Nowy Bliski Wschód - ebook
10 października 2025 roku formalnie zakończyła się wojna w Gazie i ustały działania wojenne wobec Syrii, Iranu i Ruchowi Huti. Gwarantami pokoju wynegocjowanego przez Donalda Trumpa stały się Egipt, Turcja, ZEA i Arabia Saudyjska. Podpisy islamskich przywódców zamykały epokę Wielkiej Wojny Izraela. Ucichły wystrzały, strefa Gazy zeszła z czerwonych pasków międzynarodowych mediów.
Teoretycznie Zachód powinien być usatysfakcjonowany: silne ośrodki władzy w Zatoce czy w Egipcie, kontrolują i zwalczają radykalny islam a Donald Trump znalazł na Bliskim Wschodzie kilku liderów, którzy są sprawni w swoim rzemiośle: Recepa Erdoganaa, emira Tamima Al-Thaniego, następcę tronu Arabii Saudyjskiej Mohammeda Bin Salmana i Benjamina Netanjahu. To politycy z krwi i kości, broniący mocno swoich interesów, potrafiący grać twardo.
Czy Nowy Bliski Wschód zaorze Starą Europę? To nieuniknione. Już teraz najczęściej wybieranym imieniem na zachodzie Starego Kontynentu okazał się Muhammad. Do tego Europa nie potrafiła nawet wypracować wspólnego stanowiska wobec operacji w Gazie, ani nie potrafiła politycznie niczego zaoferować obu stronom sporu.
Teoretycznie Izrael wygrał. Oczekiwał zniszczenia Gazy i ukarania jej mieszkańców zgodnie z zasadą „oko za oko”. Hamasowi udało się jednak przetrwać a Palestyńczycy z Gazy nigdzie nie wyjadą. Wbrew oczekiwaniom izraelskiego rządu ani Gaza, ani strefa buforowa w południowej Syrii nie stanie się też częścią Izraela.
Czy sprawa palestyńska przegrała? W najbliższych latach palestyńska dyplomacja zadowoli się wersją minimum, aby choć trochę wykorzystać korzystną dla siebie koniunkturę światową.
Możemy być pewni, że nastąpi kolejna runda.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Politologia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68123-57-9 |
| Rozmiar pliku: | 717 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Imperium
kontratakuje
_Demokracja na Bliskim Wschodzie ma różne oblicza_
AHMAD ASZ-SZARA
W 2006 roku ówczesna sekretarz stanu USA Condoleezza Rice ogłosiła projekt pt. _Nowy Bliski Wschód_, który miał transformować despotyczny i zacofany region w obszar kwitnącej demokracji, dzięki czemu świat muzułmański stanie się częścią Zachodu i problem radykalizmu islamskiego naturalnie przejdzie do historii. Jednak czas ogłaszania tej koncepcji przez amerykańską polityk nie był najlepszy. Amerykańska armia była zajęta falą terroru i powstań oraz wojny sunnicko-szyickiej w Iraku. Sama amerykańska interwencja obalająca Saddama Husajna doprowadziła do kryzysu w relacjach Waszyngtonu z krajami Zatoki Perskiej, które przerażone były tym, że one same będą następne w kolejce, a z amerykańskich wojen w regionie największe korzyści miał Iran, który wrócił na drogę przemodelowania Bliskiego Wschodu na własny użytek. Aby powstrzymać ekspansję Iranu oraz żeby mieć jakiś wpływ na Waszyngton, kraje Zatoki Perskiej coraz śmielej rozmawiały w kuluarach z Izraelem. Wypływające do mediów doniesienia na ten temat zbywane były jako teorie spiskowe i wrogie narracje, niemniej faktem było, że Arabowie z Zatoki i Żydzi znaleźli się na jednym politycznym „wózku” i pomimo nierozwiązanej kwestii palestyńskiej, która znowu krwawiła od 2000 roku, wspólne zagrożenia i interesy były ważniejsze niż dzielące problemy, a elity Zatoki nie musiały się liczyć z opinią własnych poddanych, którzy byli kupieni lub przymuszeni do spokoju i bierności.
W lipcu 2006 roku, po rozbiciu izraelskiego patrolu na granicy przez szyicki Hezbollah, doszło do 33-dniowej wojny, która była niejako aktem założycielskim „Nowego Bliskiego Wschodu”, chociaż ta formuła musiała dojrzeć i przejść kolejne procesy transformacji. Niemniej Izrael w interesie własnym oraz krajów Zatoki Perskiej chciał pobić Hezbollah – najważniejsze irańskie aktywo, które było odpowiedzialne za śmierć amerykańskich żołnierzy i dyplomatów oraz oficerów CIA w Bejrucie w latach 1983–1984, służyło jako irańskie narzędzie do infiltracji i zakłócania porządku w krajach sunnickich, wspomagało know-how i materialnie islamskie ugrupowania w Palestynie, jak i pokonało Izrael w prawie 18-letniej wojnie na wyczerpanie w południowym Libanie. Jednak i tym razem się nie udało i świat zobaczył na żywo w telewizji, jak izraelskie osławione czołgi Merkawa płoną zaraz po wjeździe do Libanu, a Izrael został zmuszony do ewakuacji prawie miliona ludzi ze swojej północy, albowiem był niezdolny do powstrzymania stałego ostrzału rakietowego swoich miast i wiosek.
Wojna się nie udała, ale wnioski zostały wyciągnięte. Bliski Wschód stał się rakietowy i dronowy, a wielki kapitał i przemysł wojskowy skupił się nad tym, aby zaradzić temu problemowi. Zarówno Amerykanie, Arabowie, jak i Izrael nie mogli bowiem dopuścić, by tanie rakiety i biedadrony stanowiły zagrożenie dla saudyjskich czy kuwejckich platform wiertniczych, amerykańskich baz czy izraelskich miast.
Tym samym każdy wyłożył to, co miał, czyli jedni know-how, inni kapitał, a kolejni przetestowali już owoce kooperacji w trakcie następnego konfliktu, tym razem na odcinku Gazy w czasie pierwszej konfrontacji z Hamasem na przełomie 2008 i 2009 roku. Eksperyment był w miarę udany, niemniej Iran, który otwarcie już zaczął wygrażać sąsiadom anihilacją lub atakami na ich zasoby bogactwa, również coraz bardziej stawiał na produkcję rakiet i dronów.
W Teheranie zdawano sobie bowiem sprawę, że wystarczy jedno celne trafienie, a rynki światowe oszaleją i w związku z chaosem wewnętrznym w krajach Zatoki Perskiej może się pojawić zagrożenie dla władzy administrującej tymi wielkimi dochodami petrodolarowymi. Czyli niejako drony i rakiety wypełniłyby testament Chomeiniego, w którym było lapidarne stwierdzenie: Arabia Saudyjska ma przestać istnieć.
Jednak jak to w demokracji bywa, zmiany nieustannie następują i w 2011 roku, przy poparciu administracji Demokratów, przez region przeszła fala „arabskiej wiosny”. Spowodowała ona rewoltę w Tunezji, Libii, Egipcie, Syrii oraz poważne wstrząsy na Półwyspie Arabskim, z tym że tam nie było młodzieży skandującej hasła demokracji, tylko islamiści, którzy na potrzeby zachodnich mediów o demokracji wspominali, ale nie za bardzo rozumieli, o czym tak właściwie mówią.
Ten nacisk na demokrację w obszarach zdominowanych przez islam był obsesją zachodnich elit przez kolejną dekadę, niemniej po 2022 roku i wraz z wojną na Ukrainie Zachód tak jakby pogodził się z tym, że na Bliskim Wschodzie „jest jak jest”. Doszedł do wniosku, że najlepiej nie tracić funduszy na promocje LGBT czy parlamentaryzmu na świecie, który nie do końca to rozumie i nawet nie chce rozumieć, a posiada ropę oraz gaz, jak i wpływ na to, aby kolejne inkarnacje dżihadu hamowały swoje apetyty.
Dodatkowo reformy cywilizacyjne i społeczne w krajach Zatoki Perskiej stały się „piemontem” i bodźcem do przemian liberalnych w całym świecie arabskim i muzułmańskim. To też wymusiło pewną refleksję u części szczególnie konserwatywnych elit amerykańskich, które będąc powiązane z sektorem naftowym, miały rozbudowane relacje zarówno z krajami Zatoki, jak i z Izraelem.
Skoro demokracja w tych warunkach to chaos, więc potrzeba wrócić do modelu podstawowego, czyli do władzy, która jest w miarę stabilna i może zrealizować trzy podstawowe punkty: a) znormalizować relacje z Izraelem, b) zapewnić kontrolę amerykańskiej polityki nad rynkami paliwowymi, c) kapitał zarobiony na globalnych rynkach ma zasilać amerykańskie korporacje i gospodarkę. Oczywiście nie wszystkie kraje na Bliskim Wschodzie są naftowe i mogą być przymusowym inwestorem w amerykańską gospodarkę, ale w związku z geografią czy też historią kraje nienaftowe też mają wyznaczone przez Waszyngton określone zadania w polityce regionalnej i globalnej.
Do realizacji wizji Nowego Bliskiego Wschodu były potrzebne dwa czynniki, czyli podtrzymanie monarchicznego systemu zarządzania w „konstruktywnych” krajach arabskich oraz rozwiązanie kwestii irańskiej. Te dwa czynniki są ze sobą niejako powiązane, albowiem Bliski Wschód ukształtowany przez Anglię i Francję po 1917 roku umożliwiał emancypację grup mniejszościowych nad większością, co też zakłócało balans i stanowiło element wywrotowy dla islamskich sunnickich i tradycyjnych mas nietolerujących rządów „niewiernych”.
Francja wykroiła z Sham, czyli z historycznej krainy syryjskiej, Liban jako państwo, w którym uprzywilejowaną pozycję mieli chrześcijanie. W sąsiedniej Syrii to alawici po 1970 roku przejęli władzę, a w Iraku po obaleniu monarchii w 1958 roku władzę przejmowali rewolucyjni sunnici, którzy byli w mniejszości wobec szyitów. Analogicznie w Egipcie władza od czasów Nasera opierała się na armii, która zwalczała wpływ meczetu pośród stale poszerzającej się biedoty, co też doprowadziło do niepożądanego przez Zatokę Perską zwycięstwa islamistów z Bractwa Muzułmańskiego w 2012 roku.
Po dojściu do władzy Muhammada ibn Salmana Arabia Saudyjska, a więc najbogatszy kraj regionu oraz opiekun Mekki i Medyny, stała się awangardą przemian, które były inicjatywą wyłącznie odgórną. Po dekadzie reform model ten okazał się sukcesem, a więc to nie rewolucja oddolna, ale silna władza może wprowadzać nowoczesność pod beduińskie pustynne „strzechy”, i to pomimo pewnego niezadowolenia meczetu i środowisk tradycyjnych.
Natomiast Iran od 1979 roku szukał swojego punktu zaczepienia właśnie pośród mniejszości szyickiej czy pośród innych marginalizowanych grup. „Zaraza” Chomeiniego szybko znalazła zwolenników w szyickim południowym Iraku, jak i w południowym Libanie, czyli dwóch ważniejszych i starszych ośrodkach szyickich niż samo centrum rewolucji.
Z czasem przykład irański zaczął inspirować szyitów z Bahrajnu, Arabii Saudyjskiej, Afganistanu, Pakistanu, a nawet zajdytów z Jemenu. W orbitę irańską wszedł świecki reżim Asada w Syrii, jak i po 2011 roku palestyński Hamas. Powolne, ale sukcesywne rozszerzanie wpływów irańskich doprowadziło do powstania „osi oporu”, jak i szyickiego pasa wpływu ciągnącego się od szyickich dzielnic afgańskiego Kabulu przez Irak, Jemen, Syrię, Liban do Gazy. Tam, gdzie pojawiały się te wpływy, powstawały milicje i partie, które były imitacjami „wzoru idealnego”, czyli libańskiego Hezbollahu.
Irański generał Kassem Soleimani w 2013 roku publicznie ogłaszał, że szyici dominują w pasie naftowym obejmującym południowy Irak, Kuwejt, wschodnią część Arabii Saudyjskiej oraz Bahrajn, tym samym to Teheran powinien te tereny politycznie sobie podporządkować, jak i czerpać z nich profity finansowe.
Lider irackiego Hezbollahu, który zresztą zginął z Soleimanim w styczniu 2020 roku w Bagdadzie, Abu Mahdi al-Muhandis został nagrany na wiecu swojej partii w 2015 roku, jak uspokajał skandującą salę krzyczącą Al-Quds, czyli Jerozolima. Nie Al-Quds, lecz Rijad, miał poprawić swoich partyjnych towarzyszy Al-Muhandis, co zostało przyjęte jeszcze większymi wiwatami.
Za Iranem stał aparat bardzo rozwiniętego technologicznie i naukowo państwa, które pomimo oblicza reżimu miało poparcie społeczne w tym, aby prowadzić politykę ekspansywną wraz z ambicjami atomowymi.
Tym samym zagrożenie było realne, a Teheran orientował się w stronę Moskwy i Pekinu, aby szukać balansu wobec zdominowanego przez USA regionu. Jednak w jaki sposób region mógł się bronić przed taką ekspansją? Niestety w sposób mało finezyjny, ale naturalny dla świata muzułmańskiego – jedni radykałowie islamscy najlepiej zwalczają drugich radykałów, z tym że islamiści z obozu sunnickiego i tak potrzebują pieniędzy na swoje cele dżihadowe, jak i muszą być kontrolowani przez swoich sponsorów, żeby ci wiedzieli, kiedy i gdzie swoją kampanię zakończyć.
Dlatego do projektu Nowego Bliskiego Wschodu potrzebne było oczyszczenie się z wpływów rewolucyjnego Bractwa Muzułmańskiego na rzecz „powrotu do źródeł” wywodzących się od XIII-wiecznego „Marcina Lutra islamu”, czyli Ibn Tammijji (1263–1328).
Ibn Tammijja zastanawiał się, jak to jest możliwe, że umma, czyli wspólnota muzułmańska, w jego czasach była tak słaba, skłócona i była nękana przez krzyżowców lub niszczycielskich Mongołów. Myśliciel zwrócił uwagę na to, że islam z jego czasów był „spaskudzony” naleciałościami późniejszymi, i postulował powrót do wspólnoty z czasów Mahometa oraz czterech pierwszych kalifów, czyli salafizmu.
Tym samym Ibn Tamijja, który ostatnie lata swojego życia spędził w Damaszku, postulował usunięcie wszystkich wpływów mistycznych, czyli sufickich oraz rewolucyjnych, a więc szyickich, jak i był skrajnym przeciwnikiem szyitów, Druzów i alawitów, uważając ich za zdrajców islamu i niewiernych. Salafizm za pośrednictwem Ibn Wahhaba (1703–1792) trafił na Półwysep Arabski i tam w wyniku sojuszu z Domem Saudów zyskał bardzo ważny polityczny atrybut, jakim jest lojalność i całkowite podporządkowanie się przywództwu politycznemu, jeśli ono też jest na „prawowiernej” salafickiej drodze.
To już bardzo ułatwia sprawę, szczególnie krajom Zatoki Perskiej, które są salafickie, albowiem mają mandat religijny do sprawowania władzy, jak i uniemożliwia ekspansję na również salafickich sąsiadów – czyli porządek jest zgodny z granicami wytyczonymi przez Londyn i potwierdzonymi przez Waszyngton.
Dlatego też to salafizm XXI wieku lub być może postsalafizm czy salafizm reformowany ma być tym projektem islamskim, który ma dominować na Nowym Bliskim Wschodzie.
Jeśli pragmatyka dworu i polityki uzna traktat pokojowy z Izraelem za halal, czyli zgodny z islamem, wtedy wszelkie przejawy oddolnego niezadowolenia mogą zostać uznane za przejaw rewolucyjny, a więc za niezgodne z islamem i adekwatnie do niego ukarane. Z punktu widzenia niesunnickich mniejszości pod władzą salaficką trudno mówić o jakichś możliwościach emancypacyjnych czy awansie w strukturach sektora publicznego.
To m.in. chrześcijan w Syrii po zmianie władzy od razu skazuje na ustawową wegetację lub funkcjonowanie jedynie w obrębie biznesu prywatnego, z tym że inwestycje z Zatoki, które mają kiedyś trafić na odbudowę tego kraju, praktycznie będą również niedostępne dla niesunnickich przedsiębiorców.
Jednakże model, w którym to postsalafizm czy salafizm XXI wieku – oparty na gigantycznych środkach finansowych oraz autorytecie władców – osiąga konstruktywne realia, widzimy w krajach takich, jak Emiraty Arabskie i od 2015 roku Arabia Saudyjska.
Pierwszym takim „eksperymentem” był Dubaj i było to laboratorium, któremu przyglądał się świat arabski i świat islamu. Po dwóch dekadach coraz śmielej to miasto staje się inspiracją przede wszystkim dla elit regionu, ale także dla świata. Donald Trump w trakcie swojej pierwszej kadencji ogłosił, że konserwatywne monarchie Zatoki Perskiej są partnerem do wielkich dealów i wielkiej polityki, w tym do sformalizowania swoich relacji z Izraelem.
Wzmacnia to automatycznie pozycję USA w regionie, a także przekazuje regionalnym aktywom pewną samodzielność, dzięki czemu uwaga Waszyngtonu może być skierowana w innym kierunku.
To oczywiście wywołuje obawy Izraela, który przez dekady lubił obserwować, że jest tematem numer 1 w amerykańskich i światowych mediach, tym samym była to stała presja na świat polityki, aby jednak nie oddalać się zbytnio od kwestii tego regionu.
Po powrocie do władzy przez Beniamina Netanjahu w 2008 roku proces rozbudowy sojuszu arabsko-izraelskiego nabrał rozpędu, a Bibi uczynił z tego swój atut polityczny na skalę krajową oraz regionalną, jak i w kontekście swoich relacji z Waszyngtonem.
Seria wygranych wyborów parlamentarnych przekonała Arabów, że Netanjahu to jest „firma”, z którą można i należy współpracować. Bibi też doskonale rozumiał sytuację i sporadycznie podgrzewał kwestię irańską, która jednoczyła go z Arabami, oraz wyciszał temat palestyński, który go od tych cichych sojuszników oddalał. Inni Arabowie oraz muzułmanie mają bowiem powinności względem Arabów i sunnitów palestyńskich, a to jest kwestia religii, jak i honoru.
Ta dwubiegunowość polityczna wraz z utrzymywaniem względnego spokoju poza odcinkiem Gazy była pewną przepustką do sukcesów wyborczych oraz do długotrwałego procesu, który kiedyś w pełni zakończy się Abraham Accords, czyli normalizacjami Izraela z kolejnymi krajami arabskimi.
Jednak dzień 7 października 2023 roku wszystko wywrócił i zachwiał. Hamas przywrócił temat palestyński do światowej agendy, co pokazało też zakończenie tej wojny, i stał się jej czołową siłą, bez której temat palestyński być może nie ruszy do przodu, ale na pewno już nie pójdzie w zapomnienie.
Izrael dał się zupełnie zaskoczyć, przez co stabilność wewnętrzna sojuszników się zachwiała, a zmiany wynikające z tej wojny mogą odraczać pełną normalizację, tym bardziej że chociaż temat irański został wyciszony w sposób militarny, to palestyński jest rozbudzony medialnie i politycznie, a pomimo braku demokracji w krajach Zatoki nawet tam władcy muszą się liczyć z nastrojami wobec „świętej sprawy”, a taką bez wątpienia jest Palestyna.
Co więcej, to bezpośrednia obecność Amerykanów była czynnikiem stabilizującym Izrael w pierwszych tygodniach po 7 października. Czyli kolejny raz od 1973 roku to Amerykanie muszą zostawić wszystkie swoje sprawy i podporządkować priorytety na rzecz obrony Izraela, który od 8 października był już na wojnie regionalnej. I to Amerykanie, a ściślej mówiąc Pentagon, wiódł prym w tej asyście w kolejnych etapach wojny toczącej się na siedmiu frontach: Gaza, Zachodni Brzeg, Hezbollah, Syria, Irak, Iran oraz rebelianci Huti z Jemenu. Czyli Netanjahu z lidera został zdegradowany do kogoś trzymanego za rękę przez swoich opiekunów, którzy wykorzystali tę wojnę dla własnych celów.
Wynik tej wojny regionalnej może nie jest zbyt satysfakcjonujący dla Izraela. Gaza, wbrew temu, co ogłaszali ekstremiści oraz hasbara, czyli aktywa medialne również działające na odcinkach wydawałoby się antyizraelskich czy antysemickich, ogłaszały przez dwa lata nieuchronność tego, że Netanjahu wyrzuci Palestyńczyków z Gazy. Co ważniejsze, powtarzali to też muzułmańscy influencerzy, którzy na tej wojnie robili zasięgi. Jednak takie tezy nie były głoszone ani przez Netanjahu, ani przez Bidena czy Trumpa, a z punktu widzenia _Realpolitik_ były one niemożliwe.
Niemożliwe jest też postawienie Trzeciej żydowskiej Świątyni, która jest mitem publicystycznym i temat ten jest całkowicie niszowy w środowiskach żydowskich. Zarówno Gaza, jak i Trzecia Świątynia, chociaż medialnie bardzo nośne, nie mogą być zmaterializowane z tego względu, że na świecie jest 2 mld muzułmanów, którzy nie żyją na żadnych peryferiach tego świata, tylko sami, m.in. poprzez tę wojnę, zyskali podmiotowość i uznanie (jak Katar i Turcja).
Globalna rola Arabii Saudyjskiej w świecie muzułmańskim jest zupełnie nieznana dla niemuzułmanów, jak i dla środowisk czy publicystów, którzy nadal żyją w świecie, w którym islam był tematem nieobowiązkowym.
Nie, w obecnym świecie islam jest już tematem obowiązkowym i bez jego znajomości nie można racjonalnie komentować czy analizować realnych wydarzeń na świecie.
Poza emancypacją świata muzułmańskiego ta wojna regionalna to było coś, co może dopiero za kilka czy kilkanaście lat zostanie dostrzeżone również nad Wisłą, było to pozycjonowanie się amerykańskiego imperium w dobie globalnych przemian ludnościowych, gospodarczych, politycznych, cywilizacyjnych oraz technologicznych o skali być może nieznanej w dziejach ludzkości.
Amerykanie zobowiązani są do ochrony i utrzymania istnienia Izraela, a nie do tego, żeby za ich pieniądze Tel Awiw postanowił wywołać trzecią wojnę światową z najliczniejszą i najmłodszą demografią świata, która wygrywa już wybory w amerykańskich miastach.
Waszyngton przez tę wojnę miał okazję do przefiltrowania swoich sojuszników oraz sprawdzenia ich kompetencji. Czy są wśród regionalnych liderów politycy, którzy będą mogli odgrywać rolę regionalnego policjanta, tak aby zapomnieć o Bliskim Wschodzie, kiedy nastąpi wyższa konieczność.
Kolejną rzeczą jest to, że Izrael, który jest stworzony po to, aby być laboratorium dla amerykańskiej technologii wojskowej, testował szereg nowinek (m.in. Al w zastosowaniu wojskowym czy też cały system antyrakietowy), dzięki czemu Rosja i Chiny mogły zastanowić się nad sobą wobec totalnej dysproporcji swoich możliwości wojennych. Amerykanie – rękoma Izraela, jak również na Ukrainie rękoma Ukraińców – rozegrali swoje „sparingi” w realiach wojny XXI wieku.
Co ma Rosja i czym dysponuje, widzimy na Ukrainie, podczas gdy Chiny pozostają wielką niewiadomą. Niemniej ekspozycja amerykańskich możliwości zbrojenia ma też wartość handlową, która przekłada się również na treść polityczną. Żaden kraj uzbrojony w amerykańską broń nie zaatakuje Izraela i na odwrót.
Wynik tej wojny regionalnej oczywiście też jest korzyścią dla Waszyngtonu. Rosja została usunięta z Syrii i przestała tworzyć złudzenie jakiegoś balansu wobec amerykańskiej hegemonii wśród arabskiej oraz muzułmańskiej polityki i ulicy.
Tak samo Chiny, które mogą być partnerem handlowym, ale w przestrzeni strategicznej i politycznej nie za bardzo mają czego szukać w tym regionie poza Iranem, który zdaje sobie sprawę, że ani Moskwa, ani Pekin nie uratują go przed izraelskimi atakami, które są kopernikańskim przełomem tej wojny. Izrael przy wsparciu USA oraz krajów arabskich osłabił swojego dotychczasowego rywala, jak również rozbił jego oś oporu.
Nawet Hamas, który orbitował wokół Teheranu, jest „po prawidłowej” stronie mocy, a więc w drużynie może nie tyle USA, ile Donalda Trumpa. Dominacja amerykańska w regionie jest faktem, a emocje w kolejnych latach czy dekadach będzie przynosiła rywalizacja izraelsko-turecka, która nie musi mieć oblicza konfrontacji zbrojnej, ale może przybrać postać kolejnej zimnej wojny, w której Waszyngton będzie mediatorem i rozjemcą.
Trzy historyczne moim zdaniem daty tej wojny regionalnej to: 7 października 2023 – a więc atak Hamasu, 27 września 2024 – śmierć lidera Hezbollahu Hasana Nasrallaha, a więc obalenie dotychczasowego balansu szyickiego projektu, dzięki czemu nastąpiła zmiana władzy w Syrii i droga nad niebo Teheranu stała się otwarta, oraz 9 września 2025 – czyli izraelski atak na katarską Dohę, co było próbą sił pomiędzy Izraelem a Arabami oraz Amerykanami, którzy tym nalotem zostali ośmieszeni, ale kraje Zatoki zareagowały konstruktywnie i razem z Donaldem Trumpem wymusiły zawieszenie broni w Gazie z otwartą kwestią palestyńską. To też pokazało, jak bardzo ten Nowy Bliski Wschód jest już bytem istniejącym, a jego trzy podstawowe założenia, czyli: a) współpraca arabsko-izraelska, b) hegemonia regionalna USA, c) salafizm jako dominujący system władzy w krajach muzułmańskich, dzięki czemu liderzy mogą podejmować niepopularne, ale konieczne decyzje, są głównym regionalnym obliczem.
Struktura tej książki zakłada opis realiów i pokazuje określony stan wiedzy. Każdy rozdział (poza libańskim) rozpoczyna się dniem 7 października 2023 roku i opisuje, jak atak Hamasu zmienił rzeczywistość w tym i w następnych tygodniach, jakie były problemy i układy dekady przed tą datą, w jaki sposób przebiegała wojna regionalna i jaki wpływ miała na zmiany wynikające z jej zakończenia i tej nowej rzeczywistości Nowego Bliskiego Wschodu. Ponieważ żyjemy w zmiennym świecie, a ta wojna wykazała, że to nie politologia, geopolityka czy ogólna wiedza o świecie czy życiu daje aparat do poznania zawiłości bliskowschodnich, staram się w tej książce pokazać ten świat takim, jaki on jest. Nie ma w niej też ocen moralnych czy też lamentów nad określonymi zachowaniami. Od tego są Allah i sąd, poza tym analizując świat islamu czy też izraelskiej polityki, trzeba mieć świadomość, że nie są to systemy będące wynikiem zachodniej myśli, tylko mają swoje tysiące lat historii. Według Hamasu czy Iranu, lub krajów Zatoki Perskiej islam jest całościowym porządkiem społecznym, a wojna jest stałą jego częścią. W tym kontekście warto poczytać Stary Testament, bo tam mamy ukazany do dziś aktualny mentalny świat izraelskich polityków, wojskowych i wyborców. Bliski Wschód niejako od dekad grzmiał o swojej podmiotowości kulturowej, o tym, że ma swoją specyfikę wywodzącą się właśnie z religii i dziejów mających tysiące lat historii. Poprzez tę wojnę region ten osiągnął swój cel – gdy się analizuje Bliski Wschód, trzeba to robić oczami, umysłem, duszą, emocją człowieka z tego systemu oraz regionu, bo inaczej powstaje opowieść, która ani nie jest ciekawa, ani też realna, co pokazują emocje z czasów także po tej wojnie. Ta bajka może być kolejnym filarem dalszego procesu destrukcji Zachodu.