Nocna niania - ebook
Nie martw się, Ava. Twoje dziecko jest ze mną bezpieczne. Będę się nim opiekować jak własnym...
Odkąd urodziłam Isę, nie jest mi łatwo. Prawie nie mogę się ruszać, nie mogę znieść ciągłego płaczu i samotności w domu…. Kiedy więc mój mąż Ned proponuje zatrudnienie nocnej opiekunki do dziecka, chętnie korzystam z okazji.
Kiedy wchodzi do naszego domu, uśmiecham się do niej i czuję ulgę, że w końcu się zjawiła. Jej oczy mają kolor ametystów – przypomina mi to o czymś, ale nie mogę usidlić tego wspomnienia. Potem widzę, jak Ned szepcze do niej, a ona dotyka jego ramienia... Przeszywa mnie dreszcz. Coś jest nie tak. Ale staram się zignorować to uczucie, przekonana, że umysł płata mi figle. Wiem, że rozpaczliwie potrzebuję pomocy tej kobiety.
Potem ginie mój pierścionek zaręczynowy. Ned jest wściekły – pierścionek kosztował majątek – ale ja wiem na pewno, że nigdzie go nie zapodziałam. Chowam go zawsze w tym samym miejscu, tylko Ned wie, gdzie. A potem zaczyna się robić jeszcze gorzej… I kiedy ze strony naszej nocnej opiekunki padają straszliwe oskarżenia, Ned wydaje się w nie wierzyć…
Czy popadam w szaleństwo, czy też w moim domu zamieszkał ktoś, kto chce mnie zniszczyć?
Wciągający thriller psychologiczny z niespodziewanymi zwrotami akcji, który trzyma w napięciu aż do ostatniej strony. Idealny dla fanów powieści Pomoc domowa Freidy McFadden, Dziewczyny z pociągu Pauli Hawkins oraz Verity Colleen Hoover.
Niesamowite zwroty akcji!… Nie mogłam się oderwać od lektury, dopóki nie dotarłam do zaskakującego zakończenia!
Freida McFadden
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-268-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
SARAH ALDERSON
Wyjazd na weekend
JENNY BLACKHURST
Zanim pozwolę ci wejść
Czarownice nie płoną
Tak cię straciłam
Noc, kiedy umarła
Ktoś tu kłamie
Córka mordercy
Morderstwo na szlaku
Do trzech razy śmierć
Sezonowa dziewczyna
Nie ma dymu bez morderstwa
Ostatnia żona
JANE CORRY
Ta, która zawiniła
Wszystkie nasze kłamstwa
TANA FRENCH
Ściana sekretów. Wiem, kto go zabił
Zdążyć przed zmrokiem
Lustrzane odbicie
Bez śladu
Kolonia
Ostatni intruz
EGAN HUGHES
To jeszcze nie koniec
NELLE LAMARR
Dziewczyna z wymiany
Nocna niania
ALEX MARWOOD
Dziewczyny, które zabiły Chloe
Zabójca z sąsiedztwa
Najmroczniejszy sekret
Zatruty ogród
Wyspa zaginionych dziewcząt
B.A. PARIS
Za zamkniętymi drzwiami
Na skraju załamania
Pozwól mi wrócić
Dylemat
Dublerka
Terapeutka
Uwięziona
Przyjaciółka
Obsesja
C.L. TAYLOR
Teraz zaśniesz
Zanim powróci strach
Nieznajomi
Jej ostatnie wakacje
Wrobiona
Każdy twój ruchProlog
_Kochana Mamo!_
_Jeśli się więcej nie odezwę, to znaczy, że nie żyję._
_Boję się. Tu jest ohydnie. Ciemno, wilgotno i cuchnie. Stęchlizną i lekami. Przed chwilą widziałam szczura. Skądś dobiegają krzyki dziewczyny. Zdaje się, że wyje z bólu. A kiedy poszłam skorzystać z toalety, w sedesie zobaczyłam krew. Mnóstwo krwi, omal nie zwymiotowałam._
_Z zewnątrz budynek wcale nie sprawiał złego wrażenia, właściwie wyglądał jak jeden z tych pięknych domów, w których pracujesz. Ceglany, dwupiętrowy, z ogródkiem pełnym krzewów i kwiatów, z widokiem na kryształowo błękitne jezioro. We frontowych drzwiach powitała mnie atrakcyjna kobieta ubrana w elegancki kostium. Poleciła mi skorzystać z bocznego wejścia, prowadzącego do kliniki porodowej w suterenie._
Teraz siedzę samiuteńka na twardym drewnianym krześle w poczekalni i jedną ręką obejmuję swój wielki, napęczniały brzuch. Tak bardzo bym chciała, że_byś była tu ze mną, ale wiem, że gdybyś wzięła wolne choć na jeden dzień, ta okropna para, której wielgachny dom sprzątasz, natychmiast by Cię zwolniła. Pewnego dnia, gdy zostanę sławną aktorką, nie będziesz już musiała pracować dla takich ludzi. Jeśli dobrze mi pójdzie, to już w ogóle nie będziesz musiała pracować. Ty i Em zamieszkacie ze mną i moim maleństwem w rezydencji w Beverly Hills._
_Tamta dziewczyna krzyczy coraz głośniej. Jakby konała! Chcę zatkać uszy, ale ktoś wywołuje mnie po nazwisku._
_Kobieta w białym uniformie. Wysoka, budzi respekt. To siostra Bates – jak wynika z napisu na jej identyfikatorze. Posłała mi uśmiech, więc może jest miła._
_Słychać piskliwy krzyk, któremu towarzyszą szlochy, po czym ktoś wypada z sali porodowej. To dziewczynka z blond lokami do pasa, ubrana w różową sukienkę z falbankami. Wydaje się o parę lat starsza od Em. Ma może osiem albo dziewięć lat. Jest blada, wygląda, jakby właśnie zobaczyła ducha._
_Pielęgniarka krzyknęła do niej, by biegła na górę. Jednak biedna mała, zanim zdążyłam ją powstrzymać, wpadła do łazienki. Kiedy wyszła, całą tę śliczną sukienkę miała zarzyganą. Nasze oczy się spotkały – jej były rozszerzone z przerażenia – po czym co sił w nogach pognała po schodach na górę._
_U szczytu schodów zagrzmiał ostry głos: „A więc tu jesteś, nieznośna dziewucho! Wszędzie cię szukam! Przecież nie wolno ci tam schodzić!”._
_Poznałam ten głos. Należał do kobiety, która przywitała mnie we frontowych drzwiach. Najwyraźniej jest wściekła. Nie widzę już ani nie słyszę przerażonej dziewczynki. O Boże! Mam nadzieję, że nie napytała sobie biedy._
_Tymczasem krzyk ustał. Widocznie ta dziewczyna, która była przede mną, właśnie urodziła. Teraz moja kolej. Panikuję. I to jak._
_Mam na szyi ten śliczny naszyjnik ze złotym krzyżykiem, który mi dałaś, i wierzę, że przyniesie mi szczęście. Że nie będzie mnie bolało i nie pojawią się żadne komplikacje._
_Wiesz co? Dziecko właśnie kopnęło i poczułam dreszcz podniecenia. Chcę jak najszybciej ją urodzić i wziąć w ramiona. Nie mogę się doczekać, kiedy Ty i Em ją poznacie._
_Przepraszam, muszę już iść. Siostra Bates groźnie na mnie łypie. Dam jej ten list i poproszę o wysłanie. Mam nadzieję, że to osoba godna zaufania._
_I jeszcze jedno… Jeśli coś się stanie mnie albo dziecku, obiecaj, że nigdy nie zapomnisz mężczyzny, który zmusił mnie, bym przyszła w to okropne miejsce._
_I nie wolno Ci nigdy mu wybaczyć._
_Musi zapłacić._
_Twoja zawsze kochająca córka_1
Ava
Teraz
Podobno kobieta w ciąży promienieje. Tego jednak nie można powiedzieć o mnie.
Jestem skołowana.
Zniechęcona.
Rozmamłana.
Chodzę o kulach.
Położnik zalecił mi to przed miesiącem, żeby łatwiej było mi się poruszać, ale wciąż kiepsko sobie radzę. Zmagając się z bólem przy każdym kroku, niezgrabnie manewruję kulami i kuśtykam przez Starbucks, ten w pobliżu UCLA, jednego z najbardziej prestiżowych uniwersytetów w Kalifornii.
Stoję w kolejce, by złożyć zamówienie, i nagle łzy cisną mi się do oczu, bo przeszywa mnie straszny ból – najpierw czuję dźgnięcie w krzyżu, a potem w kroczu. Stękam cicho. Przede mną są tylko dwie osoby, ale dotarcie do lady zakrawa na maraton.
Wreszcie nadchodzi moja kolej. Baristka z włosami na jeża, pewnie studentka, wydaje się przerażona moim żałosnym stanem – wykrzywioną twarzą i zniekształconym ciałem, nie wspominając już o bladości i workach pod oczami.
– Co dla pani? – pyta, siląc się na wesoły ton.
To co zawsze. Mała bezkofeinowa mrożona frappuccino mocha z mlekiem migdałowym – nie z bitą śmietaną. Gdy płacę kartą, biodra przeszywa mi kolejne dźgnięcie bólu. Zginam się niemal wpół.
Na twarzy baristki pojawia się przestrach, a głos zza moich pleców pyta:
– Dobrze się czujesz?
Prawdę mówiąc, mam ochotę zwinąć się w kłębek na podłodze i skonać, lecz zamiast tego odwracam głowę i widzę oszałamiającą młodą kobietę, mojego wzrostu, w eleganckim stroju do jogi, w okularach przeciwsłonecznych i czapce baseballowej, która podtrzymuje długi platynowoblond koński ogon.
– Tak, w porządku – wyduszam, gdy ból ustaje.
Moja kawa jest już gotowa, więc niezdarnie sięgam po kubek, ale przenieść go, idąc o kulach, jest prawie niemożliwe.
– Pozwól, że ci pomogę – mówi blondynka.
– Dzi-dziękuję – dukam, wdzięczna, że na tym egoistycznym świecie zdarzają się jeszcze dobrzy samarytanie.
Nieznajoma bierze z lady plastikowy kubek, a ja wsuwam kule pod pachy. Mój głupi plecak wciąż zsuwa mi się z ramion i utrudnia chodzenie. Rozdrażniona klnę pod nosem.
Kobieta wolną ręką zręcznie poprawia mi plecak.
– Dziękuję – powtarzam ciszej i ze skruchą.
– Nie powinnaś tyle dźwigać w twoim stanie – upomina mnie łagodnie. – Poza tym możesz uszkodzić sobie stożek rotatorów.
Tylko tego mi trzeba… kolejnej okropnej dolegliwości. Już i tak nieźle dostaję w kość przez samą ciążę. Jestem pewna, że płacę za mój grzech… Ale tę straszną tajemnicę zabiorę ze sobą do grobu…
Kiwam głową, spycham swoją tajemnicę w głąb świadomości i rozglądam się po kawiarni. Zrezygnowana opuszczam ramiona. Dosłownie wszystkie stoliki są zajęte przez tych cholernych roszczeniowych studentów, którzy traktują Starbucks jak przedłużenie swoich klitek w akademiku i uważają, że mogą przesiadywać tu całymi dniami.
– Mam przy stoliku wolne krzesło – mówi kobieta. – Możesz usiąść ze mną.
– Nie będę ci przeszkadzała?
– Nie, skądże. Tylko pozwól, że szybko tam podejdę, zanim je buchnie jakiś student.
Z moją kawą w dłoni, posuwistym, pełnym wdzięku krokiem zmierza szybko do stolika. Porusza się jak supermodelka i patrząc na jej szczupłą, wysportowaną sylwetkę i szlachetne rysy, zastanawiam się, czy rzeczywiście nią jest albo kiedyś była. A może jest instruktorką jogi czy pilatesu. Kuśtykam o kulach w ślad za nią. Nie pamiętam już nawet, kiedy miałam tak sprężysty chód jak ona. Gdy docieram do stolika, kobieta stawia na blacie moje frappuccino i odsuwa wolne krzesło w taki sposób, bym zmieściła się z tym wielkim brzuchem. Zważywszy na trudny przebieg ciąży, czasem myślę, że wewnątrz mnie rośnie jakiś potwór, a nie dziecko. Jeden z moich koszmarnych snów był o tym, że urodziłam dziecko przypominające Hulka, a jego rozmiar i siła niemal mnie rozdarły.
Powoli osuwam się na twarde drewniane krzesło i opieram kule o blat, a kobieta z wdziękiem siada naprzeciwko.
Sączę przez słomkę mrożony napój.
– Dziękuję, że pozwoliłaś mi tu usiąść. Jestem ci bardzo wdzięczna. A tak w ogóle mam na imię Ava.
– Marley… Bardzo mi miło. – Popija swój napój, na oko bardzo zdrowe smoothie w kolorze szpinaku, które czekało już na stoliku. – Dużo jeszcze zostało ci do porodu?
– Za dużo – odpowiadam ze śmiechem.
Przechyla głowę i spogląda na mnie pytająco.
– Trzy miesiące. Szóstego czerwca. Będę miała cesarkę.
– To częsta konieczność u ciężarnych z twoją przypadłością, czyli bólem obręczy miednicznej – oznajmia ze znawstwem.
Ta dolegliwość, często towarzysząca ciąży, występuje, gdy stawy okolicy miednicznej sztywnieją i powstaje stan zapalny. U większości kobiet objawy są znośne, ale moje są ekstremalne, obejmują całą dolną część tułowia i nogi. Nie dość, że ledwie chodzę, to jeszcze siedzenie, wspinanie się po schodach, spanie czy ubieranie się sprawiają mi ból. Korzystanie z toalety stało się koszmarem, a o seksie w ogóle nie ma mowy. W te najgorsze dni ból przeszywa mnie wszędzie naraz. Czasem tak mocno, że pragnę umrzeć.
– Skąd wiesz? Też dokuczało ci to w ciąży?
Bawi się srebrnym medalionem, który muska jej obojczyki. Paciorki łańcuszka przypominają różaniec i zastanawiam się, czy kiedyś wisiał na nim krzyżyk.
– Nie, nigdy nie byłam w ciąży.
– Wierz mi, najgorszemu wrogowi tego nie życzę. To jest tak uciążliwe, że musiałam zacząć chodzić o kulach, a do tego jeszcze lekarz właśnie mi oznajmił, że aż do porodu będę musiała leżeć.
Kolejna wielka komplikacja. Rozpłakałam się, gdy mi to powiedział.
– Stan przedrzucawkowy?
Znów jestem zaskoczona.
– Skąd wiesz?
– Po prostu zgadłam, ale mniej więcej wiem, na czym to polega. Zdarza się, kiedy ciężarna ma zbyt wysokie ciśnienie krwi i za dużo białka w moczu. Stan może przybierać różne formy, od całkowicie niegroźnego po bardzo poważny.
– Moje ciśnienie było poza skalą. – Nie ma się co dziwić, zważywszy na cały przebieg ciąży.
– Na twoim miejscu słuchałabym lekarza. Ten stan może prowadzić do zagrożenia życia matki i dziecka.
– Dokładnie to samo mówił lekarz.
Jestem pod wrażeniem jej wiedzy na temat ciąży. Czy zawodowo jest związana z medycyną? Może jest położną? Wygląda zbyt młodo jak na lekarkę.
Zanim zdążę spytać, zmienia temat.
– Dziewczynka czy chłopiec?
Na moją twarz powraca uśmiech.
– Dziewczynka… Isa. Damy jej imię po matce mojego męża.
Nie wchodzę w szczegóły, nie mówię, kim była jego matka. Ani kim jest mój mąż.
Zerka na mój pierścionek zaręczynowy z pięciokaratowym brylantem.
– Mąż pewnie jest zachwycony.
Wzruszam ramionami. Widzę, że ona nie ma żadnych pierścionków.
– No nie wiem. Szczerze mówiąc, ta ciąża jest dla niego równie trudna jak dla mnie. Może nawet bardziej.
Bawię się pierścionkiem z wielkim brylantem i dopasowaną do niego obrączką wysadzaną brylancikami. Ledwie mogę je ruszyć, bo mam spuchnięty palec.
Marley zauważa obrzęk. Moje palce wyglądają jak paluszki rybne. Porzuca temat mojego męża i sącząc zielony napój, mówi:
– Powinnaś zdjąć pierścionek i obrączkę, póki jeszcze możesz. Źle wpływają na krążenie.
– Masz rację. Zrobię to, jak wrócę do domu.
Moja towarzyszka wydaje się zadowolona.
– To lepsze, niż gdyby ktoś musiał je przeciąć, gdy na zdjęcie będzie już za późno… Można nawet stracić palec. Znam kogoś, komu się to przydarzyło.
Aż dreszcz mnie przechodzi na samą tę myśl. Przez całe życie świruję na widok noży. Musiałam w dzieciństwie mieć jakieś traumatyczne przeżycie, którego nie pamiętam. Jestem przerażona czekającą mnie cesarką. Bardzo się boję iść pod nóż. A co, jeśli lekarz spieprzy sprawę i stracę dziecko albo wykrwawię się na śmierć? Albo jedno i drugie? Odsuwam te koszmarne myśli, czując dźgnięcie w środku. Przykładam dłoń do nabrzmiałego brzucha.
Usta układają mi się w coś pomiędzy uśmiechem a grymasem.
– Dobrze się czujesz? – pyta Marley.
– Tak. – To rzadki moment radości. – Dziecko właśnie kopnęło.
Twarz Marley się rozjaśnia.
– Miałabyś coś przeciwko temu, żebym dotknęła twojego brzucha i to wyczuła?
– Ależ skąd. Podejdź.
Marley, podekscytowana, odsuwa krzesło i okrąża stolik. Zdejmuję rękę z brzucha, a ona kładzie swoją w tym samym miejscu. Nakrywam ją dłonią. Smukła dłoń Marley, miękka i ciepła, jest tak samo piękna jak ona cała.
– Czujesz ją? – pytam.
Kolejne kopnięcie.
– Tak! Będzie wojowniczką! Większość kobiet zabiłaby za taką dziewczynkę.
Jej dłoń długo spoczywa na moim brzuchu, jakby Marley wcale nie chciała jej zabierać. Czuję instynktowną więź z tą kobietą. Z tą nieznajomą. Jakby los sprowadził ją do mojego życia. I nas połączył.
Kolejne mocne kopnięcie. Po nim Marley wraca na swoje miejsce.
Niespodziewanie łzy napływają mi do oczu i przy następnym mrugnięciu zaczynają skapywać na policzki. Oto początek kolejnego z moich mazgajskich występów.
Zalewa mnie poczucie zażenowania.
– Ostatnio nic, tylko beczę. Przepraszam.
– Nie ma za co. Proszę… masz. – Podaje mi papierową serwetkę.
Przyjmuję ją z wdzięcznością i wycieram twarz.
– Dzięki – mówię cicho przez łzy. – Przepraszam, że obciążam cię swoimi problemami. Jestem emocjonalnym wrakiem.
Uśmiecha się do mnie ze współczuciem.
– Nie musisz przepraszać. Tak to już jest z ciążą. Burza hormonów, a do tego jeszcze ból obręczy miednicznej, obrzęki i stan przedrzucawkowy.
Mój płacz ustaje.
– Skąd tyle wiesz o ciążach? – pytam wreszcie.
– Jestem CON, certyfikowaną opiekunką neonatologiczną. A ściślej: nocną nianią. Pomagam świeżo upieczonym mamom w nocnej opiece nad noworodkami, żeby mogły wypocząć i za dnia trzymać się na nogach. – Sięga do torebki i wręcza mi wizytówkę.
– Siostra Marley Manners – mruczę, podnosząc wizytówkę do oczu. – CON.
Pod nazwiskiem są dane kontaktowe: numer komórki i adres mejlowy, a nawet adres strony internetowej. Studiuję te informacje, jakbym chciała wyryć je sobie w pamięci.
– Mogę ci przedstawić wspaniałe referencje, gdybyś chciała mnie sprawdzić. Dowiesz się z nich, że autentycznie kocham maluchy, mam wyjątkowe kompetencje pielęgnacyjne i zupełnie szczerze chcę wspierać młodych rodziców. Po cesarskim cięciu twój stan może ulec pogorszeniu, a wtedy trudno ci będzie poradzić sobie z opieką nad noworodkiem.
Może z powodu ciągłego zmagania się z bólem albo mgły mózgowej nie zastanawiałam się dotąd za wiele nad macierzyństwem. Zwłaszcza nad tym, jak będzie, gdy w domu pojawi się noworodek i zostanie w naszym życiu na stałe. Czy może być jeszcze gorzej niż teraz?
Marley nie spuszcza ze mnie wzroku, gdy chowam jej wizytówkę do portfela. Dopijamy swoje napoje.
– Cóż, muszę już iść – mówię.
– Mam nadzieję, że nie prowadziłaś samochodu w tym stanie.
Śmieję się ze smutkiem.
– Ledwie wsiadam do auta i z niego wysiadam, nie ma mowy, bym wcisnęła się za kierownicę. – Dla zobrazowania tych słów chwytam się za swój olbrzymi brzuch. – Skorzystałam z Ubera.
– Czy mąż po ciebie przyjedzie?
– Nie może. Jest w Nowym Jorku, w podróży służbowej. – Jednej z wielu. Biorę powolny, głęboki oddech, unosząc ramiona. – Po prostu znowu wezwę Ubera.
– To może ja cię odwiozę?
– Mówisz poważnie? Już i tak okazałaś mi wiele życzliwości. Nie chcę krzyżować ci planów.
– Żaden problem. Gdzie mieszkasz?
Odpowiadam, że w Hollywood Hills.
– Świetnie. Akurat mam po drodze.
Pięć minut później siedzimy w jej przestronnym Subaru i zmierzamy w kierunku Sunset Boulevard, drogą obok pięknego różowego domu, w którym wychował się mój mąż. Z głośników płynie _Forever Now_, piosenka Michaela Bublé, którą napisał z miłości do swoich dzieci i dla nich.
Gdy stajemy na światłach, Marley mówi:
– Wiesz, że płaczliwe dzieci uwielbiają Michaela Bublé? Jego kojący głos je uspokaja.
– Naprawdę?
– Tak. Czasami muszę zabierać je na przejażdżkę i puszczać piosenki Bublé, bo nic innego nie działa.
Włącza się kolejna piosenka, po czym, sama nie wiem kiedy, podjeżdżamy krętą drogą pod nasz dom. Widocznie piosenkarz ukołysał mnie do snu. Czy podawałam Marley nasz adres? Jestem tak otumaniona, że doprawdy nie pamiętam.
Nasz dom jest na samym szczycie wzgórza. Kiedy docieramy do solidnej bramy, podaję Marley kod otwarcia i natychmiast tego żałuję. Powinnam była poprosić, by nacisnęła intercom, i polecić gospodyni, żeby nas wpuściła. No cóż. Stało się. Zresztą Marley nie wygląda na uzbrojoną włamywaczkę.
Brama się otwiera i podjeżdżamy pod wejście ogromnej nowoczesnej rezydencji. Architektonicznego arcydzieła z betonu i szkła.
– Masz przepiękny dom – zauważa, ogarniając go wzrokiem. – Potrzebujesz pomocy przy wysiadaniu?
Chociaż jestem zesztywniała, obolała i półprzytomna po jeździe, odpowiadam, że dam radę. Ona jednak i tak pomaga mi wysiąść, po czym bierze z tylnego siedzenia kule i mi je podaje.
– Bardzo dziękuję za podwiezienie – mówię i zaczynam kuśtykać do wejścia.
Uśmiecha się.
– Uważaj na siebie, Avo. I dzwoń, jeśli będziesz mnie potrzebować. Masz moją wizytówkę.2
Ava
Trzy miesiące później
_Trzecia nad ranem. Jadę samochodem po Sunset. Droga jest ciemna i pusta. Z napięcia jestem_ _kłębkiem nerwów. Isa leży za mną, w swoim foteliku. Jej ogłuszający wrzask świdruje mi uszy. Proszę cię, słodkie maleństwo, przestań! Jest jak zdarta płyta. Dlaczego nie przestaje płakać? Zaraz oszaleję. Nagle przypominam sobie o Michaelu Bublé. Odrywam prawą rękę od kierownicy i gmeram przy radiu. Gorączkowo przesuwam stację za stacją. Nirvana, Beatlesi, przeboje z Broadwayu… Wrzask Isy staje się coraz głośniejszy_. Cholera. Gdzie ten Bublé? Nagle dostrzegam postać w długim białym szlafroku i masce na twarzy, stojącą na drodze parę metrów ode mnie. Widmo znowu się pojawiło! Moja ręka wraca na kierownicę, naciskam klakson, ale ono ani drgnie. Wciskam hamulec. Samochód zatrzymuje się z piskiem opon, coś wpada przez przednią szybę. Roztrzaskuje szkło. Widmowa postać chwyta dziecko i je unosi, jakby składała je w ofierze. To moje maleństwo! Moja najdroższa Isa, z wczepionymi w śpiochy odłamkami szkła, które połyskują w świetle reflektorów. Postać rozpływa się jak para, zabierając moje dziecko ze _sobą._
Z płuc wyrywa mi się krzyk. Zlana zimnym potem, raptownie otwieram powieki. Znowu słyszę zawodzenie Isy. Potrzebuję chwili, by oprzytomnieć. Moje maleństwo żyje – jest tuż obok mnie, leży w kołysce. Czuję przypływ ulgi. A więc znów miałam jeden z tych koszmarów sennych. Są tak realistyczne, że zamazuje się granica między urojeniem a rzeczywistością. Czasem myślę, że tak naprawdę te sny to przeczucia.
Ostatnie trzy dni były piekłem. Ktoś powinien wprowadzić poprawki do książki _W oczekiwaniu na dziecko_, kultowego poradnika dla kobiet w ciąży, bo na pewno nie oczekiwałam tego, co się dzieje. Wróciłam ze szpitala przed trzema dniami, a przez ostatnie trzydzieści sześć godzin moje nowo narodzone dziecko wciąż płacze. Co pół godziny drze się ile sił w płucach. Żarłocznie domaga się moich piersi. Prawie nie spałam.
Ciąża była już wystarczającą karą. Koszmarne mdłości poranne, ból obręczy miednicznej, potem długie unieruchomienie w łóżku, a wreszcie nagła konieczność cesarskiego cięcia. Tyle krwi, potu i łez. Omal nie umarłam.
A teraz jeszcze to… Dziecko, które przez cały czas płacze. Jestem absolutnie przekonana, że to wszechświat wyrównuje ze mną rachunki za to, co zrobiłam. A poprzez koszmary senne powiadamia mnie, że najgorsze dopiero nadejdzie.
Leżąc na plecach, z głową wspartą na trzech poduszkach, staram się usiąść, wbijając palce w ogromny materac, ale wszystko na nic. Ledwie uniosłam górną część ciała, gdy ostry ból przeszył mnie od miednicy aż do nóg. Twarz wykrzywia mi grymas. To nie do wytrzymania. Myślałam, że ból obręczy miednicznej ustanie po ciąży, ale tak się nie stało, a cięcie po cesarce jeszcze nasiliło moje cierpienie. Położnik obiecał, że wszystko samo przejdzie. Ale mu nie wierzę. To pewnie kolejne kłamstwo.
Opadam na materac, bo nie jestem w stanie dosięgnąć dziecka, które leży tuż obok, w kołysce. Nie mogąc przystawić córeczki do piersi i uciszyć jej rozpaczliwych krzyków, denerwuję się i czuję się żałosna. Co ze mnie za matka? Gdy znów przeszywa mnie ból, z trudem powstrzymuję łzy.
Włączam lampkę nocną nade mną i obróciwszy głowę, patrzę na przystojnego mężczyznę, który leży na plecach obok mnie i cicho pochrapuje. Jak może nie słyszeć płaczu Isy? Śpi jak zabity.
Trącam go bardzo delikatnie. Porusza się i coś mruczy. Ale oczy ma nadal zamknięte.
– Ned, proszę, musisz wstać – mówię głośno, by przebić się przez nieustające kwilenie Isy. Znów go trącam. – Ned, wstań, proszę. Muszę nakarmić Isę.
Kusi mnie, by wylać mu na głowę wodę ze szklanki stojącej na szafce nocnej, ale tylko szturcham go po raz trzeci. To działa jak zaklęcie.
– O co chodzi? – pyta zdezorientowany, z trudem otwierając oczy.
– O Isę. Musisz wstać i przystawić mi ją do piersi.
Powoli siada, zapala lampkę nocną, wzdycha z rozdrażnieniem. Mój biedny mąż wciąż ma jet lag po powrocie z Europy, a w ciągu ostatnich paru dni spał najwyżej sześć godzin z powodu naszej wymagającej, nieustannie płaczącej córeczki. No, ale ja też nie spałam. Oboje jesteśmy jak zombie.
Ned powoli zsuwa grubą kołdrę i przerzuca swoje długie muskularne nogi przez krawędź łóżka. Ma na sobie granatową piżamę w białe prążki. Jest bardzo wysoki, atletycznie zbudowany. Wreszcie wstaje, niby feniks z popiołów. Nie spuszczam z niego wzroku, gdy powłócząc nogami, okrąża łóżko i podchodzi do kołyski. Patrzę, jak wyjmuje rozwrzeszczaną Isę z przystrojonego falbankami kosza. Mocno trzyma tę drobną istotkę w dużych dłoniach, podpierając jej doskonale ukształtowaną główkę. Promyk nadziei. Może tylko jest przemęczony, a w końcu okaże się wspaniałym ojcem.
Biedne maleństwo wciąż krzyczy, wykrzywiona twarzyczka jest czerwona jak burak, piąstki zaciśnięte. A ściągnięte usta Neda tworzą ponurą kreskę. Bez wątpienia mój mąż nie wygląda jak świeżo upieczony tatuś z filmu na kanale Hallmark albo z reklam pieluch Huggies. Zanim Ned podaje mi dziecko, rozsuwam zapiętą do połowy górę od piżamy. Ostrożnie przykładam małą do mojej nabrzmiałej, obolałej piersi, a ona próbuje przyssać się do sutka. Nie dość, że mam ból obręczy miednicznej i cięcie po cesarce, to jeszcze moje piersi produkują niewiele mleka, a małe brodawki niezbyt nadają się do ssania. Boję się, że Isa nie dostaje wystarczająco dużo pokarmu i dlatego tak dużo płacze. I tak głośno, zajadle. I dlatego wydaje się drobniejsza niż wtedy, gdy przywiozłam ją ze szpitala, a ważyła tylko dwa sześćset. Od początku była dość drobna – dwudziesty percentyl – ale obawiam się, że teraz jeszcze traci na wadze. To niedobrze. Przeraża mnie to.
Mój mąż przeczesuje palcami ciemne, zmierzwione od snu włosy i głośno ziewa, obserwując Isę, która usiłuje ssać. Marnie jej to idzie. Nie potrafi na dłużej przywrzeć do piersi, więc kwili z rozdrażnieniem.
Z trudem powstrzymuję łzy, a Ned znów ziewa, po czym chłodno patrzy na mnie nabiegłymi krwią oczami.
– Avo, ja tego nie wytrzymam. Potrzebuję nieprzerwanego snu, by móc funkcjonować. – Ściska dwoma palcami nasadę swego męskiego, prostego nosa. – Kiedy wraca Rosita?
Rosita to nasza gospodyni. Osoba, dzięki której udało mi się przebrnąć przez tę trudną ciążę. To ona utrzymuje nasz dom w idealnej czystości, napełnia naszą lodówkę. Pomagała mi w najdrobniejszych czynnościach, począwszy od wstania z łóżka i wzięcia prysznica. Miała wziąć na siebie obowiązki niani, ale dzień przed moim niespodziewanym porodem coś wydarzyło się w jej rodzinie i musiała natychmiast wrócić do Salwadoru. Trudno o gorszy moment. Nie miałam czasu ani energii, by znaleźć zastępstwo.
– Nie wiem – mówię do męża. – Wczoraj dostałam od niej esemesa. Jej matka musi przejść operację. Czyli to może potrwać.
Ned wzdycha z rozdrażnieniem.
– A co z twoją matką?
Nigdy jeszcze nie słyszałam ani nie widziałam, by mój mąż tęsknił za spotkaniem z moją matką, Reną. Od samego początku nie układało się między nimi. Są jak ogień i woda.
– Wróci dopiero w niedzielę. Ma dobrą passę w Vegas.
Przykro mi, że woli spędzać czas z jednorękim bandytą niż ze swoją pierwszą wnuczką, ale taka właśnie jest moja matka.
– Ale to prawie za tydzień!
– Ciii. Nie musisz tak wrzeszczeć.
Nabiera powietrza. Twarz mu łagodnieje, patrzy na mnie ze skruchą.
– Przepraszam, kochanie. To przez zmęczenie.
– W porządku, kotku, rozumiem – zapewniam go z uśmiechem.
– I tyle mam teraz na głowie… Między innymi muszę dopiąć kontrakt z grupą japońskich inwestorów, zanim się rozmyślą.
Kontrakt. Nienawidzę tego słowa. Mój mąż – hollywoodzki magnat – nie towarzyszył mi podczas nagłej cesarki właśnie dlatego, że na festiwalu filmowym w Cannes był zbyt zajęty obskakiwaniem celebrytów, z którymi chciał zawierać kontrakty. No dobrze, trzeba uczciwie przyznać, że to nie z jego winy miałam wcześniejszy poród – cesarkę zaplanowano na koniec tygodnia – ale jednak… Ostatnio mam wrażenie, że jego kontrakty są zawsze ważniejsze ode mnie.
Zerkam w dół. Isa zasnęła na mojej piersi. Mam nadzieję, że się najadła. Trochę później, rano, zadzwonię do mojego położnika i pediatry Isy, by podzielić się swoimi obawami. Podnoszę wzrok na męża, zastanawiając się, co robić do tego czasu.
– Avo, musisz załatwić sobie jakąś pomoc.
Odwraca się na pięcie i wolnym krokiem zmierza do komody. Wyciąga z szuflady sportowe spodenki i T-shirt z logo Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Ściąga piżamę i widzę jego muskularny tyłek. Czuję ukłucie smutku. Czyż dzieci nie powinny zbliżać dwojga ludzi? Przynosić im radość? Czy to tylko taka miejska legenda?
– Dokąd się wybierasz? – pytam, gdy przysiada na podnóżku i wkłada skarpetki i buty Nike.
– Idę pobiegać. Skoro już tak wcześnie wstałem.
Odnoszę wrażenie, że chce uciec ode mnie. Od Isy. Od nas obu.
– Jaką pomoc masz na myśli? – zwracam się do niego, gdy zawiązuje sznurówki.
Może uważa, że powinnam udać się do psychiatry. Sama zaczynam się zastanawiać, czy nie cierpię na depresję poporodową.
Kiedy Ned kończy się przebierać do biegania, wstaje i odwraca się twarzą ku mnie.
– Agentka z mojego biura mówiła mi, że kiedy jej i partnerowi urodziły się bliźniaki, wynajęła nocną nianię. To była kolosalna zmiana, oboje mogli wreszcie wyspać się w nocy. Jak dotrę do biura, poproszę, żeby napisała ci esemesa.
Nocna niania! Doskonałe rozwiązanie. I wiem, że nas na nią stać.
Nagle przypominam sobie ostatnią wizytę w Starbucksie – i się uśmiecham.
– Nie ma takiej potrzeby. Chyba znam osobę, która doskonale się do tego nada. Kotku… podaj mi, proszę, mój plecaczek.
Ned bez słowa zdejmuje z gałki na drzwiach mojej garderoby płócienny plecak, wiszący tam od czasu, kiedy wróciłam ze szpitala.
– Dziękuję – mówię, gdy kładzie plecak na łóżku obok mnie.
Nadal milcząc, Ned zmierza do drzwi. W progu odwraca się i spogląda na mnie.
– Wynajmij, kogo chcesz, byle od dzisiaj – rzuca i wychodzi.
Natychmiast zaczynam szukać w plecaku portfela. Kilka sekund później… Bingo! Znajduję wizytówkę z jej nazwiskiem i danymi kontaktowymi.
Przez kolejne pół godziny, kiedy śliczna Isa śpi spokojnie na mojej piersi, sprawdzam w smartfonie informacje na temat Marley Manners, certyfikowanej pielęgniarki neonatologicznej. Przeczesuję sieć w poszukiwaniu jej CV, referencji, opinii o niej. Wszystko, co widzę, przekracza moje oczekiwania. Ukończyła z najwyższym wynikiem jedną z najlepszych szkół pielęgniarskich, a dodatkowo zdobyła certyfikat pielęgniarki neonatologicznej na znakomitej uczelni szkolącej specjalistów w opiece nad noworodkami. Ma doskonałe rekomendacje na Yelp, Angie’s List i LinkedIn. Nieco później udaje mi się nawet porozmawiać z trzema mamami, dla których Marley pracowała. Wprost rozpływają się w zachwytach. „Cudowna pracownica”. „Dar od Boga”. „Druga matka”.
Zaklinaczka niemowląt.
Jestem tak podekscytowana, że drży mi dłoń, gdy wybieram numer Marley. Odbiera po pierwszym sygnale.
Siostra Marley Manners jest dostępna.
Może zacząć pracę od dzisiaj.
Ale mam szczęście! Z uśmiechem ulgi i sercem przepełnionym miłością całuję jedwabistą główkę Isy.
Siostra Marley Manners uratuje moją rodzinę.3
Ned
Chłodne poranne powietrze orzeźwia mi skórę. Budzi mnie. Jak dobrze być na dworze, jak dobrze jest biec.
Po rozgrzewce ruszam długą, krętą drogą prowadzącą do Sunset Boulevard. Zaczynam powoli, a przy Hotelu Chateau Marmont już wpadam w rytm. Z powodu jet lagu i niewyspania mam wolne tempo – pewnie dwieście metrów na minutę zamiast dwustu pięćdziesięciu – a serce bije mi szybciej niż zazwyczaj. Wprawdzie nie doświadczam euforii biegacza, ale bieg przynajmniej poprawia mi nastrój. Pomaga mi też na arytmię. Gdy tak biegnę, wrzaski mojego nowo narodzonego dziecka cichną mi w głowie.
Teraz moim celem jest dotarcie do legendarnego różowego Hotelu Beverly Hills. Zostało mi jeszcze około pięciu kilometrów – i pięć z powrotem. Dobiegam na miejsce po dwudziestu pięciu minutach i nie zatrzymując się, żeby odetchnąć czy rozciągnąć mięśnie, zawracam i kieruję się w stronę domu, gdy nagle ktoś mnie woła.
– Hej, zaczekaj!
Odwracam się, truchtając w miejscu, i widzę biegnącą ku mnie kobietę. To wysoka, bardzo szczupła blondynka ubrana w modny strój ze spandexu. Jaskraworóżowe legginsy do pół łydki i dopasowany do nich sportowy stanik, biało-różowe adidasy i różowa czapka baseballowa.
– Masz ochotę na towarzystwo? – pyta, kiedy dobiega do mnie.
Podskakuje w miejscu, podrywając kolana na wysokość bioder.
Z bliska jest jeszcze ładniejsza, niż zdawała się z daleka. Ma nieskazitelnie porcelanową cerę, wysokie kości policzkowe, pełne usta, wyrazisty nos. A do tego niezwykłe fiołkowoniebieskie oczy.
Wydaje się znajoma. Może dlatego, że trochę przypomina moją żonę – no, w każdym razie tę sprzed ciąży. Zawsze miałem swój typ: wysokie, smukłe blondynki. Eteryczne piękności, przypominające moją niezrównaną _maman_.
Niech spoczywa w pokoju.
– Czy my się znamy? – pytam.
Z tak oszałamiającą urodą i wysportowanym ciałem może być modelką, gwiazdką albo influencerką, która zjawiła się w naszej firmie, bo szuka agenta.
– Nie przypominam sobie – odpowiada, obrzuciwszy mnie szybkim spojrzeniem.
Myślę, że bym ją zapamiętał. Nigdy nie zapominam twarzy pięknych kobiet.
– To jak? – odzywa się przymilnie. – Mogę ci towarzyszyć?
– Jasne, czemu nie.
Mówię, że wracam do Chateau Marmont, nie zdradzając, gdzie mieszkam. Zaczynamy biec, ja wolniej niż zazwyczaj, żeby mogła nadążyć. Jej towarzystwo sprawia mi przyjemność.
– Jak to możliwe, że nigdy wcześniej cię nie widziałem? – pytam.
– Zazwyczaj biegam o późniejszej porze, ale zmienił mi się grafik pracy.
– Czym się zajmujesz?
– Jestem opiekunką. – Nie daje mi czasu na dalsze dociekania, tylko szybko rzuca: – Ale dość o mnie. Powiedz coś o sobie.
To mi się podoba. Chce rozmawiać o mnie!
– Pracuję w IMAGE…
– IMAGE? Tej wielkiej hollywoodzkiej agencji talentów? – Wymawia tę nazwę tak samo jak ja: w zmysłowy francuski sposób, z akcentem na drugą sylabę.
Uśmiecham się szeroko.
– Tak, właśnie tej. I-M-A-G-E. To skrót od Influencers, Musicians, Actors, Gamers and Entertainers. Jestem jednym z założycieli i partnerów firmy.
– Imponujące.
Patrzę na nią uważnie.
– Wiesz, wydajesz mi się znajoma. Jesteś pewna, że nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy? A może widziałem cię w telewizji? Na YouTubie? Albo na TikToku? Jesteś aktorką?
– Dlaczego tak sądzisz?
– Przy twojej urodzie wydaje się to oczywiste.
Śmieje się.
– Czyż wszyscy nie jesteśmy aktorami? – Podnosi lewą rękę i zerka na zegarek. Zauważam, że nie ma obrączki. Na jej opalonym palcu serdecznym nie widać też jaśniejszego śladu, świadczącego o tym, że ją zdjęła. Opuszcza rękę. – Spieszę się. Może chcesz się pościgać?
– Chyba nie jestem w formie.
Obrzuca wymownym spojrzeniem moje spocone ciało.
– Sądząc po wyglądzie, jak najbardziej jesteś – zauważa z uśmieszkiem, a ja czuję uderzenie gorąca. – No więc…?
– Dobra. Na miejsca, gotowi… Start!
Przy kolejnym oddechu ruszam. Chociaż podoba mi się ta intrygująca kobieta, nie zamierzam pozwolić jej wygrać. Lubię rywalizację, to leży w moim charakterze. Nie znoszę przegrywać. Wygrana jest najważniejsza. Zwycięzca bierze wszystko.
Pomimo jet lagu przyspieszam do dwustu pięćdziesięciu metrów na minutę, a moje stopy dudnią na chodniku. Palą mnie płuca i nogi, gdy gnam przed siebie. Oddech mam urywany, dyszę z gorąca. Mój T-shirt robi się mokry od potu. Zerkam przez ramię, by zobaczyć, jak ona sobie radzi. Jest z pół przecznicy za mną, fajnie. Ale muszę przyznać, że jest szybka. Rytmiczne ruchy ramion napędzają ją jak tłoki lokomotywy, na twarzy ma dziką determinację. Jeszcze tylko kilka przecznic dzieli nas od mety. Czuję smak zwycięstwa.
I nagle, ni stąd, ni zowąd, już biegnie ramię w ramię ze mną. Odwracam lekko głowę i napotykam jej spojrzenie. Jej twarz rozjaśnia się promiennym uśmiechem.
– Do zobaczenia! – woła i wyrywa do przodu, szybka jak błyskawica.
Co?! Jestem zaszokowany. Patrząc na jej długie, szczupłe, muskularne nogi, nie mogę się nadziwić, że potrafi biec tak szybko. Jej kucyk podskakuje tak gwałtownie, że wygląda jak rozmazana platynowa smuga.
Pali mnie w płucach, rwie w nogach i mogę tylko patrzeć, jak ona dobiega do Chateau. Co najmniej trzydzieści metrów przede mną. Uderza płaską dłonią w tynkowany murek otaczający hotel i obraca się, by drugą rękę triumfalnie wyrzucić do góry. Potem macha do mnie, figlarnie przebierając palcami.
– Co tak długo? – pyta, gdy wreszcie docieram do mety.
Dyszę tak ciężko, że nie jestem w stanie wydusić słowa. Kiedy pochylam się i opieram o swoje obolałe uda, pot kapie mi z czoła.
– O rany… – rzucam wreszcie, a serce wciąż mi wali jak oszalałe. – Ale jesteś szybka.
Nawet nie dyszy; na jej skórze lśni tylko kilka kropelek potu, jak kryształki. Jest tak promienna i piękna, że aż bije od niej blask.
Oblizuje górną wargę.
– Lubię wygrywać.
A ja lubię, gdy kobieta ma w sobie ogień i determinację. Gdy rzuca mi wyzwanie. Między innymi dlatego ożeniłem się z Avą. Kiedyś też razem biegaliśmy.
Nim zdążę odpowiedzieć, odzywa się telefon mojej towarzyszki. Wysuwa go z bocznej kieszonki legginsów i z niepewnym uśmiechem patrzy, kto dzwoni.
– Przepraszam, muszę odebrać. – Wybiera odpowiedni przycisk.
– No jasne. – Próbuję wyrównać oddech i rozciągam łydki, opierając nogi o ścianę, a przy okazji podsłuchuję rozmowę.
– Tak… wspaniale… Bardzo chętnie… Siódma dziś wieczór mi pasuje.
Kończy rozmowę. Nie posiadam się z ciekawości.
– Gorąca randka? – pytam, odzyskawszy już oddech po biegu.
– Tak.
Wzbiera we mnie zazdrość, chociaż ta dziewczyna jest dla mnie nikim. I choć jestem żonaty. Moje ego oklapło jak przekłuty balon.
Następuje moment niezręcznej ciszy, gdy ona poprawia kucyk – lśniące włosy na chwilę opadają jej na ramiona, zanim znów ściąga je gumką. Powstrzymuję chęć odgarnięcia jej niesfornego kosmyka i mówię, że muszę już iść.
– Czekaj – rzuca. – Właściwie to nie randka. Chciałam się z tobą podroczyć.
Podroczyć. Ta oszałamiająca kobieta nie dość, że wygląda jak moja matka, to jeszcze właśnie użyła jej ulubionego słowa. Lubiłem, gdy _maman_ wymawiała je z francuskim akcentem, z tym charakterystycznym „r”, jak mrucząca kotka.
Przestaję truchtać w miejscu, a dziewczyna oznajmia:
– Właśnie zyskałam nową klientkę.
Czuję przypływ ulgi.
– Brawo!
Zerka na zegarek.
– Hej, muszę lecieć.
– Fajnie się z tobą biegało. Zobaczę cię jeszcze?
– Może.
Odbiega, szybka jak wiatr, i zostawia mnie samego, zanim zdążymy się sobie przedstawić.