-
nowość
Nolyn. Trylogia Powstanie i Upadek. Tom 1 - ebook
Nolyn. Trylogia Powstanie i Upadek. Tom 1 - ebook
Po ponad pięciuset latach wygnania dziedzic imperium nagle zostaje przywrócony do czynnej służby na froncie Wojny Goblinów. Misja ocalenia jednego z posterunków prowadzi go do ślepego kanionu głęboko na terytorium wroga, gdzie jego podejrzenia zmieniają się w grozę, gdy odkrywa, że warownia nie istnieje. Ale ten, kto zadał sobie trud, by zaplanować jego śmierć i zrzucić ją na karb wojennej zawieruchy, nie wiedział, że mężczyzna zostanie przydzielony do siódmego rezerwowego szwadronu Sikarii. W głębi bezlitosnej dżungli narodzi się legenda, a świat Elan zmieni się na zawsze.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-61-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Cześć! Jestem Michael J. Sullivan, autor _Nolyna_. Ta książka jest pierwszą w mojej nowej serii, zatytułowanej _Powstanie i Upadek_. Gdybyście dwadzieścia pięć lat temu powiedzieli mi, że będę miał na koncie dwadzieścia wydanych powieści, uznałbym Was za szaleńców. Jako młody autor przez ponad dekadę bezskutecznie starałem się o wydanie. W październiku 1995 roku, gdy żadna z trzynastu książek, które napisałem, nie zdołała się przebić, dałem za wygraną i poprzysiągłem sobie, że już nigdy nie wrócę do twórczej działalności. Założyłem agencję reklamową.
Dziesięć lat później udowodniłem sobie, że nie jestem życiowym nieudacznikiem, ponieważ razem z żoną Robin zbudowaliśmy prężnie działającą firmę. W wieku trzydziestu czterech lat osiągnąłem większość swoich życiowych celów: miałem piękną i inteligentną żonę, udane dzieci, dom i finansową stabilność. Wszystko układało się po naszej myśli, ale pojawił się pewien problem. Oboje dotarliśmy na szczyt i poczuliśmy się jak Aleksander Wielki, który nie ma już żadnych krain do podbicia… poza jedną, wciąż pozostającą nieuchwytną.
Na początku XXI wieku kupiłem mojej córce, która zmagała się z dysleksją, pierwszą książkę o przygodach Harry’ego Pottera. Kiedy ją czytałem, przypomniałem sobie, jak wielką radość sprawiało mi wchodzenie między okładki książki, wpadanie do nowego świata i spotykanie tam ludzi, którzy mogliby zostać moimi przyjaciółmi w codziennym życiu. Starając się o wydanie swojej prozy, próbowałem wzorować się na nagradzanych powieściach i zatraciłem całą radość wynikającą z pisania. Zapomniałem, dlaczego zacząłem to robić. Przez ponad dziesięć lat nie brałem pióra do ręki, ale to nie oznaczało, że nowe opowieści nie rodziły się w mojej głowie. Zwłaszcza dwie postacie dobijały się do wrót mojej świadomości i domagały się, bym je wpuścił.
W 2004 roku zacząłem pisać pierwszą powieść o świecie Elan, opowiadającą o byłym najemniku-idealiście i cynicznym złodzieju. Jednakże pisanie tych książek było czystym wariactwem, ponieważ nie miałem zamiaru ich wydać. Uznałem, że to droga prowadząca prosto na ciemną stronę mocy – ku depresji związanej z bezskutecznym czekaniem na telefon. Porzuciłem to marzenie i wtedy znów poczułem wolność i radość z tworzenia.
Nie będę was zanudzał szczegółami dotyczącymi tego, w jaki sposób te książki ostatecznie trafiły „do świata”. Mówiąc w skrócie, moja żona zaczęła wierzyć w marzenie, które porzuciłem, i powołała je do istnienia za sprawą niezależnych wydawnictw, self-publishingu, a w końcu Wielkiej Piątki wydawców. Kiedy skończyłem _Odkrycia Riyrii_, nie spodziewałem się, że kiedyś powrócę do Elanu. Ale Robin tak brakowało jej ulubionego duetu (a wielu czytelników podzielało jej zdanie), że stworzyłem _Kroniki Riyrii_, by opowiedzieć niezależne historie o tym, jak Royce i Hadrian się poznali i rozpoczęli współpracę.
Jako pisarz fantasy, budując świat Elan, stworzyłem tysiące lat historii, lecz tylko niewielki ułamek tego wszechświata został opisany. Studiowałem historię, zatem wiem, że istnieje duża różnica między tym, jak ludzie pamiętają przeszłość, a tym, co naprawdę się wydarzyło. Dlatego Elan, który stworzyłem, składał się z dwóch rzeczywistości: prawdy oraz sieci kłamstw splecionych z mitami i legendami.
Właśnie tak narodziły się _Legendy Pierwszego Imperium_. Podczas gdy cykle o Riyrii skupiały się na dwóch awanturnikach, których zdolności idealnie się dopełniały, _Legendy_ opowiadały o zwyczajnych ludziach, którzy urodzili się w niezwykłych czasach. Ich zdolność stawienia czoła przeciwnościom losu zmieniła przyszłość Elan, mimo że wiele z ich czynów popadło w zapomnienie.
Tym razem, po zakończeniu pracy wiedziałem, że powrócę do świata Elan. W _Legendach_ rozpoczynamy Epokę Brązu mojego świata i obserwujemy powstanie Pierwszego Wielkiego Imperium. A skoro tak, wypadało także pokazać jego upadek, co prowadzi nas do tej serii.
Trzy najnowsze powieści noszą tytuły _Nolyn_, _Farilane_ i _Esrahaddon_. Osoby, które czytały moje inne opowieści, być może kojarzą dwa z tych imion. Nolyn przychodzi na świat w _Epoce wojny_ i jest synem dwóch najsłynniejszych postaci w historii Elan. Esrahaddon pojawia się w dość tajemniczych okolicznościach w _Odkryciach Riyrii_. O Farilane tylko przelotnie się wspomina w obu seriach i wielu czytelników zapewne jej nie pamięta. Jest uczoną, która ma obsesję na punkcie historii. Tak jak Brin, która napisała słynną _Księgę Brin_, Farilane tworzy _Migracje Ludów_, zbiór historycznych zapisków dotyczących mojego małego wymyślonego świata.
Jeśli martwicie się, że nie czytaliście moich poprzednich powieści, śpieszę was uspokoić. Każda z moich serii książek jest niezależna i nie wymaga znajomości innych. Oczywiście, jeśli po przeczytaniu tej powieści postanowicie zagłębić się w świecie Elan, czeka na Was wiele smaczków i ukrytych nawiązań.
O czym więc jest _Nolyn_? Akcja powieści rozpoczyna się mniej więcej osiemset pięćdziesiąt lat po Wielkiej Wojnie i założeniu Pierwszego Imperium. Ludzkość odchodzi od swoich barbarzyńskich korzeni i buduje bardziej wyrafinowaną cywilizację. Ale rozkochany w wojaczce ojciec Nolyna wciąż sprawuje władzę i nie wiadomo, kto najbardziej się nadaje do tego, by wprowadzić nową kulturę na kolejny etap rozwoju.
Podobnie jak w wypadku _Odkryć Riyrii_ i _Legend Pierwszego Imperium_, napisałem całą serię przed wydaniem pierwszego tomu. Robię tak, by mieć pewność, że historia znajdzie satysfakcjonujące zakończenie. Poza tym, jeśli wpadnie mi do głowy świetny pomysł, mogę wrócić do wcześniejszych książek i je uzupełnić. Oprócz tego czytelnicy nie muszą czekać latami (lub dziesięcioleciami) na kolejną część. Zamierzam wydawać kolejne tomy w rocznych odstępach. Ale jeśli chcecie je przeczytać wcześniej, każda z książek ukaże się przedpremierowo za pośrednictwem Kickstartera. Ludzie, którzy zamówią je na tej platformie, otrzymają swój egzemplarz trzy do czterech miesięcy przed oficjalną datą premiery.
Na koniec chciałbym jeszcze omówić strukturę tej serii, ponieważ jest dość niekonwencjonalna. W większości opowieści fantasy w kolejnych tomach podążamy za tą samą grupą bohaterów, ale cykl _Powstanie i Upadek_ bardziej przypomina zbiór pojedynczych powieści. Jak wskazują tytuły, każda z książek skupia się na losach innej ważnej postaci, która żyła w kluczowym okresie liczącej dwa tysiące lat historii Pierwszego Imperium.
A teraz już się wycofuję, abyście mogli zanurzyć się w treści pierwszej książki. Jestem wdzięczny, że postanowiliście dać _Nolynowi_ szansę. Jeśli nie czytaliście innych moich opowieści, mam nadzieję, że ta otworzy Wam drzwi do kolejnych historii ze świata Elan, których jest bez liku: sześć części _Odkryć Riyrii_, cztery części _Kronik Riyrii_ oraz sześć książek w cyklu _Legendy Pierwszego Imperium_. Jeśli chodzi o kolejność czytania, proponuję zacząć od _Epoki mitu_, ponieważ w _Legendach Pierwszego Imperium_ oraz _Powstaniu i Upadku_ przewijają się te same postaci. Robin i ja tymczasem będziemy redagować i szlifować pozostałe dwa tomy. Napisanie książki to dopiero połowa zadania. Czeka nas jeszcze wiele pracy, byście mogli otrzymać jak najlepsze opowieści. Mam nadzieję, że zobaczymy się już niedługo z okazji wydania _Farilane_.
A teraz przewróćcie stronę, stuknijcie palcem w ekran albo zwiększcie głośność, ponieważ czeka na was nowa epoka Elan.
_Michael J. Sullivan_
25 marca 2021ROZDZIAŁ 1. STRZAŁA ŚMIERCI
Rozdział 1
_Strzała Śmierci_
Nolyn Nyphrończyk stał w bezlitosnym upale i chmarze gryzących much, rozmyślając o filozofii – co stanowiło nie lada osiągnięcie w lesie deszczowym, w którym gorące i wilgotne powietrze utrudniało oddychanie, a wszystko rozpaczliwie dążyło do obrócenia się w pył. Ubrania gniły, a metal rdzewiał z oszałamiającą prędkością. Skóry w ciągu kilku dni zmieniały kolor na zielony, a wszystko inne pokrywało się czarnymi cętkami, które nazywano dżunglowym brudem. Każdy przedmiot powracał do pierwotnego stanu.
Ale w lesie Erbon ten wyścig do rozpadu toczył się w absurdalnym tempie. Jeśli nie zabije nas wróg, z pewnością zrobi to dżungla.
To przypomniało mu o popularnym, choć fatalistycznym powiedzeniu popularnym wśród imperialnych legionistów, którzy mawiali, że „Strzała Śmierci zawsze pozostaje niewidoczna”. Pomimo tej teorii Nolyn wierzył, że gdy przyjdzie na niego czas, będzie zdawał sobie z tego sprawę. Teraz miał na to dowód. Jego posłaniec wracał o wiele za szybko, by nieść dobre wieści.
Nolyn nie pamiętał jego imienia. Poznał wielu ludzi od czasu przeniesienia do siódmego legionu, a trzydniowa podróż w towarzystwie dwudziestu mężczyzn nie wystarczyła, by czegokolwiek się o nich dowiedział. Pod nieobecność zwiadowcy reszta szwadronu czekała w miejscu, w którym nieliczne promienie słońca docierały do leśnego poszycia. Nikt się nie odzywał, nie poruszał, nawet nie kasłał. Znajdowali się głęboko na terytorium wroga i cisza była ich jedyną ochroną.
Posłaniec wycinał sobie drogę w zaroślach, więc był śliski od potu i ciężko dyszał. Chłopak miał zmartwioną minę, ale na jego ostrzu nie było krwi.
Boi się, ale nie dlatego, że został zaatakowany, przynajmniej na razie.
– Nie ma posterunku? – założył Nolyn, ale chciał to oficjalnie potwierdzić.
– To nie wszystko – odrzekł posłaniec i zaczerpnął tchu. – Nie ma nawet przełęczy. Urwiska po prostu się stykają. – Obejrzał się na gęstwinę liści o rozmiarach koła od wozu, która już się zasklepiła, tak że nie został żaden ślad po jego przejściu. – To zamknięty kanion. Nie ma stąd innego wyjścia poza drogą, którą przyszliśmy. Jesteśmy w potrzasku.
To wyjaśnia jego szybki powrót. Nolyn powoli pokiwał głową, jakby otrzymywał takie wieści każdego dnia.
– Dziękuję – odrzekł.
Miałem rację, Sephryn. Nie jesteśmy sobie pisani.
Jeszcze nigdy nie był tak rozczarowany tym, że wygrał spór.
Najpierw Bran, teraz ja. Zostanie sama, ostatnia z nas.
Dotknął plecionej skórzanej opaski na nadgarstku, która była podarunkiem od Sephryn. Zastanawiał się, jak szybko wiadomość o jego śmierci dotrze do Percepliquis i kto ją o tym powiadomi.
Może mój ojciec? Ta myśl wywołała u Nolyna żałosny uśmiech. Nie, tak zachowałby się prawdziwy ojciec i normalna istota ludzka. Nyphron nie jest ani jednym, ani drugim.
Nolyn podszedł do Acer, ich jedynego zwierzęcia. Dowódcy szwadronów mieli spoglądać na swoich żołnierzy z góry, dlatego klacz osiodłano. Mimo wszystko Nolyn jej nie dosiadał. Wręczył wodze posłańcowi.
– Masz.
Zaskoczony chłopak popatrzył na zwierzę.
– Nie rozumiem.
Nolyn wcisnął mu wodze do ręki.
– Wracaj do Urlineus. Zamelduj, co się stało. Powiedz, żeby wysłali pomoc.
W oczach młodzieńca zapłonęło światło determinacji i zrozumienia. Pokiwał głową.
– Tak jest. Wyruszam natychmiast.
– Jedź, chłopcze. Liczymy na ciebie.
Zwiadowca dosiadł konia, obejrzał się po raz ostatni, po czym spiął wierzchowca ostrogami i pogalopował przez liściaste rośliny rosnące wzdłuż nierównego, niedawno wyrąbanego w lesie szlaku. Żołnierze patrzyli w ślad za nim, dopóki odgłos kopyt nie ucichł, a wtedy zwrócili się do Nolyna, który zastanawiał się, czy teraz już wszyscy widzą Strzałę Śmierci.
Tak jak on nie znał ich imion, oni także go nie znali. Właśnie napotkali swój pierwszy i zapewne ostatni kryzys. Mógł skłamać i wlać w ich serca nieco odwagi, ale wątpił, by to miało jakieś znaczenie.
Wszystko obraca się w pył. Pozostaje tylko teatr.
– Przykro mi, panowie. – Starał się zabrzmieć jak najbardziej mężnie. – Wygląda na to, że zostaniecie poświęceni u mego boku, i bardzo was za to przepraszam.
– Co Wasza Wysokość ma na myśli? – spytał Jerel DeMardefeld.
Nolyn pamiętał jego nazwisko, ponieważ brzmiało absurdalnie wytwornie i taki też był jego wygląd. DeMardefeld wyróżniał się na tle innych wyjątkową zbroją płytową oraz wypolerowaną bronią i nawet Nolyn wyglądał przy nim jak nędzarz. Nieskazitelnie przystrojony żołnierz patrzył na niego z niedowierzaniem, jakby Nolyn właśnie ogłosił, że słońce jest mirażem.
Nolyn wziął głęboki oddech.
– Za chwilę zostanę zamordowany, a ponieważ ktoś chce, by moja śmierć była postrzegana jako wojenna ofiara, wy także do mnie dołączycie. – Zmarszczył czoło, czując, że powinien coś dodać. – Zasługujecie na lepszy los.
Nie załamali się, co go zaskoczyło. Legiony podtrzymywały dyscyplina oraz wiara w nieomylność przywódców, nawet nieznajomych. Przyznając się do porażki, przeciął te niewidzialne więzi. Mogli uciec, wpaść w panikę, a przynajmniej zacząć narzekać, ale tylko milczeli, wbijając wzrok w ziemię.
Wszyscy myślą o tym samym: pył. Ten dzień zmusił każdego do zostania filozofem.
– Nie rozumiem – odezwał się Pierwsza Włócznia. – Jeśli to prawda, to dlaczego pan nie zabrał konia? Po co posyłać zwiadowcę? Pomoc może tutaj dotrzeć dopiero za kilka dni, a my mamy godziny. Pozbył się pan swojej jedynej nadziei na ucieczkę.
– Naprawdę? Cóż ze mnie za głupiec. – Nolyn podszedł do powalonego drzewa i zaczął odłamywać martwe gałęzie. – Jak masz na imię, Pierwsza Włócznio?
– Amicus, Wasza Wysokość.
– No cóż, Amicusie, bystry z ciebie gość. – Nolyn odłamał kolejny patyk. – Dlatego przekazuję ci dowodzenie nad tym szwadronem.
– Mnie? Przecież to pan jest prymusem.
– Już nie. Zrobisz, co w twojej mocy, by poprowadzić tych ludzi w bezpieczne miejsce, a ja zostanę tutaj i rozpalę ognisko.
– Nic z tego, Wasza Wysokość! – odezwał się jeden z pozostałych. Nolyn nie znał jego imienia, ale szpikulec na hełmie wskazywał, że jest Drugą Włócznią. – Nie może pan tego zrobić. Z pewnością zwabi pan ghazele. Równie dobrze mógłby pan zawiesić latarnię na bagnie. Ściągnie pan ich całą chmarę, a te szkodniki mają czterocalowe pazury i kły.
– Właśnie o to mu chodzi – orzekł Jerel z przekonaniem. – Zamierza odwrócić uwagę ghazeli, żebyśmy mogli uciec.
Nolyn podniósł kolejną gałąź i złamał ją na pół, a następnie rzucił oba kawałki na niewielką stertę. Widząc to, Jerel DeMardefeld wyjął toporek i zaczął rąbać drewno.
– Nie musisz tego robić – stwierdził Nolyn.
Jerel tylko się uśmiechnął do niego, a potem do Amicusa.
Amicus w odpowiedzi zmarszczył czoło, odłożył tarczę i podrapał się po szczecinie na szyi. Zwrócił się do Nolyna.
– Na pewno jest pan synem imperatora? Ponieważ… – Popatrzył wzdłuż wąskiego szlaku, którym odjechał zwiadowca. – Tacy jak pan zazwyczaj nie poświęcają się dla takich jak my. Zawsze jest odwrotnie.
– To nienormalne – dodał Jerel, przerąbując na pół gruby konar.
– Czyżby? – spytał Nolyn. – Widzę, że obaj jesteście ekspertami. Jestem jedynym dzieckiem Nyphrona, więc z kim mnie porównujecie?
– Chodziło mi po prostu o to… – Amicus najwyraźniej nie wiedział, o co mu chodziło, ponieważ urwał i skrzyżował ręce na piersi.
– Tracicie czas. Słońce zachodzi.
Nolyn zgadywał, bo tak naprawdę nie wiedział, która jest godzina. W dżungli Calynii trudno było dokładnie oszacować porę dnia. Korony drzew przepuszczały tylko pojedyncze promienie słońca.
– Naprawdę mamy opuścić Waszą Wysokość? – Amicus wskazał pozostałych. – Mamy uciec?
Nolyn wzruszył ramionami.
– Nie jestem zachwycony tą perspektywą, ale to wasza jedyna szansa. A więc owszem. Ja tu zostanę, rozpalę duże ognisko, narobię mnóstwo hałasu i zwabię jak największą liczbę nieproszonych gości. To może pomóc, a na pewno nie zaszkodzi.
– Chwileczkę. – Amicus ponownie popatrzył na szlak i obrócił się do Nolyna. – Everett jest najmłodszy. To dlatego posłał go pan konno?
Everett – czy tak ma na imię? Na Mari, nie mam pamięci do imion. Z twarzami jakoś sobie radzę, podobnie z liczbami, ale imiona…
– Tak zgaduję – wtrącił się Jerel. Uśmiechnął się szeroko do Amicusa.
Pierwsza Włócznia posłał mu surowe spojrzenie.
– Och, przymknij się. To nie ma nic wspólnego z tobą i twoimi urojeniami.
Jerel wzruszył ramionami i wrócił do rąbania drewna.
Amicus kręcił głową.
– Nie kupuję tego. Ani trochę. – W jego głosie pobrzmiewał gniew. – Nawet nas pan nie zna. Poza tym jest pan księciem, oficerem i… – Zawiesił głos.
Nolyn podniósł wzrok znad sterty drewna.
– Tak? Mów dalej.
Żołnierz nie odpowiedział. Jego twarz zmieniła się w posępną maskę.
– Słucham, Pierwsza Włócznio. Kim jestem?
Amicus dalej milczał.
– Wszyscy zapewne zginiemy – ciągnął Nolyn. – I chociaż nigdy wcześniej nie byłem w Calynii, walczyłem z goblinami dłużej, niż wam się wydaje. Podejrzewam, że wiecie, co one robią ze swoimi wrogami. Nie jestem w stanie ukarać was bardziej niż one. Dlatego mów otwarcie. Słucham. Kim jestem?
– Jednym z nich – odrzekł Amicus. – Instarya.
– Ach. – Nolyn pokiwał z uśmiechem głową. – Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co zamierzasz powiedzieć. Może, że jestem elfem, Fhrejem albo kimś uprzywilejowanym… Nic z tego nie jest prawdą, wliczając Instarya.
– Pańskim ojcem jest imperator Nyphron, przywódca wojowniczego klanu Fhrejów. To czyni pana jednym z nich.
– Zapominasz o Persefonie. – Nolyn zamilkł, wciąż trzymając w dłoniach dwa patyki przeznaczone na ognisko. – Minęło ponad osiemset lat od śmierci mojej matki, więc taki błąd jest zrozumiały… przygnębiający, ale można się go spodziewać. Wielu ludzi o niej zapomniało. – Rzucił patyki na stertę. – To ona nadała mi imię. Wiesz, co oznacza „Nolyn”?
– Wiem, że to imię Fhrejów.
– Oznacza „bez ziemi”. Nie mam na świecie swojego miejsca. Mój ojciec jest Fhrejem, ale matka była człowiekiem. Co czyni mnie… kim? Jednym i drugim? Żadnym z nich? Czymś zupełnie innym? – Podniósł głos. – Wskazujesz mnie palcem, więc odpowiedz, Pierwsza Włócznio. Czym jestem? Naprawdę chciałbym wiedzieć.
To uciszyło Amicusa. Westchnął, posłał jeszcze jedno spojrzenie Jerelowi i zdjął hełm.
Nolyn wyczytał niepewność z jego zmarszczonego czoła, ale…
Wygląda znajomo. Czy po raz pierwszy widzę go bez hełmu?
Przyglądając się odsłoniętej twarzy żołnierza, Nolyn doszedł do wniosku, że już wcześniej widział Pierwszą Włócznię rezerwowego szwadronu siódmego legionu Sikarii. Ale nie potrafił sobie przypomnieć gdzie. To wspomnienie było równie nieuchwytne jak imiona jego ludzi.
– Amicusie? Jedziemy? – spytał Druga Włócznia.
Pierwsza Włócznia przez chwilę nie odpowiadał. Patrzył na Nolyna z irytacją, niemal nienawiścią.
– Nie. Zostajemy.
Nolyn pokręcił z niedowierzaniem głową.
– To absurd. Wszyscy zginiecie. I w imię czego? Honoru? Przyzwoitości? Poczucia obowiązku?
– To pan zaczął.
Nolyn westchnął.
– To głupota, ot co. – Popatrzył na szlak. – Nawet Everett ma małe szanse na ucieczkę. Wiedzą, że nie mamy innej drogi, więc nadejdą z góry rzeki i nas odetną.
Amicus pokiwał głową.
– Spodziewają się, że w ciemności stracimy głowę i się rozdzielimy. Liczą na to, że sami wpadniemy im w ręce. – Popatrzył na stertę drewna, którą zgromadził Nolyn. – Ale jeśli rozpalimy potężne ognisko i oświetlimy okolicę…
Nolyn przez chwilę się zastanawiał.
– Ghazele Durat Ran z północy nienawidzą jasnego światła. Żyją w górskich jaskiniach, więc mają bardzo wrażliwe oczy. Jak jest tutaj?
Amicus wskazał korony drzew.
– Tak samo jest z Gur Um Ran. W dżungli jest równie ciemno.
Nolyn pokiwał głową.
– A jeśli staniemy plecami do urwiska, a przed sobą będziemy mieli rzekę…
– Zawęzimy ich drogę dostępu – dokończył Amicus. – Stracą przewagę wynikającą z liczebności.
Nolyn się rozejrzał.
– Poślą… Jak uważasz? Setkę daku?
– Tutaj inaczej się ich nazywa – odrzekł Druga Włócznia. – Gur Um Ran nazywają swoich weteranów zapherami. Spodziewam się raczej dwóch setek.
Nolyn na niego popatrzył.
– Słowo daję, mam fatalną pamięć do imion. Czy już mi się przedstawiłeś?
– Tak jest, Wasza Wysokość. Jeszcze w Urlineus.
– Możesz zrobić to ponownie?
– Riley Glot.
– Dziękuję, Riley. Mówisz, że dwie setki? Skoro jest nas dwudziestu, wystarczy, że każdy z nas zabije dziesiątkę – powiedział sarkastycznie, ale od razu tego pożałował. To nie był czas na obniżanie morale. – To chyba nie powinien być problem, prawda? – dodał, starając się zabrzmieć jak najbardziej entuzjastycznie.
– Oczywiście, Wasza Wysokość – odparł Riley bardziej szczerze, niż Nolyn się spodziewał. – Razem z Amicusem powinniśmy…
Pierwsza Włócznia odchrząknął.
– Co powinniście? – spytał Nolyn.
Riley zamilkł.
– Czy muszę o czymś wiedzieć? – naciskał Nolyn. – Pytam tylko dlatego, że skoro mnie nie opuszczacie, pozostaję dowódcą tego szwadronu. Nasze szanse przetrwania są bardzo wątpliwe, więc jeśli wiecie o czymś, co może nam pomóc, być może powinniście się tym podzielić?
Riley ponownie wbił wzrok w Amicusa. Inni poszli w jego ślady.
– Wygląda na to, że wszyscy patrzą na ciebie, Pierwsza Włócznio – zauważył Nolyn. – Co masz nam do powiedzenia?
Amicus patrzył na otaczających go ludzi, ale nie odpowiadał.
Widziałem go w tłumie, uświadomił sobie Nolyn. Podczas jakiejś dużej uroczystości.
Przyglądał się temu irytująco znajomemu człowiekowi. Podobnie jak pozostali, Pierwsza Włócznia był wyposażony w zbroję, oszczep, sztylet i inny niezbędny sprzęt, które w sumie ważyły niemal sześćdziesiąt funtów. To był znaczny ciężar w parnej dżungli, dlatego Nolyn uważał za dziwne, że Amicus postanowił dźwigać dodatkowy ekwipunek. Miał aż trzy miecze: po jednym na obu biodrach oraz gigantyczne ostrze na plecach. Pierwsza Włócznia był odpowiedzialny za wszystkich członków szwadronu, dlatego nosił przy sobie także dodatkowe bandaże, zapasy żywności oraz trunki, które rozdzielał wedle potrzeb. Zabranie dwóch dodatkowych mieczy wydawało się osobliwą decyzją, zwłaszcza największego z nich, który nie przydałby się na wiele w gęstej dżungli.
Trzy miecze! Nolyn wreszcie skojarzył. Oczywiście! To z tego słynie.
– Jak brzmi twoje nazwisko, Amicusie?
Pierwsza Włócznia jeszcze mocniej zmarszczył czoło. Posyłał ostre spojrzenia swoim towarzyszom.
– Masz je, czyż nie? Nazwisko? – Nolyn zachichotał rozbawiony oporem mężczyzny. – Daj spokój, Strzała Śmierci pędzi w naszą stronę. Żaden z nas o tym nie opowie.
Amicus głęboko odetchnął.
– Killian.
Amicus było popularnym imieniem, ale wszyscy słyszeli o Amicusie Killianie.
– Co tutaj robisz?
Pierwsza Włócznia jeszcze raz popatrzył na pozostałych żołnierzy.
– Ukrywałem się.
***
Nolyn walczył z ghazelami Fir Ran, Fen Ran i Durat Ran w lasach, na mokradłach i w górach Avrlynu, ale mimo upływu wieków wciąż nie był pewien, czy gobliny naprawdę są nocnymi istotami. Ghazele atakowały w nocy, ponieważ widziały w ciemności lepiej od ludzi. Ale nawet gdy legiony walczyły za dnia, bitwy nigdy nie były łatwe. Domy i obozowiska ghazeli zawsze znajdowały się w ciemnych, ponurych miejscach, które zapewniały im przewagę. Światło zazwyczaj było sprzymierzeńcem legionu, ale siódmy rezerwowy szwadron Sikarii z trudem budował ognisko w zapadającym zmroku.
Wilgotne drewno stawiało opór. Było gotowe rozpaść się w pył, ale nie chciało obrócić się w popiół.
Trzy grupy żołnierzy trudziły się z łukiem, świdrem i deseczką. Dwie kolejne krzesały nożami iskry z krzemieni. Reszta rąbała drewno i ściągała je do rozszerzającej się szczeliny w skalnej ścianie, gdzie powstawała ich prowizoryczna forteca, która miała być chroniona ognistą fosą.
Kiedy zrobiło się ciemno, pracowali po omacku i nawet Nolyn ledwie widział swoje dłonie. Fhrejowie pełnej krwi widzieli w ciemności niemal równie dobrze jak gobliny, a lepszy wzrok Nolyna był jednym z nielicznych darów, które odziedziczył po ojcu. Niestety, potrójna warstwa liści nad ich głowami ograniczała zdolności Nolyna, zatem jego ludzie zapewne byli całkowicie ślepi. Żołnierze w milczeniu wiercili i skrobali drewno. Nagle wszyscy odetchnęli, gdy w mroku błysnął pierwszy płomień. Jedna z drużyn z wiertłami wyprzedziła swoich towarzyszy z krzemieniami.
Dawne metody czasem sprawdzają się najlepiej, pomyślał Nolyn.
Podczas gdy życzliwa społeczność opiekowała się nowo narodzonym ogniem, by zdrowo wyrósł, Nolyn postanowił wykorzystać pozostały mu czas na lepsze poznanie swoich ludzi. Ściskał ich dłonie i prosił, by coś o sobie opowiedzieli. Imiona były jak śliskie ryby, których jego umysł nie potrafił utrzymać, dlatego skupiał się na tym, kim są: zbiegłym niewolnikiem, mordercą, który próbuje uniknąć szubienicy, żołnierzem w czwartym pokoleniu, złodziejem na pół etatu i hazardzistą na pełny etat, idealistą, rolnikiem dotkniętym suszą, młodym synem ubogiej kobiety z Calynii, która nie jest w stanie wykarmić rodziny.
Wielu nazywało pobliskie prowincje swoim domem, ale niektórzy pochodzili z tak dalekich miejsc jak zachodnia Warica. Większość uważała służbę w wojsku za najlepszy sposób na zarobienie pieniędzy i podniesienie swojej pozycji społecznej. Lśniący Jerel DeMardefeld był w tym aspekcie wyjątkiem, ponieważ nie miał takich potrzeb, a Nolyn zgadywał, że dołączył do legionu z nudy. Druga Włócznia, Riley Glot, _którego nazwisko rymuje się z gruby kot,_ już wcześniej wspominał, że Jerel jest „inny”, ale nie chciał powiedzieć nic więcej. Oprócz takich nazwisk jak Amicus Killian, Jerel DeMardefeld i Riley Glot, _którego nazwisko rymuje się także ze stary płot_, Nolyn zdołał zapamiętać także imiona Paladeiousa i Greiga, dwóch potężnych mężczyzn, których Amicus zamierzał umieścić na lewej i prawej flance. Amicus, Riley oraz Azuriah Mit, opalony mężczyzna o posturze niedźwiedzia, mieli stanąć na środku. Nolyn zapamiętał nazwisko Mita, ponieważ brzmiało komicznie i wydawało się zmyślone.
– Nigdy nie byłem w Percepliquis – zawodził jeden z młodych żołnierzy z Calynu.
To był ten ubogi chłopak, który wysyłał żołd matce żyjącej w chacie gdzieś na przedmieściach Dagastanu. Chociaż Nolyn nigdy nie odwiedził tego miasta na wschodnim wybrzeżu, wiedział, że określenia „miasto” w tym przypadku używano mocno na wyrost, a „chaty” w tamtej okolicy zapewne były wyjątkowo skromne. Żołnierz przyznał, że ma dopiero dziewiętnaście lat, choć wyglądał na trzydzieści. Kręcone, czarne włosy i broda maskowały jego młody wiek, ale zmęczone oczy wyglądały, jakby widziały zbyt wiele. Jak większość ludzi z tamtego regionu miał skomplikowane nazwisko, które trudno było wymówić, dlatego Nolyn nawet nie próbował. Zamiast tego w myślach nazwał go „Biednym Calyńczykiem”.
– Czy miasto jest tak niesamowite, jak o nim mówią? – spytał chłopak. – Słyszałem, że mają tam idealnie proste drogi, których nigdy nie pokrywa błoto, a ludzie mogą na zawołanie mieć w domach czystą wodę. To musi być cudowne.
– Owszem – odpowiedział Nolyn, ponieważ wiedział, że Biedny Calyńczyk musi tak to postrzegać. On sam miał zupełnie inną opinię o stolicy imperium.
– Myślałem, że pewnego dnia je zobaczę. Na przykład podczas parady zwycięstwa. Ale ta wojna…
– Nigdy się nie kończy? – dokończył Nolyn za niego i pokiwał głową. – Toczymy ją od ponad czterystu lat.
– Tak długo? – Żołnierz podrapał się po brodzie. – A więc nigdy nie zobaczę Percepliquis.
Pierwsza fala strzał spadła z nieba bez ostrzeżenia i zagrzechotała o pobliskie skały. Tuż obok Nolyna jeden z żołnierzy zginął na miejscu, gdy grot wbił mu się w oko i rozsadził tył czaszki. Paladeious, wielki jak góra, stęknął, gdy drewniana strzała trafiła go w udo. Utrzymał się na nogach i z wściekłym warknięciem odłamał drzewce z czarnym pierzyskiem.
– Tarcze! – zawołał Amicus.
Ludzie szybko zareagowali i druga seria strzał uderzyła z hukiem w drewniany mur.
Dopiero wtedy Nolyn zauważył Biednego Calyńczyka, który leżał na ziemi. Chłopak został trafiony podczas pierwszego ostrzału, kiedy drapał się po brodzie. Strzała przebiła mu dłoń i oba policzki. Pozostała w jego ustach niczym wędzidło w pysku konia. Kołysał się na kolanach z dłonią przytwierdzoną do policzka.
– Nie ruszaj się – rozkazał Nolyn.
Wyjął sztylet i odciął pierzysko strzały. Następnie przytrzymał głowę młodzieńca i wyszarpnął drzewce. Twarz i usta żołnierza były śliskie od krwi, ale mniej, niż Nolyn się spodziewał. Co dziwne, strzała ominęła język, szczękę i zęby – to była cudowna rana: „samo ciało, bez kości”, jak mawiano. Biedny Calyńczyk zachował spokój i szybko owinął twarz kawałkiem szmaty.
Ci ludzie są dobrze wyszkoleni_._ Nolyn popatrzył na Amicusa Killiana, który stał bezpośrednio przed nim. To dlatego, że on ich uczył.
Następnie usłyszeli wrzaski wrogów – cienkie i chrapliwe. Ten znajomy dźwięk, przypominający zgrzyt metalu, wyprowadził Nolyna z równowagi. Paskudne stwory wylały się z ciemności jak rój os. Wybiegły z gęstej dżungli, postukując pazurami. Za ich owalnymi źrenicami krył się niezdrowy żółty blask. Zgarbione grzbiety, potężne ręce i pyski z rzędami ostrych jak igły zębów nawiedzały koszmary wszystkich legionistów. To była niechciana pamiątka, którą ocalali przywozili do domu.
Legion zazwyczaj stosował bitewny manewr zwany Potrójną Linią. Nolyn osobiście był świadkiem rozwoju tej techniki. Dawna falanga, w której stawiano na linie proste i długie włócznie, ustąpiła miejsca bardziej elastycznemu natarciu za pomocą oszczepów, a następnie szczelnej ścianie z tarcz, której broniono krótkimi mieczami. Każdy szereg miał swojego dowódcę. W pierwszej linii ustawiano niedoświadczonych i źle wyposażonych żołnierzy, którzy byli przeznaczeni na stracenie. W drugiej stawali silni i młodzi, a w trzeciej weterani. Prymus zazwyczaj trzymał się na tyłach i obserwował bitwę z siodła. Ale teraz byli w stanie sformować tylko dwa szeregi. Amicus objął dowodzenie nad pierwszym, a Nolyn nad drugim.
Pierwsza Włócznia stanął na środku i stał się dziobem ich niewielkiego okrętu, który miał stawić czoło rozwścieczonemu morzu. Uczynienie dowódcy ośrodkiem ataku wroga było niekonwencjonalnym rozwiązaniem i chociaż świadczyło o dzielności, nie było zalecane. Nolyn miał ochotę zainterweniować, ale doświadczenie nauczyło go, by nie kwestionować intuicji Pierwszej Włóczni, zwłaszcza że nie znał tego regionu.
Nolyn rozkazał żołnierzom posłać w stronę wroga pierwszą falę oszczepów, której skuteczność trudno było oszacować w ciemności. Następnie mężczyźni zwarli szeregi. Byli w potrzasku, więc zadaniem pierwszego szeregu było stworzenie nieprzeniknionej ściany i skuteczne niweczenie prób wroga. Ale kiedy gobliny natarły, Amicus z niewyjaśnionych powodów opuścił tarczę i wystąpił z szeregu, dzierżąc w dłoniach dwa miecze. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, Nolyn rozkazałby mu się cofnąć i uznałby, że żołnierz wpadł w panikę. Ale nie po raz pierwszy widział Amicusa Killiana w akcji.
To było wiele lat przed tym, jak wszyscy w Percepliquis zgromadzili się na Imperialnej Arenie, by obejrzeć Bitwę Stulecia, jak ją reklamowano w całym mieście. Tamtego dnia zwykły człowiek miał walczyć z Instarya, jednym z najlepszych wojowników z niezwyciężonego wojowniczego szczepu Fhrejów. Nolyn pojawił się na tym spektaklu razem z Sephryn. Jako książę mógł zasiąść w Wysokiej Loży, jednak oboje postanowili stanąć na Polu Wspólnym. Mimo że mieli stamtąd ograniczony widok, energia tłumu była niesamowita. Podczas zawodów, które były nie tylko rozrywką, ale także aktem buntu, wszyscy widzieli, gdzie stoją następca tronu i przewodnicząca rady – ramię w ramię z ludźmi.
Walka przeszła do legendy.
Amicus Killian zmierzył się z Abryllem Orphe, synem Plymeratha, legendarnego bohatera Wielkiej Wojny. Abryll, ubrany w połyskującą zbroję z brązu, tańczył po arenie, a jego niebieska peleryna i długie blond włosy powiewały na wietrze. Amicus się nie poruszał. Miał na sobie tylko skórzaną spódniczkę, karwasze i proste sandały. Czekał z mieczami w obu dłoniach i trzecim potężnym ostrzem na plecach. Używał tej broni podczas każdej walki na arenie i w ciągu zaledwie trzech lat stał się jednym z najsłynniejszych wojowników na świecie. Tamtego dnia Nolyn, który trzymał Sephryn za rękę, dowiedział się, dlaczego tak się stało.
Teraz, uwięziony w ślepym kanionie naprzeciwko hordy ghazeli w blasku potężnego ogniska, ponownie doświadczył niewytłumaczalnego.
Wrogowie zauważyli Amicusa i wyrwę w szeregu. Popędzili w jego stronę dwójkami. W wąskiej rozpadlinie, w której płonęło ognisko, nie mieli miejsca na liczniejsze ataki. Amicus poruszał się oszczędnie, a jego kroki, ciosy, spojrzenia ani nawet oddechy nie były przypadkowe. Każde działanie miało jakiś cel, jakby realizował idealnie wyćwiczoną choreografię. Nolyn widział, że wojownik jest o dwa kroki przed swoimi przeciwnikami, i przypomniał sobie jego słynny przydomek, który tłum skandował na arenie: „PRO-ROK! PRO-ROK! PRO-ROK!”.
On widzi przyszłość, pomyślał Nolyn. Nie da się tego wyjaśnić.
Amicus nawet na chwilę nie tracił równowagi ani pewności siebie. Poruszał się z prostą elegancją: pchnięcie, cięcie, blok, dźgnięcie. To wszystko wyglądało na takie proste. Ghazele wyglądały przy nim jak dzieci z patykami. Nolyn wielokrotnie mierzył się z nimi podczas innej wojny i dobrze znał ich siłę, szybkość oraz spryt, ale tutaj padały dwójkami pod ostrzami Amicusa. Dwa, cztery, sześć… trupy się piętrzyły.
– Już jest dziesięć! – zawołał Riley. – Osiągnął swój przydział.
Nolyn nie rozumiał, dlaczego gobliny nadal szarżują. Może sądziły, że Amicus opadnie z sił? A może zgładzenie wroga, który zabił tak wielu z nich, mogło przynieść chwałę zwycięzcy? Najbardziej prawdopodobne wydawało się to, że wojownik, który nie miał tarczy i zajmował niechronioną pozycję przed szeregiem, stanowił zbyt kuszący cel. Niezależnie od powodu, gobliny nieustannie atakowały parami i tak umierały. Minęło zaskakująco dużo czasu, zanim ta rzeź ustała. Sterta ciał utrudniała im dalsze natarcie. Ghazele w końcu znalazły rozwiązanie problemu i nad ogniskiem pomknęła kolejna salwa strzał.
Wtedy losy bitwy powinny były się odwrócić. Ciała przygniotły tarczę Amicusa i żołnierz był bezbronny, a przynajmniej tak uważał Nolyn. Ale kiedy mężczyzna schował się za stertą trupów, Nolyn zrozumiał pełnię wojskowego geniuszu Amicusa Killiana, który nie tylko bronił się przed falami potężnych wrogów, ale też starannie planował, gdzie spocznie każde ciało. Zabijał gobliny w takich miejscach, by zbudować obronny mur, który miał go osłonić przed nieuniknionym deszczem strzał. Nie był o dwa kroki, ale o całe mile przed wrogiem.
„PRO-ROK! PRO-ROK! PRO-ROK!”.
Po dwóch nieskutecznych ostrzałach walka ustała. Ognisko płonęło, a z ciemności po jego drugiej stronie dobiegał złowieszczy sfrustrowany warkot.
Impas. Ale tylko na chwilę.
Byli w potrzasku i nie mogli dorzucać drewna do ognia, więc ich jedyne źródło światła w końcu musiało zgasnąć. Na razie płonęło w najlepsze, karmione kłodami drewna, które dorzucili do niego Paladeious i Greig. Mogło nawet przetrwać do rana, ale wiedzieli, że światło dnia ich nie ocali. Pomimo wyczynów Amicusa byli znacznie mniej liczni od wrogów.
Nikt się nie odzywał. Wszyscy wpatrywali się w tańczące płomienie, próbując dostrzec, co robią czające się za nimi cienie.
Amicus pozostał w swojej obrzydliwej fortecy śmierci z mieczami w dłoniach.
Nawet nie wygląda na zmęczonego, pomyślał Nolyn.
Sprawdził stan Biednego Calyńczyka. Bandaż, który upodabniał chłopaka do zakneblowanego jeńca, był przesiąknięty czerwienią, ale krwotok ustał. Nolyn wyjął szmatkę z woreczka przy pasie i owinął przebitą dłoń młodzieńca.
– Ęki – wykrztusił Biedny Calyńczyk. – Ędę usiał alczyć ewą eką.
– Dasz radę?
Chłopak wzruszył ramionami.
– Ekonamy ę.
Nolyn miał nadzieję, że to nie będzie konieczne. Jeśli Amicus będzie dalej tak wspaniale sobie radził, być może doczekają poranka i uda im się wyraźniej zobaczyć wrogów. W lesie Erbon łatwo było uznać, że ghazele to zwierzęta: bezmyślne bestie, którym można pokrzyżować szyki za sprawą drzwi, ognia i wyczynów jednego wojownika.
Nolyn wiedział, że to nieprawda.
Ghazele były równie sprytne jak ludzie – a nawet bardziej – i wkrótce znów tego dowiodły. Z drugiej strony ogniska dobiegł charakterystyczny śpiew. Kiedy żołnierze go usłyszeli, cały szwadron zaklął. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza: oberdaza.
Gobliny miały szamana, jednego z tych małych szaleńców ubranych w pióra i koraliki, którzy tańczyli i przyzywali mroczną magię. Ich obecność nigdy nie była pożądana. Nikt nie wiedział, czego można się po nich spodziewać, i dlatego wzbudzali taką grozę. Szwadron mógł zapaść się pod ziemię albo zostać trafiony błyskawicą. Musieli zaczekać na koniec pieśni, by poznać swój los.
Odpowiedzią było niskie dudnienie, które brzmiało tak, jakby cała dżungla wpadła we wściekłość. Donośny dźwięk zatrząsł ziemią.
Nie, to ruch ziemi wywołuje ten dźwięk_._ Nolyn poczuł, że uderzają w niego okruchy skały, i szybko się obejrzał. Urwisko za ich plecami drżało. Do drobnych kamyków dołączyły większe głazy, gdy skalna ściana zaczęła rozszczepiać się i pękać. Ognisko nagle zgasło, jakby zdmuchnął je olbrzym.
Nie mieli wielkiego wyboru.
– Legioniści! – zawołał Nolyn, unosząc miecz. – Do ataku!
Nie miał pojęcia, czy ktokolwiek go posłuchał ani czy jego ludzie w ogóle go usłyszeli pośród huku kamieni i stukania pazurów. Widział tylko cienie i niewyraźne przemykające kształty. Pobiegł po rozgrzanych węglach, licząc na to, że uniknie kamiennej lawiny. Ziemia znów się zatrzęsła. Na Nolyna spadły fala pyłu i grad kamieni.
W ciemności przed sobą widział świecące żółte ślepia, które przemykały niczym świetliki. Para oczu rozbłysła tuż przed nim. Instynktownie uchylił się i pchnął mieczem. Nad jego głową przemknęły pazury, a ostrze wniknęło w ciało. Nolyn uwolnił miecz i pobiegł dalej. Słaby blask księżyca sączył się z nieba, ukazując zarysy liści i zgarbionych ramion. Stulecia bitewnego doświadczenia wyposażyły Nolyna w szósty zmysł, dzięki któremu był w stanie na oślep robić uniki i siec wrogów. Nagle ogłuszający cios spadł na jego hełm i posłał go na ziemię. Bezruch oznaczał samobójstwo, dlatego Nolyn przetoczył się w stronę najbliższego drzewa, chociaż wciąż był oszołomiony i nie wiedział, gdzie się znajduje. Schował się za pniem i usłyszał, jak coś w niego uderza. Zaryzykował i wykonał pchnięcie po lewej stronie drzewa. Nagrodził go okrzyk bólu.
Kiedy odzyskał jasność myśli, pobiegł w ciemność, ale stracił wyczucie kierunku. Nie wiedział, czy wraca w głąb rozpadliny, czy ucieka w stronę kanionu. Najważniejsze było pozostawanie w ruchu. Nasłuchiwał głosów, które mogłyby mu pomóc się przegrupować, ale ze wszystkich stron dobiegały tylko wrzaski. Jego ludzie się rozproszyli, bitwa była przegrana.
Uderzył kolanem w leżący pień i ponownie się przewrócił. Zacisnął zęby, powstrzymując wrzask. Wtoczył się pod powalone drzewo i czekał, aż ból minie. Okrzyki przecinały noc, były jednak coraz bardziej odległe i słabe, aż w końcu…
Cisza.
Wokół niego zapanował spokój.
Jestem sam.
Nolyn wczołgał się jeszcze głębiej pod potężny pień i czekał. Był częściowo pogrzebany, a jego nozdrza wypełniała przytłaczająca woń ziemi.