-
nowość
Norwegia - królestwo absurdu - ebook
Norwegia - królestwo absurdu - ebook
Norwegia zwykle sprawia na przybyszach bardzo pozytywne pierwsze wrażenie – oszałamia nas dramatyczne piękno otaczających krajobrazów i ogólny nastrój spokoju, porządku i schludności. Przekonani o tym, że żyjemy w normalnym, stosującym się do powszechnie uznawanych reguł logiki, zdrowego rozsądku i przyzwoitości kraju, możemy trwać w takim stanie bardzo długo, ukołysani złudnym poczuciem bezpieczeństwa, stabilności i tego, co wydaje się nam normalnością. Aż nagle któregoś dnia zderzamy się z Nieoczekiwanym – przytrafia się nam coś, co otwiera nam oczy i pokazuje, że to co, braliśmy za rzeczywistość, tak naprawdę było tylko fałszywym wytworem naszej wyobraźni. Z czasem tych dziwnych elementów nazbierało się tyle, że postanowiliśmy je opisać w formie serii felietonów. Autorzy
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788394362539 |
| Rozmiar pliku: | 5,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1. SPIS TREŚCI
2. Wprowadzenie
3. Norweskie myślenie
4. Folkeregisteret 1
5. Wstydź się, Norwegio!
6. Pracuj, pracuj, a garb ci sam wyrośnie.
7. Śledztwo w sprawie kota
8. Ile jest warte życie norweskiego obywatela?
9. Feriepenger
10. Przymusowe szachy pod choinką.
11. 10 koron za godzinę? Jesteśmy za!
12. Czołgi na granicy.
13. Bez przebaczenia
14. Helsedirektoratet
15. Rząd skandalistów.
16. Follobanen
17. Panie starszy, do gabinetu eutanazyjnego prosimy w dół schodami i na prawo!
18. Zdesperowany niewolnik nikotyny
19. Gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ni razu!
20. Odwrotny postęp czyli cofanie się do przodu.
21. Odklejeni od przyzwoitości
22. Urzędowa nienawiść do gotówki część 1
23. Tak walczymy o prawa kobiet!
24. Urzędowa nienawiść do gotówki część 2
25. Podatek od nieistniejącego dochodu.
26. Bogate państwo biednych ludzi.
27. Norweska strefa czasowa
28. Pingwiny to wasze ulubione zwierzęta?
29. Automat do sprzedaży parasoli.
30. Mylić się jest rzeczą ludzką.
31. Folkeregisteret 2
32. Jednakowa płaca za jednakową pracę? Chyba jeszcze nie jesteśmy na to gotowi
33. Sex jest dobry na wszystko.
34. Co zrobiliście z moimi pieniędzmi?
35. Bompenger
36. Homo non-sapiens norvegicus
37. Jesteśmy za, a nawet przeciw
38. Nieświadomy propagator erekcji.
39. Kryminalni jajcarze
40. Pokaż kotku, co masz w środku
41. Ping pong to wasza ulubiona gra?
42. Czy jest nadzieja?2. WPROWADZENIE
Norwegia sprawia zwykle na przybyszach bardzo korzystne wrażenie – przyjezdnego uderza świeżość, czystość i ogólne wrażenie spokoju, porządku i schludności tu panujące.Można tego doświadczyć już kilka minut po przylocie na lotnisko Oslo-Gardermoen, gdy po wyjściu z samolotu docieramy do hali bagażowej i widzimy, że nasze walizki już na nas czekają na taśmie, gotowe do odbioru.
Potem schodami ruchomymi zjeżdżamy jeden poziom w dół – na podziemnym peronie czeka nowoczesny pociąg dający nam możliwość przebycia 53 kilometrów dzielących lotnisko od centrum Oslo w komfortowych warunkach w 19 minut.Wszystko to odbywa się w spokoju, bez pośpiechu i stresu – dobrze rozplanowana i czytelna informacja powoduje, że nawet ktoś, kto jest tu po raz pierwszy, nie czuje się zagubiony. Mamy także uspokajającą świadomość, iż ewentualne spóźnienie się na pociąg nie jest żadnym problemem – kursują one bowiem co 10 minut! Takie powitanie robi wrażenie nie tylko na przybyszach z Polski.
Jeszcze bardziej spektakularnie prezentuje się Norwegia turystom przybywającym z południa drogą E6, tak jak to czyni większość ludzi przyjeżdżających tu samochodem z Polski.Granica szwedzko-norweska przebiega w tym miejscu środkiem fjordu zwanego Iddefjorden – opuszczając Szwecję wjeżdżamy na Svinesundbrua, wysoki na prawie 100 metrów most łączący oba brzegi fjordu, otrzymując tym samym możliwość obejrzenia monumentalnej panoramy ujścia rzeki Tisty do Morza Północnego.
Zjeżdżając z mostu po stronie norweskiej, czujemy, że jest coś symbolicznego w tym, iż Kraina Fjordów (w tym epitecie nie ma ani odrobiny przesady - fjordów jest w Norwegii ponad 1700!) wita przybysza imponującym przykładem tego, z czego właśnie jest tak znana na świecie.
Później na własne oczy przekonujemy się, że takich dramatycznie malowniczych miejsc jest tutaj mnóstwo i nie trzeba się specjalnie natrudzić, aby natrafić na zapierające dech widoki.
Na północ od Oslo pojawiają się wzgórza, początkowo łagodne, stopniowo coraz wyższe. Przejeżdżając przez okolicę mamy wrażenie zanurzenia się w krajobraz pełny soczyście zielonej roślinności.Na pokrytych bujną trawą zboczach pagórków spokojnie pasą się czyściutkie, jakby świeżo umyte krówki, a gdzieniegdzie stojące małe czerwone lub białe drewniane domki dopełniają wrażenia jakbyśmy patrzyli na sielankowe kolorowe ilustracje wycięte z książek dla dzieci.
Czasami droga wślizguje się w wąskie doliny i biegnie wzdłuż spienionych, wartkich rzek wypełnionych zielonkawą wodą – znak, iż ledwie kilka godzin temu spłynęła z lodowca.
W niektórych miejscach dolina się rozszerza i zdarza się, że ciemny, gęsty las świerkowy dochodzi do samej drogi - mamy wtedy złudzenie jazdy pod prawie zamykającym się nad naszymi głowami roślinnym sklepieniem.
Niekiedy między drzewami zachęcająco błyśnie srebrem jakaś tafla wodna.
Gdy zdarza się to po raz kolejny, dajemy się skusić i zatrzymujemy się w napotkanym dogodnym miejscu, aby dojść do wody.
Ale norweski las ma w zanadrzu niespodzianki.
Różni się on bardzo od lasów, do których jesteśmy przyzwyczajeni – nie ma w sobie nic z płaskich, przestronnych lasów typowych dla nizinnej Polski, po których można przechadzać się jak po parku.
Las norweski jest gęsty i nieokiełznany, nierówny, poorany wykrotami i usłany głazami. Trudno się po nim poruszać, często zdarza się, że po półgodzinnym przebijaniu się przez wymagający teren, dochodzimy nagle do krawędzi uskoku i okazuje się, że doszliśmy do skraju wysokiej na kilkanaście metrów pionowej ściany skalnej. Uświadamiamy sobie, że nasz wysiłek poszedł na marne, gdyż bez specjalistycznego sprzętu wspinaczkowego nie mamy szans na pokonanie takiej przeszkody, a próba jej obejścia będzie zapewne oznaczała godzinę lub dwie dodatkowej uciążliwej wędrówki.
Zrezygnowani wracamy do pozostawionego przy drodze pojazdu i jedziemy dalej, w nadziei na znalezienie bardziej dostępnego miejsca na postój.
I oczywiście znajdujemy takowe - możemy ponownie zaparkować samochód przy drodze, zejść w dół do jeziora, morza czy rzeki, znaleźć odpowiednie miejsce na zrobienie obozowiska, spędzić tam godzinę, dzień lub tydzień i przez cały ten czas nie zobaczymy żadnego innego człowieka - nikt poza ptactwem lub przyglądającą się nam dyskretnie dziką zwierzyną nie będzie nam przeszkadzał.
Nikt też nie będzie się czepiał, że bez zezwolenia zbieramy chrust na ognisko lub zbudowaliśmy szałas ze ściętych młodych brzózek. I nie musimy obawiać się, że pojawi się jakiś leśniczy, który będzie nam groził mandatem za rozpalenie ogniska na skraju lasu, postawienie namiotu poza obszarem do tego przeznaczonym lub kąpiel w niedozwolonym miejscu.
Norweskie _friluftsloven_ czyli prawo do świeżego powietrza, definiuje bowiem naturę jako wspólną własność wszystkich obywateli i daje każdemu z nich prawo do korzystania z jej zasobów w taki sposób, jaki uważa za właściwy, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Friluftsloven dzieli cały obszar kraju na dwa rodzaje terenu: _innmark_ – w skład którego wchodzą grunty uprawne, pastwiska, farmy, działki przemysłowe i tereny zabudowane oraz na _utmark_ czyli lasy, górskie wrzosowiska, pustkowia, nadbrzeżne kamienne rumowiska oraz wszelkie inne obszary, które nie są ogrodzone.
W rzadko zaludnionej Norwegii utmark stanowi większość obszaru kraju i na te właśnie tereny każdemu turyście przysługuje prawo wolnego wstępu, niezależnie od pory roku czy długości zamierzonego pobytu.Friluftsloven daje także prawo do korzystania ze znalezionych na terenie utmark grzybów, owoców, kwiatów i innych roślin, a także łowienia ryb czy łapania krewetek, małży lub krabów w miejscach z dostępem do morza.
Friluftsloven obowiązuje nawet na kawałkach utmark, które są własnością prywatną – turysta może bez zezwolenia rozbić tam obozowisko, jeśli uczyni to dalej niż 150 metrów od siedziby właściciela i wyniesie się przed upływem 2 dób!
Na rozległych, niezamieszkanych połaciach Norwegii nawet te skromne ograniczenia rzadko kiedy znajdują zastosowanie.
To połączenie niezwykłej dla nas pustki z możliwością prawdziwego zanurzenia się w czystej, nieskażonej przyrodzie, wywołuje w nas intensywne poczucie wolności i przenosi na zupełnie inny poziom wrażliwości - nagle Tatrzański Park Narodowy z jego kasami biletowymi pobierającymi opłaty od turystów za prawo przejścia kilku kilometrów ściśle wytyczonymi ścieżkami wydaje się nam jakąś odrażającą, patetyczną parodią prawdziwego kontaktu z naturą.
Nieskażone przemysłowymi wyziewami powietrze jest niezwykle czyste i przejrzyste - patrząc na potężne świerki stojące w bezruchu na zboczach po drugiej stronie doliny, wydaje się nam, że możemy policzyć igły na ich gałęziach. Z niedowierzaniem słuchamy naszego norweskiego przewodnika, gdy mówi coś o kilometrach, które nas od nich dzielą.
W innym miejscu możemy stanąć na krawędzi wysokiego na kilkaset metrów uskoku i spojrzeć na oddalony o kilka kilometrów drugi brzeg doliny. Tutaj łatwo sobie wyobrazić, z jaką tytaniczną mocą pełzające czoło wysokiego na kilometr lodowca kilkanaście tysięcy lat temu w ogłuszającym huku milionów ton ocierającego się o kamienne podłoże lodu żłobiło w twardej granitowej skale tak gigantyczną rynnę.
Z tej wysokości nasz wzrok z łatwością ogarnia obszar kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych i na całej tej przestrzeni nie widać żadnego śladu ludzkiej obecności – ani jednego domu, kawałka drogi, smugi dymu z komina czy słupa trakcji elektrycznej.
Tak musiała wyglądać Europa 10.000 lat temu, gdy nasi przodkowie nie byli jeszcze w stanie odcisnąć na otaczającej ich naturze swego piętna.
Takiego doświadczenia próżno szukać poza Skandynawią, w zindustrializowanej i gęsto zaludnionej Europie.
Słowem, które chyba najtrafniej opisuje to przeżycie jest autentyczność.
Ma się poczucie, że tutaj to natura nadal dyktuje warunki, stawia nam wymagania i twardo je egzekwuje, karząc surowo za niedbalstwo, lenistwo i ignorację.
Nie ma tu miejsca na blef czy udawanie kogoś, kim nie jesteśmy - nawet drobny błąd, taki jak niezmienienie opon na zimowe w samochodzie we właściwym momencie może mieć tragiczne konsekwencje, podobnie jak samotne wyjście na wycieczkę w góry bez odpowiedniego sprzętu i naładowanego telefonu.
Mamy skłonność, aby to wrażenie czystości i prawdziwości norweskiej natury, która gra z nami w otwarte karty i nie toleruje oszustwa ani pozerstwa, odnosić także do innych aspektów norweskiej rzeczywistości.
Przekonani o tym, że żyjemy w normalnym, stosującym się do powszechnie uznawanych reguł logiki, zdrowego rozsądku i przyzwoitości kraju, możemy trwać w takim stanie bardzo długo, ukołysani złudnym poczuciem bezpieczeństwa, stabilności i tego, co wydaje się nam normalnością.
Aż nagle któregoś dnia zderzamy się z Nieoczekiwanym – przytrafia się nam coś, co otwiera nam oczy i pokazuje, że to co, braliśmy za rzeczywistość, tak naprawdę było tylko fałszywym wytworem naszej wyobraźni.
To może być pismo od jakiejś instytucji, zawierające absurdalne żądania lub wymagania, dziwaczna reakcja biurokracji na nasze zgłoszenie czy natknięcie się na przepis prawny, który wydaje się nam być żartem primaaprilisowym.
Nagle patrzymy w lustro i nie widzimy tam siebie, lecz Józefa K. z _Procesu_ Franza Kafki – obraz człowieka, który miota się bezsilnie, na próżno usiłując znaleźć jakąś logikę, przewidywalność i rozsądek w coraz bardziej osaczającym go wrogim, absurdalnym świecie.
Coś takiego przydarzyło się nam i zaczęliśmy dostrzegać w otaczającej nas norweskiej rzeczywistości zadziwiające cechy, z których uprzednio nie zdawaliśmy sobie sprawy.Z czasem tych dziwnych elementów nazbierało się tyle, że postanowiliśmy je opisać w formie serii felietonów.
Wszystkie zebrane w tej książce zdarzenia i sytuacje są całkowicie autentyczne i zdarzyły się naprawdę, mimo iż zapewne będziesz miał, drogi Czytelniku trudności, aby uwierzyć w niektóre z nich – informacje czerpaliśmy wyłącznie ze sprawdzonych, autoryzowanych źródeł: prasy, informacyjnych portali internetowych lub bezpośrednichch relacji osób, które doświadczyły opisywanych sytuacji i posiadały dokumentację potwierdzającą ich wersje wydarzeń.
Życzymy przyjemnej lektury
Autorzy3. NORWESKIE MYŚLENIE
Przegląd norweskich dziwactw, perwersji i absurdów należy chyba zacząć od największego z nich wszystkich - Ojca Wszystkich Absurdów, który dostrzegają nawet ci cudzoziemcy, którzy w Norwegii nigdy nie byli, a którego jakoś uparcie nie potrafią albo nie chcą zauważyć sami Norwedzy.
Mamy na myśli sytuację, w którą wmanewrowali się mieszkańcy tego kraju w relacji wobec Unii Europejskiej.
A stało się to tak:
Jako jedyny kraj europejski, Norwegia dwukrotnie odrzuciła w referendach możliwość uzyskania statusu członka Unii Europejskiej: we wrześniu 1972 (53,5% głosów przeciw) oraz w listopadzie 1994 (52.2% głosów przeciwnych).
Na pierwszy rzut oka można to ocenić jako podziwu godną stałość poglądów i determinację mieszkańców Krainy Fjordów w obronie własnych interesów narodowych i zachowaniu prawa do wyłącznego samostanowienia.
Nieco inny obraz wyłania się, gdy bliżej przyjrzymy się skutkom tego, co zaszło.
Gdy w listopadzie 1994 ucichła radosna wrzawa wywołana przez zwycięskich przeciwników wstąpienia do Unii, przekonanych, iż po raz kolejny udało się im obronić niepodległość, norweską kulturę i zasoby narodowe przed zakusami ponadnarodowych organizacji, w mózgach niektórych z nich zaczęły pojawiać się wątpliwości.
Nawet dla najbardziej zaczadziałych przeciwników członkostwa oczywiste było, iż dobrobyt ekonomiczny Norwegii jest całkowicie zależny od możliwości eksportowania głównych produktów tego kraju czyli ropy, gazu, energii elektrycznej, ryb, drewna i aluminium.
Największymi zaś odbiorcami tego, co oferowała Norwegia, były kraje europejskie, w większości członkowie Unii.
W 1994 roku Unia, która do tej pory traktowała Norwegię wyjątkowo dobrotliwie, postanowiła zmienić swą dotychczasową politykę wobec tego kraju i dała jasno do zrozumienia, że nie zamierza nadal stosować wobec Norwegii żadnych nienależnych jej przywilejów.
Zmiana miała głównie polegać na tym, że import z Norwegii, jako pochodzący spoza obszaru wspólnoty europejskiej, zostanie obciążony cłem. To znacznie obniżyłoby jego konkurencyjność wobec produktów oferowanych przez innych producentów, a zatem zmniejszyło dochody norweskiej gospodarki.
I tu norweskim antyunijnym misiom zapaliła się w łebkach czerwona lampka ostrzegawcza.
Rzucili się do działania, aby jakoś zaradzić potencjalnej katastrofie, którą sami wywołali.
Trzeba przyznać, że Unia ponownie poszła im na rękę, choć nie aż tak bardzo, jak tego oczekiwali.
Rozwiązaniem okazało się wejście Norwegii do Europejskiego Obszaru Gospodarczego - nowopowołanego bytu prawnego obejmującego zarówno państwa należące do Unii Europejskiej, jak i członków-niedobitków dawnego Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) czyli Norwegię, Szwajcarię, Islandię i Lichtenstein.
W zamian za zniesienie ceł na towary sprzedawane na obszarze Unii przez dawnych członków EFTA, kraje te zobowiązały się do przestrzegania prawa unijnego mimo, iż formalnie nie zostały przyjęte do Unii.
Podsumowując: sposób, w jaki Norwegia osiągnęła swój obecny status w stosunkach z Unią Europejską można zilustrować następująco:
1. Po wieloletnich przemyśleniach i dyskusjach Norwegowie odrzucili w referendach ofertę członkostwa w Unii, choć dałoby im ono możliwość aktywnego uczestnictwa w procesach decyzyjnych i pewien wpływ na kształt ostatecznie podejmowanych przez Unię decyzji, a nawet prawo veta, które mogliby stosować w sytuacjach, które uznaliby za nieakceptowalne próby naruszania ich interesów i niezawisłości.
2. Społeczeństwo norweskie bez specjalnych oporów zaakceptowało natomiast wejście swego państwa do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, które to rozwiązanie nakładało na Norwegię obowiązek stosowania i przestrzegania dyrektyw i zarządzeń formułowanych przez różne agendy unijne, nawet tych niezbyt zbieżnych z norweskimi interesami.
Jako iż Norwegia nie jest członkiem Unii, nie posiada inicjatywy ustawodawczej ani też nie ma prawa delegowania swoich przedstawicieli do organów unijnych.
Nie przysługuje jej również prawo veta.
Krótko mówiąc, Norwegia zrzekła się jakiegokolwiek wpływu na podejmowane przez organy unijne decyzje, jednocześnie przyjmując na siebie obowiązek stosowania większości z nich.
A jest tych regulacji prawnych sporo, ponieważ traktat podpisany przez Norwegię z Unią w 1994 roku był pierwszy, ale nie ostatni: w ciągu następnych 30 lat takich umów, definiujących właściwe wszystkie dziedziny życia w szybko zmieniającym się świecie, Norwegia ratyfikowała jeszcze 102.
Wspólną cechą ich wszystkich jest fakt, że Norwegia nie miała prawa zmienić w nich choćby miejsca ustawienia przecinka.
W 1994 Norwegia zobowiązała się również do wpłacania corocznej składki do budżetu unijnego tak jakby była członkiem Unii (w okresie 2024 – 2028 wyniesie to 3,1 miliarda euro), choć nie ma żadnej możliwości decydowania, w jaki sposób i na co jej kontrybucja zostanie spożytkowana.
Jaką trzeba mieć konstrukcję mentalną, aby wybrać to rozwiązanie jako bardziej korzystne?
Opisany powyżej przykład bardzo dobrze ilustruje jedną z głównych trudności, z jaką zderzają się mieszkający w Norwegii cudzoziemcy, czyli barierę mentalną polegającą na tym, iż sposób myślenia, postawy, zachowania i rozwiązania, które nam wydają się sensowne, logiczne i naturalne, dla tubylców są niezrozumiałe i nieakceptowalne.
I odwrotnie: norweski system szczelnie opasuje mieszkańców tego kraju wielością procedur i przepisów, które są nie-do-pomyślenia w żadnym normalnym społeczeństwie.
I nie mówimy tu o jakichś drobnych, choć uciążliwych detalach, takich jak zakaz sprzedaży piwa w sklepach po godzinie 18, lecz o rzeczach, które ludziom tak ja my wychowanym w kulcie indywidualnej wolności zdają się być rażącymi naruszeniami praw ludzkich i obywatelskich.
Przykłady takich sytuacji znajdziesz, drogi Czytelniku podczas dalszej lektury tego tekstu.
Niech nie zdziwi Cię więc, że złośliwi Szwedzi nazywają Norwegię _bakvendtland_ czyli krajem, w którym wszystko jest odwrotnie.4. FOLKEREGISTERET 1
W 2007 roku Izabela D. wraz z 13-letnią córką z pierwszego, nieudanego małżeństwa pojechała do Norwegii na wakacje.
Przyjechała do mieszkającego w tym kraju od wielu lat ukochanego, którego przypadkowo spotkała w Polsce rok wcześniej.
Zarówno Izabeli, jak i jej córce Norwegia bardzo się spodobała, a i ukochany okazał się być taki, jakim go sobie wyobrażała.Uczucie rozkwitło jeszcze mocniej i pół roku później para wzięła ślub i zamieszkała w dużym, wygodnym mieszkaniu w jednej z południowych dzielnic Oslo.
Coś, co miało być ekscytującym wakacyjnym wypadem, stało się nowym rozdziałem w życiu Izabeli.
Dość łatwo zaadaptowała się do nowej rzeczywistości, skończyła dwuletni kurs języka norweskiego i dostała pracę jako przedszkolanka w przedszkolu położonym blisko miejsca swego zamieszkania. Lubiła tą pracę, cieszyło ją przebywanie z dziećmi i obserwowanie, jak rozwijają się i nabywają coraz to nowych umiejętności.
Wszystko układało się jak najlepiej.
Ale świat jest już tak urządzony, że nic co dobre nie trwa wiecznie.
Po kilku latach w małżeństwie Izabeli zaczęły pojawiać się nieporozumienia, scysje i kłótnie.
Zaczęła mieć wrażenie, że straciła więź emocjonalną z małżonkiem i jest przez niego traktowana jak niepożądane obciążenie.Próbowała walczyć o związek, ale jej wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu.
W 2017 roku jej małżeństwo zakończyło się rozwodem, który Izabela odczuła jako osobistą porażkę. Rozmyślając o tym, co się stało, doszła do wniosku, że jest znużona i rozczarowana dotychczasowym życiem i powinna dokonać w nim jakiejś zmiany.
W 2018 roku przeprowadziła się do rodzinnego Gdańska i założyła tam małą cukiernię, w której sprzedawała swoje wyroby. Pracowała ciężko, ale praca na własny rachunek sprawiała jej przyjemność. Biznes właśnie zaczął przynosić dochody, gdy świat uderzyła pandemia covidu.
Izabeli udało się jakoś przetrwać ciężki okres związany z kwarantanną i wielomiesięczną koniecznością ponoszenia kosztów prowadzenia działalności, która nie przynosiła żadnych dochodów, ale jesienią 2021 poczuła, że ma dość tej szarpaniny i postanowiła wrócić do Norwegii – prawdę mówiąc, nie miała wyjścia, bowiem wszystkie jej rezerwy finansowe wyparowały i musiała znaleźć jakiś sposób, aby się utrzymać.
Wydawało się, że w Norwegii będzie to łatwiejsze.
Izabela wyprzedała więc, co się dało, wypowiedziała umowę o najem mieszkania, kupiła bilet lotniczy i ze skromnym bagażem w październiku 2021 poleciała do Oslo.
Znalazła tymczasowe schronienie w mieszkanku, które jej dorosła córka zajmowała wraz z partnerem i ich rocznym synkiem.
Spodziewała się, że łatwo znajdzie zatrudnienie (wykwalifikowane, doświadczone przedszkolanki zawsze były poszukiwane na norweskim rynku pracy), a później wynajmie sobie jakiś własny kąt.
Była przyzwyczajona do tego, że w Norwegii takie sprawy załatwia się bez żadnych problemów.
Rychło okazało się, że była w błędzie i że Norwegia, do której powróciła, nie jest tym samym krajem, z którego wyjechała ponad 3 lata temu.
Po pierwsze, pojawił się problem z rejestracją.
Dawniej robiło się to przez internet – wystarczyło wejść na portal Folkeregisteret, państwowej instytucji zajmującej się rejestracją ruchu ludności, wypełnić krótki formularz i kliknąć klawisz «Wyślij», aby najpóźniej po tygodniu otrzymać mailowe potwierdzenie dokonanej rejestracji.
Teraz ta możliwość zniknęła – na portalu Folkeregisteret Izabela znalazła informację, iż obywatele norwescy powracający do kraju po dłuższym pobycie zagranicą nie mogą rejestrować się elekronicznie, lecz muszą złożyć papierowy wniosek osobiście w siedzibie Folkeregisteret w miejscu zamieszkania.
Aby zaś tego dokonać, należało najpierw elektronicznie zamówić tam wizytę. Izabela uczyniła to, a system podał jej informację, iż musi zgłosić się do Folkeregisteret za 5 tygodni wraz z odpowiednią dokumentacją, na którą składała się kopia kontraktu o pracę, paszport oraz dokument potwierdzający, iż petent dysponuje lokalem czyli akt własności lub kontrakt o jego wynajem.
Poza paszportem, Izabela nie posiadała żadnego z wymaganych załączników. Ten fakt wyraźnie zaważył na sposobie, w jaki została potraktowana przez funkcjonariuszki Folkeregisteret na początku grudnia, gdy dzień wyznaczonej audiencji wreszcie nadszedł.
Dwie młode dziewczyny w okienku przyglądały się Izabeli krytycznie, wielokrotnie porównując jej twarz ze zdjęciem w paszporcie.Wydawały się nieprzekonane co do jej intencji, gdyż zarzuciły ją gradem pytań:
Dlaczego właściwie chce wrócić do Norwegii?
Co ma zamiar tu robić?
Z czego zamierza żyć?
Czym zajmowała się do tej pory?
Czy ma już nagraną pracę?
A co z mieszkaniem?
W tym miejscu warto może napomknąć, iż Izabela już od wielu lat posiadała norweskie obywatelstwo, choć trzeba przyznać, że akurat w tej sytuacji nic jej to nie dało.....
Starała się odpowiadać spokojnie na wszystkie pytania, choć czuła coraz bardziej wzbierającą w niej irytację.
Nie rozumiała, dlaczego miałaby spowiadać się ze swych zamiarów komukolwiek, tym bardziej niesympatycznym urzędniczkom Folkeregisteret. Miała chęć coś im odpyskować, ale powstrzymała się najwyższym wysiłkiem woli.
Niewiele jej to pomogło.
Po mniej więcej godzinie przesłuchania, starsza z urzędniczek poinformowała Izabelę, iż brakująca dokumentacja w jej sprawie może być przyczyną odmowy rejestracji. Przemawiała obrażonym tonem nauczycielki strofującej niesforną uczennicę.
To, co usłyszała tak oszołomiło Izabelę, że dopiero po wyjściu z budynku zerknęła na świstek, który wetknięto jej rękę.
Był podstemplowany datownikiem, a napis na nim brzmiał:_Przewidywany czas rozpatrywania sprawy – 26 tygodni._
Odmowa dokonania rejestracji jest dla przybysza do Norwegii równoznaczna ze śmiercią cywilną, gdyż bez rejestracji nie da się w tym kraju normalnie funkcjonować.
Bez rejestracji nie otrzyma się numeru personalnego, a bez numeru żaden bank nie otworzy nam konta ani nie wyda karty kredytowej, nie będziemy w stanie stworzyć profilu na jakimkolwiek portalu ani zakupić usług, takich jak np. abonament telefoniczny czy podłączenie energii do zajmowanego przez nas lokalu.
Izabela D. była w tym szczęśliwym położeniu, że mogła używać telefonu i karty bankowej, posiadała bowiem zarówno konto bankowe, jak i abonament telefoniczny z czasów swojego poprzedniego pobytu w Norwegii, ale także dla niej brak rejestracji stanowił sporą uciążliwość, choćby ze względu na to, że nie została objęta systemem powszechnej ochrony zdrowia i w razie problemów zdrowotnych musiałaby zwrócić się do kliniki prywatnej, co wiązałoby się z dużo większymi kosztami.
Nie miała jednak wpływu na sytuację, w której się znalazła, zacisnęła więc zęby i zajęła się intensywnym studiowaniem ogłoszeń o pracę i odpowiadaniem na te, które zdawały się obiecujące. Spodziewała się rychłego odzewu od potencjalnego pracodawcy, ale ku jej zdziwieniu, nikt się z nią nie próbował skontaktować.
Po kilku tygodniach zrozumiała, że podczas jej nieobecności w Norwegii sytuacja na miejscowym rynku pracy zmieniła się diametralnie – tam, gdzie kiedyś można było przebierać w ofertach, teraz setki chętnych walczyło nawet o najmniej atrakcyjne możliwości zatrudnienia.....
W tym mniej więcej czasie dotarł do Izabeli mail z Folkeregisteret podpisany przez niejaką Marion Rise Ouff.
To nie było upragnione zawiadomienie o dokonanej rejestracji – Marion informowała Izabelę, iż w trakcie rozpatrywania jej sprawy powstały “uzasadnione wątpliwości» co do jej aktualnego miejsca pobytu. Aby je rozwiać, Marion Rise Ouff zażądała, aby Izabela przedstawiła jakiś dokument, które udowodniłby, iż przebywa w Oslo: miesięczny bilet autobusowy, kartę wstępu do lokalnej siłowni lub rachunek za energię elektryczną wystawiony na jej nazwisko.
Dodatkowo nałożyła na Izabelę obowiązek udowodnienia, iż ma zamiar pozostać w Norwegii przez czas dłuższy niż pół roku, poprzez przesłanie kopii umowy o pracę lub potwierdzenia o zatrudnieniu, wydanego najpóźniej w ciągu ostatnich 3 miesięcy.
Izabela nie była w stanie nic takiego sprokurować, ponadto uważała żądania Folkeregisteret za bezczelne nadużycie władzy i nie zamierzała się im podporządkować.
Swoje uwagi przesłała w zwrotnym mailu do funkcjonariuszki Folkeregisteret, wraz z żądaniem podania podstawy prawnej, na jakiej ta oparła się formułując skierowane do niej wymogi.
Dwa tygodnie później otrzymała od Marion Rise Ouff odpowiedź, w której urzędniczka powoływała się na paragraf 4 punkt 1 w ustawie o rejestracji ludności (_folkeregisterloven_) jako podstawę prawną swoich działań. Powtórzyła żądanie dostarczenia dowodów potwierdzających pobyt Izabeli w Norwegii i ostrzegła ją, iż w razie nie spełnienia tego wymogu jej podanie o rejestrację zostanie odrzucone.
Izabela odszukała w internecie wymienioną ustawę i odkryła, iż treść paragrafu 4 punkt 1 brzmi:
Osobę przebywającą legalnie w norweskiej gminie przez co najmniej 6 miesięcy rejestruje się jako zamieszkałą w Norwegii, chyba, że co innego wynika z postanowień tego rozdziału.
Ktoś posiadający choćby przeciętną zdolność rozumienia tekstów prawnych nie ma wątpliwości, że paragraf 4 mówi o spoczywającym na administracji gminnej obowiązku dokonania rejestracji osób, które przebywają na terenie ich jurysdykcji przez okres dłuższy niż pół roku. Nie ma tu ani słowa o jakichkolwiek obowiązkach osoby ubiegającej się o rejestrację, poza wynikającym z innego paragrafu obowiązkiem zgłoszenia swego pobytu na danym terenie.
Wydawało się niepojęte, że funkcjonariusze Folkeregisteret mogli interpretować treść tego jednego zdania jako coś, co miałoby dawać im uprawnienia do przesłuchiwania petentów, domagania się od nich szczegółowych informacji na temat sytuacji materialnej i osobistej, a nawet dawałoby im możliwość odrzucania niedostatecznie ich zdaniem udokumentowanych wniosków rejestracyjnych.
Nic takiego nie wynikało z ustawy, na którą powoływała się Marion Rise Ouff.
Najwyraźniej Folkeregisteret opracował sobie i stosował swoje własne przepisy wykonawcze, które znacznie wykroczyły poza ramy narzucone tej instytucji przez ustawodawcę.
Zaintrygowana tym odkryciem, Izabela zaczęła wertować inne aktualnie obowiązujące w Norwegii akty prawne, w nadziei na znalezienie kolejnych odniesień do swojej sytuacji.
Nie musiała szukać długo.
Przegladając konstytucję Królestwa Norwegii natrafiła na paragraf 106, który mówił:
Każdy kto legalnie przebywa w Królestwie, może bez przeszkód przemieszczać się wewnątrz jego granic i dowolnie wybrać miejsce zamieszkania.
(..) Norweskim obywatelom nie można odmówić wstępu do kraju.
Twórcy norweskiej konstytucji stali najwyraźniej na stanowisku, że możliwość powrotu do ojczyzny i korzystania z wszelkich urządzeń społecznych na równi ze wszystkimi innymi członkami społeczeństwa jest przyrodzonym prawem ludzkim i jedną z fundamentalnych wolności obywatelskich.
Te prawa nie powinny zależeć od biurokratycznych rozstrzygnięć ani być poddane ocenie jakichkolwiek organów administracyjnych.
To, że norweska konstytuacja daje swym obywatelom BEZWARUNKOWY dostęp do kraju oznacza, że żadna instytucja nie może formułować jakichkolwiek warunków ani zastrzeżeń ograniczających obywatelowi możliwość korzystania z tego prawa.
Jedyne, co wracając do kraju musimy zrobić wg aktualnego stanu prawnego, to wypełnienie kwestionariusza RF-1401 i wysłanie go do właściwego oddziału Folkeregisteret, zaś obowiązkiem tej instytucji jest wprowadzenie zawartych w nim danych do systemu.
Sposób, w jaki ta instytucja traktuje wracających do ojczyzny norweskich obywateli jest więc złamaniem zarówno postanowień norweskiej Konstytucji, jak i ratyfikowanej przez Norwegię 4. listopada 1950 roku Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.
Taką mniej więcej argumentację zawarła Izabela D. w mailu do urzędniczki Folkeregisteret, informując jednocześnie o tym, że nie ma zamiaru dosyłać jej jakichkolwiek dodatkowych dokumentów.
Izabela sądziła, że przytoczone przez nią argumenty prawne zmuszą biurokratów z Folkeregisteret do wycofania się ze swych absurdalnych żądań.
Okazało się, że była w błędzie.
Na początku marca 2022 do Izabeli dotarł mail z Folkeregisteret podpisany tym razem przez niejaką Kristine Hagtvedt Holte, tytułującą się jako funkcjonująca zastępczyni dyrektora Działu Informacyjnego, w którym sucho informowała, iz podanie Izabeli o rejestrację jej stałego pobytu w Norwegii zostało odrzucone.
Folkeregisteret trzymało się mocno i w najczystszym duchu norweskiej biurokracji nie zamierzało ustąpić choćby o milimetr.
Po krótkim zastanowieniu, Izabela postanowiła uderzyć wyżej.
Opisała sposób, w jaki została potraktowana i wysłała ten opis do ówczesnej ministry sprawiedliwości Emilie Enger Mehl, do Sekretariatu Prawnego w norweskim parlamencie oraz biura Rzecznika Praw Obywatelskich (Sivilombudet) wraz z prośbą o jak najrychlejsze podjęcie kroków prawnych, które ukróciłyby samowolę Folkeregisteret i przywróciły normalność.
Tylko Sivilombudet zareagował na jej zgłoszenie i była to reakcja daleka od tego, czego oczekiwała: Izabelę poinformowano, iż Rzecznik nie zajmuje się sprawami, które nie przeszły przez pełną ścieżkę proceduralną aż do orzeczenia Sądu Najwyższego.
Niezrażona brakiem zainteresowania ze strony norweskich organów na fakt naruszania praworządności w kraju, Izabela postanowiła zwrócić się o pomoc do instytucji międzynarodowych.
W końcu kwietnia 2022 roku wysłała do Sekretariatu Prawnego norweskiej sekcji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasbourgu formalną skargę na postępowanie rządu norweskiego.
Poza pocztowym potwierdzeniem doręczenia pisma adresatowi, do dnia dzisiejszego nie doczekała się ze strony tej instytucji żadnej reakcji.
(opracowane na podstawie wywiadu z Izabelą D.)