Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nocne historie - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
4699 pkt
punktów Virtualo

Nocne historie - ebook

Nominacja do Międzynarodowej Nagrody Bookera.

Hipnotyzujące studium grozy i przemocy.

Pola kukurydzy, rzędy topoli, spękany asfalt lokalnych dróg, kilka opuszczonych fabryk i garstka gospodarstw. W pobliżu mała osada: trzy domy, stodoła i obora, pozieleniałe od mchu. Mieszkają tam ekscentryczna malarka Christine z psem Radżą oraz rodzina Bergogne’ów – mrukliwy Patrice, jego żona Marion, która pracuje w mieście, i córeczka Ida.

Ich życie na wsi dalekie jest od idylli: Christine od dłuższego czasu otrzymuje anonimowe listy z groźbami, Patrice’a dręczą długi, frustracja i osamotnienie, Marion zaś zdaje się coraz bardziej oziębła i obojętna. W dniu jej czterdziestych urodzin Patrice organizuje przyjęcie niespodziankę, uroczystość zakłóca jednak wizyta trzech nieznajomych. Wraz z ich przybyciem na światło dzienne wychodzą głęboko skrywane tajemnice i kłamstwa.

Nocne historie laureata Nagrody Goncourtów Laurenta Mauvigniera to pełen zwrotów akcji literacki thriller – autor buduje napięcie z wielką precyzją. Warstwa po warstwie odsłania kolejne oblicza przemocy, jakiej doświadczają bohaterowie, stawiając pytanie, czy można uciec od własnej przeszłości.

„Ta porywająca opowieść o brutalnym wtargnięciu przeszłości w teraźniejszość, napisana przez jednego z czołowych współczesnych prozaików francuskich, zręcznie demaskuje historie, które ukrywamy przed innymi – i przed sobą.” Fragment uzasadnienia jury Międzynarodowej Nagrody Bookera 2023

„Mauvignier kreśli hipnotyzujący horror psychologiczny, którego akcja rozgrywa się w na pozór nudnej francuskiej wiosce o zagadkowej nazwie... Czytelnicy będą zachwyceni.” „Publishers Weekly”

„Wyobraźcie sobie thriller napisany wspólnie przez Stephena Kinga i Prousta. Trzymająca w napięciu fabuła, mrożąca krew w żyłach atmosfera, a wszystko to opowiedziane płynnym, eleganckim stylem, bez pośpiechu, z odroczoną kulminacją. To, co Javier Marías zrobił dla powieści szpiegowskiej, Laurent Mauvignier robi dla horroru.” „The Spectator”

„Umiejętność ciągłego zaskakiwania czytelnika sprawia, że ta powieść jest tak fascynująca.” „The Guardian”

„[Mauvignier] porusza się w mrocznej, pełnej duchów przestrzeni między przemocą a codziennością, tajemnicą a ujawnieniem – to jedna z tych książek, które łączą różne gatunki, nie tracąc ani z wartości literackich, ani z emocji typowych dla literatury sensacyjnej.” Gawker

 

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8396-394-5
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dotychczas ukazały się m.in.:

Nadifa Mohamed, _Szczęśliwcy_

Jim Lewis, _Duchy Nowego Jorku_

Elizabeth Wetmore, _Walentynka_

Claire Vaye Watkins, _Kocham cię, ale wybieram ciemność_

Miriam Toews, _Z ogniem_

Jen Beagin, _Szwajcara_

Tess Gunty, _Królikarnia_

Négar Djavadi, _Wszystkie moje rewolucje_

Gwendoline Riley, _Moje zmory_

Alia Trabucco Zerán, _Do czysta_

Graeme Macrae Burnet, _Studium przypadku_

Vincenzo Latronico, _Do perfekcji_

An Yu, _Muzyka dla duchów_

Kevin Jared Hosein, _Głodne duchy_

Antoine Wilson, _Usta-usta_

Irene Solà, _Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność_

Catherine Lacey, _Biografia X_

Benjamín Labatut, _Maniak_

Michael Magee, _Blisko domu_

Tobias Wolff, _Stara szkoła_

Steven Price, _Książę Lampedusy_

Scott Preston, _Pożyczone wzgórza_

Anneli Jordahl, _Córki łowcy niedźwiedzi_

Już niebawem ukaże się:

Catherine Lacey, _Odpowiedzi_1

Patrzy na niego przez okno i tym, co widzi na parkingu, choć jaskrawe słońce ją oślepia i sprawia, że nie może zobaczyć go tak, jak by chciała, wspartego o stare Renault Kangoo, które w końcu będzie musiał zmienić – jakby przyglądając mu się, mogła odgadnąć, co myśli, gdy on może po prostu tylko czeka, aż ona wyjdzie z tego posterunku, gdzie ją przywiózł, sama nie wie, który to już raz, drugi czy trzeci w ciągu dwóch tygodni – tym, co widzi, znajdując się nieco powyżej parkingu, który za zagajnikiem wydaje się lekko pochyły, stojąc obok rzędu krzeseł w poczekalni, między rachityczną rośliną a pomalowanym na żółto betonowym filarem z ogłoszeniami o poszukiwaniu świadków, które by mogła przeczytać, gdyby miała na to czas, jest sylwetka, trochę zniekształcona, bo ona jest nieco wyżej, patrzy z góry i dlatego widzi ją w ten sposób, bardziej zbitą niż jest w rzeczywistości, masywną, chociaż rosłą, tęgą sylwetkę mężczyzny, i myśli w tej chwili, że niewątpliwie przywykła się z nim widywać i że to trwa zbyt długo, jakby nadal był dzieckiem – nie jej dzieckiem, bo ona nie ma dzieci i nigdy nie czuła takiej potrzeby – ale jednym z tych dzieci, którymi czasami się zajmujemy, na przykład synem chrzestnym albo jednym z siostrzeńców, i możemy egoistycznie cieszyć się ich dzieciństwem, nie biorąc sobie na głowę trosk, związanych z ich wychowaniem, i nieprzewidzianych, choć nieuniknionych szkód.

Mężczyzna na parkingu krzyżuje ramiona – szeroki kark, silne ramiona, będące przedłużeniem masywnych barków, wydatny brzuch, a na głowie kępa kasztanowych, bardzo sztywnych włosów, przez co zawsze wygląda, jakby był nieuczesany czy zaniedbany. Zapuścił brodę, nie, nie za gęstą, ale wcale mu nie pasuje – myśli – wygląda teraz na jeszcze większego mruka, ci, którzy go nie znają, zawsze odnoszą takie wrażenie, i jeszcze większego wieśniaka – nie byłaby w stanie powiedzieć, czym jest _wiejski_ wygląd – wygląd kogoś, kto nie opuszcza swojego gospodarstwa i tkwi w nim dosłownie _zamknięty_, ponurak, jak jakiś święty czy wygnaniec, albo jak ona sama, przesiadująca w domu. Ale w jej przypadku to bez znaczenia, ma sześćdziesiąt dziewięć lat i jej życie spokojnie zmierza ku końcowi, podczas gdy on ma ich dopiero czterdzieści siedem i jeszcze długą drogę do przebycia. Wie też, że on tylko chce wyglądać na gbura, a tak naprawdę jest łagodny i uczynny, cierpliwy – czasem pewnie zanadto – zawsze gotowy przyjść z pomocą jej i innym sąsiadom, przy byle okazji oddaje im przysługi, tak, nie namyślając się długo, każdemu, kto go poprosi, choć to jej pomaga najchętniej, tak jak dziś, podwożąc ją na posterunek i czekając, żeby odwieźć ją do osady, by nie musiała jechać te siedem kilometrów w jedną i siedem kilometrów w drugą stronę na rowerze.

Bergogne, właśnie tak.

Już gdy był dzieckiem, mówiła do niego Bergogne. To stało się ot tak, niemal naturalnie: pewnego dnia przywołała go po nazwisku, chcąc się z nim podroczyć; dzieciak się ucieszył, ją też to rozbawiło, wszystko dlatego, że często naśladował ojca, przybierając poważną, skupioną minę, jak dzieci, kiedy się bawią w odpowiedzialnych dorosłych. To mu pochlebiło, bo tak naprawdę nie wyczuł szczypty ironii i surowości w tonie, jakim zwracała się po nazwisku do jego ojca; często wcale nie zamierzała prawić mu komplementów, tylko rzucić ciętą uwagę czy potraktować go wyjątkowo oschle, w stylu nauczycielki strofującej dziecko. Bergogne ojciec i ona lubili się sprzeczać, z przyzwyczajenia, jak zdarza się przyjaciołom czy dobrym znajomym, ale tak czy owak to wszystko nic już nie znaczy – trzydzieści, może czterdzieści lat rozmytych w mgle czasów, które przeminęły – tak naprawdę to wszystko nigdy nie miało znaczenia, bo zawsze pozostawali na tyle blisko, by mówić sobie prawdę prosto w oczy, prawie jak stare małżeństwo – nigdy nim nie byli, a mimo wszystko w pewnym sensie nim byli, historia platonicznej miłości, która może nie znalazła dla siebie życiowej przestrzeni, nawet w snach, w jego i w jej życiu, wbrew temu, co mogły sugerować jadowite języki i ludzie zazdrośni.

Po śmierci ojca tak już pozostało: Bergogne. Jego nazwisko, którym się zwraca do syna, do tego syna, nie do dwóch pozostałych. Odtąd – choć już bez śladu ironii, tylko z nawyku – zawsze było to wymawiane twardo, z nutą wyższości czy nieznoszącym sprzeciwu tonem, czego nie była świadoma, kiedy do niego dzwoniła, prosząc, żeby jej przywiózł to czy tamto z supermarketu, jeżeli będzie jechał do miasta, albo żeby ją podwiózł, jeśli się tam wybiera – _miasto_, miasteczko liczące trzy tysiące mieszkańców – ale i z tą łagodnością w głosie z czasów jego dzieciństwa, którą w głębi wyczuwał,

Bergogne, zabierzesz mnie?

jakby szepnęła mu do ucha, mój mały, kochany, chłopcze, mój skarbie, ukryte w jakiejś fałdzie chrapliwie brzmiącego nazwiska czy jej głosu, w sposobie, w jaki je wymawiała.

Kiedyś przyjeżdżała na wakacje do starego okazałego domu nad rzeką i wszyscy patrzyli na nią jak na wielką damę, być może arystokratkę – w każdym razie osobę szaloną – żywiołową i postrzeloną paryską artystkę – i zadawali sobie pytanie, jakiego odpoczynku szuka tu, w La Bassée, gdzie pojawia się coraz częściej, zostaje za każdym razem dłużej, aż w końcu zjechała na stałe, już bez męża w bagażach – co zrobiła z mężem bankierem, tego nikt się nie dowie – przyjechała się tu osiedlić z częścią jego pieniędzy, to było akurat pewne, choć nikt nie wiedział, dlaczego postanowiła zagrzebać się w takiej dziurze, skoro mogła zamieszkać na południu, nad morzem, w bardziej gościnnych stronach, cieplejszych, nie takich byle jakich, nie, tego nikt się nie dowie, choć długo zadawano sobie to pytanie, bo wprawdzie ludzie kochają swoje strony, ale nie są tak głupi, by nie widzieć, jak nieciekawa i przeciętna jest ich okolica, jak tu płasko i jak często pada, zero turystów mogących otrzeć się tutaj o nudę, którą zieją ścieżki, ulice, wilgotne mury – niby dlaczego wszyscy tutejsi marzą o tym, by prędzej czy później wyjechać stąd jak najdalej?

Powiedziała, że tu, nigdzie indziej, chce żyć, zestarzeć się, umrzeć – niech inni cieszą się słońcem i Toskanią, Morzem Śródziemnym, Miami, wielkie dzięki. Ona, kompletnie odjechana, wolała osiedlić się w La Bassée i wcale nie chciała kupić czy nawet obejrzeć żadnego z trzech pięknych domostw w centrum miasta, naśladujących stare stylowe pałacyki – wieżyczki, odsłonięte belki, szkieletowe ściany, mansardy i oficyny. Ale nie, wolała zamieszkać na zupełnym pustkowiu, powtarzając, że nie ma dla niej lepszego miejsca niż to pustkowie, zdajecie sobie sprawę, na tym odludziu, w samym środku wygwizdowa, w miejscu, o którym nikt nigdy nie wspomina, gdzie nie ma czego oglądać i nie ma co robić, ale w miejscu, które – powtarzała – podoba jej się tak bardzo, że w końcu rzuciła swoją dawną paryską egzystencję, galerie sztuki i nieustanną gonitwę, histerię, pieniądze i imprezy, jak fantazjowano na temat jej życia, żeby zacząć pracować naprawdę – opowiadała – zmierzyć się wreszcie ze swoją sztuką w miejscu, gdzie dadzą jej święty spokój. Była malarką, a to, że stary Bergogne ojciec – który sprzedawał jej jajka, mleko, bił świnie i wykrwawiał je do ostatniej kropli na dziedzińcu i który przez całe życie chodził w gumowcach, utytłanych gnojem i krwią zwierząt, w lecie oblepionych ziemią, a przez pozostałe miesiące roku pokrytych warstwą błota – to, że on, właściciel osady, został jej przyjacielem, zaskoczyło wszystkich i choć tym, którzy uznali, że to historia łóżkowa, by móc jakoś to sobie wyobrazić, pojąć, wydawało się to dziwaczne, to nie, nigdy do niczego nie doszło, ani on, ani ona nie wykazali tego rodzaju zainteresowania sobą, nie było w tym żadnej miłosnej czy erotycznej ambiwalencji, aż w końcu sprzedał jej jeden z domów osady i tak została jego sąsiadką, znów podsycając plotki i domysły.

