Nowa Kasta - ebook
Co, jeśli sztuczna inteligencja już dawno podzieliła ludzi na klasy — a my tego nie zauważyliśmy? Wrocław, rok 2034. Tomek odkrywa, że to samo pytanie zadane sztucznej inteligencji jemu daje dobrą odpowiedź, a jego żonie — znakomitą. Z tej drobnej różnicy wyrasta najcichsza nierówność naszych czasów: świat, w którym algorytmy po cichu dzielą ludzi na lepszych i gorszych. *Nowa Kasta* to powieść o godności, miłości i o systemie, którego nie da się oskarżyć, bo nie ma sprawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 342 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tomek obudził się o ósmej trzynaście. Pierwsze, co do niego dotarło, to światło — w styczniu na Krzykach słońce wchodziło w okno sypialni późno i skromnie, jakby przepraszało, że w ogóle się pojawia. Potem usłyszał odgłosy Wandy krzątającej się w kuchni: trzask zamykanej szafki nad zlewem, głuchy stuk filtra w ekspresie, cichy szum gazu pod czajnikiem. Wanda nigdy nie spała dłużej niż do ósmej, nawet w niedzielę. To była jedna z tych jej cech, które przez pierwsze lata wspólnego mieszkania próbował naprawić, a potem po prostu zaakceptował.
Niechętnie wysunął nogi spod kołdry, narzucił sweter na piżamę. Skarpetek zapomniał włożyć — gdy to sobie uświadomił, nie chciało mu się już po nie wracać. Deski w korytarzu skrzypiały pod bosymi stopami.
W kuchni pachniało już kawą. Wanda stała tyłem do niego, w starym, granatowym szlafroku z luźno zawiązanym paskiem, i przekręcała ekspres tak, jak zawsze to robiła — prawym bokiem ku sobie, by lepiej widzieć poziom nasypanej kawy.
— Dzień dobry — powiedziała, nie odwracając się.
— Dzień dobry, kochanie.
Podszedł, położył dłoń na jej plecach, na wysokości łopatki, na sekundę. Wanda się nie odwróciła, ale lekko się przesunęła, jak gdyby zrobiła więcej miejsca dla tej dłoni.
— Wyspałeś się?
— Tak. Ale chyba za długo.
— Daj spokój, dzisiaj niedziela.
— No tak, niedziela.
Wanda przesunęła filtr o pół milimetra. Wsypała kawę z miarki — równo, raz, drugi. Tomek nigdy nie używał miarki. Wsypywał na wyczucie i wmawiał sobie, że to przecież nie apteka, żeby robiło to jakąś różnicę. Śmiali się nieraz, że każda jego kawa rano smakuje trochę inaczej. Taka codzienna niespodzianka.
Patrzył chwilę na Wandę. Na to, jak gładko cała ta sekwencja jej idzie — szafka, filtr, miarka, czajnik. Bez wahania. Bez sprawdzenia, czy nie zapomniała.
— Chcesz coś z lodówki? — zapytał.
— Jogurt. Ten nowy, z zieloną krową. Wczoraj nam przywieźli, jeszcze go nie próbowałam.
— Tylko jogurt?
— Pieczywo jest już na blacie. Jak chcesz, zaraz zrobię ci kanapkę — tylko zastanów się, z czym dzisiaj.
— Nie, ja sam coś sobie zrobię.
Nie miał ochoty zastanawiać się o tej godzinie nad niczym, a kanapka — choć Wanda by ją zrobiła z radością — wymagała decyzji. Z czym dzisiaj. Z serem czy z szynką? A może z tym, co z czwartku, z pasztetem z indyka, który… Nie. Z czymś, co pierwsze rzuci się w oczy.
Otworzył lodówkę. Powiało chłodem i zapachem ogórków małosolnych z dolnej półki. Wyciągnął jogurt — kubeczek z zieloną krową na etykiecie. Postawił na blacie obok pieczywa. Podszedł do kranu po wodę, nalał, postawił przy jogurcie. Ukroił dwie kromki — chleb był wczorajszy, suchawy przy skórce, ale środek jeszcze miękki. Otworzył lodówkę jeszcze raz — po ser i pomidora. Powinien był to zrobić za jednym razem. Wanda by tak zrobiła.
Wanda usiadła przy stole, w jednej dłoni kawa, w drugiej telefon. Włosy miała jeszcze nieuczesane, jeden kosmyk przylepiony do policzka. Tomek jej tego nie powiedział ani nie poprawił — uważał, że to urocze.
— Coś nowego? — zapytał, układając plaster sera na chlebie.
— Lyra mi przygotowała _brief_ na poniedziałek. Berliński klient.
— A myślałem, że w niedzielę mamy wolne.
— To wolne. To tylko _brief_. — Wanda popatrzyła na niego sponad ekranu, uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. — Pięć minut. Słowo.
— Pięć minut według Lyry. Czyli dla ciebie kwadrans.
— No tak. Czasem.
Pochyliła się z powrotem nad telefonem. Tomek nabrał łyżką jogurtu. Łyżka stuknęła o plastik kubeczka — drobny, tępy dźwięk. Lubił ten dźwięk, choć nie wiedział, dlaczego.
Sięgnął po swój telefon — żeby spytać o wczorajszy wynik. Nimbus pokazał: _Śląsk – Górnik 1:3_. Spodziewał się tego. Spodziewał się od trzeciej minuty meczu, kiedy obejrzał pierwszą bramkę i wyszedł z aplikacji. Teraz tylko potwierdzenie.
— A co u ciebie? — zapytała Wanda, nie podnosząc głowy.
— Nic. Śląsk przegrał.
— Aha. — Pauza, dłuższa, niż wymagała kurtuazja. Wanda podniosła głowę. — Bardzo?
— Jeden do trzech. Standard.
— Przykro mi.
— No.
Uśmiechnęła się leciutko. Wrócili do telefonów.
— A u ciebie? — zapytał po chwili. — Coś z tego klienta? Coś ciekawego?
— Nic, czego bym nie wiedziała wcześniej.
Powiedziała to lekko, bezpretensjonalnie, jak ktoś, kto rzeczywiście wie wszystko, co miał wiedzieć. Tomek to znowu zauważył, choć nie chciał zauważać. W początkowych latach ich znajomości irytowało go to jej — _„nic, czego bym nie wiedziała”_ — później zrozumiał, że Wanda nie chwaliła się tym, że wiedziała. Po prostu wiedziała. Z czasem przestał czuć z tego powodu wstyd. Albo raczej — chyba przestał.
Skończyli śniadanie. Wanda wstawiła naczynia do zmywarki, a Tomek patrzył chwilę przez okno.
Po chwili wziął jeszcze raz telefon. Spytał Nimbusa, co ciekawego — i ten mu zaproponował: artykuł o Śląsku, potem komentarz o transferach, potem plotkę o trenerze. Tomek zjechał palcem niżej. Nimbus jeszcze raz spróbował: alert o niedzielnej promocji w hipermarkecie, w którym byli w środę. _Daj spokój_ — pomyślał.
I wtedy, przez jedną sekundę, przyszła mu myśl, której zwykle nie miał: że Nimbus nigdy nie pokazał mu niczego, czego by sam wcześniej nie wybrał. Piłka, której kibicował. Sklep, do którego chodził. Pogoda nad miastem, w którym mieszkał. Wszystko, co podsuwał ekran, było już przedtem jego — jakby ktoś prowadził go w kółko po korytarzu, którego ściany sam dawno pomalował. Bez okien. Bez drzwi do pokoju, w którym nie był. Pomyślał, leniwie, że może tak właśnie wygląda spokój: dostawać wyłącznie to, co się już zna. A zaraz potem, że może to wcale nie jest spokój, tylko coś, co go udaje. Myśl była za duża na niedzielne rano. Odłożył ją razem z telefonem, ekranem do blatu.
— Idziemy do parku?
— Tak. Może za piętnaście minut?
— Dobra. To dopiję jeszcze kawę. Świetnie dzisiaj smakuje. To jakieś nowe ziarna?
— Te, co zwykle — dobiegł głos Wandy z sypialni. — Tylko dobrze zaparzona.
Uśmiechnął się do siebie. Może jednak kiedyś spróbuje z tą miarką.
Otworzył Nimbusa jeszcze raz, sprawdził pogodę. Pochmurno, dwa stopnie, opady możliwe. _Najwyżej lekko zmokniemy._ Wanda wróciła do kuchni w granatowym swetrze, z włosami związanymi na karku. Włożyła telefon do kieszeni.
— Pogoda?
— Pochmurno. Dwa.
— Niech będzie. Jeśli zacznie padać, wracamy.
— Dobrze.
Poszedł się przebrać. Stojąc przed lustrem w sypialni, zauważył, że broda mu znowu odrosła. Zazwyczaj golił się w niedzielę rano. Dziś zapomniał. _Nie ma sensu teraz._ Wziął sweter. Wyciągnął z szuflady czapkę. Zauważył, że szuflada jest pełniejsza, niż pamiętał — pięć, sześć czapek, niektóre jeszcze z metkami. Wanda kupowała czapki. Wanda lubiła czapki.
— A właśnie, Tomek. — Wanda stanęła w drzwiach sypialni. — Pamiętasz, że w przyszłą niedzielę umówiliśmy się na hotele?
— Yyy… tak, pamiętam. Toskania.
— Toskania albo południowo-zachodnia Francja.
— Tak, tak. Każde z nas znajduje trzy propozycje.
— Pięć, Tomek. Poszukajmy pięciu, naprawdę chciałabym, żeby było tam pięknie.
Patrzyła na niego z tym samym lekkim, niezłośliwym uśmiechem, którym czasem patrzyła, gdy się w czymś drobnym mylił. Tomek nigdy nie wiedział, czy ten uśmiech go bawi, czy go rani.
— Dobrze. Pięć.
— Do piętnastej. Potem wybieramy razem.
— Później. Do siedemnastej.
— Niech ci będzie do siedemnastej.
Uśmiechnęła się. On też. Zawsze tak robili — domykali ustalenia tym uśmiechem, jak gdyby podawali sobie dłonie.
Wyszli z mieszkania. W windzie Wanda mówiła coś o klientce, niemieckiej projektantce mody z Charlottenburga, której nazwisko Tomek już chyba pięć razy zapominał. Kiwał głową, mówił _„tak, no jasne”_, patrzył na cyferki pięter. W bramie napotkali sąsiadkę z trzeciego, panią Helenę, z jej małym yorkiem.
— Państwo Lerscy! Idą państwo gdzieś?
Pani Helena miała ten przeciągły niedzielny ton.
— Do parku, pani Helu, na chwilę. A pani?
— Ja już wracam, Karuzelka się załatwiła. Zimno dziś, dwa stopnie podobno, ale zmarzłam strasznie, niech państwo uważają na lód, bo na chodniku przy bramie jest skorupa.
— Dziękujemy. Spokojnej niedzieli.
— I państwu, i państwu.
Wanda zawsze umiała tę panią Helenę pożegnać w dwa zdania. Tomek nigdy nie wiedział, jak ona to robi. Sam zwykle zostawał z nią o pięć minut dłużej, niż by chciał.
------------------------------------------------------------------------
Było prawie pusto, dochodziła dziesiąta. Lerscy często tu przychodzili — park był niedaleko mieszkania, mały, z dwoma stawami i alejką między nimi. Z mostkiem o zardzewiałej balustradzie i tabliczką, na której prawie nie dało się już przeczytać, kto go ufundował w 1958 roku. Tomek pamiętał ten park z lata — pełen dzieci i biegaczy. W styczniu park był głównie jego.
Pachniało mokrym liściem, choć liści dawno już nie było. Wilgoć siedziała w powietrzu — park budził się z porannych mgieł. Gdzieś z lewej, od strony placu zabaw, słychać było jednostajne skrzypienie — ojciec z dzieckiem na huśtawce, ledwie widoczne dwie sylwetki, jedna w kurtce czerwonej jak mak.
— Może na alejkę między stawami? — zapytała Wanda.
— Tak.
Szli pojedynczo, bo po deszczach z piątku alejka zrobiła się wąska od kałuż. Tomek z przodu. Wanda za nim, w czapce, jakiej u niej wcześniej nie widział — bordowej, z grubego splotu.
— Wiesz — powiedziała Wanda po chwili — Marta mówiła, że Krzysiek dostał chyba awans.
Tomek nie odwrócił się od razu. Ścieżka zrobiła łagodny zakręt, ominęli kałużę po jej prawej stronie. Pod butami trzaskał mokry żwir.
— Krzysiek dostał awans?
— Tak coś sugerował Marcie. Nie wiem, czy to już pewne. Może jeszcze nie.
— Marta wie, że Krzysiek dostał awans, zanim ja się dowiedziałem?
— Powiedziała mi w czwartek po kolacji.
Tomek zatrzymał się. Odwrócił się. Wanda też się zatrzymała, jak gdyby spodziewała się tego ruchu o ułamek sekundy wcześniej, nim go faktycznie wykonał.
— Krzysiek dostał awans w czwartek, a ja się o tym dowiaduję w niedzielę.
— Tomuś. — Wyciągnęła rękę z kieszeni, dotknęła rękawa jego kurtki. — Może to nie było formalne. Może on sam jeszcze nie wie. Marta tak to opowiadała — że on jej powiedział, że _być może_ coś idzie.
— Wanda. Pracuje z Krzyśkiem. Codziennie. To nie jest tak, że ja go nie widuję.
— Wiem.
— I ty mi mówisz o tym w niedzielę, na spacerze, między stawami.
— Bo dopiero teraz przyszło mi do głowy, że ty możesz tego nie wiedzieć. Ja założyłam, że on ci od razu…
Zatrzymała się w pół zdania. Spojrzała w bok, na drugi staw, gdzie po lodzie szła samotna kaczka. Tomkowi wydało się, że Wanda właśnie zrobiła wyliczenie, którego nie chciała robić — czy on rzeczywiście powinien był wiedzieć pierwszy, czy nie powinien. I że doszła do nieprzyjemnego dla obojga wniosku.
— To go zapytaj jutro — powiedziała wreszcie, miękko. — Może to wszystko jest inaczej, niż się wydaje.
— Zapytam.
Szli dalej. Tomek czuł w karku ten lekki, suchy ból, który pojawiał się u niego zawsze, gdy się denerwował, ale nie chciał tego pokazać. W piątek Krzysiek wyszedł z biura o czwartej, mówiąc, że ma coś prywatnego. Marek, ich szef, w sobotę o trzeciej wyglądał normalnie — choć właśnie, _czy normalnie_? Z Markiem to nigdy nie było pewne. Czy Krzysiek powinien mu powiedzieć, jeśli rzecz nie była jeszcze formalna? _Więc czemu powiedział Marcie?_ Bo Marta była znajomą z liceum, jeszcze sprzed pracy. Z kolegą z pracy się nie dzieli przypuszczeniami. Z koleżanką z liceum, w środowy wieczór, po jednym piwie — można. _No tak. Tak by to wytłumaczył._ Chciał już przestać myśleć o Krzyśku.
— A Marta jak się ma? — zapytał, żeby zmienić temat. Głos miał o pół tonu wyższy, niż chciał.
— Marta… — Wanda westchnęła długo. — Nie układa się jej z Andrzejem.
— Nie układa się?
— Mówi, że to było za szybko. Że ona nie była gotowa. Ja myślę, że to on nie był gotowy. Ale ona tak mówi i go broni.
— Lubię Andrzeja, wydaje się fajnym facetem.
— Wiem. Ja też.
— A ile oni są razem? Trzy miesiące?
— Cztery.
— Czas leci.
Doszli do końca alejki — ścieżka urywała się przy starej, drewnianej ławce. Ktoś — pewnie dzieci, pewnie nie tej zimy — wyrył na niej nożykiem serce z literami M+K. Stawy były zamarznięte, choć cienko, i przez lód widać było ciemną wodę. Mała kaczka chodziła po lodzie, chwiała się przy każdym kroku, jak gdyby nie do końca jeszcze pojmowała, że lód jest śliski.
— Skąd ona jest? — zapytał Tomek, ni to do Wandy, ni to do siebie.
— Pewnie zimuje. Niektóre zimują.
— Wanda, dlaczego ty wszystko wiesz?
Powiedział to z uśmiechem, ale w środku go nie czuł. Wanda się zaśmiała, chowając usta w szalik.
— Bo Lyra mi powiedziała kiedyś. O zimowaniu kaczek. Latem, na innym spacerze.
— Ach tak. I pamiętasz takie rzeczy od lata?
— No.
Tomek pomyślał, że mógłby teraz wyjąć Nimbusa i zapytać o inne _kaczkowe_ ciekawostki. Wanda nie miałaby tego problemu — wyjęłaby Lyrę i po prostu to zrobiła. On nie czuł się z tym dobrze — i to było coś, co znowu zaczynało go drażnić. Ta drobna asymetria: ona pyta, on się zastanawia, czy pytać. Coś jak złość, choć złość była niewłaściwym słowem. Coś łagodniejszego. Coś jak _„wolałbym nie być takim, jakim jestem”_.
— Wracamy? — zapytała Wanda. — Zaczyna padać.
Poczuł kroplę na policzku.
— Tak, wracajmy.
Wracali szybciej, niż przyszli. Wiatr gnał coraz prędzej między drzewami, szumiał gdzieś wysoko, w pustych gałęziach. Tomek naciągnął czapkę głębiej. Wanda zarzuciła kaptur na czapkę. Mijali tę samą ławkę co przedtem — z M+K — i Wanda w przejściu na ułamek sekundy dotknęła jej palcami w rękawiczce.
— Tomek.
— Tak.
— Dobrze, że poszliśmy.
— Dobrze.
— Lubię niedziele z tobą.
------------------------------------------------------------------------
W mieszkaniu pachniało tym ich własnym zapachem — kawą, woskiem do podłóg, suchym ciepłem z hubu, który zauważał, kiedy ich nie ma, i przykręcał ogrzewanie, a kiedy wracali — podkręcał. Zdjęli kurtki. Wanda nastawiła czajnik. Tomek poszedł do salonu, usiadł na sofie, sięgnął po książkę z półki — Mrożka, _Tango_, czytaną już piąty raz. Otworzył gdzieś w środku, nie patrząc, na której stronie. _Edek, Edek._ Próbował się skupić.
W kuchni czajnik gwizdał. Wanda otwierała szafki — szukała tej herbaty z bergamotką, którą ostatnio lubiła, a której nigdy nie potrafiła znaleźć za pierwszym razem. Z hubu szła cicha muzyka, jakaś klasyka — Tomek nie poznał. Pewnie coś, o co Wanda wczoraj poprosiła. Hub się dostosowywał, zapamiętywał, a później wybierał coś, o czym wiedział, że jej się spodoba. On nigdy nie prosił huba o muzykę. Bał się, prawdę powiedziawszy, że hub mu zaproponuje coś dokładnie takiego, jak sam by wybrał. I co wtedy?
— Tomek — zawołała Wanda. — Herbata.
— Idę.
Wstał z sofy. _Może w przyszłą niedzielę z tymi hotelami się postaram. Wanda zawsze pisze dłuższe pytania._ Pomyślał, że warto byłoby się zastanowić, jak ona to robi — co dokładnie wpisuje w Lyrę, gdy chce, żeby Lyra coś dobrego znalazła.
Poszedł do kuchni. Wanda nalewała herbatę, para szła pionowo, zapach bergamotki łagodny i nieco staromodny. Wziął kubek, ciepło przeszło mu od porcelany do dłoni jak coś żywego. Usiadł. Wanda usiadła naprzeciwko, oparła łokcie o stół, ujęła kubek w obie dłonie. Patrzyli na siebie przez chwilę. Za oknem padał deszcz.
— Tomek — powiedziała Wanda — pamiętaj o tej niedzieli.
— Pamiętam.
— Każde po pięć.
— Każde po pięć.
— Toskania albo Francja.
— Toskania albo Francja.
— Do siedemnastej.
— Do siedemnastej.
Uśmiechnęła się. On też. Pili herbatę.2. W BIURZE
Apex _odpowiedział_ Tomkowi o ósmej dwadzieścia siedem, gdy Tomek stał jeszcze w windzie biurowca na Placu Powstańców Śląskich. Telefon zawibrował w dłoni — krótko, dwa razy — i Tomek wiedział, jeszcze zanim spojrzał na ekran, że to lista, o którą prosił. Pytanie zadał w tramwaju: _„co warto przygotować na poniedziałkową prezentację raportu cybernetycznego, koniecznie krótko”_. Apex zwrócił pięć punktów. Tomek przeczytał listę dwa razy — najpierw pobieżnie, potem uważniej. Punkty były rozsądne. Punkty były krótkie. Nic, czego sam by sobie nie wymyślił, gdyby zechciał się wysilić.
Winda pachniała szamponem osoby, która wysiadła piętro niżej — czymś owocowym i sztucznym. Lustro odbijało jego twarz — bladą po nieprzespanej nocy, z zarostem, którego nie zgolił w niedzielę. Apex, pochylony nad kolejnym pytaniem, nie zważał na szampon ani zarost. Apex liczył prawdopodobieństwa, gradienty, wagi. Tworzył z nich słowa, ze słów odpowiedzi.
Wysiadł na siódmym. Sekretarka Bożena uśmiechnęła się jak zawsze, jak gdyby Tomek był kimś, kogo widziała pierwszy raz w życiu. Bożena tak uśmiechała się do każdego. Miała na biurku doniczkę ze sztuczną sansewierią i kalendarz, w którym zaznaczała dni grubym, niebieskim mazakiem.
— Tomek, kawa?
— Tak, poproszę.
— Z mlekiem?
— Tak.
— Marek już dziś wpadał. Pytał, czy raport gotowy.
— Gotowy.
— A jest gotowy?
— Gotowy.
Bożena uśmiechnęła się jeszcze raz, tym razem trochę bardziej naturalnie. Podała kawę w kubku z logo firmy, takim samym, jakie mieli wszyscy, choć nikt już nie pamiętał, kto i kiedy je zamówił. Wziął kubek, poszedł do biurka.
Rano w poniedziałek cztery z dwunastu boksów open space’u stały puste. Z głośnika gdzieś w suficie szła ta sama korporacyjna muzyka co zwykle — coś jazzowego, niezakłócającego pracy, _neutralnego_. Marek chciał mieć w biurze neutralną muzykę. Marek poprosił o to Wisłę. Wisła wybrała. Nikt jej szczególnie nie lubił, ale nikomu też szczególnie nie przeszkadzała — czyli o to chodziło.
Krzysiek już siedział, w słuchawkach, twarz w ekranie. Tomek go nie zaczepił — nigdy nie zaczepiał nikogo rano w poniedziałek. To była jedna z tych rzeczy, które irytowały go w innych, więc sam starał się ich nie robić.
Postawił kubek. Włączył laptop. Apex otworzył się sam, z dokumentem _Raport ryzyka cybernetycznego — Q1 2034 — wersja 14_ już rozwiniętym w aktywnym oknie. Kiedyś by go to zdziwiło. Teraz było naturalne, jak światło, które samo zapala się w lodówce. Czternaście wersji, od listopada. Marek wymyślił raport w październiku, gdy zarząd zażądał _„pełnej analizy zagrożeń cyberbezpieczeństwa dla portfela komercyjnego”_. Tomek wziął zlecenie, napisał już czternaście wersji i miał dość poprawek.
Otworzył Apex. Wpisał: _„Sprawdź, czy ta wersja jest gotowa do prezentacji. Trzy główne punkty, które warto wzmocnić.”_
Apex odpowiedział w pięć sekund. Trzy punkty. Każdy poprawny. Pierwszy — ekspozycja portfela na ataki ransomware. Drugi — nowe regulacje unijne. Trzeci — dane historyczne są niewystarczające do skalibrowania modelu nowych zagrożeń. To były dokładnie te same trzy punkty, które Tomek wymyślił sam w piątek.
_Czy on mi pomaga, czy mnie powtarza?_ — pomyślał i przez pół sekundy wróciło tamto poranne uczucie znad Nimbusa: że dostaje wyłącznie to, co już w sobie ma, odbite i podane z powrotem. Zamknął okno Apex. Nie poprosił o czwarty punkt. Nie poprosił o uzasadnienie. Wziął kubek i poszedł do sali konferencyjnej.
------------------------------------------------------------------------
Marek już siedział. Miał na sobie granatową marynarkę z wełny — idealnie wyprasowaną, biały kołnierzyk koszuli wystawał równo po obu stronach. W sali konferencyjnej rzadko kto nosił marynarki. Marek był jedną z tych osób.
— Tomek. Siadaj.
— Cześć.
— Lecimy, pokaż, co tam masz.
Tomek otworzył prezentację. Dwadzieścia trzy slajdy. Dziesięć lat temu, gdy robił to pierwszy raz, uprzedzał pytania, wyjaśniał komentarze, dyskutował z zaangażowaniem. Teraz to był n-ty raz w tej firmie i drugi raz w tym kwartale. Otworzył pierwszy slajd. Mówił powoli i bez emocji.
Marek słuchał uważnie, zawsze słuchał uważnie. Marek był jedną z tych osób, których uwaga była towarem firmy — ludzie mówili o nim, że _„ma ucho”_. Tomek, gdy słyszał ten zwrot, czuł lekkie ukłucie czegoś niewytłumaczalnego. Słuchać. Niby cecha. Niby niewinna. _Niby._
Czterdzieści pięć minut. Zakończył standardową rekomendacją: _„zalecamy aktualizację modelu ryzyka co kwartał z uwzględnieniem trzech zmiennych nowego pochodzenia: ransomware-as-a-service, zatruwanie modeli AI oraz konwergentne zagrożenia łańcucha dostaw”_. Marek skinął głową.
— Dobrze. Dobrze. Solidnie.
— Dziękuję.
_Solidnie._ W żołądku Tomka coś się zacisnęło o pół centymetra. _Solidnie_ nie znaczyło _świetnie_. W słowniku Marka _solidnie_ było bezpieczną przystanią — komplementem, który nikogo nie obraża i nikogo nie wynosi.
— Może warto by jeszcze rozwinąć tę część o ryzyku reputacyjnym? Trzy slajdy może by się przydały. Coś o wpływie incydentu cybernetycznego na zaufanie klientów. Pamiętasz tę sprawę z Temexem w listopadzie? Coś w tym kierunku.
— Pamiętam. Jasne. Mogę dorobić do środy.
— Do środy. Dobrze. Idziemy z tym do zarządu w piątek.
— Do piątku. Dobrze.
Marek wstał. Tomek też wstał. Zebrali kawy. Marek wyszedł pierwszy, marynarka idealnie ułożona na ramionach.
W korytarzu Bożena go minęła z papierami, uśmiechnęła się powtórnie. Tomek poszedł do biurka. Usiadł.
Powinien był to dorobić sam, zanim Marek o tym wspomniał. Powinien był to przewidzieć. Pisał czternaście wersji i nie dotknął ryzyka reputacyjnego, choć sprawa Temex była tak głośna, że zawsze gdzieś wypływała. Otworzył Apex. Wpisał: _„Napisz trzy slajdy o ryzyku reputacyjnym po incydencie cybernetycznym, w kontekście ubezpieczeń komercyjnych.”_
Apex odpowiedział w siedem sekund. Trzy slajdy. Każdy poprawny. Opis sprawy Temex w punkcie drugim. Tomek skinął głową — bardziej do siebie niż do ekranu — skopiował do prezentacji, zmienił czcionkę nagłówków, by pasowała do reszty, sprawdził formatowanie. Zapisał wersję piętnastą.
Dwanaście minut. Tydzień temu, gdyby zadał to pytanie, miałby tę odpowiedź. Marek nie musiałby go o nic prosić. Nie zadał go, bo _nie pomyślał_. Apex też nie pomyślał, żeby zasugerować. Albo: Apex pomyślał i nie zasugerował.
Po raz pierwszy tego dnia Tomek pomyślał o Apex tak, jak myśli się o kimś, nie o czymś. Apex nie zapomina. Apex wykonuje. Ale co Apex właściwie wykonuje? Odpowiada na pytania, które padły — nie zadaje tych, których nikt nie zadał.
Uciął tę myśl. Poszedł zrobić sobie drugą kawę.
------------------------------------------------------------------------
W kuchence biurowej spotkał Krzyśka. Stał przy lodówce, wyciągał coś — jogurt. Ten sam kubeczek z zieloną krową, który Wanda wybrała wczoraj z dostawy i którego rano nie tknęła.
W karku Tomka coś się tępo zacisnęło. Nic szczególnego. Drobne uczucie. Krzysiek się odwrócił, łyżeczka między palcami.
— Cześć, Tomek.
— Cześć.
— Jak prezentacja?
— Marek powiedział, że trzeba dorobić trzy slajdy.
— Reputacyjne?
Tomek się zatrzymał. Łyk kawy stanął mu w gardle.
— Tak. Skąd wiesz?
Krzysiek się uśmiechnął, lekko, jak gdyby przypomniał sobie coś zabawnego.
— Marek mi mówił w piątek. Powiedział, że pewnie zapomnisz, ale chciał ci dać szansę.
— Aha.
— Nie martw się. Każdy zapomina o reputacyjnych. Marek je uwielbia, bo to są te jego ulubione slajdy. Trzy zdjęcia logotypu klienta zamglone w czerni, podpis _„zagrożenie”_. Marek się rozpływa.
Tomek nie odpowiedział. W mikrofalówce ktoś podgrzewał wczorajszy gulasz — pomidor, czosnek, zapach, który nie pasował do poniedziałku rano. Z głośnika w suficie szła ta sama Wisłowa muzyka, _neutralna_.
— A ty jak? — zapytał Tomek po chwili.
— Ja prezentuję po obiedzie. Reorganizacja portfela mieszkaniowego.
— Trudne?
— Średnie. Apex mi pomógł zrobić to w weekend. Wyszło dobrze.
— W weekend pracowałeś?
— Trochę. Wiesz, w sobotę godzinkę po południu, w niedzielę dwie wieczorem. Nic wielkiego.
Tomek skinął głową. Krzysiek pracował w weekend i zdążył przygotować raport, który Apex _„pomógł zrobić”_. Tomek napisał już czternaście wersji od listopada i wciąż brakowało trzech slajdów. _Praca w weekend wymaga, by chciało się pracować w weekend._ Jemu się nie chciało. Może to było właśnie _to_.
— Powodzenia po obiedzie — powiedział Tomek.
— Dzięki. Tobie też w środę.
Krzysiek otworzył jogurt, wbił łyżeczkę, wyszedł. Tomek został w kuchni z kawą. Z głośnika w dalszym ciągu szła Wisłowa muzyka. Marek prawdopodobnie poprosił Wisłę o _„muzykę do biura, niezakłócającą pracy, neutralną”_, i Wisła tak wybrała. Marek pewnie nie wiedział, że to są utwory, których nikt w biurze szczególnie nie lubi. Po prostu założył, że są dobre, bo Wisła je wybrała.
Wziął kubek. Wyszedł.
------------------------------------------------------------------------
O wpół do pierwszej Tomek zszedł do stołówki na parterze. Dzieliły ją wszystkie firmy z biurowca — szeroka, jasna sala, w której brzęk sztućców o talerze nie cichł nigdy między dwunastą a drugą. Pachniało zupą pomidorową i smażonym. Tomek wziął tacę, zupę, schab z ziemniakami — to samo co zawsze; w stołówce wybierał najszybciej, jak ktoś, kto dawno przestał czytać kartę do końca.
Przy stole pod oknem siedziała Iga z analizy, z dwiema osobami, które Tomek znał z imienia i z windy, nie bliżej. Iga uniosła widelec.
— Tomek. Jest miejsce.
Usiadł. Iga pracowała w firmie od pięciu lat, była młodsza od niego o dekadę i należała do tych ludzi, którzy w poniedziałek wyglądali na wyspanych. Była dobra, bystrzejsza niż połowa działu — choć ostatnio mówiła o swojej robocie tak, jakby coś z niej co miesiąc uchodziło, a ona przestała już pytać, dokąd. Mówiła szybko, ale nie męcząco — przy Idze Tomek mógł milczeć i nikomu to nie przeszkadzało.
— …wpisuję jej dokładnie to samo co zawsze — mówiła Iga do całego stołu, zataczając widelcem małe koło. — Co kwartał ten sam przegląd, ten sam format. A od jakiegoś czasu Apex wypluwa mi z tego _standardowy raport_. Pytam o konkret, dostaję ogólnik. Jakby mu się przestało chcieć.
— U mnie tak samo — odezwał się mężczyzna z księgowości, starszy, z serwetką zatkniętą za kołnierz. — Przestał cokolwiek podpowiadać sam z siebie. Robi, o co proszę, i ani słowa więcej.
— Wgrali wam nową wersję — powiedziała druga kobieta, nie odrywając wzroku od telefonu. — Zawsze coś aktualizują. Po aktualizacji przez tydzień jest głupi, potem wraca do siebie.
— Pewnie tak — przyznała Iga; nie brzmiała na przekonaną, ale i nie na zmartwioną. Wróciła do zupy. — Tomek, a twój raport Q1? To chyba potwór.
— Wersja piętnasta — powiedział Tomek.
— Piętnasta. — Iga się roześmiała, bez cienia złośliwości. — Ty to jesteś cierpliwy.
Tomek wzruszył ramionami. _Cierpliwy._ To było jedno z tych słów, którym ludzie opisywali go zamiast zdobyć się na szczerość. Bożena mówiła o nim _„spokojny”_. Marek mówił _„solidnie”_. Wanda nie mówiła nic. Wszystkie te słowa były uprzejme i wszystkie znaczyły mniej więcej to samo, czego Tomek nie umiał nazwać, a co od rana siedziało mu pod mostkiem.
Jadł zupę. Iga mówiła już o czym innym — o kursie ceramiki, na który zapisała się z siostrą, o tym, że pierwsze miski wyszły krzywe i że to było w tym najlepsze. Tomek słuchał połową uwagi. Drugą połową siedział wciąż w sali konferencyjnej, przy tych trzech slajdach o ryzyku reputacyjnym, których nie dorobił, choć powinien. To, że Apex wypluwa Idze _standardowy raport_, przeszło obok niego jak brzęk sztućców — dźwięk, który jest, ale którego się nie słyszy.
Dojadł, odniósł tacę. Iga rzuciła za nim _„trzymaj się z tą piętnastką”_; Tomek pomachał, nie odwracając się. Winda na górę jechała pusta. W lustrze była ta sama blada twarz co rano, ten sam niezgolony cień. Do prezentacji Krzyśka została godzina.
------------------------------------------------------------------------
Po obiedzie Krzysiek prezentował. Tomek siedział na drugim końcu sali konferencyjnej, bo Marek poprosił, by była tam cała grupa analizy. Krzysiek miał trzydzieści cztery slajdy — Tomek miał dwadzieścia trzy. Krzysiek mówił czterdzieści osiem minut — Tomek mówił czterdzieści pięć. Różnica nie była duża.
Marek słuchał. Marek się rozpromienił. Tomek widział to z drugiego końca sali — jak twarz Marka, zwykle szczelna i opanowana, otwierała się powolutku, jak gdyby ktoś w niej odsuwał zasłonkę. Po raz pierwszy tego dnia piekły go uszy. Nie wiedział od razu, czemu.
Marek powiedział: _„Krzysiek, to jest po prostu świetne”_. Tomek próbował zrozumieć, co konkretnie było świetne. Nie różnica długości. Nie liczba slajdów. Coś innego.
Wyciągnął notatnik. Papierowy, z czarną gumką, którego używał od trzech lat, jeszcze sprzed Apex, sprzed Wisły. Zapisał ołówkiem: _„co było u Krzyśka, czego nie było u mnie?”_
Próbował się skoncentrować. Zauważył:
_Po pierwsze, Krzysiek miał historię._ Wszedł od strony klienta. Mówił o konkretnej rodzinie, która straciła dom w pożarze w marcu zeszłego roku, i o tym, jakie wnioski wyciągnął ich zarząd z procesu likwidacji. Konkret, anegdota, twarz. Tomek miał trzy zmienne nowego pochodzenia.
_Po drugie, Krzysiek miał liczby, które przemawiały do wyobraźni._ Sto czternaście milionów dolarów na rynku globalnym. Czterysta tysięcy roszczeń. 8,2% wzrost rok do roku. Tomek miał diagramy.
_Po trzecie, Krzysiek miał rekomendację, której można było użyć w poniedziałek._ Konkretne kroki. Każdy z nazwiskiem osoby odpowiedzialnej. Każdy z datą. Tomek miał _„zalecamy aktualizację modelu co kwartał”_.
Zamknął notatnik. _Niektórzy ludzie po prostu lepiej piszą prezentacje._ Krzysiek miał to od dziecka. Tomek już chodził na dwa kursy z prezentacji i nic z nich nie wyniósł.
A jednocześnie — pomyślał — w tę sobotnią godzinkę i niedzielne dwie godziny Krzysiek prawdopodobnie pytał Apex o _„konkretną historię klienta z marca zeszłego roku, do prezentacji portfela mieszkaniowego, długość dwa akapity”_. I że Apex prawdopodobnie odpowiedział mu czymś, czego dało się od razu użyć. _Gdybym ja więcej pytał, co bym dostał?_
Marek dziękował Krzyśkowi. Ludzie powoli wracali do swoich prac. Tomek poczekał, aż wstanie ostatni, i też wyszedł.
Wrócił do biurka. Otworzył Apex. Napisał: _„Daj mi przykład konkretnej rodziny, która straciła dom w pożarze w marcu zeszłego roku, do prezentacji ryzyka reputacyjnego, długość dwa akapity.”_
Apex odpowiedział w sześć sekund. Tomek przeczytał. Odpowiedź była _poprawna_. Anonimowa. Mała rodzina, dwoje dzieci, dom o wartości czterystu tysięcy złotych, pożar elektryczny, ubezpieczyciel wypłacił po dwóch tygodniach. Każde zdanie poprawne. Każde zdanie generyczne. Ani jednego imienia. Ani jednej fotografii. Ani jednej drobnej, prawdziwej rzeczy.
Zamknął Apex. _To nie ta sama odpowiedź. Krzysiek dostał coś, czego ja nie dostaję._ Nie wiedział, jak to udowodnić. Może to było złudzenie. Może Krzysiek lepiej napisał prompt. Może to po prostu kwestia umiejętności korzystania z AI. _Może pójdę na kurs._ Już chodził na kurs.
Uśmiechnął się do siebie. Bardzo lekko. Bo to wszystko brzmiało coraz bardziej jak ktoś, kto szuka winnego wszędzie poza sobą.
_Albo może jestem po prostu zmęczony._
------------------------------------------------------------------------
Spojrzał na zegar. Czwarta czterdzieści dwa. Otworzył wiadomości. Wanda nie pisała przez cały dzień. To było normalne. Tomek napisał: _„Jak dzień?”_
------------------------------------------------------------------------