którzy zaprowadzą nas do odpowiednich budynków. Potem zaś opuszcza salę, w której aż kipi od rywalizacji i ambicji.
Rzucam się w stronę leżących na pulpicie arkuszy. Kiedy otwieram na stronie drużyny pływackiej, z radością się przekonuję, że wpisanych jest tylko kilka nazwisk.
Sięgam po długopis, ten jednak nieruchomieje w powietrzu, trzymany na drugim końcu przez inną dłoń. Mruga do mnie znajomy złoty pierścionek na małym palcu.
– Puść ten długopis.
– Prawdziwy z ciebie promyczek, Ophelio. Ktoś ci to kiedyś mówił?
– Puszczaj.
Twarz Alexa nachyla się ku mojej, a w jego zielonych oczach tańczy rozbawienie. Jesteśmy tak blisko siebie, że czuję jego wodę toaletową. Tak blisko, że na starej bliźnie na jego brwi dostrzegam mały siniak. Tak blisko, że widzę, jak ulatuje z niego dobry nastrój.
– Kiepsko ci wychodzi zaprzyjaźnianie się, co?
Jego słowa uderzają w czuły punkt. Kiedyś byłam w tym dobra, teraz jednak jest inaczej. Mój palec zaciska się na srebrnym długopisie. To małostkowe. J a jestem małostkowa. Ale nie pozwolę, aby ta rodzina odebrała mi coś jeszcze.
– Nie ma żadnej drużyny sportowej dla pozbawionego kręgosłupa moralnego bananowego dziecka – mówię.
Palcami wolnej ręki przeczesuje włosy, po czym posyła mi udawany uśmiech. Jestem pewna, że większość kobiet daje się na to złapać, ale nie ja. Nie kiedy wiem, że w jego żyłach krąży samo zło.
– Carmichael od kilku tygodni ignoruje moje maile dotyczące dodania do sylabusa bycia pozbawionym kręgosłupa moralnego bananowym dzieckiem.
– Mówię poważnie.
Tłumi ziewnięcie, a gorąco jego skóry dociera do mojej.
– Wiesz, zamierzałem zapisać się do drużyny rugby, ale nagle sobie przypomniałem, że świetnie pływam.
Przysuwam się bliżej, tak że jego nos prawie dotyka mojego. Jego źrenice się rozszerzają, ja zaś niemal czuję, jak moje zwężają się z odrazy.
– Nawet się nie waż. I tak byś się nie dostał.
Drga mu mięsień w żuchwie.
– Tak? No bo ty rzeczywiście wyglądałaś na typ sportowca, kiedy stałaś w bezruchu, zapraszając mnie, abym cię przejechał.
– Myślę, że każdy myślałby, żeby zakończyć to wszystko, gdyby czekała go perspektywa trzech lat spędzonych w takim, a nie innym towarzystwie.
Z mrocznym śmiechem puszcza długopis.
– Moglibyśmy odtworzyć Romea i Julię.
Nie, nie, nie. Przyciskam czubek długopisu do środka jego muskularnej klatki piersiowej, unoszącej się i opadającej równie szybko jak moja. W ten gest przelewam całą swoją nienawiść, całą pogardę wobec jego rodziny.
– Nie nabierzesz mnie, Alex. Jeśli ci się wydaje, że nie widzę, że gnijesz od środka, grubo się mylisz. Trzymaj się z dala ode mnie, a ja odwzajemnię się tym samym.
Kiedy chcę wpisać swoje nazwisko, zauważam, że na górze listy ktoś już napisał ledwie czytelnie „Ophelia Winters”. Niepewnie wycieram o spódniczkę wilgotne dłonie.
– Ty to napisałeś?
Pochyla się nade mną, a ciepło jego ciała rozgrzewa moją zmarzniętą skórę.
– Wygląda na to, że dzięki swojemu radosnemu usposobieniu zdobyłaś tajemniczego wielbiciela.
Moja cierpliwość się kończy.
– Zrobiłeś to czy nie?
– W sumie to nie dałaś mi niczego, co mógłbym w sekrecie wielbić.
To nieszkodliwy żart, a może nawet przysługa, ale tak jak wtedy, gdy jechałam z Alexem samochodem, w mojej głowie miga wielki neon z napisem „kłopoty”. Od momentu, kiedy taksówka wysadziła mnie na skraju Doliny Sorrowsong, a jej kierowca odmówił podjechania bliżej, noszę w sobie to dziwne uczucie, że ktoś mnie obserwuje.
Choć pozbawione jest to sensu, coś mi mówi, że już zdążyłam dorobić się tu wroga.
Podczas gdy Alex zapisuje swoje nazwisko na formularzu w kolorze kości słoniowej, odwracam się na pięcie i wracam do małej grupy studentów z Nightshade, gapiących się na mnie tak, jakby w ciągu dwóch ostatnich minut wyrosła mi druga głowa. Po chwili Alex dołącza do tych stojących na przedzie grupy, lekko szturchając ich ramieniem. W kaplicy echem rozbrzmiewa jego chłodny śmiech.
Zajmuje miejsce obok potężnego chłopaka, którego twarz pokrywa labirynt blizn o wiele liczniejszych, niż powinna mieć osoba w naszym wieku. Natychmiast przechodzą na włoski i rozmawiają swobodnie w języku, którego nie znam. Alex mówi coś cicho i w tym momencie obaj się odwracają i wpatrują we mnie przez długą, krępującą chwilę, dopóki z bocznych drzwi nie przywołuje nas piękna, ciemnowłosa kobieta.
Dźwigam z ziemi bagaże i udaję się za grupą, zatrzymuję się jednak w progu, kiedy moją uwagę przyciąga witrażowe okno. Nie przypomina to zupełnie witraży z kościołów z mojego dzieciństwa. Nie przedstawia żadnej biblijnej wizji. To znowu Achlys, skąpana w przygaszonych odcieniach zieleni i brązu. Mam wrażenie, że nigdy nie uda mi się uciec przed jej czujnym spojrzeniem.
Gdyby nie Achlys, która przemienia ciszę w złowrogi bezgłos, to puste pomieszczenie byłoby teraz spokojne. Nawet kurz tkwi nieruchomo, zawieszony w czasie pośród bladych promieni słońca.
– To dzieło także ci się nie podoba?
Podążając za głosem, unoszę głowę i widzę przyglądającego mi się z półpiętra rektora Carmichaela. Powiew zimnego powietrza muska gęsią skórkę na moich rękach i zastanawiam się bezwiednie, czy ten człowiek nie jest zjawą. Nie wchodzę z nim w polemikę.
– Moje miejsce jest w Hemlock, rektorze. Na pewno pan to widzi.
– Jeśli uważasz, że nastąpiła pomyłka, zgłoś to do zarządu.
Przesuwam dłonią po twarzy, a między moimi palcami ulatuje westchnienie. Nie miałoby to znaczenia, gdyby nie wiązało się z codzienną konfrontacją z osobą, której rodzina przyczyniła się do śmierci moich rodziców. Ponownie unoszę głowę i napotykam czujne spojrzenie Carmichaela. Nie potrafię rozgryźć tego człowieka. Nie mam pewności, czy chce mnie wesprzeć, czy złamać. Łagodny uśmiech igrający na jego ustach stoi w sprzeczności z jadowitym błyskiem w oczach.
– Jedno z nich przypuszczalnie mnie zabije.
Zerka na zegarek kieszonkowy, po czym go zatrzaskuje, burząc spokój w kaplicy.
– Atakuj albo bądź atakowana, Ophelio. Wybór należy do ciebie. – Odwraca się, ale przez chwilę stoi jeszcze przy balustradzie. – Widzę, że zdążyłaś się już zapoznać z synem Caina Greena.
Mój żołądek fika koziołka.
– To znaczy?
Carmichael się nie odwraca, niemal jednak widzę niepokojący wyraz jego twarzy.
– Na twoim miejscu byłbym bardzo ostrożny w kontaktach z Corbeau-Greenami.
Co takiego?
– Dlaczego? Co pan wie?
Cofam się o kilka kroków, aby mieć lepszy widok na półpiętro, tyle że rektor zdążył już zniknąć.
Czując, jak w plecy wwierca mi się drwiące spojrzenie Achlys, opuszczam pospiesznie kaplicę i wchodzę do ponurego tunelu. Jestem zagubiona w upiornym zamku, ale to najmniejsze z moich zmartwień. Co Carmichael miał na myśli? Jeśli rzeczywiście coś wie, to czy specjalnie jest taki tajemniczy, żeby mnie dręczyć?
Rodzina Corbeau-Green odegrała istotną rolę w śmierci moich rodziców, tego jestem pewna. Pewnego dnia doprowadzę do sytuacji, w której wszyscy się o tym dowiedzą. Doprowadzę ich dynastię do upadku. Potrzebny mi do tego tylko jeden, ostatni dowód.