Jednak to nie przyjaźń ani chęć, by codziennie mieć ją blisko siebie, sprawiła, że sprzedał jej przyległy dom; przez lata odmawiał, z uporem zaprzeczając faktom, aż w końcu musiał się z nimi pogodzić i sprzedał dwa domy, których ostatni lokatorzy postanowili się rzucić w otchłań masowego bezrobocia na jakimś komunalnym osiedlu średniej wielkości miasta, stawiając go przed oczywistością, tą myślą, a raczej stwierdzeniem – od którego wszystko się w nim wywracało – że młodzi wyjeżdżają, jeden po drugim opuszczają osady, farmy, domy i uprawy, gwałtowny krwotok, który w jego mniemaniu był wszystkim obojętny; cóż, nikt nie pozostanie, tak czy owak w La Bassée nie było co robić, to prawda, ale między nie mieć co robić a mieć to wszystko gdzieś była subtelna różnica, której nikt nie dostrzegał, bo nikt nie chciał jej dostrzec. Bergogne ojciec musiał przyjąć do wiadomości, że jego synowie również tu nie pozostaną, nie zamieszkają z nim w żadnym z domów osady, żeby zachować gospodarstwo, czego tak bardzo chciał, czy też wierzył do końca, że tak właśnie zrobią, jak kiedyś on sam, a przed nim jego ojciec.

Jego żona umarła dawno temu, zostawiając go z trójką chłopców na głowie; Bergogne ojciec miał nadzieję, że jego trzech synów będzie miało dość sił, żeby powiększyć i rozwinąć farmę, ale musiał się pogodzić z myślą, że zostanie jedynie Patrice, dwaj młodsi szybko postanowili porzucić go w tym gnoju, jak stwierdził któryś z nich. Obaj dali drapaka, kiedy tylko dorośli, i niestety nic w tym dziwnego, cała La Bassée od dawna była skazana na powolny uwiąd, upadek, świat – jego świat – mógł się wyłącznie kurczyć, karłowacieć, zanikać, by w końcu całkiem zniknąć z krajobrazu – i mogą to nazywać depopulacją, jeśli im się podoba – wciąż przeżuwał tę myśl – jakby chodziło o naturalny proces, któremu nie da się zapobiec ani nad nim zapanować, lecz prawda jest taka, że chcą, żebyśmy zdechli bez słowa skargi, toczyli pianę, ale z palcami przy szwach, jak dziarskie żołnierzyki, do końca; La Bassée po prostu zniknie, i tyle, nie będzie jedyną dziurą, po której zostanie sama nazwa – wioska widmo na mapie – w dodatku nazwa tak banalna, że cztery czy pięć miejscowości nazywa się tak samo, to nie jest nawet La Bassée z północy, zagubiona między Arras, Béthune i Lille, bo to miasteczko z prawdziwego zdarzenia, nie wioska jak ta tutaj, zatem to wszystko zostanie wessane, wchłonięte, przetrawione, wysrane przez nowoczesne życie i pewnie jeszcze trzeba się z tego cieszyć. Bergogne ojciec kipiał ze złości, wszystko zniknie, nie tylko farmy, a wraz z nimi wszystkie osady, ale też osiedla domków jednorodzinnych z lat sześćdziesiątych, które nagle wyrosły, a potem skurczyły się i zwiędły, nie mając nawet czasu, żeby się rozwinąć, zakład metalurgiczny, który po długich latach agonii w końcu, jak wszystko inne, zamknął podwoje, tak jak skończyły jako statki widma budynki komunalne, wyrosłe z ziemi jak krosty na niezdrowej skórze w chwili, gdy się zdawało, że La Bassée się powiększy dzięki nowiutkim wytwórniom o nazwach dźwięcznych jak nazwy fabryk Terminatorów, które miały rzucić wyzwanie konkurencji, a nikt jeszcze nie wiedział, że trują azbestem i niosą ze sobą tę okropną śmierć, w końcu zabijając wszystkich tych, którym obiecywały wspaniałe życie.

I tak dwaj bracia Patrice’a posłuchali rad, udzielonych im przed śmiercią przez matkę. Nagle wyparowali, jeden pojechał sprzedawać buty w okolicach Besançon, a drugi, bez wątpienia najbardziej obrotny, ale też najbardziej zadufany w sobie – żeby pracować _w banku_, jak mówił z nutą wzgardy, by dać innym do zrozumienia, że nie zamierza przez całe życie być wieśniakiem, został kasjerem czy księgowym w Crédit Agricole w jakimś grajdole – ale że było to daleko stąd, miał pewnie poczucie wypełniania życiowej misji – żyjąc i pracując z całą pewnością nie w mieście, tylko na obrzeżach jego niekończących się przedmieść. Trzej bracia nie mogli się dogadać i w końcu po śmierci ojca się pokłócili, kładąc ostatecznie kres wspólnemu życiu, wspólnym zabawom z dzieciństwa, późniejszej nudzie i obojętności, wreszcie irytacji, a ostatecznie pragnieniu, żeby każdy poleciał na własnych skrzydłach jak najdalej od innych. Ale on, na którego mówiono Pat, syn Bergogne’a, Patrice albo po nazwisku, zawsze spokojny i powolny, uparty, szorstki w obyciu, bezpośredni, powiedział, że nie zamierza nic sprzedawać, zachowa gospodarstwo i zostanie tutaj do końca, choćby nie wiem co, w geograficznym centrum ich historii, wzbudzając niechęć braci, rozdrażnienie, gniew i spotykając się z całkowitym brakiem zrozumienia: świetnie, pomyśl, jak nas spłacić – zażądali. Co uczynił, zadłużając się po wieczne czasy i przypuszczalnie sporo przepłacając – ale dał radę, gospodarstwo zostało w rękach Bergogne’a, tak jak chciał ojciec.

Z całej osady został rodzinie dom, który zajmuje, kilka pól, dziesięć krów, mleko, które Patrice odstawia do mleczarni produkującej masło i ser – nie wystarcza na życie, ale starczy, żeby nie umrzeć.

Tak się składa, że ona kupiła dom przyległy do jego domu i mieszka w nim od dwudziestu pięciu lat. Patrice zna ją co najmniej od czterdziestu, jest twarzą jego dzieciństwa i pewnie dlatego codziennie ją odwiedza, przywiązał się do niej, nie dlatego, że miałaby mu zastąpić matkę, zmarłą zbyt wcześnie na raka, ale po prostu dlatego, że tu jest, będąc częścią jego życia, obecna w jego młodości i życiu dorosłym, stała się z biegiem lat nie tylko jego powiernicą, kimś obecnym, kto go uspokaja, na kim można polegać, ale jak gdyby najlepszą przyjaciółką, bo niczego od niej nie potrzebując, po prostu przychodząc o dowolnej porze dnia, wypijając kawę i odrobinę bimbru, który podaje mu w kieliszku niewiększym od naparstka albo dolewa do filiżanki, wie, że może jej zaufać i że nie będzie go oceniała, że zawsze tu będzie dla niego.

Myśli o tym, a raczej przychodzi jej to na myśl, historia Bergogne’a, kiedy na niego patrzy, przygląda się kałużom na parkingu, jeszcze mokrym po porannym deszczu, mimo rażącego w oczy światła na podziurawionym, wyboistym asfalcie, mimo białych i szaroniebieskich chmur odbitych w kałużach, błysków słońca na białej karoserii Renault, oślepiająca biel, kiedy słońce przeziera przez stalowoszare chmury; czekając na nią, Bergogne robi parę kroków, ona nadal na niego patrzy i trochę ma sobie za złe, że zabiera mu czas, miałby się czym zająć, zamiast tu na nią czekać, wie o tym, jest nieco rozdrażniona z powodu czasu zmarnowanego przez głupków, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, i zatruwają je innym. Ale nie może udawać, że nic się nie stało, tym razem było trochę inaczej, nie chciałaby, żeby sytuacja jeszcze się pogorszyła, zresztą on sam zaproponował, że ją zawiezie – nie wie, dlaczego od dzieciństwa często wychodzi naprzeciw pragnieniom, których ona nie zdążyła nawet wyrazić. Zawsze zachowywał się wobec niej w ten sposób, nie dlatego, że nie śmiałby jej rozczarować, czy był pod zbyt wielkim wrażeniem jej wyglądu, bo dla niego niezmiennie uosabiała coś innego niż wszystko, co znał, i może też coś dosyć niepokojącego, trochę dzikiego, bo z długimi włosami, które od zawsze farbuje na pomarańczowo, z makijażem, a czasami w zbyt barwnych sukienkach, w okularach w grubej plastikowej oprawie z rzędem brylancików mogłaby przestraszyć wrażliwe dziecko z tych stron, gdzie nikomu nigdy nie zależało na tym, żeby się rzucać w oczy. Jednak choć zawsze była ekscentryczna, jego nigdy to nie przerażało ani nie budziło jego niepokoju, wręcz przeciwnie, od razu poczuł do niej szacunek, miłość, którą odwzajemniała; i teraz, nawet gdy patrzy na niego pod światło, co nie jest zbyt korzystne dla jego sylwetki – bardzo przytył, odkąd się ożenił – wzbiera w niej fala czułości do niego, do jego cierpliwości; ma tylko nadzieję, że nie będzie musiała czekać godzinami, a raczej że to on nie będzie musiał czekać godzinami.

Ależ nie, nie, wie, że to nie potrwa długo. Obiecano jej przez telefon, że nie zabierze to dużo czasu. Zresztą już słyszy kroki, jakieś poruszenie za nią, drzwi, które się otwierają, skrzypiąc, stukanie palców na klawiaturze, dzwonek telefonu, nagle wypełniają ją całą, wzbierają w niej odgłosy posterunku, jakby w końcu do niej dotarły i była bardziej obecna, jakby słysząc zgrzyt krzesła o posadzkę w biurze, wróciła do tego holu i mogła w końcu poczuć trochę cieplejsze powietrze z grzejnika obok rośliny w donicy, wydzielaną przez nią woń kurzu i nagle głos żandarma, który ją woła – odwraca się i znów stoi przed nią ten szpakowaty mężczyzna, wysoki i chudy jak tyczka, ten sam, który ostatnio podał jej swoje nazwisko i stopień, ale je zapomniała, gdy tylko wyszła z posterunku, jeszcze nim wsiadła do samochodu Bergogne’a. Tym razem próbuje odszukać w pamięci przynajmniej nazwisko, mniejsza o stopień służbowy, nazwisko o polskim czy rosyjskim brzmieniu, coś jak Jukiewik czy Juliewicz, ale nie przypomina go sobie od razu, nieważne, właśnie weszła do jego biura i żandarm prosi ją, żeby usiadła.

Wyciągnął ramię, szeroko otwartą dłonią wskazując jej krzesło z siedziskiem z czarnego skaju, dość wysłużone – dostrzega rozdarcia, przywodzące na myśl bardzo cienki martwy naskórek czy raczej popiół ze spalonej gazety, który ulatuje nad ogniem w kominku – dłoń żandarma, szeroka i długa, na przemian brązowe i białe włoski, srebrna obrączka, i kiedy ona zamierza dopiero usiąść, nim jeszcze zdąży dotknąć plecami oparcia i usadowić się wygodnie na krześle, gdy ledwie zamarkuje ten ruch na jego skraju, z torebką na kolanach, którą zacznie otwierać – palce szukające zamka błyskawicznego – żandarm obejdzie biurko i w sposób pewny i zdecydowany siądzie na krześle, mocno się w nie zagłębiając, by nieświadomie – bo robi to dziesiątki razy dziennie – odruchowo, jednym szybkim stuknięciem piętami przysunąć krzesło do biurka, wyciągając symetrycznie ramiona, chwytając rogi biurka, by się do niego zbliżyć, hop, nic takiego, sam nawet nie zauważy, że to robi, by ujrzeć z bliska kobietę z pomarańczowymi włosami i sobie przypomnieć, że podczas dwóch poprzednich wizyt myślał, że musiała być piękna, i stwierdzi, że to jednak rzuca się w oczy, musiała być bardzo piękna, co znaczy, że mimo wieku nadal taka jest, promieniuje siłą, elegancją, na co zwrócił uwagę już poprzednio, tak, to rzadki widok, taka energia, coś tak żywego i inteligentnego w ciele i w oczach. Teraz patrzy na dłonie, które wyjęły kopertę z ciemnoczerwonej, prawie czarnej torby, i myśli o _barwie krwi_, a ona, wyciągając rękę nad biurkiem, podaje mu kopertę i anonimowy list, który właśnie otrzymała.

Anonimowe listy, cóż, niektórzy ironizują, tak, albo kwitują to znaczącym uśmiechem, mówiąc sobie, że może to być niestety francuska specjalność, wystarczy się rozejrzeć, choćby te wszystkie historie z czasów drugiej wojny, specjalność wsi, jak w niektórych regionach rillettes i foie gras, obrzydliwa tradycja, godna pożałowania i na szczęście często bez konsekwencji, której jednak nie można lekceważyć – wyjaśnia żandarm, tak jak wyjaśniał to ostatnio, zrezygnowany, trochę znużony czy zakłopotany, bo – jak powtarza – za anonimowymi listami prawie zawsze kryją się ludzie zgorzkniali i zazdrośni, zawistnicy, którzy nie mają nic lepszego do roboty niż przeżuwanie swej żółci, którzy myślą, że znajdą ulgę, znieważając mniej czy bardziej wyimaginowanego wroga, obrzucając go wyzwiskami, grożąc mu, ziejąc do niego nienawiścią za pośrednictwem kartki papieru; nic nie można na to poradzić, zresztą, czytając list, który mu podała, a raczej rzucając na niego okiem – sięgnął po okulary do czytania i nawet nie zadał sobie trudu, żeby je założyć na nos, po prostu trzyma je dziesięć centymetrów od twarzy, a w drugiej dłoni ma kartkę, która złożona we czworo ma tendencję do tego, żeby się zamykać, jakby list niechętnie ujawniał swą zawartość, te słowa, napisane na komputerze czcionką rozmiaru szesnaście, najbardziej popularną, typu Courier New, pogrubioną, wszystko wyjustowane i wydrukowane na zwykłym białym papierze o gramaturze osiemdziesięciu gramów; zerka na list, długi oddech, lekkie wzruszenie ramion, mamrocząc:

To z pewnością nic przyjemnego.

Ale już odłożył okulary i szybkim ruchem upuszcza list na biurko, jakby ten nie miał większego znaczenia – złożona kartka pozostała rozchylona, po czym jeden bok się przechylił i położył na drugim – no dobrze, oddamy go do analizy, ale skoro w innych przypadkach nic nam to nie dało, nie sądzę, byśmy tym razem dostali jakieś odpowiedzi. Ludzie są nienormalni, ale jeśli chodzi o szczegóły, naprawdę dają radę, pewnie nie będzie na nim żadnych odcisków palców ani niczego, co można by wykorzystać.

Uśmiecha się, gdy to mówi, kończąc zdanie z wyrazem powątpiewania czy rezygnacji na twarzy, jest też zakłopotany i czuje się w obowiązku ciągnąć tę rozmowę, ponieważ kobieta czeka, wychyliła się do niego na krześle i czeka, aż on coś powie, tak, mówi dalej:

Na ogół im wystarcza, że mogą rozładować emocje na piśmie, cały wysiłek, jaki wkładają w wysłanie listu, dosyć ich wyczerpuje i na tym poprzestają.

Tyle że ten list nie został wysłany – mówi ona – wsunięto mi go pod drzwi. Ktoś wybrał się do mnie w tym celu.

Policjant milczy, jego wewnętrzne przekonanie czy argumenty, które wysunął, żeby kobieta nie brała tego zbyt serio, natrafiły właśnie na opór, bo teraz nie tylko ją znieważają, nazywają wariatką, tym razem jej grożą. Dostrzegła, że policjant zamilkł, zauważyła cień zwątpienia w wyrazie jego twarzy, kreska ust, oczu, brwi, tak, tak, tak – podsumowuje – ile jest tam u was zamieszkałych domów?

Tylko osada.

Tak, a ile osób mieszka w tej osadzie?

Są tam trzy domy. Bergogne z żoną i córką. Drugi dom jest na sprzedaż. I ja.

Milczy przez chwilę i zanim zdąży jej odpowiedzieć, bo ona wie, że musi odpowiedzieć, że należy jej się odpowiedź, że musi powiedzieć coś uspokajającego w imieniu żandarmerii, państwa czy czegokolwiek innego, prostuje się na krześle i może się na nim obraca, w mgnieniu oka bierze się w garść, ale nim zacznie mówić, nim zaznaczy, co chciałby powiedzieć, ona się odzywa:

Ale pan wie, potrafię się obronić,

prawie podnosząc głos, już teraz odpowiadając na to, czego on z pewnością nie omieszka powiedzieć, jeśli ona dość szybko nie otworzy ust:

Wie pan, mam psa. Mam psa.2

Ten niebieski, ta czerwień, ta pomarańczowa żółć i te smugi, te płaskie zielone plamy, warstwa laserunku i chaotyczne, rozedrgane formy, te ciała i te twarze, wyłaniające się z głębokiego ciemnobrązowego tła, z fioletowej i jakby jaśniejącej poświaty czy, na odwrót, szorstkiej, chropawej, porowatej, mrocznej, te kształty wyrwane z ciemności dzięki barwnym rozbłyskom; pejzaże i ciała, ciała, które są pejzażami, pejzaże, które są czymś innym niż pejzaże – organicznymi, mineralnymi formami życia, które się mnożą, zdobywają przestrzeń, rozlewają się na bardzo dużych, malowanych przez nią płótnach, najczęściej kwadratowych o boku długości dwóch metrów, czasem mniej, czasami prostokątnych, ale wtedy pionowych, prawie nigdy poziomych. Gdy była młoda, darzyła wielkim podziwem Kirkeby’ego i Pincemina, ich ziemiste, koloryzowane obrazy, ale to było tak dawno temu, że odnosi wrażenie, iż ta młoda kobieta, którą pamięta, nigdy nią nie była.

W La Bassée nazwiska współczesnych malarzy nic nikomu nie mówią. Może malarstwo, które lubi czy które lubiła, nic nikomu nie mówi i nie mogłaby o nim z nikim porozmawiać, ale to dobrze, bo nie chce rozmawiać o tym, co robi, nie lubi rozmawiać o malarstwie czy sztuce, mówienie o sztuce jest zawsze bardzo nużące i zwodnicze, zawsze te puste i powtarzalne uwagi, wymienne, które mógłby poczynić zarówno zły, jak i dobry malarz, bo obaj są tak samo szczerzy i inteligentni, choć tylko jeden ma talent, siłę, formę, rozumienie materii i ideę, wizję, bo dla niej artyści są po to, żeby mieć wizje, i dlatego zrealizowała serię _Kasandr_, które malowała tak, jakby były uosobieniem kruchości i prawdy, zagubionych w świecie brutalności i kłamstwa, przeświadczona, że artysta powinien mówić prawdę albo nie mówić nic i że wyraża ją, kiedy nie wie, że to właśnie czyni, chociaż nikt mu nie wierzy i _dlatego_, że nikt mu nie wierzy. Nie mówić, tylko malować, nie tracić cennych sił na jałowe spory, na wygłaszanie tych samych komunałów co inni, tylko malować to, czego słowo nie może obiecać; mieć wizje tego, co jeszcze nie nadeszło, malować jabłko, widząc jabłoń w kwiatach, ptaka zamiast jajka, zwrócić się ku przyszłości i przyjąć jej tajemnicę, nie po to, żeby udawać kogoś, kto wie przed innymi, lepiej od innych, byle nie to, nie tak, jak robiła to zbyt długo, kiedy była młoda, filozofowała i rozprawiała o tym, co jej leżało na sercu, rozwodząc się nad wszystkim, używając większej liczby słów, niż trzeba, żeby zaczadzić dziesięć pokoleń artystów – a więc nie, ani słowa więcej, dość, od czterdziestu lat szlifuje język, żeby stworzyć swoją wizję, otworzyć się na własną wizję, zmusić wzrok, żeby sięgał głębiej, tak jak usiłujemy widzieć w środku nocy, przywyknąć do ciemności. To szczęście, że ma sztukę, która może mówić, gdy ona sama nie musi otwierać gęby, więc sobie nie odmawia, znalazła właściwe miejsce, kupując ten dom, gdzie nic nie było gotowe na zainstalowanie pracowni. Mogła wybrać dom lepiej do tego przystosowany, ale spodobał jej się ten, sąsiedztwo starego Bergogne’a ją uspokajało, odległość od miasteczka działała podobnie, poza tym miała dość pieniędzy, żeby wyburzyć ściany oddzielające salon od jadalni, przekształcić to wszystko w jedno ogromne pomieszczenie, wygładzić ściany, zainstalować szyny i panele, by zwielokrotnić powierzchnie do naciągania płócien i optymalnie wykorzystać przestrzeń, zamontować specjalne lampy, cały system, żeby uzyskać doskonale białe naturalne światło, nieagresywne, które nie zniekształca efektów kolorystycznych, tak by po wyniesieniu płótna z pracowni uniknąć przykrej niespodzianki, znajdując żółć w miejscu, gdzie sądziła, że położyła biel. Miała gdzieś, że rozwala jadalnię i salon, rujnuje to, co stary Bergogne zrobił w tym domu z myślą o poprzednich lokatorach; zapłaciła za prawo do zniszczenia tych pomieszczeń, przystosowania ich do przyjmowania gości, podawania obiadów, urządzania przyjęć i prowadzenia życia rodzinnego, do utrzymywania relacji, do tego wszystkiego, czego już nie miała, czego już, a może nigdy nie chciała, i zapłaciła gotówką: żeby mieć dom będący jej pracownią, bo właśnie o to chodziło, o pracownię w domu, a nie obok.

Teraz spędza tu czas i może wrócić do holu wejściowego i kuchni przez przejście niewiele szersze od stołu; na piętrze urządziła sypialnię i zachowała jeden z dwóch pokoi gościnnych, bo czasem przyjeżdżają jeszcze starzy przyjaciele z młodości, ci, którzy o niej nie zapomnieli, którzy chcą zobaczyć jej obrazy i dowiedzieć się, co się u niej dzieje, albo przekazać wieści, wyjeżdżający stąd z obrazami i sprzedający je dla niej, choć już niewiele sprzedaje – mówią jej, że nie jest dość elastyczna czy uległa wobec rynku, że powinna trochę częściej pojawiać się na targach, to znaczy przynajmniej raz na jakiś czas, bo nigdy tego nie robi, że nie odpowiada na zaproszenia właścicieli galerii, którym przecież jej prace się podobały, ani na listy od dawnych nabywców czy mecenasów, jaka szkoda, że nie podejmuje żadnych starań i odwraca się do wszystkich plecami, to szkodzi jej i jej malarstwu, a zwłaszcza szkodzi jej publiczności, tak wiele jej zawdzięcza, bo kiedyś ją miała, a w końcu ją utraciła przez własne zaniedbania, wielka szkoda – tak, zapewne – mówi zapewne, ale cóż, jest jej dobrze i o tym nie myśli, pewnie jest trochę sztywna i traktuje swoje malarstwo zbyt poważnie, to jasne. W istocie jest tak dlatego, że kiedy maluje, zapomina o graniu roli artystki, której prace sprzedają się bardzo dobrze – co mogłaby robić, bo przecież wie, co robi, co maluje, nawet jeśli pozwala, żeby rodzące się pod jej palcami obrazy przytłaczały ją i zaskakiwały, wie też, że natchnienie nie spada na nikogo znienacka i że trzeba pracować, czytać, patrzeć, myśleć o swojej pracy, a po zakończeniu intelektualnych rozważań wiedzieć, jak o nich zapomnieć, jak je unicestwić, odpuścić i sprawić, by z tego konceptualnego i przemyślanego świata wyłoniło się coś, co przychodzi gdzieś z dołu czy z boku, coś, co sprawia, że obraz wykracza poza założony program, kiedy płótno staje się nagle bardziej inteligentne, bardziej żywe, a także bardziej okrutne, często, niż ten, kto je namalował.

Wie o tym, poszukuje chwili, w której to malarstwo widzi ją, tej chwili, w której dochodzi do spotkania między nią a tym, co maluje, między tym, co maluje, a nią, i to jest, rzecz jasna, coś, czym się nie dzieli. Woli, żeby każdego dnia o tej porze, kiedy przychodzi na obiad, Bergogne mówił jej, co robi w polu, opowiadał o cielętach, o codziennej pracy albo o swojej żonie Marion i o Idzie – zwłaszcza o Idzie, z którą spędza dużo czasu, bo codziennie po szkole Ida przychodzi do niej na podwieczorek i zostaje tu, czekając na rodziców, którzy często wracają do domu późno.

Dziś Ida przyjdzie około siedemnastej; opowie, co robiła w szkole, a ona, w zamian, nie powie, że tego ranka jej ojciec zawiózł ją na posterunek, tak jak przemilczy słowa żandarma Filipkowskiego – nie przypomniała sobie nagle jego nazwiska, Filipkowski, po prostu przeczytała je na kartoniku, który jej wręczył na zakończenie spotkania, dopisując pod spodem długopisem numer swojej komórki, powtarzając dwa czy trzy razy:

Proszę dzwonić, gdyby cokolwiek się działo,

nalegając, by zadzwoniła, jeśli otrzyma kolejny anonimowy list, zwłaszcza gdyby ktoś wsunął go pod jej drzwi, tak jak tę brązową kopertę, którą znalazła wczoraj, późno w nocy, i o której mówiła Bergogne’owi rano, nie ogarnięta lękiem, ale nie mogąc powstrzymać narastającego rozdrażnienia i złości:

Ci idioci zaczynają mnie wkurzać.

Żandarm Filipkowski wyraził się jasno, mówiąc, że te groźby, choćby nieprecyzyjne, szalone i mało wiarygodne, są jednak groźbami, ktoś posunął się o krok dalej, nie tylko jeśli chodzi o słowa, ale też dlatego, że przyszedł, pokazał, że może ośmielić się wejść do środka. Jednak ludzie mówili o paleniu czarownic z pomarańczowymi włosami, o uwalnianiu świata od wariatek, które zrobiłyby lepiej, zostając tam, skąd przybyły – czy zarzucano jej, że jest Paryżanką, że nie pochodzi stąd? Mimo iż mieszka tu od tak dawna?

Odnosiła raczej wrażenie, że mają jej za złe to, że przespała się z tym czy tamtym żonatym mężczyzną – ktoś o tym mówił, wiedział, domyślał się tego? Czy sami mężowie przyznali się do winy? – mężowie, z którymi musiała pewnie parę razy uprawiać seks, nigdy nie myśląc o tym, że staną się jej kochankami w pełnym wymiarze godzin, a tym bardziej mężami – miała to już za sobą – ale może jakaś kobieta chciała się zemścić albo któryś z mężczyzn obwiniał ją o to, że nie chciała zostać jego „oficjalną” kochanką? I żandarm raz jeszcze próbował ją nakłonić do tego, by przyznała, że domyśla się, kto mógł być autorem tych listów, tych gróźb, tych obelg zatruwających jej umysł, bo słowa z ostatnich listów czasem nie pozwalały jej zasnąć, ale odpowiedziała, że nie, nie wie, i nie musiała spuszczać powiek ani odwracać wzroku, by skłamać, mogła to powiedzieć, patrząc mu prosto w oczy, cóż, jestem tylko starą kobietą, nie mam pojęcia, nie mam wrogów i nie znam tu nikogo. Żandarm wyglądał na stropionego, zapadła krótka, pełna wahania cisza, jakby zrozumiał, że nie powiedziała wszystkiego i nie zamierza tego zrobić, że coś w niej opiera się na myśl o tym, że miałaby sporządzić listę potencjalnych sprawców, zostać donosicielką, wiedząc, że i tak niczego nie będzie można nikomu udowodnić.

Tego wszystkiego, rzecz jasna, nie opowie Idzie, kiedy ta wejdzie do domu. Dziewczynka zostawi tornister w holu, to znaczy od razu w kuchni, i pójdzie umyć ręce w zlewie. Ona nie da po sobie niczego poznać, tak jak w rozmowie z Bergogne’em po wyjściu z posterunku, uśmiechnie się dyskretnie, rzuci lekko:

Wszystko w porządku, kochanie?

tym samym tonem, którym zgodziła się opowiedzieć Bergogne’owi o dwóch czy trzech detalach, żeby wynagrodzić mu czas, który przez nią stracił. Była mu winna streszczenie tego, co jej powiedziano, nie, nic takiego, gliny są jak medycy, przybierają grobowe miny i mówią ci nieprzyjemne rzeczy, a kiedy potem zadajesz sobie pytanie, co od nich usłyszałeś, uświadamiasz sobie, że wiedzą tyle samo co ty. Powiedziała mu, że sprawdzą, czy autorem tych listów jest na pewno ta sama osoba, a potem trochę zirytowana, a trochę rozbawiona tą hipotezą dodała: jakbym miała tylu wrogów, że za każdym razem mógłby to być jakiś inny psychol – zresztą jestem pewna, że chodzi o psycholkę, to kobieta, na pewno, kiedy ostatni raz byłam na balu, spędziłam dużo czasu z, wiesz z kim, prawda?

Bergogne tylko się uśmiechnął; coś mu chodziło po głowie, ale nie zapytałby jej, czy ma rację. Renault Kangoo zmierzało w stronę osady, a ona wciąż mówiła, potem w końcu zamilkli, a ona – tylko po to, żeby zmienić temat, bo naprawdę szkoda czasu, by o tym opowiadać, nie sądzisz, Bergogne, staruszku – powiedziała – z tą brodą wyglądasz śmiesznie, wcale ci nie pasuje. Postarza cię o dziesięć lat, zrób to dla mnie i ją zgól, dobrze? A jeśli nie dla mnie, zrób to chociaż dla swojej żony, przypominam, że jutro są jej urodziny i gdybyś dał jej w prezencie tylko to, byłaby ci dozgonnie wdzięczna.

Teraz siedzi na środku pracowni i w tym gąszczu obrazów – wiszących na ścianach, stojących pod ścianami, piętrzących się na schodach, tych jeszcze nienaciągniętych na ramy i zwiniętych w rulony – patrzy na płótno naprzeciwko, na środku pokoju, nienaciągnięte na ramę, tylko przymocowane takerem do ściany, na której lubi pracować: portret czerwonej kobiety.

Wie, że jest ukończony, że to koniec – brakuje jeszcze trochę niebieskiego w okolicy oczu. Waha się, czy iść dalej, mówi sobie, że cokolwiek zrobi, nic już gruntownie nie odmieni obrazu i nie nada mu większej głębi, że próba pogłębienia narażałaby go na zniszczenie; czerwona kobieta jest naga, jej ciało jest całe czerwone – to czerwień bliska pomarańczu, ale cienie są bardzo czyste, to intensywny cynober, te cienie są zabarwionym światłem, a nie ciemniejszym odcieniem barwy, co wszystko zmienia, sporo się natrudziła, żeby uzyskać ten efekt. Sylwetka czerwonej kobiety zastygła w bezruchu i przeszywa osobę, która podnosi na nią wzrok; być może przypomina portret tej dziewczynki, która jest u źródeł jej pasji do malowania, bo gdy zaczęła malować, już bardzo dawno temu, najpierw chodziło o to, żeby się uwolnić od zdjęcia Davida Seymoura, które długo ją prześladowało, od portretu małej Polki, która w szpitalu psychiatrycznym rysuje na tablicy dom swojego dzieciństwa. Dziecko rysuje kredą krąg ognia, krąg zniszczeń pustoszących rysunek; widać zwłaszcza przerażenie w oczach dziewczynki w czerni – co uchwycił fotograf. Widziała tę fotografię i jedynym sposobem, żeby o niej zapomnieć albo móc z nią żyć, było namalowanie obrazu, pierwszego z jej czarno-białych płócien, szerokiego obrazu z dziewczynką zagubioną w lśniącej bieli płótna – z jej szalonym, utkwionym w jeden punkt spojrzeniem. Teraz, ponad czterdzieści lat później, mówi sobie, że czerwona kobieta, którą właśnie skończyła, ma niemal tę samą halucynacyjną siłę wyrazu – ma w sobie ogień zburzonego, unicestwionego domu, niszczycielski podmuch bomb spadających na miasto. Myśli o tym, siedząc przed czerwoną kobietą na środku pracowni, i w ogóle nie słyszy owczarka niemieckiego, który jeszcze przed dwiema minutami spał tuż obok. Czeka, aż coś udzieli odpowiedzi na to, czego wypatruje, da jakiś znak życia, bo z malarstwa musi wypływać życie.

Teraz pies wstaje, bo usłyszał, że ktoś się zbliża, albo jeszcze nie usłyszał, ale wie, że już pora, między szesnastą czterdzieści pięć a pięćdziesiąt pięć, w zależności od ruchu na drodze. Na końcu szutrówki, która wiedzie z osady do wyasfaltowanej wyboistej drogi, łączącej się z drogą departamentalną, która prowadzi do miasteczka La Bassée, w miejscu, gdzie stoją pojemniki na śmieci, zatrzyma się szkolny autobus, drzwi się otworzą i wysiądzie Ida z dwójką dzieci z sąsiednich osad. Gdy tylko drzwi się zamkną z odgłosem pneumatycznego zawieszenia, dzieci się rozdzielą albo jeszcze przez dwie, trzy minuty będą chichotały, zamienią jeszcze parę słów, po czym od razu się rozejdą, jedno pójdzie na zachód, drugie na wschód, trzecie na północ; Ida będzie maszerowała z dłońmi na szelkach tornistra, nie zwracając uwagi na drogę przed sobą – zbyt dobrze zna ten moment, gdy byle jak wyasfaltowana i wysłużona szosa, którą wyżłobiły kolejne zimy, lata, mrozy, deszcz, upał i koła traktorów, skręca w lewo i wstęga asfaltu zmienia się w wysypany białym tłuczniem trakt, oślepiający latem, ale najczęściej błotnisty i wtedy prawie rudy, a raczej koloru ochry, żółty, tak jak teraz, przesiąknięty deszczem, który padał przez całą noc i jeszcze dziś rano, usiany dużymi i głębokimi mętnymi kałużami, które musi omijać i które czasem z chęcią przeskakuje, a na końcu osada i dachy trzech domów, stodół i obory, u niej, dachy gdzieniegdzie pozieleniałe od mchu i roślin, zarastających mury, wspinających się po ich szczyty; jest osada, jak zaciśnięta pięść pośród pól kukurydzy i pastwisk, gdzie krowy spędzają dzień, skubiąc trawę; są też drzewa rosnące wzdłuż rzeki, dzielącej ziemię na dwa departamenty; po tamtej stronie kościół z białego wapienia, a tu, po naszej stronie, topole, jak stojąca na baczność armia, rzędem, ocieniająca rzekę. Ale to wszystko jest już dosyć daleko, trzeba dużo czasu, by dotrzeć tam na piechotę, przemierzając po drodze ten dziki zagajnik, jak kwartał drzew osadzony wśród pól, drzew, których liście i gałęzie szumią, gdy tylko wiatr powieje z odpowiedniej strony, niosąc z sobą śpiew ptaków, i gdzie mieszkają lisy, podchodzące czasem zbyt blisko – widzieliśmy jednego na podwórzu, bardzo wcześnie rano, przed wyjściem do szkoły.

Jednak tego wieczoru Idę ciekawią tylko czubki jej stóp: to, jak szura podeszwami żółtych tenisówek po kamykach i czasem je omija, a czasem wręcz przeciwnie, kopie je tak, że toczą się daleko. Przestępując kałuże, przeskakując największe z nich, aż tornister obija się jej o plecy, Ida wie, że kiedy dotrze na miejsce, gdy tylko przekroczy wielką bramę, która tak czy owak zawsze stoi otworem, ujrzy po lewej stronie, w oborze, swojego ojca, który będzie się zajmował krowami albo ślęczał nad czymś, czego ona nie potrafi zrozumieć, w hangarze lub na podwórzu, zawsze w szaroniebieskim kombinezonie; nie zobaczy jej, a ona nie będzie chciała mu przeszkadzać. Nie, od razu pójdzie w prawo, do pierwszego domu, do przeszklonych drzwi, za którymi będzie na nią czekał owczarek niemiecki, bo Radża robi to co dzień.

Otworzy i oburącz obejmie psi łeb, pogłaska psa po uszach, on spróbuje ją polizać, unosząc pysk w jej stronę, skowycząc z radości, a ona zacznie go głaskać, powtarzając:

No co, piesku, jak się masz, piesku?

i pójdzie dalej, bo drzwi wejściowe prowadzą prosto do kuchni, gdzie upuści tornister, nie zdając sobie z tego sprawy, w tym samym miejscu co zwykle, na lewo od drzwi. Pójdzie umyć ręce w zlewie, wytrze je, przejdzie przez kuchnię i od razu znajdzie się w pracowni; nie zada żadnych pytań, choć w duchu będzie się zastanawiała, jaki obraz dziś na nią czeka, czy znowu ta okropna czerwona kobieta, która wydaje się patrzeć na ludzi tak, jakby im groziła, pokazując duże piersi i rozchylone uda, nieprzyzwoite, ten wyłaniający się bezwstydnie srom, który czerwona kobieta odsłania z obojętnością, bez cienia prowokacji czy czegoś w tym rodzaju, ot tak, tylko jej ciało, które Idzie się nie podoba, bo kobieta ma srogą minę, a zwłaszcza ją prowokuje, jakby jej miała coś za złe – dlaczego malujesz tę kobietę, hm? Podobają mi się zwierzęta i pejzaże, które malujesz, a nawet inne kobiety, ale jej, tamtej, się boję – tak mogłaby powiedzieć, gdyby się ośmieliła, ale się nie ośmieli i niczego nie powie.

Pójdą do kuchni, ciocia poda jej podwieczorek i wypije herbatę, stojąc przy stalowym zlewie, słuchając, co działo się w szkole. Potem, po podwieczorku, będą mogły rysować: Ida obiecała, że narysuje coś na urodzinowy prezent dla swojej matki, a ciocia obiecała jej pomóc.

Ida ma nadzieję, że cioci spodobają się jej rysunki, bo zdanie cioci jest dla niej prawie tak samo ważne jak opinia matki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij