Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Noce, które mówiły prawdę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 stycznia 2026
24,00
2400 pkt
punktów Virtualo

Noce, które mówiły prawdę - ebook

Czy można uciekać przed miłością całe życie? A jeśli to ona wraca — nocą, uparcie, mówiąc prawdę? Noce, które mówiły prawdę to poruszająca, dojrzała opowieść o uczuciu, które nie chciało się poddać ani czasowi, ani rozsądkowi, ani bezpiecznym decyzjom. Poznają się młodo. Zbyt wcześnie. Rozchodzą się, zanim zdążą naprawdę być razem. Dzielą ich lata, kontynenty i wybory, które miały wszystko uprościć — a tylko wszystko skomplikowały. Gdy spotykają się ponownie po latach, nic nie jest już takie samo. Ona ma męża. On ma za sobą życie pełne niespełnień. A między nimi wciąż istnieje to, co nigdy nie zostało nazwane do końca. Nocne rozmowy. Tęsknota na odległość tysięcy kilometrów. Jedna noc, która zmienia wszystko. Decyzja, która boli — ale ratuje. To nie jest historia o zdradzie. To historia o odwadze wyboru prawdy, nawet jeśli oznacza zaczynanie od zera.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368732207
Rozmiar pliku: 9,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOGUE

chapter-seperator

Zanim wszystko stało się nocą

Niektóre miłości zaczynają się cicho.

Tak cicho, że przez długi czas można udawać, że ich nie ma.

Nie było fajerwerków ani obietnic. Było za to uczucie, które wracało uparcie, zawsze wtedy, gdy gasły światła i świat przestawał wymagać odpowiedzi. Noc nie pytała, kim powinniśmy być. Pytała tylko, KIM JESTEŚMY, kiedy nikt nie patrzy.

Przez lata wierzyłem, że da się żyć obok własnych pragnień. Że wystarczy rozsądek, odpowiedzialność i kilka dobrze podjętych decyzji. Ale są uczucia, które nie godzą się na kompromis. One czekają. Dojrzewają w ciszy. I wracają wtedy, gdy najmniej jesteśmy na to gotowi.

Ta historia nie jest o jednym spotkaniu ani o jednej nocy. Jest o czasie — o latach, które uczą cierpliwości, i o chwilach, które nie chcą czekać. O rozmowach prowadzonych szeptem i o milczeniu głośniejszym niż krzyk. O wyborach, które bolą, ale ratują.

Były noce, w których wszystko było jasne.

I dni, w których znów próbowaliśmy zapomnieć.

Dopiero po czasie zrozumiałem, że noc nie była ucieczką. Była lustrem. Pokazywała dokładnie to, czego nie mieliśmy odwagi zobaczyć w świetle dnia.

Jeśli trzymasz tę książkę w rękach, być może też znasz ten moment — kiedy noc przestaje być porą dnia, a staje się przestrzenią prawdy.

Bo są noce, które się przeżywa.

I są takie, które MÓWIĄ PRAWDĘ.

A tej prawdy nie da się już cofnąć.ONE

WSTĘP

chapter-seperator

Zanim się poznaliśmy, żyliśmy poprawnie.

Tak właśnie byśmy to nazwali, gdyby ktoś zapytał. Poprawnie znaczyło: bez dramatów, bez gwałtownych zwrotów, bez decyzji, których trzeba się wstydzić albo żałować. Poprawnie znaczyło też: z lekkim uczuciem niedosytu, którego nie wypadało nazywać.

Ja nauczyłem się porządkować życie w schematach. Dni wyglądały podobnie, tygodnie miały rytm, a ludzie — przewidywalne role. Praca, rozmowy, wieczory, które mijały szybciej, gdy nie zadawało się zbyt wielu pytań. Cisza w domu nie była wroga. Była wygodna. Nie domagała się odpowiedzi.

Czasem łapałem się na tym, że patrzę na swoje życie jak na cudze. Jakby ktoś inny je prowadził, a ja tylko wykonywał ruchy, które wcześniej zostały zaplanowane. Nie byłem nieszczęśliwy. Ale nie byłem też obecny do końca.

Ona, zanim się pojawiła w moim świecie, żyła szybciej.

Zawsze w drodze. Zawsze z kimś. Zawsze z planem na jutro, kolejny tydzień, następny rok. Ludzie mówili o niej: _ambitna_, _rozsądna_, _silna_. I mieli rację. Tylko że siła, którą widzieli, była w dużej mierze wyuczona. Chroniła ją przed pytaniami, na które nie chciała odpowiadać.

Była dobra w byciu potrzebną.

W byciu odpowiedzialną.

W byciu tą, która wszystko ogarnia.

Nie była dobra w zostawaniu sama z sobą.

Wieczorami, gdy kończył się dzień, a rozmowy cichły, zostawało w niej coś, czego nie potrafiła zagłuszyć. Myśl, że życie, które buduje, jest bezpieczne, ale pozbawione ryzyka. A bez ryzyka nie ma prawdy — tylko wersje robocze siebie.

Nie wiedzieliśmy o sobie nic.

A jednak oboje funkcjonowaliśmy z tym samym uczuciem, że to nie jest jeszcze wszystko. Że gdzieś dalej istnieje coś, co zmieni sposób, w jaki patrzymy na siebie i świat. Nie byliśmy gotowi nazwać tego uczuciem. Raczej przeczuciem. Cichym, ale upartym.

Nie sądziliśmy, że to będzie druga osoba.

Myśleliśmy, że to będzie zmiana pracy. Miasta. Etapu życia.

Los rzadko spełnia takie przypuszczenia.

Kiedy weszła do auli tamtego dnia, nie było żadnego znaku. Żadnej zapowiedzi. Była tylko zwykła chwila, której nikt nie poświęciłby uwagi. I właśnie w tym była jej siła.

Bo niektóre historie nie zaczynają się od wybuchu.

Zaczynają się od drobnego przesunięcia.

Od spojrzenia, które zostaje zbyt długo.

Od ciszy, która nagle przestaje być wygodna.

Od uczucia, że to, co było „wystarczające”, przestaje wystarczać.

Zanim się poznaliśmy, nie wiedzieliśmy jeszcze, że właśnie kończy się czas „przed”.

I że noc, która kiedyś przyjdzie, nauczy się mówić głośniej niż rozsądek.TWO

ŻYCIE OBOK

chapter-seperator

Zanim ją poznałem, żyłem na pół etatu w dorosłości.

Formalnie byłem studentem. Miałem indeks, zajęcia, egzaminy, terminy, które istniały bardziej na papierze niż w głowie. Studiowałem, bo tak należało. Bo coś trzeba było robić. Bo studia były alibi — dla rodziny, dla świata, czasem nawet dla samego siebie.

Prawdziwe życie zaczynało się gdzie indziej.

W ciągu dnia dorabiałem, gdzie się dało. Budowy, magazyny, rozładunki, czasem knajpa, czasem ochrona na imprezach, gdzie muzyka była za głośna, a ludzie zbyt pewni siebie. Praca dorywcza miała jedną zaletę — nie obiecywała niczego na dłużej. Robiłem swoje, brałem pieniądze, znikałem. Bez przywiązań. Bez złudzeń.

Lubiłem to poczucie tymczasowości. Pasowało do mnie.

Nie miałem wielkich planów. Miałem zasady.

Może właśnie dlatego nie byłem typem grzecznego chłopaka, którego łatwo wpisać w czyjąś wizję przyszłości. Nie piłem do nieprzytomności, nie brałem wszystkiego, co było pod ręką, nie wchodziłem w układy, które pachniały kłopotami. Ale też nie udawałem kogoś, kim nie byłem.

Byłem tym „niegrzecznym”, który mówił wprost.

Który znikał, gdy było za ciasno.

Który nie składał obietnic na zapas.

Miałem swoje granice i pilnowałem ich uparcie. Nawet jeśli oznaczało to chodzenie własnymi ścieżkami.

Najlepiej czułem się nocą.

Wieczorami miasto zmieniało twarz. Dni należały do ludzi z planami. Noce — do tych, którzy jeszcze szukali. Spotykaliśmy się z kumplami gdzieś na obrzeżach, pod stacją benzynową albo na parkingu, który nocą był pusty i należał tylko do nas.

Motocykle stały w rzędzie jak zwierzęta gotowe do biegu. Dźwięk silników był jedyną rozmową, jakiej wtedy potrzebowaliśmy. Nie jeździliśmy po to, żeby dokądś dotrzeć. Jeździliśmy, żeby NIE STAĆ W MIEJSCU.

Drogi za miastem były najlepsze. Ciemne, długie, bez świateł. Pęd powietrza pod kaskiem, asfalt przesuwający się pod kołami, myśli, które wreszcie nie nadążały. To była jedyna forma ciszy, jaką znałem.

— Dokąd jedziemy? — ktoś krzyczał na postoju.

— Przed siebie — odpowiadałem. I to wystarczało.

Czasem wracaliśmy nad ranem, brudni, zmęczeni, z głowami pełnymi niczego. Siadałem wtedy na schodach przed mieszkaniem, paliłem papierosa, patrzyłem, jak noc powoli oddaje miasto dniowi. I myślałem, że to jest wolność.

Dziś wiem, że to była UCIECZKA W RUCHU.

Studia ciągnęły się w tle jak niedokończona rozmowa. Chodziłem na wykłady wybiórczo, zdawałem egzaminy bez większego zaangażowania. Nie dlatego, że byłem głupi. Raczej dlatego, że nie potrafiłem traktować przyszłości jak czegoś oczywistego.

Nie wierzyłem w proste scenariusze.

Związki też były tymczasowe. Spotkania bez deklaracji, rozmowy, które nie sięgały zbyt głęboko. Zawsze z wyczuwalnym dystansem, zawsze z myślą, że nie wszystko trzeba brać na serio. Dziewczyny mówiły, że jestem „trudny”, „zamknięty”, „nie do końca obecny”.

Może miały rację.

Ale prawda była prostsza: nie chciałem oddawać siebie czemuś, co nie było prawdziwe. A jeszcze nie wiedziałem, jak wygląda prawda, na którą warto czekać.

Żyłem obok.

Obok wielkich ambicji.

Obok cudzych oczekiwań.

Obok samego siebie.

I wtedy, zupełnie nieplanowanie, w zwykły dzień, w zwykłej auli, pojawiła się ona. I wszystko, co do tej pory było tylko ruchem bez kierunku, zaczęło zwalniać.

Ale to już była inna historia.

Wtedy jeszcze byłem tylko chłopakiem z zasadami, motocyklem i nocą, która dawała złudzenie wolności.

Nie wiedziałem, że prawdziwa noc dopiero nauczy się mówić.

Zanim ją poznałem, nie byłem zagubiony.

Byłem NIECHĘTNY.

Nie do życia — do scenariuszy. Do tego, co wszyscy nazywali „normalnością”, a co dla mnie pachniało klatką pomalowaną na neutralny kolor. Studiowałem, bo tak wypadało. Bo indeks był przepustką do spokoju w domu, a legitymacja studencka — do tańszych biletów i świętego spokoju.

Nie traktowałem studiów serio, ale też ich nie olewałem. Zjawiałem się, gdy trzeba było. Zdawałem. Bez pasji, bez dumy, bez poczucia misji. Wiedziałem jedno: NIE DAM SIĘ USTAWIĆ W KOLEJCE PO CUDZE MARZENIA.

Dorywcza praca była uczciwsza.

Fizyczna. Konkretna. Magazyny, rozładunki, budowy, nocne zmiany w knajpach, ochrona na imprezach, gdzie każdy chciał być kimś więcej niż był. Pracowałem, brałem kasę, wychodziłem. Bez obietnic. Bez „zostań dłużej”. Lubiłem ten układ.

Nie należałem do świata, który mnie zatrudniał.

I świat należał do mnie tylko na chwilę.

Ludzie mówili, że jestem „niegrzeczny”.

Mylili się.

Byłem NIEPOSŁUSZNY, ale według własnych zasad. Nie kraść. Nie donosić. Nie sprzedawać się za chwilowy komfort. Jeśli coś brałem, brałem odpowiedzialność. Jeśli coś odrzucałem, robiłem to wprost.

Nie piłem do urwania filmu.

Nie brałem tego, co łatwe.

Nie obiecywałem rzeczy, których nie zamierzałem dotrzymać.

I właśnie dlatego nie pasowałem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij