Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nolyn. Trylogia Powstanie i Upadek. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 maja 2026
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Nolyn. Trylogia Powstanie i Upadek. Tom 1 - ebook

Po ponad pięciuset latach wygnania dziedzic imperium nagle zostaje przywrócony do czynnej służby na froncie Wojny Goblinów. Misja ocalenia jednego z posterunków prowadzi go do ślepego kanionu głęboko na terytorium wroga, gdzie jego podejrzenia zmieniają się w grozę, gdy odkrywa, że warownia nie istnieje. Ale ten, kto zadał sobie trud, by zaplanować jego śmierć i zrzucić ją na karb wojennej zawieruchy, nie wiedział, że mężczyzna zostanie przydzielony do siódmego rezerwowego szwadronu Sikarii. W głębi bezlitosnej dżungli narodzi się legenda, a świat Elan zmieni się na zawsze.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-61-5
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Cześć! Jestem Michael J. Sul­li­van, autor _Nolyna_. Ta książka jest pierw­szą w mojej nowej serii, zaty­tu­ło­wa­nej _Powsta­nie i Upa­dek_. Gdy­by­ście dwa­dzie­ścia pięć lat temu powie­dzieli mi, że będę miał na kon­cie dwa­dzie­ścia wyda­nych powie­ści, uznał­bym Was za sza­leń­ców. Jako młody autor przez ponad dekadę bez­sku­tecz­nie sta­ra­łem się o wyda­nie. W paź­dzier­niku 1995 roku, gdy żadna z trzy­na­stu ksią­żek, które napi­sa­łem, nie zdo­łała się prze­bić, dałem za wygraną i poprzy­sią­głem sobie, że już ni­gdy nie wrócę do twór­czej dzia­łal­no­ści. Zało­ży­łem agen­cję rekla­mową.

Dzie­sięć lat póź­niej udo­wod­ni­łem sobie, że nie jestem życio­wym nie­udacz­ni­kiem, ponie­waż razem z żoną Robin zbu­do­wa­li­śmy pręż­nie dzia­ła­jącą firmę. W wieku trzy­dzie­stu czte­rech lat osią­gną­łem więk­szość swo­ich życio­wych celów: mia­łem piękną i inte­li­gentną żonę, udane dzieci, dom i finan­sową sta­bil­ność. Wszystko ukła­dało się po naszej myśli, ale poja­wił się pewien pro­blem. Oboje dotar­li­śmy na szczyt i poczu­li­śmy się jak Alek­san­der Wielki, który nie ma już żad­nych krain do pod­bi­cia… poza jedną, wciąż pozo­sta­jącą nie­uchwytną.

Na początku XXI wieku kupi­łem mojej córce, która zma­gała się z dys­lek­sją, pierw­szą książkę o przy­go­dach Harry’ego Pot­tera. Kiedy ją czy­ta­łem, przy­po­mnia­łem sobie, jak wielką radość spra­wiało mi wcho­dze­nie mię­dzy okładki książki, wpa­da­nie do nowego świata i spo­ty­ka­nie tam ludzi, któ­rzy mogliby zostać moimi przy­ja­ciółmi w codzien­nym życiu. Sta­ra­jąc się o wyda­nie swo­jej prozy, pró­bo­wa­łem wzo­ro­wać się na nagra­dza­nych powie­ściach i zatra­ci­łem całą radość wyni­ka­jącą z pisa­nia. Zapo­mnia­łem, dla­czego zaczą­łem to robić. Przez ponad dzie­sięć lat nie bra­łem pióra do ręki, ale to nie ozna­czało, że nowe opo­wie­ści nie rodziły się w mojej gło­wie. Zwłasz­cza dwie posta­cie dobi­jały się do wrót mojej świa­do­mo­ści i doma­gały się, bym je wpu­ścił.

W 2004 roku zaczą­łem pisać pierw­szą powieść o świe­cie Elan, opo­wia­da­jącą o byłym najem­niku-ide­ali­ście i cynicz­nym zło­dzieju. Jed­nakże pisa­nie tych ksią­żek było czy­stym wariac­twem, ponie­waż nie mia­łem zamiaru ich wydać. Uzna­łem, że to droga pro­wa­dząca pro­sto na ciemną stronę mocy – ku depre­sji zwią­za­nej z bez­sku­tecz­nym cze­ka­niem na tele­fon. Porzu­ci­łem to marze­nie i wtedy znów poczu­łem wol­ność i radość z two­rze­nia.

Nie będę was zanu­dzał szcze­gó­łami doty­czą­cymi tego, w jaki spo­sób te książki osta­tecz­nie tra­fiły „do świata”. Mówiąc w skró­cie, moja żona zaczęła wie­rzyć w marze­nie, które porzu­ci­łem, i powo­łała je do ist­nie­nia za sprawą nie­za­leż­nych wydaw­nictw, self-publi­shingu, a w końcu Wiel­kiej Piątki wydaw­ców. Kiedy skoń­czy­łem _Odkry­cia Riy­rii_, nie spo­dzie­wa­łem się, że kie­dyś powrócę do Elanu. Ale Robin tak bra­ko­wało jej ulu­bio­nego duetu (a wielu czy­tel­ni­ków podzie­lało jej zda­nie), że stwo­rzy­łem _Kro­niki Riy­rii_, by opo­wie­dzieć nie­za­leżne histo­rie o tym, jak Royce i Hadrian się poznali i roz­po­częli współ­pracę.

Jako pisarz fan­tasy, budu­jąc świat Elan, stwo­rzy­łem tysiące lat histo­rii, lecz tylko nie­wielki uła­mek tego wszech­świata został opi­sany. Stu­dio­wa­łem histo­rię, zatem wiem, że ist­nieje duża róż­nica mię­dzy tym, jak ludzie pamię­tają prze­szłość, a tym, co naprawdę się wyda­rzyło. Dla­tego Elan, który stwo­rzy­łem, skła­dał się z dwóch rze­czy­wi­sto­ści: prawdy oraz sieci kłamstw sple­cio­nych z mitami i legen­dami.

Wła­śnie tak naro­dziły się _Legendy Pierw­szego Impe­rium_. Pod­czas gdy cykle o Riy­rii sku­piały się na dwóch awan­tur­ni­kach, któ­rych zdol­no­ści ide­al­nie się dopeł­niały, _Legendy_ opo­wia­dały o zwy­czaj­nych ludziach, któ­rzy uro­dzili się w nie­zwy­kłych cza­sach. Ich zdol­ność sta­wie­nia czoła prze­ciw­no­ściom losu zmie­niła przy­szłość Elan, mimo że wiele z ich czy­nów popa­dło w zapo­mnie­nie.

Tym razem, po zakoń­cze­niu pracy wie­dzia­łem, że powrócę do świata Elan. W _Legen­dach_ roz­po­czy­namy Epokę Brązu mojego świata i obser­wu­jemy powsta­nie Pierw­szego Wiel­kiego Impe­rium. A skoro tak, wypa­dało także poka­zać jego upa­dek, co pro­wa­dzi nas do tej serii.

Trzy naj­now­sze powie­ści noszą tytuły _Nolyn_, _Fari­lane_ i _Esra­had­don_. Osoby, które czy­tały moje inne opo­wie­ści, być może koja­rzą dwa z tych imion. Nolyn przy­cho­dzi na świat w _Epoce wojny_ i jest synem dwóch naj­słyn­niej­szych postaci w histo­rii Elan. Esra­had­don poja­wia się w dość tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach w _Odkry­ciach Riy­rii_. O Fari­lane tylko prze­lot­nie się wspo­mina w obu seriach i wielu czy­tel­ni­ków zapewne jej nie pamięta. Jest uczoną, która ma obse­sję na punk­cie histo­rii. Tak jak Brin, która napi­sała słynną _Księgę Brin_, Fari­lane two­rzy _Migra­cje Ludów_, zbiór histo­rycz­nych zapi­sków doty­czą­cych mojego małego wymy­ślo­nego świata.

Jeśli mar­twi­cie się, że nie czy­ta­li­ście moich poprzed­nich powie­ści, śpie­szę was uspo­koić. Każda z moich serii ksią­żek jest nie­za­leżna i nie wymaga zna­jo­mo­ści innych. Oczy­wi­ście, jeśli po prze­czy­ta­niu tej powie­ści posta­no­wi­cie zagłę­bić się w świe­cie Elan, czeka na Was wiele smacz­ków i ukry­tych nawią­zań.

O czym więc jest _Nolyn_? Akcja powie­ści roz­po­czyna się mniej wię­cej osiem­set pięć­dzie­siąt lat po Wiel­kiej Woj­nie i zało­że­niu Pierw­szego Impe­rium. Ludz­kość odcho­dzi od swo­ich bar­ba­rzyń­skich korzeni i buduje bar­dziej wyra­fi­no­waną cywi­li­za­cję. Ale roz­ko­chany w wojaczce ojciec Nolyna wciąż spra­wuje wła­dzę i nie wia­domo, kto najbar­dziej się nadaje do tego, by wpro­wa­dzić nową kul­turę na kolejny etap roz­woju.

Podob­nie jak w wypadku _Odkryć Riy­rii_ i _Legend Pierw­szego Impe­rium_, napi­sa­łem całą serię przed wyda­niem pierw­szego tomu. Robię tak, by mieć pew­ność, że histo­ria znaj­dzie satys­fak­cjo­nu­jące zakoń­cze­nie. Poza tym, jeśli wpad­nie mi do głowy świetny pomysł, mogę wró­cić do wcze­śniej­szych ksią­żek i je uzu­peł­nić. Oprócz tego czy­tel­nicy nie muszą cze­kać latami (lub dzie­się­cio­le­ciami) na kolejną część. Zamie­rzam wyda­wać kolejne tomy w rocz­nych odstę­pach. Ale jeśli chce­cie je prze­czy­tać wcze­śniej, każda z ksią­żek ukaże się przed­pre­mie­rowo za pośred­nic­twem Kick­star­tera. Ludzie, któ­rzy zamó­wią je na tej plat­for­mie, otrzy­mają swój egzem­plarz trzy do czte­rech mie­sięcy przed ofi­cjalną datą pre­miery.

Na koniec chciał­bym jesz­cze omó­wić struk­turę tej serii, ponie­waż jest dość nie­kon­wen­cjo­nalna. W więk­szo­ści opo­wie­ści fan­tasy w kolej­nych tomach podą­żamy za tą samą grupą boha­te­rów, ale cykl _Powsta­nie i Upa­dek_ bar­dziej przy­po­mina zbiór poje­dyn­czych powie­ści. Jak wska­zują tytuły, każda z ksią­żek sku­pia się na losach innej waż­nej postaci, która żyła w klu­czo­wym okre­sie liczą­cej dwa tysiące lat histo­rii Pierw­szego Impe­rium.

A teraz już się wyco­fuję, aby­ście mogli zanu­rzyć się w tre­ści pierw­szej książki. Jestem wdzięczny, że posta­no­wi­li­ście dać _Noly­nowi_ szansę. Jeśli nie czy­ta­li­ście innych moich opo­wie­ści, mam nadzieję, że ta otwo­rzy Wam drzwi do kolej­nych histo­rii ze świata Elan, któ­rych jest bez liku: sześć czę­ści _Odkryć Riy­rii_, cztery czę­ści _Kro­nik Riy­rii_ oraz sześć ksią­żek w cyklu _Legendy Pierw­szego Impe­rium_. Jeśli cho­dzi o kolej­ność czy­ta­nia, pro­po­nuję zacząć od _Epoki mitu_, ponie­waż w _Legen­dach Pierw­szego Impe­rium_ oraz _Powsta­niu i Upadku_ prze­wi­jają się te same postaci. Robin i ja tym­cza­sem będziemy reda­go­wać i szli­fo­wać pozo­stałe dwa tomy. Napi­sa­nie książki to dopiero połowa zada­nia. Czeka nas jesz­cze wiele pracy, byście mogli otrzy­mać jak naj­lep­sze opo­wie­ści. Mam nadzieję, że zoba­czymy się już nie­długo z oka­zji wyda­nia _Fari­lane_.

A teraz prze­wróć­cie stronę, stuk­nij­cie pal­cem w ekran albo zwiększ­cie gło­śność, ponie­waż czeka na was nowa epoka Elan.

_Michael J. Sul­li­van_
25 marca 2021ROZDZIAŁ 1. STRZAŁA ŚMIERCI

Roz­dział 1

_Strzała Śmierci_

Nolyn Nyph­roń­czyk stał w bez­li­to­snym upale i chma­rze gry­zą­cych much, roz­my­śla­jąc o filo­zo­fii – co sta­no­wiło nie lada osią­gnię­cie w lesie desz­czo­wym, w któ­rym gorące i wil­gotne powie­trze utrud­niało oddy­cha­nie, a wszystko roz­pacz­li­wie dążyło do obró­ce­nia się w pył. Ubra­nia gniły, a metal rdze­wiał z osza­ła­mia­jącą pręd­ko­ścią. Skóry w ciągu kilku dni zmie­niały kolor na zie­lony, a wszystko inne pokry­wało się czar­nymi cęt­kami, które nazy­wano dżun­glo­wym bru­dem. Każdy przed­miot powra­cał do pier­wot­nego stanu.

Ale w lesie Erbon ten wyścig do roz­padu toczył się w absur­dal­nym tem­pie. Jeśli nie zabije nas wróg, z pew­no­ścią zrobi to dżun­gla.

To przy­po­mniało mu o popu­lar­nym, choć fata­li­stycz­nym powie­dze­niu popu­lar­nym wśród impe­rial­nych legio­ni­stów, któ­rzy mawiali, że „Strzała Śmierci zawsze pozo­staje nie­wi­doczna”. Pomimo tej teo­rii Nolyn wie­rzył, że gdy przyj­dzie na niego czas, będzie zda­wał sobie z tego sprawę. Teraz miał na to dowód. Jego posła­niec wra­cał o wiele za szybko, by nieść dobre wie­ści.

Nolyn nie pamię­tał jego imie­nia. Poznał wielu ludzi od czasu prze­nie­sie­nia do siód­mego legionu, a trzy­dniowa podróż w towa­rzy­stwie dwu­dzie­stu męż­czyzn nie wystar­czyła, by cze­go­kol­wiek się o nich dowie­dział. Pod nie­obec­ność zwia­dowcy reszta szwa­dronu cze­kała w miej­scu, w któ­rym nie­liczne pro­mie­nie słońca docie­rały do leśnego poszy­cia. Nikt się nie odzy­wał, nie poru­szał, nawet nie kasłał. Znaj­do­wali się głę­boko na tery­to­rium wroga i cisza była ich jedyną ochroną.

Posła­niec wyci­nał sobie drogę w zaro­ślach, więc był śli­ski od potu i ciężko dyszał. Chło­pak miał zmar­twioną minę, ale na jego ostrzu nie było krwi.

Boi się, ale nie dla­tego, że został zaata­ko­wany, przy­naj­mniej na razie.

– Nie ma poste­runku? – zało­żył Nolyn, ale chciał to ofi­cjal­nie potwier­dzić.

– To nie wszystko – odrzekł posła­niec i zaczerp­nął tchu. – Nie ma nawet prze­łę­czy. Urwi­ska po pro­stu się sty­kają. – Obej­rzał się na gęstwinę liści o roz­mia­rach koła od wozu, która już się zaskle­piła, tak że nie został żaden ślad po jego przej­ściu. – To zamknięty kanion. Nie ma stąd innego wyj­ścia poza drogą, którą przy­szli­śmy. Jeste­śmy w potrza­sku.

To wyja­śnia jego szybki powrót. Nolyn powoli poki­wał głową, jakby otrzy­my­wał takie wie­ści każ­dego dnia.

– Dzię­kuję – odrzekł.

Mia­łem rację, Seph­ryn. Nie jeste­śmy sobie pisani.

Jesz­cze ni­gdy nie był tak roz­cza­ro­wany tym, że wygrał spór.

Naj­pierw Bran, teraz ja. Zosta­nie sama, ostat­nia z nas.

Dotknął ple­cio­nej skó­rza­nej opa­ski na nad­garstku, która była poda­run­kiem od Seph­ryn. Zasta­na­wiał się, jak szybko wia­do­mość o jego śmierci dotrze do Per­ce­pli­quis i kto ją o tym powia­domi.

Może mój ojciec? Ta myśl wywo­łała u Nolyna żało­sny uśmiech. Nie, tak zacho­wałby się praw­dziwy ojciec i nor­malna istota ludzka. Nyph­ron nie jest ani jed­nym, ani dru­gim.

Nolyn pod­szedł do Acer, ich jedy­nego zwie­rzę­cia. Dowódcy szwa­dro­nów mieli spo­glą­dać na swo­ich żoł­nie­rzy z góry, dla­tego klacz osio­dłano. Mimo wszystko Nolyn jej nie dosia­dał. Wrę­czył wodze posłań­cowi.

– Masz.

Zasko­czony chło­pak popa­trzył na zwie­rzę.

– Nie rozu­miem.

Nolyn wci­snął mu wodze do ręki.

– Wra­caj do Urli­neus. Zamel­duj, co się stało. Powiedz, żeby wysłali pomoc.

W oczach mło­dzieńca zapło­nęło świa­tło deter­mi­na­cji i zro­zu­mie­nia. Poki­wał głową.

– Tak jest. Wyru­szam natych­miast.

– Jedź, chłop­cze. Liczymy na cie­bie.

Zwia­dowca dosiadł konia, obej­rzał się po raz ostatni, po czym spiął wierz­chowca ostro­gami i poga­lo­po­wał przez liścia­ste rośliny rosnące wzdłuż nie­rów­nego, nie­dawno wyrą­ba­nego w lesie szlaku. Żoł­nie­rze patrzyli w ślad za nim, dopóki odgłos kopyt nie ucichł, a wtedy zwró­cili się do Nolyna, który zasta­na­wiał się, czy teraz już wszy­scy widzą Strzałę Śmierci.

Tak jak on nie znał ich imion, oni także go nie znali. Wła­śnie napo­tkali swój pierw­szy i zapewne ostatni kry­zys. Mógł skła­mać i wlać w ich serca nieco odwagi, ale wąt­pił, by to miało jakieś zna­cze­nie.

Wszystko obraca się w pył. Pozo­staje tylko teatr.

– Przy­kro mi, pano­wie. – Sta­rał się zabrzmieć jak naj­bar­dziej męż­nie. – Wygląda na to, że zosta­nie­cie poświę­ceni u mego boku, i bar­dzo was za to prze­pra­szam.

– Co Wasza Wyso­kość ma na myśli? – spy­tał Jerel DeMar­de­feld.

Nolyn pamię­tał jego nazwi­sko, ponie­waż brzmiało absur­dal­nie wytwor­nie i taki też był jego wygląd. DeMar­de­feld wyróż­niał się na tle innych wyjąt­kową zbroją pły­tową oraz wypo­le­ro­waną bro­nią i nawet Nolyn wyglą­dał przy nim jak nędzarz. Nie­ska­zi­tel­nie przy­stro­jony żoł­nierz patrzył na niego z nie­do­wie­rza­niem, jakby Nolyn wła­śnie ogło­sił, że słońce jest mira­żem.

Nolyn wziął głę­boki oddech.

– Za chwilę zostanę zamor­do­wany, a ponie­waż ktoś chce, by moja śmierć była postrze­gana jako wojenna ofiara, wy także do mnie dołą­czy­cie. – Zmarsz­czył czoło, czu­jąc, że powi­nien coś dodać. – Zasłu­gu­je­cie na lep­szy los.

Nie zała­mali się, co go zasko­czyło. Legiony pod­trzy­my­wały dys­cy­plina oraz wiara w nie­omyl­ność przy­wód­ców, nawet nie­zna­jo­mych. Przy­zna­jąc się do porażki, prze­ciął te nie­wi­dzialne więzi. Mogli uciec, wpaść w panikę, a przy­naj­mniej zacząć narze­kać, ale tylko mil­czeli, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię.

Wszy­scy myślą o tym samym: pył. Ten dzień zmu­sił każ­dego do zosta­nia filo­zo­fem.

– Nie rozu­miem – ode­zwał się Pierw­sza Włócz­nia. – Jeśli to prawda, to dla­czego pan nie zabrał konia? Po co posy­łać zwia­dowcę? Pomoc może tutaj dotrzeć dopiero za kilka dni, a my mamy godziny. Pozbył się pan swo­jej jedy­nej nadziei na ucieczkę.

– Naprawdę? Cóż ze mnie za głu­piec. – Nolyn pod­szedł do powa­lo­nego drzewa i zaczął odła­my­wać mar­twe gałę­zie. – Jak masz na imię, Pierw­sza Włócz­nio?

– Ami­cus, Wasza Wyso­kość.

– No cóż, Ami­cu­sie, bystry z cie­bie gość. – Nolyn odła­mał kolejny patyk. – Dla­tego prze­ka­zuję ci dowo­dze­nie nad tym szwa­dro­nem.

– Mnie? Prze­cież to pan jest pry­mu­sem.

– Już nie. Zro­bisz, co w two­jej mocy, by popro­wa­dzić tych ludzi w bez­pieczne miej­sce, a ja zostanę tutaj i roz­palę ogni­sko.

– Nic z tego, Wasza Wyso­kość! – ode­zwał się jeden z pozo­sta­łych. Nolyn nie znał jego imie­nia, ale szpi­ku­lec na heł­mie wska­zy­wał, że jest Drugą Włócz­nią. – Nie może pan tego zro­bić. Z pew­no­ścią zwabi pan gha­zele. Rów­nie dobrze mógłby pan zawie­sić latar­nię na bagnie. Ścią­gnie pan ich całą chmarę, a te szkod­niki mają czte­ro­ca­lowe pazury i kły.

– Wła­śnie o to mu cho­dzi – orzekł Jerel z prze­ko­na­niem. – Zamie­rza odwró­cić uwagę gha­zeli, żeby­śmy mogli uciec.

Nolyn pod­niósł kolejną gałąź i zła­mał ją na pół, a następ­nie rzu­cił oba kawałki na nie­wielką stertę. Widząc to, Jerel DeMar­de­feld wyjął topo­rek i zaczął rąbać drewno.

– Nie musisz tego robić – stwier­dził Nolyn.

Jerel tylko się uśmiech­nął do niego, a potem do Ami­cusa.

Ami­cus w odpo­wie­dzi zmarsz­czył czoło, odło­żył tar­czę i podra­pał się po szcze­ci­nie na szyi. Zwró­cił się do Nolyna.

– Na pewno jest pan synem impe­ra­tora? Ponie­waż… – Popa­trzył wzdłuż wąskiego szlaku, któ­rym odje­chał zwia­dowca. – Tacy jak pan zazwy­czaj nie poświę­cają się dla takich jak my. Zawsze jest odwrot­nie.

– To nie­nor­malne – dodał Jerel, prze­rą­bu­jąc na pół gruby konar.

– Czyżby? – spy­tał Nolyn. – Widzę, że obaj jeste­ście eks­per­tami. Jestem jedy­nym dziec­kiem Nyph­rona, więc z kim mnie porów­nu­je­cie?

– Cho­dziło mi po pro­stu o to… – Ami­cus naj­wy­raź­niej nie wie­dział, o co mu cho­dziło, ponie­waż urwał i skrzy­żo­wał ręce na piersi.

– Tra­ci­cie czas. Słońce zacho­dzi.

Nolyn zga­dy­wał, bo tak naprawdę nie wie­dział, która jest godzina. W dżun­gli Caly­nii trudno było dokład­nie osza­co­wać porę dnia. Korony drzew prze­pusz­czały tylko poje­dyn­cze pro­mie­nie słońca.

– Naprawdę mamy opu­ścić Waszą Wyso­kość? – Ami­cus wska­zał pozo­sta­łych. – Mamy uciec?

Nolyn wzru­szył ramio­nami.

– Nie jestem zachwy­cony tą per­spek­tywą, ale to wasza jedyna szansa. A więc ow­szem. Ja tu zostanę, roz­palę duże ogni­sko, naro­bię mnó­stwo hałasu i zwa­bię jak naj­więk­szą liczbę nie­pro­szo­nych gości. To może pomóc, a na pewno nie zaszko­dzi.

– Chwi­leczkę. – Ami­cus ponow­nie popa­trzył na szlak i obró­cił się do Nolyna. – Eve­rett jest naj­młod­szy. To dla­tego posłał go pan konno?

Eve­rett – czy tak ma na imię? Na Mari, nie mam pamięci do imion. Z twa­rzami jakoś sobie radzę, podob­nie z licz­bami, ale imiona…

– Tak zga­duję – wtrą­cił się Jerel. Uśmiech­nął się sze­roko do Ami­cusa.

Pierw­sza Włócz­nia posłał mu surowe spoj­rze­nie.

– Och, przy­mknij się. To nie ma nic wspól­nego z tobą i two­imi uro­je­niami.

Jerel wzru­szył ramio­nami i wró­cił do rąba­nia drewna.

Ami­cus krę­cił głową.

– Nie kupuję tego. Ani tro­chę. – W jego gło­sie pobrzmie­wał gniew. – Nawet nas pan nie zna. Poza tym jest pan księ­ciem, ofi­ce­rem i… – Zawie­sił głos.

Nolyn pod­niósł wzrok znad sterty drewna.

– Tak? Mów dalej.

Żoł­nierz nie odpo­wie­dział. Jego twarz zmie­niła się w posępną maskę.

– Słu­cham, Pierw­sza Włócz­nio. Kim jestem?

Ami­cus dalej mil­czał.

– Wszy­scy zapewne zgi­niemy – cią­gnął Nolyn. – I cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej nie byłem w Caly­nii, wal­czy­łem z gobli­nami dłu­żej, niż wam się wydaje. Podej­rze­wam, że wie­cie, co one robią ze swo­imi wro­gami. Nie jestem w sta­nie uka­rać was bar­dziej niż one. Dla­tego mów otwar­cie. Słu­cham. Kim jestem?

– Jed­nym z nich – odrzekł Ami­cus. – Insta­rya.

– Ach. – Nolyn poki­wał z uśmie­chem głową. – Prawdę mówiąc, nie wie­dzia­łem, co zamie­rzasz powie­dzieć. Może, że jestem elfem, Fhre­jem albo kimś uprzy­wi­le­jo­wa­nym… Nic z tego nie jest prawdą, wli­cza­jąc Insta­rya.

– Pań­skim ojcem jest impe­ra­tor Nyph­ron, przy­wódca wojow­ni­czego klanu Fhre­jów. To czyni pana jed­nym z nich.

– Zapo­mi­nasz o Per­se­fo­nie. – Nolyn zamilkł, wciąż trzy­ma­jąc w dło­niach dwa patyki prze­zna­czone na ogni­sko. – Minęło ponad osiem­set lat od śmierci mojej matki, więc taki błąd jest zro­zu­miały… przy­gnę­bia­jący, ale można się go spo­dzie­wać. Wielu ludzi o niej zapo­mniało. – Rzu­cił patyki na stertę. – To ona nadała mi imię. Wiesz, co ozna­cza „Nolyn”?

– Wiem, że to imię Fhre­jów.

– Ozna­cza „bez ziemi”. Nie mam na świe­cie swo­jego miej­sca. Mój ojciec jest Fhre­jem, ale matka była czło­wie­kiem. Co czyni mnie… kim? Jed­nym i dru­gim? Żad­nym z nich? Czymś zupeł­nie innym? – Pod­niósł głos. – Wska­zu­jesz mnie pal­cem, więc odpo­wiedz, Pierw­sza Włócz­nio. Czym jestem? Naprawdę chciał­bym wie­dzieć.

To uci­szyło Ami­cusa. Wes­tchnął, posłał jesz­cze jedno spoj­rze­nie Jere­lowi i zdjął hełm.

Nolyn wyczy­tał nie­pew­ność z jego zmarsz­czo­nego czoła, ale…

Wygląda zna­jomo. Czy po raz pierw­szy widzę go bez hełmu?

Przy­glą­da­jąc się odsło­nię­tej twa­rzy żoł­nie­rza, Nolyn doszedł do wnio­sku, że już wcze­śniej widział Pierw­szą Włócz­nię rezer­wo­wego szwa­dronu siód­mego legionu Sika­rii. Ale nie potra­fił sobie przy­po­mnieć gdzie. To wspo­mnie­nie było rów­nie nie­uchwytne jak imiona jego ludzi.

– Ami­cu­sie? Jedziemy? – spy­tał Druga Włócz­nia.

Pierw­sza Włócz­nia przez chwilę nie odpo­wia­dał. Patrzył na Nolyna z iry­ta­cją, nie­mal nie­na­wi­ścią.

– Nie. Zosta­jemy.

Nolyn pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową.

– To absurd. Wszy­scy zgi­nie­cie. I w imię czego? Honoru? Przy­zwo­ito­ści? Poczu­cia obo­wiązku?

– To pan zaczął.

Nolyn wes­tchnął.

– To głu­pota, ot co. – Popa­trzył na szlak. – Nawet Eve­rett ma małe szanse na ucieczkę. Wie­dzą, że nie mamy innej drogi, więc nadejdą z góry rzeki i nas ode­tną.

Ami­cus poki­wał głową.

– Spo­dzie­wają się, że w ciem­no­ści stra­cimy głowę i się roz­dzie­limy. Liczą na to, że sami wpad­niemy im w ręce. – Popa­trzył na stertę drewna, którą zgro­ma­dził Nolyn. – Ale jeśli roz­pa­limy potężne ogni­sko i oświe­tlimy oko­licę…

Nolyn przez chwilę się zasta­na­wiał.

– Gha­zele Durat Ran z pół­nocy nie­na­wi­dzą jasnego świa­tła. Żyją w gór­skich jaski­niach, więc mają bar­dzo wraż­liwe oczy. Jak jest tutaj?

Ami­cus wska­zał korony drzew.

– Tak samo jest z Gur Um Ran. W dżun­gli jest rów­nie ciemno.

Nolyn poki­wał głową.

– A jeśli sta­niemy ple­cami do urwi­ska, a przed sobą będziemy mieli rzekę…

– Zawę­zimy ich drogę dostępu – dokoń­czył Ami­cus. – Stracą prze­wagę wyni­ka­jącą z liczeb­no­ści.

Nolyn się rozej­rzał.

– Poślą… Jak uwa­żasz? Setkę daku?

– Tutaj ina­czej się ich nazywa – odrzekł Druga Włócz­nia. – Gur Um Ran nazy­wają swo­ich wete­ra­nów zaphe­rami. Spo­dzie­wam się raczej dwóch setek.

Nolyn na niego popa­trzył.

– Słowo daję, mam fatalną pamięć do imion. Czy już mi się przed­sta­wi­łeś?

– Tak jest, Wasza Wyso­kość. Jesz­cze w Urli­neus.

– Możesz zro­bić to ponow­nie?

– Riley Glot.

– Dzię­kuję, Riley. Mówisz, że dwie setki? Skoro jest nas dwu­dzie­stu, wystar­czy, że każdy z nas zabije dzie­siątkę – powie­dział sar­ka­stycz­nie, ale od razu tego poża­ło­wał. To nie był czas na obni­ża­nie morale. – To chyba nie powi­nien być pro­blem, prawda? – dodał, sta­ra­jąc się zabrzmieć jak naj­bar­dziej entu­zja­stycz­nie.

– Oczy­wi­ście, Wasza Wyso­kość – odparł Riley bar­dziej szcze­rze, niż Nolyn się spo­dzie­wał. – Razem z Ami­cu­sem powin­ni­śmy…

Pierw­sza Włócz­nia odchrząk­nął.

– Co powin­ni­ście? – spy­tał Nolyn.

Riley zamilkł.

– Czy muszę o czymś wie­dzieć? – naci­skał Nolyn. – Pytam tylko dla­tego, że skoro mnie nie opusz­cza­cie, pozo­staję dowódcą tego szwa­dronu. Nasze szanse prze­trwa­nia są bar­dzo wąt­pliwe, więc jeśli wie­cie o czymś, co może nam pomóc, być może powin­ni­ście się tym podzie­lić?

Riley ponow­nie wbił wzrok w Ami­cusa. Inni poszli w jego ślady.

– Wygląda na to, że wszy­scy patrzą na cie­bie, Pierw­sza Włócz­nio – zauwa­żył Nolyn. – Co masz nam do powie­dze­nia?

Ami­cus patrzył na ota­cza­ją­cych go ludzi, ale nie odpo­wia­dał.

Widzia­łem go w tłu­mie, uświa­do­mił sobie Nolyn. Pod­czas jakiejś dużej uro­czy­sto­ści.

Przy­glą­dał się temu iry­tu­jąco zna­jo­memu czło­wie­kowi. Podob­nie jak pozo­stali, Pierw­sza Włócz­nia był wypo­sa­żony w zbroję, oszczep, szty­let i inny nie­zbędny sprzęt, które w sumie ważyły nie­mal sześć­dzie­siąt fun­tów. To był znaczny cię­żar w par­nej dżun­gli, dla­tego Nolyn uwa­żał za dziwne, że Ami­cus posta­no­wił dźwi­gać dodat­kowy ekwi­pu­nek. Miał aż trzy mie­cze: po jed­nym na obu bio­drach oraz gigan­tyczne ostrze na ple­cach. Pierw­sza Włócz­nia był odpo­wie­dzialny za wszyst­kich człon­ków szwa­dronu, dla­tego nosił przy sobie także dodat­kowe ban­daże, zapasy żyw­no­ści oraz trunki, które roz­dzie­lał wedle potrzeb. Zabra­nie dwóch dodat­kowych mie­czy wyda­wało się oso­bliwą decy­zją, zwłasz­cza naj­więk­szego z nich, który nie przy­dałby się na wiele w gęstej dżun­gli.

Trzy mie­cze! Nolyn wresz­cie sko­ja­rzył. Oczy­wi­ście! To z tego sły­nie.

– Jak brzmi twoje nazwi­sko, Ami­cu­sie?

Pierw­sza Włócz­nia jesz­cze moc­niej zmarsz­czył czoło. Posy­łał ostre spoj­rze­nia swoim towa­rzy­szom.

– Masz je, czyż nie? Nazwi­sko? – Nolyn zachi­cho­tał roz­ba­wiony opo­rem męż­czy­zny. – Daj spo­kój, Strzała Śmierci pędzi w naszą stronę. Żaden z nas o tym nie opo­wie.

Ami­cus głę­boko ode­tchnął.

– Kil­lian.

Ami­cus było popu­lar­nym imie­niem, ale wszy­scy sły­szeli o Ami­cusie Kil­lia­nie.

– Co tutaj robisz?

Pierw­sza Włócz­nia jesz­cze raz popa­trzył na pozo­sta­łych żoł­nie­rzy.

– Ukry­wa­łem się.

***

Nolyn wal­czył z gha­ze­lami Fir Ran, Fen Ran i Durat Ran w lasach, na mokra­dłach i w górach Avr­lynu, ale mimo upływu wie­ków wciąż nie był pewien, czy gobliny naprawdę są noc­nymi isto­tami. Gha­zele ata­ko­wały w nocy, ponie­waż widziały w ciem­no­ści lepiej od ludzi. Ale nawet gdy legiony wal­czyły za dnia, bitwy ni­gdy nie były łatwe. Domy i obo­zo­wi­ska gha­zeli zawsze znaj­do­wały się w ciem­nych, ponu­rych miej­scach, które zapew­niały im prze­wagę. Świa­tło zazwy­czaj było sprzy­mie­rzeń­cem legionu, ale siódmy rezer­wowy szwa­dron Sika­rii z tru­dem budo­wał ogni­sko w zapa­da­ją­cym zmroku.

Wil­gotne drewno sta­wiało opór. Było gotowe roz­paść się w pył, ale nie chciało obró­cić się w popiół.

Trzy grupy żoł­nie­rzy tru­dziły się z łukiem, świ­drem i deseczką. Dwie kolejne krze­sały nożami iskry z krze­mieni. Reszta rąbała drewno i ścią­gała je do roz­sze­rza­ją­cej się szcze­liny w skal­nej ścia­nie, gdzie powsta­wała ich pro­wi­zo­ryczna for­teca, która miała być chro­niona ogni­stą fosą.

Kiedy zro­biło się ciemno, pra­co­wali po omacku i nawet Nolyn led­wie widział swoje dło­nie. Fhre­jo­wie peł­nej krwi widzieli w ciem­no­ści nie­mal rów­nie dobrze jak gobliny, a lep­szy wzrok Nolyna był jed­nym z nie­licz­nych darów, które odzie­dzi­czył po ojcu. Nie­stety, potrójna war­stwa liści nad ich gło­wami ogra­ni­czała zdol­no­ści Nolyna, zatem jego ludzie zapewne byli cał­ko­wi­cie ślepi. Żoł­nie­rze w mil­cze­niu wier­cili i skro­bali drewno. Nagle wszy­scy ode­tchnęli, gdy w mroku bły­snął pierw­szy pło­mień. Jedna z dru­żyn z wier­tłami wyprze­dziła swo­ich towa­rzy­szy z krze­mie­niami.

Dawne metody cza­sem spraw­dzają się naj­le­piej, pomy­ślał Nolyn.

Pod­czas gdy życz­liwa spo­łecz­ność opie­ko­wała się nowo naro­dzo­nym ogniem, by zdrowo wyrósł, Nolyn posta­no­wił wyko­rzy­stać pozo­stały mu czas na lep­sze pozna­nie swo­ich ludzi. Ści­skał ich dło­nie i pro­sił, by coś o sobie opo­wie­dzieli. Imiona były jak śli­skie ryby, któ­rych jego umysł nie potra­fił utrzy­mać, dla­tego sku­piał się na tym, kim są: zbie­głym nie­wol­ni­kiem, mor­dercą, który pró­buje unik­nąć szu­bie­nicy, żoł­nie­rzem w czwar­tym poko­le­niu, zło­dzie­jem na pół etatu i hazar­dzi­stą na pełny etat, ide­ali­stą, rol­ni­kiem dotknię­tym suszą, mło­dym synem ubo­giej kobiety z Caly­nii, która nie jest w sta­nie wykar­mić rodziny.

Wielu nazy­wało pobli­skie pro­win­cje swoim domem, ale nie­któ­rzy pocho­dzili z tak dale­kich miejsc jak zachod­nia Warica. Więk­szość uwa­żała służbę w woj­sku za naj­lep­szy spo­sób na zaro­bie­nie pie­nię­dzy i pod­nie­sie­nie swo­jej pozy­cji spo­łecz­nej. Lśniący Jerel DeMar­de­feld był w tym aspek­cie wyjąt­kiem, ponie­waż nie miał takich potrzeb, a Nolyn zga­dy­wał, że dołą­czył do legionu z nudy. Druga Włócz­nia, Riley Glot, _któ­rego nazwi­sko rymuje się z gruby kot,_ już wcze­śniej wspo­mi­nał, że Jerel jest „inny”, ale nie chciał powie­dzieć nic wię­cej. Oprócz takich nazwisk jak Ami­cus Kil­lian, Jerel DeMar­de­feld i Riley Glot, _któ­rego nazwi­sko rymuje się także ze stary płot_, Nolyn zdo­łał zapa­mię­tać także imiona Pala­de­io­usa i Gre­iga, dwóch potęż­nych męż­czyzn, któ­rych Ami­cus zamie­rzał umie­ścić na lewej i pra­wej flance. Ami­cus, Riley oraz Azu­riah Mit, opa­lony męż­czyzna o postu­rze niedź­wie­dzia, mieli sta­nąć na środku. Nolyn zapa­mię­tał nazwi­sko Mita, ponie­waż brzmiało komicz­nie i wyda­wało się zmy­ślone.

– Ni­gdy nie byłem w Per­ce­pli­quis – zawo­dził jeden z mło­dych żoł­nie­rzy z Calynu.

To był ten ubogi chło­pak, który wysy­łał żołd matce żyją­cej w cha­cie gdzieś na przed­mie­ściach Daga­stanu. Cho­ciaż Nolyn ni­gdy nie odwie­dził tego mia­sta na wschod­nim wybrzeżu, wie­dział, że okre­śle­nia „mia­sto” w tym przy­padku uży­wano mocno na wyrost, a „chaty” w tam­tej oko­licy zapewne były wyjąt­kowo skromne. Żoł­nierz przy­znał, że ma dopiero dzie­więt­na­ście lat, choć wyglą­dał na trzy­dzie­ści. Krę­cone, czarne włosy i broda masko­wały jego młody wiek, ale zmę­czone oczy wyglą­dały, jakby widziały zbyt wiele. Jak więk­szość ludzi z tam­tego regionu miał skom­pli­ko­wane nazwi­sko, które trudno było wymó­wić, dla­tego Nolyn nawet nie pró­bo­wał. Zamiast tego w myślach nazwał go „Bied­nym Calyń­czy­kiem”.

– Czy mia­sto jest tak nie­sa­mo­wite, jak o nim mówią? – spy­tał chło­pak. – Sły­sza­łem, że mają tam ide­al­nie pro­ste drogi, któ­rych ni­gdy nie pokrywa błoto, a ludzie mogą na zawo­ła­nie mieć w domach czy­stą wodę. To musi być cudowne.

– Ow­szem – odpo­wie­dział Nolyn, ponie­waż wie­dział, że Biedny Calyń­czyk musi tak to postrze­gać. On sam miał zupeł­nie inną opi­nię o sto­licy impe­rium.

– Myśla­łem, że pew­nego dnia je zoba­czę. Na przy­kład pod­czas parady zwy­cię­stwa. Ale ta wojna…

– Ni­gdy się nie koń­czy? – dokoń­czył Nolyn za niego i poki­wał głową. – Toczymy ją od ponad czte­ry­stu lat.

– Tak długo? – Żoł­nierz podra­pał się po bro­dzie. – A więc ni­gdy nie zoba­czę Per­ce­pli­quis.

Pierw­sza fala strzał spa­dła z nieba bez ostrze­że­nia i zagrze­cho­tała o pobli­skie skały. Tuż obok Nolyna jeden z żoł­nie­rzy zgi­nął na miej­scu, gdy grot wbił mu się w oko i roz­sa­dził tył czaszki. Pala­de­ious, wielki jak góra, stęk­nął, gdy drew­niana strzała tra­fiła go w udo. Utrzy­mał się na nogach i z wście­kłym wark­nię­ciem odła­mał drzewce z czar­nym pie­rzy­skiem.

– Tar­cze! – zawo­łał Ami­cus.

Ludzie szybko zare­ago­wali i druga seria strzał ude­rzyła z hukiem w drew­niany mur.

Dopiero wtedy Nolyn zauwa­żył Bied­nego Calyń­czyka, który leżał na ziemi. Chło­pak został tra­fiony pod­czas pierw­szego ostrzału, kiedy dra­pał się po bro­dzie. Strzała prze­biła mu dłoń i oba policzki. Pozo­stała w jego ustach niczym wędzi­dło w pysku konia. Koły­sał się na kola­nach z dło­nią przy­twier­dzoną do policzka.

– Nie ruszaj się – roz­ka­zał Nolyn.

Wyjął szty­let i odciął pie­rzy­sko strzały. Następ­nie przy­trzy­mał głowę mło­dzieńca i wyszarp­nął drzewce. Twarz i usta żoł­nie­rza były śli­skie od krwi, ale mniej, niż Nolyn się spo­dzie­wał. Co dziwne, strzała omi­nęła język, szczękę i zęby – to była cudowna rana: „samo ciało, bez kości”, jak mawiano. Biedny Calyń­czyk zacho­wał spo­kój i szybko owi­nął twarz kawał­kiem szmaty.

Ci ludzie są dobrze wyszko­leni_._ Nolyn popa­trzył na Ami­cusa Kil­liana, który stał bez­po­śred­nio przed nim. To dla­tego, że on ich uczył.

Następ­nie usły­szeli wrza­ski wro­gów – cien­kie i chra­pliwe. Ten zna­jomy dźwięk, przy­po­mi­na­jący zgrzyt metalu, wypro­wa­dził Nolyna z rów­no­wagi. Paskudne stwory wylały się z ciem­no­ści jak rój os. Wybie­gły z gęstej dżun­gli, postu­ku­jąc pazu­rami. Za ich owal­nymi źre­ni­cami krył się nie­zdrowy żółty blask. Zgar­bione grzbiety, potężne ręce i pyski z rzę­dami ostrych jak igły zębów nawie­dzały kosz­mary wszyst­kich legio­ni­stów. To była nie­chciana pamiątka, którą oca­lali przy­wo­zili do domu.

Legion zazwy­czaj sto­so­wał bitewny manewr zwany Potrójną Linią. Nolyn oso­bi­ście był świad­kiem roz­woju tej tech­niki. Dawna falanga, w któ­rej sta­wiano na linie pro­ste i dłu­gie włócz­nie, ustą­piła miej­sca bar­dziej ela­stycz­nemu natar­ciu za pomocą oszcze­pów, a następ­nie szczel­nej ścia­nie z tarcz, któ­rej bro­niono krót­kimi mie­czami. Każdy sze­reg miał swo­jego dowódcę. W pierw­szej linii usta­wiano nie­do­świad­czo­nych i źle wypo­sa­żo­nych żoł­nie­rzy, któ­rzy byli prze­zna­czeni na stra­ce­nie. W dru­giej sta­wali silni i mło­dzi, a w trze­ciej wete­rani. Pry­mus zazwy­czaj trzy­mał się na tyłach i obser­wo­wał bitwę z sio­dła. Ale teraz byli w sta­nie sfor­mo­wać tylko dwa sze­regi. Ami­cus objął dowo­dze­nie nad pierw­szym, a Nolyn nad dru­gim.

Pierw­sza Włócz­nia sta­nął na środku i stał się dzio­bem ich nie­wiel­kiego okrętu, który miał sta­wić czoło roz­wście­czo­nemu morzu. Uczy­nie­nie dowódcy ośrod­kiem ataku wroga było nie­kon­wen­cjo­nal­nym roz­wią­za­niem i cho­ciaż świad­czyło o dziel­no­ści, nie było zale­cane. Nolyn miał ochotę zain­ter­we­nio­wać, ale doświad­cze­nie nauczyło go, by nie kwe­stio­no­wać intu­icji Pierw­szej Włóczni, zwłasz­cza że nie znał tego regionu.

Nolyn roz­ka­zał żoł­nie­rzom posłać w stronę wroga pierw­szą falę oszcze­pów, któ­rej sku­tecz­ność trudno było osza­co­wać w ciem­no­ści. Następ­nie męż­czyźni zwarli sze­regi. Byli w potrza­sku, więc zada­niem pierw­szego sze­regu było stwo­rze­nie nie­prze­nik­nio­nej ściany i sku­teczne niwe­cze­nie prób wroga. Ale kiedy gobliny natarły, Ami­cus z nie­wy­ja­śnio­nych powo­dów opu­ścił tar­czę i wystą­pił z sze­regu, dzier­żąc w dło­niach dwa mie­cze. Gdyby cho­dziło o kogo­kol­wiek innego, Nolyn roz­ka­załby mu się cof­nąć i uznałby, że żoł­nierz wpadł w panikę. Ale nie po raz pierw­szy widział Ami­cusa Kil­liana w akcji.

To było wiele lat przed tym, jak wszy­scy w Per­ce­pli­quis zgro­ma­dzili się na Impe­rial­nej Are­nie, by obej­rzeć Bitwę Stu­le­cia, jak ją rekla­mo­wano w całym mie­ście. Tam­tego dnia zwy­kły czło­wiek miał wal­czyć z Insta­rya, jed­nym z naj­lep­szych wojow­ni­ków z nie­zwy­cię­żo­nego wojow­ni­czego szczepu Fhre­jów. Nolyn poja­wił się na tym spek­ta­klu razem z Seph­ryn. Jako książę mógł zasiąść w Wyso­kiej Loży, jed­nak oboje posta­no­wili sta­nąć na Polu Wspól­nym. Mimo że mieli stam­tąd ogra­ni­czony widok, ener­gia tłumu była nie­sa­mo­wita. Pod­czas zawo­dów, które były nie tylko roz­rywką, ale także aktem buntu, wszy­scy widzieli, gdzie stoją następca tronu i prze­wod­ni­cząca rady – ramię w ramię z ludźmi.

Walka prze­szła do legendy.

Ami­cus Kil­lian zmie­rzył się z Abryl­lem Orphe, synem Ply­me­ra­tha, legen­dar­nego boha­tera Wiel­kiej Wojny. Abryll, ubrany w poły­sku­jącą zbroję z brązu, tań­czył po are­nie, a jego nie­bie­ska pele­ryna i dłu­gie blond włosy powie­wały na wie­trze. Ami­cus się nie poru­szał. Miał na sobie tylko skó­rzaną spód­niczkę, kar­wa­sze i pro­ste san­dały. Cze­kał z mie­czami w obu dło­niach i trze­cim potęż­nym ostrzem na ple­cach. Uży­wał tej broni pod­czas każ­dej walki na are­nie i w ciągu zale­d­wie trzech lat stał się jed­nym z naj­słyn­niej­szych wojow­ni­ków na świe­cie. Tam­tego dnia Nolyn, który trzy­mał Seph­ryn za rękę, dowie­dział się, dla­czego tak się stało.

Teraz, uwię­ziony w śle­pym kanio­nie naprze­ciwko hordy gha­zeli w bla­sku potęż­nego ogni­ska, ponow­nie doświad­czył nie­wy­tłu­ma­czal­nego.

Wro­go­wie zauwa­żyli Ami­cusa i wyrwę w sze­regu. Popę­dzili w jego stronę dwój­kami. W wąskiej roz­pa­dli­nie, w któ­rej pło­nęło ogni­sko, nie mieli miej­sca na licz­niej­sze ataki. Ami­cus poru­szał się oszczęd­nie, a jego kroki, ciosy, spoj­rze­nia ani nawet odde­chy nie były przy­pad­kowe. Każde dzia­ła­nie miało jakiś cel, jakby reali­zo­wał ide­al­nie wyćwi­czoną cho­re­ogra­fię. Nolyn widział, że wojow­nik jest o dwa kroki przed swo­imi prze­ciw­ni­kami, i przy­po­mniał sobie jego słynny przy­do­mek, który tłum skan­do­wał na are­nie: „PRO-ROK! PRO-ROK! PRO-ROK!”.

On widzi przy­szłość, pomy­ślał Nolyn. Nie da się tego wyja­śnić.

Ami­cus nawet na chwilę nie tra­cił rów­no­wagi ani pew­no­ści sie­bie. Poru­szał się z pro­stą ele­gan­cją: pchnię­cie, cię­cie, blok, dźgnię­cie. To wszystko wyglą­dało na takie pro­ste. Gha­zele wyglą­dały przy nim jak dzieci z paty­kami. Nolyn wie­lo­krot­nie mie­rzył się z nimi pod­czas innej wojny i dobrze znał ich siłę, szyb­kość oraz spryt, ale tutaj padały dwój­kami pod ostrzami Ami­cusa. Dwa, cztery, sześć… trupy się pię­trzyły.

– Już jest dzie­sięć! – zawo­łał Riley. – Osią­gnął swój przy­dział.

Nolyn nie rozu­miał, dla­czego gobliny na­dal szar­żują. Może sądziły, że Ami­cus opad­nie z sił? A może zgła­dze­nie wroga, który zabił tak wielu z nich, mogło przy­nieść chwałę zwy­cięzcy? Naj­bar­dziej praw­do­po­dobne wyda­wało się to, że wojow­nik, który nie miał tar­czy i zaj­mo­wał nie­chro­nioną pozy­cję przed sze­re­giem, sta­no­wił zbyt kuszący cel. Nie­za­leż­nie od powodu, gobliny nie­ustan­nie ata­ko­wały parami i tak umie­rały. Minęło zaska­ku­jąco dużo czasu, zanim ta rzeź ustała. Sterta ciał utrud­niała im dal­sze natar­cie. Gha­zele w końcu zna­la­zły roz­wią­za­nie pro­blemu i nad ogni­skiem pomknęła kolejna salwa strzał.

Wtedy losy bitwy powinny były się odwró­cić. Ciała przy­gnio­tły tar­czę Ami­cusa i żoł­nierz był bez­bronny, a przy­naj­mniej tak uwa­żał Nolyn. Ale kiedy męż­czy­zna scho­wał się za stertą tru­pów, Nolyn zro­zu­miał peł­nię woj­sko­wego geniu­szu Ami­cusa Kil­liana, który nie tylko bro­nił się przed falami potęż­nych wro­gów, ale też sta­ran­nie pla­no­wał, gdzie spo­cznie każde ciało. Zabi­jał gobliny w takich miej­scach, by zbu­do­wać obronny mur, który miał go osło­nić przed nie­unik­nio­nym desz­czem strzał. Nie był o dwa kroki, ale o całe mile przed wro­giem.

„PRO-ROK! PRO-ROK! PRO-ROK!”.

Po dwóch nie­sku­tecz­nych ostrza­łach walka ustała. Ogni­sko pło­nęło, a z ciem­no­ści po jego dru­giej stro­nie dobie­gał zło­wiesz­czy sfru­stro­wany war­kot.

Impas. Ale tylko na chwilę.

Byli w potrza­sku i nie mogli dorzu­cać drewna do ognia, więc ich jedyne źró­dło świa­tła w końcu musiało zga­snąć. Na razie pło­nęło w naj­lep­sze, kar­mione kło­dami drewna, które dorzu­cili do niego Pala­de­ious i Greig. Mogło nawet prze­trwać do rana, ale wie­dzieli, że świa­tło dnia ich nie ocali. Pomimo wyczy­nów Ami­cusa byli znacz­nie mniej liczni od wro­gów.

Nikt się nie odzy­wał. Wszy­scy wpa­try­wali się w tań­czące pło­mie­nie, pró­bu­jąc dostrzec, co robią cza­jące się za nimi cie­nie.

Ami­cus pozo­stał w swo­jej obrzy­dli­wej for­tecy śmierci z mie­czami w dło­niach.

Nawet nie wygląda na zmę­czo­nego, pomy­ślał Nolyn.

Spraw­dził stan Bied­nego Calyń­czyka. Ban­daż, który upo­dab­niał chło­paka do zakne­blo­wa­nego jeńca, był prze­siąk­nięty czer­wie­nią, ale krwo­tok ustał. Nolyn wyjął szmatkę z woreczka przy pasie i owi­nął prze­bitą dłoń mło­dzieńca.

– Ęki – wykrztu­sił Biedny Calyń­czyk. – Ędę usiał alczyć ewą eką.

– Dasz radę?

Chło­pak wzru­szył ramio­nami.

– Eko­namy ę.

Nolyn miał nadzieję, że to nie będzie konieczne. Jeśli Ami­cus będzie dalej tak wspa­niale sobie radził, być może docze­kają poranka i uda im się wyraź­niej zoba­czyć wro­gów. W lesie Erbon łatwo było uznać, że gha­zele to zwie­rzęta: bez­myślne bestie, któ­rym można pokrzy­żo­wać szyki za sprawą drzwi, ognia i wyczy­nów jed­nego wojow­nika.

Nolyn wie­dział, że to nie­prawda.

Gha­zele były rów­nie sprytne jak ludzie – a nawet bar­dziej – i wkrótce znów tego dowio­dły. Z dru­giej strony ogni­ska dobiegł cha­rak­te­ry­styczny śpiew. Kiedy żoł­nie­rze go usły­szeli, cały szwa­dron zaklął. Wszy­scy wie­dzieli, co to ozna­cza: obe­rdaza.

Gobliny miały sza­mana, jed­nego z tych małych sza­leń­ców ubra­nych w pióra i kora­liki, któ­rzy tań­czyli i przy­zy­wali mroczną magię. Ich obec­ność ni­gdy nie była pożą­dana. Nikt nie wie­dział, czego można się po nich spo­dzie­wać, i dla­tego wzbu­dzali taką grozę. Szwa­dron mógł zapaść się pod zie­mię albo zostać tra­fiony bły­ska­wicą. Musieli zacze­kać na koniec pie­śni, by poznać swój los.

Odpo­wie­dzią było niskie dud­nie­nie, które brzmiało tak, jakby cała dżun­gla wpa­dła we wście­kłość. Dono­śny dźwięk zatrząsł zie­mią.

Nie, to ruch ziemi wywo­łuje ten dźwięk_._ Nolyn poczuł, że ude­rzają w niego okru­chy skały, i szybko się obej­rzał. Urwi­sko za ich ple­cami drżało. Do drob­nych kamy­ków dołą­czyły więk­sze głazy, gdy skalna ściana zaczęła roz­sz­cze­piać się i pękać. Ogni­sko nagle zga­sło, jakby zdmuch­nął je olbrzym.

Nie mieli wiel­kiego wyboru.

– Legio­ni­ści! – zawo­łał Nolyn, uno­sząc miecz. – Do ataku!

Nie miał poję­cia, czy kto­kol­wiek go posłu­chał ani czy jego ludzie w ogóle go usły­szeli pośród huku kamieni i stu­ka­nia pazu­rów. Widział tylko cie­nie i nie­wy­raźne prze­my­ka­jące kształty. Pobiegł po roz­grza­nych węglach, licząc na to, że unik­nie kamien­nej lawiny. Zie­mia znów się zatrzę­sła. Na Nolyna spa­dły fala pyłu i grad kamieni.

W ciem­no­ści przed sobą widział świe­cące żółte śle­pia, które prze­my­kały niczym świe­tliki. Para oczu roz­bły­sła tuż przed nim. Instynk­tow­nie uchy­lił się i pchnął mie­czem. Nad jego głową prze­mknęły pazury, a ostrze wnik­nęło w ciało. Nolyn uwol­nił miecz i pobiegł dalej. Słaby blask księ­życa sączył się z nieba, uka­zu­jąc zarysy liści i zgar­bio­nych ramion. Stu­le­cia bitew­nego doświad­cze­nia wypo­sa­żyły Nolyna w szó­sty zmysł, dzięki któ­remu był w sta­nie na oślep robić uniki i siec wro­gów. Nagle ogłu­sza­jący cios spadł na jego hełm i posłał go na zie­mię. Bez­ruch ozna­czał samo­bój­stwo, dla­tego Nolyn prze­to­czył się w stronę naj­bliż­szego drzewa, cho­ciaż wciąż był oszo­ło­miony i nie wie­dział, gdzie się znaj­duje. Scho­wał się za pniem i usły­szał, jak coś w niego ude­rza. Zary­zy­ko­wał i wyko­nał pchnię­cie po lewej stro­nie drzewa. Nagro­dził go okrzyk bólu.

Kiedy odzy­skał jasność myśli, pobiegł w ciem­ność, ale stra­cił wyczu­cie kie­runku. Nie wie­dział, czy wraca w głąb roz­pa­dliny, czy ucieka w stronę kanionu. Naj­waż­niej­sze było pozo­sta­wa­nie w ruchu. Nasłu­chi­wał gło­sów, które mogłyby mu pomóc się prze­gru­po­wać, ale ze wszyst­kich stron dobie­gały tylko wrza­ski. Jego ludzie się roz­pro­szyli, bitwa była prze­grana.

Ude­rzył kola­nem w leżący pień i ponow­nie się prze­wró­cił. Zaci­snął zęby, powstrzy­mu­jąc wrzask. Wto­czył się pod powa­lone drzewo i cze­kał, aż ból minie. Okrzyki prze­ci­nały noc, były jed­nak coraz bar­dziej odle­głe i słabe, aż w końcu…

Cisza.

Wokół niego zapa­no­wał spo­kój.

Jestem sam.

Nolyn wczoł­gał się jesz­cze głę­biej pod potężny pień i cze­kał. Był czę­ściowo pogrze­bany, a jego noz­drza wypeł­niała przy­tła­cza­jąca woń ziemi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij