Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Nowiny ze świata - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lipca 2018
26,90
2690 pkt
punktów Virtualo

Nowiny ze świata - ebook

„Gdzie jest skała, na której zostałam zbudowana?”

Rok 1870. Kapitan Jefferson Kyle Kidd, siedemdziesięcioletni wdowiec, weteran kilku wojen, przemierza północny Teksas, urządzając w miasteczkach odczyty dla spragnionej wieści ze świata publiczności. Pewnego dnia jego znajomy Britt Johnson zwraca się do niego z nietypową prośbą – za pięćdziesiąt dolarów w złocie Kidd ma przewieźć dziesięcioletnią dziewczynkę do jej krewnych w San Antonio. Cztery lata wcześniej Johanna została uprowadzona przez Kiowów, którzy na jej oczach zamordowali jej rodziców i siostrę, a potem wychowali ją jak własne dziecko. Teraz została odkupiona z niewoli i wyrwana ze świata, którego częścią się stała.

Czterystumilowa podróż okazuje się trudna nie tylko ze względu na czyhające na kapitana i Johannę niebezpieczeństwa. Dziewczynka wcale nie chce wracać do życia wśród białych. Jednak z czasem dwoje samotnych ludzi zaczyna sobie ufać. Tworzy się między nimi więź, która w tej zdradzieckiej krainie decyduje o życiu i śmierci.

„Nowiny ze świata” to także znakomita literacko próba odpowiedzi na pytanie, które wciąż pozostaje dla nas zagadką: jak porywane przez Indian dzieci, często świadkowie bestialstwa, którego ofiarą padły ich rodziny, radziły sobie z tą traumą i dlaczego – bez względu na czas spędzony w niewoli, płeć czy pochodzenie – już nigdy nie potrafiły w pełni wrócić do poprzedniego życia.

Powieść znalazła się w finale Amerykańskiej Nagrody Książkowej.

„Nić przyjaźni, która nawiązuje się między starszym mężczyzną a zagubioną małą dziewczynką, jest przepięknym przykładem troski o drugiego człowieka. To opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi.” Tracy Chevalier

„W powieści Jiles zło, do którego zdolni są ludzie, nie jest tak silne jak tęsknota bohaterów za pokojem, porządkiem i miłością. Ta urocza, delikatna powieść, która znalazła się w finale Amerykańskiej Nagrody Książkowej, potwierdza, że jeżeli wszyscy o to zadbamy, „nowiny ze świata” mogą być naprawdę dobre.” Wendy Smith, „The Washington Post”

„„Nowiny ze świata” […] to wysmakowana powieść o radości płynącej z bycia wolnym człowiekiem. Znajdziemy tu zarówno narodziny nieoczekiwanej miłości […], przygodę w sercu dzikiego Teksasu, jak również próbę pogodzenia odmiennych kultur. Może się wydawać, że to sporo jak na niewielką książkę, lecz Paulette Jiles potrafi opowiedzieć bardzo wiele, mówiąc oszczędnie.” Janet Maslin, „The New York Times”

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8049-728-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jeden

Wichita Falls, Teksas, zima 1870

Kapitan Kidd rozpostarł „Boston Morning Journal” na pulpicie i zaczął czytać artykuł na temat Piętnastej Poprawki do Konstytucji. Urodził się w roku 1798, pięć lat temu skończyła się trzecia wojna za jego życia – miał nadzieję, że następnej już nie zobaczy, ale ostatnio przez nowiny ze świata starzał się bardziej niż przez sam upływ czasu. Mimo to wciąż obsługiwał trasę, nawet podczas wiosennych zimnych słot. Kiedyś był drukarzem, ale wojna zabrała mu i to, i wszystko inne, gospodarka Konfederacji legła w gruzach, jeszcze zanim przyszło kapitulować, teraz więc zarabiał na życie, wędrując po północnym Teksasie od miasteczka do miasteczka, gazety i żurnale chował do wodoodpornego fascy­kułu, a sam chronił się przed pogodą, stawiając kołnierz na sztorc. Jeździł na świetnym wierzchowcu, obawiał się, że ktoś spróbuje mu go zabrać, ale jak dotąd się to nie zdarzyło. Przybył więc do Wichita Falls 26 lutego, porozwieszał plakaty, w stajni przebrał się do czytania. Na dworze lało jak z cebra, dach dudnił, ale kapitan miał mocny, dobry głos.

Strzepnął płachtę gazety.

Piętnasta Poprawka, czytał, ratyfikowana na dniach, 3 lutego 1870, daje prawo głosu wszystkim mężczyznom uprawnionym do głosowania, niezależnie od ich rasy, koloru skóry czy też uprzedniego zniewolenia. Podniósł oczy znad druku. Jego okulary do czytania błysnęły w świetle. Wychylił się nieco nad pulpitem. To oznacza także kolorowych obywateli, stwierdził. Proszę tylko bez waporów czy dziewczęcych pisków. Obracał głową, taksując tłum zwróconych ku niemu twarzy. Szemrzecie, słyszę, powiedział. Dosyć. Nie cierpię szemrania.

Łypnąwszy na nich ponuro, kapitan powiedział: Dalej. Rozłożył następną gazetę. Według ostatnich nowin z „New-York ­Tribune”, statek wielorybniczy przyniósł wiadomość, że szkuner Hansa ekspedycji polarnej został zmiażdżony w paku lodowym i zatonął podczas próby dotarcia na biegun północny, u wybrzeży Grenlandii, na siedemdziesiątym stopniu szerokości geograficznej północnej. W artykule nie ma żadnej wzmianki o tym, czy ktokolwiek ocalał. Niecierpliwie przerzucił stronę.

Kapitan miał gładko ogoloną twarz, kanciastą jak runy, idealnie białe włosy i wciąż trzymał prosto swoje sześć stóp wzrostu. Jego włosy lśniły w gorącym snopie światła z soczewki latarni. Na plecach za pasem nosił krótkolufowy rewolwer systemu Slocuma, pięciostrzałowiec kalibru trzydzieści dwa. Nigdy za nim nie przepadał, ale też rzadko musiał czynić zeń użytek.

Nad wszystkimi odkrytymi głowami, pod tylną ścianą sali dojrzał Britta Johnsona i jego ludzi, Painta Crawforda oraz Dennisa Curetona – trzech wolnych czarnych. Britt przewoził duże ładunki, pozostali dwaj byli jego wozakami. Wszyscy trzymali kapelusze w dłoniach, każdy opierał się o ścianę jedną podgiętą nogą w wysokim bucie. Sala była pełna ludzi: duże, otwarte pomieszczenie używane jako skład wełny, na spotkania miejskie i przez takich jak kapitan. Na sali byli niemal wyłącznie mężczyźni, niemal sami biali. Światło latarń raziło, powietrze było ciemne. Kapitan Kidd jeździł z gazetami po północnym Teksasie, od miasteczka do miasteczka, i czytał na głos najnowsze nowiny przed takimi właśnie zgromadzeniami, w ratuszach czy zborach, za dziesięć centów od głowy. Podróżował ­samotnie, nie miał nikogo, kto inkasowałby za niego pieniądze, ale mało kto oszukiwał, a jeśli taki się znalazł, to ktoś inny zawsze go przyuważył, łapał za szperklapy, podciągał do góry i mówił: Weź pan naprawdę zapłać tego dziesiątaka, psiakrew, jak każdy. Tak się należy.

I zaraz w puszce po farbie brzęczała kolejna moneta.

Zerknął na salę i zobaczył, że Britt Johnson daje mu sygnał palcem wskazującym. Kapitan skinął lekko i zakończył odczyt artykułem z „Philadelphia Inquirera” na temat brytyjskiego fizyka Jamesa Maxwella i jego hipotez dotyczących zakłóceń elektromagnetycznych w eterze, fal o długości większej niż promieniowanie podczerwone. Chodziło o to, żeby znudzić ludzi, wyciszyć ich i sprawić, żeby nie mogli się już doczekać wyjścia – wyjścia bez awantur. Kapitan nie miał już cierpliwości do kłopotów i cudzych emocji. Własne życie wydawało mu się wodniste i kwaśnawe, nieco nadpsute, ale ten stan ducha ogarnął go całkiem niedawno. Wsączało się weń powolne otępienie, niczym ulatniający się skądś trujący gaz świetlny, kapitan zaś nie miał pomysłu, jak sobie z tym poradzić, poza szukaniem ciszy i samotności. Ostatnio za każdym razem nie mógł się już doczekać zakończenia odczytu.

Złożył gazety i zapakował je do fascykułu. Pochylił się w lewo, zdmuchnął płomień w latarni. Kiedy ruszył między ludzi, wielu wyciągało ku niemu ręce, ściskali mu dłoń. Jeden, jasnowłosy, siedział i patrzył na kapitana. Towarzyszyło mu dwóch Indian, może półkrwi – kapitan wiedział, że to Kaddo i że reputację mieli niechwalebną. Ten o blond włosach obrócił się na krześle i spojrzał ciężko na Britta. Podeszli wtedy inni ludzie, dziękowali kapitanowi za czytanie gazet, pytali o dorosłe dzieci. Kidd kiwał głową, odpowiadał: Znośnie, znośnie, po czym przedostał się na tył sali, do Britta i jego ludzi, żeby dowiedzieć się, o co Brittowi chodzi.

*

Kapitan domniemywał, że rzecz idzie o Piętnastą Poprawkę, ale się mylił.

Tak jest, kapitanie Kidd, pozwoli pan ze mną? Britt wyprostował się, kapelusz nałożył na głowę, to samo zrobili Dennis i ­Paint. Britt podjął: Mam w furgonie problem.

Wyglądała może na dziesięć lat, ubrana była na modłę konnych Indian w tunikę z jeleniej skóry, z czterema rzędami łosiowych zębów naszytymi z przodu. Na ramiona naciągnęła gruby pled. Włosy miała koloru cukru klonowego, nosiła w nich dwa kłębki puchu, wpięte w pasma włosów tymi maleńkimi dutkami, a pomiędzy nimi krzywo wisiała lotka orła przedniego, uwiązana cienką nicią. Dziewczynka siedziała tak, zupełnie spokojna, nosząc to pióro i naszyjnik ze szklanych paciorków niczym drogo­cenne ozdoby. Miała niebieskie oczy, a jej skóra przybrała ów dziwny, intensywny odcień, jak to bywa z osobami o jasnej karnacji, gdy są ogorzałe i spalone słońcem. Z jej twarzy dawało się wyczytać tyle, co z kurzego jaja.

Rozumiem, mruknął kapitan Kidd. Rozumiem.

Kołnierz czarnego płaszcza postawił w obronie przed deszczem, szyję owinął grubym wełnianym szalem. Z nozdrzy przy wydechach biły kłęby pary. Przygryzł dolną wargę z lewej strony, myśląc o tym, co widział w świetle naftowej latarni, którą trzymał Britt. Z jakiejś niewiadomej przyczyny dostawał od tego gęsiej skórki.

Jestem zdumiony, oświadczył. To dziecko wygląda sztucznie, a do tego złośliwie.

Britt cofnął jeden ze swoich wozów pod dach wiaty przed stajnią. Nie zmieścił się cały. O przód furgonu wraz z kozłem woźnicy dziko bębniły krople deszczu, wokół migotała mgiełka rozbryzgów. Tył wozu był osłonięty, tam razem stanęli i patrzyli na dziewczynkę tak, jak to czynią ludzie, którym w ­paści wpadło coś dziwnego, nieznanego, o zupełnie niewiadomej takso­nomii, zapewne niebezpiecznego. Dziewczynka siedziała na beli wojskowych koszul. W świetle latarni jej oczy pobłyskiwały rozwodnionym, szklistym błękitem. Obserwowała ich, śledziła każdy ruch, każde uniesienie dłoni. Wodziła oczyma, nie poruszając jednak głową.

Tak jest, potwierdził Britt. Jak jechaliśmy z Fortu Sill tutaj, dwa razy wyskoczyła z furgonu. Na ile zdołał ustalić agent Hammond, to Johanna Leonberger, porwana jako sześciolatka cztery lata temu, niedaleko Castroville. To wedle San Antonio.

Wiem, gdzie to jest, powiedział kapitan Kidd.

Tak jest. Agent miał wszystkie szczegóły. Jeśli to ona, to ma z dziesięć lat.

Britt Johnson był postawnym, silnym mężczyzną, ale na dziewczynkę patrzył z powątpiewaniem i nieufnością. Budziła w nim ostrożność.

Nazywam się Cykada. Mój ojciec nazywa się Krążąca Woda. Moja matka nazywa się Trzy Łaciate. Chcę wrócić do domu.

Nie mogli jej jednak usłyszeć, bo nie powiedziała tego na głos. Słowa Kiowów, z całą właściwą im tonalną melodią, żyły w jej głowie niczym pszczoły.

Wiedzą, kim byli jej rodzice? zapytał kapitan Kidd.

Tak jest, wiedzą. A przynajmniej o tyle, o ile się dało to ustalić, patrząc po dacie jej porwania. Znaczy, to wszystko agent, to o nim mówię. Jej rodzice i młodsza siostra zostali zabici w wypadzie Indian. Agent miał jakiś papier od jej krewnych, Wilhelma i Anny Leonbergerów, to jej stryj i stryjna. No i dał mi pięćdziesiąt dolarów w złocie, żebym odstawił ją z powrotem do Castroville. Rodzina przesłała mu te pieniądze przez jakiegoś majora z San Antonio, którego przenieśli na północ. Miał dać ją komuś, kto by zabrał dzieciaka do domu. Ja na to, że mogę ją wywieźć z Terytorium Indiańskiego i przez Rzekę Czerwoną. Nie było łatwo. Małośmy się nie potopili. I to wczoraj.

Od wczoraj wezbrała jeszcze o łokieć, stwierdził kapitan.

Ano wiem. Britt stanął jedną nogą na belce przyczepowej. Latarnia rzucała niespokojne światło na klapę furgonu i rozjaśniała jego wnętrze, jakby ujawniając jakąś niewiadomą sylwetkę w grobowcu.

Kapitan Kidd zdjął kapelusz i strzepnął z niego wodę. Britt Johnson uratował od czerwonoskórych przynajmniej czworo porwanych. Od Komanczów, od Kiowów, raz nawet od Czejenów, to było na północy, w Kansas. Jego własna żona i dwójka dzieci też zostały porwane, sześć lat temu, w sześćdziesiątym czwartym, a on wtedy wyjechał i przywiózł je z powrotem. Nikt dokładnie nie wiedział, jak mu się to udało. Można by pomyśleć, że same niebiosa miały go w opiece, kiedy wyprawiał się samotnie na Równinę Czerwoną, tam, gdzie wcale nie trzeba było się prosić o śmierć czy niebezpieczeństwo. Britt wziął na siebie zadanie ratowania bliźnich: człowiek mroku, chytry, silny i szybki niczym lelek na łowach o północy. A jednak Britt nie zamierzał odstawiać tej dziewczynki do jej krewnych, nawet za pięćdziesiąt dolarów w złocie.

Czemu jej nie zabierzesz? spytał Kidd. Skoro zajechałeś już tak daleko. Pięćdziesiąt dolarów w złocie to ładna sumka.

Pomyślałem sobie, że tu znajdę kogoś, kto weźmie ją dalej, odparł Britt. Stąd tam to trzy tygodnie drogi. A potem trzy z powrotem. Frachtu tam nie znajdę.

Za jego plecami Paint i Dennis pokiwali głowami. Ubrani w ciężkie sztormiaki z nawoskowanego płótna, stali z założonymi rękami. Długie, lśniące języki wody rozpełzały się po ­klepisku stajni, chwytając blask latarni niczym świetliste plamy, a dach trząsł się pod gradem kropel wielkich jak pięciocentówki.

Przez te półtora miesiąca nie zarobilibyśmy złamanego grosza, powiedział Dennis Crawford, chudy jak pająk.

Chyba że dostalibyśmy jakiś ładunek do przywiezienia tutaj, odezwał się Paint.

Się przymknij, Paint, uciął Dennis. Wiesz, jacy są ludzie tam na południu?

Ano prawda, powiedział Paint. Wiem, co mówisz.

No i tak to jest, odezwał się Britt. Nie mogę na tak długo odpuścić wożenia. Mam zamówienia na transport. No i jeszcze jedno, jakby mnie złapali, że wiozę tę dziewczynkę, byłyby sakramenckie kłopoty. Spojrzał kapitanowi prosto w oczy. No biała jest. Pan ją zabierz.

Kapitan Kidd sięgnął do kieszeni na piersi, szukając tytoniu. Nie znalazł. Britt zwinął papierosa i podał mu, a po chwili w potężnej dłoni skrzesał zapałkę. Kapitan nie stracił na wojnie żadnego syna, bo miał same córki. Dwie. Wiedział, jak to jest z dziewczynami. Z Indianami wcale, ale z dziewczynami i owszem, a to, co malowało się na twarzy tej tutaj, to była ­pogarda.

Znajdź jakąś rodzinę, która wybiera się w tamte strony, powiedział. Kogoś, kto zalewałby ją słodyczą i oświeceniem oraz uszlachetniającymi wykładami o manierach.

Świetny pomysł, odparł Britt. Sam też już o tym myślałem.

No i? Kapitan dmuchnął dymem. Oczy dziewczynki nie powędrowały za chmurką. Nic nie zdołałoby oderwać jej spojrzenia od twarzy mężczyzn, od ich dłoni. Jej kości policzkowe były oprószone piegami, a palce obłe niczym nosy, o krótkich paznokciach podkreślonych żałobą.

Żadnej nie znalazłem. W takiej sprawie trudno komuś zaufać.

Kapitan pokiwał głową. Jednak już zdarzało ci się odstawiać dziewczynki, powiedział. Tę od Blaineyów, tę odwiozłeś.

Miałem bliżej. A poza tym, ja nie znam ludzi tam na południu. A pan tak.

No tak. Rozumiem.

Kapitan Kidd wiele lat przeżył w San Antonio: wżenił się w jeden z tamtejszych starych rodów, znał drogę, znał ludzi. W północnym i zachodnim Teksasie wielu już było wolnych czarnych – wozaków, zwiadowców, a teraz po wojnie cały Dziesiąty Pułk Kawalerii składał się wyłącznie z czarnych. Cóż, kiedy ogół populacji wciąż jeszcze nie ułożył sobie w głowie tego, co myśli w temacie wolnych czarnych ludzi. Wszystko kotłowało się jak w tyglu. Tygiel: naczynie do roztapiania metali. Jeśli wetknąć tam palec, można się poparzyć.

Mógłbyś zwrócić się do wojska, żeby ją odstawili, powiedział. Oni też zajmują się porwanymi.

Już nie, odparł Britt.

To co byś zrobił, gdybyś na mnie nie trafił?

Nie mam pojęcia.

Dopiero co przyjechałem tu z Bowie. Mogłem pojechać na południe, do Jacksboro.

Jakżeśmy tu zajechali, zobaczyłem pańskie plakaty, odpowiedział Britt. Los tak chciał.

Dobra, ostatnie pytanie. Może powinna wrócić do Indian, podjął Kidd. Które plemię ją porwało?

Kiowa.

Britt także palił. Jego stopa wierciła się na belce wozu. Prychnął z nosa sinymi smugami i łypnął na dziewczynkę. Odpowiedziała mu otwartym spojrzeniem. Byli jak dwaj śmiertelni wrogowie, niezdolni spuścić z siebie oczu. Nieustający deszcz syczał, rozbryzgując się na nawierzchni ulicy. Każdy dach w ­Wichita Falls otaczała mgiełka rozpylonej wody.

Więc?

Kiowowie jej nie chcą, odparł Britt. Wreszcie do nich dotarło, że tych, co łapią białych, ściga potem kawaleria. Agent powie­dział, że jak nie oddadzą wszystkich uprowadzonych, to zatrzyma im dostawy żywności i ściągnie na nich Dwunasty i Dziewiąty Pułk. Więc ją przywieźli i przehandlowali za pięt­naście pasiastych koców z faktorii Hudson’s Bay i komplet srebrnej zastawy. Niemieckie, dobre srebro. Przekują to sobie na bransolety. Ci, co ją przywieźli, to był Aperian Crow i jego banda. Jej matka porżnęła sobie ręce do krwi, płakała tak, że się nios­ło na milę.

Ta jej indiańska matka.

Tak, odparł Britt.

Byłeś przy tym?

Skinął głową.

Ciekawe, czy cokolwiek pamięta. Z czasów, kiedy miała sześć lat.

Nie, odpowiedział Britt. Nic a nic.

Dziewczynka wciąż ani drgnęła. Potrzeba dużo siły, by tak długo wytrwać w bezruchu. Siedziała sztywno na zawiniętej w jutową płachtę beli wojskowych koszul, według wymalowanego przez szablon napisu przeznaczonych dla Fortu Belknap. Wokół niej stały drewniane skrzynie pełne emaliowanych miednic, gwoździ i wędzonych ozorów jelenich w smalcu, maszyna do szycia z opakowaniem, pięćdziesięciofuntowe worki cukru. Jej owalna twarz była płaska w świetle lampy, nienaznaczona cieniami ani słabością. Jakby wyrzeźbiona.

Nie mówi po angielsku, co?

Ani słowa, odpowiedział Britt.

Skąd zatem wiesz, że niczego nie pamięta?

Mój chłopak zna język Kiowów. Przez rok był u nich w niewoli.

A tak, prawda. Kapitan Kidd ściągnął łopatki pod ciężkim płaszczem przeciwdeszczowym. Był on czarny, podobnie jak jego frak, kamizelka, spodnie, kapelusz i buty bez szpiców. Koszulę ostatni raz dał do wygotowania, bielenia i prasowania jeszcze w Bowie: dobra biała bawełna, z białą jedwabną aplikacją w kształcie liry. Na razie jeszcze się trzymała. To także był jeden z tych drobiazgów, które go przytłaczały – to, jak delikatnie strzępiła się na wszystkich brzegach.

Więc twój chłopak z nią rozmawiał, odezwał się.

Ano, przytaknął Britt. Na tyle, na ile chciała z nim gadać.

Jest z wami?

Ano. Lepiej, żeby był ze mną w trasie, niż został w domu. W trasie się przydaje. Oni zawsze wracają odmienieni. Mój prawie nie chciał do mnie wrócić.

Doprawdy? Kapitan dał wyraz zaskoczeniu.

Tak jest. Szykowali go na wojownika. Nauczył się ich mowy. A to trudny język.

Jak długo u nich był?

Niecały rok.

Britt! Toż to się w głowie nie mieści!

Ano wiem. Britt zaciągnął się papierosem, obrócił, żeby oprzeć się o klapę wozu, zajrzał w mrok stajni, skąd dobiegał hałas wiecznie, wiecznie przeżuwających koni i mułów, ich zęby tarły o siebie niczym żarna, czasem któryś prychnął, gdy w nos naszło mu kurzu, czy szurnął kopytem potężnym jak kula armatnia. Zacny zapach naoliwionych skórzanych uprzęży i ziarna. Ano wiem, że to dziwne, podjął Britt. Ale wrócił odmieniony.

Jak to?

Pod dachem robi się nerwowy. I w zamkniętej izbie też. Nie przysiądzie fałdów, żeby się liter nauczyć. Albo wszystkiego się boi, albo nagle mu przeskoczy i robi się cały butny. Britt cisnął niedopałek, przydeptał go. No więc, krótko mówiąc, Kiowowie nie wezmą jej z powrotem.

Kapitan Kidd wiedział, że poza tymi innymi powodami Britt ufał, że odstawi on dziewczynkę do rodziny, bo jest już stary.

Cóż, powiedział.

Wiedziałem, że się pan zgodzi, stwierdził Britt.

Owszem. Więc tak.

Britt miał karnację koloru skóry siodlarskiej, teraz jednak bledszą niż zazwyczaj, bo przez długie miesiące deszczowej zimy jego twarzy nie tykało słońce. Sięgnął teraz do kieszeni znoszonej płóciennej kurty i wyjął pieniądz. Moneta lśniła leniwie, hiszpańska ośmioskudówka w dwudziestodwu­karatowym złocie, dokoła cała karbowana, czyli nieoberżnięta. Spora ­sumka: w Teksasie wszyscy liczyli się z każdym centem i cieszyli się, że mają choć tyle, odkąd załamały się finanse stanowe, przez co i nowiny, i twarda gotówka stały się dobrami trudno dostępnymi. Szczególnie tutaj, w północnym Teksasie, nad Rzeką Czerwoną, w sąsiedztwie Terytorium Indiańskiego.

To jest to, co rodzina przesłała do agenta, powiedział Britt. Jej rodzice nazywali się Jan i Greta. Kiowowie zabili ich, kiedy porwali małą. Bierz pan ten pieniądz i uważaj na nią.

Na ich oczach dziewczynka osunęła się między bele i skrzynie towaru, jakby zemdlała, i naciągnęła sobie na głowę ten gruby pled. Zmęczyły ją ich baczne spojrzenia.

Zostanie tak przez całą noc, powiedział Britt. Nie ma dokąd pójść. Nie dostanie się tu do żadnej broni, ja przynajmniej żadnej nie kojarzę. Podniósł latarnię, cofnął się. Serio, uważaj pan na nią.Dwa

Kobiety z miasteczka Wichita Falls podarowały jej sukienkę w niebieskie i żółte prążki i bieliznę, rajstopy z dobrej wełny, koszulę nocną z kołnierzykiem obszytym koronką oraz mniej więcej pasujące buty, ale z nią samą nic nie mogły zrobić. ­Wolałyby nie stosować przymusu wobec małej, chudej dziewczynki z bliznami na przedramionach, patrzącej na nie jak lala z porcelany. Nie chciały się z nią szarpać, tym bardziej że miała wszy.

W końcu kapitan zabrał ją do przybytku Lottie. Tamtejsze panie były śmiałe i takie jakby bardziej męskie, przemierzyły długi szlak w ślad za wojskiem. Niejedna odsiedziała swoje w kozie, to tu, to tam. One bynajmniej nie krępowały się użyć siły. Zeszły im dwie godziny, nim zdołały zapędzić dziewczynkę do wanny i wyłuskać ją ze stroju Kiowów. Jedna wywaliła szklane paciorki i sukienkę z jeleniej skóry z cennymi zębami łosia prosto za okno. Wyciągnęły pióra z włosów, w których ­roiło się od robactwa.

Przytrzymywały jej głowę pod strumieniem gorącej wody z dzbanka, szorowały włosy i ciało lawendowym mydłem. Walczyła z nimi: jak na dziesięciolatkę była zwinna, do tego chuda, zadziwiająco silna, i namydlona. Spieniona woda chlustała na ściany. Po wszystkim wanna leżała na boku, a woda ściekła szczelinami pomiędzy deskami podłogi do salonu na dole, gdzie klienci wybierali sobie towarzyszki – na czerwonej flokowanej tapecie zostały zacieki. Dziewczynka przycupnęła na podłodze, patrząc na nie wszystkie szklistymi oczyma bez wyrazu. Włosy oblepiały jej całą głowę jak mokra włóczka. Panie siłą wbiły ją w bieliznę, sukienkę, rajstopy i buty.

Wypchnęły ją za drzwi, z Bogiem. Rajstopy były mokre, włożone byle jak. Deszcz zalewał ulicę, tworząc w koleinach długie, wąziutkie jeziora niczym pręgi. Kapitan trzymał ją za dłoń, sztywną jak patyk, kiedy wracali do stajni. Dziewczynka nie podkasała sukienki, pewnie dlatego, że nie wiedziała jak albo nie rozumiała potrzeby. A może jej to nie obchodziło. Nim doszli do stajni, na skrajach sukienki niosła już dodatkowych kilka funtów czerwonej mazi. Opuściła nisko głowę, a gdy wyrwał się jej zdławiony dźwięk, kapitan uświadomił sobie, że powstrzymuje się od płaczu.

Kapitan Kidd kupił w stajni wóz na resorach. Zapłacił za niego hiszpańskim złotem i miał szczęście, że choć takie coś mu się trafiło. Tak naprawdę był to brek wycieczkowy, pomalowany na ciemną, lśniącą zieleń, a złote litery na burtach głosiły: „Wody Lecznicze East Mineral Springs Texas” – kapitan nie miał pojęcia, jakim cudem ów wehikuł trafił spod Houston aż tutaj, do tej mieściny nad Rzeką Czerwoną. Ten wóz niewątpliwie miał własną historię, która jednak już na zawsze pozostanie nieznana, nieopowiedziana. Nieduży, acz zacny pojazd, z dwiema ławeczkami przez całą długość burt, żeby ludzie wyjeżdżający do wód mogli sobie usiąść i gapić na siebie nawzajem. Brek miał tyczki do podtrzymywania baldachimu i zasłon po bokach – raczej kiepska osłona przy złej pogodzie, ale niczego lepszego kapitan nie znalazł.

Zamierzał sprzedać wóz w Castroville albo w San Antonio, jeśli w ogóle zdoła tam dotrzeć, a na razie luksusem będzie podróż w resorowanym pojeździe, który nie wytrzęsie ich zanadto na koleinach i wykrotach. Można było do niego zaprząc deresza, który dotąd niósł juki, a wierzchowy gniadosz poszedłby wtedy za wozem.

Na dodatek dzięki temu kapitan mógł mieć dziewczynkę na oku. Gdybyż wiedział, jak nazywali ją Kiowowie… Przyjdzie mówić na nią Johanna, choć żaden z tego pożytek. Dla niej nie ma różnicy między Johanną a Septuagintą.

Kapitan przebrał się w płócienną kurtę i spodnie z dżinsu, czyli płótna żaglowego, do tego jeszcze flanelową koszulę z kieszonka­mi na piersiach. Założył stary, podróżny kapelusz z nierównym rondem. Czarny garnitur do odczytów złożył starannie, warstwami w sakwojażu uszytym z resztek dywanu, a porządny czarny kapelusz na te same okazje spakował do blaszanego pudła. Puszki na kapelusze, jak to mówili kowboje. Młodym ujdzie niechlujny ubiór, ale ludzie starzy, jeśli nie odziewali się starannie, to wyglądali jak bezdomni wagabundzi, a on przy każdym odczycie musiał wyglądać na człowieka mądrego i cieszącego się autorytetem.

Spakował gazety, brzytwę i mydełko do golenia, pędzel, a także pudło z rynsztunkiem, w którym miał proch, spłonki, przybitki i sprężynową maszynkę do nabijania gilz śrutówki. Na dno breku wrzucił strzelbę, świeżo zakupione masło w puszkach i suszoną wołowinę, bekon, dwie baranice, skrzyneczkę z medykamentami, baryłkę mąki, butle wody, latarnię z zapasem świeczek, mały piecyk. Potem fascykuł z gazetami i mapę dróg Teksasu, choć rzadko z niej korzystał. Na koniec buty do konnej jazdy, siodło, derki. Podsadził dziewczynkę do wozu i gestami polecił jej „zostań”. Potem poszedł szukać Britta.

Stali przed sklepem z towarami mieszanymi. Dennis i Paint usiłowali rozmieścić ładunek tak, żeby w obu wozach było po równo. Pomagał im chłopak Britta – pracował ciężko, uwijał się, ale wydawało się, że cały czas niespokojnie obserwuje ojca. Dennis dyrygował załadunkiem. Czekała ich przeprawa przez górny bieg rzeki Little Wichita, woleli więc, żeby wozy nie miały zanadto obciążonych przodów. Do furgonów zaprzężone były duże, silne gniadosze. Pierwszorzędne konie.

Britt, które drogi są przejezdne? zagadnął kapitan.

Britt wspiął się na kozioł jednego z furgonów, syn zajął miejsce obok, a w drugim furgonie za lejce złapał Dennis. Paint siedział przy Dennisie i z wielką satysfakcją kopcił cygaro. W bezbarwny świat późnej wiosny w północnym Teksasie i kotłujące się nisko chmury wciąż sączyła się mżawka.

Najlepiej pociągnąć drogą na wschód wzdłuż Czerwonej aż do Spanish Fort, panie kapitanie, powiedział Britt. Mówią, że jeszcze jej nie zalało, a dalej ze Spanish Fort, na południowy wschód, do Weatherford i Dallas, jest dobra droga. Tylko do fortu trzeba jechać jak najszybciej, i nie zbliżać się do Czerwonej, bo wciąż wzbiera. W Weatherford czy w Dallas wykierują pana na szlak na Meridian, na południe, znaczy.

Cóż zatem, zaczął kapitan. Jestem szczerze zobowiązany. Pomyślał o swej samotności. O wodnistym, żylastym życiu i o gazie świetlnym. Na południe szlakiem na Meridian, powtórzył.

Britt prezentował się jak wytrawny żołnierz, miał czujny wzrok weterana długich, ciężkich miesięcy w kompanii zwiadu. Pochylił się z siedzenia woźnicy, wyciągając dłoń.

A pokaże mi pan tego swojego slocuma, panie kapitanie.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, [email protected]

Wołowiec 2018

Wydanie I
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij