Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Noosfera. Wojna o Pamięć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Noosfera. Wojna o Pamięć - ebook

Niebo pękło. A świat podzielił się na tych, którzy chcą pamiętać — i tych, którzy wybierają zapomnienie. Po stronie Odyn, Thor, Perun i Weles — bogów, którzy nie chcą być już tylko pamiętani. Bo nadchodzi świat czysty, równy i jasny. Świat bez bólu. Bez ciężaru. Bez przeszłości. Świat, w którym nie ma już miejsca na ludzi. To nie jest walka o przetrwanie. To wojna o pamięć.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-138-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Kamienne kręgi stały na grzbiecie wzgórza, gdzie ziemia była cienka, a trawa niska i poszarzała od ognia. Jeszcze godzinę temu paliły się tu ogniska — wysokie, jasne, podsycane żywicą i tłuszczem. Ludzie stali między głazami, śpiewali, powtarzali imiona, żeby utrzymać je przy sobie.

Teraz zostały po nich czarne ślady i rozdeptany popiół, który wiatr rozciągał po ziemi cienką warstwą. W wilgotnym powietrzu unosił się zapach mokrej gliny, dymu i kwaśnej nuty rozkładu, która nie należała ani do ciała, ani do roślin — coś głębszego zaczęło się tu psuć.

Dobromił wszedł między kamienie wolno, jak ktoś, kto zna to miejsce i widzi, że przestało odpowiadać. Wyszedł z doliny przed świtem, zostawiając za sobą osadę, w której ludzie przestawali pamiętać imiona własnych dzieci. Szedł bez snu, prowadzony przez wieści o kręgach — o ostatnim miejscu, gdzie ogień pamięci jeszcze działał.

Buty zapadały się w miękkiej glebie. Błoto wchodziło pod skórzane paski i oblepiało kostki. Każdy krok ciążył bardziej, niż powinien. Zatrzymał się dopiero w centrum kręgu.

Tu zawsze było cieplej. Czuło się to od razu, jeszcze zanim dotknęło się ziemi.

Tym razem chłód wpełzł pod ubranie i zatrzymał się na skórze. Dobromił uniósł głowę. Kamienie stały jak dawniej — wysokie, spękane, pokryte znakami wyrytymi rękami ludzi, którzy rozumieli rytuał. Kiedyś linie były ostre, wypełnione sadzą i tłuszczem. Teraz powierzchnia była starta, jakby ktoś przejechał po niej dłonią i zdjął znaczenie, zostawiając tylko rysy.

— Coś się zmieniło — powiedział, bardziej do ziemi niż do człowieka.

Jaromir wszedł za nim szybciej, ciężko oddychając. Wspinali się razem od rzeki, gdzie znaleźli pierwszego martwego — mężczyznę bez imienia. Żona siedziała przy nim i patrzyła w twarz, powtarzając obce słowo, które kiedyś było jego imieniem, aż w końcu przestała je pamiętać.

Jaromir otarł twarz przedramieniem, zostawiając smugę błota.

— Nie „coś”. Wszystko.

Dobromił nie odpowiedział. Przyklęknął i położył dłoń na ziemi. Zimno weszło od razu. Nie powierzchowne, nie związane z porą dnia. Głębokie, suche, jakby ziemia została opróżniona z tego, co ją ogrzewało od środka. Wilgoć wsiąkała w skórę i nie chciała jej puścić.

— Słyszysz to? — zapytał.

Jaromir zatrzymał się przy jednym z głazów i nasłuchiwał. Na zboczu wiatr poruszał trawą, niżej ktoś krzyknął przy drodze, drewno zaskrzypiało pod czyimś ciężarem. W kręgu panowała cisza tak gęsta, że aż bolała w uszach.

— Nic.

Dobromił wstał powoli, prostując plecy z wyraźnym wysiłkiem.

— Właśnie o to chodzi.

Spojrzał w niebo. Nad nimi wisiały miasta aniołów — rozciągnięte, jasne struktury, które jeszcze wczoraj paliły się jak gwiazdy. Teraz ich kształty rozpływały się powoli, światło gasło fragmentami, jakby ktoś przenosił je gdzie indziej. To nie było zwycięstwo. To było wycofanie.

— Wracają — powiedział.

— Skąd to wiesz?

— Bo to miejsce przestało być potrzebne.

Jaromir podszedł do głazu i oparł o niego dłoń.

— Tu zawsze rozpalaliśmy ogień. Pamiętasz?

Dobromił skinął głową. Pamiętał dokładnie. Ludzi stojących w kręgu, głosy nakładające się na siebie, imiona powtarzane tak długo, aż stawały się ciężarem, który można było utrzymać.

Bez tego ludzie zaczynali znikać — najpierw z pamięci innych, potem z własnej. Chłopiec z doliny stracił imię w jedno popołudnie. Wieczorem jego matka przestała pamiętać jego twarz. Rano nie pamiętała, że kiedykolwiek miała dziecko. Chwila przeciągnęła się między nimi. Dobromił podjął decyzję szybciej, niż Jaromir zdążył coś powiedzieć.

— Rozdzielamy się.

Jaromir odwrócił się gwałtownie.

— Nie.

— Jeśli pójdziemy razem, znajdziemy jedną wioskę. Jeśli osobno — mamy szansę na dwie.

Jaromir podszedł bliżej. Zbyt blisko, jak na rozmowę.

— Widziałeś, co się dzieje z tymi, którzy zostają sami.

Dobromił spojrzał na niego długo. W oczach miał zmęczenie, ale też coś twardszego — decyzję, której nie zamierzał cofnąć.

— Jeśli zostaniemy razem, więcej ludzi zniknie.

— A jeśli się mylisz?

— Wtedy zginę pierwszy.

Jaromir cofnął się o krok, jakby dostał uderzenie.

— To ma być pocieszenie?

Dobromił nie odpowiedział.

— Idź do Vesny — powiedział w końcu. — Ona jeszcze słyszy rzekę. Jeśli ktoś rozumie, co się dzieje, to ona.

— A ty?

— Ja znajdę tych, którzy jeszcze pamiętają imiona.

Jaromir pokręcił głową.

— Sam sobie z tym nie poradzisz.

Krótki uśmiech pojawił się na twarzy Dobromiła, ale nie było w nim ciepła.

— Nikt sobie z tym nie radzi. Można tylko zdecydować, gdzie przestaniesz.

Odwrócił się i ruszył między kamieniami.

— Pytanie brzmi — rzucił przez ramię — kto zostaje dłużej. Jaromir stał jeszcze chwilę, patrząc na kręgi, które przestawały działać. Potem splunął w błoto i ruszył w dół zbocza, w stronę rzeki. Dobromił przeszedł kilka kroków. Zatrzymał się.

Drżenie przyszło od ziemi. Najpierw delikatne, jak przesuwający się kamień. Potem głębsze, cięższe. Spojrzał pod nogi. Błoto pękło wzdłuż cienkiej linii. Ziemia rozeszła się powoli, odsłaniając przestrzeń, która nie była ani jamą, ani szczeliną — brakowało jej głębi. Z wnętrza uderzyło zimno, suche i martwe. Dobromił cofnął się, ale grunt pod piętą osunął się i stracił równowagę. Z ciemności wysunęła się dłoń. Zbyt długa. Zbyt cienka. Skóra miała kolor rozmytego popiołu.

Za nią pojawiła się twarz — niedokończona, jakby ktoś porzucił ją w połowie tworzenia. Oczy patrzyły bez ruchu.

— Widzisz — powiedziała istota.

Głos brzmiał tak, jakby przechodził przez coś obcego, zanim dotarł do uszu.

Dobromił poczuł napięcie w mięśniach, które przyszło szybciej niż myśl.

— Czym jesteś? Na twarzy pojawił się uśmiech, cienki i nierówny.

— Tym, co zostaje, kiedy przestajecie pamiętać. Dobromił zacisnął dłonie.

— To wy ich zabieracie?

— Zbieramy. Zrobiła krok bliżej. Błoto nie zareagowało.

— Kiedy imię przestaje być używane, wiązanie pęka. Najpierw inni tracą do niego dostęp. Potem sam właściciel. Na końcu znika ślad.

Dobromił przełknął ślinę.

— Ile to trwa?

— Krócej, niż myślisz. Wczoraj jeden dzień. Dziś kilka godzin.

Obraz chłopca z doliny wrócił natychmiast.

— Można to zatrzymać?

Istota patrzyła na niego chwilę.

— Można utrzymać imię przy życiu. Wystarczy, żeby ktoś je pamiętał i wypowiadał.

Zamilkła na moment.

— Ale wy przestajecie.

Cień poruszył się szybciej, niż Dobromił zdążył zareagować. Dotyk. Zimny, przenikający głębiej niż skóra. Dobromił zachwiał się. Dłoń powędrowała do skroni.

— Co…

Myśl urwała się w połowie. Przed chwilą coś było — konkretne, ważne. Zniknęło. Serce przyspieszyło. Oddech stał się płytki.

— To początek — powiedziała istota spokojnie. — Najpierw rzeczy małe. Drogi, twarze, imiona. Dobromił podniósł wzrok. Podjął decyzję natychmiast. Odwrócił się i ruszył biegiem. Buty ślizgały się w błocie, kamienie wbijały się w podeszwy. Oddychał ciężko, czując, że coś w nim zostało naruszone.

— Wędrowiec… — dobiegł go szept. — Zawsze coś zostawiasz.

Ziemia zamknęła się za nim powoli. Kręgi znów stały nieruchomo. Tym razem puste w sposób, którego nie dało się odwrócić.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij